27.03.2026

„Natura nie narzuca ci niczego,
do czego sama cię nie przygotowała”
Marek Aureliusz
„Moja ohydna próżność, panie mój,
jest jak próżność
owego sławetnego kota,
który studiował ornitologię”
„Ból jest jedynym złem,
o którym wiem
naprawdę”
„Ponieważ
wątpić to nie to samo, co
zaprzeczać”
[…]
Brat Francis nigdy przedtem nie widział pielgrzyma z opasanymi biodrami. Ale gdy tylko otrząsnął się z przejmujących zimnym dreszczem skutków pojawienia się na odległym horyzoncie podskakującego czarnego przecinka, otoczonego migoczącą mgiełką upału, przekonał się, że ma do czynienia z bona fide pielgrzymem. Pozbawiony nóg, lecz wyposażony w maleńką główkę przecinek, stopniowo materializował się w lustrzanym blasku, stojącym nad potrzaskaną powierzchnią szosy. Zdawał się przybliżać, wijąc się raczej niż idąc. Brat Francis chwycił krucyfiks swego różańca i wymamrotał Ave, a może nawet dwa. Przecinek mógł być zjawą spłodzoną przez demony skwaru, znęcające się w samo południe, gdy wszelkie stworzenia zdolne poruszać się po pustyni (z wyjątkiem myszołowów i paru podobnych Francisowi mnichów eremitów) leżą nieruchomo w swych norach lub skrywają się przed okrutnym słońcem pod skałami. Tylko istota potworna, istota nadnaturalna lub wreszcie istota o zaćmionym umyśle mogła świadomie poruszać się w ten sposób drogą, o południu. Brat Francis Spiesznie dodał do swych Ave modlitwę do świętego Raula Cyklopa, patrona potwornie urodzonych, by wybłagać ochronę przed nieszczęsnymi protegowanymi świętego. (Bo któż wówczas nie wiedział, iż były potwory na Ziemi w owe dni? Ten z nich, który urodził się żywy, był zgodnie z prawem Kościoła i prawem natury zmuszony dalej żyć w cierpieniach, a jeśli możliwe, z pomocą tych, którzy go spłodzili, doprowadzony aż do dojrzałości. Nie zawsze przestrzegano tych praw, ale czyniono to wystarczająco często, by stale istniała w rozproszeniu populacja dorosłych potworów. Dla swych wędrówek często obierały one najodleglejsze z opuszczonych terenów, gdzie nocami w poszukiwaniu zdobyczy krążyły wokół ognisk, rozpalonych przez podróżników prerii). Ale w końcu przecinek wywinął się z drgających fal upału i wstąpił w czyste powietrze, gdzie w oczywisty sposób okazał się pielgrzymem. Brat Francis wypuścił z ręki krucyfiks z cichym Amen. Pielgrzym okazał się kulawym starcem z rozwichrzoną brodą, wyposażonym w kij, pleciony kapelusz oraz w przewieszony przez ramię skórzany bukłak na wodę. Żuł i popluwał z taką gorliwością, że nie mógł być zjawą na ludożercę zaś lub rozbójnika był nazbyt wątły i zbyt kulawy. Niemniej Francis chyłkiem usunął się z kierunku, w którym pielgrzym spoglądał i przypadł do ziemi za stertą potrzaskanych kamieni, skąd mógł go obserwować sam nie będąc widzianym. Na pustyni spotkania z obcymi, choć zdarzały się rzadko, cechowała wzajemna podejrzliwość; obie zaś strony zawczasu przygotowywały się na dwie możliwości, że wydarzenie przybierze charakter serdeczny, lecz równie dobrze może przerodzić się w walkę.
[…]
“Ależ wcale nie musisz” – nie wypowiedziany protest zamarł bratu Franciszkowi na wargach. Patrzył, jak tamten odchodzi, kuśtykając. Pielgrzym jął chodzić to tu, to tam wśród stert gruzu. Przystawał co jakiś czas, by obejrzeć jakiś kamień albo podważyć go swoją laską. Jego starania z całą pewnością okażą się bezowocne – pomyślał nowicjusz, gdyż sam już prowadził podobne poszukiwania od przedpołudnia. Doszedł w końcu do wniosku, że łatwiej będzie usunąć i zbudować na nowo odcinek ostatniego rzędu niż znaleźć zwornik, który pasowałby do przypominającego klepsydrę otworu. Ale z pewnością pielgrzym straci rychło cierpliwość i pójdzie swoją drogą. Przez ten czas brat Franciszek odpoczywał. Modlił się o odzyskanie tego duchowego oderwania od świata, którego miał szuka zgodnie z założeniami czuwania; chodziło o to, żeby umysł stał się czystym pergaminem, na którym w tej samotności mogłyby zostać zapisane słowa wezwania – jeśli tylko ta inna Niezmierzona Samotność, Bóg, zechce wyciągnąć dłoń, by dotknąć jego ludzkiej samotności i naznaczyć jego powołanie. Mata Księga, którą przeor Cheroki wręczył mu poprzedniej niedzieli, służyła z; przewodnik w medytacji. Liczyła sobie wiele wieków i nazywane ją Libellus Leibowitz, aczkolwiek tylko niepewna tradycja przy pisywała jej autorstwo samemu błogosławionemu. Parum equidem te diligebam, Domine, juventute mea; quart doleo nimis… Zbyt mało, Panie mój, miłowałem Cię w latach me młodości; dlatego tak bardzo smucę się w mych latach dojrzałych Próżno w dniach owych uciekałem do Ciebie… Hej, tutaj! - Okrzyk dobiegł zza stosów gruzu. Brat Franciszek rzucił krótkie spojrzenie w stronę, skąd dochodził głos, ale nie dostrzegł pielgrzyma. Jego wzrok znowu skierował się na stronicę. Repugnans tibi, ausus sum quaerere quidquid doctius mihi fide, certius spe, aut dulcius caritate visum esset. Quis itaque stultior me... [Sprzeciwiając się Tobie, ośmieliłem się rozprawiać o tym, co wydało mi się mądrzejsze od wiary, pewniejsze od nadziei lub słodsze od miłości chrześcijańskiej. Któż przeto głupszy ode mnie…]
[…]
Jego uszu dobiegł łagodny trzepot skrzydeł. Spojrzał do góry i zobaczył sępa gotującego się, by usiąść na stercie gruzu w odległości kilku metrów. Ptak zaraz wzbił się znowu w powietrze, ale Franciszek wyobraził sobie, że sęp spojrzał na niego z jakimś matczynym zafrasowaniem, tak jak patrzy zmartwiona kokosz. Czym prędzej przekręcił się na plecy. Ptaki zbiły się na niebie w wielką czarną hordę i zataczały kręgi na małej wysokości. Kiedy się poruszył, wzleciały wyżej. Nagle, nie zważając na to, że być może ma złamany kręgosłup albo złamane żebro, stanął na trzęsących się nogach. Rozczarowana czereda wzbiła się znowu wysoko na niewidocznych słupach rozgrzanego powietrza, a następnie rozproszyła się, odlatując w stronę swoich oddalonych, powietrznych posterunków. Wydawało się, że ptaki, mroczne alternatywy Parakleta, na którego nadejście czekał, pragną czasem zstąpić, zajmując miejsce Gołębia; ich nagłe zainteresowanie jego osobą denerwowało go i poruszywszy parę razy na próbę ramionami, rychło doszedł do wniosku, że ostry odłam skalny zrobił mu tylko siniaka i lekko go skaleczył. Powiew wiatru rozpraszał słup pyłu, który wzbił się znad szybu. Franciszek miał nadzieję, że z wież strażniczych opactwa dojrzą ten pył i ktoś przybędzie, żeby sprawdzić, co też się stało. U jego stóp, w miejscu, gdzie zbocze się zapadło, zionął kwadratowy otwór. Zobaczył wiodące w dół schody, ale tylko ich górny fragment nie był zasypany. Niżej pokrywał je gruz, który przez sześć wieków wisiał na włosku, czekając na pomoc brata Franciszka, żeby zwalić się z łoskotem. Na ścianie szybu przetrwał czytelny, chociaż na pół zasypany znak. Mobilizując cały skromny zasób swojego angielskiego sprzed potopu, wyszeptał, zająkując się, słowa:
SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU
Maksymalna pojemność: 15
Zaopatrzenie w przeliczeniu na jednego użytkownika: 180 dni. Podzielić przez liczbę użytkowników. Wchodząc do schronu, upewnij się, czy pierwszy właz jest szczelnie zaryglowany, czy osłona zabezpieczająca przed wtargnięciem osób napromieniowanych jest pod napięciem, czy światła ostrzegawcze na zewnątrz zostały włączone…
[…]
Zwrócił uwagę na to, że szczątki zalegające przez całe wieki przedsionek były ciemniejsze i bardziej chropowate niż te, które zostały wypalone promieniami słońca i osmagane niosącymi piasek wichrami, zanim osunęły się dzisiaj do środka. Przyjrzawszy się kamieniom, można było stwierdzić, że wewnętrzny właz został zablokowany nie przez dzisiejszą lawinę kamienną, lecz przez jakąś starszą nawet niż opactwo. Jeśli w zamkniętym hermetycznie pomieszczeniu schronu krył się Opad, oznaczało to, że demon nie otworzył wewnętrznego włazu od czasów Potopu Płomieni, który miał wszak miejsce przed Sprostaczeniem. A skoro przez tak wiele wieków był zaryglowany za metalowymi drzwiami, nie ma specjalnych powodów - powiedział sobie Franciszek – by obawiać się, iż wypadnie nagle z włazu przed Wielką Sobotą. Pochodnia przygasła. Znalazł odłamaną nogę od krzesła i przypalił ją od zamierającego płomienia, a następnie zaczął gromadzić szczątki zniszczonego umeblowania, żeby rozpalić odpowiedni ogień, zastanawiając się przez cały czas nad starożytnym napisem: SCHRON DLA PRZETRWANIA OPADU. Sam brat Franciszek bez wahania przyznawał, że jego znajomość angielskiego sprzed Potopu jest jeszcze daleka od doskonałości. Sposób, w jaki w tym języku jedne rzeczowniki mogą czasami zmieniać inne, stanowił zawsze jeden z jego słabych punktów. Po łacinie, podobnie jak w najprostszych dialektach tego regionu, konstrukcja w rodzaju servus puer znaczyła mniej więcej to samo co puer servus i nawet po angielsku slave boy oznaczało boy slave. Ale na tym kończyły się podobieństwa. Nauczył się tego, że house cat nie znaczy to samo co cat house i że dativus celu albo posiadania, jak w mihi amicus w pewien sposób przenosi się na dogfood albo sentry box, nawet bez fleksji. Co jednak z potrójną przydawką jak fallout survival shelter, czyli “schron dla przetrwania opadu”? Brat Franciszek potrząsnął głową. Ostrzeżenie na wewnętrznym luku mówiło o pożywieniu, wodzie i powietrzu, aczkolwiek z całą pewnością nie były to rzeczy niezbędne dla pomiotów piekielnych. Czasem nowicjusz dochodził do wniosku, że przedpotopowy angielski jest bardziej kłopotliwy niż angelologia pośrednictwa albo obliczenia teologiczne świętego Leslie.
[…]
Zacisnął mocno powieki i potrząsnął głową, aż wydało musi (że coś w niej zagrzechotało. Potem spojrzał raz jeszcze. Słów były tu nadal, zupełnie wyraźne: PROJEKT OBWODU I.E. Leibowitz. Raz jeszcze przebiegł wzrokiem dokument. Wśród figur geometrycznych i dziecinnych szkiców znalazł wyraźnie odbity czerwonym tuszem formularz:
ROZDZIELNIK KOPII:
Kierown.
Prod.
Projekt I.E. Leibowitz
Inż.
Wojsko
Nazwisko wpisane zostało wyraźnym kobiecym pismem, nie zaś pośpiesznymi bazgrołami jak w innych notatkach. Raz jeszcze spojrzał na opatrzony inicjałami podpis na wieczku: I.E.L. i jeszcze PROJEKT OBWODU… Te same inicjały pojawiały się wszędzie. Kwestią sporną i nadzwyczaj trudną do rozstrzygnięcia było pytanie, czy do błogosławionego założyciela zakonu, jeśli zostanie w końcu kanonizowany, trzeba się zwracać jako do święte Izaaka, czy też jako do świętego Edwarda. Niektórzy uważali nawet, że formą najwłaściwszą byłby święty Leibowitz, albowiem dotychczas zwracano się do błogosławionego po nazwisku. Beate Leibowitz, ora pro me! [Błogosławiony Leibowitzu, módl się za mnie – przyp. aut.] - szepnął brat Franciszek. Ręce tak mu drżały, że groziło to zniszczeniem kruchych dokumentów. Znalazł pamiątki po świętym! Oczywiście Nowy Rzym nie wyniósł jeszcze Leibowitza na ołtarze, ale brat Franciszek był tak dalece przekonany o jego świętości, że ważył się dodać: Sancte Leibowitz, ora pro me! Nie bawił się w wyciąganie poprawnych, lecz jałowych wniosków logicznych; od razu doszedł do wniosku ostatecznego: od samych Niebios uzyskał potwierdzenie swojego powołania. Znalazł to, po co został, w swoim mniemaniu, posłany na pustynię. Oto znak, że ma złożyć śluby zakonne.
[…]
Ojciec Cheroki podniósł wzrok. Zaciśnięte na krawędzi stołu palce pobielały mu i na twarzy odmalowało się napięcie. Robił wrażenie, jakby nie słuchał. Słucham, ojcze opacie? Rzecz w tym, że to samo może przytrafić się w tym wypadku – oznajmił opat i podjął swój spacer tam i z powrotem W zeszłym roku mieliśmy brata Noyona i jego cudowny sznur wisielca. Ha! A rok wcześniej brat Smirnov został w tajemniczy sposób uzdrowiony z podagry. I to jak? Przez dotknięcie prawdopodobnej relikwii naszego błogosławionego Leibowitza, powiadają młodzi prostacy. A teraz ten Franciszek spotyka pielgrzyma ubranego w co? Ubranego w spódniczkę z tegoż worka, w który odziali błogosławionego Leibowitza, zanim go powiesili A czym był przepasany? Sznurem. Jakim sznurem? No, zupełnie takim samym… Przerwał i spojrzał na Cherokiego. Widz? Nie? No dobrze, nie możesz odpowiedzieć. Nie, nie, Franciszek tego nie powiedział. Powiedział tylko… Opat Arkos starał się, by jego zwykle gruby głos zabrzmiał falsetem. Brat Franciszek powiedział tylko… “Spotkałem małego staruszka, pomyślałem, że to pielgrzym zmierzający do opactwa, zdążał w tę właśnie stronę i był ubrany w konopny worek związany kawałkiem sznura. I zrobił znak na skale, i znak wyglądał tak”.
[…]
Więc to tak! Wpadasz w odrętwienie, a tu nadciąga oddział pogańskich wojowników z Utah, zabija kilku ogrodników, niszczy system nawadniający, niszczy nasze zbiory i zasypuje studnię kamieniami, zanim zaczniemy się bronić. Dlaczego tak patrzysz… och, zapomniałem… urodziłeś się w Utah i dopiero po jakimś czasie uciekłeś. Wszystko jedno. Może masz trochę racji z tym pełnieniem straży… to znaczy z tym, że mógł nie zobaczyć starca. Czy jesteś pewny, że był to zwyczajny starzec… nic więcej? Nie anioł? Nie błogosławiony? Zamyślone spojrzenie nowicjusza wzniosło się do sufitu, a następnie opuściło czym prędzej na twarz zwierzchnika. Czy aniołowie lub święci rzucają cień? No tak… to znaczy nie. To znaczy… skąd mam wiedzieć! On jednak rzucał cień, czy nie tak? No… był to taki mały cień, że ledwie go widziałem. Co? Bo było prawie południe. Głupcze! Nie pytam cię, kim on był twoim zdaniem. Wiem doskonale, kim był, jeśli go w ogóle widziałeś. Opat Arkos grzmotnął kilkakrotnie pięścią w stół, żeby podkreślić swoje słowa. Chcę wiedzieć, czy ty… Ty…! jesteś pewny ponad wszelką wątpliwość, że był to zwykły człowiek?!
[…]
Cokolwiek zbity z tropu poruszeniem w opactwie, brat Franciszek wrócił jeszcze tego samego dnia na pustynię, żeby dopełnić swojego wielkopostnego czuwania w dosyć żałosnej samotności. Spodziewał się, że w związku z wykopaliskami zapanuje jakieś podniecenie, ale zaskoczyło go zainteresowanie, jakie wszyscy okazali staremu wędrowcowi. Opowiedział o starcu tylko dlatego, że ten, przypadkowo albo zgodnie z zamierzeniem Opatrzności, miał swój udział w tym, że mniszek natrafił na kryptę i zawarte w niej znaleziska. Z punktu widzenia Franciszka pielgrzym stanowił czynnik drugorzędny w rysunku mandali, której centrum stanowiła relikwia świętego. Ale miał wrażenie, że jego koledzy z nowicjatu bardziej interesowali się pielgrzymem niż relikwiami i nawet opat nakazał mu zastanawiać się nie nad skrzynką, ale nad starcem. Zasypywano go pytaniami o pielgrzyma, na które mógł odpowiadać tylko: “Nie zauważyłem” albo “Nie przyjrzałem się wtedy”, albo “Nie pamiętam, czy to powiedział”, a sporo z tych pytań robiło odrobinę dziwaczne wrażenie. Tak więc sam zaczął się teraz głowić: “Czy powinienem był zauważyć? Czy byłem głupi, że nie patrzyłem, co on robi? Czemu nie dość uwagi poświęciłem temu, co mówił? Czy umknęło mi coś ważnego, bo byłem na pół nieprzytomny?” Rozważał to w ciemnościach, kiedy wilki czyhały na zdobycz wokół jego nowego obozowiska i wypełniały nocną ciszę swoim wyciem. Przyłapał sam siebie na tym, że roztrząsa te kwestie także w ciągu dnia, który uważano wszak za właściwy dla modlitwy i duchowych ćwiczeń związanych z czuwaniem przed złożeniem ślubów. Wyspowiadał się więc przed księdzem Cherokim przy okazji najbliższego niedzielnego objazdu.
[…]
Nauki, które Franciszek pobrał w opactwie, nie przygotowały go do niczego, co miałoby jakąkolwiek wartość praktyczną w ciemnym, pozbawionym wiedzy i żyjącym z dnia na dzień świecie, gdzie nikt nie umiał czytać, a tym samym wykształcony młodzieniec wydawał się wspólnotom zupełnie nieprzydatny, chyba że potrafił również uprawiać ziemię, walczyć, polować albo popisywać się jakimiś szczególnymi talentami w zakresie międzyszczepowych kradzieży, różdżkarstwa i obróbki metalu. Nawet na rozproszonych obszarach, gdzie istniały formy cywilnego ładu, fakt, że ktoś był wykształcony, nic by mu nie pomógł, gdyby przyszło mu żyć poza Kościołem. Co prawda ten lub ów z drobnych baronów zatrudniał czasami jednego czy drugiego skrybę, ale były to przypadki na tyle rzadkie, iż nie warto ich brać pod uwagę, tym bardziej że funkcje te spełniali często mnisi albo prawnicy, którzy wynieśli wiedzę ze szkół klasztornych. Jedyne zapotrzebowanie na skrybów i sekretarzy powstawało w obrębie samego Kościoła, który delikatną, hierarchiczną pajęczyną obejmował cały kontynent (i czasami nawet sięgał do odległych wybrzeży, aczkolwiek biskupi za granicą byli właściwie autonomiczni, poddani Stolicy Apostolskiej teoretycznie, ale rzadko kiedy w praktyce, gdyż od Nowego Rzymu oddzielała ich nie tyle schizma, ile oceany, które bardzo rzadko pokonywano) i mógł trwać w jedności wyłącznie dzięki sieci łączności. Kościół stał się, chociaż prawie przypadkowo i bez zamiaru ze swej strony, jedynym sposobem przekazywania z miejsca na miejsce informacji przez cały kontynent. Jeśli na północnym wschodzie pojawiła się zaraza, południowy zachód wkrótce się o niej dowiadywał z krążących z ust do ust opowieści, przynoszonych przez posłańców kościelnych, którzy kursowali między Nowym Rzymem a resztą kontynentu. Jeśli przenikanie nomadów na daleki północny zachód zagrozi chrześcijańskim diecezjom, wkrótce na terenach położonych daleko na południe i wschód ze wszystkich ambon odczytany zostanie list encykliczny donoszący o tym zagrożeniu i udzielający apostolskiego błogosławieństwa “mężczyznom wszystkich stanów, którzy są zdolni do noszenia broni i, mając środki na odbyciu podróży, mogą w swej pobożności wyruszyć, aby złożyć przysięgę wierności naszemu umiłowanemu synowi, prawowitemu władcy tego miejsca, na taki okres, jaki może okazać się niezbędny dla wsparcia stałej armii w obronie chrześcijan przeciwko gromadzącym się pogańskim hordom; wielu bowiem poznało okrutne ich zdziczenie i naszą najżywszą troskę budzi to, że owi poganie torturują, mordują i pożerają kapłanów Pana naszego, których posłaliśmy ze Słowem, aby sprowadzili zbłąkane owieczki do owczarni, bo na tym padole My jesteśmy ich Pasterzem; albowiem chociaż nigdy nie straciliśmy nadziei ani nie przestaliśmy wznosić modłów, ażeby te dzieci ciemności można było wyprowadzić na światło i wskazać im drogę do naszego królestwa pokoju (nie należy atoli myśleć, że pracowici cudzoziemcy mają być wypędzeni z krainy tak obszernej i pustej; przeciwnie, trzeba witać z otwartymi ramionami wszystkich przybywających w zamiarach pokojowych, nawet gdyby obcy byli widzianemu Kościołowi i jego Boskiemu Założycielowi – póki dają posłuch naturalnemu prawu zapisanemu w sercach wszystkich ludzi i wiążącemu ich duchowo z Chrystusem, aczkolwiek nie znają Jego imienia), jest przecież stosowne, słuszne i przezorne, by chrześcijaństwo, modląc się o pokój i nawrócenie pogan, stanęło do obrony na północnym zachodzie, gdzie gromadzą się hordy i mnożą się w ostatnich czasach przypadki pogańskiego okrucieństwa, tak zatem każdemu z was, umiłowani synowie, którzy możecie nosić broń i zamierzacie wyprawić się na północny zachód, by połączyć siły z tymi, co słusznie gotują się do obrony swoich ziem, domów i kościołów, przekazujemy i tym samym dajemy jako znak naszej szczególnej miłości apostolskie błogosławieństwo”.
[…]
Powiedziano, że Bóg, chcąc poddać próbie rodzaj ludzki, który napęczniał pychą jak w czasach Noego, rozkazał ówczesnym mędrcom, wśród nich błogosławionemu Leibowitzowi, wynaleźć wielkie machiny wojenne, jakich nigdy przedtem nie było na ziemi, broń o takiej mocy, że mieściła w sobie ogień piekielny i że Bóg dopuścił, by owi czarnoksiężnicy oddali machiny w ręce możnych i powiedzieli każdemu księciu: “Zbudowaliśmy je dla ciebie tylko dlatego, że twoi wrogowie je mają, aby wiedzieli, że ty też to masz, i ulękli się uderzyć. Bacz więc, mój panie, byś zawsze tyle samo obawiał się ich, ile oni winni obawiać się ciebie, albowiem wówczas żaden nie rzuci tej straszliwej rzeczy, którą żeśmy sporządzili”. Ale książęta mieli za nic słowa swoich mędrców i każdy myślał: “Jeśli tylko uderzę dość szybko i w tajemnicy, zniszczę tamtych w ich śnie i nigdy nie podejmą ze mną walki. Cała ziemia będzie do mnie należeć”. Takie było szaleństwo książąt i potem nastąpił Potop Płomieni. Po pierwszym spuszczeniu ze smyczy piekielnego ognia w ciągu kilku tygodni – a niektórzy powiadają, że dni – wszystko się skończyło. Miasta zmieniły się w kałuże szkła otoczone wielkimi obszarami skruszonych kamieni. Całe narody znikały z powierzchni ziemi, wielkie obszary były zasłane ciałami ludzi i bydła, i wszelkiej zwierzyny, a także ptaków powietrznych, i wszelkiej istoty ze skrzydłami, wszystkiego, co pływa w rzekach, pełza w trawie i zagrzebuje się w norach; wszystko chorowało i marło, i trupy pokryły ziemię, a tam, gdzie demony Opadu osiadły na ziemi, ciała przez dłuższy czas nie mogły się rozłożyć, chyba że dotykały żyznej gleby. Wielkie chmury gniewu pochłonęły lasy i pola, powodując, że drzewa uschły i zbiory zginęły. Tam, gdzie niegdyś kwitło życie, ciągnęły się bezkresne pustynie, a w tych miejscach ziemi, gdzie człowiek przeżył, wszyscy byli chorzy od zatrutego powietrza, tak więc jeśli nawet ktoś uniknął śmierci, nie pozostał bez szwanku i wielu umarło z powodu zatrutego powietrza nawet tam, gdzie broń nie uderzyła. We wszystkich częściach świata ludzie uciekali z jednego miejsca na drugie i doszło do pomieszania języków. Wielki gniew zwrócił się przeciwko książętom i sługom książąt, i tym czarnoksiężnikom, którzy wymyślili broń. Lata mijały, a ziemia nadal była nieczysta. Tak zostało wyraźnie zapisane w memorabiliach. Z pomieszania języków, ze stopienia się szczątków wielu narodów, ze strachu wyrosła nienawiść. I nienawiść powiedziała: “Ukamienujmy, rozszarpmy i spalmy tych, którzy to uczynili. Złóżmy ofiarę całopalną z wszystkich, którzy dokonali tej zbrodni, wraz z ich najmitami i mędrcami. Niechaj zginą w płomieniach wraz ze swoimi dziełami, imionami, a nawet z pamięcią po nich. Zniszczmy ich wszystkich i nauczmy nasze dzieci, że świat stal się nowy, że mogą nic nie wiedzieć o sprawach, które dokonały się przedtem. Uczyńmy wielkie Sprostaczenie, a wtedy świat zacznie się od nowa”. Tak więc spełniło się, że po Potopie, Opadzie, plagach, szaleństwie, pomieszaniu języków, wściekłości przyszło krwawe prostaczenie, kiedy jedni ocaleni rozdzierali innych ocalonych – członek po członku, zabijając władców, uczonych, przywódców, techników, nauczycieli i każdego, kogo przywódcy rozpasanej tłuszczy uznali za zasługującego na śmierć za to, że pomagał w tym, by ziemia stała się tym, czym się stała. Nic nie było bardziej nienawistne w oczach tłuszczy niż ludzie wykształceni, po pierwsze dlatego, że służyli książętom, ale poza tym dlatego, że nie chcieli przyłączyć się do krwawych rozpraw i próbowali sprzeciwić się tłuszczy, nazywając jej członków “krwiożerczymi prostakami”. Tłuszcza radośnie podchwyciła tę nazwę i wzniosła okrzyk: “Prostacy! Tak, tak! Jestem prostakiem! Czy jesteś prostakiem? Zbudujemy miasto i nazwiemy je Miastem Prostackim, albowiem wtedy wszyscy sprytni łajdacy, którzy ściągnęli klęskę na nasze głowy, będą martwi! Prostacy! Chodźmy! Pokażemy im! Czy ktoś tutaj nie jest prostakiem? Dawajcie drania, jeśli się taki znajdzie!” Chcąc uniknąć furii band prostaków, wszyscy mądrzy, wykształceni ludzie, jacy jeszcze pozostali, kryli się w tych sanktuariach, które udzielały schronienia. Kościół Święty przyjął ich i odział w mnisie szaty, i ukrywał w klasztorach i zakonach, które ocalały i mogły być od nowa zajęte, gdyż tłuszcza mniej pogardzała zakonnikami, jeśli tylko nie próbowali stawić jej otwarcie czoła i godzili się tym samym na męczeństwo. Czasem to schronienie okazywało się bezpieczne, ale częściej tak nie było. Zajmowano klasztory, palono kroniki i święte księgi, uciekinierów chwytano i w pośpiesznym trybie wieszano albo palono. Prostaczenie przestało kierować się jakimkolwiek planem albo celem już wkrótce po tym, jak się zaczęło, i przemieniło się w szaleńczą gorączkę masowych morderstw i niszczenia, jak to może się zdarzyć tylko wtedy, kiedy znikną ostatnie ślady porządku społecznego. Obłęd przekazany został dzieciom, które uczono nie tylko zapomnienia, ale również nienawiści, i wybuchy tłumnego szaleństwa powtarzały się sporadycznie jeszcze w czwartym pokoleniu po Potopie. Wtedy jednak furie te kierowały się nie przeciwko wykształconym, gdyż takich już nie było, ale przeciwko tym wszystkim, którzy umieli czytać. Izaak Edward Leibowitz, po bezskutecznych poszukiwaniach żony, uciekł do cystersów, u których pozostawał w ukryciu przez pierwsze lata po Potopie. Sześć lat później raz jeszcze wyruszył na poszukiwanie Emily albo jej grobu na daleki południowy zachód. I zyskał wreszcie przeświadczenie, że Emily nie żyje, gdyż tam śmierć tryumfowała bezlitośnie. Tam właśnie, na pustyni, złożył śluby. Potem wrócił do cystersów, przywdział ich suknię i po wielu latach został księdzem. Zgromadził wokół siebie paru towarzyszy i wysunął kilka skromnych propozycji. Po kilku następnych latach propozycje przeniknęły do “Rzymu”, którym nie był już Rzym (bo ten przestał być miastem), lecz który przenoszono z miejsca na miejsce przez prawie dwa dziesięciolecia, chociaż przedtem przez dwa tysiąclecia pozostawał w tym samym miejscu. Dwanaście lat po wystąpieniu z propozycjami ojciec Izaak Edward Leibowitz uzyskał ze Stolicy Apostolskiej zgodę na założenie nowej wspólnoty zakonnej, która miała wziąć nazwę od Alberta Wielkiego, nauczyciela świętego Tomasza i patrona ludzi nauki. Jej utajonym zadaniem było przechowywanie historii ludzkiej dla prapraprawnuków prostaków, którzy chcieli tę historię zniszczyć. Najdawniejszym habitem wspólnoty był konopny worek i tobołek, uniform prostackiej tłuszczy. Jej członkowie byli albo “tropicielami książek”, albo “memorystami”, zależnie od wyznaczonych zadań. Tropiciele przemycali książki na południowo-zachodnie pustynie i zakopywali w baryłkach. Memoryści powierzali własnej pamięci całe woluminy historii, świętych ksiąg, literatury i nauki na wypadek, gdyby jakiś tropiciel książek został schwytany i torturami zmuszony do wydania miejsca ukrycia baryłek. Jednocześnie inni członkowie nowego zakonu odkryli źródło jakieś trzy dni drogi od skrytki z książkami i przystąpili do budowy klasztoru. W ten sposób zaczęto wprowadzać w życie plan, którego celem było uratowanie resztek ludzkiej historii z rąk resztek ludzkości pragnącej zniszczyć to, co ocalało. Leibowitz, który wyruszył, kiedy przyszła jego kolej, tropić książki, został złapany przez tłuszczę prostaków; technokrata-renegat, któremu kapłan szybko wybaczył, rozpoznał go jako człowieka wykształconego, a na dodatek specjalistę od produkcji broni. Odziany w konopny worek, został umęczony bezzwłocznie przez zaduszenie, nie zaś przerwanie stosu pacierzowego, a jednocześnie upieczony żywcem, tak bowiem rozstrzygnięto spór co do metody przeprowadzenia egzekucji. Memorystów było niewielu, a ich pamięć ograniczona. Niektóre baryłki z książkami zostały odnalezione i spalone, podobnie zresztą jak wielu dalszych tropicieli ksiąg. Klasztor szturmowano trzykrotnie, zanim opadło szaleństwo. Z ogromnego zasobu ludzkiej wiedzy jedynie kilka baryłek oryginalnych książek i żałosny zbiór ręcznie kopiowanych, a spisanych z pamięci tekstów przetrwały w posiadaniu zakonu. Teraz, po sześciu wiekach mroków, mnisi nadal przechowywali te memorabilia, studiowali je, przepisywali ciągle na nowo i cierpliwie czekali. Na początku, w czasach Leibowitza, mieli nadzieję – a nawet przewidywali – że czwarte albo piąte pokolenie zechce odzyskać swoje dziedzictwo. Ale mnisi z pierwszych lat nie wzięli pod uwagę, że człowiek ma łatwość płodzenia nowego dziedzictwa kulturowego w ciągu niewielu pokoleń, jeśli poprzednie zostanie doszczętnie zniszczone, łatwość płodzenia go dzięki prawodawcom i prorokom, geniuszom i maniakom; za pośrednictwem Mojżeszów i Hitlerów, za pośrednictwem jakiegoś ciemnego tyrana, ojca narodów, kulturalne dziedzictwo można przyswoić sobie między zmierzchem a świtem i niejedno w ten właśnie sposób sobie przyswojono. Ale nowa “kultura” była dziedzictwem mroków, kiedy to “prostak” oznaczało to samo co “obywatel”, a “obywatel” to samo co “niewolnik”. Mnisi czekali. Nie przywiązywali najmniejszej wagi do tego, że wiedza, którą ratowali, była bezużyteczna, że wiele z tego nie stanowiło już wiedzy, lecz w pewnych wypadkach coś równie nieprzeniknionego dla mnichów, jak dla nie umiejącego czytać, dzikiego chłopca ze wzgórz. Ta wiedza była wyzbyta treści, jej przedmiot dawno zniknął. A jednak nawet taka wiedza miała swoją symboliczną strukturę, która była sama w sobie osobliwa i pozwalała przynajmniej obserwować wzajemne zależności symboli. Śledzenie tego, w jaki sposób system wiedzy jest łączony w całość, to przyswajanie sobie w najgorszym razie jakiegoś minimum wiedzy o wiedzy, aż pewnego dnia – pewnego dnia lub pewnego wieku – zjawi się Integrator i wszystko zostanie na nowo złożone w całość. Tak więc czas nie miał znaczenia. Istniały memorabilia, na mnichach zaś spoczywał obowiązek chronienia ich, i będą je chronić, nawet gdyby mroki światła miały trwać dziesięć następnych wieków albo dziesięć tysięcy lat, ponieważ oni, chociaż zrodzili się w wiekach mrocznych, byli nadal tropicielami książek i memorystami od błogosławionego Leibowitza, a kiedy wyprawiali się ze swojego opactwa za granicę, każdy, który przyjął śluby zakonne – zarówno stajenny, jak pan opat – zabierał ze sobą niby część habitu książkę, w dzisiejszych czasach przeważnie brewiarz, zapakowaną do tobołka.
[…]
Jeris wybuchnął śmiechem. To całkowicie jasne! Jakże przekonywające! Skoro twór jest nazwą, to nazwa jest tworem. “To samo można zastąpić przez to samo” albo “Porządek w równości jest odwracalny”, ale czy możemy przejść do następnego aksjomatu? Skoro “Wielkości równe innej wielkości są między sobą wymienialne”, czyż nie jest prawdą, że istnieje wielkość osobna, reprezentowana zarówno przez nazwę, jak i przez wykres? Czy też cały system jest zamknięty? Franciszek zarumienił się. Można sobie wyobrazić – zaczął powoli po chwili przerwy poświęconej na stłumienie uczucia irytacji – że wykres przedstawia raczej pojęcie oderwane niźli rzecz konkretną. Być może starożytni mieli systematyczną metodę opisywania czystej myśli. Bez wątpienia nie jest to rozpoznawalny wizerunek żadnego przedmiotu. Ależ tak, jest najwyraźniej nierozpoznawalny! – zgodził się brat Jeris i zachichotał. Z drugiej jednak strony być może opisuje on jakiś przedmiot, ale jedynie w sposób bardzo formalny, wystylizowany, tak że potrzebne jest specjalne szkolenie albo… Specjalny sposób patrzenia? Moim zdaniem chodzi tutaj o jakiś wzniosły i abstrakcyjny przedmiot, być może o wartości transcendentalnej, wyrażający myśl błogosławionego Leibowitza. Brawo! Cóż więc takiego błogosławiony miał na myśli? Jak to? Projekt obwodu – odparł Franciszek, sięgając po termin użyty w prawym dolnym rogu arkusza. Hmm… a do jakiej dyscypliny ta sztuka należy, bracie? Do jakiej kategorii, jakiego rodzaju, jakie ma cechy i co ją wyróżnia? Czy też chodzi tutaj tylko o rzecz przygodną? Jeris już zbyt daleko posunął się w swoim szyderstwie – pomyślał Franciszek i postanowił odpowiedzieć na to łagodnością.
[…]
W dzień po swojej nominacji brat Jeris oznajmił bratu Franciszkowi, że uznał za rzecz dlań właściwą, by odłożył na bok swoje dziecinady i przystąpił do pracy godnej człowieka dorosłego. Mnich posłusznie zawinął cenne dzieło w pergamin, zabezpieczył je ciężkimi deseczkami, odłożył na półkę i przystąpił w wolnym czasie do wykonywania abażurów z woskowanego papieru. Z jego ust nie dobyło się ani słowo protestu, zadowoli) się świadomością, że pewnego dnia dusza umiłowanego brata Jerisa oddali się tą samą drogą, co dusza brata Homera, by rozpocząć owo życie, wobec którego nasz świat jest tylko krótkim popasem; a być może rozpocznie je w dosyć wczesnym wieku, jeśli sądzić po tym, do jakiego stopnia spalał się swoimi wybuchami wściekłości i harówką; a potem, jeśli Bóg pozwoli, może Franciszkowi wolno będzie dokończyć swój ukochany dokument, Jednak opatrzność wcześniej wzięła sprawę w swoje ręce, nie powołując zgoła duszy brata Jerisa do Stwórcy. Podczas lata, które nastąpiło po mianowaniu go przełożonym kopistów, z Nowego Rzymu przybył do opactwa, wraz ze świtą duchownych na osiołkach, sam protonotariusz apostolski. Przedstawił się jako monsinior Malfreddo Aguerra, postulator sprawy błogosławionego Leibowitza w procesie kanonizacyjnym. Wraz z nim zjawiła się gromadka dominikanów. Ma być świadkiem przy otwieraniu schronu i badaniu hermetycznego pomieszczenia. A także, by przestudiować wszelkie dowody, które opactwo może przedstawić, a które mogą mieć znaczenie dla sprawy, włącznie – ku konsternacji opata – ze sprawozdaniem z domniemanej wizji błogosławionego, jakiej doznał – tak w każdym razie utrzymują podróżni – niejaki brat Franciszek Gerard z Utah, AOL.
[…]
Wyprawa do Nowego Rzymu wymagała co najmniej trzech miesięcy, a może więcej, czas zależał bowiem w pewnym stopniu od odległości, jaką Franciszek zdoła pokonać, zanim banda grabieżców niechybnie pozbawi go osiołka. Miał podróżować samotnie i bez ochrony, zabierając ze sobą tylko swój tobołek i żebraczą miseczkę, jeśli nie liczyć relikwii i jej iluminowanej kopii. Modlił się, by ciemni zbójcy uznali jego dzieło za rzecz całkowicie nieprzydatną; wśród bandytów trafiali się czasem złodzieje dobrotliwi, którzy zabierali tylko to, co miało dla nich jakąś wartość, i pozwalali swoim ofiarom zachować życie, całość członków i rzeczy osobiste. Inni okazywali mniej względów. Franciszek na wszelki wypadek zawiązał sobie na prawym oku czarną przepaskę. Wieśniacy są bardzo przesądni i można ich było czasem wodzić za nos byle aluzją do złego spojrzenia. W ten sposób uzbrojony i wyposażony ruszył na wezwanie Sacerdos Magnus [Wielkiego Kapłana], świątobliwego władcy i pana, papieża Leona XXI. Blisko dwa miesiące po opuszczeniu opactwa mnich napotkał zbójcę na gęsto zalesionym górskim szlaku, daleko od wszelkich ludzkich siedzib, poza Doliną Wybryków Natury, położoną kilka kilometrów na zachód, po drugiej stronie szczytu, gdzie kolonia potworów genetycznych żyła niby trędowaci z dala od świata. Istniało kilka takich kolonii, doglądanych przez szpitalników Świętego Kościoła, ale Dolina Wybryków Natury do nich nie należała. Ci z mutantów, którzy uniknęli śmierci z rąk leśnych plemion, osiedlili się w tym miejscu wiele wieków temu. Ich szeregi powiększały się nieustannie o zniekształcone i pełzające istoty, które szukały ucieczki od świata, przy czym trafiały się wśród nich jednostki wydające na świat potomstwo. Często takie dzieci dziedziczyły potworność swoich rodziców. Często rodziły się martwe albo nigdy nie osiągały wieku dojrzałego. Ale od czasu do czasu potworna cecha okazywała się recesywna i z pozoru normalne dziecko rodziło się ze związku dwojga mutantów. Czasem jednak to normalne z pozoru potomstwo było dotknięte jakąś niewidzialną deformacją serca lub mózgu, która pozbawiała te istoty człowieczeństwa, zostawiając tylko jego pozory. Nawet w obrębie Kościoła niektórzy ośmielali się forsować pogląd, że takie istoty są w gruncie rzeczy pozbawione, od chwili poczęcia, Dei imago, że ich dusze są po prostu duszami zwierzęcymi i że można bezkarnie wobec prawa natury zabijać je jak zwierzęta, nie zaś jak ludzi, że Bóg doświadczał zwierzęcym potomstwem nasz rodzaj, karząc nas za grzechy, które prawie zniszczyły ludzkość. Kilku teologów, których nigdy nie zawiodła wiara w piekło, chętnie pozbawiłoby Boga wszelkiej możliwości stosowania kar doczesnych, jeśli jednak człowiek bierze na swe barki brzemię wyrokowania, że jakakolwiek istota zrodzona z niewiasty nie jest na obraz i podobieństwo Boże, przywłaszcza sobie prawa przysługujące tylko niebiosom. Nawet idiota, który robi wrażenie mniej zdolnego niż pies albo świnia, albo koza, powinien, jeśli tylko urodził się z kobiety, być uznanym za nieśmiertelną duszę – grzmiał raz po razie nauczycielski urząd Kościoła. Po wielu tego rodzaju, składanych przez Nowy Rzym, deklaracjach mających zmniejszyć liczbę przypadków dzieciobójstwa, owe nieszczęsne wybryki natury poczęto nazywać “bratankami papieża” albo “dziećmi papieża”.
[…]
Odmówiono krótką modlitwę, a potem chór zaśpiewał Te Deum. Po mszy ku czci świętego uroczystość dobiegła końca. W eskorcie dwóch ubranych w szkarłatną liberię sedarii [słudzy papiescy – przyp. aut.] z zewnętrznego pałacu mała grupka pielgrzymów szła nie kończącym się ciągiem korytarzy i przedsionków, przystając co jakiś czas przed zdobnym stołem jakiegoś kolejnego oficjała, który sprawdzał zaproszenia i składał gęsim piórem podpis na licet adire [wolna droga] dla sedariusa, by ten przedstawił go następnemu oficjałowi, noszącemu tytuł coraz dłuższy i trudniejszy do wymówienia, w miarę jak grupa posuwała się do przodu. Brat Franciszek dygotał. Wśród pielgrzymów byli dwaj biskupi, ludzie ubrani w gronostaje i złoto, wódz plemion leśnych, nawrócony, ale nadal noszący suknię z futra pantery i nakrycie głowy z jej łba jako szczepowy totem, ubrany w skóry prostaczek z zakapturzonym sokołem wędrownym na przegubie dłoni – najwidoczniej w darze dla Ojca Świętego – i kilka kobiet, które wyglądały jak żony albo konkubiny - o ile Franciszek był to w stanie ocenić na podstawie ich zachowania-nawróconego wodza plemienia pantery; a może były tylko ekskonkubinami odsuniętymi przez prawo kanoniczne, ale nie przez szczepowe zwyczaje. Wspiąwszy się na scala caelestis, pielgrzymi zostali powitani przez ubranego na ciemno cameralis gestor i skierowani do małego przedsionka sali konsystorskiej. Ojciec Święty przyjmie ich tutaj – wysokiej rangi szambelan zawiadomił łagodnym głosem sedariusa, który przyniósł zaproszenia. Obrzucił dosyć dezaprobującym spojrzeniem pielgrzymów – pomyślał Franciszek. Szepnął coś krótko do ucha sedariusa. Sedarius poczerwieniał i szepnął coś wodzowi plemienia. Wódz plemienia spojrzał groźnie, ukazując w warknięciu kły, i zdjął swoje przykrycie głowy, tak że łeb pantery kołysał mu się u ramienia. Nastąpiła krótka narada w sprawie miejsc, jakie każdy powinien zająć, kiedy jego najwyższa obłudność, czyli szambelan, tonem tak łagodnym, że aż wydawał się napominający, rozstawiał gości niby pionki szachowe po sali zgodnie z jakimś tajemnym protokółem, który chyba jedynie sedarii rozumieli. Wkrótce przybył papież. Niski mężczyzna w białej sutannie wkroczył nagle do sali audiencyjnej w otoczeniu swojej świty. Bratu Franciszkowi ni z tego, ni z owego zakręciło się w głowie. Przypomniał sobie, że dom Arkos groził mu obłupaniem żywcem ze skóry, jeśli waży się zemdleć podczas audiencji, więc skupił się na tym, by przemóc zawrót głowy. Rządek pielgrzymów przyklęknął. Starzec w bieli łagodnie nakazał im wstać. Brat Franciszek zdobył się w końcu na odwagę, żeby spojrzeć mu w oczy. W bazylice papież był tylko promieniującą plamką w morzu barw. Tutaj, w sali audiencyjnej, z bliska, brat Franciszek stopniowo dostrzegł, że papież nie jest wcale, jak opowiadali sobie nomadowie, wysoki na trzy metry. Ku zaskoczeniu mnicha, Ojciec Książąt i Królów, Budowniczy Mostu Świata i Zastępca Chrystusa na Ziemi wyglądał o wiele mniej groźnie niż dom Arkos, Abbas.
[…]
Brat Franciszek wydobył odbitkę. Zbójca był na tyle dobry, że zostawił mi tę odbitkę, Ojcze Święty. On… wziął to za kopię iluminowanego pergaminu, który wiozłem jako dar. Nie wyprowadziłeś go z błędu? Brat Franciszek oblał się rumieńcem. Ze wstydem to przyznaję, Ojcze Święty… A więc to jest oryginalna relikwia, którą znalazłeś w krypcie? Tak. Uśmiech papieża stał się odrobinę kwaśny. A zatem bandyta pomyślał, że twoja praca jest właściwym skarbem? Cóż, nawet zbójca może mieć oko do sztuki, prawda? Monsinior Aguerra powiedział mi o tym, jak piękna była twoja iluminacja. Szkoda, że została skradziona. To nic, Ojcze Święty. Żałuję tylko, że roztrwoniłem piętnaście lat. Roztrwoniłeś? Jak to roztrwoniłeś? Gdyby zbójcy nie wprowadziło w błąd piękno twojego dzieła, zabrałby odbitkę, prawda? Brat Franciszek przyznał, że to możliwe. Leon XXI wziął starożytną odbitkę do swoich zwiędłych dłoni i ostrożnie ją rozwinął. Przez chwilę wpatrywał się w milczeniu w rysunek, a następnie powiedział: Powiedz nam, czy pojmujesz symbole narysowane przez Leibowitza? Znaczenie przedstawionych tu rzeczy? Nie, Ojcze Święty. Moja niewiedza jest zupełna. Papież nachylił się nad nim i szepnął: Nasza też. Zachichotał, przycisnął wargi do relikwii, jakby całował kamień ołtarza, a następnie zwinął ją z powrotem i oddał asystentowi. Z głębi serca dziękujemy ci za te piętnaście lat, ukochany synu – dodał, zwracając się znowu do brata Franciszka. Te lata posłużyły temu, by ochronić ten oryginał. Nie myśl o nich jako o latach straconych.
[…]
Na pustyni czas sączy się powoli i niewiele zmian wyznacza jego bieg. Minęły dwie pory roku, odkąd dom Paulo odrzucił prośbę, z którą przybyto z drugiej strony równiny, ale sprawa została rozstrzygnięta dopiero kilka tygodni temu. Czy jednak naprawdę została rozstrzygnięta? Teksarkana była najwyraźniej niezadowolona z wyniku. O zachodzie słońca opat przechadzał się po murach opactwa. Szczękę wysunął do przodu i wyglądał, jak stara, pokryta wodorostami skała, o którą rozbijają się wszystkie fale powstające w morzu wydarzeń. Rzednące włosy powiewały niby biały proporzec na pustynnym wietrze, który oblepiał ciasno habitem jego zgarbione ciało, upodobniając go do jakiegoś wychudzonego Ezechiela o dziwnie okrągłym, małym brzuchu. Sękate dłonie wsunął w rękawy i od czasu do czasu zerkał na pustynię w stronę odległego miasteczka Sanly Bowitts. Purpurowe światło słoneczne rzucało jego przesuwający się cień na dziedziniec i mnisi, którzy spotykali go, przechodząc tamtędy, podnosili wzrok i patrzyli ze zdumieniem na starca. Ich zwierzchnik był ostatnio w nie najlepszym nastroju i snuł dziwaczne przepowiednie. Szeptano, że rychło nadejdzie czas, kiedy nowy opat zostanie mianowany zwierzchnikiem nad braćmi świętego Leibowitza. Szeptano, że starzec nie miewa się dobrze, a nawet zupełnie źle. Szeptano, że gdyby opat usłyszał te szepty, szepczący powinni zmykać co sił w nogach.
[…]
Sklepiona krypta została wykopana w czasach, kiedy przenikali tu nomadowie z północy, a horda znad zatoki przemierzała prawie całą równinę i pustynię, łupiąc i plądrując wszystkie miasta, jakie napotkała na swojej drodze. Memorabilia, mała, należąca do opactwa spuścizna wiedzy wywodzącej się z minionych wieków, zostały zamurowane w podziemiach, aby uchronić bezcenne teksty zarówno przed nomadami, jak i tak zwanymi krzyżowcami ze schizmatycznych zakonów założonych z myślą o zwalczaniu hord, ale zamiast tego rabujących, gdzie popadło i oddających się sekciarskim waśniom. Ani nomadowie, ani rycerze z zakonu świętego Pankracego nie cenili książek, lecz nomadowie zniszczyliby je z samej radości niszczenia, a rycerze-bracia spaliliby wiele z nich jako “heretyckie” zgodnie z teorią Wisariona, swojego antypapieża. Wydawało się, że epoka mroków mija. Przez dwanaście wieków podsycano w klasztorach mały płomyk wiedzy. Dopiero teraz umysły są przygotowane do tego, by zapłonąć od tego płomyka. Dawno temu, pod koniec okresu rozumu, niektórzy pełni pychy myśliciele głosili, że prawdziwa wiedza jest wieczna, że myśli są nieśmiertelne i prawda niezniszczalna. Ale tak było jedynie w najsubtelniejszym sensie - pomyślał opat – powierzchownie natomiast okazało się całkowicie mylne. Nie ulega wątpliwości, że świat ma swoje obiektywne znaczenie: ponad moralny logos albo zamysł Stwórcy; lecz te znaczenia przynależne były Bogu, nie zaś człowiekowi, zanim znalazły niedoskonałe wcielenie, mroczny odblask w rozumie, mowie i kulturze dawnej ludzkiej społeczności, która mogła przypisać znaczeniom wartości, tak że stały się prawdami w wymiarze ludzkim, w obrębie kultury. Albowiem człowiek jest nosicielem kultury, tak jak jest nosicielem duszy, tyle że jego kultury nie są nieśmiertelne i mogą umrzeć wraz z rasą albo epoką, a wtedy ludzka refleksja nad znaczeniem i ludzkie opisy prawdy tracą ważność, chociaż sama prawda i znaczenie pozostają, niewidoczne jedynie w obiektywnym logosie natury i niewysłowionym Logosie Boga. Prawdę można ukrzyżować, lecz wkrótce nastąpi zapewne jej zmartwychwstanie. Memorabilia były pełne starożytnych słów, starożytnych formulae, starożytnych odblasków znaczeń, odłączonych jednak od umysłów, które umarły dawno temu, kiedy całkiem odmienny rodzaj społeczeństwa popadł w zapomnienie. Niewiele z tego pozostało po dziś dzień zrozumiałe. Niektóre dokumenty wydawały się równie pozbawione znaczenia jak brewiarz w oczach szamana albo szczepów nomadzkich. Niektóre zachowały pewne ornamentalne piękno albo porządek, który wskazywał znaczenie – podobnie jak różaniec może nomadowi kojarzyć się z naszyjnikiem. Najwcześniejsi bracia świętego Leibowitza starali się odcisnąć jakby chustę świętej Weroniki na obliczu ukrzyżowanej cywilizacji. Ukazał się wizerunek starożytnej wielkości, ale wizerunek słabo zaznaczony, niekompletny i trudny do zrozumienia. Mnisi przechowali ten wizerunek i oto przetrwał dla świata, by ten mógł go ujrzeć i zinterpretować, jeśli tego pragnie. Memorabilia nie mogły jednak same w sobie ożywić starożytnej wiedzy ani wysokiej cywilizacji, bo kultury są płodzone przez plemiona człowiecze, nie zaś przez omszałe woluminy, aczkolwiek książki mogą być pomocne – taką w każdym razie nadzieję miał dom Paulo – książki mogą wskazać kierunek i podsunąć wskazówki użyteczne dla rozwijającej się nauki. Już kiedyś się tak stało, jak zapewniał czcigodny Boedullus w swoim De Vestigiis Antecessarum Civitatum. I tym razem - rozmyślał dom Paulo – będziemy im przypominać, kto chronił iskrę przed zgaśnięciem, kiedy świat spał. Przystanął, żeby spojrzeć do tyłu. Przez moment zdawało mu się, że słyszy przestraszone pobekiwanie przywłaszczonej przez Poetę kozy. Kiedy schodził do podziemia, coraz bardziej ogłuszał go dochodzący z dołu zgiełk. Ktoś wbijał stalowe szpile w kamień. Zapach potu mieszał się z zapachem starych ksiąg. Gorączkowa i nie mająca nic wspólnego z nauką krzątanina wypełniała bibliotekę. Nowicjusze biegali to tu, to tam z narzędziami. Niektórzy z nich stali grupkami albo studiowali plany rozłożone na podłodze. Inni przesuwali stoły i pulpity i dźwigali naprędce skleconą machinę, i osadzali ją na właściwym miejscu. Panował zamęt widoczny w blasku oliwnej lampki. Brat Armbruster, bibliotekarz i rektor memorabiliów, przyglądał się temu z odległej niszy między półkami, z założonymi ciasno rękami i uśmiechem na twarzy. Dom Paulo odwrócił głowę, żeby uniknąć jego oskarżycielskiego spojrzenia.
[…]
Co dalej? - zastanawiał się, pozwalając sobie na cichy jęk i cichutkie “wybacz” pod adresem posągu świętego Leibowitza, który stał w przypominającej kapliczkę niszy w rogu gabinetu. Po nosie świętego Leibowitza łaziła mucha. Wydawało się, że święty patrzy zezem na muchę, więc opat ją odgonił. Opat polubił tę rzeźbę z dwudziestego szóstego wieku; miała na twarzy osobliwy uśmiech raczej niestosowny dla wizerunków przeznaczonych na ołtarze. Jeden kącik ust obniżył się przy tym uśmiechu, brwi schodziły się nisko, ściągnięte nieco powątpiewająco, aczkolwiek w kącikach oczu były zmarszczki od śmiechu. Ze względu na sznur wisielczy przełożony przez jedno ramię twarz świętego często robiła dziwne wrażenie. Być może wynikało to z lekkiej nieregularności słoi drzewnych, które kierowały dłonią rzeźbiarza, kiedy owa dłoń zamierzała właśnie wydobyć drobniejsze szczegóły, niż to było możliwe przy tego rodzaju materiale. Dom Paulo nie był pewny, czy wizerunek był kształtowany na żywym drzewie, a dopiero potem rzeźbiony, czy leż nie. Czasem cierpliwy mistrz z owego wieku zaczynał pracę od przycinania, naginania, skręcania i podwiązywania żywych gałęzi młodego dębu albo cedru, tak aby przyjęły zaplanowane położenie. Dręczył rosnące drzewo, by uzyskać podziwu godny kształt driady z rękami złożonymi albo wzniesionymi do nieba. Wreszcie ścinał dorosłe drzewo, aby wysuszyć je i wyrzeźbić. Wykonany w ten sposób posąg był niezwykle odporny na rozszczepianie albo łamanie, bo większość linii naprężeń szła zgodnie z naturalnym układem słoi. Dom Paulo często dziwował się, że drewniany Leibowitz okazał się również odporny na wielowiekowy ciąg poprzednich opatów, dziwował się ze względu na ten nader osobliwy uśmiech świętego. Ten uśmieszek doprowadzi cię wcześniej czy później do klęski – ostrzegł wizerunek… Z całą pewnością święci w niebie są roześmiani; psalmista powiada, że sam Bóg zanosi się śmiechem, ale opat Malmeddy, pokój jego duszy, musiał odnosić się do tego z dezaprobatą. Nadęty osioł. Ciekawe, jak sobie z nim poradziłeś. Dla niektórych jesteś za mało świętoszkowaty. Ten uśmiech… kto ze znanych mi osób tak właśnie się uśmiecha? Podoba mi się, ale… Pewnego dnia w tym fotelu usiądzie jakiś kolejny ponurak. Cave canem [łacińska parafraza, inskrypcja przed rzymskim domem: strzeż się psa – przyp. aut.]. Zastąpi cię Leibowitzem z gipsu. Cierpliwym. Który nie będzie zezował na muchy. Wtedy gdzieś w magazynie zostaniesz zjedzony przez termity. Aby przetrwać niespieszne segregowanie przez Kościół dzieł sztuki, musisz mieć powierzchowność, która przypadnie do smaku poczciwym prostaczkom, a i tak pod tą powierzchownością będziesz musiał spodobać się na dodatek dzielącym włos na czworo mędrcom. To przesiewanie trwa długo, ale od czasu do czasu jakaś nowa ręka ujmuje sito – kiedy świeżo upieczony prałat dokonuje inspekcji swoich biskupich komnat i mruczy sam do siebie: “Niektóre z tych śmieci trzeba będzie usunąć”. Sito jest zazwyczaj wypełnione słodką papką. Kiedy stara papka zostanie wyrzucona, dodaje się nowej. Ale to, co zostało na sicie, jest złotem i przetrwa. Jeśli Kościół wytrzymał pięć wieków złego smaku kapłańskiego, to dlatego, że przypadkowo pojawiający się dobry smak zazwyczaj odrzuca większość przemijających kiczów i czyni z Kościoła miejsce pełne majestatu, które onieśmiela potencjalnych amatorów upiększania.
[…]
Hongan Os był w zasadzie sprawiedliwym i dobrotliwym człowiekiem. Kiedy zobaczył, że oddział jego wojowników szydzi z laredańskich jeńców, przystanął, żeby popatrzeć, ale kiedy uwiązali trzech Laredańczyków za nogi między końmi i pognali zwierzęta w szaleńczy galop, postanowił interweniować. Rozkazał, żeby wojowników z miejsca wychłostano, gdyż Hongan Os – Szalony Niedźwiedź – jest znany ze swojego miłosierdzia. Nigdy nie obszedł się źle z koniem. Zabijanie jeńców to zajęcie stosowne dla kobiet – warknął pogardliwie w stronę chłostanych pośladków. Oczyśćcie się sami, bo inaczej zostaniecie napiętnowani znakiem niewiast i usuńcie się z obozu aż do nowiu, jesteście bowiem wygnani na dwanaście dni. I odpowiadając na ich jękliwe protesty, dodał: Przypuśćmy, że koń pociągnął któregoś z nich przez obóz? Ci dygnitarze zjadaczy trawy są naszymi gośćmi, a wiadomo, że krew łatwo wprawia ich w przerażenie. Szczególnie krew własnego gatunku. Baczcie więc. Ale ci zjadacze trawy są z Południa – sprzeciwił się wojownik, wskazując na okaleczonych jeńców. Nasi goście są ze Wschodu. Czyż nie zawarliśmy układu między nami, prawdziwymi ludźmi i Wschodem, by prowadzić wojnę z Południem? Jeśli powiesz jeszcze jedno słowo, każę wyrwać ci język i rzucić psom na pożarcie! – ostrzegł go Szalony Niedźwiedź. Zapomnij, żeś coś takiego słyszał. Czy ludzie trawy długo będą przebywać między nami, Synu Wszechmocnego? Kto wie, co te ziemioroby zamierzają! – rzucił gniewnie Szalony Niedźwiedź. Ich myśli są inne niż nasze myśli. Powiadają, że niektórzy z nich wyprawią się stąd, żeby przebyć suchą krainę aż do miejsca trawożernych kapłanów, tych w czarnych sukniach. Inni zostaną tutaj, żeby rozmawiać, ale to nie dla waszych uszu. Teraz odjedźcie i wstydźcie się przez dwanaście dni. Odwrócił się do nich tyłem, żeby mogli wyśliznąć się, nie czując na sobie jego spojrzenia. Dyscyplina zaczyna ostatnio słabnąć. Poszczególne rody ani chwili nie potrafią zachować spokoju. Rozeszło się wśród ludów równiny, że on, Hongan Os, sprzągł ramiona poprzez ognisko pokoju z wysłannikiem Teksarkany i że szaman uciął każdemu z nich włosy i paznokcie, żeby wykonać kukiełkę dobrej woli jako rękojmię przeciwko zdradzie którejś ze stron. Było wiadome, że doszło do zawarcia umowy, a na wszelką umowę między ludźmi a zjadaczami trawy plemiona patrzyły jak na rzecz hańbiącą. Szalony Niedźwiedź czuł skrywaną pogardę młodszych wojowników, ale nie było sposobu, żeby im wszystko wytłumaczyć, dopóki nie nadejdzie właściwa pora.
[…]
Na twarzy kapłana odmalowało się zdumienie. Z kim cię nie pomyli? Ze świętym Leibowitzem? No, Beniaminie! Za daleko się posuwasz. Beniamin powtórzył swoje niby drwiący refren: Pomylił mnie z moim dalekim krewnym imieniem Leibowitz. Rzucałem więc w nich kamykami. Dom Paulo był całkowicie zbity z tropu. Święty Leibowitz nie żyje od dwunastu stuleci. Jakże mógłby… – przerwał i spojrzał na starego pustelnika. No, Beniaminie, nie strzępmy od nowa języków. Nie żyłeś przecież tysiąca dwustu… Bzdura! - przerwał Stary Żyd. Nie powiedziałem, że stało się to dwanaście wieków temu. To było ledwie sześćset lat temu. Długo po śmierci waszego świętego, oto, dlaczego było to takie niedorzeczne. Oczywiście wasi nowicjusze okazywali w owych czasach większą pobożność i łatwowierność. Zdaje się, tamten miał na imię Franciszek. Biedaczyna. Pogrzebałem go później. Powiedziałem w Nowym Rzymie, gdzie mogą znaleźć mogiłę. Dzięki temu odzyskaliśmy jego szczątki doczesne. Opat przyglądał się staremu człowiekowi, kiedy brnęli przez krzaki mimozy w stronę źródełka, prowadząc kozę i konia. Franciszek? – zastanawiał się. Franciszek. Mógł to być czcigodny Franciszek Gerard z Utah, któremu jakiś pielgrzym wskazał niegdyś położenie starego schronu na terenie miasteczka, jak opowiadano – ale to było jeszcze przed zbudowaniem miasteczka. Jakieś sześćset lat temu, tak, i… i teraz ten stary grzyb twierdzi, że to on był owym pielgrzymem? Czasem zastanawiał się, skąd Beniamin ma tyle wiedzy o historii opactwa, żeby zmyślać takie opowieści. Może zawdzięcza to Poecie.
[…]
Beniamin wahał się przez chwilę. Oczy mu zwilgotniały. Czasem… zapominam… Czasem zapominasz, że Beniamin jest tylko Beniaminem, nie zaś całym Izraelem. Nigdy! - warknął pustelnik i oczy mu znowu rozbłysły. Przez trzydzieści dwa stulecia… – przerwał i zacisnął usta. Dlaczego? - szepnął opat, prawie przestraszony. Dlaczego całe brzemię ludu i jego przeszłości bierzesz na swoje barki? Oczy pustelnika rozbłysły na moment ostrzegawczo, ale przełknął gardłowy dźwięk i ujął twarz w dłonie. Łowisz ryby w mrocznych wodach. Wybacz mi. Brzemię… zostało złożone na moje barki przez innych. Powoli podniósł głowę. Czy mogłem odmówić przyjęcia? Kapłan wstrzymał oddech. Przez chwilę w chacie słychać było tylko świst wiatru. W tym szaleństwie jest szczypta czegoś boskiego – pomyślał dom Paulo. Wspólnota żydowska jest w naszych czasach bardzo rozproszona. Być może Beniamin przeżył swoje dzieci albo w ten czy inny sposób znalazł się poza nawiasem. Taki stary Izraelita może latami tułać się, nie napotykając nikogo ze swojego narodu. Może w swojej samotności nabrał w duchu przekonania, że jest ostatni, jeden jedyny. A skoro jest ostatni, nie jest już Beniaminem, ale całym Izraelem. I na jego sercu legła licząca pięć tysięcy lat historia, już niedaleka, lecz dziejąca się z dnia na dzień jak historia jego własnego życia. Jego “ja” jest odwróceniem cesarskiego “my”. A ja też uczestniczę w jedności – myślał Paulo – jestem cząstką zgromadzenia i ciągłości. Moja wspólnota też była pogardzana przez świat. A jednak dla mnie rozróżnienie między własnym “ja” a narodem jest wyraźne. Dla ciebie, stary przyjacielu, stało się to odrobinę niejasne. Brzemię nałożone na twoje barki przez innych? I przyjąłeś je? Jakiż to musiał być ciężar? Jaki byłby to ciężar dla mnie? Podsunąłeś podeń ramiona i starałeś się unieść, próbując, ile waży. Ja jestem chrześcijańskim mnichem i kapłanem, odpowiadam więc przed Bogiem za działania i uczynki każdego mnicha i kapłana, który oddychał i chodził po ziemi od czasów Chrystusa, tak samo jak za moje własne działania.
[…]
Wszystko zaczęło się od lampy brata Kornhoera. Od lampy? Ach tak, Poeta coś o tym mówił. On prorokował, mianowicie, że nie będzie działać. Poeta, jak zwykle, był w błędzie. Tak mi w każdym razie powiedziano. Ja sam nie chciałem patrzeć na próbę. A więc udało się? Wspaniale. I co się od tego zaczęło? Moje rozmyślania. Jak blisko znaleźliśmy się od skraju czegoś? Albo jak blisko brzegu? Esencja elektryczna w suterenie, Czy uświadamiasz sobie, ile zmieniło się w ciągu dwóch ostatnich wieków? Wkrótce ksiądz wyczerpująco opowiedział o swoich obawach, a pustelnik, naprawiacz namiotów, słuchał cierpliwie, aż słońce zaczęło przenikać przez szpary w zachodniej ścianie i przebijać lśniącymi włóczniami kurz unoszący się w powietrzu. Od śmierci ostatniej cywilizacji memorabilia wchodziły w zakres naszych szczególnych kompetencji, Beniaminie. I mieliśmy nad nimi pieczę. Ale teraz? Czuję się jak szewc, który chce sprzedawać buty w mieście szewców. Pustelnik uśmiechnął się. Można to robić, jeśli wytwarza się szczególny i lepszy rodzaj obuwia. Boję się, że świeccy uczeni zaczynają już rościć sobie prawo do takiej właśnie metody. Porzuć zatem szewstwo, zanim się zrujnujesz.
[…]
I wielki smród wzbił się z ziemi po same niebiosa. Podobną do Sodomy i Gomory stała się ziemia i wszędzie były ruiny, nawet w krainie owego księcia, albowiem wrogowie jego nie wstrzymali się od zemsty i wysłali ogień, by pochłonął jego miasta tak jak ich. Smród rzezi stał się przykry Panu, który przemówił do księcia Imienia, powiadając: Cóż to za ofiarę całopalną przygotowałeś przede mną? Cóż to za woń wzbija się z miejsca całopalenia? Czyżeś uczynił mi całopalenie z owiec albo kóz, czy też ofiarowałeś swemu Bogu cielca? Ale książę nic nie odrzekł i Bóg powiedział: Uczyniłeś ofiarę całopalną z synów moich. I Pan zabił go razem z Miedzianoczołym, zdrajcą, i spadła zaraza na ziemię, a szaleństwo ogarnęło rodzaj ludzki, więc ukamienowano mędrców i możnych, którzy pozostali jeszcze przy życiu. Był jednak w owych czasach człowiek imieniem Leibowitz, który w młodości swej niby święty Augustyn miłował świat i mądrość świata bardziej niż mądrość Boga. Widząc atoli teraz, że wielka wiedza, chociaż dobra, nie zbawiła świata, obrócił się w pokucie do Pana, wołając…” Opat zastukał mocno w stół i mnich, który czytał starodawną opowieść, zaraz umilkł. I jest to wasza jedyna relacja z tego wydarzenia? – zapytał thon Taddeo, uśmiechając się ponad stołem do opata. Och, jest wiele wersji. Różnią się w szczegółach. Nikt nie wie, który naród pierwszy zaatakował, ale nie ma to już najmniejszego znaczenia. Tekst, przeczytany nam właśnie przez brata lektora, został napisany kilka dziesięcioleci po śmierci świętego Leibowitza -jest to zapewne jedna z pierwszych relacji, sporządzona, kiedy pisanie nie pociągało za sobą zagrożenia. Autorem jest młody mnich, który sam nie przeżył zniszczenia; dowiedział się o świętym Leibowitzu z drugiej ręki, od jego uczniów, pierwszych tropicieli ksiąg i memorystów, i miał upodobanie do stylu naśladowczego. Wątpię, by istniała choć jedna całkowicie wierna relacja z Potopu Płomieni. Kiedy tylko się zaczął, stał się najwidoczniej zbyt wszechogarniający, by jedna osoba mogła wytworzyć sobie obraz całości. W jakiej ziemi żył książę zwany Imię i ten człowiek zwany Miedzianoczołym?
[…]
Przez wiele dni Thon i jego asystent badali samą bibliotekę, kartoteki, zapiski klasztorne, nic tykając memorabiliów, jakby dokonując oględzin ostrygi, obliczali szansę znalezienia perły. Brat Kornhoer zastał asystenta thona klęczącego przy wejściu do refektarza i przez chwilę miał wrażenie, że ten człowiek odbywa jakieś szczególne nabożeństwo do wiszącego nad drzwiami obrazu Maryi, ale stukot przyrządów położył kres złudzeniu. Asystent ułożył na progu poziomicę ciesielską i mierzył zagłębienie wytarte w ciągu wieków w kamieniach posadzki przez mnisie sandały. Szukamy metody datowania – odparł Kornhoerowi na jego pytanie. Wydaje się nam, że jest to dobre miejsce, by ustalić wzór szybkości wycierania, jako że łatwo ustalić liczbę przechodzących tędy osób. Trzy posiłki na człowieka dziennie od czasu położenia kamieni. Kornhoer nie mógł wyjść z podziwu dla staranności ich badań. Te poczynania wprawiały go w zdumienie. Mamy kompletne dane dotyczące architektury opactwa – oznajmił. Powiedzą ci dokładnie, kiedy został wybudowany każdy budynek i każde skrzydło. Dlaczego nie miałbyś zaoszczędzić sobie czasu? Mężczyzna z niewinną miną podniósł na niego spojrzenie. Mój mistrz ma powiedzenie: Nayol jest niemy, ale dzięki temu nigdy nic kłamie. Nayol? To jedno z bóstw przyrody u ludów znad Czerwonej Rzeki, Oczywiście chodzi o znaczenie symboliczne. Obiektywny dowód jest ostateczną wyrocznią. Kronikarze mogą kłamać, ale przyroda jest do tego niezdolna. - Zobaczył wyraz twarzy mnicha i dodał czym prędzej: Nie kryje się za tym żadna sztuczka. Po prostu doktryna thona powiada, że wszystko trzeba odnosić do rzeczy obiektywnych. Niezwykłe zapatrywanie – mruknął Kornhoer i pochylił się, by obejrzeć przekrój zagłębienia w posadzce. Przecież to ma kształt tego, co brat Majek nazywa krzywą rozkładu normalnego. Jakie to dziwne. Niema tu nic dziwnego. Prawdopodobieństwo odchylenia stóp od linii środkowej musi być zgodne ze zwykłą funkcją błędów.
[…]
Wspólnota interesuje się twoimi pracami – oznajmił uczonemu. Chcielibyśmy coś niecoś o nich usłyszeć, jeśli nie masz nic przeciwko ich omawianiu. Oczywiście wszyscy wiemy o twoich osiągnięciach teoretycznych w kolegium, ale dla większości z nas są to rzeczy zbyt techniczne, byśmy mogli je pojąć. Czy mógłbyś opowiedzieć nam o nich… och, w terminach ogólnych, zrozumiałych dla niespecjalistów? Wspólnota ma do mnie żal, ponieważ nie prosiłem cię dotychczas o wykład, ale pomyślałem, że najpierw zechcesz się rozejrzeć. Oczywiście, jeśli nie masz… Wydawało się, że thon swym spojrzeniem przykłada cyrkiel do czaszki opata i mierzy ją na sześć sposobów. Uśmiechnął się z powątpiewaniem. Chcielibyście, bym opowiedział o naszej pracy jak najprostszym językiem? Coś w tym rodzaju, jeśli to tylko możliwe. Otóż to - roześmiał się. Niewykształcony człowiek czyta jakąś pracę z zakresu nauk przyrodniczych i myśli: “Dlaczego nie można było objaśnić tego prostym językiem?” Nie zdaje sobie sprawy, że to, co czytał, stanowiło właśnie język możliwie najprostszy – w odniesieniu do badanego tematu. W istocie znaczna część filozofii przyrody to tylko proces lingwistycznego upraszczania – wysiłek zmierzający do wynalezienia takiego języka, by pół stronicy równań wyraziło myśl, którą trzeba by przedstawić na co najmniej tysiącu stronic tak zwanego języka prostego. Czy mówię jasno? Tak mi się wydaje. A skoro mówisz tak jasno, czy zechciałbyś powiedzieć nam o tym właśnie aspekcie sprawy? Chyba że ta propozycja jest przedwczesna, jeśli chodzi o pracę nad memorabiliami. Nie. Mamy już dosyć jasne wyobrażenie, w którym kierunku zmierzamy i z czym mamy tutaj do czynienia. Nadal potrzebujemy mnóstwa czasu, aby doprowadzić rzecz do końca. Poszczególne fragmenty trzeba ze sobą zestawić, a nic wszystkie należą do tej samej układanki. Nie potrafimy jeszcze przewidzieć, ku czemu zdążamy, ale mamy już raczej rozeznanie, do czego nie zmierzamy. Z przyjemnością mogę stwierdzić, że możemy mieć z tego wiele pożytku. Nie jestem wcale przeciwny przedstawieniu ogólnego kierunku, ale…
[…]
Thon zachichotał. Dalej idzie półtorej stronicy matematyki, której nawet nie próbuję tu czytać, ale matematyki traktującej pewne nasze pojęcia podstawowe tak, jakby w ogóle nie były podstawowymi, lecz tylko przelotnymi pozorami, co zmieniają się zależnie od przyjętego punktu widzenia. Kończy się wszystko zwrotem “tak zatem”, ale reszta stronicy spłonęła, a wraz z nią wniosek. Jednak rozumowanie jest bez zarzutu, a matematyka nader elegancka, tak że mogę sam dopisać ów wniosek. Wydaje się on jednak wnioskiem szaleńca. Wszystko atoli wynika z założenia, które wydaje się równie szalone. Czy chodzi tu o mistyfikację? Jeśli nie, jakie miejsce zajmuje to w całym schemacie nauki starożytnych? Co należy zrozumieć najpierw? Co jest dalej i jak można to sprawdzić? Oto pytania, na które nie potrafię odpowiedzieć. A jest to tylko jeden przykład z wielu zagadek, jakie stawiają przed nami dokumenty, które tak długo przechowywaliście. Rozumowanie, które nigdzie nie dotyka doświadczalnej rzeczywistości, to sprawa dla angelologów i teologów, nie zaś dla uczonych fizyków, A przecież prace takie jak ta opisują systemy, które w żadnym miejscu nie stykają się z naszymi doświadczeniami. Czy mieściły się w obrębie doświadczeń prowadzonych przez starożytnych? Niektóre źródła zdają się na to wskazywać. Jedna z prac mówi o przemianie pierwiastków – którą właśnie niedawno uznaliśmy za teoretycznie niemożliwą – a następnie stwierdza, że “doświadczenie to potwierdza”. Ale jak?
[…]
Na zakończenie – rzekł – podam krótki zarys tego, czego świat może oczekiwać moim zdaniem od intelektualnej rewolucji, która właśnie się zaczyna. Patrzył na nich płonącymi oczyma, a gawędziarski dotychczas ton jego głosu nabrał gorączkowego rytmu. Naszym władcą był Ignorancja. Od śmierci Imperium zasiada bezpiecznie na tronie człowieczym. Jej dynastia włada od wieków. Jej prawa do rządzenia nikt w tej chwili nie kwestionuje. Potwierdzili je mędrcy przeszłości. Nic uczynili nic, by zwalić ją z tronu. Jutro musi przejąć władzę inny książę. Człowiek rozumu, człowiek nauki stanie obok jego tronu i świat cały pozna jego moc. Jego imię brzmi Prawda. Jego królestwo musi objąć całą ziemię i musi zostać odnowione panowanie człowieka nad ziemią. Za sto lat człowiek będzie unosił się w powietrzu w mechanicznych ptakach. Metalowe wozy będą jeździć po drogach z kamienia wykonanego ręką człowieka. Powstaną domy liczące po trzydzieści pięter, statki pływające pod wodą, maszyny do wszelkich prac. A jak się to odbędzie? – przerwał i zniżył głos. Obawiam się, że w ten sam sposób jak wszystkie zmiany. I przykro mi, ale tak właśnie jest. Droga wiedzie przez przemoc i przewrót, przez płomienie i furie, gdyż żadna zmiana nie przebiega na tej ziemi łagodnie. Rozejrzał się dokoła, ze wspólnoty podniósł się bowiem łagodny szmer. Tak właśnie będzie. Nie chcemy, żeby tak było. Ale dlaczego? Królem jest Ignorancja. Wielu nie odniesie żadnego pożytku z jej abdykacji. Wielu wzbogaca się dzięki jej mrocznemu panowaniu. Są jej dworem i w jej imieniu kradną i rządzą, bogacą się i utrwalają swoją władzę. Boją się nawet umiejętności czytania, gdyż słowo pisane stanowi dodatkowy sposób porozumiewania się ludzi między sobą, a to może sprawić, że ich wrogowie zjednoczą się. Oręż mają wyostrzony i posługują się nim umiejętnie. Narzucą światu wojnę, kiedy zagrożone będą ich interesy, a przemoc, która za tym idzie, będzie trwała, aż istniejąca obecnie struktura społeczeństwa obróci się w gruz i wyłoni się nowe społeczeństwo. Przykro mi. Ale tak właśnie to widzę.
[…]
Dom Paulo uśmiechnął się. Powiada, że o wiele lepiej widzi, kiedy wkłada je na miejsce. Co za nonsens! – przerwał thon. Ponieważ jednak zawsze gotów był poświęcić każdej najdziwaczniejszej nawet tezie choćby chwilę zastanowienia, dodał: Czyż to nie nonsens? Chyba że wypełnienie pustego oczodołu wpływa w jakiś sposób na mięśnie obu oczodołów. Czy to właśnie twierdzi? Po prostu zarzeka się, że bez tego oka widzi gorzej. Twierdzi, że jest mu potrzebne, by mógł przenikać “prawdziwe znaczenia”, chociaż po włożeniu go czuje wprost oślepiające bóle głowy. Ale człowiek nigdy nie wie, czy Poeta podaje fakty, zmyślenia czy alegorie. Ale jeśli fantazja jest wystarczająco bujna, przypuszczam, że nie bierze pod uwagę różnicy między zmyśleniem a faktem. Thon uśmiechnął się drwiąco. Tamtego dnia ryczał przez drzwi, że to oko mnie jest bardziej potrzebne niż jemu. To świadczyłoby, że myśli o nim jako o bycie w sobie, jako o potężnym fetyszu, dobrym dla każdego. Zastanawiam się, skąd mu to przyszło do głowy. Powiedział, że jest ci potrzebne? Ha, ha! Co cię tak rozbawiło? Przepraszam. Prawdopodobnie sądził, że to obelga. Lepiej nie będę wyjaśniał obelg rzucanych przez Poetę. Wyglądałoby na to, że mam w nich jakiś udział. Wcale nie. Jestem ciekawy. Opat zerknął na wizerunek świętego Leibowitza stojący w rogu izby. Poeta bez ustanku wykorzystywał szklane oko do swoich żartów – wyjaśnił. Kiedy chciał podjąć jakąś decyzję albo coś przemyśleć, albo omówić jakąś sprawę, wsuwał oko w oczodół. Wyjmował je, kiedy widział coś, co mu się nie podobało, kiedy udawał, że nie zwraca na coś uwagi, albo kiedy chciał uchodzić za głupca. Zakładał je i całkowicie odmieniało się jego zachowanie. Bracia nazywali oko sumieniem Poety, on zaś podchwycił ten żart. Wygłaszał krótkie wykłady i demonstrował korzyści płynące z sumienia, które można wyjąć. Udawał, że jest pod wpływem jakiegoś niepohamowanego przymusu – a zwykle chodziło o coś zupełnie prostackiego, jak choćby butelka wina. Mając włożone oko, głaskał butelkę, oblizywał wargi, dyszał i jęczał, wreszcie cofał gwałtownie rękę. Potem znowu pojawiał się przymus. Chwytał butelkę, nalewał na palec do czarki i przez jakiś czas napawał się jej widokiem. Ale później sumienie odzyskiwało stracony uprzednio teren i rzucał czarkę na drugą stronę izby. Wkrótce jednak łypał znowu na butelkę i zaczynał jęczeć i toczyć ślinę, panując mimo wszystko nad pokusą… Opat mimo woli zachichotał. To było obrzydliwe. Wreszcie, kiedy był już zupełnie wyczerpany, wyszarpywał oko. Jak tylko oko opuściło oczodół, odprężał się. Pokusa niknęła. Chłodny i arogancki, brał do ręki butelkę, rozglądał się dokoła i wybuchał śmiechem. Tak czy inaczej, zrobię to – oznajmiał. Wszyscy spodziewali się, że zacznie pić, lecz on uśmiechał się błogo i wylewał sobie całą butelkę na głowę. Rozumiesz więc, jakie są korzyści z wyjmowanego sumienia.
[…]
W oczach kapłana zapalił się na chwilę gniew. Już pora, żebyś poznał naszego patrona – oznajmił, wskazując drewnianą rzeźbę w rogu izby. – Był człowiekiem nauki jak ty, dopóki świat nie oszalał, on sam zaś nie schronił się w sanktuarium. Założył ten zakon, by ratować to, co dało się jeszcze uratować z zapisów cywilizacji skazanej na unicestwienie. Uratować przed czym i po co? Pomyśl, w jakiej sytuacji się znalazł. Widzisz, czym rozpalano ogniska? Widzisz te książki? Oto, jak mato świat potrzebował twojej nauki – wtedy i przez następne wieki. On umarł za naszą sprawę. Legenda mówi, że kiedy polali go naftą, poprosił ich o łyk tego płynu. Myśleli, że pomylił ją z wodą, więc roześmiali się i podali mu kubek. Pobłogosławił ją i… niektórzy powiadają, że nafta zmieniła się w wino… i powiedział: Hic est enim calix Sanguinists Mei [Oto kielich Krwi Mojej], i wypił to, zanim go powiesili i rzucili na płonący stos. Czy mam przedstawić ci spis naszych męczenników? Czy mam wymieniać wszystkie bitwy, jakie stoczyliśmy, by te zapisy pozostały nietknięte? Wszystkich mnichów, którzy oślepli w skryptorium? Dla twojej sprawy? A ty mówisz, że nic z tym nie zrobiliśmy, że pogrzebaliśmy to i przemilczeli. Nie z rozmysłem – powiedział uczony – ale w istocie tak właśnie uczyniliście, i to z pobudek, którymi, jak sugerujesz, ja także powinienem się kierować. Jeśli próbujesz ocalić mądrość, dopóki świat nie stanie się mądry, ojcze, świat nigdy owej mądrości nie uzyska. Widzę, że nasze niezrozumienie ma charakter podstawowy! – burknął opat. Służyć przede wszystkim Bogu, czy służyć przede wszystkim Hanneganowi… oto wybór, przed którym stoisz. Nie mam zatem zbyt wielu możliwości – odparł thon. Czy chciałbyś, żebym pracował dla Kościoła? W jego głosie brzmiało jawne szyderstwo.
[…]
Nieprzyjemnie gorąco było na poboczu wypalonej od słońca ścieżki, która biegła u stóp lesistych wzgórz, a i ten skwar wzmagał pragnienie nękające Poetę. Po dłuższej chwili oderwał wzrok od ziemi, dźwignął głowę, w której mu się kręciło, i spróbował rozejrzeć się dokoła. Bitwa dobiegła końca, wokół panował względny spokój, jeśli nie liczyć oficera jazdy. Sępy obniżały się lotem ślizgowym ku ziemi. Leżało tam kilku martwych uciekinierów, jeden martwy koń i przygnieciony przez konia, umierający oficer jazdy. Co jakiś czas oficer odzyskiwał zmysły i wydawał słabe okrzyki. Wzywał matkę, a potem prosił o księdza. Czasem odzyskiwał przytomność, żeby domagać się konia. Te krzyki płoszyły sępy i jeszcze bardziej psuły humor Poecie, który i tak czuł się rozdrażniony. Był Poetą bardzo przygnębionym. Nigdy nie oczekiwał od świata dwornych manier ani chociażby rozsądnego postępowania i w istocie świat rzadko kiedy się na taką postawę zdobywał; zwykle całe serce wkładał w to, by być konsekwentnie okrutnym i głupim. Ale nigdy dotąd świat nie strzelił Poecie w brzuch z muszkietu. Uznał, że to wcale nie podnosi człowieka na duchu. Co gorsza, powinien teraz czynić wyrzuty nie głupocie świata, lecz swojej własnej. To on zbłądził. Pilnował czubka własnego nosa i nikomu nie wchodził w drogę, kiedy dostrzegł grupę uciekinierów galopujących ze wschodu w stronę wzgórz i oddział jazdy, który już następował uciekinierom na pięty. W celu uniknięcia burdy ukrył się w zagajniku, który rósł na skraju skarpy obok drogi, i był to korzystny punkt obserwacyjny, pozwalał bowiem widzieć całe widowisko, samemu nie będąc widzianym. Ta potyczka nie była sprawą Poety. Nie dbał o polityczne ani religijne gusta uciekinierów i oddziału jazdy. Rzeź była tu przeznaczeniem, a przeznaczenie nie mogłoby mieć mniej zainteresowanego świadka niż Poeta. Skąd więc ten ślepy impuls? Impuls kazał mu wyskoczyć z zarośli, by uczepić się oficera jazdy i zadać mu trzy ciosy własnym jego nożem, a potem obaj zwalili się na ziemię. Nie mógł zrozumieć, dlaczego tak postąpił. Niczego nie osiągnął. Ludzie oficera strzelili do niego, zanim zdołał dźwignąć się na nogi. Rzeź uchodźców trwała. Potem wszyscy odjechali w poszukiwaniu dalszych uciekinierów, zostawiając za sobą martwych. Czuł, jak burczy mu w brzuchu. Oto skutki bezowocnych wysiłków, żeby przełknąć kulę. Zrobił coś zupełnie bezużytecznego – doszedł w końcu do wniosku – z powodu roli, jaką odegrała tępa szabla. Gdyby oficer po prostu ściął kobietę jednym czystym uderzeniem i pojechał dalej, Poeta byłby przeszedł nad tym do porządku dziennego. Ale tamten rąbał i rąbał w ten sposób, że…
[…]
Przyjdź więc na świat, zachłyśnij się powietrzem, wrzaśnij, kiedy lekarz klepnie cię w pośladek, dorastaj, zakosztuj szczypty bóstwa, czuj ból, wydawaj na świat, prowadź walkę, by na koniec umrzeć: (Umierający, proszę wyjść po cichu tylnymi drzwiami). Rodzenie, odrodzenie – znowu i znowu, jakby w rytualnym tańcu, szaty splamione krwią i dłonie rozdarte gwoździami, dzieci Merlina ścigające płomyk światła. Także dzieci Ewy, bez ustanku budujące Edeny i jednym kopniakiem niweczące je w obłędnej furii, bo okazały się nie takie. (Au! Au! Au! – wyje wśród ruin jakiś idiota ogarnięty bezrozumną trwogą. Szybko, szybko! Niech zagłuszy go chór śpiewający Alleluja na dziewięćdziesiąt decybeli). Wysłuchaj wiec ostatniego kantyku braci z zakonu świętego Leibowitza – w tej postaci, w jakiej śpiewały ją wieki, które pochłonęły jego tytuł:
V): Lucyfer upadł.
R): Kyrie eleison.
V): Lucyfer upadł.
R): Christe eleison.
V): Lucyfer upadł.
R): Kyrie eleison, eleison imas!
LUCYFER SPADŁ. Zaszyfrowane słowa, które elektryczność niesie na cały kontynent, szeptem powtarzano sobie w salach konferencyjnych, przekazywano w formie lapidarnych not ostemplowanych SUPREMESECRETISSIMO, przezornie wycofywano z prasy. Słowa tworzyły groźne spiętrzenie za groblą urzędowej tajności. W grobli były liczne dziury, ale te dziury nieustraszenie zatykali biurokratyczni chłopcy holenderscy, których palce okropnie napuchły, kiedy robili uniki przed słownymi pociskami, jakimi strzelała prasa.
[…]
Podobnie jak wszyscy poprzedni opaci, dom Jethrah Zerchi nie był z natury człowiekiem skłonnym do kontemplacji, chociaż jako duchowny zwierzchnik wspólnoty powinien sprzyjać rozwojowi pewnych form życia kontemplacyjnego wśród swojej trzódki, a jako mnich pielęgnować w sobie skłonności do kontemplacji. Ani w jednym, ani w drugim dom Zerchi nie był zbyt dobry. Natura pchała go do działania, choćby w myślach, a jego umysł nie chciał ani na chwilę przystanąć i kontemplować. Właśnie ta ustawiczna potrzeba aktywności doprowadziła go do kierowania trzódką, uczyniła z niego śmielszego, a czasem nawet sprawniejszego zwierzchnika niż niektórzy z jego poprzedników, ale ten sam rys charakteru łatwo mógł przerodzić się w chwiejność, a nawet występek. Zerchi przeważnie miał niejasną świadomość swojej inklinacji do działania pospiesznego albo impulsywnego, kiedy musiał stawić czoło nie lękającym się śmierci smokom. Jednak właśnie w tym momencie ta świadomość nabrała wielkiej ostrości. Na nieszczęście przypomniał sobie dawne dzieje. Smok ukąsił już świętego Jerzego. Smokiem był Abominacyjny Autoskryba, którego jadowite i potworne cielsko, elektroniczne w zamierzeniu, wypełniało sporą część wolnej przestrzeni ściany i jedną trzecią powierzchni biurka opata. Jak zwykle urządzenie robiło, co mu się żywnie podobało. Źle stawiało duże litery, źle stawiało kropki i na dodatek zamieniało słowa. Właśnie przed chwilą dopuściło się elektrycznej obrazy majestatu wobec osoby panującego opata, który najpierw wezwał fachowca do naprawy komputera i czekał na niego trzy dni, a następnie postanowił sam dokonać naprawy stenografującej abominacji. Podłoga gabinetu była zasłana skrawkami wydruków tekstu próbnego. Typowy był tu wydruk zawierający następującą informację:
pRóba próBa, próbA? PRóba PróBa? potęPienIe? Czy te duże litERY oszALAŁy? nadSZedł teRaz czaS DLA wszystkiCH doBrych memorYSTÓW, bY PrzykLeIć siĘ do bÓLu tropiCIELi ksIĄg. Do licha, Czy nie mOżeSZ lePiej radZić sObie z ŁaCIną teraZ tłUmacZ: nECCesse Est epistULam sacri coLLegio mIttendAm esse statim dictem? Co się StałO Z TYM przeklęTYM gRaTem.
[…]
Joszua skinął potakująco. Cóż więc pozostaje? – ciągnął opat. Pokaz siły? Szantaż? Ostrzeżenie? To wszystko, co przychodzi mi do głowy. To by wyjaśniało pogotowie obronne. Ale w wiadomościach nie ma nic poza plotkami i odmową komentarza. A z Azji – martwa cisza. Jednak informację o tym musiałby przekazać któryś z satelitów obserwacyjnych. Chyba że… niechętnie to sugeruję, ale…, chyba że ktoś wynalazł sposób, żeby wystrzelić pocisk kosmos-Ziemia tak, by satelita wykrył go dopiero, kiedy trafi w cel. Czy to możliwe? Mówiło się o tym, ojcze opacie. Rząd wie. Chroni się nas przed zbiorową histerią. Czyż nie tak to nazywają? Maniacy! Świat jest w stanie chronicznego kryzysu od pięćdziesięciu lat. Pięćdziesięciu? Co ja mówię? Tkwi w nim od samego początku, ale jakieś pół wieku temu stało się to prawie nie do zniesienia. I dlaczego, na miłość boską? Co jest podstawową przyczyną zadrażnień, istotą napięcia? Filozofia polityczna? Gospodarka? Nacisk demograficzny? Rozbieżności w zakresie kultury i wiary? Jeśli zadasz to pytanie dwunastu ekspertom, uzyskasz dwanaście różnych odpowiedzi. I znowu ten Lucyfer. Czy istnieją, bracie, gatunki szalone z przyrodzenia? Jeśli urodzimy się jako szaleńcy, jakąż możemy mieć nadzieję na niebo? Wyłącznie poprzez wiarę? Czy może żadnej wiary nie ma? Boże, wybacz, nie to miałem na myśli.
[…]
Po prostu czytałem. Tak więc plan został anulowany? Nie masz się z czego cieszyć. To przyszło rano. To zaś po południu. Opat rzucił mu drugi telegram.
ODWOŁUJEMY PIERWSZY TELEGRAM Z DZISIEJSZĄ DATA. QUO PEREGRINATUR TRZEBA NATYCHMIAST URUCHOMIĆ Z POWROTEM NA ŻĄDANIE OJCA ŚWIĘTEGO. PRZYGOTUJ ZAŁOGĘ DO STARTU W CIĄGU TRZECH DNI. PRZED WYRUSZENIEM POCZEKAJ NA POTWIERDZENIE DEPESZY. MELDUJ O WAKATACH W STANIE OSOBOWYM. ROZPOCZNIJ WARUNKOWE REALIZOWANIE PLANU. ERYK KARDYNAŁ HOFFSTRAFF, VICAR. APOST. EXTRATERR. PROWINCIAE
Mnichowi krew odpłynęła z twarzy. Odłożył telegram na stół i opadł z powrotem na krzesło, zaciskając wargi. Czy wiesz, co to takiego Quo peregrinatur [łacińska fraza: dokąd wędruje… - przyp. aut.]? Wiem, co to jest, ale nie znam szczegółów. Otóż wszystko zaczęło się od planu wysłania kilku księży z grupą kolonistów odlatujących w kierunku Alpha Centauri. Ale nic z tego nie wyszło, ponieważ potrzebni są biskupi, żeby było komu wyświęcać nowych księży, więc w ślad za pierwszym pokoleniem kolonistów należałoby wysłać dalszych księży i tak dalej. Problem sprowadził się do sporu, czy kolonie utrzymają się, jeśli tak, czy trzeba podjąć kroki zapewniające sukcesję apostolską na kolonizowanych planetach bez środków pochodzących z Ziemi? Czy wiesz, co by to oznaczało?
[…]
Licząca już wiele stuleci, ale ostatnio poszerzona autostrada była tą samą drogą, którą niegdyś wykorzystywały pogańskie armie, a także pielgrzymi, wieśniacy, ciągnięte przez osły wózki, nomadowie, dzicy jeźdźcy ze Wschodu, artyleria, czołgi i dziesięciotonowe ciężarówki. Ruch się na niej wprost przelewał albo tylko sączył, albo nawet kapał – zależnie od epoki historycznej i pory roku. W zamierzchłych czasach było sześć pasm i ruch automatyczny. Potem ruch zamarł, nawierzchnia popękała i po deszczu w tych pęknięciach wyrosła trawa. Pokrył ją kurz. Mieszkańcy pustyni wykopywali pokruszony beton, by budować z niego swoje rudery i barykady. Erozja uczyniła z niej szlak pustynny poprzez dzikie pustkowie. Ale teraz, było tak samo jak niegdyś: sześć pasm i ruch automatyczny. Mamy dzisiejszego wieczoru niewielki ruch – zauważył opat, kiedy wyszli przez dawną bramę główną. – Przejdźmy górą. Po tej burzy piaskowej w tunelu musi być duszno. Czy też nie masz ochoty na uskakiwanie przed tymi gratami? Chodźmy - przystał na propozycję brat Joszua. Ciężarówki o niskim zawieszeniu i ze słabymi światłami (służącymi wyłącznie do ostrzegania) przemykały bezmyślnie obok nich ze świstem opon i jękiem turbinowych silników. Badały szosę parabolicznymi mackami, a magnetyczne czułki prowadziły je po stalowych wstęgach w nawierzchni, zmuszając do poruszania się po różowej, błyszczącej rzece pokrytego olejami betonu. Oszczędne korpuskuły w tętnicy ludzkości, behemoty przemykały obojętnie obok dwóch mnichów, którzy uskakiwali przed nimi z pasma na pasmo. Jeśli wpadniesz pod którąś z nich, rozjadą cię wszystkie jadące z tyłu, aż któryś wóz służby ruchu znajdzie rozpłaszczony odcisk człowieka na powierzchni i zatrzyma się, żeby ją oczyścić. Czujniki autopilota sprawniej wykrywały bryły metali niż bryły ciała i kości.
[…]
Wielebny ojciec poprosił, żebym ogłosił następujące obwieszczenie: Po pierwsze, przez następne trzy dni będziemy śpiewać małe nabożeństwo do Naszej Pani przed jutrznią, prosząc o Jej orędownictwo na rzecz pokoju. Po drugie, na stoliku przy wejściu leży ogólna instrukcja w sprawie obrony cywilnej na wypadek ataku z kosmosu albo alarmu przeciwrakietowego. Każdy bierze jedną. Jeśli ktoś już ją czytał, niech przeczyta raz jeszcze. Po trzecie, jeśli rozlegnie się sygnał ostrzegający przed atakiem, następujący bracia mają stawić się natychmiast na dziedzińcu starego opactwa po specjalne instrukcje. Jeśli nie będzie sygnału alarmowego, ci sami bracia stawią się tam pojutrze rano tuż po jutrzni i laudzie. Oto oni: bracia Joszua, Krzysztof, Augustyn, Jakub, Samuel… Mnisi słuchali w napięciu, ale spokojnie, nie przejawiając żadnych emocji. Przeor wymienił w sumie dwadzieścia siedem imion, ale nie znalazł się wśród nich ani jeden nowicjusz. Niektórzy byli wybitnymi uczonymi, ale nie zabrakło również furtiana i kucharza. Przy pierwszym słuchaniu można by dojść do wniosku, że imiona zostały wybrane na chybił trafił. Zanim ojciec Lehy dokończył czytania listy, bracia patrzyli z zaciekawieniem jeden na drugiego. I ta sama grupa zgłosi się jutro po prymie do infirmerii na szczegółowe badania zdrowotne – zakończył przeor. Obrócił się i spojrzał pytająco na dom Zerchiego. Domne? Tak, tylko jeszcze… – rzekł opat, podchodząc do pulpitu. Bracia, nie dopuśćmy myśli, że nadciąga wojna. Przypomnijmy sobie, że Lucyfer tym razem był wśród nas przez blisko dwa wieki. I upadł tylko dwa razy w wielkości mniejszej niż megatona. Wszyscy wiemy, co by się stało, gdyby doszło do wojny. Wrzód genetyczny jest wciąż z nami od ostatniego razu, kiedy człowiek spróbował sam siebie usunąć z powierzchni Ziemi. Wtedy to, w czasach świętego Leibowitza, być może nie wiedzieli, do czego może dojść. Albo jeśli wiedzieli, nie mogli do końca uwierzyć, póki nie spróbowali - jak dziecko, które wie, co może zrobić naładowany pistolet, ale nigdy jeszcze nie nacisnęło na spust. Nie widzieli miliarda trupów. Nie widzieli wybryków natury, potworków, ludzi odczłowieczonych, ślepych. Nie widzieli jeszcze szaleństwa, rzezi i unicestwienia rozumu. Uczynili to więc i zobaczyli.
[…]
… Ale najpierw najświeższe obwieszczenie Naczelnego Dowództwa. Rodzina królewska jest bezpieczna. Powtarzam: wiadomo, że rodzina królewska jest bezpieczna. Powiada się, że Rada Regencyjna przebywała poza miastem, kiedy nieprzyjaciel uderzył. Nie ma doniesień o jakichkolwiek zaburzeniach poza obszarem dotkniętym klęską i nie spodziewamy się takich wiadomości. Światowy Trybunał Narodów wydał polecenie przerwania ognia i ogłosił werdykt o wyjęciu z zawieszeniem spod prawa, aż do kary śmierci, szefów rządów obydwu narodów. Ponieważ wykonanie wyroku zostało zawieszone, będzie on miał zastosowanie jedynie w przypadku niepodporządkowania się dekretowi. Oba rządy poinformowały natychmiast Trybunał, że przyjęły polecenie do wiadomości, a tym samym istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że wygasa konflikt, który kilka godzin temu zaczął się od prewencyjnego uderzenia na pewne sprzeczne z prawem instalacje kosmiczne. Kosmiczne siły Konfederacji Atlantyckiej wykonały ubiegłej nocy uderzenia na trzy zamaskowane azjatyckie wyrzutnie rakiet umiejscowione po niewidocznej stronie Księżyca i całkowicie zniszczyły nieprzyjacielską stację kosmiczną, o której wiadomo było, że jest członem systemu naprowadzania rakiet kosmos-Ziemia. Można się było spodziewać, że nieprzyjaciel zaatakuje w odwecie nasze siły kosmiczne, ale barbarzyński napad na naszą stolicę był aktem desperacji, którego nikt nie oczekiwał. Komunikat specjalny: Nasz rząd obwieścił przed chwilą, że gotów jest przestrzegać przez dziesięć dni zawieszenia ognia, jeśli nieprzyjaciel zgodzi się na natychmiastowe spotkanie ministrów spraw zagranicznych i dowódców wojskowych na wyspie Guam. Spodziewamy się, że nieprzyjaciel przyjmie naszą propozycję. Jednak radio azjatyckie stale podkreśla, że niedawną katastrofę nuklearną w Itu Wan, która pociągnęła za sobą około ośmiu tysięcy ofiar, spowodowała zbłąkana rakieta atlantycka, a zniszczenie miasta Teksarkana było tym samym rodzajem odwetu…
[…]
Spojrzał znowu w górę na przesłonięte pyłem poranne gwiazdy. Cóż, nie znajdziemy poza Ziemią Edenów – powiadają. A jednak są tam teraz ludzie, którzy spoglądają na obce słońca świecące na obcych niebach, wdychają obce powietrze, uprawiają obcą ziemię. W światach, które są zmarzniętą równikową tundrą, w parnych światłach arktycznych dżungli, za mało zapewne podobnych do Ziemi, dosyć podobnych do Ziemi, by człowiek mógł jakoś tam żyć, w takim samym pocie czoła. Jest ich ledwie garstka, tych niebieskich kolonistów gatunku Homo loquax nonnumquam sapiens [Człowiek wymowny i nawet czasem mądry], kilka znękanych kolonii, które tak niewiele otrzymywały dotychczas pomocy z Ziemi, a teraz, nie mogą już spodziewać się żadnej w tych swoich nowych nie-Edenach, nawet mniej przypominających raj niż sama Ziemia. Może na szczęście dla nich. Im bliżej ludzie dochodzą do rajskiej doskonałości, tym bardziej ich ona irytuje i tym bardziej sami siebie irytują. Założyli ogród rozkoszy i czuli się w nim coraz marniej, w miarę jak wzrastał w bogactwo, moc i piękno. Wtedy bowiem łatwiej przyszło im dostrzec, że czegoś w tym ogrodzie brakuje, jakiegoś drzewa albo krzewu, które nie wyrosną w nim nigdy. Kiedy świat był pogrążony w mrokach i nieszczęściach, mógł wierzyć w doskonałość i tęsknić do niej. Ale kiedy świat zajaśniał rozumem i bogactwem, pojął, jak wąskie jest ucho igielne, i to jątrzyło przeciwko światu, który nie chciał już wierzyć i tęsknić. Zamierzają znowu zniszczyć ten ziemski ogród – cywilizowany i nasycony wiedzą – by został raz jeszcze rozdarty na strzępy, by człowiek raz jeszcze mógł żyć w nieszczęściu i mrokach, ale z nadzieją w sercu.
[…]
Proszę mi wybaczyć – rzekł opat Zerchi. Wcale nie zamierzałem dyskutować z panem o teologii moralnej. O tym spektaklu masowej eutanazji mówiłem jedynie w terminach ludzkiej motywacji. Samo istnienie ustawy dotyczącej klęski promieniowania oraz podobnych praw u innych narodów stanowi najpełniejszy dowód, że rządy były w pełni świadome konsekwencji kolejnej wojny, ale zamiast dążyć do tego, by taka zbrodnia stała się niemożliwa, starały się z góry przewidzieć jej konsekwencje. Czy implikacje tego faktu są dla pana bez żadnego znaczenia, doktorze? Oczywiście nie, proszę ojca. Osobiście jestem pacyfistą. Ale żyjemy na takim świecie, a nie innym. A skoro nie mogą dojść do zgody co do sposobu zapobieżenia wojnie, to lepiej przeprowadzić pewne przygotowania pozwalające uporać się ze skutkami niż być nie przygotowanym. I tak, i nie. Tak, jeśli chodziłoby tu o przewidywanie, że ktoś inny popełni zbrodnię. Nie, jeśli przewiduje się, że popełni sieją samemu. A szczególnie nie, jeśli przygotowania do złagodzenia skutków też mają charakter zbrodniczy. Gość wzruszył ramionami. Jak eutanazja? Przykro mi, proszę ojca, aleja uważam, że prawa ustalone przez społeczeństwo decydują, co jest zbrodnią, a co nią nie jest. Wiem, że się ojciec ze mną nie zgodzi. I mogą być prawa złe, źle pomyślane, to prawda. Ale sądzę, że w tym przypadku mamy dobre prawo. Gdybym uważał, że mam coś takiego jak dusza i że w niebie jest jakiś gniewny Bóg, być może potrafiłbym się z ojcem zgodzić. Ojciec Zerchi uśmiechnął się blado. Pan nie ma duszy, doktorze. Pan jest duszą. Ma pan, i to tymczasowo, ciało. Gość roześmiał się uprzejmie. Zamęt semantyczny. Tak. Ale kto z nas się pomylił? Czy ma pan co do tego jasność? Nie kłóćmy się, proszę ojca. Nie należę do Korpusu Miłosierdzia. Pracuję w Zespole Kontroli Napromieniowania. Nikogo nie zabijamy.
[…]
Nie chcę, żeby odbywano się to w ten sposób – odparł opat. Proszę tylko pomyśleć, przed chwilą powiedział mi pan, w jaki sposób wydane przez człowieka prawo dało panu upoważnienie do czytania i wyjaśniania wszystkiego w przypadkach krytycznych dawek napromieniowania. Nie sprzeciwiłem się temu. Oddać cesarzowi dokładnie tyle, ponieważ tego wymaga od pana prawo. Czyż nie jest pan w stanie pojąć, że ja podlegam innemu prawu i że to inne prawo nie pozwala mi umożliwiać panu ani komukolwiek innemu doradzania na terenie posiadłości, którą zarządzam, czegoś, co Kościół nazywa złem. Och, doskonale rozumiem, w czym rzecz. Świetnie. Wystarczy jedna pańska obietnica i będzie pan mógł korzystać z dziedzińca. Jaka obietnica? Po prostu, że nikomu nie doradzi pan, by poszedł do obozu miłosierdzia. Proszę ograniczyć się do postawienia diagnozy. Jeśli natrafi pan na beznadziejny przypadek napromieniowania, proszę powiedzieć to, do czego zmusza pana prawo. Niech pan pociesza jak umie, ale niech nie mówi człowiekowi, żeby odebrał sobie życie. Lekarz zawahał się. Myślę, że byłoby rzeczą właściwą, gdybym złożył taką obietnicę co do pacjentów tego samego co ojciec wyznania. Opat Zerchi spuścił wzrok. Przykro mi - powiedział w końcu – ale to za mało. Dlaczego? Inni nie są związani z zasadami wyznawanymi przez ojca. Jeśli ktoś jest innego wyznania, dlaczego nie pozwala mu ojciec… Zachłysnął się gniewem. Czy chce pan wyjaśnienia? Tak. Kiedy człowiek nie wie o tym, że coś jest złe, i działa w niewiedzy, nie popełnia grzechu, jeśli tylko przyrodzony rozum nie może mu podpowiedzieć, że nie postępuje właściwie. Ale chociaż ignorancja może człowieka usprawiedliwić, nie usprawiedliwia samego czynu, który jest zły w sobie. Gdybym pozwolił na czyn po prostu dlatego, że człowiek jest nieświadomy jego zła, popełniłbym grzech, gdyż ja przecież wiem, że jest to złe. To naprawdę jest aż boleśnie proste. Proszę posłuchać. Siedzę tutaj i patrzę na ojca. Niektórzy krzyczą przeraźliwie. Inni płaczą. Jeszcze inni po prostu siedzą. Wszyscy mówią: “Doktorze, co mam zrobić?” Jak mam im odpowiadać? Nie mówić nic? Mówić: “Możesz umrzeć i to wszystko?” Co by powiedział ojciec? Modliłbym się. Tak, istotnie, ojciec by się modlił. Ale ból to jedyne zło, jakie znam. I jedyne, z którym mogę walczyć. Niech więc Bóg panu pomoże. Bardziej pomagają mi antybiotyki. Opat Zerchi szukał w myślach jakiejś uszczypliwej odpowiedzi i znalazł ją, ale szybko przełknął. Sięgnął po czysty arkusz papieru i pióro i pchnął oba przedmioty na drugą stronę biurka. Proszę po prostu napisać: “Na terenie tego opactwa nie będę doradzał eutanazji żadnemu pacjentowi”. I podpis. Potem może pan korzystać z dziedzińca.
[…]
Sytuacja prawna jest zagmatwana. Prawo zakazywało startu rakiety bez zezwolenia specjalnej komisji. Zerchi był pewien, iż SOK i komisja uznają, że Kościół pogwałcił prawo. Ale konkordat, zawarty między państwem a Kościołem już półtora wieku temu, wyraźnie wyłączał Kościół spod obowiązku uzyskiwania licencji i gwarantował prawo wysyłania misji do “wszelkich kosmicznych instalacji i/lub stacji planetarnych, jeśli tylko nie zostały wskazane przez rzeczoną Komisję jako niebezpieczne pod względem ekologicznym albo zamknięte dla przedsięwzięć wychodzących poza ich przeznaczenie”. Wszelkie instalacje w systemie słonecznym były w czasach zawierania konkordatu “niebezpieczne pod względem ekologicznym” i “zamknięte”, ale ten sam konkordat w dalszej części przyznawał Kościołowi prawo do “własnych statków kosmicznych i wysyłania bez ograniczeń wypraw do otwartych instalacji i stacji”. Konkordat jest już bardzo stary. Podpisywano go w czasach, kiedy napęd Berkstruna do statków gwiezdnych był tylko marzeniem w dalekosiężnej wyobraźni tych, którzy myśleli, że podróże gwiezdne otworzą wszechświat dla nieograniczonej niczym ekspansji gatunku ludzkiego. Wszystko potoczyło się jednak inaczej. Kiedy pierwszy statek międzygwiezdny pojawił się na stołach kreślarskich, stało się rzeczą oczywistą, że żadna instytucja poza państwem nie ma możliwości ani funduszy, żeby je budować, że nie można się spodziewać żadnego zysku z osadzenia kolonii na planetach poza układem słonecznym w celu “międzygwiezdnej wymiany handlowej”. Mimo to władcy Azji wysłali pierwszy statek z kolonistami. Wtedy na Zachodzie rozległ się okrzyk: “Czy pozwolimy niższej rasie zawładnąć gwiazdami?” Nastąpiło krótkotrwałe szaleństwo wypraw kosmicznych: na wyścigi zaczęto całe kolonie czarnych, czerwonych, białych i żółtych wypychać w stronę Centaura w imię rasizmu. Potem genetycy wbrew sobie samym udowodnili, że jeśli przy tych szczupłych grupach rasowych ich potomkowie nic zaczną krzyżować się z członkami innych grup, na skolonizowanej planecie wystąpi deterioracja genetyczna; tak więc rasiści doprowadzili do tego, że krzyżowanie stało się konieczne dla przetrwania. Kościół interesował się kosmosem tylko w tej mierze, w jakiej interesował się tymi kolonistami, którzy byli synami Kościoła, odciętymi od trzódki przez międzygwiezdne odległości. Mimo to nie wykorzystywał prawa ujętego w konkordacie, a pozwalającego na wysyłanie misji. Istniały pewne sprzeczności między konkordatem a prawem państwowym, które nadawało szerokie uprawnienia komisji, sprzeczności wynikające choćby z tego, że to ostatnie prawo mogło przynajmniej teoretycznie ograniczać wysyłanie misji. Sprzeczność ta nigdy nie została usunięta na drodze prawnej, nigdy bowiem nie doszło do powstania sytuacji spornej. Jeśli jednak w tej chwili SOK przyłapie grupę Joszui w momencie startu bez zezwolenia komisji, powstanie sytuacja konfliktowa. Zerchi modlił się o to, żeby grupa mogła wyruszyć bez poddawania się sądowym testom, które mogły zająć całe tygodnie lub nawet miesiące. Oczywiście potem wybuchnie skandal. Wielu wystąpi z oskarżeniem, że Kościół nie tylko naruszył przepisy komisji, ale także zasadę miłosierdzia, wysyłając dygnitarzy kościelnych oraz zwykłych mnichów, chociaż mógłby wykorzystać statek dla wysłania biednych, spragnionych ziemi kolonistów. Ciągle powracał spór między Martą a Marią.
[…]
Znosił to, dopóki mógł, a potem chwycił lornetkę, starą książkę i różaniec i wspiął się na jedną z dawnych wież strażniczych, których grube kamienie tłumiły większość dźwięków z dziedzińca. Książką był cienki tomik wierszy, w istocie anonimowych, aczkolwiek legenda przypisywała je mitycznemu świętemu, którego “kanonizacja” dokonana została jedynie w baśniach i folklorze równin, nie zaś przez akt Stolicy Apostolskiej. Nikt bowiem nie znał dowodu na to, że święty Poeta z cudownym okiem istniał naprawdę. Bajka powstała zapewne z opowieści o tym, jak to jeden z wczesnych Hanneganów dostał szklane oko od wybitnego fizyka teoretyka, który był jego protegowanym – Zerchi nie potrafił sobie przypomnieć, czy tym uczonym był Esser Shon czy też Pfardentrott – i który powiedział księciu, że należało do jakiegoś poety zmarłego za wiarę. Nie określił dokładnie, za jaką mianowicie wiarę umarł Poeta – za wiarę Piotrową czy też za wiarę teksarkańskich schizmatyków – ale najwidoczniej Hannegan docenił oko, gdyż osadził je na uchwycie w kształcie małej złotej ręki, którą wkładali po dziś dzień przy pewnych uroczystościach państwowych książęta z dynastii Harqannegan. Było nazywane rozmaicie. Orbis Judicans Conscientias [Osądzający Sumienie Świata] albo Oculus Poetae Judicis [Oko Poety Sędziego], a resztki teksarkańskich schizmatyków nadal czciły je jako relikwię. Kilka lat temu ktoś wysunął dosyć niemądrą hipotezę, że święty Poeta był tą samą osobą, co “rymotwórca błazen” wspomniany raz w Dziennikach wielebnego opata Hieronima, ale jedynym wiarygodnym dowodem jest fakt, iż Pfardentrott – czy też Esser Shon? – odwiedził opactwo w czasach, kiedy władał nim wielebny opat Hieronim, a więc mniej więcej w tym okresie, z którego pochodził wpis w Dzienniku dotyczący “rymotwórcy błazna”, oraz fakt, iż podarowanie Hanneganowi oka nastąpiło w tym samym czasie, po wizycie w opactwie. Zerchi podejrzewał, że cienki tomik wierszy został napisany przez któregoś ze świeckich uczonych, którzy mniej więcej w tamtych czasach odwiedzali opactwo, żeby studiować memorabilia, i że jednego z nich można zapewne utożsamiać z rymotwórcą błaznem i być może ze świętym Poetą z folkloru i bajki. Anonimowe wiersze były nieco za śmiałe, by mógł je napisać jakiś mnich. Książka stanowiła satyryczny wierszowany dialog między dwoma agnostykami, którzy, posługując się wyłącznie przyrodzonym rozumem, próbowali udowodnić, że posługując się wyłącznie przyrodzonym rozumem, nie można udowodnić istnienia Boga. Udało się im jedynie udowodnić, że matematyczna granica nieskończonego ciągu “powątpiewali w pewność, z jaką rzecz wątpliwa uznawana jest za niepoznawalną, skoro owa «rzecz wątpliwa» pozostaje stwierdzeniem poprzedzającym wobec «niepoznawalności» rzeczy wątpliwej”, otóż, że granica tego procesu w nieskończoności może być jedynie równoważna ze stwierdzeniem absolutnej pewności, aczkolwiek wyrażonej jako nieskończony ciąg negacji pewności. Tekst nosił piętno teologicznego rachunku świętego Lisie, a również jako poetycki dialog między jednym agnostykiem, określonym wyłącznie jako Poeta, a drugim, określonym wyłącznie jako Thon, sugerował epistemologiczny dowód na istnienie Boga. Ale rymotwórcą był satyrykiem; ani poeta, ani mistrz nie zaniechali swoich agnostycznych założeń, kiedy uzyskali wniosek wyrażający absolutną pewność; zamiast tego kończyli stwierdzeniem: Non cogitamus, ergo nihil sumus [Nie myślimy, więc niczym jesteśmy].
[…]
“Właśnie zakończyła się konferencja ministrów spraw zagranicznych na wyspie Guam. Nie ogłoszono jak dotąd żadnego wspólnego komunikatu. Ministrowie wracają do swoich stolic. Waga tej konferencji i napięcie, z jakim cały świat czeka na jej rezultaty, każe komentatorowi sądzić, że jeszcze się nie zakończyła, ale została jedynie odłożona, żeby ministrowie mieli kilka dni na konsultacje ze swoimi rządami. Wcześniejsze doniesienia, które mówiły, że konferencja została zerwana w atmosferze wzajemnych oskarżeń, zostały zdementowane przez ministrów. Premier Rekol miał dla prasy tylko następujące oświadczenie: «Wracam, żeby skonsultować się z Radą Regencyjną. Ale pogoda była tu przyjemna. Być może wrócę tu jeszcze na ryby». W dniu dzisiejszym dobiega końca dziesięciodniowa zwłoka, ale uważa się powszechnie, że układ w sprawie przerwania ognia będzie nadal przestrzegany. Alternatywą jest wzajemne unicestwienie. Zniszczeniu uległy dwa miasta, ale trzeba pamiętać, że żadna ze stron nie odpowiedziała uderzeniem na wielką skalę. Władcy Azji przyznają, że było to działanie zgodne z hasłem «oko za oko». Nasz rząd kładzie nacisk na fakt, że wybuch w Itu Wan nie był spowodowany przez atlantycką rakietę. Ale poza tym w obu stolicach zachowuje się tajemnicze i świadczące o niezdecydowaniu milczenie. Było trochę wymachiwania zakrwawionymi koszulami, było trochę krzyków domagających się odwetu. Rodzaj ślepej furii, ponieważ dokonano morderstwa, ponieważ zapanował powszechny obłęd, ale żadna ze stron nie chce totalnej wojny. Systemy obronne są w gotowości bojowej. Sztab generalny wydał oświadczenie, prawie wezwanie, obwieszczające, że nie posuniemy się do ostateczności, jeśli i Azja o tym zapewni. Ale oświadczenie mówi dalej: «Jeżeli użyją promieniowania, będziemy musieli odpowiedzieć tym samym, i to z taką siłą, że żadna istota nie będzie mogła żyć w Azji przez następne tysiąc lat». Co najdziwniejsze, ostatnia optymistyczna wiadomość przyszła nie z Guam, ale z Watykanu w Nowym Rzymie. Kiedy dobiegła końca konferencja na Guam, doniesiono, że papież Grzegorz przestał się modlić o pokój na świecie. W bazylice odśpiewano dwie specjalne msze: Exsurge quare obdormis, mszę przeciwko pogaństwu oraz Reminiscere, mszę na czas wojny; następnie – powiada sprawozdanie – Ojciec Święty udał się w góry, żeby medytować i modlić się o sprawiedliwość.
[…]
Budynek zwalił się na niego. Kiedy odzyskał przytomność, nie zobaczył nic poza pyłem. Był przywalony od pasa w dół. Leżał w kurzu na brzuchu i próbował się poruszyć. Jedno ramię miał wolne, ale drugie było przygniecione ciężarem, który je unieruchamiał. Wolną dłoń miał nadal zaciśniętą na cyborium, ale padając, przechylił je, pokrywka spadła i wiele małych opłatków rozsypało się. Podmuch wyrzucił mnie całkiem z kościoła – doszedł do wniosku. Leżał na piasku i patrzył na przysypane gruzem resztki krzewu różanego. Na jednej z gałęzi pozostała uczepiona róża. Salmon Armenians – zauważył. Płatki były osmalone. Z nieba dochodził huk rakiet i poprzez kurz migotały błękitne światełka. W pierwszej chwili nie czuł ani trochę bólu. Próbował wyciągnąć szyję, by rzucić okiem na behemota, który usiadł na nim, ale wtedy ozwał się ból. Oczy zaszły mu mgłą. Krzyknął cicho. Już nie będzie się rozglądać. Otuliło go szczelnie pięć ton kamieni. Uwięziły wszystko, co zostało z niego od pasa w dół. Zaczął zbierać małe hostie. Ostrożnie poruszał wolnym ramieniem. Ostrożnie, po jednej podnosił je z piasku. Groziło niebezpieczeństwo, że wiatr uniesie maleńkie płatki Chrystusa. Tak czy owak, Panie, starałem się. Czy ktoś potrzebuje ostatniego sakramentu? Wiatyku? Jeśli tak, będą się musieli do mnie przyczołgać. Czy jednak ktoś jeszcze ocalał? Nie słyszał żadnych głosów wzbijających się ponad przerażający huk. Krew napływała mu do oczu. Otarł ją przedramieniem, żeby nie skalać opłatków skrwawionymi palcami. Niewłaściwa to krew, Panie, moja, nie Twoja. Dealba me [Wybiel mnie]. Zebrał już większość porozrzucanych hostii do naczynia, ale kilka opłatków było poza jego zasięgiem. Wyciągnął ku nim rękę, ale natychmiast pociemniało mu znowu w oczach. Jezu Maryja, Józefie święty. Na pomoc!
[…]
Śpiewali, podając dziecko na statek. Śpiewali stare pieśni kosmicznych wędrowców i pomagali wchodzić dzieciom po drabinie – pojedynczo, prosto w ręce sióstr. Śpiewali z całego serca, żeby rozproszyć strach, jaki jest udziałem maluczkich. Kiedy horyzont wybuchł, śpiew ustał. Podali ostatnie dziecko. Horyzont ożywił się od błysków, kiedy mnisi pięli się po drabinie. Stał się jednym czerwonym płomieniem. Odległa ławica chmur pokazała się w miejscu, gdzie nie było ani jednej chmury. Mnisi na drabinie odwrócili twarze od blasku. Kiedy błyski zanikły, spojrzeli raz jeszcze. Oblicze Lucyfera przybrało plugawy kształt grzyba nad ławicą chmur i podniosło się powoli niby jakiś Tytan wstający na nogi po wiekach uwięzienia w ziemi. Ktoś rzucił rozkaz. Mnisi znowu zaczęli się piąć. Wkrótce wszyscy znaleźli się we wnętrzu statku. Ostatni z mnichów przystanął w otwartym luku i zdjął sandały. – Sic transit mundus [Tak przemija świat] – szepnął, oglądając się na blask. Trzepnął podeszwami sandałów, żeby uwolnić je od kurzu. Błysk ogarnął trzecią część nieba. Poskrobał się po brodzie, po raz ostatni spojrzał na ocean, a potem wszedł i zamknął za sobą pokrywę luku. Wszystko się zamazało: błysnęło, rozległ się wysoki świst i statek pomknął ku niebu. Fale biły monotonnie o brzeg, wyrzucając drewno. Poza zasięgiem fali przybrzeżnej unosił się na wodzie opuszczony hydroplan. Po jakimś czasie fala pochwyciła jednak hydroplan i rzuciła go razem z drewnem na brzeg. Przechylił się i złamał skrzydło. Niesione falą krewetki fikały koziołki i to samo robiły rybki witlinki, które żywią się krewetkami, i rekin, który pożera witlinki i uważa, że są smakowite w figlarnej brutalności morza. Wiatr przemknął nad oceanem, niosąc całun drobnego, białego popiołu. Popiół spadł na morze i na fale przybrzeżne. Fale wyrzucały na brzeg martwe krewetki razem z drewnem. Potem wyniosły rybki witlinki. Rekin zanurzył się w najgłębszych wodach i unosił się w miejscu w zimnych, czystych prądach. O tej porze roku był bardzo głodny.
Walter Michaela Miller Jr, Kantyczka dla Leibowitza
Post-apokaliptyczna, pro-katolicka, a i retrospektywnie potem nagrodzona literacko powieść z gatunku science fiction Waltera Michaela Millera Juniora – amerykańskiego pisarza przenosi akcję opowieści... daleko... jeszcze dalej, w końcu też i najdalej... w przyszłość przede wszystkim na terytoria środkowych i południowych stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie też zorganizowały się nowe, ponuklearne skupiska ludzkie, najpierw te, co dotrwały do dwudziestego szóstego wieku, potem także i te, które koegzystowały we względnym spokoju w trzydziestym drugim wieku, jak również i następne z trzydziestego ósmego stulecia, będącego jak się okazuje w zamyśle autora ostatnim już czasookresem ludzkiego akcentu na naszej Matce-Ziemi. W ogólności millerowska powieść składa się z trzech części i opowiada zmienne, acz uzupełniające się historie. W pierwszej czasowo odsłonie Niech stanie się człowiek brat zakonny Franciszek Gerard z Utah odkrywa dwudziestowieczny schron przeciwatomowy, a w nim porzucone w nieładzie przedmioty, które po zidentyfikowaniu przez nowo-rzymskich specjalistów okazują się kluczowymi dowodami do kanonizowania Isaaca Edwarda Leibowitza, założyciela klasztoru albertynów. W kolejnej z kolei części Niech stanie się światłość ludzkość przeżywa renesans swego przetrwania, także dzięki kopiowanym i spisywanym memorabiliom zakonu albertyńskiego, a nowi naukowcy znowu muszą wybierać pomiędzy tym, co służy dobru ludzkości, a tym, co nie służy nawet nikomu poza rozpasanym ego u króla Hannegana z Texarkany prącego do rozwiązań siłowych w imię absurdalnego pan-zjednoczenia. W ostatnim za to rozdaniu Bądź wola Twoja światem już rządzi tzw. zimna wojna, a u progu ostatecznej zagłady pod radioaktywnym „opadem lucyferowym” opat albertyński świętego Leibowitza otrzymuje rozkaz zorganizowania ekspedycji międzygwiezdnej w celu ratowania dziedzictwa kulturowego ginącego niechybnie świata.