Blog

 

13.03.2026

Dzień Dobry, Północy

„Badamy wszechświat, żeby wiedzieć;

jednak w końcu naprawdę

 dowiadujemy się jedynie tego, że

wszystko się kończy…

istnieje tylko czas i śmierć.

To trudne, kiedy nam się o tym przypomina…

Ale trudniejsze jest zapominanie.”


„Nigdy nie miał poczucia winy,

odczuwał tylko ciekawość.”

[…]

KIEDY SŁOŃCE wreszcie znowu pojawiło się w kręgu polarnym i splamiło szare niebo jaskrawymi pasmami różu, Augustine był na dworze i czekał. Od wielu miesięcy nie czuł na twarzy naturalnego światła. Różowy blask zalał horyzont i wniknął w lodowaty błękit tundry, rzucając na śnieg cienie w kolorze indygo. Świt wstawał jak ściana głodnego ognia; delikatny róż przechodził w pomarańcz, a potem w szkarłat, pochłaniając jedną po drugiej grube warstwy chmur, aż w końcu zapłonęło całe niebo. Augustine pławił się w tej stłumionej poświacie, czując mrowienie na skórze. Zachmurzenie było nietypowe jak na wiosnę. Teren pod obserwatorium wybrano właśnie ze względu na zazwyczaj dobrą pogodę, cienką, arktyczną warstwę atmosfery i wyniesienie, jakie stanowiło pasmo Kordylierów. Augie zszedł z betonowych stopni prowadzących do budynku i ruszył ścieżką wyciętą w stromym stoku góry – kierując się w dół, ku usytuowanym na pochyłości zabudowaniom, a potem dalej. Kiedy minął ostatnie z nich, słońce zaczęło już zachodzić, a kolory blednąć. Dzień wstał i zakończył się w dziesięć minut – a może trwał nawet krócej. Na północy wznosiły się zaśnieżone szczyty gór. Na południu, w oddali, rozciągał się płaski obszar tundry. W najlepsze dni to białe płótno, jakie stanowił krajobraz, działało na niego kojąco, w najgorsze budziło w nim szaleństwo. Ta ziemia miała go za nic, a on nie mógł przenieść się nigdzie indziej. Nie potrafił się zorientować, jaki jest dzień. W innym życiu, jeśli czuł się odrzucony przez otoczenie, co zdarzało się dość często, po prostu pakował swoją miękką skórzaną walizkę i znajdował sobie inne miejsce. Walizka nie była duża, ale doskonale mieściły się w niej niezbędne do istnienia rzeczy i jeszcze zostawało trochę miejsca. Nie było potrzeby angażowania firm przewozowych, używania folii bąbelkowych ani urządzania przyjęć pożegnalnych. Kiedy postanawiał odejść, odchodził w ciągu tygodnia. Ze stypendium doktoranckiego na pustyni Atakama w północnym Chile, gdzie łamał sobie zęby na umierających gwiazdach, do Afryki Południowej, Portoryko, na Hawaje, do Nowego Meksyku, Australii – podążając za najnowocześniejszymi teleskopami, największymi zespołami satelitów rozsianymi po całym globie jak okruchy chleba. Im mniej ludzkiej ingerencji, tym lepiej. Tak zawsze miał w zwyczaju. Kontynenty i państwa nic dla niego nie znaczyły; poruszało go tylko niebo, to, co działo się po drugiej stronie okna atmosferycznego. Wyznawał kult pracy, miał wielkie ego, dokonywał przełomowych odkryć, ale nie osiągał zadowolenia. Nigdy nie był zadowolony i nie miał być. Nie pragnął sukcesu ani nawet sławy, to należało już do historii; pragnął otworzyć wszechświat niczym dojrzałego arbuza, ułożyć w porządku oblepione miąższem pestki, wyprzedzając zdjętych podziwem kolegów. Pragnął ująć w dłonie soczysty owoc i opisać wnętrze nieskończoności, spojrzeć wstecz ku zaraniu czasu i dostrzec sam początek. Pragnął, aby go zapamiętano. A oto, w wieku siedemdziesięciu ośmiu lat, był tutaj, na szczycie Archipelagu Arktycznego, na obrzeżach cywilizacji – żeby u schyłku życia i pracy zawodowej tylko patrzeć w pustą twarz własnej ignorancji.

[…]

Zdarzyło się, że raz niemal pozwolił, aby obiektem jego adoracji stała się istota ludzka; było to dawno temu. Miał ponad trzydzieści lat, kiedy zrobił dziecko pięknej kobiecie o ostrym jak brzytwa intelekcie, którą poznał w ośrodku badawczym w Socorro w Nowym Meksyku. Była naukowcem, jak on, pisała doktorat, i Augustine pomyślał, że jest wyjątkowa. Usłyszawszy nowinę, poczuł przypływ ciepła na myśl o tym dziecku, jak o nowej gwieździe oddalonej sześć miliardów lat świetlnych. Dotykalnej, pięknej, lecz już umierającej, gdy do niego dotrze w postaci gasnącej poświaty. To było dla niego za mało. Usiłował przekonać tę kobietę, żeby usunęła ciążę, a kiedy odmówiła, opuścił jej hemisferę. Przez całe lata trzymał się po drugiej stronie równika, bo nie mógł znieść bliskości dziecka, którego nie umiał kochać. Czas mijał i w końcu Augie zadał sobie trud, żeby poznać imię dziewczynki i datę jej przyjścia na świat. Na piąte urodziny wysłał jej drogi amatorski teleskop, rok później – model sfery niebieskiej, a dwa lata później – pierwsze wydanie Kosmosu Carla Sagana z autografem autora. O następnych urodzinach zapomniał, ale w kolejnych latach wysyłał dalsze książki, zaawansowane dzieła na temat astronomii. Potem stracił z nią kontakt – z nimi obiema. Kawałek skały księżycowej, który zamierzał podarować jej na następne urodziny – wycyganiony od wydziału geologii na jednej z jego licznych placówek badawczych – wrócił z dopiskiem „adres nieaktualny”. Augustine wzruszył na to ramionami i postanowił nie szukać aktualnego. Ta zabawa z prezentami była niemądra, stanowiła sentymentalną słabostkę w jego, poza tym racjonalnym życiu. Później rzadko już myślał o tamtej wyjątkowej kobiecie i jej córce, aż w końcu zupełnie o nich zapomniał. Niedźwiedź polarny, wędrujący po drugiej stronie góry, zniknął z pola widzenia, połknięty przez słońce. Augie wtulił głowę w ramiona, ciaśniej zawiązując sznurki w kapturze swojej parki. Owiał go lodowaty wiatr. Zamknął oczy, poczuł w nozdrzach skrzypiący szron i poruszył zmarzniętymi palcami w wełnianych skarpetach oraz potężnych butach. Włosy i broda posiwiały mu trzydzieści lat wcześniej, ale zarost na brodzie i szyi pozostał ciemny, jakby Augie w połowie porzucił zajęcie, jakim było starzenie się, i przeszedł do następnego projektu. Był już stary od lat, bliższy śmierci niż narodzin, nie mógł chodzić tak daleko ani stać tak długo jak kiedyś, ale tej zimy poczuł się szczególnie wiekowy. Starożytny. Zaczął się kurczyć, jakby jego kręgosłup się skręcał, a kości zbliżały do siebie. Tracił nie tylko poczucie czasu, co nie było niezwykłe podczas niekończącej się ciemności w zimie, ale także kontrolę nad własnymi myślami. Budził się jak ze snu, nie wiedząc, o czym przed chwilą myślał, dokąd szedł, co robił. Próbował sobie wyobrazić, co stałoby się z Iris, gdyby umarł. Potem nakazywał sobie przestać. I starał się nie przejmować.

[…]

Na falach dla amatorów panowała cisza; satelity komunikacyjne emitowały tylko szum; milczały nawet kanały lotnictwa wojskowego. Można było odnieść wrażenie, że na świecie nie pozostały żadne odbiorniki radiowe – a może żadna żywa dusza, która by z nich korzystała. Dalej przeszukiwał skalę. Ale nic. Wciąż tylko zakłócenia. Powiedział sobie, że to jakaś usterka. Burza. I że następnego dnia spróbuje od nowa. Ale dziewczynka – nie wiedział, co z nią zrobić. Kiedy zadawał jej pytania, patrzyła na niego z obojętną ciekawością, jakby znajdowała się po drugiej stronie dźwiękoszczelnej szyby. Jakby była pusta; pusta w środku dziewczynka z potarganymi włosami, powagą w oczach, bez głosu. Nie wiedział, jak się wobec niej zachowywać, więc traktował ją jak zwierzątko domowe – z niezręczną łagodnością, ale jak przedstawiciela innego gatunku. Karmił ją, kiedy sam jadł. Rozmawiał z nią, kiedy miał ochotę pogadać. Zabierał ją na spacery. Dawał jej różne rzeczy, żeby miała czym się bawić albo na co patrzeć: krótkofalówkę, mapę konstelacji, stęchły woreczek potpourri, który znalazł w pustej szufladzie, przewodnik po Arktyce. Robił, co mógł – czyli niewiele, zdawał sobie z tego sprawę – ale… to nie było jego dziecko, a nie należał do tych, co adoptują przybłędy. Tego mrocznego popołudnia, niedługo po wschodzie i zachodzie słońca, Augustine szukał jej we wszystkich miejscach, gdzie zazwyczaj przebywała: pod śpiworami, gdzie chowała się jak rozleniwiony kot; na jednym z obrotowych foteli, na których się kręciła; na stole, na którym siadywała, dźgając śrubokrętem zepsuty odtwarzacz DVD; przy grubym, brudnym oknie, skąd patrzyła na niekończące się Kordyliery. Nigdzie nie mógł jej znaleźć, ale się nie martwił. Czasami znikała, ale nigdy nie oddalała się bez niego zbyt daleko i po niedługim czasie wracała. Nie miała lalek, książek z obrazkami, huśtawek, niczego, co należałoby tylko do niej, więc pozwalał jej mieć własne kryjówki, sekrety. Tak było uczciwie. A poza tym – przypominał sobie – co go to obchodziło?

[…]

Odpowiedział gorliwie, tak, tak, pewnie, a ona odparła, że jest dobrym chłopcem, bystrym, bo ten płonący biały punkt, tuż nad dachami domów, to Jowisz. Augustine ją uwielbiał, kiedy był mały, zanim się zorientował, że jest inna od matek z sąsiedztwa. Porywała go jej ekscytacja i wciągał smutek – bo podążał za jej nastrojami z żarliwą lojalnością, jak wierny, rozradowany pies. Przymknął teraz oczy i zobaczył jej kręcone włosy z pasmami siwizny, niedbałą linię ciemnoczerwonej szminki nakładanej na usta bez patrzenia w lusterko, zdumienie w oczach, kiedy wskazywała najjaśniejszą gwiazdę świecącą nad ich miejscem zamieszkania w Michigan. Gdyby ten dobry, bystry chłopiec znalazł się w równie nieprzyjaznym miejscu sam, tylko ze starą nieznaną opiekunką, pewnie by płakał, krzyczał albo tupał nogą. Augustine nigdy nie był szczególnie odważnym dzieckiem. Być może niechętnie podjąłby próbę ucieczki, wziął trochę zapasów i ruszył w opustoszałą dal, zmierzając do domu, tylko po to, żeby po kilku godzinach wrócić. A gdyby temu małemu Augiemu powiedziano, że nie ma już domu, nie ma matki, która koiłaby jego napady gniewu, nie ma nikogo na świecie, co by wtedy zrobił? Augustine myślał o swojej młodej towarzyszce. Na starość nie mógł uwolnić się od wspomnień. Kiedyś nie skupiał się na przeszłości, ale teraz tundra nie wiadomo, dlaczego przywoływała je wszystkie – przeżycia, które zostawił za sobą dawno temu, a przynajmniej tak mu się wydawało. Przypominał sobie tropikalne obserwatoria, w których pracował, kobiety, które trzymał w ramionach, artykuły, które napisał, przemówienia, które wygłosił. Były czasy, kiedy jego wystąpienia przyciągały setki ludzi. Później czekała na niego grupka wielbicieli, którzy prosili o autograf – jego! Teraz te osiągnięcia go prześladowały, widma podbojów miłosnych, sukcesów i odkryć, to wszystko, co kiedyś tak bardzo się dla niego liczyło. Nic z tego nie miało już znaczenia. Świat poza obserwatorium były niemy, pusty. Kobiety prawdopodobnie już nie żyły, publikacje zamieniły się w popiół, a audytoria i obserwatoria w ruiny. Zawsze sobie wyobrażał, że kiedy już odejdzie, o jego dokonaniach będzie się mówiło na uczelniach, że będą o nich pisać pokolenia uczonych, którzy dopiero się narodzą. Wyobrażał sobie, że to, co po sobie pozostawi, przetrwa całe wieki. W tym świetle jego własna śmiertelność wydawała się nieistotna. Zastanawiał się, co Iris myśli o swoim wcześniejszym życiu. Czy za nim tęskni. Czy zdaje sobie sprawę, że się skończyło. Jakiś dom gdzieś tam, może rodzeństwo, brat albo siostra, albo oboje. Rodzice. Koleżanki. Szkoła. Był ciekaw, czego najbardziej jej brakuje. Pod koniec długiej nocy polarnej, przedzierając się przez warstwę świeżego puchu, który pokrywał stwardniałą pokrywę śnieżną, obeszli razem teren bazy. Drogę oświetlał im zawieszony nisko księżyc. Oboje byli w swoich najcieplejszych ubraniach, zawinięci w grube kurtki, jak ślimaki w muszlach. Szalik, który okrywał nos i usta Iris, nie pozwalał dostrzec jej miny. Na twarzy i brwiach Augustine’a tworzyły się sople, które okalały jego pole widzenia zamazaną lśniącą ramą. Dziewczynka zatrzymała się nagle i wskazała na niebie wielką rękawicę z jednym palcem, tuż nad ich głowami, gdzie migotała Gwiazda Polarna. Podążył za jej wzrokiem.

[…]

NA ZEGARZE WIDNIAŁA siódma czasu Greenwich – pięć godzin przed Houston, cztery za Moskwą. W odległej przestrzeni kosmicznej czas znaczy niewiele, mimo to Sully wstała. Plan dnia, jaki załodze statku kosmicznego „Aether” zaleciło centrum kontroli lotu, był bardzo szczegółowy, rozpisany co do minuty i chociaż baza nie mogła już nic egzekwować, astronauci w większości nadal się go trzymali. Sully z przyzwyczajenia dotknęła pojedynczego zdjęcia, przypiętego do miękko obitej ściany jej przedziału sypialnego i usiadła na koi. Przeczesała palcami ciemne włosy, nieobcinane od dnia rozpoczęcia podróży ponad rok wcześniej i zaczęła je zaplatać, delektując się snem, z którego się właśnie obudziła. Jeśli nie liczyć nieustającego szumu urządzeń podtrzymujących warunki do życia i delikatnego wirowania centryfugi, za zasłoną chroniącą jej prywatność panowała cisza. Ich statek, pojazd, który wydał jej się tak wielki, kiedy wchodziła na jego pokład, teraz sprawiał wrażenie najmniejszej z tratw ratunkowych zagubionych na morzu. Tyle że nie był zagubiony. Załoga dobrze wiedziała, dokąd leci. Zaledwie kilka dni temu opuścili Jowisza i „Aether” wreszcie wracał do domu. Pięć po siódmej usłyszała, że w sąsiednim przedziale porusza się Devi. Sully wciągnęła granatowy kombinezon, który leżał rzucony w nogach łóżkach. Zasunęła zamek do połowy, zawiązała w pasie rękawy i wetknęła za nie szarą koszulkę, w której spała. Właśnie zaczęły powoli włączać się światła, naśladując niespieszny świt na Ziemi: doskonale odwzorowany wschód słońca. Powolne rozświetlanie się przedziału stanowiło jedną z nielicznych imitacji ziemskich zjawisk, na jakie można tu było liczyć. Sully codziennie starała się być jego świadkiem. Szkoda, że inżynierowie nie dodali trochę różu albo smugi pomarańczu. Wciąż pamiętała swój sen. Od zeszłotygodniowych badań stale śnił jej się Jowisz: jego niesamowite, niepowstrzymane w ruchu pierścienie; zmieniające się desenie atmosfery, ciemne pasy i jaśniejsze paski, sunące w rzekach chmur z kryształów amoniaku; całe spektrum pomarańczu, od pastelowych obszarów w odcieniu piasku aż po jaskrawe smugi stopionego cynobru; zapierający dech swoją szybkością dziesięciogodzinny okres obrotu, przez co planeta wręcz wiruje jak bąk; opalizująca powierzchnia, błyskająca i rycząca w trwającej od stu lat burzy. I te księżyce! Wiekowa dziobata Kallisto i Ganimedes pokryty lodową skorupą. Europa i jej rdzawe pęknięcia podziemnych oceanów. Io ze swoimi wulkanami, magmowymi fajerwerkami wznoszącymi się z jej powierzchni. Członków załogi ogarnął niemy, wręcz nabożny podziw, kiedy patrzyli na cztery księżyce galileuszowe. To było duchowe przeżycie. Napięcie, które towarzyszyło im podczas podróży w kosmos – niepokój, że misja przekracza ich możliwości, że zawiodą i słuch po nich zaginie – nagle zniknęło. Udało się. Odnieśli sukces. Sully i jej koledzy jako pierwsi ludzie dotarli tak daleko w przestrzeń kosmiczną, ale było w tym coś więcej: Jowisz i jego księżyce ich odmieniły. Podziałały na nich uspokajająco. Uświadomiły im, jacy tak naprawdę są maleńcy, uprzywilejowani i nieważni. Można było odnieść wrażenie, jakby sześciu członków załogi „Aetheru” obudziło się z ulotnego, mało znaczącego snu, jakim okazało się życie na Ziemi. Nie mogli dłużej odnosić się do swojej historii, swoich wspomnień. Kiedy zbliżyli się do Jowisza, ujawniła się nieznana warstwa ich świadomości. To było tak, jakby w ciemnym pokoju zapaliło się światło, ukazując nieskończoność, która siedzi nago, w pełnej chwale, pod kiwającą się żarówką.

[…]

Sully obserwowała na ekranie wykres nasilenia burzy. Pole magnetyczne Io i jego oddziaływanie na Jowisza było po części tematem jej dysertacji. Gdyby miała takie dane jak te dwadzieścia lat wcześniej, gdy pisała pracę! Ponownie odtworzyła zapis burzy i zaczęła słuchać go od nowa, kontynuując notatki. Mimowolnie wyobraziła sobie Jowisza jako matkę wołającą swoje dzieci, przygarniającą liczne księżyce do atmosferycznego łona, żeby uciszyć ich krzyki, a potem wypuszczającą je znowu w ciemność, by krążyły w pustce wolne i samotne. Sully szczególnie lubiła Io, najbliższego satelitę, ale także najbardziej upartego, najgłośniejszego, swawolną kulę armatnią usianą wulkanami i emitującą promieniowanie. Kakofonia dźwięków wymagała jej uwagi, więc na moment Sully zapomniała o notatkach. Ołówek znowu poszybował w powietrze. Śledząc pulsujące na wykresie fale energii między ciałami niebieskimi, pola magnetyczne ukazujące się na biegunach Jowisza niczym jutrzenka, aż podskoczyła, kiedy Harper, który wpłynął za nią do modułu, chrząknął znacząco. Sully – odezwał się, a potem urwał, jakby zabrakło mu słów. W porę uniosła głowę, żeby złapać ołówek, zanim odleci. Pod wpływem wzroku Harpera uświadomiła sobie, że ma plamy potu pod pachami, a pasma włosów, które wysunęły się z warkocza, unoszą się wokół jej głowy jak promienie słońca. Harper miał niespieszny środkowozachodni akcent, który jakby nasilał się i słabł: w Houston był lekki, a tutaj, setki milionów mil od Ziemi, stawał się wyraźniejszy. Zastanawiała się czasami, jak człowiek tak ziemski mógł znaleźć dom na niebie. Harper był w kosmosie więcej razy niż ktokolwiek inny, pobił światowy rekord – odbył dziesięć misji kosmicznych czy jedenaście, nigdy tego nie pamiętała. W kokpicie wahadłowca, który przetransportował ich na pokład „Aetheru” krążącego na orbicie Ziemi i czekającego na swoją załogę, świetnie się sprawdził jako dowódca, z Talem przy boku gładko przeprowadził ich przez atmosferę. Nie było drugiego takiego jak on. Sully jednak widziała po jego minie, że spokój, który towarzyszył wypełnieniu misji, już go opuścił, tak samo jak ją. Harper przemieszczał się z modułu do modułu, zaglądając do każdego z nich i starając się pełnić funkcję łącznika między członkami załogi. Jowiszowy miesiąc miodowy dobiegł końca, a długa podróż powrotna do domu dopiero się zaczęła i dawały o sobie znać pierwsze skutki braku łączności.

[…]

Majaczył pod wpływem gorączki i w tych majakach był młodym człowiekiem. Miał silne nogi, dobry wzrok, gładkie śniade ręce o mocnych dłoniach i długich prostych palcach. Jego włosy były znowu ciemne, a twarz ogolona, z cieniem ciemnego zarostu na linii szczęki. Ciało reagowało na polecenia, poruszało się sprawnie i zwinnie. Przebywał na Hawajach, w Afryce, w Australii. Nosił białą lnianą koszulę, ledwie zapiętą i wyprasowane sportowe spodnie, podwinięte do kostek. Wabił ładne dziewczyny w barach, salach wykładowych, laboratoriach; albo znajdował się w ciemnych zimnych miejscach, opatulony w oliwkową kurtkę polową z wybrzuszonymi kieszeniami, w których nosił przekąski, sprzęt, odłamki kwarcu albo kamyki o ciekawych kształtach lub kolorach; i zawsze spoglądał na rozgwieżdżone niebo nad tym obszarem Ziemi, na który go aktualnie zaniosło. Były tam pierzaste palmy, drzewa eukaliptusowe, pola turzycy. Biały piasek, przejrzysta woda, żółte mesy usiane samotnymi baobabami. Były długonogie ptaki o wielobarwnych skrzydłach i zakrzywionych dziobach, małe szare i duże zielone jaszczurki, afrykańskie dzikie psy, dingo, zbłąkane kundle, które karmił. W tych jego snach świat był znowu wielki, dziki i kolorowy, a on stanowił jego część. Już samo to, że się żyło, wydawało się ekscytujące. Były sale łączności pełne szumiących cicho urządzeń, ogromne teleskopy, sprzęt wszelkiego rodzaju. Były piękne kobiety, studentki, miejscowe, dojeżdżające wykładowczynie; i spał z nimi wszystkimi, jeśli tylko mógł. W snach był wciąż młodym mężczyzną, który dopiero zaczynał zakochiwać się w sobie. Z czasem stawał się coraz pewniejszy, że może mieć, co zechce, że mu się to należy. Był inteligentny i ambitny, przeznaczony do wielkich rzeczy. Jego publikacje ukazywały się w najlepszych czasopismach. Spływały niekończące się oferty pracy. Pisano o nim w poświęconym młodym naukowcom wydaniu „Time’a”. Szła za tym fala pochwał i uznania, która niosła go aż do czterdziestki. O jego pracach wspominano z wyraźnym szacunkiem. Wokół niego padało słowo „geniusz”. Wszystkie obserwatoria chciały, żeby prowadził u nich swoje badania, wszystkie uczelnie błagały go, żeby na nich wykładał. Miał wielkie wzięcie. Do czasu. Jednak majaki nie były mu przyjazne. Słońce zaczęło niknąć, gwiazdy gasnąć, zegar się cofnął; teraz Augustine był niezgrabnym, pryszczatym siedemnastolatkiem, patrzącym, jak dwaj mężczyźni odprowadzają jego matkę korytarzem szpitala psychiatrycznego na oddział zamknięty, podczas gdy ojciec podpisuje w rejestracji dokumenty. Był z nim sam w pustym domu, polował z nim w lasach, jeździł z nim półciężarówką, żył na minie. Przed wyjazdem do college’u odwiedził w szpitalu nafaszerowaną lekami matkę i słuchał, jak z przymkniętymi oczami i drżącymi dłońmi na podołku mamrocze coś o przygotowaniach do obiadu. A dziesięć lat później stanął przy grobie ojca, plując na świeżo położoną ziemię i kopiąc w nagrobek, aż złamał sobie duży palec u nogi. Augustine patrzył na siebie w tych chwilach z dystansu. Raz po raz widział własną twarz oczami kobiet, które skrzywdził, kolegów, których oszukał, służących, boyów hotelowych, asystentów i techników laboratoryjnych, których lekceważył, znieważał, zawsze zbyt zajęty i zbyt ważny, żeby zwracać uwagę na kogokolwiek oprócz siebie. Po raz pierwszy dostrzegł zło, jakie wyrządzał, krzywdy, smutek i niechęć, które powodował. Poczuł wstyd i głęboko pod osłoną choroby nazwał go po imieniu.

[…]

Doskonale wyczuwał zmiany nastrojów matki. Wiedział wcześniej niż ona sama, że właśnie nadciąga ciemność. Orientował się, kiedy pozwolić jej leżeć w mrocznej sypialni, a kiedy podnieść żaluzje; umiał namówić ją na powrót do domu, gdy podczas wspólnych eskapad sytuacja wymykała się spod kontroli. Kierował nią tak subtelnie, że się nie domyślała, iż jest manipulowana, zawsze widziała w nim tylko małego chłopca, zaufanego przyjaciela, wiernego towarzysza. Nikt inny nie potrafił uspokoić jej skuteczniej niż on, a już na pewno nie ojciec. Augie sterował nastrojami matki z konieczności. Jedynie w ten sposób mógł ją chronić, a ponieważ szło mu to coraz lepiej, zaczął przypuszczać, że rozszyfrował jej dolegliwości, pokonał je – i wyleczył ją samą. Tej zimy, kiedy skończył jedenaście lat, matka położyła się do łóżka i wstała z niego dopiero na wiosnę. Wtedy zdał sobie sprawę, że stanowi ona zagadkę, której nigdy nie zdoła rozwiązać, że mimo wszelkich swoich wysiłków i umiejętności nigdy nie zdoła jej zrozumieć. Nagle został sam i poczuł się opuszczony. Nie wiedział, co bez niej robić. Podczas gdy ojciec pomstował na jej nieruchomą sylwetkę ułożoną w pozycji płodowej pod kołdrą, Augustine wycofał się do piwnicy i odkrył nową przyjemność w przewidywalności elektroniki: systemie przewodów, przepływie prądu, prostych mechanizmach, które pasowały do siebie i tworzyły razem coś tak wspaniałego, że graniczyło to z magią, bo ściągało z powietrza symfonię muzyki i głosów. Na początek wystarczyły mu podstawowe informacje o amperach, watach i falach radiowych, które zdobył w szkole. Zawsze był dobrym uczniem. W mrocznej, wilgotnej piwnicy, w kręgu żółtego światła, nauczył się reszty. Przy rzadkich okazjach ojciec schodził tam po rozpadających się schodach, a przy jeszcze rzadszych – Augustine cieszył się z tych wizyt. Częściej bowiem ojciec zjawiał się po to, aby go wyśmiewać, wytykać mu błędy, samemu się chełpić. Wtedy wszyscy w domu wiedzieli już, że Augie został obdarzony nieprzeciętną inteligencją, i ojciec karał go za to przy każdej okazji, jaka tylko się nadarzała. Po tych wszystkich latach w zimnej Arktyce Augustine miał w pamięci tamtą piwnicę tak wyraźnie, jakby wciąż w niej przesiadywał, przy stole roboczym, sam z leżącymi przed nim szpulami drutu, tranzystorami germanowymi, podstawowymi wzmacniaczami, oscylatorami, mikserami, filtrami.

[…]

Harper wziął swoje karty, więc Sully również podniosła swoje i patrzyła w nie przez chwilę, zanim dostrzegła sekwens: dziewiątkę, dziesiątkę i waleta kier. Ułożyła karty w wachlarz, dobrała kolejną i pozbyła się innej, zasłaniając rażącego czarnego asa trójką. Spojrzała znad kart na Harpera i napotkała jego wzrok. Dowódca miał na twarzy głębokie bruzdy, jak znaki interpunkcyjne i próbowała coś z niej wyczytać – jakieś zdanie. Trzy zakrzywione myślniki nad brwiami, nawiasy wokół ust, pół tuzina łączników odchodzących od kącików oczu jak promienie słońca. Cienka biała blizna biegnąca przez piaskową brew i druga na brodzie, przecinająca zarost. O czym myślisz? – zagadnął Harper i to pytanie zaskoczyło ją swoją intymnością. Poczuła się zdemaskowana. Żeby zapanować nad niespodziewaną warstewką wilgoci w oczach, nad łzami, których nie chciała ujawniać w obecności drugiej osoby, zamrugała powiekami. Odczekała, aż przejdzie jej dławienie w gardle i zanim odpowie, zyska pewność, że nie zdradzi jej tembr głosu. Myślałam o Goldstone – odparła. Mieszkałam tam jako dziecko. Moja matka pracowała w ośrodku przetwarzania sygnałów. Harper nie spuszczał z niej wzroku. Miał jasne oczy, stalowoniebieskie. Jaka matka, taka córka – zauważył. Przyszła jego kolej, ale nie dobrał karty. Czekał, żeby Sully kontynuowała. Któregoś lata nauczyła mnie układać pasjansa. Już umiałam, ale chciałam, żeby się mną zajęła, więc nie protestowałam. Od nowa ułożyła karty w dłoni, a potem zmieniła ich układ. To zabawne, ale oddałabym wszystko za kilka minut jej uwagi. Była wówczas bardzo zaabsorbowana pracą. Potem wyszła za mąż, urodziła dwoje kolejnych dzieci i całkiem przestała pracować. Ale wtedy byłam już starsza, bliźnięta stały się bardziej interesujące ode mnie i… sama nie wiem. Chyba już jej tak bardzo nie potrzebowałam ani ona mnie…

[…]

Skinęła głową, wciąż wpatrzona w stado piżmowołów i razem się podnieśli. Augie spojrzał na jej oblepione śniegiem skarpetki. Może cię zanieść? – zaproponował. Oboje dobrze wiedzieli, że ledwie starczy mu sił, aby samemu dowlec się do domu. Pokręciła więc głową, bez słowa wciskając mu w dłonie kurtkę, której potrzebował bardziej niż ona. Dała mu czas, żeby pozapinał guziki, a potem ruszyli w górę po stoku zygzakowatą stromą ścieżką między budynkami, aż dotarli do obserwatorium. W sali łączności, szukając odmrożeń, których się obawiał, Augie sprawdził wszystkie jej palce u rąk i nóg, a nawet czubek nosa. Iris nie protestowała. Próbował sobie przypomnieć objawy, o których czytał przed przyjazdem: zmiana koloru skóra, jej woskowa struktura. Stwierdziwszy, że wszystko jest w porządku, zaczął wątpić w swoją poczytalność. Jeszcze raz przeanalizował fakty: widok Iris z okna sali łączności, jaskrawy błękit jej bielizny w białej tundrze, śnieg i lód na skarpetkach, wrażenie ciepła dłoni dotykającej jego policzka i zwarte ciałko, które trzymał w ramionach. Niedaleko stado, wydawane przez nie dźwięki. W jego wspomnieniach nie było miejsca na wątpliwości. Przewinął je, wracając do początku. Przypomniał sobie, jak znalazł Iris tuż po ewakuacji, samą w jednym z dormitoriów, siedzącą na dolnej pryczy i obejmującą rękami kolana. Przywołał tamten pierwszy raz, kiedy się odezwała, pytając, jak długo jeszcze potrwa noc polarna; kiedy szli razem pod świecącymi żywo gwiazdami; wspólną wyprawę do hangaru, wilka, jej odgłosy bólu i oznaki rozpaczy; swoją chorobę, majaki, jej troskę. Czy ona też zachorowała? Czy była chora w niewidzialny dla niego sposób? A może to z nim było coś nie tak? Może wciąż leżał w łóżku – nadal gorączkując po zabiciu wilka, który podszedł tak blisko hangaru. Ujął ją za nadgarstek i wyczuł puls – przyspieszony. Miała splątane, tłuste włosy – z grubymi matowymi lokami przy szyi i aureolą bardziej miękkich krótszych kosmyków wokół bladej buzi. Ścisnął jej przedramię i zobaczył biały odcisk kciuka, który różowiejąc, powoli znikł. Była zwykłą, zdrową dziewczynką. Iris przyglądała mu się z wyrozumiałością, jakby czytała w jego myślach, co go uspokajało i jednocześnie niepokoiło. Powiedział, żeby na przyszłość nie wychodziła bez niego z obserwatorium, a wtedy ona wzruszyła ramionami i ten gest wzbudził w nim irytację. Nie prosił się o to, nie chciał towarzystwa, nie miał ochoty troszczyć się o nikogo poza sobą, zwłaszcza teraz, u kresu swoich dni, ale – cóż, znaleźli się tu razem. Byli więc na siebie skazani.

[…]

Wystarczająco długo słuchał białego szumu i wysyłał w pustkę wiadomości. W obliczu prawdopodobieństwa nadzieja słabła. Potrzebował odmiany. Jeśli szybko wyruszą w drogę, będą mogli wziąć z hangaru jeden ze skuterów śnieżnych. Śnieg nie będzie leżał wiecznie, ale jest jeszcze czas – pomyślał. Odchylił jedną ze słuchawek i przez chwilę nasłuchiwał, czy Iris oddycha, a potem założył z powrotem. Poczuł się jak zwierzę, które budzi się z długiego zimowego snu. Może znaleźliby nad jeziorem coś, co mogłoby im się przydać, na przykład… i wtedy nagle sobie przypomniał. Zsunął słuchawki na szyję, żeby słyszeć własne myśli, bez akompaniamentu trzasków w eterze. Na brzegu jeziora Hazen od dziesięcioleci, od lat pięćdziesiątych, czyli czasów, kiedy nie było innej łączności niż radiowa, znajdowała się mała stacja pogodowa, sezonowo obsadzana przez ludzi. Była tam antena, widział ją na bardziej aktualnych zdjęciach – o wiele lepsza od tej, którą dysponował w obserwatorium. Wynikało z tego, że tamtejszy nadajnik ma znacznie mocniejszy sygnał. Augie zatrzasnął atlas. Kolejny powód. A więc postanowione. Wyruszą tam. Jeszcze rysował mapy i sporządzał listy zapasów, kiedy wzeszło słońce i Iris się poruszyła. Wstała razem ze śpiworem spowijającym ją jak długi płaszcz z kapturem i podeszła do Augiego; jej świeżo ostrzyżone włosy sterczały we wszystkie strony. Dotknęła podkładki, na której pisał, a potem położyła mu dłoń na ramieniu, wzdrygając się, jakby pytała: co się stało? Przykrył jej rękę swoją i obrócił się na fotelu, żeby spojrzeć dziewczynce w twarz. Ruszamy w drogę.

[…]

Co widzisz? – zapytała Sully, wlatując pod kopułę głową naprzód i starając się zbliżyć do Devi. Wszystko – odpowiedziała tamta, nerwowo bawiąc się suwakiem kombinezonu. Zaciągnęła go pod szyję i zaraz potem odciągnęła znowu do mostka, aż między plastikowymi zębami zaklinował się jej fioletowo-szary podkoszulek, ale zupełnie się tym nie przejęła. I nic. Trudno powiedzieć. Unosiły się razem w milczeniu, zapatrzone w wielką pustkę. Wobec perspektywy wyjścia na zewnątrz, w tę niezamieszkaną próżnię, dom wydawał się jeszcze bardziej odległy. Tam, w kosmosie, nie było żadnej asekuracji, niczego, co łączyłoby astronautów ze statkiem oprócz cienkich lin i ich samych. Sully już chciała powiedzieć coś o tej wyprawie, ale ugryzła się w język, bo nagle ogarnęły ją wątpliwości czy Harper rozmawiał już z Devi. Wiem o wyjściu – odezwała się nagle Hinduska. Powiedział mi zeszłego wieczoru. Niepokoi się, co? Bo byłam taka… rozkojarzona. No i chodzi mu o ciebie. Martwi się, ponieważ jest w tobie zakochany. Ale niepotrzebnie się dręczy. Poradzimy sobie. Sully na dłuższą chwilę oniemiała. Nawykła do tego, że Devi potrafi dostrzec istotę rzeczy – przeważnie wykorzystywała tę umiejętność w stosunku do nieożywionych przedmiotów, urządzeń mechanicznych, ale od czasu do czasu skupiała uwagę na ludzkich sprawach i z precyzją robota wygłaszała niepokojące prawdy. To było denerwujące. Sully nagle poczuła, że szyję oblewa jej fala gorąca, i chciała nad tym zapanować. Devi powiedziała to tak zwyczajnie, rzeczowo. Sully nie zakwestionowała prawdziwości jej spostrzeżenia; usłyszawszy te słowa wypowiedziane na głos, odczuła w pewnym sensie ulgę. Uświadomiła sobie, że jej fantazje o tym, jak mogłoby być między nią a Harperem po powrocie na Ziemię, są oparte na czymś rzeczywistym, konkretnym, namacalnym, zostały bowiem potwierdzone przez kogoś innego – przez najinteligentniejszą osobę, jaką znała. Ale nie była to odpowiednia pora. Sully uznała, że nie może w takiej chwili myśleć o Harperze, w każdym razie nie tak. Może ta pora nigdy nie nadejdzie. Odsunęła sugestię Devi i patrząc z determinacją przez panoramiczne szyby, skupiła się na czekającym ją wyjściu ze statku. Po chwili usłyszały, jak Thebes woła Devi. Ta, zanim podryfowała w jego kierunku, uścisnęła rękę Sully. Ty też martwisz się niepotrzebnie – powiedziała. Potem odepchnęła się stopami i zniknęła w korytarzu. Sully jeszcze przez dłuższy moment była pogrążona w myślach. Przyglądała się obcemu jej położeniu gwiazd, aż wreszcie odnalazła w tym chaosie Małą Niedźwiedzicę. Znajdowała się pod niezwykłym kątem, ale to niewątpliwie była znajoma konstelacja i ta pewność, pewność czegokolwiek, podziałała na nią kojąco.

[…]

SULLY I DEVI kilkanaście razy omówiły plan misji z Harperem, recytując swoje kolejne kroki jak aktorzy powtarzający kwestie. Obie były spokojne; podczas szkolenia w Houston przygotowały się na wszelkiego rodzaju naprawy w przestrzeni poza statkiem, a ich pierwsze wyjście nie stwarzało wielkich trudności. Thebes sprawdzał skafandry, podczas gdy Tal testował system radarowy. Iwanow zajmował się wytykaniem błędów w uaktualnionym programie komputerowym Tala, zwracał uwagę na słabe punkty w planie Harpera i podsuwał Thebesowi ewentualne zagrożenia, nawet te najmniej prawdopodobne – był jak jednoosobowy zespół weryfikacyjny pokazujący błędy w ich rozumowaniu. Po raz pierwszy byli zadowoleni z jego krytycyzmu. Kiedy załoga zakończyła przygotowania i szykowała się do akcji, w jej szeregi powróciła atmosfera braterstwa, która zrodziła się między nimi w Houston – tamto poczucie z baru przed wystrzeleniem w kosmos, gdy razem słuchali piosenek z szafy grającej i pili. Tal znowu zaczął rzucać dowcipy i nawet Iwanow śmiał się z niektórych. Devi mówiła bez przerwy, podekscytowana przedsięwzięciem; wciągała do rozmowy kolegów i z pasją rozwiązywała należące do niej problemy techniczne, Thebes zaś wyraźnie odetchnął z ulgą, obserwując, jak załoga znowu ze sobą gawędzi. Wszyscy unosili się na fali. W Sully znowu obudziła się nadzieja. Może, może kiedy moduł znowu zacznie odbierać sygnały, Ziemia wreszcie się odezwie. Tylko Harper sprawiał wrażenie niepewnego. Gdy reszta załogi się ożywiła pod wpływem wyzwania, jakie stanowiło odzyskanie łączności, Harper nadzorował prace z wyczuwalnym niepokojem. W przeddzień akcji wziął Sully na bok w centrum dowodzenia. Kiedy do niej mówił, widziała przed sobą żywą czerń rozciągającą się za kopułą. Był to hipnotyzujący widok. Mając świadomość, że za kilka godzin wyjdzie przez śluzę powietrzną w tę próżnię, starała się skupić wzrok na jego twarzy, spoglądać we wbite w nią oczy, zamiast obserwować subtelne ruchy wirujących atomów za szybą.

[…]

Zamknęli obserwatorium, zostawiając ogrzewanie na takim poziomie, żeby nie zamarzły rury i nie pękł teleskop. Programując temperaturę pieca, Augie zastanowił się, dla kogo to robi – może dla nich samych, gdyby mieli wrócić, a może dla nikogo, jeśli jezioro Hazen okazałoby się bardziej gościnnym domem. Oczywiście w piecu musiało kiedyś skończyć się paliwo. Wtedy do budynku wkradłoby się zimno, zamarzłyby rury i pękły wielkie soczewki teleskopu. Okna opanowałby szron, który ostatecznie zawładnąłby salą łączności, ich przytulnym azylem, tak jak to się stało z resztą placówki. Niebawem na dobre wprowadziłaby się tu zima. Iris objęła Augiego w pasie i ruszyli w stronę tundry, skręcając na wschód, zanim w polu widzenia pojawił się hangar. Gdy spod kół zaczęły wylatywać zaśnieżone kamienie, dziewczynka mocniej przytuliła się do opiekuna. Kask, który miała na głowie, był dla niej kilka rozmiarów za duży, więc Augie nalegał, żeby dodatkowo włożyła pod spód trzy czapki. Podobnie było z goglami – pojedynczym szerokim żółtym okiem obejmującym większość jej twarzy – więc elastyczną opaskę wokół jej główki spiął agrafką. Kiedy pokonali stok i znaleźli się na płaskim terenie, jechało im się łatwiej i Iris zwolniła uścisk, w którym trzymała Augiego. Wyruszyli w podróż – i nie było sensu przewidywać, co będzie dalej. Po czterech czy pięciu godzinach jazdy w łypiącą na nich białą dal Augustine zatrzymał skuter. Zsiedli z maszyny, żeby napić się wody i zjeść kilka krakersów. Iris miała zdrowo zaczerwienioną buzię z odciśniętym białym zarysem gogli; spod czapek wysunęły się kosmyki ciemnych włosów, wijąc się wokół jej policzków. Sprawiała wrażenie podekscytowanej tą przygodą. Augustine obejrzał się na drogę, którą przebyli, ale zarys obserwatorium zniknął już z pola widzenia. Powietrze było nieprzejrzyste, z migocącą kurtyną śniegu wzbijanego przez wiatr. Odkąd wyruszyli, był napięty, liczył pokonywane mile, opierając się pokusie, żeby zawrócić i popędzić z powrotem w stronę bezpiecznego nieba, które za sobą zostawili. Chwytał się ulotnej nadziei, jaką dawało to, do czego zmierzali, nadziei, że postępują słusznie. Otaczająca ich cicha pustka wydawała się złowróżbna. Kiedy się posilili, Iris włożyła gogle, a potem kolejne czapki, jedną na drugą. Augustine zmiął plastikowe opakowanie po krakersach, wsadził je do kieszeni kurtki, a w tym czasie dziewczynka wdrapała się na siodełko skutera. Augie włączył silnik – a tu nic. Włączył ponownie. Znowu nic. Serce zaczęło bić mu szybciej, więc powoli, głęboko zaczerpnął lodowatego powietrza. „Zachowaj spokój – nakazał sobie. – Pięć minut temu silnik działał”. Spróbował kolejny raz, pogmerał przy stacyjce, pedale gazu, znowu przy stacyjce. Zdjął gogle zawieszone na taśmie okalającej szyję, patrząc z niedowierzaniem na skuter. Zsiadł i zrobił krok w tył, jakby stamtąd mógł dostrzec problem, ale widział jedynie maszynę, której nie rozumiał. Wezbrała w nim panika, chwytając go za gardło. Utknęli na pustkowiu wiele mil od obserwatorium i jeszcze więcej od stacji pogodowej. Pomiędzy jednym a drugim nie było nic – żadnej oazy, schronienia, tylko pusta, niekończąca się tundra. Gdyby próbowali ruszyć dalej na piechotę, pewnie by zamarzli. Iris kręciła się na siodełku skutera, czekając na to, co będzie dalej. Augustine osunął się na śnieg – nie żeby było to świadome działanie, po prostu ugięły się pod nim nogi. Był głupi, że zdecydował się opuścić jedyny azyl na tej zapomnianej przez Boga i ludzi wyspie. Oparł głowę o bok skutera i spojrzał w górę, na biały kłąb nieba. Wiatr już zacierał ich ślady. To było to: cicha, zimna śmierć, której dopiero co kategorycznie się sprzeciwił. Iris lekko szturchnęła go obutą stopą w ramię, a on bez namysłu ujął ją w urękawiczoną dłoń, a potem przycisnął do policzka.

[…]

Kiedy światło dzienne zaczęło niknąć, zatrzymali się na nocleg i wypakowali namiot. Żeby zapewnić obozowisku osłonę przed wiatrem, Augie wybrał się na poszukiwanie skały, drzewka czy choćby wysokiej zaspy śnieżnej, ale nie znalazł w pobliżu nic takiego, więc namiot w kształcie tipi rozbił przy skuterze. Pomarańczowy stożek w białym krajobrazie. Fluorescencyjna tkanina wydobywała błękitny odcień śniegu. Kiedy rozkładali się na noc, Iris zdjęła kask i dwie z trzech czapek, zostawiając na głowie tę szmaragdowozieloną z pomponem oraz gogle, w których zjadła kolację. Nie mieli, jak rozpalić ognia. Ułożyli się w namiocie tuż obok siebie, podczas gdy nad nimi wył wiatr, naciągając pomarańczowy materiał na aluminiowych słupkach. Śledzie trzeszczały w swoich płytkich zagłębieniach. Augustine miał nadzieję, że wytrzymają do rana, że namiot nie odfrunie przez płaski, śliski obszar tundry, gdy będą spali. Wbił śledzie w zbity śnieg tak głęboko, jak na to pozwalała puszka, której użył w charakterze młotka. Potem, otworzywszy dla wentylacji namiot, podgrzali fasolę z puszki na kuchence naftowej. Zapadła ciemność. Iris nuciła do świstu wiatru na zewnątrz. Nie potrzeba było słów, co tu mówić. Augustine jadł, wsłuchując się w beznadziejny, smutny jęk wichury, która nagle wydała mu się groźna, i znowu zaczął się zastanawiać, czy nie powinni wrócić. Czy nie popełnił błędu, zabierając Iris z bezpiecznego schronienia, jakie dawało obserwatorium. Po kolacji wypełzli z namiotu, żeby spojrzeć na niebo. Było usiane gwiazdami, ale tamtej nocy konstelacje stanowiły jedynie skromne tło dla falującej rzeki zorzy polarnej, która przepływała w powietrzu, zielono-purpurowo-niebieskich smug tańczącego światła. We dwoje oddalili się poza krąg blasku lampy elektrycznej, która oświetlała wnętrze namiotu, urzeczeni zorzą, gotowi podążać jedną z jej lśniących ścieżek – wspiąć się prosto w niebo. Po jakimś czasie światła pociemniały i rozpłynęły się na niebie. Augie się odwrócił, nie wiedząc, jak długo tak patrzyli, i zobaczył, że rozświetlony stożek namiotu i ostatnie jaśniejące nad nim pasmo zieleni powoli nikną z pola widzenia. Spali tej nocy jak susły, a z ich nozdrzy unosiły się obłoczki pary. Grubo opatuleni tulili się do siebie, nieświadomie szukając ciepła, podczas gdy wokół nich dalej wył i śpiewał wiatr.

[…]

Na moment odebrało mu mowę. Odzywała się tak rzadko, że zawsze reagował dopiero po chwili. „Jej znajomość Arktyki jest niesamowita” – pomyślał i przypomniał sobie przewodnik, który czytała tyle razy, że pewnie znała go już na pamięć. Poczuł lekki żal, że nie zadał sobie trudu, aby poznać lepiej środowisko, w którym spędził kilka ostatnich lat – w każdym razie, że nie zrobił tego świadomie. To dziecko siedzące obok biło go na głowę wiedzą o wilkach, piżmowołach, zającach. Augustine znał się tylko na dalekich gwiazdach, odległych o miliardy mil. Przez całe życie przenosił się z miejsca na miejsce i nigdy nie postarał się dowiedzieć czegoś więcej o ich kulturze, przyrodzie czy geografii, tym wszystkim, co miał przed oczami. Wydawało mu się to przemijające, banalne. Zawsze spoglądał dalej. Wiedzę o rejonie, w którym aktualnie przebywał, zdobywał przez przypadek. Podczas gdy jego koledzy eksplorowali otoczenie swoich placówek badawczych, przemierzali pobliskie lasy albo zwiedzali miasta, Augustine tylko jeszcze bardziej ulatywał w niebo, czytając każdy artykuł, jaki wpadł mu w ręce, i spędzając siedemdziesięciogodzinne tygodnie pracy w obserwatorium, żeby pochwycić blask sprzed trzynastu miliardów lat, sam ledwie świadom chwili, w której żył. Były inne wyprawy biwakowe, inne noce spędzone na obserwowaniu gwiazd, ale czy to z powodu alkoholu, który napędzał go w tamtym czasie, czy wskutek skupienia na rozciągającym się w górze niebie zamiast na chwili bieżącej, Augustine ledwie pamiętał te podróże. Zawsze wykręcał szyję w stronę nieba, tyle razy odwracał wzrok od niesamowitych widoków na Ziemi. W pamięci zostawały mu tylko dane, które zbierał, niebieskie wydarzenia, które rejestrował. Biorąc pod uwagę, jak długo żył, wydawało się zaskakujące, jak niewiele przeżył. Tej nocy znowu było widać zorzę, jaskrawozieloną, która malowała się na niebie przez długi czas. Oboje z Iris siedzieli u wejścia do namiotu, ze zgaszoną lampą, aż zniknęły ostatnie smugi światła. Kiedy wreszcie wpełzli z powrotem do śpiworów, jego umysł płonął. Zachwyt na twarzy Iris był prawie równie niezwykły jak sama zorza. Zasypiając, Augustine nie myślał, jak daleko zajechali i jak daleko będą jeszcze jechać. Myślał o oddechu Iris, który słyszał obok, o jęku wiatru, mrowiącym zimnie w palcach u stóp i rąk, a także o przejmującym, nieznanym mu poczuciu, że żyje, jest świadomy i zadowolony.

[…]

Podczas tamtej pierwszej podróży w kosmos zrozumiała, że zrobi wszystko, co będzie mogła, żeby zdobyć miejsce na „Aetherze”. Wyprawę tę planowano od lat; sam statek był już montowany w przestrzeni kosmicznej i gdy niektóre części konstruowano jeszcze na Ziemi, krążył po jej orbicie. O odpowiedniej porze dnia widziała go ze stacji kosmicznej: od jego kadłuba odbijało się słońce i świecił w oddali jak gwiazda stworzona przez człowieka. Po powrocie z długiej podróży na Jowisza i z powrotem statek miał połączyć się z Międzynarodową Stacją Kosmiczną i stać się jej stałym elementem. Każdy biorący udział w programie astronauta oddałby duszę za uczestnictwo w dziewiczym rejsie „Aetheru” – gwarantowało to miejsce w historii, obok Jurija Gagarina i Neila Armstronga. Nikt nie wiedział, kiedy wytypują zespół ani nawet kiedy misja się rozpocznie, ale zarówno weterani, jak i nowicjusze rozprawiali o tym przez całe lata, odkąd tylko Sully stała się kandydatką na astronautkę. Przemieszczając się od jednego punktu do drugiego i szukając na blaszanej puszce, która od dwóch lat była jej domem, uchwytów dla dłoni, przypomniała sobie dzień sprzed siedmiu lat, kiedy wreszcie ogłoszono nabór do załogi „Aetheru”. Pamiętała także inny dzień, szesnaście miesięcy później, w którym zaproponowano jej miejsce w zespole, i wyraz twarzy Jacka, gdy mu o tym powiedziała. Mieszkali już oddzielnie, ale do tej pory nie padło słowo „rozwód”. Nie pamiętała natomiast miny Lucy, bo to nie ona ją powiadomiła. Zrobił to Jack. Uzgodnili, że mała przyjmie to lepiej od niego, ale prawdziwy powód był inny i znali go oboje – Sully nie potrafiła powiedzieć swojemu jedynemu dziecku, że z własnej woli spędzi z dala od niego całe dwa lata. Czy było warto? Postąpiłaby tak znowu? Zaprowadziły ją tu – do najsamotniejszego miejsca w Układzie Słonecznym – cała ta ciężka praca, poświęcenie i niekończące się szkolenia. Niemal roześmiała się na głos. Gdyby tylko wiedziała, jak to się skończy! Ale nawet wtedy niczego nie zrobiłaby inaczej. Powróciły do niej słowa Iwanowa: „Nie każdy ma powołanie”. Unosząc się tam, w pustce, poczuła przepojony smutkiem spokój: ona miała i za nim poszła. Nie wychodziła poza statek od czasu Kallisto, a dzień był piękny na spacer, tak jak wszystkie dni i wszystkie noce, które miały nadejść. Porzuciła wspomnienia i odsunęła od siebie myśli o przyszłości. Teraz nic z tego nie miało znaczenia. Liczył się tylko następny uchwyt i następny.

[…]

AUGIE I IRIS DOTARLI do małego obozu nad jeziorem, gdy zapadł zmierzch, i wpadli do pierwszego namiotu, który napotkali, niewielkiego, ale przyjemnego schronienia przed surowym zimnem panującym na zewnątrz. Mimo ubóstwa, ostrego zapachu zamarzniętej pleśni i zaledwie podstawowego wyposażenia Augie poczuł się w tym miejscu bardziej jak w domu niż wszędzie indziej, gdzie mieszkał w ostatnich latach. Były tam cztery łóżka kempingowe z płóciennymi materacami, piecyk na naftę, kuchenka gazowa i kilka innych sprzętów. Aluminiowe słupki, na których trzymała się winylowa powłoka namiotu, zbiegały się w górze. Augie miał wrażenie, że siedzi w brzuchu wieloryba, podziwiając jego żebra. Pośrodku pomieszczenia stał stolik karciany z kilkoma składanymi krzesłami, a za nim – biurko zasłane mapami meteorologicznymi i danymi pogodowymi, mały generator oraz drewniane skrzynki służące za regały. Na stole tłoczyło się kilkanaście lamp naftowych z pociemniałymi szklanymi kloszami, a na podłodze ze sklejki leżały sfatygowane dywany. To jedno pomieszczenie było wygodniejsze niż cała baza Barbeau – miało charakter, przytulność. Nie ulegało wątpliwości, że żyli tu ludzie. Jadali posiłki, czytali książki, grywali w karty. Przybysze złożyli swój ekwipunek i zaczęli oglądać dokładniej to, co zastali. W skrzynkach znajdowały się powieści w wydaniach kieszonkowych, przeważnie romanse, ale było też kilka kryminałów i ze dwie klasyczne książki kucharskie. Materace na łóżkach były umieszczone w ochronnych plastikowych workach i po zdjęciu jednego z nich Augustine znalazł w środku jeszcze wełniane koce, pomięte prześcieradło i puchatą poduszkę. Rozłożył prześcieradło i naciągnął je na cienki materac. Strzepnął poduszkę. Porozkładał koce. Potem zapalił kilka lamp na stole i uniósł plandekę u wejścia, żeby wpuścić ostatnie promienie naturalnego światła. Woń stęchlizny, którą czuł, zaczęła uchodzić na zewnątrz. Iris wyszła na dwór i usadowiła się kilka jardów od jeziora, kamieniem rysując na śniegu ósemki. Augustine znalazł głaz i usiadł przy niej na chwilę, chłonąc widok. Przepełniała go ulga. Wyprawa się opłaciła. Udało im się. Nie mieli powrotu, a jednak – czuł się tu bezpiecznie. Bez śladów ewakuacji, ziejącej pustki hangaru i lądowiska obóz przypominał bardziej oazę niż miejsce wygnania. Słońce już zaszło, schwytane przez rozciągające się wokół jeziora góry i niebo pociemniało, przybierając odcień granatu. W nadchodzących dniach mieli mnóstwo czasu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Oboje siedzieli w milczeniu i słuchali odgłosów wydawanych przez lód. Gdzieś w oddali zawył wilk, a z drugiego brzegu jeziora odpowiedział mu inny. A oni siedzieli dalej. Zapadł całkowity mrok i w górze przeleciała sowa śnieżna, lądując na jednej z anten, skąd z ciekawością zaczęła się przyglądać dwóm ludzkim istotom. Na niebie pojawiły się gwiazdy.

[…]

Potem pogasił lampy naftowe i położył się obok dziewczynki. Leżeli przytuleni do siebie na wąskiej pryczy. Iris poruszyła się lekko, zrzucając książkę z łóżka, ale się nie obudziła. Zasypiając, Augie skupił się na jej oddechu i wreszcie zidentyfikował źródło gnębiącego go przez cały ten czas niepokoju; to była miłość.

* * *

PRZEZ SZKOŁĘ ŚREDNIĄ i większość college’u przemknął jako osoba towarzysko niewidzialna. Był cichy, bystry i czujny. Dopiero pod koniec studiów zauważył, że dwie dziewczyny, siedzące na termodynamice po obu jego stronach, są w nim zadurzone – że gdyby chciał, mógłby mieć którąś z nich, a może obie. Ale czy chciał? Co by z nimi robił? Uprawiał już seks, w szkole średniej, i nawet mu się podobało, ale za dużo było z tym kłopotów i niezręczności, żeby zawracać sobie głowę. A jednak – ten romantyczny walor był dla niego nowością. Wykraczał poza układankę z ludzkich ciał; stanowił emocjonalną zagadkę. Eksperyment, do którego jak dotąd brakowało mu zmiennych. Augustine nigdy się nie wycofywał w obliczu intrygującego projektu badawczego, przespał się więc w krótkim czasie z obiema dziewczynami. Okazało się, że należały do jednej korporacji studentek, i kiedy tylko się zorientowały, że chodzą z tym samym chłopakiem, natychmiast stały się wredne, dla niego i siebie nawzajem. Semestr zakończył się wśród łez i nieprzyjemnych listów, jedna z dziewczyn odeszła z college’u, ale w jego odczuciu eksperyment był udany. Czegoś się nauczył i zrozumiał, że mógłby się nauczyć jeszcze o wiele, wiele więcej. W następnych latach kontynuował doświadczenia z uczuciami. Opracował nowe, skuteczniejsze techniki uwodzenia. Wabił obiekty z uwagą, nie szczędząc wydatków ani komplementów, i kiedy wreszcie się w nim zakochiwały, rzucał je. Na początku robił to stopniowo – przestawał dzwonić, zostawać na noc, szeptać pochlebstwa do ich ślicznych uszu. Kobiety zaczynały podejrzewać, że go tracą, i to zaraz po tym, jak uznały, że im na nim zależy, więc podwajały wysiłki, aby go zatrzymać. Seks stawał się bardziej śmiały, a on chętnie z tego korzystał, potem zaś zawstydzał je tym, że tak łatwo się oddawały. Zaproszenia na kolację, do kina czy muzeum robiły się jednostronne. W końcu zrywał z nimi całkowicie, z pogardą, której nie musiał wyrażać słowami, nie mówiąc nawet „żegnaj” ani nie oferując konwencjonalnego: „Nie chodzi o ciebie, ale o mnie”. Po prostu znikał z ich życia. Jeśli ośmielały się później za nim chodzić, robił z nich wariatki – jakby zupełnie nic do nich nie czuł, wcale ich nie chciał. Nigdy nie miał poczucia winy, odczuwał tylko ciekawość.

[…]

W następnych latach kontynuował doświadczenia z uczuciami. Opracował nowe, skuteczniejsze techniki uwodzenia. Wabił obiekty z uwagą, nie szczędząc wydatków ani komplementów, i kiedy wreszcie się w nim zakochiwały, rzucał je. Na początku robił to stopniowo – przestawał dzwonić, zostawać na noc, szeptać pochlebstwa do ich ślicznych uszu. Kobiety zaczynały podejrzewać, że go tracą, i to zaraz po tym, jak uznały, że im na nim zależy, więc podwajały wysiłki, aby go zatrzymać. Seks stawał się bardziej śmiały, a on chętnie z tego korzystał, potem zaś zawstydzał je tym, że tak łatwo się oddawały. Zaproszenia na kolację, do kina czy muzeum robiły się jednostronne. W końcu zrywał z nimi całkowicie, z pogardą, której nie musiał wyrażać słowami, nie mówiąc nawet „żegnaj” ani nie oferując konwencjonalnego: „Nie chodzi o ciebie, ale o mnie”. Po prostu znikał z ich życia. Jeśli ośmielały się później za nim chodzić, robił z nich wariatki – jakby zupełnie nic do nich nie czuł, wcale ich nie chciał. Nigdy nie miał poczucia winy, odczuwał tylko ciekawość. Kobiety, na których przeprowadzał swoje eksperymenty, obrzucały go typowymi epitetami: dupek, popapraniec, sukinsyn, gnojek. Padały także terminy medyczne: patologiczny kłamca, socjopata, psychopata, sadysta. Te określenia intrygowały i były takie chwile, kiedy się zastanawiał, czy są słuszne, czy nie. Dupek na pewno, ale socjopata? Kiedy miał dwadzieścia, trzydzieści lat, przed wyjazdem na placówkę w Nowym Meksyku, wydawało się to możliwe. Widział, że te kobiety przeżywają obce mu emocje, niemal bez współczucia patrzył na cierpienia, które zadawał. Próbował sobie przypomnieć: kochał matkę czy tylko nią manipulował dla własnej korzyści? Czy może już wtedy prowadził na niej doświadczenia, żeby sprawdzić, co działa, a co nie? Zawsze był taki? To, że taka możliwość go nie martwiła, zwiększało prawdopodobieństwo, że porzucone kobiety miały rację. To nie była sprawa osobista – nigdy. Chciał poznać granice miłości, zobaczyć, jaka flora rośnie po drugiej stronie, jaka zamieszkuje tam fauna. A zakochanie, pożądanie – czy różnią się od siebie? Czy tylko inaczej się objawiają? Pragnął zrozumieć te rzeczy naukowo, eksperymentować z ograniczeniami miłości, jej słabościami. Nie chciał jej odczuwać, tylko ją badać. To było jego hobby. Jeszcze jedna dziedzina studiów. Jego prawdziwa praca była o wiele donioślejsza, ale pytania dotyczące miłości stanowiły trudny do rozwiązania problem. Nigdy nie czuł się usatysfakcjonowany odpowiedziami. A ponieważ nawykł do satysfakcjonujących odpowiedzi, nie ustawał w badaniach. Jego postępowanie miało swoje konsekwencje. W końcu musiał przeciągnąć strunę. Kobiety – obiekty doświadczeń – musiały stać się dla niego zagrożeniem, było ich za wiele. Wpadał na nie w kawiarniach, widywał je w pracy albo przechodzące w jego okolicy. I wszystkie znały się nawzajem, bo jak lepiej przerzucić się z jednej na drugą, niż obracając się na obrzeżach kręgu towarzyskiego tej aktualnej? Augustine nie zadawał sobie trudu, żeby przepraszać – łatwiej było po prostu odejść, znaleźć nową placówkę, uzyskać nowe stypendium albo objąć nową posadę naukową i zacząć od początku. To był dla niego tylko poboczny projekt, poza-podręcznikowy eksperyment niedorównujący jego prawdziwej pracy, pośród gwiazd. Podobała mu się rozmaitość ciał, piersi, brzuchów i nóg, które poznawał, kiedy chciał odpocząć od swoich badań, ale to wszystko. Od czasu do czasu czuł politowanie, nigdy współczucie – nie rozumiał reakcji, z którymi się stykał. Wydawały mu się przesadne, śmieszne.

[...]

Kiedy uzyskał doktorat, ojciec już nie żył, a matka była zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. Poza nimi nie miał żadnej rodziny, żadnych innych wzorców, pozostały mu tylko zatarte wspomnienia dysfunkcjonalnego i nieszczęśliwego dzieciństwa. Nie interesowało go oglądanie telewizji ani czytanie powieści. Chciał uczyć się z życia, z obserwacji. I tak robił: uczył się, że miłość kryje się w wirze nieprzyjemnych emocji, stanowi niewidzialny, nieosiągalny środek czarnej dziury. Jest nieracjonalna i nieprzewidywalna. Nie chciał jej, ani odrobiny; jego doświadczenia wciąż tylko potwierdzały, jakie to wszystko niesmaczne. Więc z biegiem czasu znajdował coraz większe upodobanie w alkoholu, a mniejsze w kobietach. Tak było łatwiej. Lepszy, prostszy sposób ucieczki. Mając trzydzieści kilka lat, przyjął stanowisko w Jansky Very Large Array w Socorro w Nowym Meksyku, ośrodku, który stwarzał najlepsze możliwości badawcze na świecie w zakresie radioastronomii. Augustine był już wtedy dobrze znany wśród kolegów po fachu, ale także znacznie szerzej. Młody i fotogeniczny, zdobywał popularność w mediach, a jego dokonania rewolucjonizowały dziedzinę, którą się zajmował. Wiedział jednak, że jego wkład nie zostanie zapamiętany, jeśli on sam nie odznaczy się czymś doniosłym. Był już blisko, niemal tuż-tuż, ale brakowało mu teorii, dzięki której jego nazwisko znalazłoby się wśród pionierów nauki. Dokądkolwiek się udawał, poprzedzała go nie tylko reputacja kobieciarza, ale także sława autora przełomowych badań. Chciały go gościć wszystkie ośrodki i mógł przebierać w stanowiskach z możliwością stałego zatrudnienia jak w ulęgałkach. Ale Augustine nie znosił uczyć. Chciał… nie, musiał odkrywać.

[…]

Była świadoma słów, które potem padły, nerwowych poleceń ze statku wydawanych przez Thebesa i Harpera, ale ich nie rozumiała. Nic dla niej nie znaczyły. Wpatrywała się w hełm Devi, obserwując śniącą dalej koleżankę. Wciąż ściskała maszt, instynktownie pilnując talerza, ale na nic więcej nie było jej stać. Przetaczały się przez nią fale szoku, odpychając wszelkie myśli, tłumiąc dochodzące do niej głosy i kiedy wreszcie się otrząsnęła, w słuchawkach panowała cisza. Nie wiedziała, ile upłynęło czasu. Minuty? Godziny? A zadanie nie zostało ukończone… „Aether” – zgłosiła się. Sullivan – natychmiast odpowiedział Harper. Musicie… Zamilkła i przełknęła ślinę. Napiła się wody. Znowu przełknęła ślinę. Musicie mi powiedzieć, co mam zrobić. Usłyszała, że Harper po drugiej stronie odetchnął powściągliwie. Thebes wymamrotał coś, czego nie zrozumiała. Masz wiertarkę? – zapytał Harper. Zerknęła na pas z narzędziami. Tak, mam. A śruby? Wolną ręką poklepała worek. Mam.  Tak jak to ćwiczyłyście. Z pierwszymi pójdzie gorzej, bo musisz trzymać maszt, ale później będziesz mogła go puścić. Rozumiesz? Nie była w stanie się ruszyć. Nie wiem… – zaczęła, ale Harper jej przerwał. Nie – powiedział. Żadnego myślenia. Śruby, Sully, po kolei, jedna po drugiej. Zrobiła, jak kazał i zaraz potem, nie pytając o pozwolenie, odpięła Devi od liny łączącej ją ze statkiem. Wiedziała, że koleżanka tak by sobie życzyła – każde z nich by sobie życzyło. Patrzyła, jak Devi oddala się w przestrzeń i staje coraz mniejsza, kurcząc się do rozmiaru gwiazdy, a potem całkiem znikając. Czy będzie tak dryfować w nieskończoność? Czy wpadnie na Słońce? Jakąś odległą gwiazdę? Sully pomyślała o „Voyagerze”, który opuścił Układ Słoneczny i wyruszył w wieczną podróż. Miała nadzieję, że tak będzie z Devi – że jakimś cudem pozostanie nienaruszona, jej martwe ciało będzie przemierzać wszechświat w niekończącej się, niepojętej podróży. Sully długo trwała bez ruchu, patrząc w ciemną otchłań, prosząc ją w duchu, żeby przytuliła jej koleżankę.

[…]

PRZEBYWALI NAD JEZIOREM Hazen już prawie dwa tygodnie – wystarczająco długo, żeby zbadać każdy zakątek obozu – a jednak Augustine wciąż unikał szopy z radiostacją. Coś go w związku z nią niepokoiło, jakby za jej drzwiami było za duże napięcie, za duży zasięg; jakby znajdowało się tam ucho pozwalające słyszeć rzeczy, których nie chciał słyszeć. Brakowało teleskopu, brakowało okna z widokiem na gwiazdy, więc zamiast pracować, spędzał czas, bawiąc się z Iris. Wyprawiali się na wysepkę pośrodku jeziora i podglądali arktyczne zające, śmiejąc się, gdy zwierzęta pomykały w panice przez lód, wskakiwały na brzeg i znikały w okalających jezioro górach. Uczył dziewczynkę grać w szachy – znaleźli starą plastikową planszę i bierki, a brakujące piony zastąpili monetami. Lepili postacie ze śniegu. I urządzali sobie uczty. Po monotonii pożywienia w obserwatorium, zaledwie umożliwiającego przetrwanie, nie mogli się nacieszyć ilością i rozmaitością niepsującej się żywności zmagazynowanej w namiocie kuchennym. Było to istne muzeum konserw – mięso duszone z warzywami, klopsy, całe pieczone kurczęta w solance, tuńczyk, wszelkie jarzyny, jakie tylko przychodziły im na myśl, nawet bakłażan i okra; batony wysokoenergetyczne, jajka w proszku, mleko w proszku, kawa mielona, ciasto naleśnikowe w proszku, mnóstwo masła, smalcu i margaryny. Iris zakochała się w koktajlu owocowym; z zamkniętymi oczami i błogim uśmiechem na ustach delektowała się każdą wiśnią w syropie. Augie bardziej entuzjazmował się produktami do pieczenia, możliwością wyczarowania czegoś świeżego i ciepłego; zaczął eksperymentalnie wypiekać ciasto biszkoptowe oraz babeczki nadziewane wiórkami czekoladowymi i rodzynkami, żeby następnie przejść do chleba w bochenkach. Ilości sody oczyszczonej i proszku do pieczenia były olbrzymie, stanowiły zapas, który wystarczyłby tuzinowi ludzi na kilkanaście lat, tak samo jak nie brakowało cebuli i sproszkowanego czosnku, pieprzu cayenne, cynamonu, gałki muszkatołowej, curry, soli i czarnego pieprzu. W dzieciństwie, kiedy dotrzymywał matce towarzystwa, rzadko korzystał z piecyka, ale przypomniał sobie, jaką przyjemność stanowi odmierzanie składników, mieszanie ich, smarowanie tłuszczem blachy. Matka często wyznaczała sobie w kuchni ambitne zadania, ale zwykle porzucała je w połowie, pozostawiając rozgardiasz i surowe składniki, z którymi Augie musiał coś zrobić, podczas gdy ją absorbowało nowe zajęcie. Już zapomniał, jaki był dobry w kończeniu za nią tych zadań, co więcej, zapomniał, jakiej doznawał przy tym przyjemności. To było prawie nieznane mu uczucie. Usiłował sobie przypomnieć, kiedy ostatnim razem czerpał z czegoś przyjemność.

[…]

Przypomniał sobie Socorro. Lata spędzone w Nowym Meksyku stanowiły jego najżywsze, najdotkliwsze wspomnienie. Dopiero po kilku dziesięcioleciach zrozumiał wreszcie, że tamto miejsce stwarzało mu najlepszą szansę na takie właśnie życie – w którym mógł siedzieć nad jeziorem, chłonąć zapach wiosny i obserwować Iris, czując wdzięczność i spełnienie, czując, że żyje. Jean, kiedy dawno temu ją poznał, wyciągnęła go ze stanu chłodnej kontemplacji i rzuciła w wir gorących emocji. Nie mógł jedynie się jej przyglądać; musiał ją mieć, być przez nią zauważony. Stała się dla niego kimś więcej niż obiektem badań, zmienną, którą należy określić. Wyprowadzała go z równowagi, wprawiała w dezorientację. Kochał ją, oczywiście, że tak, teraz mógł się do tego przyznać, ale wtedy to nie było takie łatwe. Miała dwadzieścia sześć lat, a on trzydzieści siedem, kiedy powiedziała mu, że zaszła w ciążę. Pomyślał wtedy jedynie o rodzicach i o własnych okrutnych eksperymentach. Nie chciał być zakochany. Oznajmił Jean, że nie zamierza być ojcem. Nigdy – podkreślił. Nie płakała, pamiętał, bo spodziewał się tego. Tylko spojrzała na niego tymi swoimi dużymi, smutnymi oczami. „Jesteś upośledzony – odparła. Szkoda, że jesteś taki upośledzony”. I na tym się skończyło. Znalazł posadę w Chile, na pustyni Atakama, gdzie przebywał już wcześniej. Wyjechał z Nowego Meksyku najszybciej, jak tylko mógł i wymazał Jean z pamięci w takim stopniu, w jakim potrafił. Dopiero wiele lat później pozwolił sobie o niej myśleć, o tym, co mogło być i już było – o dziecku, które miało jego geny i być może oczy, jego usta albo nos, ale nie miało w swoim życiu jego samego. Dziecko bez ojca. Próbował wyrzucić tę myśl ze świadomości, ale wracała raz po raz. W końcu zadzwonił do Socorro i uzyskał skromne informacje. Jean wyjechała z Nowego Meksyku wkrótce po nim, ale pozostała w kontakcie z kilkoma kolegami naukowcami. Augustine dowiedział się, że w listopadzie urodziła córeczkę i mieszka z nią gdzieś na południu, na kalifornijskiej pustyni. Odnalazł adres jej miejsca pracy i przez wiele miesięcy nosił go w portfelu, pod prawem jazdy. Odczekał do urodzin dziewczynki i wysłał jej najdroższy amatorski teleskop, na jaki było go stać. Bez listu, bez adresu zwrotnego. Uznał, że Jean będzie wiedziała, od kogo przesyłka pochodzi, i zdecyduje, co powiedzieć córce. Był ciekaw, co mówiła jej o ojcu, czy kłamała, że on nie żyje, jest jeńcem wojennym albo podróżującym handlowcem, czy też wyjawiła prawdę i powiedziała – co takiego konkretnie? Że jej nie chciał? Że nie kochał żadnej z nich? Przez kilka lat wysyłał różne prezenty, zawsze bez listu czy wizytówki, od czasu do czasu inwestując w swoje geny. Nie były to szczególnie troskliwe gesty, ale wydawały mu się lepsze niż nic. Co jakiś czas przekazywał też Jean czeki. Wiedział, że je inkasowała, ale tylko raz dostał od niej jakąś wiadomość: zdjęcie w zwykłej białej kopercie. Wysłała je na stary adres, obserwatorium w Portoryko, już po tym, jak przeniósł się na Hawaje, więc trafiło do niego po kilku miesiącach. Dziewczynka była podobna do matki. To pewnie dobrze. Następnego roku kolejny prezent, wysłany w to samo miejsce w południowej Kalifornii, wrócił z adnotacją „adres nieaktualny”. Na tym wszelkie kontakty się skończyły. Przyniosło mu to wręcz ulgę; wysyłanie co roku prezentów jedynie przypominało mu o tym, że nie umie być niczym więcej, jak tylko nic niemówiącym adresem zwrotnym i czekiem na średnią kwotę. Cel, od którego z pasją zaczynał swoją obiecującą karierę, zawęził się do realizowanej w samotności obsesji. Miał tę świadomość od lat. Nie potrzebował więcej dowodów.

[…]

Przez długi czas leżała na plecach, z otwartymi oczami, przyglądając się wszystkim cieniom w mrocznym przedziale. U stóp łóżka wznosiła się skalista góra ubrań, które miała na sobie tego dnia i zamierzała włożyć nazajutrz. Na ścianie widniało zdjęcie Lucy. Nad nią znajdowała się ciemna kula lampki do czytania. Wreszcie Sully zasnęła i śniło jej się, że podróżuje „Voyagerem 3” w przeciwnym kierunku, oddalając się od domu, zamiast się do niego zbliżać. Była spokojna, nic jej nie niepokoiło. Leżała skulona w parabolicznym dysku sondy niczym zaspany kot i spoglądając w ciemność, zdała sobie sprawę, że znalazła się dalej, niż kiedykolwiek przypuszczała. Uświadomiła sobie, że dotarła do kresu wszechświata, i to sprawiło jej radość.

[…]

Podczas pracy myślała o Marsie. Wyobraziła sobie jego usianą kraterami czerwoną powierzchnię, pomarańczowy pył i suche koryta rzek. Przypomniały jej się plany kolonizacji planety – przed kilkoma laty Amerykanie wyprawili się na nią głównie po to, żeby przeprowadzić badania geologiczne, ale także by rozejrzeć się za potencjalnym miejscem do zamieszkania. Zanim „Aether” wyruszył w przestrzeń pozaziemską, prywatna firma zajmująca się lotami w kosmos opracowywała już plany budowy stałej kolonii na Marsie. Podobno do ich realizacji pozostało zaledwie kilka lat. Była podekscytowana myślą, że zobaczy tę planetę z tak małej odległości. Widzieli ją przed dwoma laty, gdy lecieli w przeciwną stronę, ale z daleka i krótko. Byli skupieni na czym innym – Jowiszu, którego nikt jeszcze z bliska nie oglądał. Teraz Mars był ważny głównie z powodu niewielkiego oddalenia od Ziemi. Wyznaczał ostatni etap podróży przed osiągnięciem celu. Po kilku godzinach opracowywania danych z Jowisza Sully, wciąż myśląc o swoim śnie ostatniej nocy, zmieniła częstotliwość odbioru i nastroiła ją na „Voyagera 3”. Usłyszała jednak tylko przenikliwy świst, a potem ciszę. Choć próbowała, nie mogła złapać sygnału – w miejscu, gdzie był przed chwilą, znajdowała w eterze tylko pustkę. Było już późno, kiedy się poddała. Sonda przepadła. Może wreszcie wysiadło zasilanie, może nawaliło coś innego i system łączności przestał działać, a może oddaliła się tak bardzo, że znalazła się poza zasięgiem ich odbiornika. Istniała możliwość, że sygnał powróci, że coś go zablokowało – przelatująca planeta albo nawet asteroida – ale Sully w to wątpiła. Przez dłuższy czas unosiła się w ciszy, przypominając sobie swój sen. W końcu ostatecznie pożegnała się z „Voyagerem”, życząc mu wszystkiego dobrego. Nadeszła pora, żeby znowu poświęcić całą uwagę Ziemi – nie tej, którą opuściła, ale tej, na którą wracała. Długie miesiące retrospekcji i cierpienia, myśli o ludziach, których zostawiła, ludziach, których straciła, stanowiły zbyt ciężki balast, żeby dalej nieść go na barkach. Wystarczająco długo oglądała się wstecz. Teraz wreszcie pozwoliła sobie spojrzeć przed siebie. Zmieniła długość fal i zaczęła skanować częstotliwości; przeważnie nasłuchiwała, od czasu do czasu nadawała, stale jednak przeszukiwała eter, pasmo po paśmie. Sprawdziwszy zakres UHF i VHF, zaczęła od początku. Coś tam musi być. Musi.

[…]

Byli już na tyle blisko, że widzieli Księżyc krążący wokół ich macierzystej błękitnej planety, kiedy Sully straciła kontakt z sondą na Io. Nie zaskoczyło jej to – warunki panujące na tym najbliższym księżycu Jowisza nie były łagodne, poza tym sonda przekroczyła już przewidywany czas funkcjonowania. Spisywała się doskonale, dostarczając niezwykłych danych i jej zamilknięcie bardzo Sully zasmuciło. Z przestrzeni kosmicznej nie dochodziło aż tak wiele sygnałów i straciwszy kolejny z tych, które śledziła – najpierw „Voyagera”, a teraz tę sondę – poczuła się jeszcze bardziej zagubiona. Tak mało było rzeczy, których mogła się trzymać. Wszechświat stanowił niegościnne miejsce i miała wrażenie, że jest krucha, nietrwała, opuszczona. Wszystkie ich wątłe więzi, złudne poczucie bezpieczeństwa, towarzystwa, koleżeństwa, znikały po kolei. Sądząc po ostatniej transmisji, sonda zabłąkała się na obszar wulkaniczny, daleko od śnieżnych pól dwutlenku węgla, w których ją zostawili. Ostatnie pomiary temperatury świadczyły, że urządzenie wpadło do lawy – a nawet projekty NASA nie mogły przetrwać czegoś takiego. Był już wieczór, więc Sully opuściła moduł komunikacyjny i podryfowała korytarzem w stronę kopuły. Przynajmniej byli już niedaleko domu. Niezależnie od tego, co ich tam czekało, dobrze było widzieć przez grube szyby swoją małą planetę, ze srebrnym Księżycem krążącym wokół niej jak leniwa kulka we flipperze. Kiedy Sully dotarła do celu, przed panoramicznym oknem znajdowali się Tal i Iwanow. Zrobili dla niej miejsce. We troje unosili się zawieszeni w powietrzu, obserwując niebieski punkt, gdzie zaczęło się ich życie. W niewielkiej odległości od planety można było zobaczyć ledwie widoczną jasną kropkę, która zaraz zniknęła.

[…]

Próbowała odzyskać spokój, zapanować nad swoim ciałem, ale brak grawitacji utrudniał zachowanie równowagi. Ramieniem uderzyła o jeden z głośników, otarła się biodrem o ekran i im bardziej walczyła o to, żeby pozostać w bezruchu, tym mocniej nią rzucało. Zmagała się z nieobecnością, a nie z obecnością, i kiedy to sobie uświadomiła, nagle otrzeźwiała. Gdzie była góra, a gdzie dół? Gdy podłoga stała się sufitem, Sully poczuła, że nić logicznego myślenia, za którą podążała podczas tej misji, przez całe swoje życie, nagle pęka. Ciężka praca i inteligencja nie mogły zapewnić jej bezpieczeństwa – nic, co zrobiłaby w przeszłości, żadne starania, umiejętności, zdolność przewidywania nie ustrzegłyby jej przed tym, co się stało. Nic we wszechświecie nie mogło ich uchronić przed niebezpieczeństwem. Poczuła, że ogarnia ją mrok, i znowu ujrzała przed sobą odlatującą w ciemność postać w skafandrze astronauty, tyle że tym razem to była ona sama – krzycząca, błagająca, drżąca, pozbawiona tchu.

* * *

SULLY TYLKO RAZ przeżyła atak paniki – kiedy odebrała od ojczyma telefon o śmierci matki. Nigdy nie straciła nadziei, że ona i Jean jeszcze się odnajdą, że pewnego dnia znowu jakimś cudem trafią na pustynię i będą patrzeć w gwiazdy, tylko we dwie. Jean znowu będzie mówić do niej „misiaczku”, tak jak dawniej i podziwiać z nią jasne kratery na Księżycu, zawirowania mgławicy Oriona, stłumiony blask Drogi Mlecznej. Że wyliżą się z ran. Że wrócą do domu zapiaszczonymi drogami i wybaczą sobie wzajemnie. Po tamtym telefonie fantazja, która dodawała jej sił od dzieciństwa, wyparowała. Matka odleciała od niej gdzieś między pustynią Mojave a Kolumbią Brytyjską, ale zawsze pozostawała nadzieja. Były takie chwile, kiedy wydawało się to realne, tuż-tuż, a kiedy ostatecznie, nieodwołalnie okazało się, że jest za późno, brzemię tej straty stało za ciężkie do uniesienia. Pamiętała, że w swoim pierwszym prawdziwym mieszkaniu w Santa Cruz odłożyła słuchawkę na blat kuchenny i zapatrzyła się w niego – w srebrnoszare ziarniste cętki – a potem, oparta plecami o lodówkę, zsunęła się na podłogę, siadając na piętach. Tkwiła w tej pozycji przez długi czas, połykając łzy, dziwiąc się, jak to możliwe, że wciąż jest świadoma, wciąż żyje. Obudziła się rankiem, z policzkiem na płytce podłogowej. Potem przez wiele godzin wpatrywała się w białą fugę między łososiowo-różowymi kafelkami i myślała, że jeśli tylko zdoła zachować ten wzór w pamięci, nic więcej, przeżyje do końca dnia.

[…]

SYGNAŁ ZANIKŁ po zaledwie dwóch minutach, ale podczas tej krótkiej wymiany komunikatów zakłócanej przez czynniki atmosferyczne Augustine dowiedział się całkiem sporo. Kobieta na drugim końcu fali powiedziała mu, że znajduje się na pokładzie statku kosmicznego o nazwie „Aether”, który bierze udział w ambitnej misji badawczej. Pamiętał, że przed kilku laty, zanim wyjechał na północ, słyszał o jego budowie na orbicie ziemskiej. Przebywali niespełna dwieście tysięcy mil od Ziemi, wracali do domu i ponad rok wcześniej stracili łączność z bazą. Był pierwszą osobą, z którą od tego czasu udało im się nawiązać kontakt. Augie wyjaśnił, że jest na placówce naukowej na kanadyjskim Archipelagu Arktycznym, osiemdziesiąt jeden stopni szerokości północnej, że przebywa tu od jakiegoś czasu i ma niewiele informacji o tym, co dzieje się na świecie poza tą skutą lodem wyspą. Doszły do niego pogłoski o wojnie, potem była ewakuacja, z której dobrowolnie zrezygnował, i odtąd – nic. Tylko cisza i całkowita izolacja. Chciał opowiedzieć o wszystkim: jak to było opuścić obserwatorium i przebyć tundrę, stworzyć nowy dom nad jeziorem, zabić wilka i pogrzebać go w śniegu, zaopiekować się Iris, żywić ją i uczyć łowienia ryb, martwić się o nią, czuć pierwsze porywy miłości, patrzeć, jak topnieją śnieg i lód, pławić się w słońcu dnia polarnego i obserwować, jak ono znika. Pragnął przekazać jej to wszystko – te obezwładniające, niepokojące, wspaniałe uczucia, które nie zawsze były przyjemne, często bardzo nieprzyjemne, ale zawsze takie intensywne, przejmujące, nowe. Miał tyle do powiedzenia. Chciał też zapytać o ich podróż, usłyszeć, jak to jest znaleźć się wśród gwiazd, zamiast tylko na nie patrzeć. Chciał się dowiedzieć, jak stamtąd wygląda Ziemia, jak długo ich nie było – ale połączenie siadło, a potem zanikło zupełnie. Biorąc pod uwagę ogromną odległość, jaką przebył sygnał, a do tego ruch obrotowy Ziemi i fluktuacje atmosfery, nie należało się temu dziwić. Zapisał tę częstotliwość i postanowił ją monitorować, ile będzie trzeba, żeby ponownie nawiązać kontakt.

[…]

Tal przewrócił oczami. Chciałbym, żeby to był żart – rzucił. Zastanówcie się nad tym. Jeśli ten gość przez cały czas usiłuje nawiązać z kimś łączność i dotąd mu się nie udało, nie złapał ani jednego sygnału… Chcę powiedzieć, że jeśli wydarzyła się jakaś katastrofa, to gdzie byłoby najbezpieczniej… gdzie byłby najmniejszy opad? Na biegunach, no nie? Właśnie tam, gdzie się znalazł. Możliwe więc, że nikt poza nim nie przeżył. Wszyscy na chwilę zamilkli. Harper raz po raz przeczesywał palcami włosy, jakby stymulując czaszkę, mógł coś wymyślić, spojrzeć na problem pod innym kątem. W końcu opuścił rękę na kolana i westchnął. Chyba nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Wciąż pozostaje mnóstwo znaków zapytania. Sully, spróbujmy jeszcze z nim pogadać… zobaczymy, co da się z tego wyciągnąć. Poza tym sprawdźcie szczelność elementów dokujących. Chyba powinniśmy połączyć się z MSK i dopiero z niej lądować. Plan powrotu na Ziemię bez zmian. Nie ma co się zastanawiać, prawda? Wszystko w swoim czasie. Pokiwali głowami, a kiedy Harper udał się z Sully do modułu komunikacyjnego, powędrowali za nimi i ponownie rozpoczęło się poszukiwanie ostatniego człowieka na Ziemi. Mijały godziny, Sully w nieskończoność powtarzała sygnał wywoławczy, aż w końcu usłyszeli odpowiedź.

[…]

Kiedy zbliżyli się do MSK, Sully wreszcie znalazła go ponownie. Był tak samo jak ona zadowolony, że może z kimś porozmawiać – o czymkolwiek. Opowiadał jej o Arktyce – mrocznych dniach i skutej lodem tundrze. Kiedy mówił o niedźwiedziu polarnym, na którego ślady natrafił, coś w tym człowieku wyczuła: przepojoną uporem samotność. Jakby nie potrafił powiedzieć głośno, nawet teraz, tam, na końcu świata, że czuje się samotny. Że pragnie więzi, choć nie umie jej nawiązać; że znalezienie śladów, świadectwa obecności drugiej istoty, to dla niego namiastka towarzystwa. Wykraczało to poza narzuconą izolację; taki po prostu był, od zawsze, jak podejrzewała. Nawet w pełnych ludzi salach, zatłoczonych miastach, w ramionach kochanki – był sam. Wyczuwała to, bo i ona miała w sobie coś takiego. Łączność została przerwana, zanim Sully była gotowa zakończyć rozmowę. Jeśli w ogóle kiedykolwiek byłaby gotowa. Pozostała w module komunikacyjnym jeszcze przez długi czas. Wyłączyła głośniki i wsłuchiwała się w szum samego statku, stłumione głosy kolegów dochodzące ze stanowiska dowodzenia. A on tkwił tam całkiem sam, tropiąc polarne niedźwiedzie i słuchając wycia wilków. Był starszy, jak się domyśliła z jego chropawego głosu i musiał być zaniedbany po tak długim czasie spędzonym samotnie w arktycznej dziczy. Początkowo wyobrażała sobie, że go uratuje – wylądują kapsułą „Sojuz” na Wyspie Ellesmere’a i odnajdą jego zagubione obozowisko – ale tu fantazje się rozwiewały. Nie było stamtąd powrotu do cieplejszych rejonów, prawdopodobnie skończyliby w lodowatym oceanie albo zamarzniętej tundrze i w ogóle by go nie odnaleźli. Nie, kapsuła „Sojuz” musiała wylądować w bardziej przyjaznym środowisku, żeby załoga miała szansę przeżyć. Ostatni człowiek na Ziemi pozostałby więc tam, gdzie był, a ona nigdy by się nie dowiedziała, jak wyglądał. Zawsze miał stanowić dla niej bezcielesny głos, widmo wędrowcy. I umrzeć w samotności. Na stanowisku dowodzenia Tal krzyknął podniecony – zobaczyli MSK. Sully otarła łzy rękawem kombinezonu i przytknęła wierzch dłoni do nosa. Kilka razy odetchnęła głęboko i poruszyła szczęką, żeby nadać twarzy choć trochę mniej posępny wyraz. Pojawienie się Międzynarodowej Stacji Kosmicznej było dobrą wiadomością. Próbowała się uśmiechnąć i w lustrzanej obudowie nadajnika sprawdziła, jak to wygląda. Nie najgorzej. Opuściła moduł komunikacyjny i kiedy leciała korytarzem, wpadła na Thebesa, który zbliżał się od strony centryfugi.

[…]

AUGUSTINE WSTAŁ z wysiłkiem. Przygasający płomień lampy naftowej migotał w szklanym kloszu. Wyglądało na to, że w namiocie jest pusto, ale było zbyt ciemno, by mógł dobrze widzieć. Iris! – zawołał. I powtórzył: Iris! Zamiast odpowiedzi usłyszał niskie zawodzenie wiatru szarpiącego powłoką namiotu, syk piecyka olejowego, trzask płomienia lampy. Próbował obliczyć, ile minęło czasu, odkąd rozmawiał z kobietą na pokładzie „Aetheru” – czy było to poprzedniego dnia, dwa dni wcześniej, a może trzy? Nie potrafił odróżnić rzeczywistości od snów na jawie, z których nie mógł się otrząsnąć. Chciał znowu z nią porozmawiać. Chciał zapytać ją o różne rzeczy – o matkę i ojca, jak i gdzie spędziła dzieciństwo, czy ma rodzinę, własne dzieci. Pragnął się dowiedzieć, jak to się stało, że postanowiła zostać astronautką, co jest takiego w samotności w kosmosie, że zdecydowała się zostawić wszystko. Pragnął opowiedzieć jej o swojej pracy, o osiągnięciach, ale także o porażkach – wyznać grzechy i otrzymać rozgrzeszenie. Tu, u samego schyłku życia, miał tak dużo do powiedzenia i tak mało siły, żeby mówić. Kręciło mu się w głowie za każdym razem, gdy tylko próbował się podnieść. Opuścił nogi na podłogę i siedział pochylony, dopóki z jego pola widzenia nie zniknęły czarne chmury i nie odzyskał równowagi. Przymknął oczy, aż zawroty ustąpiły i wszystko wokół niego wróciło na miejsce; kiedy znowu uniósł powieki, ujrzał przed sobą Iris, na tym samym krześle, na którym przesiadywała podczas jego choroby, doglądając go w gorączce. Popatrzyła na niego i nic nie powiedziała. Skąd się tutaj wzięłaś? – zapytał. Długo tu jesteś? Przytaknęła i dalej spoglądała na niego pustym wzrokiem. Obserwując jej ładną buzię, usiłował zrozumieć to, co wiedział od początku. Rozbolała go od tego głowa. Dlaczego tu jesteś? – szepnął. Iris wzruszyła ramionami, jakby chciała odrzec: „Ty mi powiedz”. Augustine przycisnął obie dłonie do oczu, wpatrując się w taniec światła i ciemności pod powiekami. Wiedział, że kiedy je otworzy, krzesło będzie puste. I było.

[…]

Pomyślał o Jean. Gdy zobaczył ją po raz pierwszy, stała po drugiej stronie parkingu przed ośrodkiem badawczym. Zajechała swoim zakurzonym zielonym el camino, ciemne włosy omiatały jej ramiona, kiedy wyładowywała torby z miejsca dla pasażera. Nawet przy wejściu do budynku zauważył, że ma czerwoną szminkę na ustach i połyskującą skórę między bluzką a dżinsami. Przypomniał sobie pierwszy raz, kiedy ją rozbierał, kiedy patrzył na nią, jak spała, i zaczął się zastanawiać, co sprawiało, że była taka pociągająca. Taka hipnotyzująca. Nigdy do tego nie doszedł. I przypomniał sobie zdjęcie, które mu przysłała. Tę jedną fotkę: dziecka, dziewczynki, ich córki. Stojącej nieruchomo, z rękami splecionymi na piersi, w jasnożółtej sukience, bez butów, z ciemnymi włosami przyciętymi na wysokości podbródka i prostą grzywką nad brwiami. Miała uchylone usta, jakby chciała coś powiedzieć i żywe orzechowe oczy o zuchwałym spojrzeniu. Niedźwiedź mruknął i przewrócił się na bok. Augie zbliżył się do niego jeszcze bardziej. Już się nie bał i kiedy przytulił się do ciepłego brzucha zwierzęcia, czując, jak zamykają się nad nim potężne łapy, odnalazł spokój. Nie był już intruzem, stał się częścią krajobrazu. Niedźwiedź tchnął gorącym oddechem w czubek jego głowy, więc Augie jeszcze bardziej się w niego wtulił, odwracając twarz od wiatru i zagłębiając ją w futro, gdzie odszukał ciche bicie serca, powolne, głębokie i rytmiczne jak walenie w bęben.

[…]

Członkowie załogi przetrząsnęli stację w poszukiwaniu rezydentów czy też pozostawionych przez nich śladów, które coś by im mówiły, ale nic nie znaleźli, więc zebrali się przy jedynej pozostawionej kapsule powrotnej. Były w niej trzy miejsca. Troje z nich miało wrócić na Ziemię, a dwoje pozostać na MSK i krążyć w nieskończoność po jej orbicie. Możliwości nie przedstawiały się ciekawie: bez ekipy naziemnej, która by ich odebrała, mogli wylądować w oceanie albo na pustyni, co prawdopodobnie skończyłoby się fatalnie. Nie wiedzieli, w jakim stanie znajduje się planeta tam, na dole. Grunt, powietrze i woda mogły być skażone albo nie. Ktoś mógł ocaleć albo nie. Zapasy w przestrzeni kosmicznej były zaś ograniczone i nie dało się przewidzieć, na jak długo wystarczą. Nie byli jednak jeszcze gotowi, żeby podjąć decyzje. Skupili się razem i zaczęli rozmawiać o procedurach dokowania, zasobach, sprzęcie – wszystkim oprócz tego, kto poleci dalej, a kto zostanie. Ten temat omijali.

* * *

NOC SPĘDZILI na „Aetherze”, gawędząc przy kolacji o niczym. Po dwóch latach podróżowania przez Układ Słoneczny byli w domu – prawie. Po dwóch latach niektórzy z nich mieli pokonać ostatni etap wyprawy, a inni nie. Wszyscy czekali, trwając w nieznośnej niepewności, która powodowała wśród nich milczący podział. Sully leżała na swojej koi, rozważając, tak jak zapewne koledzy, istniejące opcje i wciąż dochodząc do tego samego wniosku: że nie ma żadnych. Przewracała się z boku na bok, przekręcała na plecy, a potem na brzuch, wsuwała ręce pod poduszkę, kładła je z boku, zakrywała nimi twarz. Sen nie nadchodził. Myślała o córce i dotykała zdjęcia na ścianie, w mroku tworzącego jedynie ciemny prostokąt, ale i tak ją widziała, jej kostium, kręcone ciemnoblond włosy – miała jej uśmiech wypalony w pamięci jak światło latarni morskiej.

[…]

POWRÓT WYZNACZYLI na trzeci dzień po losowaniu. Tal potrzebował czasu, żeby wytyczyć trajektorię lotu kapsuły, kąt, pod jakim miała wejść w atmosferę, i współrzędne miejsca, w którym powinni wylądować – wszystko to bez pomocy ekipy naziemnej było niezwykle skomplikowane. Załoga postanowiła skierować kapsułę na teksaskie Wielkie Równiny, dużą otwartą przestrzeń, gdzie panują umiarkowane warunki pogodowe i gdzie można by uzyskać jakąś odpowiedź z Houston. Taki wybór stwarzał największe szanse – ale po raz pierwszy od dwóch lat wśród nich samych nastąpił rozłam. Troje miało wrócić, dwoje pozostać. Ich wizje przyszłości nagle stały się różne. Po zebraniu Sully podryfowała pod kopułę statku i usiłowała przebić wzrokiem wirującą warstwę pierzastych chmur, które sunęły nad intensywną zielenią Ameryki Środkowej, głębokim spienionym błękitem Atlantyku, płowymi pustyniami północnej Afryki. Unosiła się tam dłuższy czas, patrząc, jak przemieszczają się kontynenty – na tyle długo, żeby zobaczyć, jak kilka razy wzdłuż zamglonej krawędzi atmosfery ziemskiej wschodzi i zachodzi słońce. Może jednak lepiej było tu zostać. Może nie należała już do tamtego świata. Pomyślała o Lucy, swoim promiennym, mądrym słoneczku; pomyślała o Jacku, takim, jaki był przed rozwodem – łobuzerskim, smutnym, błyskotliwym, zakochanym. Pomyślała o Jean pokazującej małej Sully niebo, pustynię, zapoznającej ją ze spektrum fal elektromagnetycznych i całą jego magią. To była jej rodzina. Obserwowała wschód i zachód słońca, wschód i zachód, wschód i zachód. Kiedy zobaczyła, jak po raz czwarty słońce zalewa ciemną planetę blaskiem, dała za wygraną. Gdzieś nad Oceanem Spokojnym o błękitnych wodach, zasnutych różowymi pasmami chmur, porzuciła wspomnienia i plany na przyszłość – pozwoliła, żeby odleciały w dal poza kopułę, w głąb atmosfery, gdzie zaskwierczały w zetknięciu z zamgloną niebieską powierzchnią planety, na którą miała już nigdy nie wrócić.

[…]

PIĘCIORO CZŁONKÓW ZAŁOGI zebrało się u wejścia do kapsuły „Sojuz”. Uściskali się wzajemnie, stojąc przy włazie kilka minut dłużej, niż było to konieczne. Wreszcie Tal zauważył, że jeśli chcą skorzystać z okna powrotnego, powinni rozpocząć procedurę oddokowania. Wskoczył do kapsuły i zaczął się przypinać. Harper po raz ostatni uścisnął dłonie Thebesowi i Iwanowowi, a potem szepnął coś do ucha każdemu z nich. Sully się zawahała. Objęła Rosjanina, już trzeci raz w ciągu pięciu minut i ucałowała go w oba policzki. Uniosły się między nimi kropelki łez, tyle że nie była pewna czyich. Zwróciła się do Thebesa. Jesteś pewien? – szepnęła mu do ucha, gdy ją ściskał. Tak – odpowiedział cicho i delikatnie pchnął ją w stronę kapsuły. Bezpiecznej podróży, przyjaciele – powiedział. Iwanow im pomachał i razem z Thebesem zamknęli właz. Sully przypięła się pasami do ostatniego wolnego fotela, po lewej ręce Harpera. Rozległ się dźwięk blokowania włazu po drugiej stronie, a potem zapadła cisza. Słychać było jedynie odgłosy, jakie sami wydawali, oddychając niepewnie, wykonując nerwowe ruchy. Tal zaczął włączać system sterowania. Wyjął instrukcję z procedurami powrotu i wetknął ją między nogi, a następnie skorygował ustawienia urządzeń. Robił to bez pośpiechu, aż uznał, że wszystko jest gotowe. No to w drogę – zdecydował.

[…]

Otworzył się pierwszy spadochron i małą kapsułą szarpnęło gwałtownie w tył. Po ciszy panującej w kosmosie świst wiatru był wręcz ogłuszający. Tymczasem działanie grawitacji stało się tak silne, że Sully ledwie mogła kiwnąć głową. Po chwili turbulencje ustały i otworzył się drugi spadochron, czemu towarzyszyło już łagodniejsze szarpnięcie. Kiedy tak pędzili w stronę powierzchni Ziemi, Sully czuła się bezpiecznie, usadowiona w zagłębieniu wielkiej kosmicznej dłoni. Szum wiatru cichł, w miarę jak pokonywali kolejne warstwy atmosfery i w końcu jej ciało opuścił paraliżujący strach. Była gotowa walczyć o życie – gotowa na lądowanie i otwarcie kapsuły – i chociaż nie miała pojęcia, jaki na miejscu zastaną świat, zamierzała się tego dowiedzieć. Kapsuła leciała dalej i Sully przez ciemne przeważnie okno dostrzegła kawałek nieba, pogodnego, błękitnego. Nawet jeśli miał to być koniec, nawet jeśli przebyli całą tę drogę tylko po to, żeby umrzeć, widok tego kawałka nieba wart był wszystkiego. Byli w domu. Spojrzała na Harpera, który wciąż na nią patrzył, i w tej sekundzie pokochała go jeszcze bardziej, niż wydawało jej się to możliwe. Tysiąc drzwi otworzyło się na oścież. Iris – powiedział. Nikt nie zwracał się tak do niej od bardzo długiego czasu, ale spodobało jej się brzmienie tego imienia w jego ustach. Cieszę się, że poleciałaś z nami. Zamknęła oczy i przygotowała się na zderzenie z powierzchnią Ziemi, mając nadzieję, że usłyszy to od niego jeszcze raz. A nawet jeśli nie… Ja też.

Lily Brooks-Dalton, Dzień Dobry, Północy

Sfilmowana powieść science-fiction Lily Brooks-Dalton – amerykańskiej pisarki odkrywa akcję tej interesującej opowieści na kanadyjskich północnych obrzeżach – wśród jednej z tysięcy wysp na Morzu Arktycznym w obserwatorium Barbeau oraz gdzieś-nibut w nieskończonym kosmosie, aczkolwiek w drodze z satelickiej wobec Jowisza planety za to na prawie już opustoszałą od rodzaju ludzkiego naszą Matkę-Ziemię. Augustine’a i Sully może łączy więcej niż się nam początkowo wydaje. On – bezwzględny wobec siebie, chociaż też i uznany w świecie naukowiec w zakresie radio-astronomii, Ona – młoda stażem uczestniczka lotów międzyplanetarnych, oboje zafascynowani Wszechświatem i jego nieskończonymi możliwościami, oboje również nieświadomi tego, że są z jednego przez to i jedynego w swoim rodzaju pnia genetycznego. Augustine to może ostatni już mieszkaniec globu ziemskiego, który z biegiem swoich ostatnich, świadomych dni czuje się bardziej samotny, niż zwykle przez co myśli, że coś go jednak ominęło w jego bogatym życiu prywatnym. Jego alter ego - w postaci małej dziewczynki Iris – jawiącej się w arktycznym obserwatorium i w odległej bazie Barbeau z kolei przypomina, że prawdziwe człowieczeństwo to przede wszystkim otwartość na świat oraz wysokie amplitudy uczuć ze skalowanymi weń emocjami wysyłanymi ku drugiemu rozumnemu jestestwu. U Sully za taką ponadczasową wartość uchodzi czynne współuczestnictwo w kosmicznym programie ratowania ludzkości i takiego potem lojalnego partnerstwa co sięga już poza granice samo-przetrwania i zdrowego rozsądku. Powieść Brooks-Dalton to kolejna uczłowieczająca opowieść o metafizyce ludzkiego losu, o ciekawskim poznawaniu i takiemu samopoznaniu, na które zawsze jest czas bez względu na miejsce.  



powrót ››