Blog

 

19.04.2026

Rebeka

„Moda zmienia się obecnie tak szybko,

że może nawet ulec zmianie,

 zanim pani znajdzie się na górze.”


„Nic nie przypominało tamtej chwili.

Nie pozostawiliśmy po sobie

żadnych cie­ni.”


„Wyglądała jak chłopak

w swoim żeglarskim stroju,

chłopak

o twarzy anioła z obrazu Botticellego.”

[…]

Śniło mi się tej nocy, że znowu byłam w Manderley. Wydawało mi się, że stoję przed bramą z kutego żelaza prowadzącą do alei wjazdowej, nie mogę jednak wejść, gdyż brama jest zamknięta. Wisi na niej łańcuch z kłódką. We śnie zawołałam dozorcę, ale nikt się nie odezwał, a gdy zajrzałam przez zardzewiałe sztachety, zobaczyłam, że domek dozorcy jest niezamieszkany. Z komina nie unosił się dym, małe okienka ziały pustką. Nagle, jak to bywa we śnie, zo­stałam obdarzona nadprzyrodzoną mocą i przeniknęłam jak duch przez bramę zagradzającą mi drogę. Aleja wjazdowa wiła się jak dawniej, wieloma skrętami, ale idąc po niej, uświado­miłam sobie, że jednak coś się zmieniło. Teraz aleja była wąska, zapuszczona, niepodobna do tej, jaką znaliśmy przed laty. Najpierw dziwiło mnie to i zastanawiało, dopiero gdy schy­liłam głowę, by nie uderzyć się o nisko zwisającą gałąź, zrozumiałam, co się tu stało. Natura objęła wszystko ponownie w swoje posiadanie, powoli zagarniając aleję swymi podstępnymi mackami. Lasy, które zawsze nam zagrażały, wreszcie odniosły zwycięstwo. Tworzyły ciemną, nieprzeniknioną gęstwinę po obu stronach alei. Buki o białych, nagich pniach chyliły się ku sobie, a gałęzie splecione w dziwnym uścisku tworzyły nad moją głową łuk niby skle­pienie nawy kościelnej. Były tam także inne, nieznane mi drzewa, skarłowaciałe dęby i po­wykrzywiane wiązy o konarach sczepionych silnie z gałęziami buków. Wyrosły one na tej ziemi, a wśród nich olbrzymie krzewy i różne rośliny, których dawniej nie było. Aleja wiła się teraz jak wstążka. Zniknął żwir, powierzchnię porosła trawa i mech. Po dawnej alei pozostało tylko wspomnienie. Gałęzie drzew zwisały nisko, utrudniając przej­ście. Pokręcone korzenie przypominały gigantyczne szpony. Tu i ówdzie wśród tej dżungli rozpoznawałam krzewy, które za naszych czasów stanowiły ozdobę parku-hortensje, piękne okazy sztuki ogrodniczej, słynące ze swych wspaniałych niebieskich kwiatów. Nie przyci­nane ręką ludzką zdziczały i wybujały do potwornej wysokości, bezkwietne, czarne i brzyd­kie jak rosnące obok nich nieznane intruzy.

[…]

Dom ten był grobowcem. Nasz strach i cierpienia pogrzebane zostały w jego ruinach. I już nie zmartwychwstaną. Gdy wspomnę Manderley, nie będzie we mnie goryczy. Będę my­śleć o takim Manderley, jakim byłoby, gdybym tam mogła żyć bez strachu. Będę wspominać ogród różany w lecie, ptaki śpiewające o świcie, podwieczorki pod kasztanem i szum morza dobiegający z oddali. Będę myśleć o kwitnących bzach i Dolinie Szczęścia. Są to wartości trwałe, które nie mogą zaniknąć. Są to wspomnienia, które nie sprawiają bólu. Postanowienia te powzięłam we śnie, podczas gdy obłok przesłaniał tarczę księżyca, bo podobnie jak więk­szość śpiących ludzi wiedziałam, że to jest sen. W rzeczywistości znajdowałam się w obcym kraju, oddalona o wiele setek mil od Manderley i miałam się obudzić za kilka sekund w małym, skromnym pokoju hotelowym, doda­jącym otuchy swoją banalnością. Po obudzeniu westchnę, przeciągnę się, odwrócę, a gdy otworzę oczy, ogarnie mnie zdumienie na widok jaskrawego słońca i czystego nieba, tak odmiennych od łagodnego światła księżyca w moim śnie. Oczekiwał nas dzień, niewątpliwie długi i monotonny, lecz nasycony spokojem, którego nie zaznaliśmy dotychczas. Nie bę­dziemy mówić o Manderley, nie opowiem mojego snu, gdyż Manderley nie należy już do nas. Manderley już nie istnieje.

[…]

Domyślam się, że wraca do przeszłości, kiedy nagle staje się daleki i zadumany, a z ko­chanej twarzy znika wszelki wyraz, jak gdyby przesunęła się po niej niewidzialna ręka; kiedy twarz jego staje się maską, rzeźbą — klasyczną i zimną, piękną, lecz bez życia. Pali wówczas papierosa za papierosem, nie gasząc ich, a żarzące się niedopałki leżą dokoła na ziemi jak płatki kwiatów. Mówi szybko, żarliwie o byle czym, czepiając się jakichkolwiek tematów, jakby to był środek uśmierzający ból. Podobno istnieje taka teoria, że przeżyte cierpienia udoskonalają zarówno mężczyzn jak kobiety i że aby osiągnąć coś na tym lub innym świecie, musimy przejść próbę ognia. Przeszliśmy tę próbę w całej pełni. Oboje poznaliśmy, co to jest strach, samotność i wielkie nieszczęście. Przypuszczam, że na każdego człowieka prędzej czy później przychodzi chwila próby. Każdy z nas ma swojego demona, który go tyranizuje i zadręcza, aż wreszcie trzeba mu wypowiedzieć walkę. Myśmy już pokonali naszego demona, a przynajmniej tak nam się wydaje. Zły duch nie gnębi nas więcej. Przeszliśmy przez naszą próbę, oczywiście nie bez szwanku. On słusznie przeczuwał nieszczęście od samego początku. Wzorem deklamującej z patosem aktorki w podrzędnej sztuce mogę powiedzieć, że drogo zapłaciliśmy za wolność. Dość już miałam melodramatu w życiu i chętnie oddałabym moje pięć zmysłów, gdyby to mogło zapewnić nam nadal obecny spokój i bezpieczeństwo. Szczęście nie jest wartością, którą można ocenić, jest to sposób myślenia, stan umysłu. Oczywiście nachodzą nas chwile depresji, lecz są również inne chwile, kiedy czas nieodmierzany zegarem biegnie w wiecz­ność, a ja, widząc Jego uśmiech, wiem, że jesteśmy razem, że kroczymy zgodnie naprzód, że nie dzieli nas żadna różnica myśli czy zdań. Nie mamy przed sobą teraz żadnych tajemnic. Dzielimy się wszystkim. Wprawdzie nasz mały hotelik jest nudny, jedzenie marne i jeden dzień podobny do drugiego, ale nie chcemy, żeby było inaczej. Spotkalibyśmy za dużo Jego znajomych w każdym wielkim hotelu. Oboje lubimy prostotę, a jeśli czasami jesteśmy znudzeni — cóż, nuda to przyjemna odtrutka na strach. Życie nasze płynie utartym trybem, a ja... ja odkryłam w sobie talent do czytania na głos. On okazywał zniecierpliwienie jedynie wte­dy, gdy spóźniał się listonosz, bo oznaczało to, że musimy czekać do następnego dnia na pocztę z Anglii. Próbowaliśmy słuchać radia, ale hałas jest zbyt denerwujący. Wolimy więc przedłużać przyjemność oczekiwania na gazety. Wynik meczu krykieta, choć dowiadu­jemy się o nim dopiero po wielu dniach, nie przestaje być dla nas interesujący.

[…]

Nie sądzę, żebym się dobrze czuł w Palm Beach-powiedział de Winter, gasząc zapał­kę. Spojrzawszy na niego, pomyślałam, że wyglądałby dziwnie na tle Florydy. Należał do miasta z piętnastego wieku, miasta otoczonego murami warownymi, o wąskich uliczkach, wybrukowanych kamieniem i strzelistych wieżach, miasta, którego mieszkańcy nosili spi­czaste buty i długie pończochy. Twarz miał ciekawą, wrażliwą, jakby ze średniowiecza. Przypominała mi ona portret Nieznanego Dżentelmena, który widziałam w jakiejś galerii. Gdyby można było zamienić angielski tweed na czarny strój z koronkami przy kołnierzu i mankietach, spoglądałby na nas z odległej przeszłości-przeszłości, kiedy to męskie postacie w opończach snuły się po nocy i zatrzymywały w cieniu starych bram, wędrowały po wąskich schodach i ciemnych lochach -przeszłości szeptów w mroku, lśniących szpad i spokojnej, wytwornej kurtuazji. Chciałam sobie przypomnieć starego mistrza, który namalował ten portret. Obraz stał w rogu sali, a oczy spoglądały z ciemnej ramy na każdego przechodnia.

[…]

Jedliśmy przez chwilę w milczeniu. Przypomniała mi się pocztówki, którą kupiłam kie­dyś w wiejskim sklepiku, gdy jako dziecko spędzałam wakacje na zachodzie Anglii. Na pocztówce namalowany był w jaskrawych barwach pałac. Rysunek był nieudolnie wykona­ny, ale nawet jego wady nie mogły zeszpecić doskonałości symetrii budynku, piękna szero­kich schodów wiodących na taras, rozległych zielonych trawników ciągnących się ku morzu. Zapłaciłam dwa pensy za pocztówkę-połowę mojej tygodniowej pensji-a potem zapytałam pomarszczoną staruszkę w sklepie, co to za pałac. Spojrzała na mnie zdumiona moją igno­rancją. Przecież to Manderley. Pamiętam, że wyszłam ze sklepu upokorzona, ale wcale przez to nie mądrzejsza. Może wspomnienie tej pocztówki, dawno zagubionej w jakiejś książce, pomogło mi zrozumieć, dlaczego de Winter zżymał się na nietaktowne pytania pani van Hopper i innych osób jej pokroju. Może Manderley było dla niego taką świętością, że nie wolno było nawet mówić na ten temat.

[…]

Spojrzałam na de Wintera znad szklanki lemoniady. Niełatwo było scharakteryzować mego ojca i nigdy o nim nie mówiłam. Był moją najdroższą własnością. Istniał wyłącznie dla mnie, podobnie jak Manderley dla mego sąsiada. Nie chciałam mówić o ojcu zdawkowo przy stole w jakiejś restauracji w Monte Carlo. W czasie tego lunchu panował dziwny, pełen uroku nastrój, jakby oderwany od rzeczy­wistości. Nastrój ten dobrze zachował się w mojej pamięci. Oto ja, niemal pensjonarka, która jeszcze poprzedniego dnia siedziała z panią van Hopper sztywna, cicha i potulna, w dwa­dzieścia cztery godziny później opowiada o swoich sprawach rodzinnych nieznajomemu mężczyźnie. Czułam się zmuszona do mówienia, gdyż oczy jego patrzyły na mnie życzliwie, podobnie jak oczy Nieznanego Dżentelmena. Nieśmiałość opadła ze mnie, rozluźniając oporny język i wyzwalając wszystkie małe ta­jemnice mego dzieciństwa-przyjemności i zmartwienia. Wydawało mi się, że pomimo nie­dołężnego opisu de Winter uchwycił coś niecoś z kipiącej żywotności mego ojca, a także z miłości, jaką darzyła go moja matka. Miłość ta była żywotną, życiodajną siłą, nieomal nie­ziemską i tak potężną, że gdy ojciec owej tragicznej zimy umarł na zapalenie płuc, matka pozostała przy życiu przez zaledwie pięć krótkich tygodni i poszła za nim do grobu. […] Powiedziałem na początku lunchu, że ma pani urocze i niezwykłe nazwisko-odezwał się de Winter. Posunę się dalej, o ile mi pani wybaczy, i powiem, że pasuje ono równie dobrze do pani, jak pasowało do jej ojca. Od bardzo dawna nic nie sprawiło mi takiej przyjemności jak ta godzina spędzona z panią. Wyrwała mnie pani z przygnębienia i neura­stenii. Te dwa demony dręczyły mnie od roku. Spojrzałam na niego i uwierzyłam, że mówi prawdę. Wyglądał na mniej skrępowanego niż przedtem, był bardziej bliski, bardziej ludzki, nieosaczony wspomnieniami.

[…]

Zdałam sobie sprawę, że wyżej nie możemy jechać, bo już jesteśmy na szczycie. Pod nami wiła się stroma, wykuta w skale droga. De Winter zatrzymał samochód. Zobaczyłam, że droga kończy się na prostopadłym stoku, który obrywa się nagle w przepaść mającą ze dwa tysiące stóp głębokości. Wyszliśmy z samochodu i spojrzeliśmy w dół. To mnie wresz­cie otrzeźwiło. Przekonałam się, że zaledwie pół długości auta dzieli nas od przepaści. Mo­rze, niby pomarszczona mapa, ciągnęło się aż do horyzontu, a bliżej biło falami o ostry zarys brzegu. Domy przypominały białe muszle w okrągłej grocie, oświetlone tu i ówdzie wielkim pomarańczowym słońcem. Na naszym wzgórzu świeciło ono jeszcze innym blaskiem, bar­dziej ostrym i surowym. Nastrój popołudnia uległ zmianie, nie był już osnuty lekką mgiełką czaru. Wiatr ustał, nagle zrobiło się zimno. Gdy zaczęłam mówić, głos mój brzmiał zbyt obojętnie. Głupi, nerwowy głos osoby, któ­ra się czuje nieswojo. Czy pan zna to miejsce? - spytałam. Czy pan już tu był kiedyś? Spojrzał na mnie wzrokiem obcego człowieka. Niepokój ścisnął mi serce, bo uświadomiłam sobie, że de Winter całkowicie zapomniał o mojej obecności. Tak zagubił się w labiryncie własnych, niespokojnych myśli, że przestałam dla niego istnieć. Miał wyraz twarzy człowieka idącego we śnie i na chwilę ogarnęło mnie przerażenie, że może jest nie­zupełnie normalny. Są ludzie, którzy wpadają w trans-oczywiście słyszałam o takich-i po­stępują według dziwnych praw, o jakich my nic nie wiemy, wykonując zawiłe rozkazy swo­ich podświadomości. Może on należy do nich, a oto znajdujemy się tutaj o sześć stóp od śmierci.

[…]

Opuszczona, zniechęcona, zasiadłam głębiej w fotelu i zaczęłam przeglądać tomik wier­szy. Książka, bardzo zniszczona od ciągłego przeglądania, otworzyła się sama na stronie, którą ktoś musiał często czytać.

Uciekłam odeń w głąb nocy i dni, Uciekłam odeń pod sklepienie lat; Zamknęłam przed nim serca mego drzwi, Kryjąc się, uczuć zacierając ślad Mgłą łez i w śmiechu wrzaskliwych kaskadach; A potem-w górę, przez urwisty stok Biegłam, ścigana krok w krok, I w dół spa­dałam w mroki przerażenia, Czując, że za mną cień się jego skrada.

Czułam się jak ktoś, kto podgląda przez dziurkę od klucza. […] Wzięłam znowu książkę do ręki. Tym razem otworzyła się na stronie tytułowej. Prze­czytałam dedykację: „Maxowi — od Rebeki. 17 maja". Słowa te napisane były dziwnym, po­chyłym pismem. Mały kleks widniał na poprzedniej czystej stronie, jak gdyby osoba pisząca dedykację strząsnęła niecierpliwie pióro, żeby atrament napłynął do stalówki. Potem, gdy zaczęła pisać, atrament kładł się grubo i imię Rebeka wyróżniało się mocniejszą czernią. Duże, pochyłe „R" górowało nad innymi literami.

[…]

Cieszy mnie, że gorączka pierwszej miłości nie może się powtórzyć. Pierwsza miłość bowiem to gorączka i brzemię zarazem, cokolwiek by o tym pisali poeci. Kiedy się ma dwa­dzieścia jeden lat, nie jest się zbyt odważnym. Dni pełne są drobnych tchórzostw, bezpod­stawnych lęków. Tak łatwo się poczuć urażonym, tak szybko dotkniętym, tak rani każde ostrzejsze słowo. Dziś, pod osłoną pancerza obojętności i dojrzałości, drobne ukłucia zda­rzające się co dnia są zaledwie lekkimi muśnięciami i szybko się o nich zapomina. Lecz w tym czasie — jakże długo dźwięczało w uszach jakieś niedbale wypowiedziane słowo, stając się płomiennym stygmatem, a rzucone przez ramię spojrzenie nabierało cech wieczności. Byle wykręt kojarzył się z trzykrotnym pianiem kura, a każdy wybieg przypominał pocału­nek Judasza. Dorosły człowiek może kłamać z niezmąconym spokojem sumienia i zachowu­je się beztrosko, ale wówczas nawet drobne kłamstwo paliło język, rzucało na stos. Co ro­biłaś dziś rano? Słyszę jeszcze głos pani van Hopper opartej o poduszki. Okazywała rozdrażnienie cha­rakterystyczne dla osób, które nie są obłożnie chore i za długo leżą w łóżku. A ja, sięgając do szufladki nocnego stolika po karty, czułam, jak pełna winy oblewam się rumieńcem. Grałam w tenisa z trenerem. W momencie, gdy wypowiadałam to kłamstwo, ogarnęła mnie panika, bo co by się stało, gdyby trener właśnie teraz, tego popołudnia, przyszedł do apartamentu mojej pracodawczyni i wtargnąwszy do sypialni, poskarżył się, że nie przycho­dziłam na lekcje od wielu dni?

[…]

Znajdowałam się bowiem w tym pierwszym, pełnym podniecenia stanie, kiedy sam fakt, że siadam obok niego i objąwszy kolana, pochylam się ku przedniej szybie, był oszałamiają­cy. Czułam się jak mały uczniak adorujący starszego kolegę — opiekuna z najwyższej klasy, tylko że de Winter był zarazem milszy i bardziej niedostępny.

[…]

Chciałam wrócić, uchwycić tę chwilę, która minęła. Uświadomiłam sobie jednak, że gdybyśmy to zrobili, obraz byłby inny, nawet słońce już powędrowałoby wyżej na niebie, rzucając inne cienie, a dziewczyna szłaby przed siebie, nie pozdrawiając nas tym razem, może nie zauważając wcale. Rozmyślania te przejmowały mnie dreszczem, wprowadzały nastrój melancholii, a gdy spojrzałam na zegar, zobaczyłam, że upłynęło dalsze pięć minut. Wkrótce nadejdzie pora, kiedy będziemy musieli wracać do hotelu. Jakby to było dobrze — powiedziałam impulsywnie — żeby wynaleziono sposób na przechowywanie wspomnień podobnie jak perfum. Tak, żeby się nie ulatniały i nigdy nie spowszedniały i żeby w dowolnej chwili można było odkorkować butelkę i przeżywać ten moment na nowo. Spojrzałam na de Wintera, czekając, co powie. Nie odwrócił głowy, wpatrywał się w drogę. Jakież to poszczególne momenty w swoim młodym życiu chciałaby pani przeżyć na nowo? Nie mogłam poznać po jego głosie, czy żartuje ze mnie, czy mówi serio. Nie wiem — zaczęłam, ale potem wyrwało mi się nieopatrznie: Chciałabym zachować tę chwilę i nigdy jej nie zapomnieć. Czy to ma być pochwała dzisiejszego dnia, czy też mnie jako kierowcy? - zapytał. A gdy roześmiał się kpiąco jak brat, zamilkłam, uświadamiając sobie nagle, jak wielka dzieli nas przepaść — przepaść, którą zwiększa jeszcze jego dobroć.

[…]

Byłam tak głęboko pochłonięta tą wizją, że widziałam nawet, jak żegnający go portier schował do kieszeni napiwek i wchodząc przez drzwi hotelowe, szepnął coś przez ramię odźwiernemu. Nie zauważyłam, że samochód zwolnił biegu i dopiero gdy się zatrzymał, po­wróciłam do rzeczywistości. De Winter siedział bez ruchu. Bez kapelusza, z białym szali­kiem dokoła szyi, przypominał teraz bardziej niż kiedykolwiek średniowieczną postać z por­tretu. Pogodny krajobraz nie tworzył dla niego odpowiedniego tła. De Winter powinien stać na schodach strzelistej katedry, z zarzuconą opończą, podczas gdy żebrak u jego stóp zbie­rałby złote monety. Zniknął przyjaciel wraz z jego dobrocią i koleżeńskością, zniknął także brat, który śmiał się ze mnie, gdy obgryzałam paznokcie. Ten mężczyzna był mi obcy. Zastanawiałam się, dlaczego siedzę obok niego w samochodzie.

[…]

Wzrok mój padł na tomik wierszy leżący na stoliku przy moim łóżku. Maxim zapomniał, że mi go pożyczył. Widocznie więc nie przywiązywał wielkiej wagi do tych wierszy. „Cze­mu zwlekasz — szepnął zły duch — otwórz książkę na stronie tytułowej, przecież to właśnie masz ochotę zrobić. Otwórz ją". Nieprawda, powiedziałam, ja tylko chcę zapakować książkę. Ziewnęłam, wolno podeszłam do stolika. Wzięłam książkę do ręki. Zahaczyłam nogą o sznur od nocnej lampki, potknęłam się i upuściłam książkę na podłogę. Otworzyła się na stronie tytułowej. „Maxowi od Rebeki". Ona nie żyje. Nie trzeba myśleć o umarłych. Śpią w spoko­ju, a wiatr kołysze trawą porastającą ich groby. Jak żywe jednak jest jej pismo, jakże pełne siły. Te dziwne, pochyłe litery. Ten kleks zrobiony wczoraj. Dedykacja wyglądała, jakby była napisana wczoraj. Wyjęłam nożyczki do paznokci z neseseru i zaczęłam wycinać tę stronę, oglądając się za siebie jak zbrodniarz. Wycięłam całą stronę. Nie zostawiłam postrzępionych brzegów. Książka stała się znowu biała i czysta. Nowa, nietknięta książka. Podarłam tę stronę na strzępy i wrzuciłam je do ko­sza na śmieci. Potem usiadłam znowu przy oknie. Nie przestawałam jednak myśleć o tych strzępach i po chwili musiałam wstać i spojrzeć do kosza. Nawet teraz widać było wyraźnie grube, czarne litery na skrawkach papieru. Pismo nie uległo zniszczeniu. Wzięłam zapałki i podpaliłam te skrawki. Płomień miał piękny kolor, papier czerniał, brzegi zwijały się, po­chyłe pismo znikało. Ze skrawków pozostał szary popiół. Litera „R" zniknęła ostatnia, zwi­nęła się w płomieniu, rozprostowała na chwilę, stając się większa niż kiedykolwiek, wreszcie rozsypała się także. Ogień ją zniszczył. To nawet nie był popiół, tylko pył lekki jak puch...

[…]

Przejeżdżaliśmy przez wiele miłych dla oka wiosek, gdzie okna domków miały wesoły wygląd. Jakaś kobieta trzymająca dziecko na ręku uśmiechnęła się do mnie, a jej mąż, zapewne idąc po wodę do studni, prze­szedł przez drogę, pobrzękując wiadrem. Marzyłam, żebyśmy byli takimi prostymi ludźmi, może ich sąsiadami. Żeby Maxim opierał się wieczorami o furtkę, paląc fajkę, dumny z ogromnej malwy wyhodowanej przez siebie, podczas gdy ja uwijałabym się w lśniącej czystością kuchni, nakrywając stół do kola­cji. Na kredensie cykałby głośno budzik, na półkach stałyby rzędem talerze. Po kolacji Maxim czytałby gazetę, opierając nogi o kratę przed kominkiem, a ja sięgnęłabym do szuflady po wielki stos skarpetek do cerowania. Takie życie byłoby z pewnością spokojne i regularne, a także znacznie łatwiejsze, niewymagające ode mnie tak wiele.

[…]

Podobają ci się? - spytał. Tak — odpowiedziałam bez zastanowienia, nie byłam jednak pewna, czy mówię prawdę. Rododendrony uważałam bowiem za skromne krzewy, o kwiatach zazwyczaj koloru lila lub różowego, rosnące obok siebie na okrągłej grządce. A to były potwory wznoszące się ku niebu, stojące w zwartym szeregu, zbyt piękne, zbyt potężne — wydawało mi się, że to wcale nie są rośliny. Znajdowaliśmy się teraz blisko domu. Zobaczyłam, że aleja staje się szeroka, taka, jaką sobie wyobrażałam. Krwistoczerwony mur rododendronów nadal ciągnął się po obu stro­nach, gdy minęliśmy ostatni zakręt i przed nami ukazało się Manderley. Tak, to było Manderley, o którym marzyłam, Manderley z mojej pocztówki sprzed lat. Pałac niezwykłej pięk­ności, o nieskazitelnych liniach, wydał mi się wspanialszy niż oczekiwałam. Stał w kotlince wśród łąk i trawników, tarasy schodziły do ogrodu, a ogrody opadały do morza. Gdy podjechaliśmy do szerokich kamiennych schodów i zatrzymaliśmy się przed otwartymi drzwia­mi, zobaczyłam przez gotyckie okna, że w hallu jest pełno ludzi. Niech ją diabli wezmą, ona doskonale wie, że sobie tego nie życzyłem — cicho zaklął Maxim i gwałtownie zahamował samochód. O co chodzi? - spytałam. Co to za ludzie? Obawiam się, że będziesz musiała przez to przejść — powiedział ze złością. Pani Danvers zebrała całą służbę domową i folwarczną na nasze powitanie. Nie martw się, nie musisz nic mówić. Ja to załatwię.

[…]

Jak daleko od nas mieszkacie? - spytałam, siadając przy Beatrice. Czy musieliście bardzo wcześnie wyruszyć? Mieszkamy o pięćdziesiąt mil stąd, moja droga, w sąsiednim hrabstwie, za Trowchester. Mamy o wiele lepsze tereny łowieckie. Musisz przyjechać do nas na dłużej, jak tylko Maxim da ci nieco swobody. Giles wybierze ci dobrego konia. Niestety, nie poluję — przyznałam się. Jako dziecko uczyłam się jeździć konno, ale nie wiem, czybym teraz potrafiła. Musisz zacząć na nowo — powiedziała Beatrice. Nie można przecież mieszkać na wsi i nie jeździć konno. Nie wiedziałabyś, co ze sobą zrobić. Maxim mówi, że malujesz. Oczywi­ście to bardzo miłe zajęcie, ale nie daje ruchu. To dobre jak deszcz pada, gdy się nie ma nic lepszego do roboty. Moja droga, nie wszyscy są takimi gorącymi zwolennikami świeżego powietrza jak ty — wtrącił Maxim. Nie mówiłam do ciebie, mój stary. Wiemy wszyscy, że tobie nic więcej do szczęścia nie potrzeba, jak wałęsać się po ogrodach Manderley nigdy nie przyspieszając kroku.

[…]

Nie jesteśmy z Maximem wcale do siebie podobni — powiedziała Beatrice — mamy zupełnie inne charaktery. Z mojej twarzy można wyczytać, czy kogoś lubię, czy nie, czy je­stem zła, czy zadowolona. Nie potrafię ukrywać moich uczuć. Maxim jest całkiem inny. Bardzo spokojny, bardzo opanowany. Nigdy nie wiadomo, co myśli. Ja tracę panowanie nad sobą przy byle głupstwie, wybucham i zaraz mi to mija. Maxim traci panowanie nad sobą raz czy dwa razy do roku, ale gdy je traci — mój Boże — to traci całkowicie. Nie sądzę, żebyś ty mogła go do tego doprowadzić. Myślę, że jesteś łagodnym stworzeniem.

[…]

Przyjedź nas odwiedzić, jak będziesz miała ochotę — powiedziała Beatrice. Uważam, że goście powinni zapraszać się sami. Życie jest za krótkie, by marnować je na wysyłanie za­proszeń.

[…]

Przytulił mnie mocno. Jego smutne oczy wpatrywały się we mnie badawczo. Były to oczy dziecka, które cierpi, dziecka, które się boi.

[…]

Zastanawiałam się, czy pani domu zauważyła, że oblałam się rumieńcem, ale ona kon­tynuowała gładko rozmowę. Słuchałam chciwie, jak ktoś, kto podsłuchuje pod oknem. Pani jej nie znała? - spytała, a gdy potrząsnęłam przecząco głową, zawahała się chwilę, nie czując się na pewnym gruncie. Nie znaliśmy jej bliżej co prawda, gdyż ingres biskupa odbył się zaledwie przed czte­rema laty. Podejmowała nas oczywiście na balu i na garden-party. Byliśmy również na obiedzie którejś zimy. Tak, to była czarująca kobieta. I taka pełna życia. A przy tym umiała sobie ze wszystkim świetnie radzić — powiedziałam głosem obojęt­nym, by pokazać, że pochwały te nie sprawiają mi przykrości. Szarpiąc rękawiczki, dodałam: Rzadko się zdarza, że ktoś jest mądry, a zarazem piękny. I ponadto lubi sport. Tak, bardzo rzadko. Niewątpliwie była wszechstronnie uzdolniona. Mam ją teraz przed oczyma, jak stała przy schodach tego wieczoru, kiedy odbywał się bal, witając się ze wszyst­kimi. Aureola ciemnych włosów kontrastowała z niezwykłą białością cery. Wyglądała ślicz­nie w swoim stroju. Tak, była naprawdę bardzo piękna.

[…]

Pani ma inne zalety, równie ważne, a nawet znacznie ważniejsze. Może to zbytnia śmiałość z mojej strony, bo przecież nie znam pani bliżej. Jestem kawalerem, niewiele wiem o kobietach, prowadzę tu w Manderley bardzo spo­kojny tryb życia, jak pani wiadomo. Ale uważam, że dobroć, szczerość i, jeśli mi to wolno powiedzieć, skromność są o wiele cenniejsze dla mężczyzny, dla męża, niż dowcip i uroda. Frank był bardzo poruszony. Znowu wytarł nos. Widziałam, że przejął się więcej moimi słowami niż ja. To mnie uspokoiło, poczułam nad nim przewagę. Dziwiłam się, dlaczego tak się tym przejął. Ostatecznie nie powiedziałam tak wiele. Przyznałam się tylko, że jako na­stępczyni Rebeki czuję się bardzo niepewnie. Przecież ona niewątpliwie miała i te zalety, które Frank mnie przypisywał. Musiała być dobra i szczera mając tylu przyjaciół i ciesząc się tak wielką popularnością. Nie byłam pewna, co rozumiał pod słowem skromność. Nigdy nie rozumiałam, co ono oznacza. Myślałam, że skromność ma jakiś związek z zażenowaniem, jakie się odczuwa, spotkawszy kogoś, gdy się idzie do łazienki... Biedny Frank! A Beatrice nazwała go nudnym człowiekiem, który nigdy nic nie ma do powiedzenia.

[…]

Ale widzi pani, znam Maxima dość dobrze i pomo­głem mu przebrnąć przez wiele różnych... nastrojów. Gdyby wiedział, że pani martwi się o.… o przeszłość, byłby zrozpaczony. Zapewniam panią. Wygląda teraz bardzo dobrze, zdrowo, ale pani Lacy miała rację, mówiąc wtedy, że przed rokiem był bliski załamania. Oczywiście postąpiła nietaktownie, mówiąc o tym w jego obecności. Dlatego właśnie pani towarzystwo jest dla niego zbawieniem. Pani jest młoda, świeża i rozsądna. Nie ma pani nic wspólnego z przeszłością. Niech pani zapomni o niej, tak jak on zapomniał, dzięki Bogu i my wszyscy. Nikt z nas nie chce wspominać przeszłości, a najmniej Maxim. Pani musi nas od niej ode­rwać i nie pozwolić do niej nawracać. Frank miał słuszność, z pewnością miał słuszność. Drogi, dobry Frank, mój przyjaciel, mój sprzymierzeniec. Zachowywałam się jak przewrażliwiona egoistka, ofiara kompleksu niższości.

[…]

Zdziwiło mnie, że pali w moim pokoju. To chyba było niegrzecznie wobec mnie. Jak się miewa Max? - spytał. Zaskoczył mnie jego ton. Wydawało się, że przybysz dobrze zna Maxima. Dziwne, że go nazwał Maxem. Nikt go tak nie nazywa. Dziękuję, doskonale. Wyjechał do Londynu. I zostawił młodą żonę samą? A to bardzo źle. Czy on się nie boi, że ktoś panią porwie? Roześmiał się, szeroko otwierając usta. Nie podobał mi się jego śmiech. Miał w sobie coś obraźliwego. I w ogóle nie podobał mi się ten nieznajomy i sposób jego bycia.

[…]

Zmusiłam się do uśmiechu. Nie mogłam wykrztusić ani słowa przez ściśnięte gardło. Obecność jej czuje się zresztą nie tylko w tym pokoju, w innych także. W buduarze, w hallu, nawet w małym ogrodniczym składziku. Czuję jej obecność wszędzie, pani również, prawda? Patrzyła na mnie z ciekawością. Głos ściszyła do szeptu. Czasem, gdy idę korytarzem, wydaje mi się, że ona idzie tuż za mną. Chodziła szybkim, lekkim krokiem, rozpoznawałam go zawsze. Widywałam ją nieraz wieczorami na krużganku nad hallem, przechyloną przez parapet i przywołującą psy. Wyobrażam sobie od czasu do czasu, że ją tam widzę. Wydaje mi się, że słyszę szelest jej sukni, gdy schodzi na obiad. Przerwała, nie spuszczając ze mnie oczu. Czy pani myśli, że ona nas widzi teraz, jak rozmawiamy ze sobą? - spytała powoli. Czy pani sądzi, że umarli wracają i przyglądają się żywym? Nie wiem — powiedziałam — nie wiem. Głos mój zabrzmiał piskliwie, sztucznie. To nie był mój głos. Czasem zastanawiam się — szepnęła pani Danvers — czy ona wraca do Manderley i obserwuje panią i pana de Wintera, jak jesteście razem. Stałyśmy przy drzwiach, wpatrując się w siebie. Nie mogłam oderwać od niej wzroku. Jakie czarne, ponure były jej oczy spoglądające z bladej twarzy, złej i pełnej nienawiści. Po chwili otworzyła drzwi na korytarz.

[…]

Babka Maxima znosiła cierpliwie jej zabiegi. Zamknęła oczy, jak gdyby również była zmęczona. Teraz była jeszcze bardziej podobna do Maxima. Wiedziałam, jak wyglądała, gdy była młoda - wysoka i przystojna, obchodziła stajnie w Manderley z kostkami cukru w kie­szeni, trzymając w ręce tren sukni z wysokim kołnierzem. Słyszałam w wyobraźni jej głos nakazujący zaprząc powóz o drugiej. To wszystko skończyło się dla niej. Mąż jej nie żyje od czterdziestu lat, syn od piętnastu. Musi aż do śmierci mieszkać z pielęgniarką w tym czer­wonym domu o spiczastym dachu. Pomyślałam, że tak mało rozumiemy uczucia innych osób. Rozumiemy dzieci, ich obawy, marzenia i fantazje. Ja niedawno przestałam być dziec­kiem. Nie zapomniałam jeszcze psychologii dziecka. Ale co odczuwała, o czym myślała biedna, niewidoma babka Maxima opatulona szalami? Czy zdawała sobie sprawę, że Beatrice ziewa i spogląda ukradkiem na zegarek? Czy domyśla się, że przyjechałyśmy ją odwie­dzić, gdyż uważałyśmy to za nasz obowiązek, po to, by Beatrice po powrocie do domu mo­gła powiedzieć: „No, teraz mam czyste sumienie na trzy miesiące". Czy babka myślała, kiedy o Manderley? Czy wspominała miejsce przy stole, które teraz ja zajmowałam? Czy także jadała podwieczorek pod kasztanem? A może to wszystko zostało zapomniane i nie odczuwała nic prócz jakichś małych boli i niewygód oraz cichej wdzięcz­ności, gdy świeciło słońce, a niepokoju, gdy wiał zimny wiatr? Miałam ochotę położyć ręce na jej twarzy i zdjąć z niej brzemię lat. Pragnęłam zobaczyć ją młodą, z zaróżowionymi policzkami i kasztanowatymi włosami, ożywioną i energiczną jak Beatrice, rozmawiającą o polowaniach, psach i koniach. Nie tę postać z zamkniętymi oczami, której pielęgniarka poprawia poduszki. […] Przed oczyma miałam babkę Maxima, ale nie jako staruszkę opartą o poduszki i owiniętą szalami, tylko jako młodą kobietę, w czasie, gdy Manderley było jej domem. Widziałam ją wędrującą po ogrodzie z małym chłopcem. Ojciec Maxima galopujący za nią na drewnianym koniku, ubrany w luźną kurtkę z paskiem i z białym okrągłym kołnierzykiem. Pikniki w za­toczce były wówczas wielką wyprawą — rozrywką, na którą rzadko sobie pozwalano. Pewnie w starym albumie zachowała się fotografia całej rodziny siedzącej sztywno-równo dokoła obrusa rozłożonego na plaży. Na drugim planie fotografii można było dostrzec służbę zajętą wydobywaniem wiktuałów z wielkiego kosza. Wyobraziłam sobie również babkę, gdy już była starsza, przed kilku laty, spacerującą o lasce po tarasie w Manderley. A ktoś, śmiejąc się, prowadził ją pod rękę. Ktoś wysoki, smu­kły i bardzo piękny, ktoś, kto miał dar, jak powiedziała Beatrice, oczarowywania ludzi. Wszyscy ją lubili, wszyscy j ą kochali...

[…]

Kuzyn Rebeki. Dlaczego Maxim nie lubi kuzyna Rebeki? Dlaczego zabronił mu wstępu do Manderley? Beatrice nazwała go „okropnym typem". Nie mówiła o nim wiele. Im dłużej rozmyślałam o nim, tym słuszniej sza wydawała mi się opinia Beatrice. Te zuchwałe niebie­skie oczy, mięsiste usta i poufały śmiech. Niektóre osoby z pewnością uważają go za przy­stojnego, na przykład sprzedawczynie w sklepach chichoczące za ladą lub dziewczęta roz­noszące programy w kinach. Wyobrażałam sobie, jak patrzy na ni, uśmiechając się i po­gwizdując pod nosem. Jest to ten rodzaj uśmiechu i gwizdania, który wprawia w zakłopota­nie. Zastanawiałam się, czy dobrze znał Manderley. Niewątpliwie zachowywał się swobodnie, ponadto Jasper poznał go od razu, ale te dwa fakty nie zgadzały się ze słowami Maxima wy­powiedzianymi do pani Danvers. Nie mogłam również powiązać Favella z moim obrazem Rebeki. Jak mogła Rebeka z jej urodą i wdziękiem, tak dobrze wychowana, mieć takiego kuzyna jak Jack Favell? Coś tu było nie w porządku, jakoś nie pasowało. Doszłam do wnio­sku, że on musi być zakałą rodziny, a Rebeka wspaniałomyślnie litowała się nad nim i nie­kiedy zapraszała go do Manderley, prawdopodobnie podczas nieobecności męża, wiedząc, że Maxim go nie znosi. Możliwe, że doszło do sprzeczki na ten temat, podczas której Rebeka broniła Favella, a od tej pory, gdy ktoś wymieniał jego nazwisko, Maxim wpadał w rozdrażnienie.

[…]

Chciałem włożyć czarny plaster na oko i wystąpić jako pirat. Dlaczego nie napisał pan do nas? Pożyczylibyśmy panu jakiś kostium — wtrąciła Beatrice. Mamy strój Holendra, w którym Roger występował w zimie w Szwajcarii. Do­skonale by pan w nim wyglądał. Nie zgadzam się, by mój administrator paradował jako latający Holender -zaprotestował Maxim. Nikt by mu nie zapłacił dzierżawy. Niech już lepiej będzie piratem. Może w ten sposób nastraszy niektórych. Czy może się ktoś gorzej nadawać na pirata? - szepnęła mi na ucho Beatrice. Udałam, że nie słyszę. Biedny Frank, ona zawsze z niego kpiła.

[…]

Gdy wspominam teraz mój pierwszy bal w Manderley, pierwszy i ostatni zarazem, zdaję sobie sprawę, że z całego wieczoru pozostały mi w pamięci jedynie pewne oderwane szcze­góły. Jak przez mgłę widzę tłum nieznanych mi twarzy, słyszę orkiestrę grającą walca, który się ciągnął w nieskończoność. Co pewien czas te same pary przesuwają się w wirze tańca obok mnie z uśmiechami przylepionymi do twarzy. Stoję z Maximem u stóp schodów, wita­jąc spóźnionych gości. Tańczące pary wydają mi się marionetkami wprawianymi w ruch niewidzialną ręką. Zapamiętałam twarz jakiejś pani o nie znanym mi nazwisku, której nie zobaczyłam już nigdy więcej. Miała na sobie różową suknię jakby krynolinę. Nie mogłam się jednak domy­ślić, czy to miał być strój z siedemnastego, osiemnastego czy dziewiętnastego wieku. Za każdym razem, gdy przesuwała się obok mnie, rozbrzmiewał ten sam melodyjny refren wal­ca, a ona, kołysząc się w takt, uśmiechała się do mnie. Powtarzało się to raz po raz, aż wreszcie stało się automatyczne, podobnie jak podczas spacerów po pokładzie statku, gdy spotykamy wciąż te same osoby i wiemy z całą pewnością, że miniemy się przy mostku ka­pitańskim.

[…]

Postać stojąca obok mnie była również martwa. Jego twarz przypominała maskę zastygłą w uśmiechu. To nie były oczy człowieka, którego kochałam, którego znałam. Zimne, bez wyrazu, patrzyły jakby przeze mnie, z napięciem wpatrując się w obraz kaźni i tortur, do którego nie miałam dostępu. Tych cierpień, które przeżywał, nie mogłam z nim dzielić. Nie odezwał się do mnie ani razu. Nie dotknął mnie. Staliśmy obok siebie, pan i pani domu, ale nie byliśmy razem. Podziwiałam jego uprzejmość w stosunku do gości. Jednemu rzucił jakieś słówko, drugiemu — żart, trzeciemu — uśmiech, zawołał coś do czwartego. Nikt prócz mnie nie domyślał się, że każde jego słowo, każdy ruch były automatyczne. Przypo­minaliśmy dwoje aktorów grających w jednej sztuce, ale każde z nas grało z osobna. Każde z nas musiało męczyć się samotnie, musiało udawać, odgrywać tę nieszczęsną komedię ze względu na tych wszystkich ludzi, których nie znałam i których nie pragnęłam już nigdy więcej zobaczyć.

[…]

Gdy tak siedziałam na łóżku, wpatrując się w ścianę, w promienie słońca wpadające przez okno, w puste łóżko Maxima, wydawało mi się, że nie ma nic bardziej hańbiącego i upokarzającego niż małżeństwo, które się rozpada. I to rozpada się zaledwie po trzech miesią­cach. Nie miałam już żadnych złudzeń, przestałam udawać przed samą sobą. Wczorajsza noc wykazała to ponad wszelką wątpliwość. Nasze małżeństwo było nieudane. Wszystkie plotki na ten temat okazałyby się prawdziwe. Nie żyliśmy w zgodzie. Nie byliśmy dobrymi towa­rzyszami. Nie pasowaliśmy do siebie. Byłam za młoda dla Maxima, zbyt niedoświadczona i co najważniejsze, nie należałam do jego świata. To, że kochałam go chorobliwie, rozpaczli­wie, jak dziecko czy też jak pies, nie miało żadnego znaczenia. On nie potrzebował tego ro­dzaju miłości. Pragnął czegoś innego, czego nie mogłam mu dać, czegoś, co miał poprzed­nio. Przypomniałam sobie swoje dziecinne, niemal histeryczne podniecenie i dumę, jaką od­czuwałam, gdy zawierałam to małżeństwo, wyobrażając sobie, że potrafię dać szczęście Maximowi, który przedtem doznał tak wielkiego szczęścia. Nawet wulgarna pani van Hopper zdawała sobie sprawę, że popełniam omyłkę. „Obawiam się, że pożałujesz tego -powiedziała. Uważam, że popełniasz wielki błąd". Nie chciałam słuchać jej rad, uważając, że jest bezwzględna i okrutna. Ale ona miała ra­cję. Miała rację pod każdym względem. Ostatni cios, który mi zadała na pożegnanie, to były słowa: „Chyba nie pochlebiasz sobie, myśląc, że on cię kocha? On po prostu nie może dłużej mieszkać sam w tym wielkim, pustym domu".

[…]

To pani podstępnie namówiła mnie na ten strój z portretu! Nie przyszłoby mi to na myśl, gdyby nie pani podszept. Pani to zrobiła, aby sprawić ból panu de Winterowi. Czyż nie dość się już nacierpiał, a pani jeszcze uknuła tę podłą, ohydną intrygę! Czy pani myśli, że jego ból i cierpienie wskrzeszą zmarłą? Uwolniła się od mego chwytu. Jej trupio blada twarz zaczerwieniła się z gniewu. Co mnie obchodzi jego cierpienie! On nigdy nie przejmował się moim. Czy pani myśli, że przyjemnie mi było patrzeć, jak pani siedzi na jej miejscu, chodzi po jej śladach, dotyka rzeczy, które należały do niej? Co ja się nacierpiałam przez te ostatnie miesiące, wie­dząc, że pani pisze listy przy jej sekreterze, używa jej pióra, rozmawia ze mną przez telefon, tak jak ona to robiła każdego ranka od chwili, kiedy przyjechała do Manderley! Czy pani wie, co ja czułam, słysząc, jak Frith, Robert i reszta służby nazywa panią - „panią de Winter"? „Pani de Winter wyszła na spacer". „Pani de Winter kazała podać samochód na trzecią". „Pani de Winter wróci na podwieczorek dopiero o piątej". Tymczasem moja pani de Winter, moja pani ze swoim uroczym uśmiechem na pięknej twarzy, moja dzielna, prawdziwa pani de Winter leży martwa, zimna i zapomniana w krypcie kościoła. Jeśli on cierpi, to zasłużył na to, żeniąc się z młodą dziewczyną w niespełna dziesięć miesięcy po śmierci mojej pani. Cóż, teraz płaci za to. Widziałam jego twarz, jego oczy. Sam stworzył sobie piekło i tylko siebie o to może winić. Wie, że ona przychodzi co noc, by go pilnować. Ale nie przychodzi łagodna i dobra, o nie, moja pani taka nie jest! Ona nigdy nie pozwoliłaby się skrzywdzić. „Wpierw zobaczę ich w piekle, Danny" - powiedziałaby. „Słusznie, moja droga — odpowiedziałabym - nikt ciebie nie zwycięży. Żyjesz po to, by życie w pełni wykorzystać". Tak wła­śnie postępowała, nie dbając o nic, nie bojąc się niczego. Moja pani de Winter miała odwagę i usposobienie chłopca. Często mówiłam, że powinna była urodzić się chłopcem. Opiekowa­łam się nią od dziecka. Chyba pani o tym wiedziała?

[…]

Nie słyszała widocznie, co do niej mówię i ciągnęła dalej z pasją, nieprzytomnie, jak fanatyczka, szarpiąc długimi palcami czarną suknię. Już wtenczas była śliczna, śliczna jak obrazek. Mężczyźni odwracali się za nią na ulicy, chociaż nie miała jeszcze dwunastu lat. Wiedziała o tym i mrugała do mnie porozu­miewawczo ta mała diablica. „Będę pięknością, prawda, Danny?" - pytała. „Postaramy się o to, moje złotko, postaramy". Już w tym wieku miała umysłowość dorosłej osoby. Potrafiła prowadzić rozmowę swobodnie i dowcipnie jak osiemnastoletnia panna. Robiła, co chciała, ze swoim ojcem i z pewnością robiłaby to samo z matką, gdyby jej matka żyła. Nikt nie mógł dorównać mojej pani odwagą. W dniu, gdy skończyła czternaście lat, powoziła czwórką ko­ni. Kuzyn jej, pan Jack, wdrapał się na kozioł i chciał odebrać jej lejce. Bili się na koźle jak dzikusy przez kilka minut, a tymczasem konie ponosiły. Ale moja pani zwyciężyła! Zdzieliła go batem po głowie, pan Jack spadł na ziemię, klnąc i zaśmiewając się. To była dobrana para, powiadam pani. Posłali go do marynarki wojennej, ale nie chciał się podporządkować dyscy­plinie. Wcale mu się nie dziwię, był zbyt żywiołowy, żeby słuchać jakichś rozkazów, podob­nie jak moja pani. Wpatrywałam się w panią Danvers, zaciekawiona i przerażona zarazem. Dziwny, eksta­tyczny uśmiech postarzał ją jeszcze bardziej, ale jednocześnie ożywiał jej bladą twarz.

[…]

Maxim zazdrosny... Był zazdrosny za jej życia i nadal jest zazdrosny po jej śmierci. Zabrania panu Jac­kowi wstępu do domu tak samo, jak dawniej. Najlepszy dowód, że jej nie zapomniał. Był bardzo zazdrosny o nią. Ja także. Każdy, kto ją znał, musiał być zazdrosny. Nic jej to nie obchodziło. Śmiała się tylko. „Żyję tak, jak mi się podoba, Danny, nikt na świecie mnie nie powstrzyma!" Każdy mężczyzna, który raz na nią spojrzał, tracił głowę. Widywałam tu­taj wielu mężczyzn, z którymi spotykała się w Londynie, a następnie zabierała do Manderley na weekendy. Pływali z nią żaglówką, kąpali się w morzu. Moja pani urządzała wieczorami pikniki nad zatoczką. Oczywiście oni wszyscy zalecali się do niej, czyż mogło być inaczej? Śmiejąc się, opowiadała mi później, co który z nich mówił i jak się zachowywał. Nie przy­wiązywała do tego żadnej wagi, dla niej to była tylko zabawa. Tylko zabawa. Któż nie byłby zazdrosny? Wszyscy byli zazdrośni, wszyscy szaleli za nią, pan de Winter, pan Jack, pan Crawley, wszyscy, którzy ją znali, wszyscy, którzy bywali w Manderley! Nie chcę o tym słyszeć, nie chcę nic o tym wiedzieć! Pani Danvers podeszła do mnie tak blisko, że jej twarz niemal dotykała mojej. Po co dalej walczyć? Pani jej nigdy nie zwycięży! Ona jest nadal panią domu, cho­ciaż nie żyje. Ona jest prawdziwą panią de Winter, a nie pani. To pani jest cieniem, to pani jest duchem! To pani jest zapomniana i odtrącona. Pani powinna jej zostawić Manderley, powinna pani opuścić ten dom!

[…]

Przerwał i schował chustkę do kieszeni. Ściszył głos, choć byliśmy sami w pokoju. Opuściliśmy nurka na dno, aby zbadał, czy kadłub jest uszkodzony. Nurek zrobił tam pewne odkrycie. Znalazł on dziurę w kadłubie i właśnie obchodził statek, żeby spraw­dzić, czy z drugiej strony są jakieś uszkodzenia, gdy natknął się na mały jacht leżący na bo­ku, ale zupełnie cały. Nurek jest tutejszy, więc od razu poznał ten jacht. Jest to jacht, który należał do nieżyjącej pani de Winter. W pierwszej chwili odczułam wielką ulgę, że Maxim jest nieobecny i tego nie słyszy. Nowy cios, który spada na niego tak szybko po moim wczorajszym występie, jest przez to jeszcze bardziej okrutny. To straszne — powiedziałam powoli — kto by się tego spodziewał! Czy trzeba mówić o tym mojemu mężowi? Czy nie można by zostawić żaglówki w spokoju, chyba tam nikomu nie przeszkadza? Zostawilibyśmy ją, gdyby nie pewne okoliczności. Nie ruszałbym jej, gdyby to zależało ode mnie. Wiele bym dał, żeby nie sprawić przykrości panu de Winterowi. Ale to jeszcze nie wszystko, proszę pani. Oglądając jacht, nurek zrobił jeszcze jedno, znacznie ważniejsze od­krycie. Drzwi kabiny, nie uszkodzone oraz iluminatory były szczelnie zamknięte. Nurek rozbił kamieniem, który znalazł na dnie morza, szybę jednego z iluminatorów i zajrzał do kabiny. Wnętrze było pełne wody, ale żadnych uszkodzeń nie zauważył. A potem przeraził się śmiertelnie. Kapitan przerwał i obejrzał się przez ramię, jakby w obawie, że ktoś ze służby może go usłyszeć. W kabinie na podłodze leżały jakieś zwłoki — powiedział cicho. Były całkowicie rozłożone, pozostały same kości. Ale to był ludzki szkielet. Nurek wyraźnie dostrzegł czasz­kę oraz kości nóg i rąk. Po wyjściu na powierzchnię zameldował mi o tym. A teraz pani ro­zumie, dlaczego muszę pomówić z pani mężem. Najpierw ogarnęło mnie zdumienie, potem przerażenie. Zrobiło mi się niedobrze. Wszyscy przypuszczali, że ona wypłynęła sama — szepnęłam. To znaczy, że ktoś był z nią w czasie wyprawy i nikt o tym nie wiedział? […] Znaleźli jej żaglówkę. Nurek natknął się na nią dziś po południu. Wiem, kapitan Searle mi o tym powiedział. Myślisz o zwłokach, które znaleziono w kabinie. Tak. To oznacza, że ona nie była sama. Ktoś wypłynął wówczas razem z Rebeką. A ty chcesz się dowiedzieć, kto to był. Czy o to ci chodzi, Maximie? Nie, ty tego nie zrozumiesz. Chcę wszystko dzielić z tobą, kochanie. Chcę ci pomóc. Nikt nie wypłynął z Rebeką, ona była sama. Klęczałam, wpatrując się w jego oczy. To zwłoki Rebeki leżą w kabinie na dnie morza. Nie, nie! Kobieta pochowana w krypcie nie jest Rebeką. To jakaś obca kobieta, której nikt nie poszukiwał. Nie było żadnego wypadku, Rebeka wcale nie utonęła. Ja ją zabiłem. Za­strzeliłem ją w domku nad zatoką. Zaniosłem jej ciało do kabiny, wypłynąłem na morze i zatopiłem jacht w tym miejscu, gdzie go dziś znaleźli. To Rebeka leży tam w kabinie. Spójrz mi teraz w oczy i powiedz, czy nadal mnie kochasz?

[…]

Pomału odrętwienie mijało, działo się tak, jak przypuszczałam. Ręce przestały być lo­dowate, stały się ciepłe, wilgotne. Poczułam, że fala krwi zalewa mi twarz i szyję. Policzki mi płonęły. Pomyślałam o kapitanie Searle, o nurku, o agencie Lloyda, o marynarzach na statku wpatrujących się w wodę. Pomyślałam o sklepikarzach w Kerrith, o chłopcach na po­syłki gwiżdżących na ulicy, o proboszczu wychodzącym z kościoła, o lady Crowan ścinają­cej róże w ogrodzie, o kobiecie w różowej sukni i jej synku. Wkrótce dowiedzą się o tym. Za kilka godzin. Jutro podczas śniadania. „Znaleziono żaglówkę pani de Winter i podobno ja­kieś zwłoki w kabinie". Szkielet w kabinie. Rebeka leży tam na podłodze. Wcale nie jest po­chowana w krypcie. Jakaś inna kobieta leży w krypcie. Maxim zabił Rebekę. Rebeka wcale nie utonęła. Maxim ją zabił. Zastrzelił ją w domku na plaży. Przeniósł jej ciało do żaglówki i łódź zatopił w zatoce. Ten szary, cichy domek i deszcz dudniący po dachu. Cząstki układanki spadały na mnie gradem. Oderwane obrazy przelatywały błyskawicznie przez oszołomiony umysł. Maxim siedzący w samochodzie obok mnie na południu Francji. „Przed rokiem wy­darzyło się coś, co zmieniło całe moje życie. Muszę zacząć żyć na nowo..." Milczenie Maxima, nastroje Maxima. To, że nigdy nie mówił o Rebece, nie wspominał jej imienia. To, że nie lubił zatoczki i domku na plaży.

[…]

Nawet babcia, której trudno było wówczas dogodzić, przepadała za nią od pierwszej chwili i mówiła: „Ona ma trzy zalety tak cenne dla męża: rasę, mądrość i urodę".

[…]

Siedziałam na podłodze, obejmując kolana i wpatrując się w niego. Tyle że była sprytna, diabelnie sprytna. Każdy, kto ją poznał, był święcie przekonany, że ona jest najlepszą, najszlachetniejszą, najbardziej uzdolnioną kobietą na świecie. Wiedziała doskonale, co komu należy powiedzieć, umiała przystosować się do ludzi. Gdybyś się z nią zetknęła, poszłaby z tobą pod rękę do ogrodu, przywołując Jaspera, rozmawiając o kwiatach, muzyce lub malarstwie, zależnie od twoich zainteresować. Oszukałaby cię, tak jak oszukiwała wszystkich. Siedziałabyś u jej stóp, adorując ją. Chodził tam i z powrotem, tam i z powrotem po pokoju. Gdy ożeniłem się z nią, mówiono o mnie, że jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Ona była taka urocza, uzdolniona, dowcipna. Nawet babcia, której trudno było wówczas dogodzić, przepadała za nią od pierwszej chwili i mówiła: „Ona ma trzy zalety tak cenne dla męża: rasę, mądrość i urodę". Wierzyłem w to lub też chciałem w to wierzyć. Ale przez cały czas gnębiły mnie podświadomie wątpliwości. W wyrazie jej oczu było coś niepokojącego... Cząstki układanki łączyły się teraz w całość i prawdziwa Rebeka nabierała pełnych kształtów, wychodziła ze świata cieniów jak żywa postać wychodząca z ram obrazu. Rebeka bijąca konia szpicrutą, Rebeka chwytająca życie oburącz, Rebeka triumfująca, zawsze z uśmiechem na ustach. Przypomniałam sobie chwilę, gdy stałam na plaży obok biednego, przestraszonego Bena. „Pani jest dobra — powiedział — nie taka jak tamta. Pani mnie nie wsadzi do domu wariatów, prawda?" Jakaś wysoka, smukła postać wędrowała nocą przez las. „Przypominała żmiję... "

[…]

Dość mam tego, rozumiesz?! To, co robisz w Londynie, nic mnie nie obchodzi. Możesz tam sobie żyć z Favellem lub z kimkolwiek tylko zechcesz. Ale nie tutaj. Nie w Manderley!" Milczała przez chwilę, wpatrując się we mnie. Wreszcie uśmiechnęła się i powiedziała: „A przypuśćmy, że wolę z nim żyć tutaj, to co wtedy"? „Znasz moje warunki, ja przecież dotrzymałem tej brudnej, przeklętej umowy. Ale ty wciąż mnie oszukiwałaś. Uważasz, że wolno ci zachowywać się w moim domu tak, jak w twoim rynsztoku w Londynie. Byłem dotychczas cierpliwy, Rebeko, ale, na Boga, to twoja ostatnia szansa!" Zgasiła papierosa, wstała z tapczanu i przeciągnęła się leniwie. „Masz rację, Max, pora zacząć nowe życie". Była bardzo blada i wychudzona. Zaczęła chodzić po pokoju, trzymając ręce w kiesze­niach spodni. Wyglądała jak chłopak w swoim żeglarskim stroju, chłopak o twarzy anioła z obrazu Botticellego. „Czy nigdy nie zastanawiałeś się, jak trudno by ci było wytoczyć przeciwko mnie sprawę? Mam na myśli sprawę rozwodową. Czy uświadamiasz sobie, że nie masz przeciwko mnie żadnego dowodu? Wszyscy twoi znajomi, a nawet służba, uważają nas za szczęśliwe małżeństwo".

[…]

Teraz gdy zadzwonił telefon, obie te istoty połączyły się w jedną, stałam się znowu so­bą, taką, jaką zawsze byłam. Nie zmieniłam się wcale. Lecz spłynęło na mnie jakieś nowe doznanie. Serce moje, pomimo niepokoju, stało się lekkie, uwolniło się od bólu. Sprawiła to świadomość, że przestałam się bać Rebeki. Przestałam jej nienawidzić. Teraz gdy dowie­działam się, że ona była zła i zepsuta, pozbyłam się nienawiści. Rebeka nie sprawi mi więcej bólu. Mogę pójść do buduaru, usiąść przy jej sekreterze, dotknąć jej pióra i spojrzeć na jej pismo na przegródkach — nie będę się więcej dręczyć. Mogę pójść do jej pokoju w zachodnim skrzydle, stanąć przy oknie, tak jak stałam dziś rano i nie będę się bać. Siła Rebeki rozwiała się jak mgła. Rebeka przestanie mnie prześladować. Nie będzie stać za mną na schodach, siedzieć obok mnie w jadalni, wychylać się z krużganku i przyglądać mi się, gdy stoję w hallu. Maxim nie kochał jej nigdy. Przestałam jej nienawidzić. Zwłoki jej wróciły, znalezio­no łódź o dziwnej, proroczej nazwie „Je reviens"[z fr. Wracam – przyp. aut.], lecz ja uwolniłam się od Rebeki na zawsze. Wolno mi teraz będzie przebywać z Maximem, dotykać go, tulić go do siebie i kochać. Przestałam być dzieckiem. Teraz pojęcie „ja" zniknie, zastąpi je pojęcie „my". Będziemy razem. Razem będziemy bronić się w tej sprawie, on i ja. Kapitan Searle, nurek, Frank, pani Danvers, Beatrice i mieszkańcy Kerrith czytający gazety nie rozdzielą nas teraz. Nasze szczęście nie przyszło zbyt późno. Przestałam być dzieckiem, pozbyłam się nieśmiałości. Nie bałam się. Będę walczyć o Maxima. Będę kłamać i krzywoprzysięgać, będę kląć i modlić się! Rebeka nie zwyciężyła, Rebeka przegrała!

[…]

Pułkownik podszedł do mnie bliżej. To bardzo przykra sprawa, proszę pani — powiedział łagodnie. Współczuję państwu z całego serca. Dziękuję. Wypiłam kilka łyków sherry, ale czym prędzej odstawiłam kieliszek. Nie chciałam, aby zauważył, że ręka mi się trzęsie. Cała trudność polega na tym, że pani mąż przed rokiem zidentyfikował inne zwłoki ja­ko zwłoki swojej żony. Nie rozumiem, o co chodzi. Więc pani nie słyszała, co stwierdziliśmy dziś rano? Wiem tylko tyle, że nurek znalazł jakieś zwłoki. Tak — powiedział pułkownik. Obejrzawszy się przez ramię, ściszył głos: Niestety nie ma żadnych wątpliwości, że są to zwłoki pani de Winter. Nie mogę pani podać szczegółów, ale dowody były wystarczające, aby pani mąż i doktor Philips mogli zidentyfikować zwłoki.

[…]

Nie odzywałam się nadal. Przejmuję się tym tylko ze względu na ciebie. Nie żałuję niczego. Postąpiłbym tak samo po raz drugi. Nie martwię się, że zabiłem Rebekę. Nie będę miał wyrzutów sumienia z tego powodu, nigdy! Chodzi mi tylko o ciebie. Nie mogę przeboleć, że tak się zmieniłaś przeze mnie. Przyglądałem ci się podczas lunchu, myślałem tylko o tym. Z twojej twarzy zniknął na zawsze ten dziecięcy, uroczy wyraz, który tak kochałem. Już nigdy nie powróci. Zabiłem go, gdy powiedziałem ci prawdę o Rebece. Wyraz ten zniknął w ciągu dwudziestu czterech godzin. Jesteś teraz znacznie starsza...

[…]

Śledztwo dobiegało końca. Maxim już złożył swoje zeznanie. Innymi zeznaniami nie będę się denerwować. Nie chciałam tylko słyszeć zeznań Maxima, bałam się. Dlatego nie poszłam z nim od razu. Teraz to już nie ma znaczenia. Maxim odbył swoje. Policjant zaprowadził mnie do drzwi na końcu korytarza. Otworzył je, a ja wśliznęłam się cicho i usiadłam tuż przy wejściu. Opuściłam głowę, żeby nie patrzeć na nikogo. Sala była mniejsza, niż przypuszczałam. Było w niej gorąco i duszno. Wyobrażałam sobie, że bę­dzie to wielka, pusta sala z ławkami jak w kościele. Maxim z Frankiem siedzieli z drugiej strony sali. Sędzia był chudym, starszym mężczy­zną w binoklach. Kątem oka patrzyłam na salę. Znajdowało się tam wiele nieznanych mi osób. Nagle serce mi drgnęło, gdyż ujrzałam panią Danvers. Siedziała na ostatniej ławce. Obok niej siedział Favell. Jack Favell, kuzyn Rebeki. Pochylony naprzód, podpierając brodę rękami, wpatrywał się w sędziego Horridge'a. Nie spodziewałam się, że on tu będzie. Byłam ciekawa, czy Maxim go widział. Szkutnik Jakub Tabb składał zeznanie. Sędzia zadawał mu pytania. Nie patrzyłam na niego. Utkwiłam wzrok w podłodze. Deski pokryte były linoleum, zie­lonym linoleum. Wpatrywałam się w nie z uporem. Dziwiłam się, dlaczego sędzia milczy. Dlaczego cisza trwa tak długo. Gdy się wreszcie odezwał, głos jego dochodził mnie jakby z oddali. Co pan ma na myśli? Jakie to są dziury? Znalazłem trzy dziury. Jedną w dziobie, przy skoblu łańcuchowym na prawej bur­cie, poniżej linii wodnej. Dwie pozostałe blisko siebie w śródokręciu, w dnie pod podłogą. Balast został przesunięty, leżał luzem. Ale to jeszcze nie wszystko. Zawory denne były otwarte. Zawory denne? Co to jest? - spytał sędzia. Są to zawory zamykające rury ściekowe od umywalki lub ubikacji. Pani de Winter kazała zainstalować ubikację na rufie, a umywalkę na dziobie. W tych miejscach były zawo­ry. Zawory muszą być zawsze szczelnie zamknięte podczas żeglowania, bo woda dostałaby się do środka. Gdy oglądałem wczoraj żaglówkę, oba zawory były otwarte. W sali było gorąco, za gorąco. Dlaczego nie otwierają okien? Udusimy się tu, przecież tyle osób oddycha ciągle tym samym powietrzem, tyle osób! Z tymi dziurami w dnie i otwartymi zaworami taka mała żaglówka musiała szybko zatonąć. Myślę, że w ciągu dziesięciu minut poszła na dno. Tych dziur nie było, gdy łódź opuściła mój warsztat. Byłem dumny ze swojej roboty. Pani de Winter wyraziła mi uznanie. Moim zdaniem, panie sędzio, żaglówka nie przewróciła się wcale, została umyślnie zato­piona. Muszę wyjść z sali. Muszę wrócić do poczekalni. Tutaj nie ma czym oddychać, a osoba siedząca obok mnie przesuwa się coraz bliżej i bliżej... Ktoś wstał i zaczął mówić, wszyscy zaczęli mówić naraz. Nie wiedziałam, co się dzieje. Było gorąco, tak bardzo gorąco. Sędzia nakazał spokój. Powiedział coś i wymienił nazwisko de Winter. Nie mogłam nic zobaczyć. Przeszkadzał mi kapelusz kobiety siedzącej przede mną. Dostrzegłam tylko, że Maxim wstaje. Nie mogłam spojrzeć na niego. Nie powinnam spojrzeć. Raz w życiu czułam się tak jak teraz. Kiedy to było? Nie wiem. Nie pamiętam. Ach tak, to wówczas, gdy stałam z panią Danvers przy oknie. Pani Danvers znajdowała się teraz na sali, przysłuchiwała się śledztwu. Maxim stał przed sędzią. Fale gorąca powoli unosiły się od podłogi, sięgały moich rąk, szyi, twarzy.

[…]

Nigdy nie wiadomo. Sędzia może inaczej ująć swoje pytania. Tabb obalił poprzednią hipotezę. Sędzia będzie musiał rozpatrywać sprawę pod innym kątem widzenia. Jakim kątem widzenia? Co pan ma na myśli? Słyszała pani zeznania? Słyszała pani, co Tabb powiedział o żaglówce? Teraz nikt nie uwierzy w wypadek. Ale to nie ma sensu, Franku, to śmieszne! Nie powinni dać wiary Tabbowi. Czyż on mógł stwierdzić po tylu miesiącach, w jaki sposób powstały te dziury? Czego oni chcą do­wieść? Nie wiem. Ten sędzia będzie wypytywać Maxima, aż Maxim straci panowanie nad sobą i powie coś niewłaściwego. Będzie go zasypywać pytaniami, a Maxim tego nie zniesie. Ja wiem, że on tego nie zniesie. Frank milczał. Jechał bardzo szybko. Po raz pierwszy, od kiedy go poznałam, nie znalazł żadnej konwencjonalnej odpowiedzi. Oznaczało to, że jest bardzo przejęty, niezwykle prze­jęty. Zazwyczaj prowadził samochód wolno i ostrożnie, zatrzymywał się przed każdym skrzyżowaniem, rozglądał się uważnie, trąbił na każdym zakręcie. Na sali był ten mężczyzna, który kiedyś przyjechał odwiedzić panią Danvers. Pani ma na myśli Favella? Tak, ja też go widziałem. Siedział obok pani Danvers. Tak. Dlaczego on tam był? Jakim prawem znalazł się na śledztwie? To jej kuzyn. To niedobrze, że on i pani Danvers siedzą tam i przysłuchują się zeznaniom. Nie mam do nich zaufania. Ja również. Oni mogą coś uknuć, oni mogą zaszkodzić Maximowi.

[…]

A dlaczego miałbym się znaleźć w niebezpiecznej sytuacji? Niech pan posłucha — powiedział Favell. Przypuszczam, że pańska żona wie o wszyst­kim, a podejrzewam, że Crawley jest tym trzecim wtajemniczonym. Wobec tego mogę mó­wić bez ogródek. Wiecie wszyscy o Rebece i o mnie. Byliśmy kochankami. Nigdy się tego nie wypierałem i nigdy się nie wyprę. A więc dobrze. Dotychczas wierzyłem, jak wszyscy inni głupcy, że Rebeka utonęła, żeglując po zatoce i że jej ciało znaleziono po wielu tygo­dniach w Edgecoombe. Był to dla mnie straszliwy wstrząs. Ale mówiłem sobie, że Rebeka wybrałaby taką właśnie śmierć. Wolałaby zginąć w walce, tak jak żyła. Przerwał i spojrzał kolejno na każdego z nas. Przed kilku dniami biorę do ręki gazetę i czytam, że nurek     natknął się na łódź Re­beki i że znaleziono jakieś zwłoki w kabinie. Nie mogłem tego zrozumieć. Kogo, do diabła, Rebeka zabrała ze sobą? To nie miało sensu. Przyjechałem tutaj i zatrzymałem się w oberży tuż pod Kerrith. Porozumiałem się z panią Danvers. Od niej dowiedziałem się, że to są zwło­ki Rebeki. Ale nawet wtedy sądziłem, tak jak wszyscy, że tamte zwłoki zostały mylnie roz­poznane i że Rebeka utonęła, nie mogąc wydostać się z kabiny. Jak wiecie, byłem dziś na śledztwie. Wszystko szło gładko, dopóki nie zaczął zeznawać Tabb, prawda? A potem? No cóż, Max, co pan nam może powiedzieć o tych dziurach w dnie łodzi i otwartych zaworach dennych? Czy pan myśli — powiedział wolno Maxim — że po tylu godzinach śledztwa dam się wciągnąć w roztrząsanie tych szczegółów z panem? Słyszał pan zeznania i słyszał pan wy­rok. Skoro sędzia śledczy uznał go za zadowalający, musi też zadowolić pana. Samobójstwo? - odparł Favell. Rebeka i samobójstwo! Tak jakby to do niej pasowało! Niech pan posłucha, nie wiedział pan, że mam ten list. Zachowałem go, bo to jest ostatni list, jaki do mnie napisała. Przeczytam go panu. Myślę, że to pana zainteresuje. Wyciągnął z kieszeni arkusik papieru. Poznałam to ostre, pochyłe pismo.

[…]

Oczy miał wlepione w Maxima. Nikt z nas się nie odezwał. Przypuśćmy, że sędzia przeczytałby ten list dziś po południu. Nie wywinąłby się pan tak łatwo, co, Max? Dlaczego więc nie dał mu pan tego listu? - spytał Maxim. Pomału, bracie, pomału. Niech się pan nie denerwuje! Wcale nie chcę pana zniszczyć, Max. Wiem, że nie żywił pan do mnie przyjaznych uczuć, ale nie mam o to urazy. Wszyscy mężowie pięknych żon są zazdrośni. A niektórzy z nich muszą wprost odgrywać rolę Otella. Taką już mają naturę. Nie mam im tego za złe. Żal mi ich. Jestem poniekąd socjalistą i nie rozumiem, dlaczego mężczyźni nie dzielą się swymi pięknymi kobietami, zamiast je zabijać. Co za różnica? Przyjemność jest ta sama mimo wszystko. Piękna kobieta nie jest oponą samochodową, nie niszczy się przez używanie, im więcej się jej używa, tym jest lepsza. A więc wyłożyłem karty na stół. Dlaczego nie mielibyśmy dojść do porozumienia? Nie jestem bogaty, za bardzo lubię hazard. Ale gnębi mnie brak kapitału. Otóż gdybym miał zapewnioną dożywotnią rentę w wysokości dwóch czy trzech tysięcy funtów rocznie, mógłbym sobie dość wygodnie ułożyć życie. Nigdy nie nachodziłbym pana więcej, przysięgam na Boga, nigdy!

[…]

Maxim odezwał się nagle, nie odwracając głowy: Niech Frank nie wychodzi z pokoju. Ja sam załatwię tę sprawę. Pułkownik Julyan będzie tu za dziesięć minut. Milczeliśmy. Favell czytał gazetę. Ciszę zakłócał jedynie padający uporczywie deszcz. Padał bez przerwy, równomiernie, monotonnie. Czułam się bezsilna, nie mogłam nic zdziałać. Frank również nic nie mógł poradzić. W książce lub sztuce wzięłabym rewolwer, zastrzeliła Favella i ukryła jego ciało w szafie. Ale nie miałam rewolweru, a w bibliotece nie było szafy. Byliśmy zwykłymi ludźmi, którzy nie postępują tak jak w powieści. Nie mogłam też teraz podejść do Maxima i ubłagać go, by dał pieniądze Favellowi. Musiałam siedzieć spokojnie z rękami założonymi na kolanach, wpatrując się w krople deszczu i w sylwetkę Maxima na tle okna.

[…]

Myśli pan, że pan mnie wystrychnie na dudka? Myśli pan, że nie mam podstaw, aby skierować sprawę do sądu? Dostarczę panu dowodów. Powiadam panu, że de Winter zabił Rebekę przeze mnie. Wiedział, że byłem jej kochankiem, był zazdrosny, wściekle zazdrosny. Wiedział, że ona czeka na mnie w domku nad morzem, poszedł tamtej nocy i zabił ją. Potem zaniósł ciało na żaglówkę, którą zatopił. Bardzo zręczna opowieść, Favell, ale powtarzam, że nie ma pan żadnych dowodów. Proszę mi przedstawić świadka, który to widział, a wtedy zacznę pana traktować poważnie. Znam ten domek na plaży. To taki campingowy domek, prawda? Pani de Winter przecho­wywała tam sprzęt żeglarski. Pańska opowieść miałaby pewne szanse prawdopodobieństwa, gdyby ten domek otoczony był pięćdziesięcioma innymi domkami, bo wówczas któryś z mieszkańców mógłby coś powiedzieć o tym, co wydarzyło się tej nocy. Chwileczkę — powiedział powoli Favell — chwileczkę... A może jednak ktoś widział de Wintera tej nocy. To jest całkiem możliwe, warto sprawdzić. Co by pan powiedział, gdybym przedstawił świadka? Julyan wzruszył ramionami. Frank spojrzał pytająco na Maxima. Maxim w milczeniu obserwował Favella. Nagle zrozumiałam, o co chodzi Favellowi, kogo ma na myśli. Z prze­rażeniem uświadomiłam sobie, że ma rację. Był ktoś, kto widział wszystko tej nocy. Ode­rwane zdania zabrzmiały mi w uszach. Niezrozumiałe słowa, które uważałam za wytwór chorego umysłu biednego wariata: „Ona utonęła, prawda? Ona już nie wróci. Ja nic nie mó­wiłem nikomu. Oni ją tam znajdą, prawda? Ryby ją zjadły, ona już nie wróci". Ben wiedział. Ben był świadkiem całego wydarzenia. Tej nocy koczował w lesie. Wi­dział, jak Maxim wypłynął na żaglówce i wrócił sam na dingi. Czułam, że krew ucieka mi z twarzy. Opadłam na oparcie fotela.

[…]

Pani wie doskonale, do czego on zmierza. Powiedziałem już panu pułkownikowi, ale on nie chce w to uwierzyć. Żyliśmy z Rebeką od wielu lat, prawda? Kochała mnie, prawda? Ku memu zdumieniu pani Danvers spojrzała na niego bez słowa, a w jej oczach rozbłysła pogarda. Nie, nie kochała pana. Słuchaj, ty stara idiotko... - zaczął Favell, ale pani Danvers przerwała mu natychmiast. Nie kochała ani pana, ani pana de Wintera. Nie kochała nikogo. Pogardzała mężczy­znami. Była wyższa ponadto wszystko. Favell zaczerwienił się z gniewu. Niech pani posłucha. Czy Rebeka nie wymykała się co wieczór ścieżką przez las, by spotkać się ze mną? Czyż nie czekała pani na jej powrót? Czyż nie spędzała ze mną week­endów w Londynie? No to co z tego? - wybuchnęła z pasją pani Danvers. Miała prawo się zabawić. To by­ła dla niej zabawa, tylko zabawa. Sama mi tak mówiła. Robiła to, bo to ją bawiło. Śmieszyło ją tylko. Śmiała się z pana tak samo, jak i z innych. Nieraz po powrocie do domu siedziała na łóżku, pokładając się ze śmiechu. Zaśmiewała się z was wszystkich!

[…]

Pani Danvers spojrzała na niego z pogardą. Pani de Winter? A może w rękach szantażystów? - spytał pułkownik zerkając na Favella. Pani Danvers potrząsnęła głową. Baker — powtórzyła Baker. Czy nie miała wrogów, którzy by jej grozili? Czy nie bała się kogoś? Pani de Winter miałaby się bać? Nie bała się niczego ani nikogo. Jedna jedyna rzecz tylko ją gnębiła — myśl o starości, chorobie, śmierci w łóżku. Mówiła mi wiele razy: „Chciałabym umrzeć szybko, zgasnąć jak zdmuchnięta świeca". To była moja jedyna pociecha po jej śmierci. Podobno utonięcie jest bezbolesne, prawda? Spojrzała błagalnym wzrokiem na pułkownika, ale on milczał. Pełen wahania skubał wąsy. Znowu spojrzał na Maxima. I po diabła to wszystko? - rzucił Favell podchodząc bliżej. Oddalamy się coraz bardziej od istoty rzeczy. Kogo ten Baker obchodzi? Co on ma wspólnego z tą sprawą? To pewnie jakiś sprzedawca pończoch lub kremów. Gdyby to był ktoś o jakimś znaczeniu, Danny słyszałaby o nim. Rebeka nie miała przed nią tajemnic. Przyglądałam się pani Danvers. Przewracała kartki kalendarzyka. Nagle wydała okrzyk zdziwienia. Tu jest coś jeszcze — powiedziała — na samym końcu, w spisie numerów telefonicznych. Baker i obok numer 0488, ale nie ma centrali dzielnicowej. […] Zdaje się, że trafiliśmy tym razem. O Boże, niech to nie będzie prawda! Nie pozwól, aby Baker się znalazł! Spraw, Boże, aby Baker nie żył! Wiedziałam, kim był Baker. Wiedziałam od początku. Patrzyłam na Franka przez drzwi. Zobaczyłam, jak nagle pochylił się naprzód, sięgnął po ołówek i kawa­łek papieru. Halo? Tak, jestem przy telefonie. Czy może pan to przeliterować? Dziękuję, bardzo panu dziękuję. Dobranoc. Wrócił do pokoju z kartką w ręce. Frank, który był tak bardzo oddany Maximowi, nie zdawał sobie sprawy, że ten kawałek papieru stanowił jedyny istotny dowód zdobyty w ciągu tego koszmarnego wieczoru, że zdobywając ten dowód, mógł zniszczyć Maxima równie skutecznie, jak gdyby wbił mu sztylet w plecy. Rozmawiałem z portierem nocnym w jakimś domu na Bloomsbury. Tam nikt nie mieszka. W tym domu mieszczą się tylko gabinety lekarskie. Podobno Baker przestał prak­tykować i zlikwidował swój gabinet przed pół rokiem. Ale możemy się z nim porozumieć. Portier dał mi jego adres. Zapisałem go na tej kartce.

[…]

Może nie chciała pani martwić — zauważył Julyan. Z pewnością zamówiła sobie wizy­tę u Bakera, poszła na badanie, a po powrocie do domu opowiedziałaby pani wszystko. I ten list do pana Jacka — wtrąciła nagle pani Danvers. To zdanie: „Mam ci coś do po­wiedzenia, chcę zobaczyć się z tobą jak najprędzej". Może miała zamiar jemu również o tym opowiedzieć? To prawda — potwierdził Favell. - Zapomnieliśmy o tym liście. Wyciągnął go ponownie z kieszeni i przeczytał głośno zdanie: „Mam ci coś do powiedzenia, chcę zobaczyć się z tobą jak najprędzej. Rebeka." Nie mam co do tego żadnych wątpliwości — zwrócił się pułkownik do Maxima. Założyłbym się o tysiąc funtów, że pani de Winter chciała opowiedzieć Favellowi o wyniku wizyty u doktora Bakera. Zdaje się, że mimo wszystko pan ma rację — odezwał się Favell. Ten list i ta wizyta mogą mieć jakiś związek ze sobą. Ale o co tu chodziło, do diabła?! Co jej dolegało? Prawda rzucała się w oczy, ale nikt jej nie widział. Wszyscy stali, wpatrując się w siebie i nic nie rozumieli. Nie śmiałam spojrzeć na nich, nie śmiałam się poruszyć, aby nie zdradzić się, że znam prawdę.

[…]

Baker wpatrywał się w kartkę papieru. To bardzo dziwne, doprawdy bardzo dziwne. Tak, to był mój dawny telefon. Może podała panu inne nazwisko? Tak, to możliwe. Mogła tak zrobić, chociaż to nie byłoby właściwe. Nigdy nie godzi­łem się na to. Taki stosunek pacjentów do lekarzy podrywa autorytet lekarski. Czy w książce przyjęć pana doktora można by odnaleźć notatki z tej wizyty? - spytał Julyan. Zdaję sobie sprawę, że jest to naruszenie tajemnicy lekarskiej, ale zmuszają nas do tego wyjątkowe okoliczności. Przypuszczamy, że wizyta pani de Winter u pana ma pe­wien związek z całą sprawą, a zwłaszcza z jej zagadkowym samobójstwem. Morderstwem — wtrącił Favell. Doktor Baker uniósł brwi ze zdziwieniem i spojrzał pytająco na Maxima. Nie przypuszczałem, że takie podejrzenia wchodzą w grę. Oczywiście postaram się dopomóc państwu w miarę możności. Jeśli państwo pozwolą, pójdę przejrzeć moje notatki. Zapisywałem zawsze wszystkie wizyty, podając opis choroby. […] Przerwał i spojrzał kolejno po nas wszystkich. Pamiętam ją doskonale — powiedział i znowu sięgnął do segregatora. Po raz pierwszy przyszła do mnie na tydzień przed datą, o której pan wspomniał. Uskarżała się na pewne dolegliwości. Zrobiłem zdjęcia rentgenowskie. Przyszła do mnie po raz drugi, by do­wiedzieć się, co wykazały zdjęcia. Nie mam tutaj tych fotografii, ale zanotowałem wszystkie szczegóły. Pamiętam, jak stała w moim gabinecie wyciągając rękę po te zdjęcia. „Proszę mi powiedzieć prawdę. Nie chcę pocieszających słów i zbytecznej delikatności. Jeśli mi coś grozi, proszę mi to wprost powiedzieć!" Zamilkł i znowu zajrzał do notatek. Czekałam z rosnącym napięciem. Niechże skończy wreszcie i pozwoli nam już wyjść! Dlaczego musimy jeszcze tutaj siedzieć, nie spuszczając z niego oczu?! Moja pacjentka prosiła, bym powiedział jej prawdę, toteż tak zrobiłem. Niektórzy pacjenci wolą. szczerość, nie znoszą ukrywania przed nimi ich stanu. Ta pani Danvers, a właściwie pani de Winter nie zadowoliłaby się kłamstwem. Z pewnością wiecie o tym. Cios zniosła bardzo dzielnie, nic po sobie nie okazała. Powiedziała, że domyślała się tego od dłuższego czasu. Następnie zapłaciła mi honorarium i wyszła. Nie zobaczyłem jej nigdy więcej. Zamknął segregator z trzaskiem i odłożył księgę. W tym czasie odczuwała tylko lekkie bóle, ale nowotwór był już głęboko zakorze­niony. Po trzech lub czterech miesiącach konieczne byłoby stosowanie morfiny. Operacja nic by nie pomogła. Powiedziałem jej to wręcz. Nowotwór był zbyt daleko posunięty w rozwoju. W takim wypadku nie ma ratunku, można tylko dawać morfinę i oczekiwać końca.

[…]

Przez chwilę jechaliśmy w milczeniu. Nagle odezwał się pułkownik. On nic nie może zrobić. Ten uśmiech i kiwanie ręką to także bluff. Oni są wszyscy tacy sami. Teraz nie ma najmniejszych podstaw do oskarżenia. Orzeczenie Bakera obali je od razu. Maxim milczał. Zerknęłam na niego, ale nic nie mogłam wyczytać z jego twarzy. Czułem, że Baker pomoże nam wyjaśnić ten wypadek — powiedział Julyan. Ta po­tajemna wizyta, ukrywanie wszystkiego przed panią Danvers. Zmarła pani de Winter podej­rzewała, że jest chora. Wiedziała, że coś nie jest w porządku. To straszna rzecz, oczywiście. Straszna. Wystarczyło, by młoda i piękna kobieta straciła głowę. Jechaliśmy prosto główną ulicą. Słupy telegraficzne, autobusy, otwarte wozy sportowe, małe wille w ogródkach migały mi przed oczami, pozostawiając niezatarte wspomnienie... Pan chyba nic o tym nie wiedział, de Winter? Nie, nic. Niektóre osoby panicznie boją się raka — powiedział Julyan — a zwłaszcza kobiety. Wi­docznie pańska żona do nich należała. Była odważna pod wielu innymi względami, ale bała się bólu. Przynajmniej los tego jej oszczędził.

[…]

Maxim wypił kieliszek koniaku. Oczy miał podkrążone, przez co wydawały się ogrom­ne i bardzo ciemne w bladej twarzy. Jak myślisz, ile prawdy odgadł Julyan? Patrzyłam na Maxima znad kieliszka. Milcza­łam. On się domyślił — powiedział wolno Maxim — na pewno się domyślił. Jeśli się nawet domyślił, to nie powie o tym nikomu. Nigdy w życiu. Tak, tak. Maxim zamówił sobie jeszcze jeden kieliszek koniaku. Siedzieliśmy milczący i spokojni w ciemnym kącie. Przypuszczam — odezwał się Maxim — że Rebeka skłamała celowo. To był jej ostatni wspaniały bluff. Chciała, żebym ją zabił. Przewidziała wszystko, stąd jej śmiech w chwili śmierci. Milczałam, popijając koniak z wodą sodową. Już było po wszystkim. Sprawa zakończyła się pomyślnie. Przestała być istotna. Nie wiedziałam, dlaczego Maxim jest blady i zdenerwowany.

[…]

Wzgórza wyrastały przed nami, droga unosiła się w górę i opadała. Zrobiło się zupełnie ciemno, nie było widać gwiazd. Która to godzina? Coś powiedział przed chwilą? - spytałam. Dwadzieścia po drugiej. To dziwne. Wygląda tak, jakby świtało, tam za tymi wzgórzami. Ale przecież jest jesz­cze za wcześnie na świt. Patrzysz w złym kierunku, tam jest zachód. Właśnie, to dziwne, prawda? Maxim milczał, a ja przyglądałam się niebu. Wydawało mi się, że staje się coraz jaśniej­sze. Pojawiła się czerwona łuna jak zwykle przed wschodem słońca. Powoli rozszerzała się na niebie. Zorzę polarną widać zimą, a nie latem, prawda? - spytałam. To nie zorza polarna, to łuna nad Manderley! Spojrzałam na niego, zobaczyłam wyraz jego twarzy, jego oczu. Maxim, Maxim, co to? Samochód pędził coraz szybciej. Wjechaliśmy na szczyt wzgórza i zobaczyliśmy Lanyon leżące w kotlince. Na lewo wiła się srebrzysta smuga rzeki, która rozszerzała się przy ujściu w Kerrith odległym o sześć mil. Przed nami ciągnęła się droga do Manderley. Księżyc nie świecił. Niebo nad nami było czarne jak smoła. Ale niebo na horyzoncie barwiło się szkarła­tem niby rozlaną krwią. A słony wiatr od morza niósł ze sobą popioły.

Daphne du Maurier, Rebeka

Wielokrotnie filmowana, jak również z laurem prestiżowej amerykańskiej nagrody literackiej powieść kryminalno-obyczajowa Daphne du Maurier – angielskiej pisarki i nowelistki umiejscawia akcję tej wartkiej, nieco też może psycholizującej opowieści najpierw w południowej Francji, potem za to przede wszystkim w Królestwie Wielkiej Brytanii w fikcyjnej posiadłości, na zamku (czy w pałacu) Manderley, położonym na wybrzeżu w południowej Kornwalii. Nikomu nieznana amerykańska dama do towarzystwa u Pani Edythe van Hopper „przypadkowo” poznaje w Monte Carlo bogatego, angielskiego wdowca Maxima de Wintera, z którym łączy swój późniejszy los na dobre i na złe. Po przybyciu do okazałej posiadłości okazuje się, że musi walczyć ze służbą i z przyjaciółmi domu o nietuzinkową pamięć po pierwszej żonie Maxa Rebece, ale również i z samym mężem, który pod zagadkową melancholią i sfrustrowaną depresją skrywa swą mroczną małżeńską przeszłość. W niecodziennych okolicznościach świeże małżeństwo zostaje niebawem zdane wyłącznie na siebie nawzajem. Powieść Daphne du Maurier po mistrzowsku łączy gatunki literackie z narracją w pierwszej osobie, przekreśla leciwe konwencje relacji międzyludzkich niekonwencjonalnym napięciem emocjonalnym oraz puentuje opowieść tragikomicznym co najmniej szekspirowskim zakończeniem.



powrót ››