Blog

 

06.03.2026

Małe życie

"Imaginor, ergo est"

[Wyobrażam sobie, więc to jest]


„Dobro i zło natomiast

są dla… cóż, może

nie dla nieszczęśliwych, ale

dla poranionych, wystraszonych.”

[…]

Malcolm był jedynym z ich czwórki, który mieszkał w domu rodziców, a JB często mawiał, że gdyby on miał taki dom jak Malcolm, to też by się go trzymał. Nie żeby dom był szczególnie wspaniały – w istocie był stary i zaniedbany, a Willem wbił sobie kiedyś drzazgę, przesuwając ręką po balustradzie – ale za to był duży: prawdziwa kamienica z Upper East Side. Siostra Malcolma, Flora, która była trzy lata starsza od niego, wyniosła się ostatnio z mieszkania w suterenie, a na jej miejsce wprowadził się Jude, z tym, że miało to być rozwiązanie krótkoterminowe. W końcu rodzice Malcolma upomną się o ten lokal, żeby go zamienić na biuro agencji literackiej jego matki, co oznaczało, że Jude (któremu zresztą trudno było pokonywać wiodące w dół schody) musiał szukać innego mieszkania. I naturalne było, że zamieszka z Willemem; przez całe studia dzielili pokój w akademiku. Na pierwszym roku we czterech zajmowali lokum składające się z obitego boazerią wspólnego pokoju, gdzie stały ich biurka, krzesła i kanapa, którą ciotka JB dostarczyła Przewozem Mebli, oraz drugiego, znacznie mniejszego pokoju, do którego wciśnięto dwa piętrowe łóżka. Pokój był tak wąski, że gdy Malcolm i Jude położyli się na swoich dolnych pryczach, bez trudu mogli chwycić się za ręce. Jedna część pomieszczenia należała do Malcolma i JB, druga – do Jude’a i Willema. Czarni przeciwko białym – mawiał JB. Jude nie jest biały – protestował Willem. A ja nie jestem czarny – dorzucał Malcolm, bardziej, żeby wkurzyć JB, niż dlatego, że w to wierzył. Cóż… – odezwał się teraz JB, przysuwając sobie widelcem talerz z grzybami. Pewnie moglibyście obaj sprowadzić się do mnie, ale coś mi się zdaje, że nie przypadłoby wam to do gustu. JB mieszkał na solidnym, zasyfionym strychu w Małej Italii, pełnym dziwnych korytarzy prowadzących do nieużywanych ślepych zaułków o dziwacznych kształtach i półpokoi. Był to niedokończony budynek pokryty sheetrockiem, należący do ich kumpla z college’u. Ezra był artystą, kiepskim, ale on nie musiał być dobry, bo jak mu stale wypominał JB, przez całe życie nie będzie musiał nawet palcem kiwnąć. Nie dość, że sam nie będzie musiał pracować, to jeszcze dzieci dzieci jego dzieci nie będą musiały hańbić się pracą. Mogą przez pokolenia produkować złą, niesprzedającą się, bezwartościową sztukę, a i tak stać ich będzie na najlepsze oleje i niepraktyczne wielkie lofty w centrum Manhattanu, które będą mogli zagracać owocami swoich marnych decyzji architektonicznych. A jak im się znudzi żywot artystów – JB był przekonany, że tak się stanie w przypadku Ezry – wystarczy, że zadzwonią do urzędników zawiadujących ich trustem, a otrzymają ot tak zastrzyk gotówki, sumę tak pokaźną, że trzej przyjaciele (może poza Malcolmem) nie widzieli podobnej na oczy ani nawet nie mogli o tym marzyć. Ezra był użyteczną znajomością, nie tylko dlatego że pozwolił JB i paru innym kumplom ze szkoły zamieszkać w swoim apartamencie – gdzie zawsze cztery czy pięć osób korzystało z kątów poddasza – ale także dlatego że był poczciwy i hojny i lubił wydawać huczne przyjęcia, na których masa jadła, dragów i alkoholu dostępna była za friko.

[…]

JB nie był zwolennikiem introspekcji, ale jadąc pociągiem do matki w niedzielę, nie umiał powstrzymać się od uczucia pewnego samozadowolenia, połączonego z czymś na kształt wdzięczności, że ma takie życie i rodzinę, jakie ma. Jego ojciec, który wyemigrował do Nowego Jorku z Haiti, zmarł, kiedy JB miał trzy lata, i chociaż JB wmawiał sobie, że pamięta jego twarz – dobrą, łagodną, z wąskim paskiem wąsów i policzkami, które wzdymały się jak śliwki, kiedy się uśmiechał – nigdy nie miał pewności, czy nie zdaje mu się tylko, że pamięta, dzięki częstemu wpatrywaniu się w fotografię na nocnej szafce matki. Był to jedyny jego smutek z dzieciństwa, a i ten był raczej rodzajem zobowiązania – JB nie miał ojca, a wiedział, że dzieci bez ojców noszą żałobę z powodu takiej straty. Osobiście nie doświadczał jednak tęsknoty. Po śmierci ojca matka – haitańska Amerykanka w drugim pokoleniu – zrobiła doktorat z pedagogiki, ucząc przez cały czas w publicznej szkole niedaleko domu, która jej zdaniem nie dorastała do poziomu jej syna. Zanim JB dzięki stypendium znalazł się w liceum, drogiej prywatnej szkole, do której musiał dojeżdżać z Brooklynu prawie godzinę, matka została dyrektorką innej szkoły, na Manhattanie, oraz adiunktem w Brooklyn College. Pisano o niej w „New York Timesie” – o jej innowacyjnej metodzie nauczania – i chociaż JB nie okazywał tego przed kolegami, był z niej dumny. Matka zawsze była zajęta, kiedy dorastał, a jednak nigdy nie czuł się zaniedbywany, nigdy nie pomyślał, że matka woli od niego swoich studentów. W domu miał babcię, która mu gotowała, co tylko zechciał, śpiewała po francusku i dzień w dzień zapewniała go, że jest jej skarbem, geniuszem i mężczyzną jej życia. Były też ciotki: siostra matki, detektyw z Manhattanu, i jej partnerka życiowa, farmaceutka, też Amerykanka w drugim pokoleniu (z tym, że pochodziła nie z Haiti, tylko z Portoryko). Ciotki nie miały dzieci, więc traktowały JB jak syna. Siostra matki uprawiała sport i nauczyła JB rzucać oraz łapać piłkę (nie bardzo się tym ekscytował, lecz w późniejszych latach umiejętność gry okazała się użyteczna w życiu towarzyskim), jej partnerka natomiast pasjonowała się sztuką. Jednym z najwcześniejszych wspomnień JB była wycieczka z tą ciotką do Museum of Modern Art, gdzie, pamięta to doskonale, gapił się na One: Number 31, 1950 oniemiały z zachwytu i ledwo słuchał ciotki wyjaśniającej, w jaki sposób Pollock namalował ten obraz. W liceum, gdzie szczypta rewizjonizmu pozwalała mu się wyróżniać, a przede wszystkim wprawiać w zakłopotanie bogatych białych kolegów, JB zamazywał granice prawdy o swoim życiu. W legendzie na swój temat był czarnym półsierotą jakich wiele, z matką, która skończyła szkołę dopiero po jego urodzeniu (nie wspominał, że szkołą tą były studia wyższe, więc wszyscy przyjmowali, że ma na myśli szkołę średnią), i ciotką pracującą na ulicy (myśleli, że prostytutką, gdyż JB nie zająknął się, że ciotka jest policjantką). Jego ulubione zdjęcie rodzinne zrobił najbliższy przyjaciel z liceum, Daniel, któremu JB zdradził prawdę, zanim wpuścił go do domu, żeby pstryknął rodzinny portret. Daniel pracował nad cyklem zdjęć przedstawiających awans z nizin społecznych, toteż JB musiał pospiesznie skorygować wrażenie, że ma ciotkę ulicznicę i matkę, która ledwo czyta i pisze, zanim zaprosił przyjaciela do środka. Danielowi opadła szczęka, więc nie odezwał się ani słowem, a matka JB właśnie wtedy otworzyła im drzwi i kazała czym prędzej wchodzić, bo zimno, więc Daniel musiał usłuchać. Wciąż oszołomiony, upozował grupę rodzinną w salonie: babcia JB, Yvette, zasiadła w swoim ulubionym fotelu z wysokim oparciem, a wokół niej stanęły po jednej stronie ciotka Christine ze swoją partnerką Silvią, a po drugiej JB i jego matka. W ostatniej jednak chwili babcia Yvette zażądała, żeby jej miejsce zajął JB. To on jest królem domu – poinformowała Daniela, mimo protestów wnuka. Jean-Baptiste! Siadaj! Usiadł. Na fotografii ściska podłokietniki pulchnymi dłońmi (już wtedy był pulchny), a panie po obu stronach uśmiechają się do niego z góry. JB patrzy prosto w obiektyw i szczerzy się szeroko, rozparty w fotelu, który powinna zajmować jego babka. Ich wiara w niego, w jego ostateczny triumf, pozostawała niezłomna, budząc niemal zażenowanie. Kobiety były przekonane – mimo iż jego własne przekonanie zostało tyle razy poddane próbie, że trudno było je wykrzesać – że zostanie kiedyś wielkim artystą, że jego prace zawisną w największych muzeach i że ludzie, którzy dotąd nie dali mu szansy, po prostu się na nim nie poznali. Czasem JB im wierzył i pozwalał się uskrzydlić ich niezłomnej pewności, z reguły jednak odnosił się do tego podejrzliwie, bo opinie kobiet z domu zdawały się tak różne od opinii reszty świata, że zastanawiał się, czy sobie z niego kpią, czy może powariowały. A może mają zły gust. Jak zdanie czterech kobiet może się tak gruntownie różnić od zdania wszystkich innych ludzi? Prawdopodobieństwo, że to ich opinia jest słuszna, było niewielkie.

[…]

Mimo wszystko w każdą sobotę z ulgą odbywał potajemne wizyty w domu, gdzie jedzenia miał w bród i za darmo, gdzie babcia prała jego rzeczy i gdzie każde jego słowo oraz każdy szkic przyjmowane były z pomrukami aprobaty. Dom matki był znanym terenem, miejscem, gdzie JB otaczano kultem i gdzie każdy zwyczaj, każda tradycja zdawały się skrojone na miarę jego potrzeb. W którymś momencie wieczoru – po kolacji, ale przed deserem, gdy siedzieli wszyscy w salonie przed telewizorem, a na jego kolanach spoczywał ciepły kocur matki – JB obejmował spojrzeniem swoje kobiety i czuł, jak coś mu się w środku wzdyma. Myślał w takich chwilach o Malcolmie, który miał nieprzeciętnie inteligentnego ojca i czułą, ale roztrzepaną matkę, a potem o Willemie, którego rodzice nie żyli (JB spotkał ich tylko raz, na weekendowym wyjeździe w pierwszej klasie, i zdumiał się ich powściągliwością i formalnością, tym, że byli całkiem nie w stylu Willema), no i na koniec o Judzie, którego rodzice po prostu nie istnieli (tajemnicza sprawa: znali Jude’a przeszło dziesięć lat, a nadal nie byli pewni, czy w jego życiu w ogóle byli jacyś rodzice; wiadomo było tylko, że sytuacja jest żałosna i nie trzeba o niej mówić) – i zalewała go fala ciepła, szczęścia i wdzięczności, jakby w jego piersi wzbierał ocean. Jestem szczęściarzem, myślał, a zaraz potem (ponieważ z natury współzawodniczył i w każdej chwili życia świadom był własnej pozycji wobec kolegów) poprawiał się: jestem największym szczęściarzem na świecie. Nigdy nie przeszło mu przez myśl, że może na to nie zasługuje albo że powinien lepiej się starać wyrazić swoje zadowolenie. Nie – jego rodzina była szczęśliwa, gdy on był szczęśliwy, a zatem jedynym jego obowiązkiem wobec rodziny było pozostawać szczęśliwym i żyć własnym życiem, na własnych warunkach. Nie trafiają nam się rodziny, na jakie zasługujemy – powiedział kiedyś Willem, kiedy się upili. Miał na myśli oczywiście Jude’a. Zgadzam się – potwierdził JB. I faktycznie się zgadzał. Żaden z nich – ani Willem, ani Jude, ani nawet Malcolm – nie miał rodziny, na jaką zasługiwał. W sekrecie jednak JB zrobił wyjątek dla siebie: on miał rodzinę, na jaką zasługiwał. Cudowną rodzinę, prawdziwie cudowną i wiedział o tym, co więcej – naprawdę na nią zasłużył. „O, jest mój genialny chłopczyk!”, wykrzykiwała Yvette, gdy wchodził do domu, a jemu nigdy nie przyszło do głowy, że mogła nie mieć absolutnej racji.

[…]

O piątej po południu w każdy dzień powszedni i o jedenastej rano w każdy weekend JB wsiadał do metra i jechał do swojej pracowni w Long Island City. Podróż dnia powszedniego była jego ulubioną. Wsiadał przy Kanale i obserwował, jak na każdej stacji wagon zapełnia się i opróżnia stale zmienną mieszanką rozmaitych ludów i odmian etnicznych, a mniej więcej co dziesięć przecznic populacja pociągu rekonstytuuje się w prowokacyjne i nieprawdopodobne konstelacje Polaków, Chińczyków, Koreańczyków, Senegalczyków; Senegalczyków, Dominikańczyków, Hindusów, Pakistańczyków; Pakistańczyków, Irlandczyków, Salwadorczyków, Meksykanów; Meksykanów, mieszkańców Sri Lanki, Nigeryjczyków i Tybetańczyków – przy czym jedynym czynnikiem spajającym tę mnogość było to, że tu, w Ameryce, wszyscy byli nowi i wszyscy nosili na twarzach ten sam wyraz wycieńczenia stanowiący mieszankę determinacji i rezygnacji właściwą tylko imigrantom. W takich chwilach JB czuł zarówno wdzięczność za własne szczęście, jak i sentymentalny zachwyt swoim miastem – a uczuć tych nie żywił często. Nie należał do tych, którzy celebrują swe miasto jako wspaniałą mozaikę, i wyśmiewał się z ludzi, którzy tak czynili. Jednak podziwiał – bo jakże nie podziwiać? – zbiorowe dzieło wysiłku, prawdziwego wysiłku, jaki bez wątpienia wykonali tego dnia jego towarzysze z pociągu. Zamiast wstydzić się własnego względnego nieróbstwa, odczuwał ulgę z jego powodu. edyną osobą, z którą kiedykolwiek omawiał tę kwestię – ogólnikowo, co prawda – był Azjatycki Henry Young. Jechali właśnie do Long Island City – to Henry Young znalazł mu miejsce w pracowni – gdy jakiś Chińczyk, drobny i żylasty, z persymonowo-czerwoną plastikową torbą wiszącą ciężko na ostatnim zgięciu palca wskazującego prawej ręki (jakby gość nie miał siły albo ochoty nieść torby w sposób bardziej zdecydowany), przesunął się i zasiadł ciężko na ławce naprzeciw nich: skrzyżował nogi, objął się rękami i momentalnie zasnął. Henry, którego JB znał od szkoły średniej i który był, jak on, stypendystą, a jego matka była krawcową w Chinatown, spojrzał na JB i przekazał ruchami ust: „No patrz, na litość boską!”, a JB w lot zrozumiał tę szczególną mieszankę winy i przyjemności, którą odczuwał Henry. Inną jego ulubioną cechą tych wycieczek metrem w dni powszednie było samo światło, które wypełniało pociąg jak coś żywego, gdy z turkotem przejeżdżał przez most, które ścierało zmęczenie z twarzy współpasażerów, odsłaniając ich rysy z czasów, kiedy przybyli do Ameryki, gdy jeszcze byli młodzi, a Ameryka wydawała im się możliwa do zdobycia. JB obserwował, jak dobrotliwe światło rozlewa się po wnętrzu wagonu niczym syrop, patrzył, jak wygładza zmarszczki na czołach, podświetla siwe włosy na złoto, agresywny połysk tandetnych tkanin przemienia zaś w lśniący przepych. A potem słońce przesuwało się, w miarę jak pociąg bezdusznie od niego uciekał, i świat powracał do normalnych smętnych form i kolorów, a ludzie do normalnego smutnego stanu – i była to przemiana tak okrutna i nagła, jakby się dokonała za sprawą czarodziejskiej różdżki. Lubił udawać, że jest jednym z nich, lecz wiedział, że nie jest. Czasem pociągiem jechali Haitańczycy, a JB słuchem po wilczemu wyostrzonym wyławiał z ogólnego szumu miękki, śpiewny ton języka kreolskiego i bezwiednie się na nich oglądał – na dwóch mężczyzn o twarzach okrągłych jak twarz jego ojca, na dwie kobiety o miękkich noskach zadartych jak nos jego matki. Za każdym razem miał nadzieję, że trafi się jakiś naturalny powód, by się do nich odezwać – mogli się przecież pokłócić o właściwą drogę, a wtedy włączyłby się i podsunął im rozwiązanie – ale nigdy się nie trafił. Zdarzało się, że Haitańczycy, nie przerywając rozmowy, omiatali wzrokiem ludzi na ławkach, i wtedy JB sztywniał, gotowy do uśmiechu, lecz oni nigdy nie rozpoznawali w nim swojego. Bo oczywiście nie był swój. Sam wiedział, że ma więcej wspólnego z Azjatyckim Henrym Youngiem, z Malcolmem, z Willemem, nawet z Jude’em niż z tymi Haitańczykami. Wystarczyło na niego spojrzeć: wysiadał na Court Square i szedł trzy przecznice do dawnej fabryki butelek, gdzie dzielił pracownię z trzema innymi artystami. Jaki prawdziwy Haitańczyk znajduje miejsce w pracowni artystów? Czy prawdziwym Haitańczykom przyszłoby w ogóle do głowy zostawić duży, darmowy apartament, gdzie w kącie, teoretycznie, mogliby sobie malować czy coś dłubać, po to, żeby wsiąść w metro i jechać pół godziny (ileż pracy można wykonać w trzydzieści minut!) do nasłonecznionego, brudnego studia? Nie, oczywiście, że nie. Żeby wymyślić taki luksus, trzeba mieć amerykański umysł. Na strych, który mieścił się na trzeciej kondygnacji, wchodziło się po metalowych schodkach, które brzęczały niczym dzwon, gdy się po nich stąpało. Pomieszczenie było białe, z białą podłogą, chociaż miejscami tak pochlapaną farbami, że wyglądała, jakby ktoś tam rozłożył szmaciane dywaniki. We wszystkich ścianach znajdowały się wysokie niszowe okna – jedyny element wyposażenia, o które czwórka artystów dbała, myjąc je regularnie (każdy miał pod opieką jedną ścianę), ponieważ światło było aż za dobre i grzechem byłoby dać mu się marnować. Była też łazienka (nie do opisania) i kuchnia (nieco tylko mniej straszna), a na samym środku stał stół z blatem z jednej płyty pośledniego marmuru wspartym na kozłach. To była przestrzeń wspólna, z której każdy mógł korzystać, gdy jego projekt wymagał więcej przestrzeni, toteż po paru miesiącach marmurowy blat był upstrzony smugami fioletu i żółci i nakrapiany kosztowną kadmową czerwienią. Tego dnia stół pokrywały długie pasy rozmaicie barwionej organdyny, obciążone na końcach przyciskami do papieru; luźne końce tkaniny powiewały w podmuchach sufitowego wentylatora. A pośrodku widniał złożony w namiot kartonik z informacją:

SUSZY SIĘ. NIE RUSZAĆ. POSPRZĄTAM JUTRO PO POŁUDNIU. DZIĘKI ZA CIERPLIWOŚĆ. H.Y.

Strych nie miał ścian działowych, ale podzielono go na cztery równe sekcje taśmą izolacyjną, której niebieskie linie dzieliły nie tylko podłogę, ale także ściany i sufit nad przestrzenią każdego artysty. Każdy z nich był super-uważny w respektowaniu terytorium pozostałych: udawało się, że nie słychać, co się dzieje w sąsiedniej kwaterze. Nawet jeżeli sąsiad szeptał do ukochanej przez telefon i słyszało się każde słowo. Kiedy chciało się wkroczyć w czyjąś przestrzeń, stawało się na niebieskiej taśmie i wołało kolegę, raz i cicho, po imieniu, a i to tylko wtedy, gdy ten stał w głębi swojej strefy, i prosiło się o pozwolenie przejścia.

[…]

Jednak JB najbardziej podziwiał pracę Richarda. Richard był rzeźbiarzem, lecz pracował tylko w materiałach efemerycznych. Wyrysowywał na szkicowym papierze niesamowite kształty, a następnie odtwarzał je w lodzie, maśle, czekoladzie, smalcu, po czym filmował ich znikanie. Pogodnie obserwował dezintegrację swoich prac, ale JB, który nie dalej niż w minionym miesiącu patrzył, jak solidny twór Richarda wysokości ośmiu stóp – podobna do wzdętego żagla konstrukcja z zamrożonego soku grejpfrutowego przypominającego skrzepłą krew – roztapia się i ginie w nicości, nagle poczuł, że chce mu się płakać, chociaż sam nie wiedział, czy to z powodu niszczenia czegoś tak pięknego, czy po prostu z przepastnej głębi zjawiska codziennego zanikania. Ostatnio Richarda mniej interesowały substancje topniejące, a bardziej takie, które przyciągają niszczycieli; szczególnie fascynowały go mole, które podobno lubią miód. Zwierzył się JB, że ma wizję rzeźby, której powierzchnię tak gęsto pokrywają mole, że nawet nie widać kształtu rzeczy, którą owe insekty zżerają. Parapety okien Richarda były zastawione słojami z miodem, w których porowate plastry pływały jak płody w formalinie. JB był wśród nich jedynym klasycystą. Malował. Gorzej – był malarzem figuratywnym. Gdy uczył się w szkole średniej, nikt już nie dbał o malarstwo figuratywne; wszystko inne – wideo-art, sztuka performance’u, fotografia – kręciło ludzi bardziej niż malarstwo sztalugowe, a już dosłownie wszystko było lepsze niż prace figuratywne. Tak się dzieje od lat pięćdziesiątych – westchnął jeden z jego profesorów, kiedy JB mu się poskarżył. Znasz hasło o żołnierzach marynarki? „Nieliczni, dzielni…”? To my, samotni przegrani. Nie można powiedzieć, by przez te lata nie próbował innych mediów (ten głupi, fałszywy, ściągnięty z Mereta Oppenheima projekt Włosy! Czy istnieje coś bardziej tandetnego? Pokłócił się o to potwornie z Malcolmem, była to jedna z ich najgorszych kłótni, w której Malcolm nazwał jego prace „namiastką Glenna Ligona”, i najgorsze w tym było oczywiście to, że Malcolm miał rację), bo chociaż JB nigdy by się do tego nie przyznał, czuł, że w malarstwie figuratywnym jest coś zniewieściałego, wręcz panieńskiego, a w każdym razie z pewnością nie gangsterskiego, lecz ostatnio pogodził się z tym, kim był: kochał farbę, kochał portret i tym zamierzał się zajmować. No i co? Znał ludzi – znał ludzi – którzy technicznie byli znacznie od niego lepsi. Lepiej rysowali, mieli lepszy zmysł kompozycji i koloru, byli bardziej zdyscyplinowani. Za to nie mieli pomysłów. Artyście, tak jak pisarzowi czy kompozytorowi, potrzeba tematów, potrzeba idei. A on przez długi czas nie miał żadnych. Próbował malować tylko czarnych ludzi, ale mnóstwo artystów malowało czarnych ludzi i JB czuł, że nie ma tutaj nic do dodania. Przez jakiś czas rysował dziwki, ale to też mu się znudziło. Rysował swoje krewne, lecz w końcu poczuł, że wraca w ten sposób do tematu czarnych ludzi. Zapoczątkował serię scenek z komiksu o Tintinie, z postaciami portretowanymi realistycznie, jako ludzie, ale wkrótce wydało mu się to zbyt ironiczne i płytkie, więc przestał. Leniuchował więc, zapełniając płótno za płótnem, portretując ludzi na ulicach, ludzi w metrze, sceny z licznych imprez u Ezry (te najmniej mu się udawały: wszystkie postacie były z gatunku tych, co to ubierają się i poruszają, jakby stale byli pod obserwacją, więc JB poprzestał na szkicowaniu pozujących dziewczyn i mizdrzących się facetów, których wzrok starannie odwracał od własnego spojrzenia). Trwało to aż do pewnej nocy, kiedy siedział w przygnębiającym mieszkanku Jude’a i Willema, patrząc, jak ci dwaj wspólnie szykują kolację, wymijając się w miniaturowej kuchence jak dwie zabiegane lesbijki. Był to jeden z rzadkich niedzielnych wieczorów, których JB nie spędzał u matki, bo razem ze swoją matką i siostrami wybrała się w rejs po Morzu Śródziemnym, w którym uczestnictwa JB odmówił. Przywykł jednak do niedzielnego towarzystwa ludzi, no i do kolacji – kolacji z prawdziwego zdarzenia – wprosił się więc do Jude’a i Willema, o których wiedział, że będą siedzieli w domu, bo nie mają pieniędzy na to, żeby gdzieś wyjść. Miał ze sobą szkicownik, jak zawsze i gdy Jude usiadł przy stole w jadalni, żeby siekać cebulę (wszystkie prace przygotowawcze musieli wykonywać na stole, ponieważ w kuchni nie było blatów), zaczął rysować niemal machinalnie. Z kuchni dobiegało wielkie walenie garnkami, pachniało podgrzewaną oliwą, a kiedy JB tam wszedł i zobaczył, jak Willem rozbija skrzydełko kurczaka patelnią do omletów, z jedną ręką uniesioną nad mięsem, jakby chciał mu dać klapsa, i zaskakująco błogim wyrazem twarzy – naszkicował również jego. Jeszcze nie wiedział, czy zmierza do jakiegokolwiek celu, ale tydzień później, kiedy wszyscy wybrali się do Pho Viet Huong, przyniósł ze sobą jeden ze starych aparatów Alego i sfotografował całą trójkę przy jedzeniu, a potem zrobił im zdjęcie, jak idą ulicą w śniegu. Poruszali się bardzo wolno ze względu na Jude’a, ponieważ chodniki były śliskie. JB widział ich w podglądzie aparatu, ustawionych szeregiem: Malcolm, Jude i Willem. Malcolm i Willem po obu stronach Jude’a, dostatecznie blisko (wiedział to, sam bywał na tejże pozycji), żeby go złapać, gdyby się poślizgnął, lecz nie tak blisko, żeby Jude miał podejrzewać, że przewidują jego upadek. JB uświadomił sobie, że nigdy się nie umawiali, by to robić: samo tak jakoś wyszło.

[…]

Na drugi dzień siedział przed komputerem, przeglądając wczorajsze obrazy na ekranie. Aparat nie był doskonały i przymglił każde zdjęcie dymnym, żółtawym światłem, które z powodu nieumiejętnie ustawionej ostrości sprawiało, że wszyscy wydawali się ciepli, pełni i miękko zarysowani, tak jakby sfotografowano ich przez szklankę whisky. JB zatrzymał się na zbliżeniu twarzy Willema, uśmiechającego się do kogoś (bez wątpienia dziewczyny) poza kadrem, a potem przełączył na zdjęcie Jude’a z Phaedrą na kanapie. Jude miał na sobie intensywnie niebieski sweter, co do którego JB nigdy nie miał pewności, czy należy do Jude’a, czy do Willema, ponieważ obaj go często nosili, a Phaedra ubrana była w wełnianą sukienkę w odcieniu porto; skłaniała głowę ku głowie Jude’a, którego włosy pojaśniały przy czerni jej włosów, a gruzełkowate turkusowe obicie kanapy sprawiało, że oboje błyszczeli niczym klejnoty świeżymi, wspaniałymi kolorami i rozkosznym odcieniem skóry. Takie kolory każdy chciałby namalować, więc JB przystąpił do dzieła, najpierw naszkicował scenę ołówkiem, a następnie przeniósł szkic akwarelami na sztywniejszy podkład, by na koniec namalować go akrylami na płótnie. To było przed czterema miesiącami i w tej chwili JB miał już prawie jedenaście ukończonych obrazów – co jak na niego było zdumiewającym osiągnięciem – przedstawiających sceny z życia przyjaciół. Był Willem oczekujący przesłuchania, studiujący scenopis po raz ostatni; stał oparty podeszwą jednego buta o lepką czerwoną ścianę w tle; był Jude na jakimś spektaklu, z twarzą w półcieniu, uchwycony w sekundzie uśmiechu (za zrobienie tego zdjęcia omal nie wyrzucono JB z teatru); był Malcolm usadowiony sztywno na sofie parę stóp od swojego ojca, z prostymi plecami i dłońmi zaciśniętymi na kolanach (obydwaj oglądali film Buñuela wyświetlany poza kadrem). Po kilku eksperymentach JB zdecydował się na płótna o wymiarach standardowego wydruku – dwadzieścia cztery na dwadzieścia cali – wszystkie w poziomie, gdyż wyobrażał je sobie wystawione kiedyś w długim szeregu obiegającym wszystkie ściany galerii, a każdy obraz następowałby zaraz po poprzednim jak klatki na taśmie filmowej. Przedstawienia były realistyczne, foto-realistyczne. JB nie wymienił aparatu Alego na lepszy i starał się oddać na obrazach to leciutkie zamazanie, jakie nadaje wszystkiemu obiektyw – wrażenie, jakby ktoś uklepał wierzchnią warstwę widoczności, pozostawiając efekt subtelniejszy, niż oko jest w stanie zarejestrować. W chwilach niepewności martwił się czasem, że projekt jest zbyt egzaltowany, zbyt introwertyczny – w takich momentach pomagała świadomość wystawy, przypominając, że komuś jego prace się podobały, że ktoś je uważał za ważne albo co najmniej piękne. JB nie mógł jednak zaprzeczyć, że praca ta sprawia mu przyjemność, daje poczucie posiadania i zadowolenia. Chwilami trochę żałował, że sam na tych obrazach nie występuje – oto była narracja z życia jego przyjaciół, w której jego nieobecność stanowiła poważną lukę – ale z drugiej strony radowało go odgrywanie roli boga. Zaczął inaczej postrzegać przyjaciół, nie tylko jako dodatek do własnego życia, ale jako wyraźne postacie zamieszkujące swoje własne historie. Nieraz czuł, że przygląda im się po raz pierwszy, chociaż znał ich przecież tyle lat. Jakiś miesiąc po rozpoczęciu projektu, kiedy już wiedział, że właśnie na tym chce się skupić, musiał oczywiście wyjaśnić przyjaciołom, dlaczego za nimi chodzi z aparatem, fotografując codziennie sceny z ich życia, i dlaczego to takie ważne, żeby mu pozwolili robić to dalej, jak najczęściej i z bliska. Siedzieli przy obiedzie w wietnamskiej knajpce na Orchard Street, co do której mieli nadzieję, że godnie zastąpi Pho Viet Huong, i po przemówieniu JB – które naprawdę wiele go kosztowało – wszyscy jak jeden mąż spojrzeli na Jude’a. JB od początku się spodziewał, że z nim będzie problem. Pozostali dwaj zgodzili się, ale to nie wystarczało. Musieli się zgodzić wszyscy trzej, inaczej projekt by nie wypalił, tymczasem Jude był bardzo wyczulony na własnym punkcie. W college’u, kiedy ktoś chciał mu zrobić zdjęcie, odwracał głowę lub zasłaniał twarz, a kiedy się uśmiechał lub śmiał, odruchowo zakrywał usta dłonią, martwiąc przyjaciół tym tikiem, którego wyzbył się dopiero niedawno. Tak jak się JB obawiał, Jude zareagował podejrzliwie.

[…]

Właśnie nad tym obrazem pracował w tej chwili, dla niego odstąpił od przyjętego schematu i wybrał płótno kwadratowe o czterdziestocalowym boku. Całymi dniami eksperymentował, żeby utrafić w podstępny, żmijowo-zielony odcień tęczówek Jude’a, i po raz kolejny poprawił kolor włosów, zanim poczuł się zadowolony. Obraz był świetny i JB to wiedział, wiedział w sposób absolutny, jak się czasami coś wie, i nie miał najmniejszego zamiaru pokazać go Jude’owi, dopóki portret nie zawiśnie gdzieś w galerii i Jude już nie będzie mógł nic zrobić. JB wiedział, że przyjaciel będzie niezadowolony z tego, jak krucho, kobieco, bezbronnie i młodo wygląda, wiedział też, że Jude znajdzie mnóstwo wyimaginowanych powodów, żeby znienawidzić ten obraz – powodów, których JB nigdy by nie wymyślił, gdyż nie nienawidził się w takim stopniu jak Jude. Lecz dla niego ten obraz wyrażał wszystko, co miał nadzieję wyrazić w tej serii płócien; był listem miłosnym, był dokumentem, był sagą, był jego. Kiedy go malował, czuł, że unosi się w powietrzu, jakby świat galerii i imprez, i innych artystów, i ambicji skurczył się do wielkości łebka od szpilki – do czegoś tak małego, że można by to kopnąć daleko od siebie jak piłkę i patrzeć, jak ląduje na dalekiej orbicie, z którą on, JB, nie ma nic wspólnego. Dochodziła szósta. Światło niedługo się zmieni. Na razie jeszcze otaczała go względna cisza, chociaż z daleka słyszał tramwaj turkoczący na szynach. Przed nim czekał jego obraz. Ujął pędzel i przystąpił do pracy. Trwała akcja „Poezja w metrze”. Ponad rzędami plastikowych siedzeń, w wolnych przestrzeniach między reklamami gabinetów dermatologicznych i firm obiecujących uzyskanie stopnia naukowego drogą korespondencyjną, umieszczono podłużne laminowane arkusze zadrukowane poezją. Drugorzędny Stevens, trzeciorzędny Roethke i czwartorzędny Lowell – wiersze, które nikogo nie były w stanie pobudzić, gniew i piękno zredukowane do pustych aforyzmów. Tak w każdym razie mówił JB. Był przeciwnikiem tej poezji. Wiersze pojawiły się w metrze, gdy był w gimnazjum, więc skarżył się już na nie od piętnastu lat.

[…]

Czasem wydaje mi się, że ty w ogóle nie chcesz być aktorem.  To nieprawda. Ale po prostu nie uważam, że każde odrzucenie jest bez znaczenia, i nie myślę, że każdy, kto dostaje rolę zamiast mnie, dostaje ją tylko dlatego, że ma szczęście. Znowu zapadła cisza. Ty jesteś za dobry, Willem – stwierdził głucho JB. W ten sposób nigdy do niczego nie dojdziesz. Dzięki, JB – odrzekł Willem. Rzadko obrażał się za opinie JB, który często miał rację, ale w tym konkretnym momencie nie miał ochoty wysłuchiwać jego mądrości na temat swoich wad ani mrocznych proroctw, które się ziszczą, o ile Willem gruntownie nie zmieni swojej osobowości. Odłożył słuchawkę i długo leżał bezsennie w łóżku, czując się jak w pułapce i użalając się nad sobą. W każdym razie zmiana osobowości nie wchodziła w grę. Czyż nie było na nią za późno? Przecież Willem, zanim stał się dobrym mężczyzną, był dobrym chłopcem. Wszyscy to zauważali: nauczyciele, koledzy z klasy, rodzice kolegów. „Willem to bardzo empatyczne dziecko”, pisano o nim w kartach semestralnych, na które matka i ojciec ledwie zerkali, zanim bez słowa wrzucili je do kosza. Gdy podrósł, uświadomił sobie, że ludzie patrzą na jego rodziców ze zdziwieniem, a nawet z przykrością. Nauczycielowi w liceum wyrwało się kiedyś, że znając Willema, przypuszczał, że jego rodzice są inni. Jak inni? – spytał Willem. Bardziej przyjacielscy – odrzekł nauczyciel. Willem nie myślał o sobie jako o kimś szczególnie dobrym czy nadzwyczajnie pogodnym. Większość rzeczy przychodziła mu łatwo: sport, szkoła, przyjaciele, dziewczyny. Nie był milutki, nie starał się zaprzyjaźnić z całym światem, nie cierpiał chamstwa, małostkowości i złośliwości. Był skromny i pracowity, pilny raczej niż bystry, i dobrze to wiedział. „Znaj swoje miejsce”, powtarzał mu często ojciec. Ojciec znał swoje miejsce. Willem zapamiętał, jak po późnowiosennym przymrozku, który zabił wiele jagniąt w ich okolicy, z jego ojcem robiła wywiad dziennikarka pisząca artykuł o wpływie pogody na lokalne farmy. Jako ranczer… – zaczęła reporterka, ale ojciec Willema jej przerwał. Nie ranczer – poprawił z tym swoim charakterystycznym akcentem, który sprawiał, że jego słowa brzmiały brutalniej, niż zamierzał. Pomocnik ranczera. Oczywiście miał rację: ranczer to termin specyficzny – oznacza właściciela ziemi i zgodnie z tą definicją ojciec Willema nie był ranczerem. Ale w okolicy była masa ludzi, którzy też nie mieli prawa tytułować się ranczerami, a jednak to robili. Willem nigdy nie słyszał, żeby ojciec ich kiedykolwiek za to krytykował – nie obchodziło go, co inni robią lub czego nie robią – ale nie stosował takiej taryfy ulgowej wobec Willema ani swojej żony, matki Willema.

[…]

A mimo to często miał wrażenie, że nie zna się na niczym wartościowym ani użytecznym. Języki i matematyka – świetnie. Ale każdy dzień przypominał mu, jak wiele nie wie. Nigdy nie słyszał o serialach, których odcinki stale omawiano. Nigdy nie był w kinie. Nigdy nie wyjechał na wakacje. Nigdy nie był na obozie letnim. Nigdy nie jadł pizzy ani lodów, ani makaronu z serem, a już na pewno nie próbował – w przeciwieństwie do Malcolma i JB – gęsich wątróbek ani szpiku. Nigdy nie miał na własność komputera ani telefonu, rzadko dopuszczano go do internetu. Nigdy, uświadomił sobie, nie miał nic swojego, właściwie nie: jego książki, z których był taki dumny, koszule, które ustawicznie cerował, były niczym, były śmieciami, a dumy z nich powinien wstydzić się bardziej niż nieposiadania niczego w ogóle. Sala szkolna była najbezpieczniejszym miejscem, jedynym, w którym czuł się pewnie: wszędzie indziej czyhała nieustanna lawina cudów, jeden bardziej zagadkowy od drugiego, a każdy przypominający mu o jego bezdennej ignorancji. Złapał się na tym, że tworzy mentalne listy nowych rzeczy, o których usłyszał albo które napotkał. Lecz nigdy nie mógł poprosić nikogo o odpowiedź. Byłoby to dowodem jego skrajnej obcości, która sprowokowałaby dalsze pytania i obnażyła go, nieuchronnie doprowadzając do rozmów, jakich absolutnie nie był gotów prowadzić. Częstokroć czuł się nie tyle cudzoziemcem – bo nawet cudzoziemscy studenci, nawet Odval z wioski pod Ułan Bator, zdawali się rozumieć popularne odniesienia – ile obywatelem całkiem innych czasów. Jego dzieciństwo mogłoby spokojnie należeć do dziewiętnastego wieku, a nie dwudziestego pierwszego, biorąc pod uwagę to, co przegapił i osobliwość, czystą dekoracyjność tego, co wiedział. Jak to możliwe, że wszyscy jego rówieśnicy, czy to urodzeni w Lagosie, czy w Los Angeles, posiadali mniej więcej to samo doświadczenie, te same wyznaczniki kulturowe? Przecież musiał istnieć ktoś, kto wiedział równie mało jak on? A jeżeli nie, to jak on kiedykolwiek nadrobi braki? Wieczorami, kiedy całą grupą leżeli rozwaleni w czyimś pokoju (paliła się świeca, palił się skręt), rozmowa często schodziła na dzieciństwo kolegów, z którego ledwo wyrośli, lecz wobec którego już odczuwali przedziwną nostalgię i na którego punkcie mieli niewątpliwą obsesję. Opowiadali, zda się, każdy szczegół o sobie, chociaż Jude nigdy nie był pewien, czy celem tych opowieści jest wzajemne porównywanie podobieństw, czy przechwalanie się różnicami, bo zdawali się czerpać przyjemność i z jednego, i z drugiego. Opowiadali o wyznaczonej godzinie wieczornego powrotu do domu, o buntach i o karach (rodzice kilku kumpli bili ich, lecz oni wspominali te historie ze swoistą dumą, która też wydawała się dziwna), o ulubionych zwierzakach i rodzeństwie, i o tym, w co się ubierali ku zgrozie rodziców, i do jakich grup należeli w szkole średniej, i z kim stracili dziewictwo, gdzie i jak, o samochodach, które porozbijali, i kościach, które sobie połamali, o sportach, które uprawiali, i zespołach muzycznych, które zakładali. Mówili o koszmarnych rodzinnych wakacjach i o barwnych postaciach krewnych, o sąsiadach dziwakach i nauczycielach, uwielbianych albo nienawidzonych. Lubił te dywagacje bardziej, niżby się spodziewał – to byli prawdziwi nastolatkowie, to było ich prawdziwe, zwyczajne życie, jakie zawsze stanowiło dla niego zagadkę. Odprężał się i chłonął informacje, siedząc z nimi późno w noc i słuchając. Jego milczenie było zarówno koniecznością, jak i ochroną, a miało tę dodatkową zaletę, że czyniło go bardziej tajemniczym i interesującym, niż się domyślał. „No a ty, Jude?” – zagadywano go czasem na początku semestru, ale on już wtedy wiedział dość – szybko się uczył – żeby po prostu wzruszyć ramionami i odpowiedzieć z uśmiechem: „To zbyt nudne, żeby opowiadać”. Zdumiała go, ale też sprawiła mu ulgę łatwość, z jaką przyjmowali to wyjaśnienie i był im wdzięczny za ich egocentryzm. W gruncie rzeczy nikt nie chciał słuchać cudzych historii; chcieli tylko opowiadać swoje własne. A jednak jego milczenie nie pozostało niezauważone przez wszystkich i to właśnie ono stało się inspiracją do nadania mu przydomka. Było to w roku, kiedy Malcolm odkrył postmodernizm, a JB zrobił tyle szumu wokół tego, że Malcolm tak późno wpadł na trop tej ideologii, że Jude nie przyznał się, że też nigdy o niej nie słyszał.

[…]

Umieszczono go w schronisku interwencyjnym. Tak to się oficjalnie nazywało: schronisko interwencyjne. Argumentował, że jest dość dorosły, by zostawili go w spokoju (wyobrażał sobie, niezbyt rozsądnie, że sypiałby w kanciapie na zapleczu piekarni), zresztą za niespełna dwa miesiące i tak wyjeżdżał, całkowicie wyłączał się z systemu opieki, ale nikt go nie słuchał. Schronisko było jedną wielką sypialnią, zdewastowanym plastrem miodu, gdzie nocowały dzieciaki, których – z racji popełnionych przez nie wykroczeń albo wykroczeń popełnionych wobec nich, albo po prostu z racji wieku – rząd nie miał gdzie umieścić. Gdy przyszła pora jego wyjazdu, dali mu trochę pieniędzy na przybory szkolne. Uświadomił sobie, że są z niego na swój sposób dumni – może nie figurował długo w systemie, ale szedł na studia, i to do bardzo dobrego college’u. Odtąd zawsze będą go uważali za swój sukces. Leslie zawiozła go do sklepu z odzieżą z demobilu. Wybierając rzeczy, które, jak sobie wyobrażał, przydadzą mu się w nowym życiu – dwa swetry, trzy koszule z długimi rękawami, spodnie i szary koc, który przypominał skłębione wypełnienie wylewające się z kanapy w hallu schroniska – zastanawiał się, czy wybiera to, co należy, czy są to rzeczy, które mogły figurować na liście Any. Dręczyła go myśl, że na tej liście było coś jeszcze, coś ważnego, co zdaniem Any bardzo mu się przyda, ale co? – tego się już nie dowie. Tęsknił za tą listą po nocach, bardziej niż tęsknił za samą Aną, widział ją w wyobraźni, śmieszne drukowane litery wplecione w pojedyncze słowo, automatyczny ołówek, którego Ana zawsze używała, notesy o żółtych kartkach, pozostałe jej po latach pracy prawnika, w których teraz notowała. Czasem litery zbijały się w słowa, a on w swoim śnionym życiu przeżywał triumf: no tak – myślał sobie – oczywiście! Właśnie tego mi potrzeba! Oczywiście, że Ana wiedziała! Rankiem jednak nigdy nie pamiętał, co to były za rzeczy. W takich chwilach mówił sobie perwersyjnie, że byłoby lepiej, gdyby jej nigdy nie spotkał, bo dużo gorzej było mieć ją przez tak krótki czas, niż nie mieć jej wcale. Dali mu bilet autobusowy na północ. Leslie przyszła na dworzec, żeby go pożegnać. Spakował swoje rzeczy do dwuwarstwowego czarnego worka na śmieci i wsadził go do plecaka kupionego w sklepie z demobilem: wszystko, co posiadał, zmieściło się w jednej schludnej paczce. W autobusie gapił się przez okno i nie myślał o niczym. Miał nadzieję, że kręgosłup nie zdradzi go podczas jazdy, i nie zdradził. Przybył do wspólnego pokoju jako pierwszy, a kiedy zjawił się drugi chłopak – był to Malcolm – z rodzicami i walizkami, z książkami, głośnikami, telewizorem, telefonami i komputerami, a nawet z lodówką i flotyllą cyfrowych gadżetów, poczuł pierwszą falę mdlącego lęku, a potem złość skierowaną przeciwko Anie. Jak mogła wierzyć, że on temu sprosta? Jako kto miał się przedstawić? Dlaczego nigdy mu nie powiedziała, jaki naprawdę jest biedny, jaki brzydki, jaką skrwawioną, ubłoconą szmatą jest w rzeczywistości jego życie? Dlaczego pozwoliła mu uwierzyć, że tu jest jego miejsce? Z upływem miesięcy to uczucie osłabło, ale nie minęło nigdy; trzymało się go jak cienka warstewka pleśni. Lecz w miarę jak ta świadomość stawała się coraz bardziej do przyjęcia, inna dawała się przyjąć coraz mniej, mianowicie ta, że Ana była pierwszą i ostatnią osobą, której nie musiał się z niczego tłumaczyć. Ona wiedziała, że Jude nosi swoje życie na własnej skórze, że jego biografia wyryta jest w jego ciele i jego kościach. Nigdy go nie spytała, dlaczego nie nosi koszul z krótkimi rękawami, nawet przy najparniejszej pogodzie, albo dlaczego nie lubi, żeby go dotykać, albo też, co najistotniejsze, co stało się z jego plecami i nogami. Ona to wiedziała. Przy niej nie odczuwał wiecznego napięcia, które dławiło go przy wszystkich innych ludziach. Ta czujność była wyczerpująca, lecz w końcu stała się po prostu częścią jego życia, odruchowa jak dobra postawa.

[…]

Harold mi mówił, że robisz dodatkowo magisterium na MIT. Z czego? Z matematyki czystej. A czym się ona różni od zwyczajnej matematyki? – chciała wiedzieć Gillian. Zwykłą matematykę, czyli matematykę stosowaną, można by nazwać matematyką praktyczną – odpowiedział. Służy ona do rozwiązywania zadań, do uzyskiwania rozwiązań w dziedzinie ekonomii, inżynierii, księgowości czy jakiejkolwiek innej. A matematyka czysta nie służy do natychmiastowych, czy też oczywistych, zastosowań praktycznych. Jest wyłącznie ekspresją formy, że się tak wyrażę. Jedyne, czego dowodzi, to niemal nieskończonej elastyczności samej matematyki w ramach przyjętego zestawu założeń, którymi ją definiujemy, oczywiście. Masz na myśli geometrie wyobrażone i tego typu zjawiska? – spytał Laurence. Te również, oczywiście. Ale nie tylko. Często matematyka czysta stanowi dowód… niemożliwej, a jednak spójnej wewnętrznej logiki samej matematyki. W ramach czystej matematyki mieści się wiele specjalności: geometria, jak wspomniałeś, ale także algebra, algorytmika, kryptografia, teoria informacji oraz czysta logika, którą właśnie studiuję. A czym ona jest? – zaciekawił się Laurence. Jude chwilę się namyślał. Logika matematyczna, czyli czysta logika, jest w istocie rozmową pomiędzy prawdami a fałszami. Mógłbym na przykład powiedzieć: „Wszystkie liczby dodatnie są rzeczywiste. Dwa jest liczbą dodatnią. A zatem dwa musi być liczbą rzeczywistą”. Lecz to nie jest właściwie prawda, zgodzimy się? Jest to derywacja, przypuszczenie prawdy. Nie udowodniłem przecież, że dwa jest liczbą rzeczywistą, ale logicznie musi to być prawda. Można zatem zapisać dowód potwierdzający, że logika tych dwóch zdań jest realna i nieskończenie stosowalna. Przerwał. Czy mówię z sensem? Video, ergo est – rzekł nagle Laurence. Widzę, a zatem to jest. Jude się uśmiechnął. I właśnie tym jest matematyka stosowana. Ale matematyka czysta jest czymś więcej. Znów się namyślił. Imaginor, ergo est. Laurence odpowiedział mu uśmiechem i pokiwał głową. Bardzo dobrze – powiedział. Teraz ja mam pytanie – wtrącił się Harold, który dotychczas zachowywał milczenie, słuchając ich dwóch. Jak i dlaczego wylądowałeś na wydziale prawa? Wszyscy się roześmieli, Jude też. Często zadawano mu to pytanie (doktor Li z desperacją, jego promotor, doktor Kashen, z zadziwieniem), on zaś zawsze zmieniał odpowiedź, dopasowując ją do słuchacza, gdyż ta prawdziwa – że chce mieć środki do samoobrony, że chce być pewien, że już nikt go nigdy nie dopadnie – wydawała mu się zbyt płytka, samolubna i nieistotna, aby wypowiedzieć ją głośno (poza tym wywołałaby kolejne pytania). Wiedział już, poza tym, że prawo stanowi słabą formę obrony: jeśli naprawdę chciał być bezpieczny, musiałby zostać snajperem patrzącym przez celownik albo chemikiem w laboratorium z pipetami i truciznami. A jednak tego wieczoru powiedział: Prawo w swej istocie nie różni się tak bardzo od matematyki czystej. Chodzi mi o to, że i ono, w teorii, może dać odpowiedź na każde pytanie, prawda? Prawa są po to, żeby je ugniatać i rozciągać, a jeżeli nie są w stanie dostarczyć rozwiązań wszystkich kwestii, które mienią się obejmować, to nie są tak naprawdę prawami, zgoda? Zamilkł, rozważając przez chwilę to, co powiedział. Przypuszczam, że różnica polega na tym, że w prawie jest wiele dróg prowadzących do wielu odpowiedzi, w matematyce natomiast jest wiele dróg prowadzących do jednej odpowiedzi. I na tym, jak przypuszczam, że prawo właściwie nie dotyczy prawdy: dotyczy zarządzania. Matematyka zaś nie musi być wygodna ani praktyczna, ani kierująca – musi być tylko prawdziwa. Ale wydaje mi się, że są podobne pod jeszcze jednym względem: w matematyce, tak jak w prawie, najważniejsze, czy raczej najłatwiejsze do zapamiętania, jest nie to, czy daną sprawę, bądź też dowód, udało się wygrać lub rozwiązać, lecz samo piękno, sama elegancja, z jaką to się dokonuje. Co masz na myśli? – spytał Harold. To – rzekł Jude – że w prawie mówimy o pięknym podsumowaniu lub pięknym sądzie, a rozumiemy przez to oczywiście piękno nie tylko logiki, ale też jej wyrazu. Podobnie w matematyce, gdy mówimy o pięknym dowodzie, stwierdzamy prostotę tego dowodu, jego… elementarność i jak przypuszczam, jego nieuchronność. A co z czymś takim jak wielkie twierdzenie Fermata? – spytała Julia. To doskonały przykład niepięknego dowodu. Ponieważ o ile ważne było, aby go przeprowadzić, o tyle dla wielu osób, w tym dla mojego promotora, stał się on rozczarowaniem. Ten dowód zajmował setki stron i czerpał z tak wielu różnych pól matematyki, i był tak… wymęczony, pokawałkowany w swoim toku, że do dziś wielu ludzi usiłuje go przeprowadzić w sposób bardziej elegancki, chociaż dowód już istnieje. Piękny dowód jest zwięzły jak piękna reguła. Łączy zaledwie garstkę różnych pojęć, jakkolwiek z całego uniwersum matematyki i w stosunkowo niewielu krokach doprowadza do wielkiej i nowej uogólnionej prawdy w matematyce, czyli takiej, która jest całkowicie możliwa do udowodnienia, niewzruszenie absolutna w skonstruowanym świecie z bardzo nielicznymi niewzruszonymi absolutami. Przerwał, by nabrać tchu, świadom znienacka, że oto gada i gada, a pozostali milczą, obserwując go. Poczuł, że się rumieni, poczuł starą nienawiść wypełniającą go znów na podobieństwo brudnej wody. Przepraszam – powiedział. Przepraszam. Nie chciałem się rozgadać. Żartujesz? – zdziwił się Laurence. Jude, myślę, że to była pierwsza prawdziwie odkrywcza rozmowa, jaką prowadziłem u Haroldów od co najmniej dekady. Dziękuję. Znów wszyscy się roześmieli, a Harold odchylił się na oparcie krzesła, wyraźnie zadowolony. Jude przyłapał go na tym, że ruchami ust przekazuje Laurence’owi komunikat: „No widzisz?”, a Laurence kiwa głową. Zrozumiał, że to o nim, i mimo woli poczuł się mile połechtany, a także onieśmielony. Czyżby Harold rozmawiał o nim wcześniej z przyjacielem? Czy to miał być dla niego test, sprawdzian, o którym Jude nie wiedział, że ma do niego przystąpić? Z ulgą pomyślał, że zdał i że nie przyniósł Haroldowi wstydu; ulgę sprawiła mu też myśl, że chociaż czasem czuł się tu zażenowany, chyba w pełni zasłużył sobie na miejsce w domu Harolda i pewnie będzie tu jeszcze zapraszany. Z każdym dniem ufał Haroldowi trochę bardziej, aż chwilami zastanawiał się, czy nie popełnia znów tego samego błędu. Lepiej ufać czy lepiej być czujnym? Czy można mówić o prawdziwej przyjaźni, jeśli jakaś część ciebie stale spodziewa się zdrady? Czasami Jude czuł, że nadużywa szczodrości Harolda, jego pogodnej wiary w niego, czasami zaś, że mądrze wybrał ostrożność, bo gdyby się to źle skończyło, będzie mógł winić tylko siebie. Lecz trudno było nie ufać Haroldowi, bo sam Harold to utrudniał i co ważniejsze, utrudniał to sobie sam Jude. Chciał ufać Haroldowi, chciał się poddać, chciał, żeby to stworzenie w nim zapadło w sen, z którego się już nigdy nie obudzi.

[…]

Gdy miałem osiem lat, ożenił się z kierowniczką swojej przychodni, Adele. Nie pamiętam takiego momentu w dzieciństwie, kiedy byłbym nieświadom obecności Adele: to ona zabierała mnie na zakupy po nowe ubrania, gdy ich potrzebowałem, ona spędzała z nami Święto Dziękczynienia, ona pakowała moje urodzinowe prezenty. Nie chodzi o to, że Adele była dla mnie jak matka; chodzi o to, że dla mnie matka to Adele. Była starsza od mojego ojca i należała do tych kobiet, przy których mężczyźni czują się swobodnie, lecz nigdy nie myślą o poślubieniu ich – inaczej mówiąc, nie była ładna. Ale komu potrzebna uroda u matki? Zapytałem ją kiedyś, czy chciałaby mieć własne dzieci, na co odpowiedziała, że ja jestem jej dzieckiem i nie wyobraża sobie lepszego – co mówi wszystko o moim ojcu i Adele, i o tym, jakie uczucia wobec nich żywiłem, i jak mnie traktowali; dość, że nie kwestionowałem jej pozycji aż do ukończenia trzydziestu lat, gdy kłóciliśmy się z żoną o to, czy powinniśmy mieć drugie dziecko, dziecko, które zastąpiłoby Jacoba. Adele była jedynaczką i ja byłem jedynakiem, a także mój ojciec był jedynakiem: rodzina jedynaków. Rodzice Adele żyli, ojca już nie i jeździliśmy do nich na Brooklyn, w okolicę pochłoniętą teraz przez Park Slope, w weekendowe odwiedziny. Mieszkali w Ameryce prawie pięćdziesiąt lat, a nadal ledwo mówili po angielsku: ojciec nieśmiało, matka ekspresyjnie. Byli potężnej postury, tak jak Adele i tak jak ona wielkiej dobroci. Adele rozmawiała z nimi po rosyjsku, a jej ojciec, którego naturalnie nazywałem dziadkiem, otwierał grubą pięść i pokazywał mi, co tam tai: drewniany wabik naśladujący ptasie głosy albo pasek różowej gumy do żucia. Nawet gdy byłem już studentem prawa, za każdym razem coś mi darowywał, chociaż nie miał już swojego sklepiku, co oznacza, że musiał te drobiazgi gdzieś kupować. Ale gdzie? Zawsze wyobrażałem sobie, że musi istnieć tajemny sklep pełen zabawek, które pokolenia temu wyszły z mody, a który mimo to ma wiernych klientów – starych imigrantów płci obojga, którzy podtrzymują jego istnienie, kupując malowane w pasy blaszane bąki, małe metalowe żołnierzyki i gumowe piłeczki, lepkie od brudu jeszcze przed zdjęciem chroniącego je plastiku. Zawsze wyznawałem teorię – zrodzoną z niczego – że mężczyźni, którzy są dość dorośli, by być świadkami drugiego małżeństwa własnych ojców (a zatem dość dorośli, by wyciągnąć z tego wnioski), poślubiają kobiety podobne do macochy, a nie do matki. Ale ja nie ożeniłem się z kimś takim jak Adele. Moja żona, moja pierwsza żona, była zimna i zamknięta w sobie. W przeciwieństwie do innych dziewczyn, które zawsze siebie krytykowały – własną inteligencję, ale także własne pragnienia i złości, i lęki, i charakter – Liesl nigdy tego nie robiła. Na naszej trzeciej randce wychodziliśmy z kawiarni na MacDougal Street, gdy z mrocznej bramy wyłonił się mężczyzna i zwymiotował prosto na Liesl. Zapaskudził jej cały sweter pomarańczowym pawiem; szczególnie zapamiętałem spory glut przylepiony do pierścionka z małym diamentem, który Liesl nosiła na prawej ręce – wyglądało to, jakby na kamieniu wyrósł rakowy guz. Ludzie wokół nas żachnęli się, niektórzy krzyczeli, ale Liesl tylko przymknęła oczy. Inna kobieta narobiłaby pisku i wrzasku (ja sam narobiłbym pisku i wrzasku), a ona, pamiętam, tylko lekko się wzdrygnęła, jakby jej ciało doznało obrzydzenia, ale jednocześnie uchylało się przed nim, a kiedy otworzyła oczy, już nad sobą panowała. Zdjęła sweter, cisnęła go do pobliskiego kosza na śmieci i powiedziała „Chodźmy”. Przez cały epizod stałem oniemiały, zszokowany, lecz w tym momencie zapragnąłem jej i poszedłem za nią tam, gdzie mnie zaprowadziła, czyli do jej mieszkania, nory na Sullivan Street. Przez cały czas Liesl trzymała prawą rękę lekko uniesioną, a glut wymiocin wciąż wisiał u jej pierścionka. Ani mój ojciec, ani Adele specjalnie jej nie lubili, chociaż nigdy mi tego nie powiedzieli: byli uprzejmi i szanowali moje decyzje. Ja w zamian nigdy ich nie pytałem, nie zmuszałem do kłamstwa. Nie sądzę, żeby ich stosunek do Liesl spowodowany był tym, że nie była Żydówką – żadne z moich rodziców nie było religijne. Chodzi raczej o to, że uważali, iż zanadto się jej boję. A może tak to sobie zinterpretowałem w późniejszych latach życia. Może było tak dlatego, że to, co ja brałem za kompetencję, oni postrzegali jako oziębłość czy też chłód. Bóg świadkiem, że nie oni jedni tak myśleli. Zawsze odnosili się do niej grzecznie, a ona, w rozsądnych granicach, odwzajemniała się tym samym, ale wydaje mi się, że woleliby synową, która by z nimi trochę flirtowała, której by mogli opowiadać żenujące historie z mojego dzieciństwa, która umawiałaby się na lunche z Adele i grała w szachy z ojcem. Krótko mówiąc, kogoś takiego jak ty. Ale Liesl taka nie była i nigdy nie miała być, a z chwilą, gdy to sobie uświadomili, sami przyjęli postawę nieco wyniosłą, nie po to, by okazać brak zadowolenia, ale jako rodzaj samodyscypliny, przypomnienie samym sobie, że są granice, jej granice, które powinni uszanować. Kiedy byłem z Liesl, czułem się dziwnie odprężony, jakby wobec takiej kompetencji nawet nieszczęście musiało nas omijać. Poznaliśmy się w Nowym Jorku, gdzie ja studiowałem prawo, a ona medycynę. Po dyplomie dostałem posadę urzędnika w Bostonie, a ona (o rok starsza ode mnie) rozpoczęła staż. Chciała być onkologiem. Podziwiałem to, ponieważ nie ma nic bardziej kojącego niż kobieta, która chce leczyć, którą wyobrażamy sobie pochyloną nad pacjentem w kitlu białym jak obłok. Liesl jednak nie chciała być podziwiana; onkologia interesowała ją dlatego, że była jedną z najtrudniejszych dyscyplin, że uchodziła za specjalizację dla mózgowców. Liesl i jej koledzy ze stażu onkologicznego pogardzali radiologami (zbyt usługowi), kardiologami (zbyt napuszeni i zadowoleni z siebie), pediatrami (zbyt sentymentalni), a zwłaszcza chirurgami (niewymownie aroganccy) i dermatologami (bez komentarza), chociaż ci często z onkologami współpracowali. Lubili za to anestezjologów (dziwaków, kujonów i pedantów skłonnych do uzależnień), patologów (jeszcze większych mózgowców od siebie) i… na tym właściwie koniec. Czasami całą grupą przychodzili do nas do domu i po kolacji długo dyskutowali o przypadkach i studiach, podczas gdy my, ich partnerzy – prawnicy, historycy, pisarze i pomniejsi naukowcy – siedzieliśmy, jakby nas nie było, dopóki wreszcie nie ewakuowaliśmy się do jadalni, żeby pogadać o najrozmaitszych banalnych, mało ważnych rzeczach wypełniających nasze dni. Byliśmy dwiema dorosłymi osobami i nasze życie było wystarczająco szczęśliwe. Nie biadoliliśmy, ani ja, ani ona, na to, że nie spędzamy ze sobą dość czasu. Po zakończeniu jej stażu specjalizacyjnego ona wróciła do Nowego Jorku, a ja zostałem w Bostonie. Pracowałem już w firmie i byłem adiunktem na wydziale prawa. Widywaliśmy się w weekendy, raz w Bostonie, raz w Nowym Jorku. W końcu Liesl zakończyła swój program i wróciła do Bostonu. Pobraliśmy się, kupiliśmy dom, nieduży, nie ten, który mam teraz na skraju Cambridge. Mój ojciec i Adele (a także rodzice Liesl, tajemniczym zrządzeniem losu znacznie bardziej emocjonalni niż córka, która podczas naszych nieczęstych odwiedzin w Santa Barbara, kiedy jej ojciec dowcipkował, a matka stawiała przede mną talerze pokrojonych i posypanych pieprzem ogórków i pomidorów ze swojego ogródka, obserwowała nas z zaciętą miną, jakby zażenowana, a co najmniej zaskoczona ich wylewnością) nigdy nas nie spytali, czy chcemy mieć dzieci: przypuszczam, że kombinowali sobie, że dopóki nie spytają, istnieje szansa, że się rozmnożymy. Lecz ja po prawdzie wcale nie czułem takiej potrzeby; nigdy nie wyobrażałem sobie, że mam dziecko, nie miałem właściwie żadnego stosunku do dzieci, co wydawało mi się dostatecznym powodem, żeby ich nie mieć: żeby mieć dziecko, myślałem, trzeba tego aktywnie chcieć, nawet pożądać. To nie jest coś dla wahających się i pozbawionych pasji. Liesl czuła podobnie, tak przynajmniej sądziliśmy.

[…]

On jednak nigdy nie mówił, czy coś jest fair. Bycie fair zdawało się go niezbyt interesować, co dla mnie było fascynujące, ponieważ ludzie, zwłaszcza młodzi ludzie, żywo interesują się tym, co jest fair. Bycie fair to pojęcie, którego się uczy grzeczne dzieci: jest zasadą rządzącą w przedszkolu i na letnim obozie, na placu zabaw i na boisku. Jacob, gdy jeszcze mógł chodzić do szkoły, uczyć się, myśleć i mówić, wiedział, na czym polega bycie fair i że jest to ważne i wartościowe. Fair jest dla ludzi szczęśliwych, dla ludzi, którzy mieli to szczęście, że przeżyli życie określone raczej pewnikami niż niepewnością. Dobro i zło natomiast są dla… cóż, może nie dla nieszczęśliwych, ale dla poranionych, wystraszonych. A może dopiero dziś tak myślę? Ale czy powodowie wygrali sprawę? – zapytałem. Na tamtym roku, jego pierwszym roku studiów, posłużyłem się przykładem drużyny piłkarskiej. Tak – odrzekł i wytłumaczył, dlaczego. Instynktownie pojął, dlaczego by wygrali. W tym samym momencie jak na zamówienie usłyszałem z głębi sali: „Przecież to nie fair!”, ale zanim zdążyłem rozpocząć wykład, że „fair” nigdy nie jest odpowiedzią et cetera, et cetera, on powiedział cicho: Ale jest dobre. Nigdy nie miałem okazji spytać go, co przez to rozumiał. Zajęcia się skończyły, wszyscy się zerwali i niemal pognali do drzwi, jakby w sali wybuchł pożar. Pamiętam, że zakonotowałem sobie, żeby go o to spytać na następnych zajęciach, pod koniec tygodnia, ale zapomniałem. A potem zapominałem raz po raz. Przez te wszystkie lata przypominała mi się od czasu do czasu tamta wymiana zdań i za każdym razem myślałem: muszę go zapytać, co miał wtedy na myśli. Nigdy nie zapytałem. Nie wiem, dlaczego. I tak utrwalił się schemat: on znał prawo, miał wyczucie. Ale z drugiej strony, wtedy, gdy chciałem, żeby przestał mówić, on wprowadzał argument moralny, wspominał o etyce. Proszę cię, myślałem w duchu, proszę cię, nie rób tego. Prawo jest proste. Dopuszcza mniej niuansów, niżby się zdawało. Etyka i moralność mają w istocie miejsce w prawie – chociaż nie w prawoznawstwie. Moralność pozwala nam tworzyć prawa, lecz nie pomaga nam ich stosować. Martwiłem się, że utrudnia sobie życie, że niepotrzebnie komplikuje swój wielki dar (wstyd mi to mówić o własnej profesji) myśleniem. Przestań! – chciałem mu powiedzieć. Ale nigdy nie powiedziałem, bo w końcu uświadomiłem sobie, że lubię słuchać, jak on myśli. Okazało się oczywiście, że martwiłem się niepotrzebnie, bo nauczył się powściągliwości, nauczył się nie wspominać o dobru i złu. I jak wiemy, ta tendencja nie przeszkodziła mu zostać wielkim prawnikiem. Ale później często było mi smutno, za niego i za siebie. Żałowałem, że zbyt późno namówiłem go do porzucenia uczelni prawniczej, żałowałem, że poradziłem mu iść na odpowiednik Draymana 241. Umiejętności, które mu przekazałem, do niczego mu się w końcu nie przydały. Szkoda, że go nie pchnąłem w kierunku dziedziny, w której jego umysł mógł pozostać tak subtelny, jak był, w której nie musiałby się zaprzęgać do nudnej metody myślenia. Czułem, że wyszkoliłem kogoś, kto kiedyś wiedział, jak narysować psa, i zmieniłem go w kogoś, kto umie świetnie kreślić bryły. Mam na sumieniu wiele win, jeśli chodzi o niego. Ale czasami, wbrew logice, czuję się bez winy. Zaprosiłem go do swojego pojazdu. I chociaż nie zjechałem z drogi, to wywiozłem go gdzieś, gdzie jest mrocznie, zimno i bezbarwnie, i tam go zostawiłem, gdy tymczasem w miejscu, skąd go zabrałem, krajobraz grał kolorami, na niebie rozbłyskiwały fajerwerki, a on stał z ustami rozdziawionymi z zachwytu.

[…]

Jest wczesny wieczór, już wszyscy sobie poszli, została tylko ich szóstka; siedzą porozwalani w salonie: on, Harold, Julia, Malcolm, JB i Willem. W domu znowu panuje bałagan. Julia wspomina coś o kolacji, ale wszyscy, nawet Jude, tak się obżarli, że nikt (nawet JB) nie chce o tym słyszeć. JB podarował Haroldowi i Julii portret Jude’a, zastrzegając przed wręczeniem go, że „nie jest oparty na fotografii; to ze szkiców”. Portret, namalowany akwarelą i tuszem na arkuszu sztywnego papieru, przedstawia jego twarz i szyję i utrzymany jest w innym stylu niż ten, który Jude kojarzy z JB. Jest oszczędniejszy i bardziej umowny, w poważnej palecie szarości. Na obrazie prawa dłoń Jude’a błądzi u nasady jego szyi, jakby chciał schwycić się i udusić, jego usta są uchylone, a źrenice bardzo duże, jak u kota w mroku. To bez wątpienia on – Jude rozpoznaje nawet ten gest jako swój, chociaż w tej chwili nie przypomina sobie, co ma wyrażać i jakim towarzyszy emocjom. Twarz jest nieco większa niż naturalnych rozmiarów; wszyscy wpatrują się w nią w milczeniu. To jest naprawdę dobry obraz – mówi w końcu JB, z wyraźnym zadowoleniem. Gdybyś go kiedyś sprzedawał, Harold, daj mi znać. Na to wreszcie wszyscy muszą się roześmiać. JB, on jest przepiękny, strasznie ci dziękujemy – mówi Julia, a Harold jej przytakuje. Jude ma pewną trudność, jak zawsze wobec swoich portretów autorstwa JB, z oddzieleniem artystycznego piękna od niesmaku, jaki odczuwa wobec własnego wizerunku, ale że nie chce wyjść na niewdzięcznika, powtarza pochwały Harolda i Julii.

[…]

No i Harold nie do końca się mylił, bo istotnie Jude tęsknił za biurem prokuratora okręgowego. Tęsknił za byciem człowiekiem prawym, otoczonym przez gorliwców z pasją, z misją. Tęsknił za Citizenem, który wrócił do Londynu, za Marshallem, z którym od czasu do czasu wypijał gdzieś drinka, i za Rhodesem, którego widywał częściej, lecz wiecznie spiętego, posiwiałego, a przecież pamiętał go jako błyskotliwego wesołka, który nuci elektro-tango, krążąc z wyimaginowaną partnerką po pokoju, kiedy we trzech siedzieli w biurze do późna i zebrało mu się na żarty, żeby oderwać jego i Citizena od komputerów, zmusić ich do śmiechu. Starzeli się, wszyscy. Lubił Rosena i Pritcharda, lubił kolegów, ale z nimi nigdy nie siedział po nocy, spierając się o sprawy i o książki, to nie było biuro takiego rodzaju. Pracownicy w jego wieku mieli nieszczęśliwe dziewczyny lub chłopaków w domu (lub też sami byli nieszczęśliwymi dziewczynami i chłopakami), starsi od niego mieli mężów lub żony. W tych rzadkich chwilach, gdy nie omawiali pracy, paplali o zaręczynach, ciążach i cenach nieruchomości. O prawie się nie dyskutowało ani dla przyjemności, ani z gorliwości. Firma zachęcała pracowników do działalności pro publico bono, więc Jude zgłosił się na ochotnika do grupy non profit oferującej darmowe usługi prawne artystom. Organizacja wprowadziła tak zwane godziny studyjne: popołudniami i wieczorami artyści mogli wpadać i konsultować się z prawnikiem; natomiast w środy wieczorem Jude wychodził z pracy wcześniej, o siódmej, i przenosił się na skrzypiące podłogi biur tej grupy w SoHo, na Broome Street, żeby przez trzy godziny pomagać małym wydawcom radykalnych traktatów, którzy chcieli przekształcić się w jednostki non profit, malarzom prowadzącym dysputy o własności intelektualnej, grupom baletowym, fotografikom, pisarzom i filmowcom, przychodzącym z umowami, które były tak niezgodne z prawem (raz pokazano mu umowę spisaną ołówkiem na papierowej serwetce), że stawały się bezwartościowe, lub tak niepotrzebnie zawiłe, że artyści ich nie rozumieli (on sam ledwo je rozumiał), a mimo to je podpisywali. Harold nie zachwycał się także jego wolontariatem; czuło się, że uważa to za kaprys. „Czy ci artyści to w ogóle dobrzy artyści?”, pytał Jude’a. „Chyba nie”, odpowiadał Jude. Ale nie do niego należała ocena czy artysta jest dobry, czy nie – byli inni, i było ich mnóstwo, którzy to robili. Jego rolą było zaoferować praktyczną pomoc, jakiej klienci nie mieli, albowiem większość z nich żyła w świecie głuchym na względy praktyczne. Jude wiedział, że to romantyczne, a jednak podziwiał ich: podziwiał każdego, kto był w stanie żyć przez lata jedynie żarliwą nadzieją, nawet kiedy się starzał i stopniowo popadał w zapomnienie. Sam, równie romantycznie, myślał o swojej działalności w organizacji jako o hołdzie dla przyjaciół, wiodących życie, któremu się dziwił: uważał ich za ludzi wielkiego sukcesu i był z nich niezmiernie dumny. W przeciwieństwie do niego nie mieli jasno wytyczonej drogi, a jednak parli uparcie naprzód. Spędzali życie na robieniu pięknych rzeczy. Jego przyjaciel Richard był w zarządzie organizacji i w niektóre środy wpadał do biura po drodze do domu – ostatnio przeprowadził się do SoHo – a wówczas siadał i gadał z Jude’em, jeśli ten akurat nie miał klientów, albo przynajmniej machał mu z drugiego końca pokoju, jeśli Jude był zajęty. Któregoś wieczoru po godzinach studyjnych Richard zaprosił go do siebie na drinka, więc poszli spacerem na zachód Broome Street, przecinając Centre, Lafayette, Crosby, Broadway i Mercer, aż skręcili na północ w Greene. Richard mieszkał w wąskim budynku, którego fasada przybrała kolor sadzy, z drzwiami od garażu na wysokość całego parteru. Na prawo od tych drzwi były drugie, metalowe, z okienkiem wielkości twarzy w górnej ich części. Nie było tam hallu, tylko szary, wyłożony płytkami korytarz oświetlony trzema gołymi żarówkami dyndającymi na przewodach. Korytarz skręcał w prawo, prowadząc do przypominającej celę windy przemysłowej wielkości ich salonu i sypialni Willema na Lispenard Street razem wziętych, z klekoczącą kratą drzwi, która zatrzasnęła się z drżeniem w momencie naciśnięcia guzika, ale winda wzniosła się gładko szybem z pustaków. Zatrzymała się na trzecim piętrze, Richard otworzył klatkę i obrócił klucz w masywnych, nieprzystępnych stalowych drzwiach, za którymi mieściło się jego mieszkanie.

Hanya Yanagihara, Małe życie

Powieść obyczajowa z dwuznacznym co najmniej tytułem Hanji Yanagihary - amerykańskiej pisarki, tudzież dziennikarki i edytorki z pochodzenia Hawajki toczy się przede wszystkim w amerykańskim Nowym Jorku, w czasach i nam współczesnych w zamyśle zaś autorki w wiecznym continuum jakim jest dla każdego teraźniejszość. Jest opowieścią o czwórce przyjaciół z uczelni - Willemie, JB, Malcolmie i Jude’em, których dalsze odmienne, postudenckie losy bynajmniej nie pozbawiły ich bliskiej relacji, choć z upływem lat stają się one coraz bardziej skomplikowane, częściej męczące, a z perspektywy czytelnika przede wszystkim toksyczne. W tym ostatnim znaczeniu pewnie z uwagi na fakt przeciągającej się aż do znudzenia autodestrukcyjnej i swoistej gry Jude’go, w której otaczające go środowisko przyjaciół wydaje się niby wciąż tak samo bliskie, a jednak przez taką sformalizowaną bliskość - panicznie wobec niego bezsilne. Powieść Yanagihary nade wszystko ukazuje nam jak świat buduje się z iluzji pozorów co wprost prowadzi w ciemniejsze zakamarki życia, z których nie idzie się już nijak bez twarzy wycofać…      



powrót ››