20.03.2026

„czas zdawał się stanąć w miejscu na zawsze i nikt
nie miał umrzeć, aż pomarańcze nagle zgasły,
śmierć
(i gorzej jeszcze niż śmierć, czas”)
„Robię wszystko czego tylko one chcą,
ale nigdy nie ściągam z głowy kapelusza,
żeby było wiadomo kto tu rządzi”
„nawet nie wiem, kiedy zasnęłam
nad nardami, z tuszem
powoli spływającym mi po policzkach
niczym łzy samotnego klauna.”
[…]
Wchodząc do sądu w Lizbonie, myślałem o dworze. Nie o dworze takim, jaki jest w tej chwili, z pokruszonymi statuami w ogrodzie, pustym basenem, z trawą, która zarosła psiarnię i grządki, o domu bez dachu, przez który deszcz padał na pianino ze zdjęciem królowej z autografem, na stół do szachów, w których brakowało bierek, na podartą wykładzinę i aluminiowe łóżko, które zmontowałem w kuchni i ustawiłem obok pieca, gdzie sypiałem, całe noce trapiony śmiechem kruków
wchodząc do sądu w Lizbonie, nie myślałem o dworze w obecnym stanie, tylko o domu i gospodarstwie z czasów mojego ojca, kiedy Setubal
(miasto tak mało znaczące jak zwykła prowincjonalna wioska, o światłach tańczących wokół wiaty koncertowej w drżącym mroku, rozdzieranym ujadaniem psów)
jeszcze nie dotarł do bramy i do wierzb przy murze i biegł w dół, wzdłuż rzeki, wzdłuż kłębowiska rybackich łodzi i tawern, Setubal, do którego ochmistrzyni zabierała mnie na zakupy w niedzielne poranki, ciągnąc za łokieć pośród wrzawy gołębi o domu i gospodarstwie z czasów mego ojca, o schodach ozdobionych kamiennymi aniołami i o hiacyntach rosnących wzdłuż ścian, o krzątaninie służących na korytarzach, takiej samej jak krzątanina ludzi w hallu sądu
(był lipiec i drzewa na ulicy Marques da Fronteira skręcały się w słońcu przy fasadach domów)
grona ludzi, zbierających się i rozsypujących koło wind w nerwowym pośpiechu, i nagle mój adwokat pośród świadków i oskarżonych, i strażników sądowych, przytrzymuje mnie za koszulę i wskazuje stopnie
a ja, obojętny na sąd, na niego, wspominałem ten dawny lipiec w Palmeli
(miałem wtedy jakieś piętnaście, szesnaście lat, bo właśnie budowali nowy garaż obok buków, traktor kręcił się za ogrodem i żelazne łopatki młyna skrzypiały w upale)
kiedy nagle usłyszałem szepty i kroki i szemrania w kaplicy i nie były to kury nie były synogarlice nie były wrony, byli to ludzie, może Cyganie z Azeitao kradnący świętą i drewniane świeczniki
(kobiety w czarnych spódnicach, mężczyźni dmuchający w stojące na ogniu czajniki, chude smutne muły)
i chwyciłem jedną z lasek stojących przy wejściu w porcelanowym stojaku i przebiegłem przez salon
z kryształowym żyrandolem rzucającym szklane cienie na obrus, przeskoczyłem grządkę strelicji, przesadziłem jednym susem petunie, drzwi do kaplicy były przymknięte, świece migotały we wnękach i nie zobaczyłem Cyganów z Azeitao
(kobiety w czarnych spódnicach, mężczyźni dmuchający w stojące na ogniu czajniki, chude smutne muły)
zobaczyłem kucharkę leżącą na plecach na ołtarzu, z ubraniem w nieładzie i fartuchem na szyi, a mój ojciec purpurowy na twarzy, z cygaretką w ustach i w kapeluszu na głowie, trzymał ją za biodra i patrzył na mnie bez zaskoczenia ni złości, i tej niedzieli po udzieleniu odpowiedzi na krzyki księdza po łacinie, przy chłopach, ochmistrzyni, służących, mój ojciec zapalał cygaretkę podczas komunii
(wiatr wstrząsał daliami i eukaliptusami na bagnie, które stawały się wyższe lub niższe w zależności od poziomu błota)
[…]
Ojciec, który w soboty po sjeście wysyłał szofera po dwieście pięćdziesiąt gramów herbatników i kazał się zawozić do Palmeli, gdzie przy stromej drodze do zamku mieszkała wdowa po aptekarzu, w bliźniaku z robionymi na szydełku firankami i z gipsowym kotem na kredensie, i który nocą wracał do dworu rozsiewając zapach tanich perfum i najdalej po półgodzinie słyszałem, jak chrapał na fotelu w salonie z kapeluszem naciągniętym na oczy i z ostatnią cygaretką dopalającą mu się w ustach, podczas gdy puchacze z bagna gaworzyły w ogrodzie, a adwokat w ubraniu drogiego adwokata, z koszulą dopasowaną kolorem do skarpetek, uderzał w szkiełko zegarka
adwokat, którego opłaciła mi najstarsza córka po tym, jak pojawiła się we dworze, żeby na mnie nakrzyczeć po przejrzeniu z oburzeniem okien bez szyb i spróchniałych desek podłogi, po obejrzeniu z oburzeniem garnka z zimną zupą stojącego na pianinie obok portretu królowej, spoglądająca w oburzeniu na łupiny na dywanie
Drogi adwokat o włosach ostrzyżonych u drogiego fryzjera przyjął mnie w drogim gabinecie z drogimi obrazami z książkami w drogich oprawach na drogich półkach droga żona i dzieci drogie uśmiechają się ze srebrnej oprawki a meble są niemal tak drogie jak meble mego ojca, adwokat udawał, że nie widzi sznurka służącego mi za pasek, niewypastowanych butów, skarpetek bez gumki, zniszczonych spodni, obserwował mnie ze znudzonym lekceważeniem, z jakim moja teściowa wpatrywała się we mnie, gdy po raz pierwszy wszedłem zawstydzony, przewracając bibeloty, do pałacyku w Estoril, moja teściowa grająca w brydża ze szwagierkami w pożodze pierścionków i unosząca brew ponad patrzącym na mnie okiem, jakim mierzy się niekompetentnego ogrodnika winnego zniszczenia bukszpanów na tarasie
Adwokat zażenowany moją zbyt krótką marynarką, moimi powypychanymi spodniami, moimi komicznymi wąsikami, bawiący się srebrnym długopisem w obłokach wody po goleniu i usiłujący jednocześnie pozbyć się sprawy i nie urazić mojej córki
a gdy wychodziłem, telefonistka spojrzała na mnie, jakbym był świadkiem Jehowy albo jakbym sprzedawał encyklopedie, a moja starsza córka, grzebiąc w szufladach kuchni, gdzie majtki mieszały się ze sztućcami, rzekła
(powyginane widelce zaśniedziałe łyżki noże zbyt tępe by cokolwiek ukroić)
i Sofia otrzepująca mi ramiona wierzchem dłoni
teściowa zapomniała o kartach, gdy tylko strąciłem na podłogę lampę ze szklanym abażurem
[…]
wygrażał strzelbą bagnu, spichlerzowi, sadowi i cyprysowej alei, owczarki alzackie tarzały się na klombach, wykopując narcyzy
a adwokat po cichu
owczarki alzackie, które pędem umykały z domu, przewracając krzesła, rozdzierając fotele, niszcząc zasłony w drzwiach, wracały do ogrodu w burzy garnków i talerzy, z kawałkami poduszek, zasłon, obrusów, a mój ojciec strzelał, strasząc kruki
zmuszał mnie do patrolowania ze sobą spichlerza, ogrodu, garażu, eukaliptusów na bagnie, pośród których łkały żaby, wyciągał rewolwer zza pasa, podawał mi rewolwer i mamrotał pod kapeluszem
mój ojciec bardziej samotny niż wydawał mi się przez całe życie, bez żony, bez przyjaciół, bez podwładnych, bez wspólników, ciosami kolby odganiający krowy w oborze, żeby szukać rewolucjonistów w żłobach, w kankach z mlekiem, w workach z ziarnem, w słomie, ojciec najpierw na kolanach, a potem na brzuchu, w kałuży odchodów i uryny, grzebiący wśród narzędzi
i owczarek alzacki zawył na zewnątrz i ojciec, próbując wstać, pośliznął się
(Jaka szkoda, że pański syn nie odziedziczył pańskiego poczucia humoru Francisco)
ponownie próbował wstać
i kolejne ujadanie psów, więcej natrząsania się kruków, więcej westchnień między bukami, ojciec wpadł na beczułkę, wpadł na grabie, na czworakach zmierzał do wyjścia
Sofia zaczęła odpowiadać na pytania brydżowym tonem, tonem matki, jakbym ja nie istniał, jakbym nigdy nie istniał i adwokat zrobił znak do sędziego
ale we dworze nie było nikogo, żadnych cywilów z karabinami maszynowymi na drodze do Lizbony, żadnych komunistów przy bramie, nie było nikogo, prócz kruków na eukaliptusach i kamiennych aniołków, a od chwili kiedy znalazłem się w separacji, nie było we dworze nikogo oprócz mnie, budującego łódkę w garażu, żeby któregoś dnia odpłynąć, Sofia umilkła, sędzia nauczyciel poruszył brodą zza okopów akt procesowych, jakby przyrzekał nie oblewać jej na egzaminie, i adwokat, którego angielska marynarka znowu była droga, wtrącił się
moja teściowa w Estoril, zapomniawszy o kartach, przygląda się memu ubraniu, z niedowierzaniem
[…]
dwór obecnie opuszczony, bez krów, bez owiec, bez traktora, bez świń, które bagno stopniowo pożerało razem ze swymi monstrualnymi eukaliptusami i żabim łkaniem, drzewa w sadzie pokręcone i bezlistne, kanały nawadniające połknięte przez trawnik, buki i cyprysy oskubane przez kruki, woda w basenie nieprzejrzysta, gnijąca niczym martwy oczodół, nie dawny dwór i dom, nie dwór i dom mojego ojca, obecny dwór i dom, pianino z podpisanym przez królową zdjęciem niezdolne do wydania z siebie ani jednego dźwięku, obrazy na ziemi, spłowiałe dywany, kaplica zarośnięta pnączami, z jaszczurkami i robakami w chrzcielnicy, na ołtarzu, w szafie z paramentami w strzępach, adwokat i Sofia, i rodzina Sofii, mszczący się za coś, czego nie zrobiłem, czego nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym zrobić, i żądają hipoteki na nic, bo tak naprawdę mam już tylko torbę z ubraniem, album ze zdjęciami, krzyż z kości słoniowej i ten jacht w garażu, bez silnika ni żagli, żeby któregoś dnia odpłynąć, jacht tak samo bezużyteczny jak zepsuty węglowy piec, jak młockarnia bez wiatraka, jak młyn ze stawami unieruchomionymi rdzą, sędzia zredukowany do krótkowzrocznego głosiku i do soczewek schowanych za wzgórzami praw przyznał im hipotekę na dwór, na cienie nędzy i krakanie wron, a kiedy przyjadą ją zrealizować z taką samą pompą, z jaką kiedyś przyjeżdżały pogrzebowe limuzyny adwokatów, bankierów, dyrektorów, posłów, ministrów, zastaną mnie siedzącego na schodach pośród łodyg hiacyntów i pośród owczarków alzackich, ścigających króliki, pyskami i łapami rozgrzebując im nory, albo zamiast spotkać mnie na schodach, czekającego na nich, nie słyszącego ich ani nie widzącego, skupionego na gołębiach z Palmeli, latających pomiędzy zamkiem a górami, może pójdę na czworakach jak mój ojciec, unurzany w moczu i odchodach obory
[…]
a ja skulona ze strachu
(jemu się nie polepszy, prawda, proszę mi dać słowo, że mu się nie polepszy, proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby mu się polepszyło i gdyby znów zabrał się za mnie?)
pan doktor rozwalony na worku z ziarnem, patrzący na mnie bez słowa, obserwujący pianę burzącą się w wiadrze, a ja bałam się go poprosić
bałam się poprosić
bo oprócz tego, że był pracodawcą mojego ojca był ministrem czy kimś takim, przyjmował profesora Salazara raz albo dwa razy w roku
(wiedzieliśmy, że profesor Salazar przyjeżdżał, bo dzień wcześniej dwór wypełniał się policją po cywilnemu, która przepędzała służące, wszystko przeszukiwała, przewracała nam materacy spisywała nas, przed bramą stał dżip policji, następny na bagnie, trzeci po drugiej stronie muru, nawet dwóch motocyklistów wjeżdżało na sygnale po zboczu z cyprysami, do tego jeszcze wojskowy samochód, jeszcze jedna para motocyklistów i w końcu samochód z firankami profesora Salazara, policjanci w cywilu porozrzucani pomiędzy klombami, profesor Salazar latem w płaszczu, w towarzystwie jakiegoś kawalera w okularach, który otwierał przed nim drzwi, tańczył wokół niego i kierował jego krokami, wchodził po schodach ścigany chichotaniem kruków i następnego dnia policja wracała i strzelała do kruków)
a ja nie miałam odwagi go poprosić
skulona ze strachu dlatego, że to był pracodawca, dlatego że był bogaty, dlatego że był ministrem czy kimś takim, dlatego że rozkazywał wielu ludziom w Lizbonie, myślałam, że jeśli powiem
(jeśli mi pan nie zagwarantuje, że nie ma niebezpieczeństwa, nic więcej panu nie powiem, choćby zapłacił pan nie wiem, ile, gdzie wydałabym te pieniądze?)
kazał policji strzelać do mnie i ledwie usłyszał w radio o rewolucji, poszedł po strzelbę i chciał wszystkich zabić, odciągał kurek i celował do nas z broni
moja matka i ja pobiegłyśmy do bramy z tobołkiem ubrań, a ojciec, przestraszony, rozłożył ręce
pan doktor rozchełstany, z koszulą wyciągniętą ze spodni, z kapeluszem naciągniętym na uszy, groził traktorzyście, kierowcy, ochmistrzyni, służącym, samej kucharce, która z nim sypiała i mnie nienawidziła, pan doktor bił nas lufą strzelby
[…]
Raz w tygodniu nie pracuję przy łódce. Zamykam bramę na klucz, żeby kuzyni Sofii nie mogli wejść do dworu i mnie wyrzucić jak z domu w Cascais, i jadę do Lizbony, do kliniki, odwiedzić ojca na parterze szpitala w Alvalade, gdzie kiedyś były pola, a teraz są domy i ogródki i ulice obsadzone drzewami, i tam siedzi on w fotelu koło okna, nie może mówić, w otoczeniu innych starców, którzy też nie mówią, też chodzą w szlafrokach, też są nieruchomi, też z palcami na kolanach, patrzą na mnie w ciszy, we wściekłej pustce, mój ojciec, którego dwie pielęgniarki wleką nocą do łóżka w udręce zahaczających się pantofli
rozpinają mu guziki piżamy, rozpinają rozporek, wsadzają nocnik pomiędzy wychudzone nogi, sama skóra i kości
mój ojciec z opuszczoną szczęką, z obwisłymi pośladkami, chce wytrzeć nos w drżący rękaw i one usłużnie
Ma pan chusteczkę w kieszonce prawda panie doktorze oczywiście że pan ma oto ona proszę powiedzieć Fernandzie do czego jest chusteczka mój ojciec milczący, uległy, do niczego, bez cygaretki, bez sztucznej szczęki, bez ust, bez kapelusza, wyciągnięty na materacu jak trzcinowy strach na wróble, pielęgniarki poprawiają mu kołdrę
znikają na korytarzu, powtarzają w pokoju obok, niewidoczne, ich głosy wyciszone szelestem materiału, ocieraniem się emalii, grubością ściany
następny trzcinowy strach na wróble na materacu, następny milczący urwis, następny uległy urwis, następny bezużyteczny urwis, coraz bardziej oddalone głosy z tym samym entuzjazmem
mój ojciec z głową na poduszce, a za oknem spokój latarń na placu, kawałki fasad, zjeżdżalnia i huśtawka na kwadracie trawnika, niebieskawego w poświacie księżyca, ja malutki w salonie z klockami i mój ojciec odkłada gazetę, wyciąga cebulę z kamizelki, wyciąga palec wskazujący w stronę drzwi
w Alvalade spokój lamp na placu, liście drzew na tle liliowego nieba, letnie motyle rozpłaszczone na ramach, głosy pielęgniarek na antypodach, z niezmienną gorliwością
ja w salonie, bojący się ciemności, złodziei, wilków
(ochmistrzyni okłamuje mnie nie ma żadnych wilków nie ma wilków, gdzie ty widziałeś wilki we dworze chłopcze?)
ja powstrzymuję łzy
mój ojciec o zapadniętych policzkach oddycha przestraszony bulgoczącym w płucach imbrykiem, z długimi paznokciami na brzegu kołdry, mój ojciec ze skrzyżowanymi nogami, zagłębiony w gazecie, w kapeluszu, żegluje przez morze wiadomości w obłokach dymu, skazuje mnie na śmierć
(kucharka twierdziła, że jestem idiotą
a mój ojciec mówi
[…]
ojca ryczącego z wysokości schodów w stronę samochodu, który odjechał przed wiekami
machał rękoma w żałosnej furii
zamknięty w gabinecie przez całe dnie, nie rozmawiający przez telefon, nie wydający poleceń, nie doglądający ogrodu ani krów w oborze, służące zostawiały mu tacę z obiadem i kolacją na dywanie, a on nawet nie ruszał zupy, termos z herbatą, której nie wypijał, pocztę, a on nie otwierał listów, chrzestny chłopca w berecie, zapraszająco, wyciągając talię z kieszeni i zasiadając na taborecie przy pianinie
nie wiedziałem, z jakiej byłem matki, bo nie pamiętałem ani jej twarzy, ani głosu, ani gestów, pamiętam jasną spódnicę schodzącą w pośpiechu po schodach, płaszcz, zamknięty parasol, fotografie, które znikły z mebli, kiedy Sofia mnie zapytała, w czasach, kiedy dopiero co się poznaliśmy
i chodziliśmy na bale, do restauracji, na aukcje dobroczynne, udawaliśmy się na wycieczki jachtem, chodziłem z nią na msze w niedziele, walczyłem z sennością podczas homilii, graliśmy w tenisa w Estoril, jeździliśmy konno w Marinhii, teściowa zmuszała mnie, żebym był za piątego do brydża, jeśli brakowało gracza, ja nie rozumiałem znaczenia zrzutek, myliłem się przy liczeniu atutów, teściowa przygryzała ustnik
Sofia w Guincho smarująca się kremami pośród kuzynek, szwagierek, narzeczonych kuzynek i szwa- gierek, wyższych niż ja, silniejszych niż ja, przystojniejszych niż ja, bogatszych niż ja
(Chłopcze czy ty masz pieniądze, żeby utrzymać Sofię na poziomie do jakiego jest przyzwyczajona?)
pośród ciasteczek i chipsów i uśmieszków i szeptów, z których byłem wykluczany
przyjazna cisza, dobrze wychowane zainteresowanie, welon panny młodej z koroną flamingów zmierzających śladem promu, wieśniak w kitlu otwierał piwo, tasował karty na fortepianie, ojciec w końcu wypadający z gabinetu swym dawnym krokiem, władczy jak dawniej, ja wyciągający się na ręczniku plażowym tak, żeby nie widzieli mojej twarzy
mój ojciec znowu ze znudzoną pogardą, z jaką odpierał wskazania weterynarza, przepędzał służące na podwórko na tyłach, przywoływał kucharkę jednym kiwnięciem palca, bez słowa nakazując jej zostawienie kuchni, trzymał ją za kark, Sofia nie dowierzała, z policzkami lśniącymi w słońcu, to nie jeden prom zmierzał do ujścia, tylko dwa, każdy ze swoją koroną flamingów, kuzynki i szwagierki trzepotały rzęsami ze zdumienia, narzeczeni szwagierek i kuzynek zakłopotani
ja w obliczu kłótni i odgłosów walki, kufrów w hallu, samochodu na drodze do Lizbony, jasnej spódnicy szybko schodzącej po schodach, przypominałem sobie płaszcz, złożony parasol, ochmistrzynię czekającą przy zapalonym świetle, aż zasnę
ale nie pamiętałem żadnej twarzy, żadnego
głosu
kucharka pochylona nad marmurowym stołem, ze stolnicą i formą do ciasta, ojciec unosił jej fartuch i wściekle poszukiwał jej palcami
(żmije, żmije w pelargoniach, żmije)
służące podglądające z patio, z nosami przylepionymi do szyby, ja jako dziecko poszukujący puszki z ciastkami, na której napisane było ryż, tak jak na puszce z cieciorką było napisane cukier, nagle ich zobaczyłem, złączonych ze sobą, chwiejących się, opartych o stół, kuchnia pełna żywych cieni, ja z ciastkiem pomiędzy ręką i ustami, ojciec wymierzający mi pedagogiczny policzek
[…]
lekarz w klinice w Alvalade, odkładając gumowy młoteczek, spytał
moja siostra częstowała mnie herbatą ziołową w swoim mieszkanku w Alcacer pachnącym lawendą rozkładaną w szufladach z odzieżą, kotka przeniosła na stół swe puchate ciało, ja kątem oka przyglądałem się fotografii kobiety, fotografii oprawionej w ramki z porcelanowymi margerytkami
ja, który nie miałem matki, nie miałem rodzeństwa, jestem jedynakiem, fotografia kobiety podobnej do ochmistrzyni, która zostawała przy mnie z zapalonym światłem
dopóki nie zasnąłem
kobieta też z twarzą krawcowej albo smutnej telefonistki, też w okularach, też ubrana tak, jakby miała więcej lat, niż ma w rzeczywistości, ja do mojej siostry, przeganiającej kota, pokazując na zdjęcie, podczas gdy rzeka z Alcacer zalewała plac, zalewała ciężarówki, kawiarnie, schody, ojciec z ustami przy ziemi, niemal czuły
pokazywałem na zdjęcie smutnej telefonistki oprawione w porcelanowe margerytki
ja, który nie mam matki, nie mam rodzeństwa, nie mam rodziny
(moja starsza córka grzebiąca w szufladach, w których szelki mieszały się ze sztućcami krzywe widelce krzywe łyżki tępe noże
ja, trapiony przygnębieniem gołębi, budowałem statek, żeby stąd wyjechać, dziesiątki starców oddychających z wysiłkiem przez imbryki płuc, dziesiątki strachów na wróble w szlafrokach, dogorywających przed telewizorem, pielęgniarka z grzywką rozbierająca mojego ojca
ojciec bez cygaretki, bez sztucznej szczęki, bez kapelusza, próbujący wytrzeć nos w drżący rękaw, przełożona pielęgniarek nalega
dziesiątki strachów na wróble z kocami na kolanach, z zapleśniałymi strąkami włosów na łysych czaszkach i siwą szczeciną na niebywale chudych nogach, patrzą na mnie z foteli oczyma wyrażającymi wściekłą pustkę, strachy na wróble jak kruki natrząsające się ze mnie głuchym rechotem, lekarz odkładający gumowy młoteczek
[…]
W ciągu całego mojego życia byłam we dworze w Palmeli najwyżej ze dwa albo trzy razy. Nie lubię krów, nie lubię świń, nie lubię panującego tam wszędzie smrodu gnoju i nie lubiłam, jak mój teść mierzył mnie wzrokiem od góry do dołu, jakby nigdy wcześniej mnie nie widział, jakbym nie była jego synową przez ostatnich dziesięć lat
z największą bezceremonialnością, z największą zuchwałością, obojętny na ochmistrzynię, na służące, na dzieci, na stworzenie siedzące obok niego na fotelu, z pieskiem na kolanach, koszmarna pięćdziesięciolatka, okropnie pretensjonalna, wystrojona o piątej po południu, jakby szła na chrzciny w Alges, wdowa po aptekarzu albo notariuszu, która zawsze zwracała się do mnie per kochanie i dotykała mojego ramienia, nie znoszę, kiedy się mnie dotyka, a ta postać
proszę
i grzebie mi przy ramieniu, ja cofam się, a ona zdziwiona, chłodząc się wachlarzem, w którym brakowało deszczułek
ja, unosząc brwi, prosiłam Joao, żebyśmy sobie poszli, a Joao o niczym nie chciał słyszeć, ja nie wytrzymuję już spoufalania się tej kobiety, zmuszającej mnie, nie wiem czemu, żebym głaskała jej kundla
Nero z debilnym pyskiem, z uniesioną w górę łapą, lizał mi palce tym swoim obrzydliwym jęzorem, a ja umierałam, prawie wymiotowałam
mój teść z cygaretką na brodzie, patrzył na mnie, jakby nigdy mnie nie widział
Joao milczący, Joao w samochodzie z dziećmi, wydzierającymi się jak zwykle, kłócącymi się o to, kto będzie jechał przy oknie, Joao, któremu brak odwagi, by zrobić cokolwiek, chyba żeby okraść moją rodzinę, kiedy zaraz po rewolucji zajął się bankiem, Joao broniący swego ojca, zamiast bronić mnie
uwagi
kiedy zjeżdżaliśmy w stronę bramy, wszędzie pełno było ptaków, przelatywały przed nami, uderzały o szyby, gdacząc, goniły traktor, goniły półnagą dziewczynę z gołymi nogami, wychodzącą z obory z wiadrami mleka, ptaków, które chciały się wedrzeć do środka samochodu i rzucić się na nas, a ja przyrzekałam sobie, że nigdy więcej nie przyjadę do Palmeli, zapominałam o hałasie, jaki robiły dzieci, krzyczałam, zasłaniałam się łokciami
i musieliśmy zatrzymać się w barze w miasteczku, żebym wzięła coś na uspokojenie, w barze, przed którym stały dziesiątki rowerów opartych o ścianę przed wejściem, a w środku dziesiątki much siedzących na ciastkach, kelner w podkoszulku, wycierający brudny kontuar brudną szmatą i kołyszący się pośród proporczyków klubów sportowych
[…]
i tej samej nocy, mimo że był maj, mimo upału, ubrałyśmy się w futra, wkładając jedno na drugie, powkładałyśmy na palce ile się dało pierścionków, wypchałyśmy staniki złotymi funtami i naszyjnikami i zeszłyśmy po schodach, brzęcząc bransoletkami jak przepełnione skarbonki, wcisnęłyśmy się do dwóch mercedesów, wypakowanych walizkami pełnymi waz z Kompanii Indyjskiej i włoskich świeczników, i odetchnęłyśmy dopiero w Madrycie, przerażone, wygłodzone, nie wiedząc, co robić, a tymczasem nikt nie kazał nam się zatrzymywać po drodze, nie było sowieckich czołgów w Alentejo ani mężczyzn w astrachańskich czapach i butach z cholewami, jakie noszą kaukascy tancerze, grających na bałałajkach i pilnujących drogi, przespałyśmy się w okropnym pensjonacie z salą balową na parterze, grupą flamenco i dziesiątkami par z tragicznymi minami, lśniących brylantyną, od których tupania trzęsła się podłoga, położyłyśmy się po trzy w łóżku i nie było nawet umywalki, a tylko bez przerwy zajęta ubikacja w końcu korytarza, toteż kiedy chciałyśmy przekręcić klamkę, z drugiej strony dobywał się ryk rannego zwierzęcia i ktoś śpiewał zarzuele, w końcu wylądowałyśmy w Badajoz, które przynajmniej znałyśmy, bo przyjeżdżałyśmy tam kupować cukierki, i wróciłyśmy do Cascais, dusząc się pod tymi wszystkimi pierścionkami i futrami, i ogrodnik pozdrowił nas w bezzębnej radości
podlewał rośliny w ogrodzie, jakby nic się nie stało, chociaż pod arkadami w Estoril stały dżipy z żołnierzami, a biedacy ze wzgórza z budami opalali się na Tamariz, wyciągnięci na leżakach z minami właścicieli, paćkając się lodami, i nie czyścił ich żaden służący, poza tym dziesiątki domów stało pustych i wszyscy znajomi wyjechali do Brazylii, przynosili papiery z banku, żeby Joao podpisywał, a on nawet nie podnosił głowy z oparcia fotela, w którym chrapał przez dwadzieścia cztery godziny, i bazgrał nie otwierając oczu, nie budząc się, nie czytając, Joao, który zarzekał się, że nie miał matki, ale miał, który wmówił sobie, że nie miał matki, ale miał, który przekonał nas wszystkich, że nigdy jej nie widział, ale widział, ciągle się z nią widywał, i kiedy ambasador amerykański zwołał bolszewików, napomniał ich należycie i kazał zostawić moich wujków w spokoju, a przeor znowu zajął się biednymi i noelistami i grupami małżeństw, który wrócił na wzgórze z budami nad morzem
(był lipiec i fale tak błękitne, tak błękitnej tak błękitne, nie wyobraża pan sobie tęgo błękitu fal, błękitu jeszcze intensywniejszego niż kolor tej bluzki, nigdy, przysięgam, że nigdy, ani na Sycylii, ani w Grecji, nie widziałam takiego błękitu, chciało się być biednym i mieszkać w jakiejś budzie, tylko przez błękit tego morza, cóż za marnotrawstwo, ci ludzie bez żadnej wrażliwości nie potrafiący docenić piękna natury i przedkładający pięć eskudów w nad cudowny widok, nie wiem, jak Bóg w niebie daje sobie radę z ludźmi bez manier, co za wysiłek)
[…]
Wiedziałem, że przyjdą mnie wyrzucić, ale nie przypuszczałem, że odbędzie się to w taki sposób. Wyobrażałem sobie rodzinę Sofii, umundurowanych policjantów, adwokatów ze sprawy rozwodowej, wkraczających do garażu, gdzie kończyłem statek, albo budzących mnie o świcie w łóżku przy piecu w kuchni, wyobrażałem sobie ich, jak mnie popychają w kierunku bramy w październikowym deszczu i obserwują mnie, podczas gdy ja czekam na autobus do Lizbony albo do Setubalu, bo każdy autobus był dla mnie dobry, a kiedy oddalałem się od Palmeli, liście eukaliptusów jeszcze mnie wzywały, dwa albo trzy dźwięki pianina i nagle nic. Wiedziałem więc, że była to tylko kwestia czasu, że sąd podpisze wyrok, że przyjdą mnie wyrzucić, ale nigdy nie przypuszczałem, że odbędzie się to w taki sposób, dwóch mizernych ludzików po cywilnemu, z teczkami pod pachą, onieśmielonych zgrzybiałą majestatycznością foteli i złoconych ram w kawałkach na podłodze, powiedziałem, wskazując im dziurawe wiklinowe krzesło
był styczeń i bugenwille zasłaniały światło, potęgując ciszę, mój ojciec w klinice w Alvalade, nie potrafiący wydać z siebie głosu, z emaliowanym nocnikiem pomiędzy udami
pusta huśtawka w tę i we w tę, wiatrak przy studni rdzewiejący na wietrze, krowy, świnie i kury znikły albo je ukradziono, zostały wrony i gołębie i owczarki alzackie, zostałem w garażu, kończąc statek, czekając, aż przyjdą mnie wyrzucić, ale nie w taki sposób, panowie, nie w taki sposób, nie dwóch mizernych ludzików, otwierających teczkę i grzebiących w papierach, okazujących nakaz eksmisji, którego nawet nie przeczytałem, a ja wskazując im dziurawe wiklinowe krzesło
jeden z ludzików z wąsami komika, szukając długopisu w kieszeni
i nie wydawali się rzeczywistymi postaciami, wydawali się klaunami wynajętymi przez Sofię na urodziny dzieci, którzy wchodzili kuchennymi drzwiami, zamykali się w pokoju z szafami, żeby pomalować sobie twarze na biało, pojawiali się po podwieczorku, w białych rękawiczkach, witając się z dziećmi i grając paso dobie na saksofonie, klauni wyglądający na krewnych służących, którym Sofia w kuchni ofiarowywała kawałek tortu i wręczała kopertę, oni wychodzili w kierunku muru, z instrumentami w futerałach, a ja miałem ochotę powiedzieć do urzędników, zanim zaczną opowiadać dowcipy i mówić po hiszpańsku
dzieci siedziały kołem na dywanie, klaszcząc w dłonie, dziurawiąc balony, ciągnąc ich za ogromne buty, klaun z wąsami, którego kieszenie zdawały się mnożyć bez końca niczym szuflady sekretarzyka, wyciągając ogryzek ołówka w nadziei, że uznam to za komiczne i wybuchnę śmiechem
wołałem ich zza płotu i klauni zatrzymywali się pod lampą, co sprawiało, że mąka na policzkach i poświata lampy akcentowały ich pokorę i służalczość, fale nadgryzały ciemność poza chińskimi drzewami, poza ogrodami, ja ze stoma eskudami dla każdego z nich w ręku, a oni klękali na chodniku, otwierali futerały i starali się mnie zadowolić
[…]
tak bezbronny jak ja, kiedy przyszli, żeby mnie wyrzucić, mnie, który wiedział, że to nastąpi, a jednak nie wyobrażałem sobie tego w taki sposób. Wyobrażałem sobie rodzinę Sofii, umundurowanych policjantów, komorników, sędziów, adwokatów, wchodzących do garażu, gdzie ja kończyłem jacht, albo budzących mnie o świcie w łóżku, które oparłem o kuchenny piec, a w końcu przyszło dwóch niepozornych ludzików, po cywilnemu, każdy z teczką, niczym inkasenci, a ja spokojnie wyszedłem z nimi z dworu, nie oburzając się, bez słowa protestu, jakbym odprowadzał na stację upudrowanych klaunów, w rytm paso dobie saksofonów, ja tutaj na placu w Palmeli z Cyganami i bezrobotnymi, i sprzedawcami ryb bez klientów, na ławce pod wiązami, przyglądając się karawanowi na zamkowym zboczu, ja we wnętrzu trumny pod deszczem płatków, patrzący na synogarlice, obojętny na to, że zabierają mi dwór, że zabiorą mi dom, że wezmą moje krzesło od stołu, że zasną w moim łóżku, obojętny na to wszystko, skoro zawsze jest miejsce dla jeszcze jednego klauna na urodzinach w Cascais.
[…]
tak więc donna Titina może mówić, co tylko chce, bo mnie to nie obchodzi, że pan doktor zaczął do mnie przychodzić dopiero po odejściu pani, choć ja widziałam pościel bez żadnych plam, kiedy ją prałam, może sobie mówić, że tak czy siak, że wdowa po aptekarzu, że córka parobka, że jakaś tancerka czy fadistka utrzymywane w Lizbonie, może mówić, co jej przyjdzie do głowy, a ja i tak swoje wiem
choć pan doktor nigdy nic nie mówił, bo to nie jest człowiek rozmowny
i wiem, że to mnie kochał, profesor Salazar specjalnie przyjeżdżał do Palmeli z sekretarzem i tymi wszystkimi agentami, żeby rozmawiać o rządzeniu krajem, dżipy patrolowały dwór, policja żądała dowodu osobistego od traktorzysty i odpędzała ludzi czerwonymi rakietami, i pośród decyzji dotyczących Prowincji Zamorskich, Portugalii jednej i niepodzielnej od Minho do Timoru, cywilizacji chrześcijańskiej, Afonsa de Albuquerque, cudu w Fatimie, ostatniej zapory dla ateistycznego komunizmu, ale zostawiając jałowe ględzenie i przechodząc do spraw poważnych, damy Afrykę czarnuchom czy nie damy, sekretarz
(nikt mi nie wmówi, że to nie był pedał, wystarczyło zobaczyć jego tiki i to, jak patrzył na kierowcę)
wzruszając ramionami, odkładał tost
Czarnuchy sami nie wiedzą czego chcą marcowy wietrzyk na trawniku, zapowiedź wilgoci dającej się kościom we znaki, profesor Salazar, stukając ołówkiem w teczkę
zapowiedź wilgoci wzrastała dla nas w wielkich ciemnych plamach, którym nie dawały się oszukać ani synogarlice na dachu szklarni, ani moje kostki, chrzęszczące, jakby wsypano w nie kawałeczki szkła, profesor Salazar sięgał po cukier, rozważał za i przeciw oddania Afryki czarnuchom, i nagle była już noc, nagle spadały na róże pierwsze krople deszczu, donna Titina w biegu zapalała wszystkie światła, pan doktor wstał z miejsca i poprosił profesora Salazara o pozwolenie
sekretarz znów sięgnął po tost mamrocząc ze zdumieniem. Przypadkiem znam pewnego czarnego który używa okularów i jest nauczycielem francuskiego czy pan prezydent nie uważa, że to niebywałe?
[…]
pan doktor za biurkiem, ogolony, w krawacie, ubrany w garnitur, w którym rozkazywał Portugalczykom i w którym pojawiał się w gazetach, kiedy witał się z deputowanymi i otwierał nowe szpitale, na biurku stos książek, portret profesora Salazara, portret jakiejś aktorki czy kogoś takiego, z futrzanym szalem i obojczykami na wierzchu, prezydenta Republiki, kardynała, papieża, pan doktor
i w chwili kiedy miałam odpowiedzieć, że nie wiem, że nie liczyłam tygodni, że za dużo pracuję, żeby pamiętać o takich rzeczach, biurko zaczęło się kołysać, prezydent Republiki i papież jeździli dokoła jak samochodziki na jarmarku, miałam ochotę paść na podłogę i umrzeć, poczułam, że ciało mi puchnie, staje się bardzo długie, a potem krótkie, skurczył mi się żołądek, przeszła jakby fala, spróbowałam oprzeć się na telefonie, który spadł na podłogę, na lampie, która wyśliznęła mi się z palców, pan doktor odsunął krzesło
ale ja byłam jednym z samochodzików z jarmarku, obracałam się i ocierałam o niego, znowu się obracałam i ocierałam o niego, namioty z frytkami kiełbasami muzyka ciastka, jeszcze zobaczyłam mojego ojca, jeszcze zobaczyłam, jak sprzedawca ofiarowuje mi kolczyki ze złota z Minho, jeszcze zobaczyłam handlarza prosiakami i chciałam poprosić o pieniądze, kołowrót, który mnie niósł, nie pozwalał mi oburzać się na niego
Wyczyściłam spódnicę z ziemi i nie znalazłam spódnicy, wyczyściłam włosy z ziemi i nie znalazłam włosów, znalazłam papieża, który się do mnie uśmiechał, i papież zniknął, postanowiłam wyjaśnić to panu doktorowi, a pan doktor zsunął się z krzesła i trzymał teczkę przed sobą
ciało zgięło mi się jak sprężyna, zawisłam na zasłonie jak dzwonnik na sznurze, cały świat zachwiał się ze mną, pan doktor zbliżył się do mnie, szeroko rozkładając ręce w górze, jakby skała się rozbiła nad jego głową
[…]
(rodziny pocieszały się w tawernie, a porzucone chryzantemy zwieszały swe główki)
i tylko mnie nie udało się wdrapać po zboczu z moją niepocieszoną żoną i moją teściową w karawanie, a z placu do miasteczka i zamek i góry ta sama co zwykle nudna panorama, z jakiego powodu, proszę mi wyjaśnić, nic się nie zmienia w tym kraju, po przejechaniu przez Setubal i Palmelę i wiązy, gdzie jakiś czas temu wydarzył się skandal z powodu tej grubej ryby, o którym nie będę opowiadał, żeby uniknąć problemów, bo i tak mam już dość zgryzot, teraz na przykład rektor liceum wytoczył mi proces z powodu swojej manii, wedle której ganiam za jego dziewczynami, proszę sobie wyobrazić, po Setubalu i Palmeli, między wiązami na placu, droga, którą szybko wyasfaltowali, kiedy prezes Rady Ministrów zaczął odwiedzać te strony, na końcu drogi kamienne kolumny po obu stronach bramy, cyprysy prowadzące do domu, do którego pan minister nigdy mnie nie zaprosił, być może dlatego, że uważa mnie za takiego samego służącego jak cała reszta, choć jestem profesorem w Lizbonie, do domu, w którym prezes Rady Ministrów popijał herbatę i decydował o losie Portugalczyków, ochraniany przez tuzin typów, którzy przysuwali mnie do samochodu
i obmacywali mi kieszenie w poszukiwaniu królobójczych granatów, jeśli natrafili na mnie w kurniku, kiedy mierzyłem kurom temperaturę, pan minister nigdy nie zaprosił mnie, bym spędził z nim kilka chwil po południu pod drzewami pomarańczowymi w sadzie, traktując mnie jak podwładnego, któremu nie wolno było wychodzić poza obręb królikarni, chlewu, stajni, a ja mam swoje opinie, czytam, nawet mógłbym mu dostarczyć pewnych rozsądnych porad na temat tego, jak najlepiej rządzić Portugalią, według mnie, proszę zobaczyć, ludzie potrzebowaliby, przede wszystkim, żeby rektora liceum, który wyzywa mnie od zboczeńców i niepokoi mnie sądami, wziąć za pysk i przyłożyć mu pałką, a jeśli profesor Caetano, który był cieniasem, zamiast wpadać w delirium wolności, trochę by nas przyhamował i dał klapsa komu trzeba w odpowiednim momencie, nie cierpielibyśmy tego nieszczęścia rewolucji, tak więc zostawiałem samochód w cieniu spichlerza, brałem do ręki torbę, owczarki alzackie kotłowały się wokół mnie, podskakując niczym oliwa na rozgrzanej patelni pyski oczy uszy ujadanie łapy ogony w stajni córka parobka, na bosaka w gnoju, doiła krowy, nie myjąc im cycków ani nie myjąc rąk, do wiader ze słomą i zdechłymi owadami w środku, a pan minister wskazując brodą, pełen dumy
[…]
bo za nic na świecie nie tknąłbym tej od sierżanta czy wdowy wystrojonej jak cukiereczek, która odziedziczyła po mężu aptekę, psa, gipsowego kota na stole w jadalnym, pocieszając się w swojej niedoli fajerwerkami przezroczystych tiulów i koronek, a jedyny powód, jaki mogę sobie wyobrazić, dla którego pan minister wykorzystuje potwory tego rodzaju, to ten, że miał pecha albo problemy z innymi potworami i odszedł go zapał do tego, żeby powtórzyć doświadczenie i znowu stać się pośmiewiskiem miasta, które nawet wymalowało mu węglem na murze rogi i obsceniczne słowa i on sam je zmywał i zdrapywał drucianą szczotką i zamalowywał wapnem, jak człowiek ukrywający ranę pod gazą opatrunku, a rana w dalszym ciągu boli i jątrzy się pod plastrem, tak więc rogi i słowa, nawet niewidzialne, dla niego na pewno wciąż były widoczne i raniły go, skoro nawet nieistniejące istnieją, może nawet jeszcze bardziej, może bardziej żywe, może jeszcze z błędami gramatycznymi i ortograficznymi, by powiększyć pogardę dla niego i wstyd, pan minister, który na pewno podejrzewał parobka
podejrzewał traktorzystę
który, gdy wchodził do tawerny w Palmeli, ustawała gra w domino, gra w karty, klienci z nosami w kieliszkach, właściciel za barem zajęty radiem, bezrobotni w oczekiwaniu na jakiegoś nieprawdopodobnego dobroczyńcę, pewnie podejrzewał wszystkich
i pewnie miał ochotę pogonić ich kijami, widzieć połamane ręce, roztrzaskane głowy, ciała w trocinach i w pestkach z oliwek na podłodze
i nawet jeśli ich wszystkich żabi je, słowa i rysunki ciągle tam są i natrząsają się, przeciskając się przez warstwę wapna
MINISTER JEST ROGACZEM
a jaki jest sposób, by wymazać upokorzenie, po twarz, i dlatego podejrzewam, że zakazał kochankom rozmawiać ze mną, żeby uniknąć kolejnych zapisanych ścian, kolejnych obrazków, kpin w miasteczku, tak samo jak sądzę, że zabronił im rozmawiać z kimkolwiek, z wyjątkiem ochmistrzyni i służących, zabronił im rozmawiać z własnym synem czy profesorem Salazarem, gdyby profesor Salazar natknął się na nie we dworze, tak samo jak przypuszczam, iż poprosił profesora Salazara, by kazał tajnej policji śledzić wdowę po aptekarzu, stawiając jej jednego tajniaka w saloniku, a drugiego przed wejściem, po to, żeby obserwowali nie tylko ją, ale także siebie wzajemnie, i spisywali tygodniowe raporty jeden o drugim i następnie oddawali je na Cais das Colunas, pan minister zbliżył się do mnie, podchodząc do obory, podpierając kucharkę, która szła powoli, jakby niosła w fartuchu coś ciężkiego i delikatnego, co podniecało psy, i zdawało się, że dalej nie podoła iść, przepędzając owczarki alzackie i zamykając drzwi, a w środku córka parobka doiła krowę o dwa metry od nas, nietoperze zwieszające się z belki nad głowami, synogarlice na kalenicy, woda w rowach nawadniających, dzwon z Palmeli, nie ten w mieście, tylko we dworze, pośrodku dworu, bijący za zmarłych w głębi mego przerażenia, ja myślałem
[…]
a podając im napoje orzeźwiające, słyszałam tylko kaszel i chrząkanie, a gdy wręczałam im szklanki, widziałam tylko biednych, bezbronnych staruszków, w koszulach, odwodnionych, na progu ataku serca, wycierających się chusteczkami, a wszystko to w poszukiwaniu taśm i magnetofonów ukrytych w torebkach z nasionami i w ziemi doniczek, wojskowi przyrzekający waleczne regimenty i koledzy wieszczący, że całe wioski zjadą się autobusami na Sao Bento, a ci kudłaci opaci nawoływać będą z ambon w Tras-os-Montes, zobaczysz, to proste, Parlament jest gotowy głosować jednomyślnie
jednomyślnie zaręczam panu za obaleniem uzurpatora, podczas gdy jakiś stuletni starzec, drzemiący na płóciennym taboreciku z nosem w orchideach, budził się co pewien czas ze swej komy, przeciągał się i skrzeczał sennym głosem
i aż do nocy, nie widać już ich było w ciemnościach, rozdzielali ministerstwa, sekretariaty, ambasady, komandorie, dyrekcje generalne, ćwiartując Portugalię i dzieląc między siebie, jakby to było jagnię, a staruszek nadal obstawał przy swoim z zażartym uporem
w końcu wychodzili zatopieni w rozważnych szeptach, obawiając się podsłuchu umieszczonego w skrzelach rybek w sadzawce, wpadali na altankę i na kurnik, płosząc kury, kłuli się o kolce róż kołyszących się w ciemności, pan doktor rozczarowany do mnie
on zawiesił mapę kraju w gabinecie, podliczał okręgi, podliczał koszary, podliczał deputowanych, wymyślał kody dla tajnych depesz, pisał przemówienia, które wygłosi po objęciu władzy, wysyłał smoking do pralni, prosił mnie, żebym wykrochmaliła mu białą muszkę, przywrócił do życia ordery z szuflady, interesował się, ekscytował, wierzył, z błyszczącymi oczyma pytał mnie o zdanie
sama radość, wyczekiwanie, tajemniczość dla żony sierżanta i wdowy po aptekarzu, paznokciem grzebiących w jęczmieniu, który robił im się na oku, pan doktor odmłodzony
tak więc kiedy przeszłam obok gabinetu i zobaczyłam, że są podniesione żaluzje, bo prószyło światło pod drzwiami i wewnątrz było włączone radio i było słychać glos pana doktora rozmawiającego przez telefon
przyszło mi do głowy, że to ten wielki zwrot, dziewczęta, który on planował od lat, przyszło mi do głowy, że ludzie z prowincji zalali Sao Bento, wkroczyli z biskupami na przedzie, grożąc zdrajcom tymi swoimi złotymi laskami, żeby postawić owego siedzącego na krzesełku staruszka na czele Ministerstwa Finansów, które ja wyobrażałam sobie jako swego rodzaju gigantyczny wypchany pieniędzmi portfel, z fotomatonem żony w miejscu przeznaczonym na rodzinne zdjęcia, i wtedy, zapomniawszy wysprzątać kaplicę, zapomniawszy o witrażach poplamionych przez pozbawione szacunku wróble, zatrzymałam się, żeby posłuchać na korytarzu, z otwartą butelką do szorowania świętej w ręku, a pan doktor przekrzykując muzykę z radia
[…]
i szkoda, że nie możemy bawić się w przytułku, ale kierownik upiera się, i ma rację, że nie można zbytnio spoufalać się z pensjonariuszkami, czterdzieści siedem kobiet, niektóre za kradzież, za narkotyki, za prostytucję, od trzynasto- i czternastoletnich nastolatek o większym doświadczeniu, niż mam ja, do zgrzybiałych osiemdziesięciolatek, i wszystkie one chcą uciec z Alverki, gnane włóczęgowskim instynktem, choć mają zapewnione jedzenie i spanie, szukają okazji, żeby uciec do nędznego życia, w którym czuły się wolne, wolne, żeby się szprycować, podłapywać choroby, budzić się z rozbitą głową w rynsztoku, żeby być nieszczęśliwymi, zamiast wybrać bezpieczeństwo ciepłej zupy, czystej pościeli, uczenia się zawodu ludowych hafciarek, który według nich do niczego im się nie przyda, tak jak do niczego im się nie przyda msza w stołówce oraz ewangeliczne przemówienia kierownika, który wysila się do granic możliwości, aby zapewnić im wygodę, niech mi pan nie mówi, że nie podobało się panu wyposażenie budynku, czystość, widok może nie jest najlepszy, ale nie jest ponury, mamy nową obwodnicę, wiadukt, pola, trochę Tagu, a nie znam nic lepszego niż trochę Tagu, żeby oczy odpoczywały, w Odivelas podchodzę do okna i dostrzegam tylko wałęsających się Mulatów, rysujących gwoźdźmi lakier na samochodach, pijaków i biedę, jak pan sądzi, dlaczego zaciągam żaluzje i zasłony, pijaków, biedę i potrzaskane autobusy, rozwalające się na wybojach, musiałam wstawić kraty po tamtej stronie okien i zainstalować drogi alarm, który włącza się przy najlżejszym podmuchu wiatru, wstawić zamek na cztery rygle, żeby zabezpieczyć się przed złodziejami, nie odważam się pójść w Lizbonie do kina nocą, do baru z muzyką na żywo, do dyskoteki, na przedstawienie, przyprowadzam córkę z lekcji baletu o szóstej wieczorem i siedzimy w kuchni jak para rozbitków pomiędzy tysiącami rozbitków, z ich strachami ich kratami ich zamkami, a kiedy wychodzimy do pracy, na schodach leżą nawet strzykawki, ja pomagam Tani przy lekcjach pisania i przy geografii, aż tu nagle lekka bryza, durnowaty alarm zaczyna wyć jak potępiony, a sąsiedzi z tego samego piętra uspokajają się nawzajem, nie bardzo wiedząc, czy się znają, sądząc, że znów ktoś kradnie żarówki, jak pan chce, żeby mi się chciało czytać, żeby mi się chciało bawić, brakuje mi spokoju, brakuje mi towarzystwa, i na szczęście przynajmniej w przytułku nie mam czasu, żeby myśleć, i czuję się bezpieczna, odległa od problemów, pod warunkiem że nie będę się spoufalała z pensjonariuszkami, one wyszywają i robią kwiaty, a mnie płacą, żebym zmuszała je do szycia i robienia nagietków, i to zarówno te zgrzybiałe, jak i narkomanki, to idealny socjalizm, idealna równość, wszystkie siedzą wokół długiego stołu, a ja u jego szczytu, przeciwdziałam lenistwu, używając wskaźnika jak w szkole, żeby popędzić rękę tej czy owej
[…]
Pewnego dnia, miałam dziewięć albo dziesięć lat, chrzestna mi powiedziała
a ja niczego nie poczułam, bo nie wiedziałam, co znaczy słowo ojciec, tak samo jak nie wiedziałam, co znaczy słowo matka, wiedziałam, że moje sąsiadki, dziewczyny w moim wieku, i inne dziewczyny ze szkoły mieszkały z mężczyznami, których nazywały ojcami, i z kobietami, które nazywały matkami, ale nie było mi wiadomo, czym może być matka albo ojciec, bo skoro ojciec albo matka robili to, co robiła moja chrzestna
(karmić mnie, kłaść do łóżka, zajmować się mną, karcić mnie)
nie mówiło się mama i tata z jednej strony i matka chrzestna z drugiej, jedno słowo wystarczało na wszystko, i dlatego było odrobinę czegoś więcej albo trochę mniej w ojcu iw matce, czego ja nie potrafiłam zrozumieć, tak samo jak nie potrafiłam zrozumieć powodów, dla których mieszkałam ze starszą kobietą w domu bez mężczyzny i bez przedmiotów, jakie mężczyźni rozkładają na półeczce pod prysznicem, maszynki do golenia, żyletki, grzebienia, brylantyny, a brakowało nie tylko przedmiotów, jakie mężczyźni wnoszą ze sobą do mieszkań, brakowało też ubrań tych mężczyzn, kaszlu mężczyzn, gazet na krzesłach i przede wszystkim zapachu mężczyzn, który znałam z zamieszkiwanych przez nich miejsc, zapachu warsztatu, wina i wymiocin po piciu wina, zapachu tytoniu, zapachu potu, kwaśnego zapachu, który w niedziele przynoszą ze sobą z barów, zapachów mężczyzny, głosu mężczyzny, krzyków mężczyzn w kuchni, bo mężczyźni krzyczą po to, żeby kobiety płakały, i krzyczą jeszcze bardziej, kiedy one płaczą, i tego nauczyłam się od ojców moich sąsiadek, słuchając, jak oni nocą krzyczą na ich matki, a zaraz po wrzaskach i łzach zaczynają grzebać im pod sukienkami i wszystko cichnie, oprócz drzew na placu, dziwna cisza, od której wzmagała się ciemność i olbrzymiała rzeka, i którą zrozumiałam znacznie później, w chwili kiedy Cesar mi powiedział
moje ciało przemieniło się w milczący tunel, w którym łomotały młoty mojej krwi, podczas gdy w naszym domu nie istniały krzyki ani łzy, cisza sprowadzała się do nie zaskakującej ciszy, takiej jak ta, kiedy wszyscy śpią i można dosłyszeć śpiew ptaka w koronach drzew, szum wody albo skrzypienie mebli, szczególnie w lecie, gdy szafy i kufry przywoływały mnie
tak więc kiedy moja chrzestna mi powiedziała
niczego nie poczułam, bo nie wiedziałam, co znaczy słowo ojciec, byłam jedynie ciekawa, bo nigdy żaden mężczyzna nie wszedł do naszego domu ze swym kaszlem, swymi krzykami, swymi zapachami, wyobrażałam sobie jakiegoś mężczyznę w dużym pokoju, w naszej kuchni, w ogródku na tyłach, mężczyznę zbyt wielkiego jak na przestrzeń, w której mieszkałyśmy, bo mężczyźni wydawali mi się niezgrabni i ogromni, bo w wieku dziewięciu lat wyobrażałam sobie mężczyzn jako kłębowisko rozkazów i włosów na całym ciele, nie czułam się zadowolona z faktu posiadania ojca, nie miałam ochoty go poznać - ze strachu przed jego gazetami i krzykami, byłam ciekawa tego, co ojciec będzie robił w naszym domu, jak będzie ubrany, który fotel wybierze, czy przeciągnie dłonią po moim policzku i czy ta dłoń na moim policzku sprawi mi ból, o czym będzie rozmawiał z moją chrzestną, czy zabierze mnie ze sobą daleko z Alcacer, i nagle przestraszyłam się, że mnie zabierze, i zaczęłam płakać, patrząc na bociany wijące gniazdo na kominie notariusza, pierwszy bocian położył się w gnieździe, a drugi nieruchomy, nie latał, był nieruchomy, moja chrzestna przestając rozdmuchiwać ogień pod kuchnią
[…]
żeby gnili w Tarrafal, aż tu nagle jakiś autorytarny głos
na zewnątrz hymn i okazało się, że to moje koleżanki ze szkoły, ubrane w niedzielne sukienki tak jak ja, w nowych ubraniach, tak jak ja, wstążki i kokardy, tak jak ja, uczesane i wyszczotkowane i spięte tak jak ja, machały czerwono-zielonymi flagami, ustawione według wzrostu, a nauczycielka dyrygowała, była tam wnuczka z bukietem kwiatów, a ja pomyślałam
był tam prezydent miasta, który rozwinął rulon z przemówieniem, braciszkowie od Przenajświętszego z zapalonymi świecami, ochotnicza straż pożarna z nowym samochodem-polewaczką, pozdrawiający mojego ojca wyciem syren, prostytutki, z włosami jak syreny, z ulicy prowadzącej do Setubalu skandowały
mój ojciec wzdychał na ławie tortur
dziękował za wino, za kwiaty, za przemówienie, za syreny strażaków, za niech żyje, mój ojciec
objął prezydenta miasta i obiecał liceum, przychodnię zdrowia, królową piękności z koroną i berłem oraz niebieskimi oczyma, stację meteorologiczną, świątynię grecką, tygodnik poezji wizualnej, osiedle robotnicze i brazylijskiego napastnika, mój ojciec, podczas gdy nauczycielka upierała się przy hymnie, pojąc zmęczenie winem musującym
nakazał policji, by wybrała dla niego jakąś prostytutkę z szosy prowadzącej do Setubalu, bez wszy ani chorób, żeby towarzyszyła mu do Terreiro do Paço, wyszedł, zapominając się pożegnać z moją chrzestną i ze mną, mój ojciec w samochodzie, kiwający bez entuzjazmu dziewczynkom ze szkoły
ochraniany przez policję, która celowała do nas z karabinów maszynowych, przewracała na ziemię jednorękiego sprzedawcę biletów loteryjnych, bo tamował przejście orszaku, popychaniem uciszała nauczycielkę, która cały czas upierała się przy hymnie, przepędzała gapiów i handlarki rybami kolbami karabinów i roztrzaskiwała stoły z flądrami, a kiedy kurz i płetwy opadły, zostałyśmy na placu tylko my dwie, moja chrzestna i ja, moja chrzestna z rękoma pełnymi herbatników, a ja z rysikiem w pogotowiu, gotowa zabić wnuczkę, no i bociany w gnieździe na kominie, i jakiś pijak oddalający się szczęśliwymi zakosami, którego patriotyzm zlewał się w jedno ze zniewagami mew
[…]
ja, która nigdy nie widziałam swojego ojca, nie wiedziałam o nim nic poza tym, że uroczyście otwiera sierocińce i wita się z angielskimi książętami, zrozumiałam w końcu powody, dla których ludzie ode mnie uciekali, albo jeśli nie zdołali uciec, jak najszybciej się ze mną zgadzali, bali się mnie, gardzili mną, co widać było po ich twarzach, odzywali się do mnie per panienko, przepuszczali mnie w sklepowej kolejce w warzywniaku, w rybnym, w mięsnym, nie przyjmowali pieniędzy, kiedy chciałam zapłacić
mnie, która dostawałam w biurze radcy dwa razy tyle pieniędzy co reszta, pracując pięć razy mniej, szef ofiarowywał dni wolne od pracy przy byle okazji, kładł puchową poduszkę na moim krześle, wieszał portret Salazara w każdym pomieszczeniu, codziennie zmieniał mi taśmę w maszynie do pisania i proponował co dziesięć minut
a prezydent miasta nazwał imieniem mojego ojca nową studnię miejską i muszlę koncertową, zapraszał mnie na kolację, zawsze gdy go ktoś odwiedzał, sadzał u szczytu stołu, jakbym była osobą ważną i bogatą, wychwalał reżym w mojej obecności, w końcu zrozumiałam powód, dla którego właściciele mieszkania nie chcieli, żebyśmy płacili czynsz, dlaczego zawsze dostawaliśmy prezenty w postaci owoców i mięsa, dlaczego mnie proszono, żebym wybroniła kogoś od wojska, żebym załatwiła komuś operację na przepuklinę w szpitalu w Lizbonie, żebym załatwiła jakiś przytułek dla mojej ciotki, bo marcowe ulewy zniszczyły jej budę, w której mieszkała, zrozumiałam, dlaczego żaden chłopak nie miał odwagi mnie podrywać, bo policjanci, którzy zaraz się zbliżali i nie byli skorzy do żartów, odnajdywali pretendentów i rozkwaszali im twarze, i taki im dawali wycisk, że ci chodzili utykając przez cały tydzień, zrozumiałam to w końcu i złapałam autobus na Terreiro do Paco i poszłam prosto do ministerstwa, znalazłam się w kamiennych podcieniach naprzeciwko Tagu, pełnych żebraków i mężczyzn grających na harmonii z blaszanym kubkiem na kolanach, powiedziałam do funkcjonariusza, który zasłonił mi przejście
[…]
ludzie wchodzili i wychodzili z kartonowymi identyfikatorami w klapach i wszystko było brzydkie, wszystko w stanie rozkładu, wszystko chrome jak w biurze radcy w Alcacer, farba z plamami, odpadający tynk, stary żelazny stół, rozsypujący się w kącie, a ja pośród rozpaczliwych ścian, zrozpaczonych mebli, myśląc rozbawiona
myślałam o tym, jak można rządzić krajem grzęznącym w śmieciach, z żebrakami grającymi na harmonii pod arkadami władzy, ja do funkcjonariuszy tak zniszczonych jak arkady, które wyglądały nie jak zrobione z kamienia, ale z rozwarstwiającego się kartonu
arkady z rozwarstwiającego się kartonu, pomnik króla z dykty, zamek z blankami z brezentu, a ponad nimi tanie pawie, nakręcane na kluczyk, kupione u aptekarza bankruta, a ja Gdyby wnuczka tu była, gdyby Cesar tu był, gdyby radca tu był, gdyby był tu prezydent miasta z Alcacer, co za wstyd dla mojego ojca, co za wstyd dla Salazara, pawie od aptekarza w szaleńczych obrotach, z zepsutą sprężyną, a rząd zdawał mi się objazdowym cyrkiem, zepsiałym i bez pieniędzy, teatrem kukiełkowym z marionetkami poruszanymi przez nieszczęsnych funkcjonariuszy, którzy pewnie sypiali w zburzonych budynkach, podczas przerw między występami, proszę sobie wyobrazić studnię noszącą imię mojego ojca, co za stado baranów, miałam ochotę śmiać się z pana ministra, z Salazara, z chłopców, którzy bali się mnie podrywać
i tej niedzieli policjanci przyjechali do Alcacer, żeby mnie zawieźć do jakiegoś dworu w Palmeli, z aleją cyprysową, pomarańczowym sadem, z różami, pośród których słychać było szum wiatru nawet wtedy, gdy wiatr nie wiał, a płatki dzwoniły niczym szklane dzwoneczki, dom na wzgórzu, a na szczycie schodów mój ojciec, nie pocałował mnie, nie uśmiechnął się do mnie, służące przyglądały mi się przez szpary, jakaś kobieta ubrana na czarno przyglądała mi się przez szparę, kucharka w fartuchu z zabitym królikiem i nożem, kucharka
[…]
-Jak tam pałacyk Alice?
i lekarz radził mi zażywać witaminy i popłynąć na wycieczkę do Grecji, zresztą witaminy, które kosztowały mnie tyle, ile pewnie kosztowałby mnie statek, gdybym miała pieniądze na oglądanie historycznych kamlotów
krokodyle i komary i tak były najmniej istotne, człowiek przyzwyczaja się do żółtej febry tak samo, jak przyzwyczaja się do tych jaszczurów zredukowanych do oka dryfującego po rzece, które od czasu do czasu połykały jakiegoś czarnucha, zupełnie tak jak się połyka drażetki, co też nie było wielkim nieszczęściem, bo te czarnuchy rodziły się miotami, do tego stopnia, że zaczęłam myśleć, iż ich kobiety, zamiast zachodzić w ciążę, składają wieczorami z tuzin jaj w szałasach, a o poranku, po wylęgnięciu się, baraszkuje już po trawie nowa gromada małych czarnuchów, tak więc krokodyle i komary nie były najgorsze, najgorsze było to, że nikt niczego od nas nie kupował, oprócz mojego męża, który stał się naszym najwierniejszym klientem i w okamgnieniu wypijał nam skrzynkę piwa, w towarzystwie Hindusa, który pewnie miał osiem rąk, jak jego bogowie, żeby móc przytrzymywać osiem szyjek butelek, przyspieszających mu nirwanę, sprowadzającą się do leżenia z wywróconymi oczyma, ślinienia się ze szczęścia pośród monsunów śliny, krokodyle i komary nie były najgorsze, najgorsza byłam ja na deskach tratw związanych jedna z drugą, służących nam za łóżko, dryfując po osiem dni trwających okresach, które spływały mi kaskadami po nogach, z telegrafem straszącym mnie agonią swych lunatycznych dyskursów i z drzewami mango rozpływającymi się we łzach w listopadowym deszczu, najgorszy był dostawca z Malanje, mikroskopijny i zimny jak lód Chińczyk, z bezlitosnymi źrenicami podobnymi do szparek koślawych skarbonek na jałmużnę, który gdyby jego własna matka popełniła takie głupstwo i zadłużyła się u niego choćby na jeden grosik, zjadłby ją pałeczkami wraz z ryżem czau- czau, eskortowany przez drugiego Chińczyka, który, sądząc po tuszy i zadowolonym uśmiechu, z pewnością zjadł już własną matkę, odebrał nam kredyt i towar, mój mąż niemal na kolanach
[…]
aligator zamknął pysk z moim mężem w środku, zanurkował w błocie, żeby zająć się trawieniem, i robi to aż do dziś, zostawiając pięć tuzinów Mulatów na straszliwe męki sieroctwa, ja wdowa, oddałam rupiecie czarnuchom, którzy popatrzyli na nie, grzebiąc sobie w pachwinach, z obojętną pogardą, że nie są to meble w stylu imperialnym, i zachowując surową żałobę, wyruszyłam do stolicy, gdzie zwały odpadków i tłumy plantatorów kawy utrudniały poruszanie się po ulicach, z bulwarem nadmorskim obsadzonym palmami, i jedną prostytutką zasadzoną przy każdym drzewie, opierającą się o pień i gotową wielkodusznie pomóc plantatorom wyprać pieniądze w brudnej pościeli wyspy, miasta, w którym czarnuchy odrobinę mniej drapali się po brzuchach i ruszali się trochę żwawiej niż w puszczy, dzięki pedagogicznemu argumentowi serdecznego kopniaka lub w stosownym momencie zaaplikowanego policzka, stłoczeni w osiedlach nędzy w towarzystwie psów, które oni, dla odmiany, maltretowali, bo instynkt edukacyjny, który jest tak zaraźliwy, z łatwością łapie się jak chorobę, zdechłe psy i osły pośród chałup z ocynkowanej blachy i płacht kartonu, drżącego przy najmniejszym podmuchu wiatru, czarnuchy zdolne do wypatrzenia komarów na drugim brzegu, bo w niedziele oddawali się luksusowi okularów z dwoma różnymi soczewkami, detalu wyszukanej toalety, który dostarczał im satysfakcji z chodzenia po omacku i wpadania na latarnie, ja na osiedlu Cucą, w domu mojej kuzynki Aldy, czekałam na statek z Lizbony, obok balii do prania bielizny, patrzyłam na baobaby wraz z kuzynką wzdychającą za Cova da Piedade
Cova da Piedade, proszę państwa, to to samo nieszczęście co Angola, z tą tylko różnicą, że tam czarnuchami jesteśmy my, ten sam śmietnik, te same nieużytki, te same przyciężkawe budynki, te same zdechłe osły tarasujące nam wejście, ludzie wymyślający potrawy z łupin i kości i drapiący się po brzuchach w braku pracy, moja kuzynka Aida zamężna z fryzjerem, który w braku portugalskich klientów wieszał na ręczniku znajdujących się najbardziej pod ręką mieszkańców musseques [osiedla biedaków na przedmieściach Luandy w Angolii – przyp. tłum.]
[…]
i to samo w soboty, w niedziele, w święta, radca, podwórko, wdowy, telewizja, z wyjątkiem września, w okresie, kiedy jechaliśmy na dwa tygodnie do rodziny mojej matki, gdzie jej krewni do dzisiaj użalają się nad nią z powodu mego ojca, nie dlatego że był rozrzutny, bo nie był, nie dlatego że ją bił, bo nie bił, nie dlatego że ją źle traktował, bo nie traktował, ale dlatego że nie potrafił kierować się własnym zdaniem, że dawał jej tyle pracy, ile daje dziecko, ile ja dawałem, krewni kiwali nade mną głowami przez całe dwa tygodnie, dzień w dzień
ja też osłupiały, też gruby, też wielki, też z policzkami na kołnierzyku, nie wiedząc, co robić pośród zdegustowanych wujków, ja na stopniu ogrodu liczyłem drzewa oliwne, piętnaście szesnaście siedemnaście osiemnaście, a rodzina mojej matki przerażona
po dwóch tygodniach pociąg do Alcacer i papuga znów w szczęśliwym ruchu
karawele z Indii i Brazylii czekały na mnie na morzu, po dwóch tygodniach ja pośpiesznie do apteki, żeby kupić aspirynę dla panienki Filomeny
Oj jak mnie łupie w skroniach Romeu po dwu tygodniach panienka Paula przy biurku, z lampą zapaloną nad włosami, zupełnie jak aureola świętych, pisząca na maszynie jakiś memoriał, ze szkłami na papierach, jej włosy nie były czarne, jak mi się zdawało, były brązowe z białymi niteczkami, nie było słońca, były chmury, szara pogoda i bryza na drzewach, padało w Alcacer i biuro jeszcze smutniejsze, bardziej posępne, deski łkały niczym chore zwierzęta, kiedy po nich stąpaliśmy, ja zliczałem siwe włosy panienki Pauli, tak jak liczyłem drzewa oliwne, piętnaście szesnaście siedemnaście osiemnaście, a panienka Paula do mnie
padało w Alcacer, moja matka przeklinała przedwczesną podagrę z papugą tańczącą i przemawiającą bez nakręcania
[…]
Mój syn urodził się trzy miesiące po pogrzebie mojego ojca, kiedy nie istniały już w Palmeli ani dwór, ani dom i jeden albo dwa owczarki alzackie biegały po górach w poszukiwaniu zburzonej psiarni, a przez cały czas, gdy byłam w szpitalu, nie czułam się ani smutna, ani wesoła, czułam się obojętna, patrzyłam przez okno ze skrawkiem nieba po drugiej stronie firanki, a położna do mnie, osłuchując mi brzuch
nie istniał ani dwór ani dom, istniał portier w uniformie i domy i pole golfowe i ogrodnicy zajmujący się trawą i restauracja w miejscu, w którym było bagno, i budynek, na którym znajdował się napis Administracja, tam gdzie był spichlerz, i wieżowiec, na którym widniał napis Bar, tam gdzie była obora, mój ojciec zmarł i żadna z gazet o tym nie napisała, nie zainteresowało się żadne radio, żadna telewizja nie pokazała jego zdjęcia, wyszliśmy z Alvalade za trumną i następny klient zaraz zajął jego miejsce, jeszcze zanim zdążono zmienić pościel, jakiś starzec wlekący połowę ciała, tak jak się wlecze walizki, i ściskający pod pachą piżamę i kapcie, zawinięte w kawałek gazety, niebo po drugiej stronie firanki, a położna podciągnęła mi kołdrę aż pod brodę
ja nie czułam się smutna ani wesoła, czułam się tak jak we wszystkie niedziele, włączyć telewizor i wyłączyć, wstać, poczytać w jakimś tygodniku o rozwodach aktorek, zastanowić się, czyby nie pojechać do kina do Lizbony, odszukać rozkład jazdy autobusów w szufladzie, z tymi malutkimi cyferkami, niemożliwymi do odczytania, przynieść lupę z pokoju i stwierdzić, że rozkład jest z poprzedniego roku, ja, mój brat, elegancka i córka eleganckiej na cmentarzu, córka eleganckiej niebywale inteligentna, pełna życia, która nie dawała spokoju nieboszczykom, czyszcząc im zdjęcia rąbkiem spódnicy, chodząc po ich grobach, grzebiąc w wazonach z kwiatami, wspinając się na krzyże jak szympans, elegancka
grabarze spuszczali trumnę mojego ojca, jakaś wdowa poręczną miotełką strzepywała kurz z chryzantem małżonka, córka eleganckiej w podskokach, machała rozpostartymi ramionami, zupełnie jakby chciała napędzić stracha nieboszczykom
grabarze chwycili za worek z wapnem, rozsypali je po wieku trumny mojego ojca, wdowa zaczęła kichać, znękana pyłem, zabrała się do otrzepywania na odmianę samej siebie z pyłków chryzantem, wściekła na męża
[…]
skulona ze strachu, a on z brzuchem na biurku, dyszał we mnie bemolami jak organy w kościele, dotykał moich włosów, odsuwał ich kosmyki, przesuwał palcem wskazującym po czole, nad uchem, poruszał ustami, jakby się bezgłośnie modlił, rok temu, mniej więcej o tej porze, po tym jak bociany i dzikie indyki odleciały do ciepłych krajów, zmieniałam butlę gazową, przy dźwiękach walców z radia, stojącego na półce z oregano i kminkiem, usłyszałam dźwięk, jakby ktoś przeskoczył przez mur, szuranie kroków i szelest warzyw deptanych w ogrodzie, pomyślałam
skończył się walc, nastała cisza z szumami, bo radio jest stare, zabrzmiał następny walc, z tych co to zaczynają się powoli i po cichu, a potem stopniowo nabierają mocy, i znowu kroki, znowu deptane jarzyny, naciśnięta klamka, Romeu wyszedł z nocy i powiększał się w szybach, rozciągający się uśmiech Romeu, otwarta dłoń z czekoladowym kotem, jeszcze zawiniętym w złotko, z rysunkiem prążków i nosa i ogona, bardziej pogniecionego od ciepła skóry, Romeu wahał się w kuchni, zbyt wielki jak na mój piec, jak na moje meble, kołysał rękoma do tyłu i do przodu, tak jak wtedy, gdy pijacy i dzieci ze szkoły ściągały mu spodnie, żeby się z niego śmiać, Romeu dotknął mi włosów palcem wskazującym
blask filiżanek w kredensie intensywniał i nikł, moja chrzestna nie żyła i nikt, nawet strażacy ani pan Vergilio ani Cesar, nikt nie mógł mu przeszkodzić, żeby mnie nie bił ryglem i mnie nie zabił, ja w dużym pokoju i Romeu pokazał mi kotka, to znaczy bezkształtne złotko z czekoladą w środku, pokazał mi jak skarb lepiące się cukierki i pastylki od wypluwania papierków, które wydobył z kieszeni, ja drżałam ze strachu przed śmiercią w pokoju, a on, a on odłożył kota, cukierki i mentolowe pastylki na kufer i podszedł do mnie, a ja go poprosiłam
zapalił lampkę w kształcie fioletowego szklanego tulipana, którą kupiłam w Santiago de Cacem, złapał mnie za szyję, odwrócił moją głowę pod światło
siedziałam na łóżku z pięścią Romeu na moich plecach, dyszał mi do ucha, jego noga łamała moją nogę, Romeu gładził moje włosy, ciągnął mnie za włosy, liczył
ja wyrywałam się, a kostki zaplątały mi się w pościel, poduszka mnie dusiła, ja usiłowałam uciec na plac i nie mogłam, bo położna trzymała mnie za ręce, trzymała mnie za uda, przygniatała mnie do materaca, kazała mi spać
[…]
-Jest pan wolny?
szybko doprowadzaliśmy się do porządku i było to jakieś małżeństwo staruszków, które chciało pojechać do Alcochete, albo grupka franciszkanów bosych, którym zepsuła się klasztorna furgonetka, więc wsiadali do środka odmawiając cicho modlitwy, w nadziei, że ich zawieziemy do Lizbony, Paula zapinała sobie bluzkę i poprawiała stanik, gałęzie zatopionych drzew oliwnych unosiły się na wodzie i miały kolor jodyny, dzikie indyki kroczyły po sargassach jak człowiek jeżdżący na wrotkach poza boiskiem, ja zapinałem rozporek i połykałem przekleństwo, bo przyciąłem sobie co nieco, usiłowałem uwolnić skórę spośród metalowych zębów, Paula starała się mi pomóc przesunąć zamek i jeszcze bardziej mi go zamknęła, małżeństwo staruszków, których złośliwy charakter chronił przez reumatyzmem i cukrem we krwi, niecierpliwiło się z tyłu za nami
tak więc, bez żadnego kompromisu z mojej strony, bez żadnych deklaracji, uchowaj Boże, że mi się podoba, spacerowaliśmy to tu to tam w dni wolne od pracy, których nie było znowu tak wiele, do tego z Adelaide w ciąży, aż któregoś dnia, kiedy zdawałem taksówkę, czekał na mnie kapral z policji, wielki detektyw, wielki FBI, nadymał się przy platanie jak ropucha, nie ten kapral, który, dla pańskiej informacji, też jest niezłym cwaniaczkiem, poprzedni, pryszczaty, który zażywał tabletki czosnkowe w nadziei, że będzie miał gładszą skórę, tymczasem skóra się nie wygładzała, a on zasmradzał świat
a przed komisariatem trzy rządowe samochody, ustawione pyskami do masztu z flagą, jak szczeniaki korzystające z tego samego pieńka i pięciu albo sześciu tajniaków z tajnej policji, zaglądających kierowcom do piwa, nie licząc tego, który wdrapał się na wieżę kościoła, żeby zweryfikować niewinność bocianów, we wnętrzu komisariatu portret profesora Salazara z lat młodości, portret pana admirała z czasów starości, cała fura pustych gąsiorów po winie zgromadzonych przy kartotece w celu uzyskania pieniędzy za szkło i wiklinę, za które to pieniądze zorganizowana będzie huczna kolacja w Seixal, ławki ze szkoły podstawowej z policjantami przygryzającymi język w kąciku ust i wypisującymi mandaty za złe parkowanie z przedszkolną powolnością, sąsiedzi z tajnej policji, którzy mnie przeszukali, na wypadek gdybym skrywał pod pachami kilka plutonów radzieckich spadochroniarzy, a za oknem wychodzącym na ogródek, gdzie policjanci pieczołowicie hodowali zielsko i szczury, zatłoczony barakami obwoźnych sprzedawców garnków, jednorazowymi opatrunkami oraz popiersiami Beethovena oraz namiotami cyrkowymi, gdzie zapomniany lew był toczony przez mole, gabinet z człowiekiem w kapeluszu, żującym cygaretkę i nie zwracającym na mnie uwagi, sierżant, którego przyłapywałem na pocieszaniu się piciem bimbru wieczorami, pod gołębiami, które pechowo dla niego brały go za statuę, major z tajnej policji przeglądał zeszyt z fotografiami i kapelusz powiedział do kaprala, który wyprężył się w postawie zasadniczej puddingu
[…]
nie słyszałem swojego imienia, słyszałem bicie zmoczonych skrzydeł, gwizd z fabryki, dzwonek w szkole, kamienie z muru odpadające jeden za drugim, ale nie słyszałem umarłych
mój wujek Ze Francisco z palcem wskazującym na ustach, bo samobójcy boją się słów, bo w swej nieśmiałości, pozbawieni spokoju, nie zwracają się do nas, możemy czekać całe wieki, a oni nic, schowani niczym ryby przy korzeniach wodorostów, ten od gniazda bocianów, zawieszony na wieży, zapewniając, że jeśli natychmiast nie przystawią mu drabiny, skoczy głową w dół, a potem zobaczymy, barany, major trzepnął mnie zeszytem w nos
i były tam zdjęcia moje i Pauli w Grandoli, w Montijo, w kamieniołomach, kiedy zrobiliśmy to pierwszy raz, rozumie pan, i pamiętam, że w przeciwieństwie do samobójców doskonale było słychać sosny, lekkie podniecenie żywicy, nieskoordynowany koncert westchnień, Paula i ja w taksówce, o rozmazanych nogach i łokciach, mój tatuaż, okulary Pauli, grube jak te rury do wymyślania planet, nastawiający aparat, nie zwracając nań uwagi, kawałek nagiego ramienia, kawałek brzucha, i w przeciwieństwie do samobójców sosny, owszem, były słyszalne, igły i igły, i zapatrzenie się konarów, opuszczone szyby, taksometr, tak tak tak, koszula podciągnięta aż do brody, zatrzaski, których nie można było odpiąć, dźwignia biegów zahaczała mi się o spodnie, Paula dusiła mnie butami
sosny, te tak, były słyszalne, słyszało się je, jak się słyszało robotnika tłukącego młotkiem pośród kurzu, tak jak było słychać krzewy, jak było słychać grzechotkę węża, zdjęcia Pauli i mnie na placu przed cmentarzem Świętego Jakuba, ze sprzedawczynią chryzantem, wyglądającą zza koron kwiatów, Paula ze mną, oparta o jakiś mur w lesie w Sin trze, na tych plamach w kolorze smoły pośród pawi
i ja do majora
To nie jest córka żadnego ministra proszę pana to Paula jedna nieszczęśliwa dziewczyna, która do niczego się nie nadaje pracuje w biurze radcy prawnego i jest chrześnicą donny Alice co mieszka na placu ja przed wejściem do domu obwąchiwałem się na wszelki wypadek, wypatrywałem plam, włosów na marynarce, szedłem do toalety w ciastkarni Ferreiry i szorowałem się niebieskimi konfiturami mydła, przygładzałem brodę, którą ona mi mierzwiła namiętnym gryzieniem
prostowałem kołnierzyk, poprawiałem przedziałek, puszczałem oko do Ferreiry, zamawiając u niego kawę, a Ferreira robił mi włoską kawę zzieleniały z zazdrości
otwierałem drzwi do domu i wchodziłem pewnym krokiem, i głośno mówiłem, i zaraz dawałem klapsa Mario Jorgemu, który rysował nowe tapety kredkami, Mario Jorge wył, telewizor wył, pies wył, Adelaide z „Marie Claire” w ręku, którą nawet lubiłem przeglądać ze względu na dziewczyny z reklam
[…]
Moja matka i ja, przyzwyczajone do placu Chile, nigdy w życiu nie sądziłyśmy, że zamieszkamy na ulicy Castilho, w tym drogim budynku drogiej dzielnicy, z bardzo drogim sklepem mody francuskiej na parterze, z portierem w liberii, wicehrabią rumuńskim pod nami i biskupem pomocniczym Lizbony nad nami, budynku z sześcioma mieszkaniami, umeblowanymi jak w filmie i z widokiem na park, toteż kiedy otwierało się okna z rana, do środka wciskały się nam kołyszące gałęziami drzewa, i pojawiał się w salonie pomnik Markiza, jakby wszystko razem było częścią dekoracji i moja matka uważała, że jest, otwierało się okna nocą i do środka sypialni wpadały nam wirujące świetlne reklamy agencji lotniczych i towarzystw ubezpieczeniowych, pojawiali się transwestyci w lakierkach, ukrywający brody pod pudrem, jak gdyby stanowili część wystroju domu i moja matka uważając, że nie stanowią, przepędzała ich machaniem rękami, budynek na ulicy Castilho z miastem schodzącym w dół, w stronę rzeki i statków widocznych na wodzie, przypominających nam plastikowe kaczuszki, które ustawialiśmy na lustrze, żeby udawało jeziorko w szopce osiedla parafialnego, pełnej owieczek, trzech króli, męczenników, siostrzeńców Myszki Miki, ojca Cruz i wzgórz z szarego papieru z wyraźnie widocznym napisem, obwieszczającym Wykonane w Całości przez Harcerzy z Placu Chile Życzymy Wszystkim Wesołych Świąt; lub godzinami gapiłam się na szopkę i powstrzymywałam się przed chęcią pobawienia się Dzieciątkiem Jezus z porcelany, błogosławiącym nam ze słomy, z nadtłuczonymi kolanami i prawą stopą przyklejoną plastrem, i moja matka uderzała mnie po palcach
blok przy ulicy Castilho, do którego moja matka sprowadzała rodzinę, żeby sobie popatrzyła, ogłupiałą z szacunku, jak przed wielkim ołtarzem, nie odważali się usiąść, nie odważali się wypić herbatki z rumianku, rodzina przesuwała się wolnym krokiem, mówiąc do siebie szeptem, jak w kościele, zdumiona widokiem żyrandoli o kryształowych łezkach, na które patrzyli z rozdziawionymi ustami, i srebrnych tac z próbami na odwrocie, a moja matka dumna jak paw, na wypadek, gdyby nie zauważyli
na widok jedwabnej kapy na łóżku, z nagimi kobietami i koziołkami, obejmującymi je i grającymi na fletach
moja matka dumna ze mnie
oprowadzała moich wujków od jednego cudu do drugiego, chętnie zażądałaby opłaty za wejście, pokazywała porcelanowego Buddę z brzuchem jak u mojego dziadka i błogim uśmiechem na twarzy, zupełnie takim samym jak jego po sześciu kieliszkach wiśniówki, kiedy zaczynał śpiewać i bić kogo popadnie, pokazywała skórę tygrysa całą, z łbem, wyjaśniając dzieciom i puszczając oko do dorosłych, że zwierzak zjada tych, co dotkną jego zębów, i dzieciaki wrzeszczały z przerażenia, pokazywała zdjęcie Francisca z królową pod rękę, moja matka, która mało brakowało, a przyklękłaby i przeżegnała się przed fotografią przekonana bez reszty, jak człowiek, który posiadł stosowną wiedzę
[…]
podczas gdy moja matka, wzruszona faktem, że może do mnie mówić ty i mieszkać pod jednym dachem z przyjaciółką ministra, zdejmowała mi ze spódnicy niewidzialne pyłki, moja szczęśliwa matka pokrywała mnie tuzinami cmoknięć
swobodna, konfidencjonalnym tonem typu między nami mówiąc opowiadała, że profesor Salazar i kardynał odwiedzają nas od czasu do czasu i tytułują ją donna Dores, że mamy policjanta na chodniku przed domem, żeby nas bronił przed niegodziwością komunistów, i że kiedy profesor Salazar i kardynał tu przychodzą, cała okolica zapełnia się tuzinami żołnierzy, oficerami i w ogóle, stającymi przed nią na baczność i pomagającymi jej nieść siatkę z zakupami, bardzo dobrze wychowanymi
i rodzina, zaszokowana, gramoliła się z kocich piwnic, przyciskając chusteczki do opadłych szczęk
moja matka, gdy Francisco pierwszy raz pojawił się w sklepie, w kapeluszu, z cygaretką i butami z surowej skóry, strzelając szelkami, z tą swoją prostotą, bo Francisco właśnie taki był, bez odrobiny próżności, jakby był pucybutem albo sprzedawcą w kiosku z gazetami, moja matka
klientka, która właśnie miała zapłacić za wstążki, dawna klientka, z takim samym charakterem jak moja matka i dysponująca głęboką wiedzą na temat chorób dzięki siostrzenicy, która jest pielęgniarką, zaniepokojona możliwością dostania wylewu, skrzywioną twarzą, kulami
plac Chile w burzy, gruźlicy z Centro de Rastreio, nieprawdopodobnie chudzi, leciutcy jak liście, które sprzątacze z Urzędu Miasta powinni byli zamieść nad ranem, pomocnice fryzjera podrywały z okna właściciela sklepu z materacami, ofiarowującego im ortopedyczne poduszki, twarde jak kamień, zwiększające pięć razy sztywność szyi, co się okazywało na wizytach lekarskich w przychodni reumatologicznej, plac Chile zapchany emerytami w kapciach, którzy ledwie się poruszali, i ślepcami, którzy na nich wpadali i bezlitośnie nadeptywali na ich szponiaste paznokcie, moja matka stanęła naprzeciw Francisca i zaczęła się wpatrywać w jego siwe włosy, zmarszczki, podwójny podbródek, węsząc jego starczy zapach, a gdy wróciła za kontuar, wstrząsała się jak ciężko zapracowana kura
[…]
budzimy się nieprzygotowani pewnego ranka i nikt nie mówi do nas ty
myśląc, że pan minister jest jednym z bilardowych astronomów walących w planety, astronomów, którzy finansowali sobie końcówki miesiąca adapterami, gazetami z nagimi kobietami i whisky z przemytu bez akcyzy, która miała więcej spirytusu niż whisky, ja proszę sobie wyobrazić porutę myśląc, że moja córka, znudzona Carlosem albo Fernandem, albo Amerykiem, zmieniła sobie towarzystwo bez zapowiedzi
a klientka przerażona moim brakiem rozeznania, moim brakiem szacunku, moją ignorancją, klientka obawiając się, że mnie zaaresztują
i fryzjerka poprawiająca mi głowę
mieliśmy studnię z wiadrem i korbą i kasztanowiec nad studnią, kiedy krzyczałam, mój głos długo odbijał się echem od ściany jak spadający kamień, jeśli się nachyliłam, widziałam siebie malutką, kołyszącą się tam w dole, i myślałam zmieszana Która z dwóch to ja. Mila, rozbudzona, wlepiała oczy w policję, w wojsko, w klientkę, z obawą, że ją wsadzą w samolot na Wyspy Zielonego Przylądka, pan minister bardzo delikatny, z kwiatem w ręku, ślubnym nardem, białym nardem panny młodej, nie widziałam nardów od niepamiętnych czasów, bo mój mąż za życia nie dawał mi nardów, a po śmierci ja też ich mu nie przynosiłam, to ci dopiero, ja słuchałam klientki, myśląc o astronomach, widząc już, jak moja córka towarzyszy im od drzwi do drzwi razem z whisky i nagimi kobietami w żałobnych stanikach, ja liczyłam na palcach zmarszczki ministra i potrzebne mi były jeszcze palce u nóg
klientka przerażona, wyobrażała już sobie, że też umiera na udar słoneczny na Wyspach Zielonego Przylądka, pośrodku koła otoczonego drutem kolczastym naprzeciw pustej plaży, klientka o krok od wylewu, cienkim głosem
a pan minister dygotał z miłości, biedaczek, bo ja zaraz zobaczyłam, że jest to mężczyzna honorowy, poważny kawaler, nard wahał się pomiędzy Milą i mną, Akademia Bilardu opuszczona, planety nieruchome, kije na podłodze, klientka zdenerwowana wrzeszczała mi do ucha
nard napełniał sklep swoją wonią, zapachem ślubu w kościele, zapachem panny młodej, muzyką organów, świecami, moimi łzami szczęścia, Mila w telewizji witająca się z kardynałem, Mila w telewizji całująca stułę papieża, Mila w telewizji pomiędzy mężem i profesorem Salazarem, Mila w naturalnych jedwabiach i kapeluszu z szerokim rondem wykonanym w pracowni słynnego francuskiego krawca, obejmująca żołnierzy tak słabo przygotowanych, ledwie wyekwipowanych, niech ich Bóg błogosławi, którzy z dwururką na ramieniu wyruszają do Angoli, ofiarowująca im obrazki z pastuszkami z Fatimy, żeby ich chroniły od malarii i złośliwości czarnuchów, Mila odwiedzająca mnie, w samochodzie z kierowcą i ochroniarzami na motorach z włączonymi syrenami, odganiającymi gruźlików spalinami z rur wydechowych, doskonała jak lalka, a moja chrzestna
[…]
profesor Salazar, bardzo uważny, kiwnął głową, że tak, w półmroku korytarza
gdzie był stół z kobietą z brązu wyłaniającą się ze swej tuniki panny młodej, jak Mila odchodząca od ołtarza w deszczu ryżu
przed nami, z balkonu w salonie, mieliśmy całą Lizbonę od Markiza Pombal do Tagu, drzewa, aleje, statki, trawa w parku i profesor Salazar, jakby chciał się mnie pozbyć
jakby nie wierzył w ślub pana ministra z moją córką, moją córką, która miała całować stułę papieża w telewizji, która miała jestem tego pewna zostać przyjaciółką belgijskiej królowej, mieć dziwaczne pieski, z sierścią pielęgnowaną przez weterynarza, tak jak to robią hrabianki i aktorki, moja córka na okładkach magazynów w ufryzowanych włosach, a ja za nią w tle, z balkonu w salonie było widać całą Lizbonę, dachy, kina, hotele, dzielnice jeszcze bielsze w nocy, misterium zapalonych świateł, pełnych życia, niepokojącego mnie w przerwach pomiędzy zasłonami co robią o czym rozmawiają w jaki sposób się nudzą a ja do pana ministra, w towarzystwie profesora Salazara, wchodząc bezceremonialnie do pokoju, w którym pili herbatę i dyskutowali nad papierami
dziadek minister i ten drugi, szef, jeszcze bardziej dziadek niż ten pierwszy, dwóch staruchów, którzy niemal przyprawili mnie o tęsknotę za Carlosem, tęsknotę za astronomami, bo przynajmniej nie chodzili powoli i nie wydzielali kwaśnego zapachu, dziadkowie rządzący krajem pośród tostów z masłem bez soli i łyczków naparu, ja trzęsłam ramieniem, urażona jego niezręcznym milczeniem
w pokoju, gdzie on i profesor Salazar, tak bardzo dziadkowie, że zadawałam sobie pytanie o powód, dla którego ich słuchano i się ich bano, pili herbatę i dyskutowali nad papierami, ja zamierzyłam się, żeby rozwalić im łby jednym z porcelanowych kotów stojących na toaletce, ja, która nie powinnam go była przyjąć w sklepie, nie powinnam go była przyjąć w domu
ja łatwowierna, głupkowata, naiwna do tego stopnia, że pozwoliłam się oszukać i wzięłam ministra za poważnego kawalera, za dystyngowanego pana, za człowieka honorowego, a w sumie wyszedł mi z niego na loterii zimny oszust, ja z porcelanowym kotem ponad imbrykiem i tostami, kotem, który oprócz tego, że był okropny, był chiński i był wart fortunę
[…]
objął mnie ramieniem, położył kolano na moim kolanie, przebiegł palcami jak krab po moim biodrze, a mnie po raz pierwszy w życiu nie robiło różnicy, że go całuję, po raz pierwszy w życiu, pierwszy raz poddawałam mu się bez ociągania, wzdychałam przez woalkę całą w dziurach od moli, czułam smak zakurzonych pajęczyn, stawałam się bagnem, wie pan, jak to jest, przechodziłam w stan płynny, podczas gdy szczypce krabów rozrywały mi ubranie, odsuwając pętelki podwiązek, i może wtedy kochałam pana ministra, rozumie pan, może wtedy czułam te wszystkie rzeczy, kiedy się kocha i w ogóle, tęsknotę, pożądanie, chęć, by zadzwonić, siedzieć godzinami i wpatrywać się w ścianę jak durna, kupić zeszyt i pisać głupkowate wiersze, i tak dalej, może się zakochiwałam, może już go kochałam, Palmela była ogromnym domem i jakaś kobieta w koku czekała na nas z uniesionymi w górę brwiami, kołysząc głową, jakby w obliczu jakiejś klęski
Palmela to ja potykająca się na złamanym obcasie we wszystkich pokojach z dziesiątkami służących w fartuchach, morze po drugiej stronie, słychać było jego kołysanie, a pan minister
jego kochanka albo matka albo żona albo córka, do której należały te karnawałowe akcesoria, nie mogłam się doczekać, kiedy pozbędę się tego zgniłego majdanu, od którego swędziało mnie całe ciało, odsuwałam kołnierz i słyszałam szelest materiału, ja ze zmaltretowaną prawą kostką i z palcem czarnym od obrączki, Titina w pogrzebowym tempie szła za nami, kołysząc zdegustowaną twarzą, w ciszy podała nam jagnię, a w środku lustro z moimi czerwonymi polikami, coraz mniej byłam podobna do siebie w lustrach, przestawałam być sobą w tych szklanych jeziorkach, pan minister zaniepokojony
nie myślałam o Carlosie, o matce, o placu Chile, o sklepie, podobna do okładki płyty o siedemdziesięciu ośmiu obrotach albo do ilustrowanej pocztówki z obwódką w goździki i gołąbki, w pokoju pachnącym naftaliną i zwietrzałą lawendą, tak jak pachniałam ja, z fotografią przy wazonie z nardami, przedstawiającą dziewczynę w moim wieku i w butach, które miałam na sobie, i z torebką i kołami i z obrączką i w sukience, której ja teraz używałam, dziewczyna pod rękę z mężczyzną, który przy bliższym przyjrzeniu się okazał się panem ministrem, fotografia w ramce identycznej jak ramy obrazów, a ja z nosem spłaszczonym przy jej nosie, powtarzając Jestem nią jestem nią jestem nią, w łóżku, tak bardzo nachylona nad zdjęciem, że nie zdałam sobie sprawy, iż pan minister podszedł do mnie na palcach, rozczulony, przykrył mnie kołdrą i pocałował w czoło
[…]
Jakby nie wystarczyło prostytutek i alfonsów i transwestytów i narkomanów, szprycujących się strzykawkami, i krzyków mężczyzn przywożących żony, żeby patrzeć, jak pieprzą się z innymi, jakby nie wystarczyły lesbijki i złodzieje i starzy w płaszczach, którzy nagle nas wołają, rozpinają płaszcze i są nadzy pod spodem, tylko w skarpetkach i butach, jakby nie wystarczyli pijacy i żebracy i chłopcy z parku, gotowi zrobić każde świństwo narkomanom za kilka groszy, jakby nie wystarczyło, że przez cały czas muszę ich wszystkich odganiać miotłą, dzwonić na policję i mieszkać z moją żoną w klitce, która jest żałosna w porównaniu z luksusem tego budynku, ukrytą na tyłach, gdzie koty miauczą przez całą noc, spełniając nakazy natury, a ja nie mogę spać, wlewam łyżkę trucizny do talerza z klopsami i przywołuję zwierzaki czułym gruchaniem
w nadziei, że sprzątnę trupy szuflą, wyrzucę je, pomszczony, do śmietnika, a moja żona wyciera łzy rękawem
moja żona, której pewnego dnia przyłożę jak należy, tak że poleci jej jeden ząb albo i dwa, żeby poprawić harmonię rodzinną i żeby miała powód do płaczu, bo łkania po kątach z byle powodu, zwłaszcza z powodu kotów, mam już potąd, niech chlipie pod nosem nad kwiatami przy wejściu, to chociaż zaoszczędzi mi pracy przy podlewaniu, nie wystarczał już generał z tą swoją manią brudnych schodów, a ja wyobrażam sobie, jak wyglądałyby schody u niego w koszarach z tą bandą wsioków przyzwyczajoną do mieszkania z kozami, nie wystarczał już biskup ogarnięty manią, że winda wydziela dziwne zapachy, bo jemu pewnie chciałoby się jechać z parteru na szóste ze złożonymi rękoma i w kłębach kadzidła, ze świętym Piotrem czekającym, żeby go przytulić na wycieraczce, nie wystarczały już zastrzyki w przychodni na kręcz szyi i problemy z kręgosłupem, aż tu nagle zjawia się pan minister i proszę, wsadza mi do budynku te baby, matkę i córkę, wyciągnięte z jednej z tych miejskich piwnic, gdzie maszyna do szycia służy też w przerwie przyszywania guzików za karciany stół i za stół do obiadu, starsza baba, przebrana za młodszą babę, cała poobwieszana błyskotkami, a młodsza baba przebrana za sopran w operze, uderzała kastanietami pośladków na scenie ulicy Castilho, ku oburzeniu transwestytów, których klienci słabli, wabieni wdziękami malutkiej, poskarżyłem się administratorowi na te baby, że niszczą reputację budynku, a administrator rozejrzał się na boki i kazał mówić po cichu
administrator pociągnął mnie za rękę i wyjaśnił, że jak tylko panu ministrowi wpadnie do głowy, że nie podobają mi się te baby, w jednej chwili wsadzi mnie do fortu w Peniche, żebym spał na zasikanej słomie w przerwach pomiędzy sesjami tortur, administrator wyjaśnił mi na ucho, że jak tylko panu ministrowi wpadnie do głowy, że nie podobają mi się te baby, jego też wsadzi do Peniche za to, że zatrudnił jako portiera komunistycznego szpiega
prostytutki przechodziły posuwistym krokiem na skraju parku, dziewczyny bardzo powabne, pierwsza klasa, i gdybym miał dwadzieścia lat, gdybym był kawalerem i cukrzyca by mi na to pozwoliła, zabrałbym się za nie, ja ze śrubokrętem w ręku naprawiałem zamek i zwracałem dioptrie na tyły pięknotek, a moja żona, która urodziła się z wyżlim węchem i jak tylko przestaje chlipać, zaczyna zatruwać mi życie
[…]
Ile lat temu wydarzyło się to wszystko, co panu opowiadam? Piętnaście, dwadzieścia lat? Więcej? Dwadzieścia pięć? Trzydzieści? Skoro mówi pan, że trzydzieści, to może rzeczywiście trzydzieści, nie wiem - zawsze myliły mi się daty i odkąd umarła moja matka, odsunęłam się od wszystkiego, mieszkam sama, sama prowadzę sklep i nie warto zatrudniać sprzedawczyni, bo czasem całymi tygodniami nie przychodzi żaden klient, sklep stoi pusty, a ja siedzę sama przy pustej kasie fiskalnej i patrzę na plac Chile, czekając, aż cień przesunie się po podłodze i dojdzie do półek, żebym mogła wstać, zasłonić okna, założyć łańcuch na drzwi i wrócić do domu, który z braku innej osoby stał się znacznie większy w osiedlu znacznie mniejszym niż dawniej: wybudowali supermarket, tam gdzie były magazyny materaców, zniknął fryzjer, zabrali poplamione głowy, poprzyklejane wycinki z gazet i pomocnice w drewniakach, uśmiechające się do mężczyzn i pokazujące nogi, pomocnice powychodziły za mąż albo poumierały, albo przeprowadziły się gdzieś daleko stąd, bilardy zostały zastąpione ciastkarnią, w której podają pączki i szklanki wody z tortami weselnymi podobnymi do chińskiej pagody o czterech czy pięciu piętrach, z lukrowaną parą nowożeńców starających się zachować równowagę na ostatnim piętrze wśród kwiatów pomarańczy i marcepanowych różyczek, poza starymi nie znam tu prawie nikogo, nie starszymi ludźmi, starymi, bardzo starymi staruchami, w czarnych chustach, które niegdyś były czarne, a teraz są wypłowiałe, szyje wystawione na zewnątrz, obrażone na świat, wściekłe siekacze wyszczerzające się na obojętność ulicy. Staruchy, które ze mną nie rozmawiają, a i ja się do nich nie odzywam, sznur staruch w sznurze okien, wszystkie takie same, wszystkie bezwzględne, wszystkie czujne, każda ze swoją klatką z ptaszkiem, z kością kalmara wsadzoną pomiędzy druty klatki, staruchy takie jak moja matka, gdyby żyła, staruchy takie jak ja niebawem, jeśli jeszcze będę żyła, staruchy, którym powietrze przepływa przez zajęte pylicą groty wewnątrz płuc, zanim wypadnie na zewnątrz, przekształcone w słowa, wypluwane zdania, których nikt nie chce słuchać, jazgotliwe skargi, na które nikt nie zwraca uwagi, staruchy wymieniające minimalną emeryturę na robaczywe jabłka i podłe ryby z trójkołowych wózków obwoźnych sprzedawców, emerytura przeliczana co do grosza i chciwie chowana w lnianym woreczku, staruchy z dziurami w pamięci przetykanymi złością
kuśtykające przygarbionymi grupkami na mszę o siódmej, garbate, jakby taszczyły same siebie na plecach, staruchy chowające ptaszki do domów przed nocą, dumnie, jakby przenosiły najcenniejszy skarb, ptaszki, które ciągłymi skargami upodabniają się do nich, swymi haczykowatymi dziobami i kuśtykaniem, staruchy u lichwiarza, odwijające kawałek zżartej przez mole kapy i wciskające mu pojedyncze widelce, gliniane figurki ojca Cruz, różańce z kości słoniowej
[…]
Carlos, Amerigo, Fernando być może w więzieniu, może uciekli do Hiszpanii, może ukryli się w Alentejo i jedzą kamienie za grzech pomagania przyjaciołom, za to, że przechowali jakąś biżuterię, telewizory, kilka tuzinów tranzystorów, być może ukradzionych przez nieuwagę, być może ukradzionych niechcący i przeznaczonych na niespodziankę dla krewnych na wsi, moja matka za kontuarem, a ja na tronie kasy fiskalnej, popychałam szufladę, która z byle powodu rozdziawiała gardło, żądając porcji banknotów, matka i ja patrzyłyśmy na siebie i na pustą ulicę do siódmej wieczorem, a o siódmej wieczorem plac Chile był pusty i tylko staruchy wyszczerzały siekacze z okien, donna Catarina donna Merces donna Aninhas donna Anunciacencao, staruchy kręciły się w ciemnościach, wśród westchnień, fotografii wąsatych sierżantów, bukietów lawendy, oprawek okularów posklejanych plastrem, zardzewiałych medali, matka i ja patrzyłyśmy na siebie i na dom skurczony pomiędzy powciskanymi domami, na okno donny Lurdes i donny Sary, na okna pomiędzy klatkami niezgrabnych ptaszków, kulawych, rozpływających się w smutnych pocałunkach, na studnię, przy której pierze się ubrania, a latem brzęczą tam osy, a w bezsenne noce mój ojciec opierający łokcie na ceracie stołu, pogardzał mną w ciszy, ojciec, którego ledwie pamiętam, bo ledwie pamiętam siebie z dzieciństwa, pamiętam sznur mrówek wędrujących w dwie strony, wzdłuż pęknięcia w ścianie, pamiętam moją chorą babcię proszącą o kieliszek muszkatelu, bo była przekonana, że po kieliszku muszkatelu poczuje się lepiej, że chodziłam na palcach, żeby być wyższą i starszą, pamiętam przede wszystkim sznur mrówek znikających jedna za drugą w szparze w podłodze i wychodzących z niej w przeciwnym kierunku z tą samą determinacją i bez sensu, ale nie pamiętam ojca ani jego gestów, ani głosu, ani tego, co lubił jeść, kotlety kalmary ślimaki z cebulą sztokfisza, mrówki bardzo zaniepokojone, te same po tylu latach, moja matka i ja w skurczonym domu, wciśniętym pomiędzy inne domy, bez zdjęć wąsatych sierżantów, bez bukietów lawendy, bez oprawek okularów naprawionych plastrem, bez zardzewiałych medali, ja, która mieszkałam w siedmiopokojowym mieszkaniu na ulicy Castilho, ze skórą tygrysa pokazującego mi kły, bez żadnego zwykłego ptaszka w klatce, z kością kalmara wplecioną pomiędzy druty klatki, moja matka wróciła do kuchenki i popatrzyła na moje ubranie z pewną dezaprobatą
sukienka w groszki, buty z krokodyla, ze złamanym obcasem, kapelusz z woalką, koła rozpalonego różu na polikach, ja z twarzą porcelanowej kobiety z Minho, kościelnego męczennika, księżniczki z bajki, a moja matka podeszła do garnka, żeby zamieszać makaron, podczas gdy mrówki maszerowały po podłodze w upartym zacięciu
pan minister, który w przeddzień wyrzucenia nas zabrał mnie z wizytą do Estoril, do profesora Salazara, do zamku ustawionego na skałach Tagu z falami i pianą fal wewnątrz skał, kolczyki ciążyły mi na uszach, siatka woal- ki dzieliła wszechświat na kwadraty, gwóźdź z obcasa wbijał mi się w piętę, wiatr, przeszywając palmy, krzyczące na blankach, rozpinał mi spinki we włosach i rozpraszał perfumy, zamek postawiony na skałach Tagu
[…]
Prawdę powiedziawszy, nie wiem, o czym pan mówi. Jestem oficerem, podpułkownikiem w stanie spoczynku, a nie zaszedłem wyżej nie z braku zasług, ale dlatego, że zacząłem od samego dołu, od szeregowego, wstąpiłem do wojska po trzeciej klasie, a później zostałem kapralem, starszym kapralem, sierżantem, chorążym po czterdziestce, porucznikiem w wieku czterdziestu sześciu lat, kapitanem po pięćdziesiątce, jeśli nie udało mi się zajść wyżej, to dlatego, że bogaci chłopcy z Akademii Wojskowej, którzy nigdy niczego nie przeżyli, nigdy nie cierpieli głodu i od kołyski pędzili wygodne życie, zagrodzili mi drogę, zawsze patrzyli na mnie z góry, ze zmarszczonymi nosami, udając wicehrabiów, odnosili się do mnie niegrzecznie, upokarzali mnie, traktowali mnie z góry, nie rozmawiali ze mną w kasynie, nie zapraszali mnie na karty czy na kości, jeśli brakowało jednego do gry, to mnie szkodzili intrygami, żebym nie dostał promocji, knuciem, manewrami, podszeptywaniem chrzestnym, którzy rządzili w wojsku, teściom brygadierom, wujkom generałom, a ja nie miałem chrzestnych dowódców, teściów brygadierów, wujków generałów
(dziadek mojej żony był mechanikiem tokarzem w Viseu, a brat mojej matki był pijakiem w Serpie, przez większą część roku zajmował się pochłanianiem piwa na komisariacie i nie sądzę, żeby którykolwiek z nich, choć
dość kompetentni w sprawach klucza francuskiego i butelki, mógł w jakiś sposób wpłynąć na decyzje ministra obrony)
choć nie miałem chrzestnych ani teściów ani wujków, zostałem podpułkownikiem w stanie spoczynku w tym domu na Mądre de Deus, który nie wiem jak pan znalazł, bo przecież nie figuruję pod swoim nazwiskiem w książce telefonicznej, ale pod nazwiskiem ojca mojej żony, osieroconej kilka miesięcy przedtem, zanim ją poznałem, bliźniak, który choć tani, moim zdaniem nie jest aż tak brzydki, z grządką begonii od frontu, grządką begonii z tyłu, kilkoma sałatami, które posadziłem pod murem, pod wieczór przynoszę sobie krzesełko, „Przegląd Artyleryjski” i parasol plażowy i siedzę aż do kolacji, w ciemnych okularach i z kremem ochronnym na czole i nosie, i patrzę na główki sałaty, i uczę się o haubicach, wspominając Serpę, nie żeby Serpa jakoś szczególnie mi się podobała albo żebym miał dużo rzeczy do wspominania, ale pomiędzy wspominaniem Serpy i alternatywą dla niej, to znaczy myśleniem o życiu, jakie prowadzę, zdecydowanie wolę Serpę, w Serpie przynajmniej nie porównywano mnie dwadzieścia razy dziennie, i to z pogardą, do zmarłego dyrektora Kompanii Telefonicznej, który ważył sto dziesięć kilo, i ona nosi go na piersi w złotym serduszku, a ja nie mogę zrozumieć, jak może oddychać przywalona tym całym tłuszczem, dyrektor Kompanii Telefonicznej, który w piątki rozmawia z córką przez telefon, łącząc się przez centralę koślawego stołu jednej jasnowidzącej w Chelas, która bierze bardzo drogo za połączenia z Rajem, argumentując przy tym logicznie, że telefony do Stanów Zjednoczonych są drogie, a co dopiero do nieba, niech pani porówna odległość w kilometrach, donno Emilio, pomnoży przez impulsy i niech mi pani powie, tak więc cała renta po ojcu idzie na rozmowy i to ja muszę utrzymywać ją i dom z mojej emerytury, to znaczy utrzymuję ją, żeby słuchać, jak lamentuje od dnia, w którym mnie poznała, i rozmieściłem moją kolekcję dział po całej okolicy, bo nigdy nie wiadomo, w którym momencie zaczną strzelać i rozwalać dach, nie mówiąc już o hałasie, zapachu prochu, niepokojeniu sąsiadów, oburzonych granatem moździerza, który im spadł do ogródka i rozniósł na strzępy kury, zostały tylko te pióra, zostało gdakanie, które sam nie wiem, skąd dochodzi, rozniósł kury na strzępy i zostawił suszące się ubrania proszę podejść i popatrzeć donno Emilio pośród żałosnych dziur, proszę zwrócić uwagę, że spokojnie je sprzątam, bo wszystko na tym świecie się kurzy, skoro uczucia, które są lepiej schowane, w końcu się porządnie pokrywają kurzem, to proszę sobie wyobrazić, co dzieje się z przedmiotami bez witryny, spokojnie je sprzątam, a tu nagle wielki huk, słup dymu i kościół Błogosławionego idzie w cholerę, salon samochodowy prosto na złomowisko, bar Marvila serwuje przypalone kurczaki i oszczędza na węglu, moja żona chwali nieboszczyka, to osoba, mimo swej potężnej postawy, nastawiona pokojowo i miłośniczka ciszy, która stara się nikomu nie przeszkadzać, zajmuje się motylami i znaczkami, które dzięki Bogu są nieme, i do tego stopnia nie znosi przypalonych kurczaków, płomieni i eksplozji, że nawet nie odkręca wody do kąpieli, żeby nie włączać gazu, toteż pod koniec dnia, żeby nie musieć jej znosić, przynoszę sobie krzesło, „Przegląd Artyleryjski” i plażowy parasol, wkładam ciemne okulary i kładę trochę kremu na czoło i nos, wzruszam ramionami, jeśli jakiś granat moździerza wyleci z rykiem przez okno, uniosę rękę z zadowolenia, jeśli jakiś granat moździerza raz na zawsze załatwi stację Santa Apolonia albo żydowski cmentarz, pokrywając popiołem wagony i płyty nagrobne, i siedzę aż do kolacji, patrząc na główki sałaty, uczę się o haubicach i wspominam Serpę, agawy, dzikie gołębie, osty i szpaki, dziesiątki szpaków zażywających świeżego powietrza na dachu letniej sceny, co zaś się tyczy pana, to nic nie rozumiem z tej historii Salazarów i Nowych Państw i ministrów i narzeczonych ministrów i ulic Castilho, ale jeśli chce pan o tym gadać, to oczywiście byłem sierżantem w czasie rewolucji, zanim zostałem sierżantem, byłem starszym kapralem, to oczywiste, starszym kapralem kierowcą, i nie rozumiem, jakie znaczenie może mieć dla książki, co myślał trzydziestoletni starszy kapral, który dopiero co przestał być kapralem, to prawda, że nazywam się Tomas, to prawda, że bardzo dawno temu przeznaczono mnie do służby w Terreiro do Paco, ale zamiast żebym mówił, czy nie chce pan raczej, żebym panu przyniósł krzesło i plażowy parasol, żebyśmy mogli cieszyć się zapadającym wieczorem, słychać pawie z lasu, nawet nie musimy rozmawiać, a kiedy ciemność nie pozwoli nam już widzieć jeden drugiego, pan włoży magnetofon i papiery do torby, bo nie ma sensu odkopywać przeszłości, i zostawi mnie pan w spokoju, bez zadawania pytań, nigdy w życiu mnie pan nie widział, niech pan zostawi Salazara, bo już dawno kopnął w kalendarz, niech pan zostawi ministra, bo gnije gdzieś w jakimś szpitalu, kiedy ciemność nie pozwoli nam siebie widzieć, zapomni mnie pan zupełnie, a ja zrobię to samo ze swej strony, i już, sprawa załatwiona, spokojnie będę dalej uprawiał warzywa, będę się starzał w spokoju, czy zwrócił pan już uwagę na blask warzyw, kiedy zapada zmrok, na błyszczenie cytrynowca, jakże wszystko staje się wyraźne i jasne przed zapadnięciem ciemności, zarys dachów, zarys okien, trwożne falowanie zasłon, mikroskopijne pęknięcie ściany albo nieznaczna plama kiełków, teraz olbrzymich, a nigdy wcześniej nie zwróciliśmy na nie uwagi, zauważył już pan, jak dźwięki i głosy zmieniają barwę, wewnętrzne, sąsiednie, niepokojące, jakbyśmy mieszkali w słoiku pełnym cieni i ech, zdarzało mi się zawozić pana ministra do dworu, we wrześniu, zdawało mi się, że płynę pośród cedrów, zawieszony na niewidzialnym drucie, jak jastrzębie i sokoły nad Serpą w lecie, dokładnie w tym samym miejscu z rana i następnego dnia też, i następnego, i następnego, jastrzębie i sokoły, które pewnie jeszcze tam są, tak jak mnie się zdaje, że ciągle trwam w Palmeli, pomiędzy psiarnią i różami, z gorącymi oddechami owczarków alzackich na żelaznej siatce, patrzących na mnie smutnymi, zrezygnowanymi źrenicami, donna Titina wołała mnie ze schodów, z miotełką z piór w ręku, poprawiała kok wolnymi palcami
[…]
brzuchaty generał ze sztucznymi wąsami, ze sztucznymi włosami, ubrany w brązowy albo szary garnitur notariusza, a obok generała kobieta z torebką zawieszoną na ramieniu, generał i kobieta podeszli do nas, ponownie bardzo dawne echo koguta i szczeniaka, plastik posrebrzony słońcem, puścił mi pęcherz, wilgotne nogi, skarpetki i buty, jakbym chodził po bagnie, jakaś przepiórka to tu, to tam i generał z wyciągniętą ręką
żmija pomiędzy kamieniami, sroki, wzlatujące pojedynczo z dębu w burzy skowytu, w burzy skrzydeł, moja babcia do wujka, nadeptując mu pierś sandałem
drżąca trawa, kościelna wieża nie biła na alarm, kobieta z torebką na ramieniu utkwiła wzrok w inspektora, wpatrzyła się w Hindusa, nagle zaniepokojona, otworzyła usta w niemym proteście, brzuchaty generał pośliznął się na nierówności trawy, wyprostował się, otrzepał spodnie, poprawił włosy, poprawił wąsy
a Hindus
odbezpieczając pistolet i przytrzymując brązowy garnitur, szary garnitur notariusza, skowyt srok, fruwanie oczu, fruwanie ciemnych ciał i uciekających od nas pierzastych przecinków, zegar zatrzymany na szóstej godzinie, niebieskie zęby, które śmiały się niezmiennie przez całe czuwanie, które, mogę się założyć, śmieją się jeszcze pod ziemią, kobieta z torebką na ramieniu
i nie było słychać strzałów, to znaczy przynajmniej ja jestem gotów przysiąc, że nie usłyszałem żadnego strzału, wszystko wydarzyło się w całkowitym milczeniu akwarium, pośród nieruchomych węgorzy, nawet gesty, ruchy, upadek odbywały się z opóźnieniem, a jednak generał wypróżnił się, skulony, trzymając się za brzuch, z dziwaczną pianką sączącą się z nosa, generał z jedną nogą bosą na brzuchu, nad skarpą, zleciały mu sztuczne włosy, sztuczne wąsy, jedna trzecia czaszki, kiedy inspektor, nie Hindus, przylgnął do niego, zaniepokojony głos pana ministra, pan minister gruchający i całujący głośno stracha na wróble
Antonio Lobo Antunes, Podręcznik dla inkwizytorów
Powieść historyczno-obyczajowa niedawno zmarłego Antonio Lobo Antunesa – portugalskiego pisarza i lekarza-psychiatry umiejscawia rozwarstwiającą się akcję opowieści w dyktatorskich, a może nawet profaszystowskich czasach rządów Antonio de Oliveira Salazara, którego powszechne znienawidzenie staje się osią rabelaisowskiej narracji pełnej erudycji, cielesności i humoru. W tym nieco przekrzywionym zwierciadle główny bohater, czy karykaturowany tutaj doradca albo i minister bez teki sardonicznego dyktatora skwapliwie korzysta z uprzywilejowanej pozycji, jaką „wyrabia” mu kontakt z naczelnym autokratą; używa czy nadużywa swojej pozycji w amoralnych działaniach, zwłaszcza wobec postronnych i niczemu niewinnych ludzi będących akurat w jego najbliższym otoczeniu. Jego koniec staje się symbolem upadku tego wszystkiego, co wówczas w Portugalii stawało się znienawidzone i poległo wraz z paranojami konserwatystów w zamęcie tzw. goździkowej rewolucji demokratycznej. Tak czy inaczej powieść Antunesa jest podskórnie kolejną przestrogą, również w niej cierpkim wspomnieniem, że jakiekolwiek długoletnie rządy oparte na obsesjach i zakłamaniu pozostawiają głośny rys na psychice ludzkiej, czasem boleśniejszy niż osobista trauma z też trudnego, acz skądinąd branego dzieciństwa.