Blog

 

15.05.2026

Isola

„Nie poznałeś jego prawdziwego charakteru.

Jest trudniejszy do rozgryzienia

niż pływy morskie”


„Chociaż sprzeciwiłam się opiekunowi,

nie uwięził mnie.

Jak zawsze pozwolił mi żyć

w iluzji,

że jestem wolna”


„Przez chwilę miałam wrażenie, że patrzę

na morskie ptaki

stłoczone na skałach, walczące dziobami

o jak najlepsze miejsce”

[…]

Nieustannie śnią mi się ptaki. Przyglądam się im, jak krążą nad moją głową, nurkują we wzburzonych falach, a po chwili wznoszą się ku słońcu. Nawołuję je, ale nie słyszę odpowiedzi. Stoję samotnie na skalistej wyspie. Wypatruję statków i w końcu dostrzegam trzy okręty zbliżające się do brzegu. Wysokie żaglowce są już na tyle blisko, że mogę nawiązać z nimi kontakt. Ładuję muszkiet i oddaję strzał w powietrze. Widzę ich bandery, są niemal na wyciągnięcie ręki, gdy biegnę boso w kierunku brzegu. Kamienie kaleczą moje stopy, zostawiam za sobą krwawe ślady. Ciernie rozdzierają rękawy mojej koszuli i ranią ramiona, a ja wołam: „Czekajcie! Zatrzymajcie się! Ratunku!”. Dowódca statku słyszy mój głos i strzał. Cały w czerni stoi na pokładzie i patrzy, jak błagam o ratunek. Moje prośby wywołują uśmiech na jego twarzy. Kiedy oddaję strzał, dziesięć tysięcy ptaków wzbija się do lotu z niesłychanym wrzaskiem. Ich skrzydła rozcinają powietrze. Cała załoga słyszy i widzi, co się dzieje, ale ich kapitan nakazuje płynąć dalej. Wyciągam przed siebie ramiona, ale nie mogę ich zatrzymać. Brodzę w morzu, próbując ich dogonić. Na próżno walczę z falami, gdy mokra spódnica ciągnie mnie na dno. Krzyczę, ale woda wypełnia mi gardło. Nie mogę wzbić się w powietrze. Nie mogę popłynąć. Nie mogę uciec z mojej wyspy.

[…]

Nie zdążyłam poznać matki. Zmarła w noc moich urodzin, więc minęłyśmy się w ciemności. Odziedziczyłam po niej imię, Marguerite oraz rubinowy pierścionek, ale nie pozostawiła po sobie żadnych wspomnień. Nie znałam też ojca. Kiedy miałam trzy lata, zginął pod Pawią, walcząc za króla. Byłam wtedy zamożna, choć nie miałam o tym pojęcia, a zarazem uboga, choć o tym również nie wiedziałam. Odziedziczyłam zamek w Périgord wraz z okolicznymi wioskami, winnicami i zalanymi słońcem polami, lecz nie miałam rodziców, ciotek ani wujów. Otaczali mnie służący, ale brakowało mi rodzeństwa. Byłam sama. Damienne, moja piastunka, a zarazem pierwsza nauczycielka, była starą, co najmniej czterdziestoletnią kobietą. Jej włosy, niegdyś rude, z czasem wyblakły i przybrały barwę cegły. Jej oczy zdawały się bystre, choć wyzierało z nich zmęczenie, a pomarszczona skóra wokół ust przywodziła na myśl niewyprasowaną pościel. Niania była krępą kobietą, miała miękki brzuch i piersi jak poduszki. Kiedy kładłyśmy się spać, przytulała mnie, jakbym była jej córką – a nawet jeśli nie żywiła do mnie aż tak głębokich uczuć, to z pewnością łączyła nas zażyłość, ponieważ służyła mojej rodzinie od dziecka.

[…]

Mówiła, że mój ojciec był szlachetnym człowiekiem, nie tylko z urodzenia, ale także na polu bitwy. Kiedy padł jego koń, walczył dalej, przy użyciu miecza i piki, aż do momentu, gdy łucznik przeszył strzałą szyję mego ojca. Upadł, ale towarzysze broni wyłamali strzałę i przenieśli go w bezpieczne miejsce. W namiocie, nawet gdy chirurg usuwał grot, ojciec chciał wrócić na pole walki. „Zabierzcie mnie z powrotem”, dyszał, gdy krew strumieniem wypływała z jego ciała. Wyobrażałam sobie, że miała rubinowoczerwony kolor. Z relacji Damienne wiem również, że matka była piękna. Moje oczy były zielone, ale jej zdawały się jeszcze zieleńsze. Moje włosy miały odcień bursztynowego brązu, jej zaś mieniły się złotem niczym pszenica ozima. Dłonie matki były eleganckie, a palce długie. Kiedy grała na lutni, wydobywane przez nią dźwięki były idealne, ale wrodzona skromność pozwalała jej grać wyłącznie w otoczeniu dam dworu. Matka w dzieciństwie wyróżniała się łagodnością i posłuszeństwem – ze mną zaś piastunka miała twardy orzech do zgryzienia. Damienne była surowa, ale miła. Wybaczała mi, że sprawdzam jej granice. Tylko przy ważnych okazjach traciła cierpliwość. Zaskoczyły mnie jej ostre słowa przed pierwszymi odwiedzinami mojego opiekuna. Zostałam wezwana przez posłańca, ale przed wyjściem na spotkanie usłyszałam reprymendę: Nie możesz się tak pokazać! Twoje pantofle wołają o pomstę do nieba.

[…]

Moim opiekunem został kuzyn ojca, Jean-François de la Rocque de Roberval. Należał do grona zacnych osobistości, ponieważ w dzieciństwie przyjaźnił się z królem. Ojciec miał jednak ważniejszą pozycję, a przynajmniej tak twierdziła Damienne. Ponadto w żyłach matki płynęła królewska krew. Jednak opiekun miał nad nimi przewagę – w przeciwieństwie do nich nadal żył. Roberval był podróżnikiem, który przemierzał morza, aby bronić Francji przed angielskimi statkami. Dzięki temu zyskał ogromną sławę – był uwielbiany w ojczyźnie i budził strach poza jej granicami. Miał bladą twarz, nosił czarny kaftan, ale oczy miał jasne, przejrzyste i przenikliwie niebieskie. Jego broda usiana była siwymi pasemkami i zwężała się w okolicach podbródka, przez co przypominał nieco lisa. Siedział przy ciemnym stole, a w pobliżu jego dłoni leżała gruba księga oraz karafka wypełniona winem. Na stole dostrzegłam również kielich lśniący niczym diament oraz jeszcze piękniejszy hebanowy sekretarzyk z przegródkami, małymi szufladkami i drzwiczkami.

[…]

Nie przykładałam się do nauki, mimo że Damienne karciła mnie za to, a nauczyciel muzyki kręcił z niezadowoleniem głową. Klawesyn wykonany z jedwabiście gładkiego drewna robił mi wyrzuty swoim pięknym wyglądem oraz namalowaną na obudowie sentencją: „MUSICA DULCE LABORUM LEVAMEN”. Może i faktycznie muzyka była słodką nagrodą za pracę, ale ja nie miałam ochoty ćwiczyć. Moje pismo było niechlujne, a robótki ręczne nierówne. W wieku dwunastu lat nieco się poprawiłam, ale w niczym nie osiągnęłam doskonałości. Zdawałam sobie z tego sprawę, ponieważ wprowadziła się do nas pewna dziewczynka. Nazywała się Claire D’Artois i była mądra. Jej matka została zatrudniona jako nauczycielka i udzielała lekcji nam obu. Claire była o rok starsza, dłużej ćwiczyła się w nauce pisania, dzięki czemu miała nade mną przewagę. (Damienne się z tym nie zgadzała. Mówiła: „Ona po prostu pilnie pracuje”). Była piękna, więc nauczyciel muzyki ją chwalił. (Damienne twierdziła: „Oprócz urody posiada również talent”). Gdyby w dodatku miała jasne włosy, znienawidziłabym ją. Na szczęście miała różowe policzki, czarne włosy i ciemne oczy. Do tego silne i zręczne dłonie, ale pozbawione elegancji. Wyglądała na zdrową i pełną energii, nie było w niej jednak nic delikatnego ani wyrafinowanego. Kiedy się pojawiła, miałam nadzieję, że stanie się moją towarzyszką zabaw, ale zmylił mnie jej krzepki wygląd.

[…]

Czytała z nami Pismo Święte, a ja uczyłam się modlitw na pamięć. Wychwalała każdą cnotę, ale kiedy czytałyśmy o wstrzemięźliwości i cierpliwości, zdarzało mi się szeptać coś do Claire i czasami moja współtowarzyszka odpowiadała tym samym z uśmiechem na twarzy. Od czasu, gdy stałam się spokojniejsza, przestała się mnie obawiać. Po lekcjach opowiadałam jej, co myślę lub nad czym się zastanawiam, a ona nigdy mnie nie uciszała. Pewnego popołudnia przy haftowaniu zapytałam ją: Jakie jest twoje najdawniejsze wspomnienie? Claire zamknęła oczy, aby się zastanowić, a ja przyglądałam się jej ciemnym rzęsom. Po chwili spojrzała na mnie. Śmierć ojca – odparła. Jak umarł? Jej głos był cichy. W łożu otoczonym świecami oraz z modlitwą na ustach. Co powiedział? Westchnął. Wtedy zobaczyłam, jak dusza opuszcza ciało. Naprawdę to widziałaś? Tak. Skąd miałaś pewność, że to była jego dusza, a nie dym ze świec? Dym był szary, a dusza biała – odparła Claire. Ależ masz szczęście – wyszeptałam. Te słowa ją zaskoczyły.

[…]

Mam coś ciekawego – powiedziała Madame D’Artois i z pudełka, w którym trzymała swoje rzeczy, wyjęła księgę w popękanej oprawie. Nigdy mi tego nie pokazywałaś – zauważyła Claire. Jesteś już wystarczająco duża, aby ją poznać – odparła jej matka. Księga, choć wysłużona od częstego czytania i naznaczona upływem czasu, skrywała cudowną treść. Jej autorką była Krystyna de Pizan, która opisała dzieje szlachetnie urodzonych pań budujących własne miasto. Trzy damy: Rozum, Prawość i Sprawiedliwość odwiedziły autorkę we śnie i opowiedziały jej o walecznych kobietach, wyrażając w ten sposób sprzeciw wobec tych, którzy uznają płeć żeńską za głupią, kapryśną i słabą. Opowieści były krótkie, lecz każda z nich stanowiła kolejną cegiełkę w twierdzy wiedzy. Mogłyśmy zapoznać się z historią Gryzeldy, która odznaczyła się bezwzględnym posłuszeństwem. Hypsykratii, która wzięła udział w bitwie, walczyła u boku swojego męża, a potem dołączyła do niego i żyła z nim na wygnaniu. Zenobii, łowczyni. Kamilli, wychowanej w lesie przez skazanego na banicję ojca. Debory, prorokini. Królowej Dydony oraz Julii, która była córką Cezara. Mogłyśmy poznać również opowieści o kobietach odważnych, a zarazem dobrych. Córkach mądrych i cnotliwych. Poznałyśmy królowe i święte, wynalazczynie i czarodziejki. Każdego dnia rozmawiałyśmy o nich i ich mieście, a czasami nawet udawałyśmy, że nasza wieża jest cytadelą pełną dam. Ty jesteś Rozumem – oznajmiłam pewnego razu przyjaciółce. Twoja matka będzie Prawością. A Damienne może być Sprawiedliwością.

[…]

Żeglowanie po morzach to ryzykowne zajęcie – stwierdziła Claire. I miała rację. Podróżnicy narażeni byli na ataki piratów lub szturm Anglików. Nawet jeśli na swej drodze nie napotykali agresorów, pozostawała jeszcze kwestia pogody. Nadchodziły burze, a fale przełamywały najsilniejszy kadłub. Słona woda przedostawała się do środka i zatapiała statek z beczkami wina, przyprawami i skrzyniami ze złotem. Siedziałyśmy przy oknie i spoglądałyśmy na pola skąpane w letnim słońcu. Rolnicy przypominali mrówki, a ich wozy żołędzie – widok ten jednak nie zachwycał mnie tak, jak kiedyś. Jakim prawem Roberval zastawił moją posiadłość? – zapytałam. Potrzebował funduszy – odpowiedziała cicho Claire. Dlaczego? Moja matka mówi, że twój opiekun wydał majątek na statki. A jednak żyje. Tak. Służy królowi. Roberval podążał za królewskim orszakiem, aby wyprosić u króla zlecenie. Wystarczyło jedno słowo, sprzyjający wiatr, odpowiednie fundusze, a mógłby ponownie wyruszyć w morze. Nie otrzymałyśmy jednak żadnych wiadomości na jego temat.

[…]

Wraz z nadejściem zimy opuścił nas nauczyciel muzyki. Moja jasnooka zięba zachorowała. W ogrodzie po okazałych różach pozostały jedynie suche badyle i ciernie, a ja w obecności Claire nieustannie narzekałam, tupiąc nogami, ponieważ myślałam, że poznałam, czym jest prawdziwe cierpienie. Nic nie mam i tak już pozostanie. Mamy księgi i muzykę – pocieszała mnie. I jedzenie oraz wino. Słysząc jej słowa, pomimo toczącego mnie gniewu, zaczęłam się śmiać. Widzę, że lepiej znosisz cierpienie. Wcale nie. Nie obnosisz się z nim. Mogło być gorzej – przyznała. Żyjemy zdane na łaskę innych! Tak nie powinno być! Nikt nie jest w stanie stwierdzić, na co zasługuje każdy z nas – odparła odważnie Claire. Zastanawiając się nad jej słowami, zapytałam: Chciałabyś pójść do zakonu? Widziałam bowiem, jak się modliła i podporządkowywała się każdemu zrządzeniu losu. Byłabyś idealną oblubienicą Chrystusa. Nie mam posagu. Podchwyciłam tę myśl. Ja ci go podaruję, przysięgam. Jeśli opiekun zostawi mi cokolwiek, przyniosę twój posag do klasztoru. Nie przysięgaj – powiedziała, ponieważ nie należało składać obietnic, których nie można dotrzymać. Mówiłam jednak poważnie i znałam wagę swoich słów.

[…]

W styczniu Damienne zachorowała i dopadł ją tak mocny kaszel, że łapała zadyszkę, gdy wchodziła po schodach. Och, tak właśnie umarła moja biedna matka – wyznała. Kaszlała tak mocno, aż w końcu nie mogła już oddychać. Z trudem się poruszała, a mimo to pracowała w polu. Pewnego dnia upadła na ścieżce i zmarła, a ja z pomocą brata zaniosłam jej ciało do domu. Ale my nie pracujemy na polu – zauważyłam. Mój brat miał wówczas sześć lat – powiedziała Damienne – a ja nie skończyłam jeszcze ośmiu. Dwa lata później przyszłam na służbę do tego domu. I tutaj pozostaniesz – zapewniłam ją. I wyzdrowiejesz. Damienne jednak nieustannie wyobrażała sobie swój koniec. Biedna kobieta. Gdy kaszel zaczynał ustępować, wyła z bólu, ponieważ pękł jej ząb. Czasami nie mogła wstać z łóżka i leżała, mówiąc: „Mogłabym odejść z tego świata, gdybym tylko wiedziała, że wiedziesz ustatkowane życie i dobrze wyszłaś za mąż”. No cóż – odpowiadałam wówczas. Dla twojego dobra pozostanę panną.

[…]

Jak dobrze było usłyszeć te słowa. Przypominały powiew wiosennej bryzy, choć spodziewałam się uderzenia ostrego i zimnego wiatru. W końcu odzyskał majątek i znajdzie dla mnie męża, pomyślałam. Wyobraziłam sobie wówczas konie i pola oraz moje własne ziemie połączone z ziemiami męża – dobrego, szlachetnego, a zarazem bogatego człowieka. Widziałam bawiące się dzieci o rumianych policzkach. Widziałam Claire i jej matkę spacerujące po moich ogrodach oraz Damienne siedzącą w słońcu. Moje życie wydawało się letnim dniem... Dopóki Roberval nie odezwał się ponownie: Jesteś wystarczająco dorosła, aby wyruszyć ze mną w podróż. Spojrzałam na opiekuna ze zdziwieniem. Mam z nim podróżować? Jakie miejsce miałabym zająć? Jakie obowiązki przyjąć? Czy postanowił, że będę mu służyć? Jemu, który nigdy się nie ożenił i rzadko przebywał we Francji dłużej niż rok? Czy miałam mieszkać sama, czy może towarzyszyć mu na dworze? A jeśli tak, to co sugerował? Miałabym być jego podopieczną czy może żoną? Panie... Wiedziałam, że Claire odradziłaby mi to, wiedziałam, że Damienne nie odezwałaby się w ten sposób, ale w tej sytuacji nie było miejsca na dyplomację. Nie miałam nic na swoją obronę i żadnej pozycji do negocjacji. To jedyny dom, jaki znam.

[…]

Następnego dnia przyszedł służący z tomikiem wierszy, ale Claire stwierdziła: Niegodna jestem przyjmować takie podarki. Po czym go odprawiła. A co, jeśli napisze kolejny list? – zapytałam. Nie odpowiem na niego – odparła Claire. A jeśli pojawi się u naszych drzwi? W odpowiedzi matka Claire przemówiła poważnym tonem. Wtedy uklęknę przed Madame Montfort i poproszę ją o pomoc. Jaki pożytek z klękania, pomyślałam. Nicholas nie był dzieckiem, które można było skarcić. Nie mogłyśmy zwrócić się do jego ojca, a jego młoda macocha nie była w stanie mu rozkazywać. Pozostała jedynie modlitwa. Choć nigdy nie byłam wyjątkowo pobożna, teraz błagałam Matkę Boską o miłosierdzie. Wiedziałam równie dobrze jak Claire i Madame D’Artois, że namiętność młodego mężczyzny kierowana była egoistycznymi pobudkami. Nigdy nie poślubiłby Claire. Skradłby jej cnotę, gdyby mógł, ale na zawarcie małżeństwa wybrałby dziewczynę z rodziny o podobnym statusie, co jego własna.

[…]

Od tamtej pory nie schodziłyśmy z wieży i żyłyśmy jak w oblężonej twierdzy. Ukrywałyśmy się w chłodne poranki, w upalne popołudnia i gdy słońce ustępowało miejsca zmierzchowi. Claire siedziała jak mysz pod miotłą i ja również rzadko kiedy miałam odwagę wyjść na zewnątrz. W ten sposób unikałyśmy spotkań z Nicholasem, ale Claire nadal żyła w strachu. Czy ktoś byłby w stanie powstrzymać jej zalotnika, gdyby zechciał się tutaj pojawić? Chociaż nie przychodził osobiście, niemal każdego dnia przysyłał służących. Przynosili prezenty, książki, listy. Claire odrzucała je wszystkie, ale znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Gdyby się przyznała, że jest zainteresowana Nicholasem, utraciłaby wszystko. Natomiast odrzucenie jego zalotów mogłoby go urazić. Gdyby poinformował o tym ojca, ten zapewne poskarżyłby się Robervalowi. W gniewie Nicholas mógł nazwać Claire krnąbrną lub rozwiązłą, a przecież wszystko to byłoby kłamstwem. Gdyby zhańbił jej dobre imię, nie miałaby szans się obronić. Na wieść o jej zachowaniu Montfortowie najpewniej wyrzuciliby ją z domu. Modliła się o pomoc, a ja razem z nią. Miałam nadzieję, że opiekun zabierze nas obie. Nawet jeśli moja sytuacja uległaby wówczas pogorszeniu, liczyłam na to, że troski Claire przeminą. Klęcząc, szeptałam: „Wystaw mnie na niebezpieczeństwo, ześlij na mnie jej ból. Pozwól mi cierpieć zamiast niej”. Byłyśmy więźniarkami miłości, lecz nie przypominało to romansów opisywanych przez poetów. Straciłyśmy nadzieję i spokój ducha, ale nie z powodu własnej namiętności. Ograniczało nas pożądanie młodego mężczyzny. Jego bogactwo i pozycja uwięziły nas w wieży. Wieczorami Claire grała na klawesynie, za dnia szyła. Zręcznymi dłońmi przerabiała stare ubrania, przez co przywodziła mi na myśl Penelopę pracującą przy krosnach, podczas gdy zalotnicy krążyli wokół niej jak wygłodniałe psy. Moja przyjaciółka była cnotliwa, podobnie jak ta dobra królowa. Problem polegał na tym, że Claire nie miała męża, który mógłby ją pomścić. Nie mogła też liczyć na powrót króla. Z jej twarzy zniknął rumieniec. Miłość Nicholasa przyprawiała ją o mdłości, ale w jej słowach pobrzmiewała odwaga. „Dopadła go nuda, więc zaleca się dla rozrywki. Gdy rozpoczną się polowania, zapomni o mnie”.

[…]

Tego ranka niebo było bezchmurne, ale w trakcie podróży zaczęło padać – najpierw lekko, z czasem coraz mocniej. Na twarzach czuliśmy uderzenia zimnych kropel, mrużyliśmy przez nie oczy, tak że prawie nic nie widzieliśmy. Droga stała się śliska, a potem grząska. Konie bez przerwy się ślizgały, a trzeciego dnia koń Damienne stracił podkowę. Wtedy Henri zaklął pod nosem, ponieważ zwierzę okulało. Oddał jej swojego konia, a kulawego prowadził za wodze. Razem przedzieraliśmy się przez błoto. Mokrzy, obolali i brudni dotarliśmy do gospody, gdzie mieliśmy zatrzymać się na noc. Damienne wyczyściła nasze stroje najlepiej, jak potrafiła i powiesiła je do wyschnięcia. Chociaż nasz pokój był ciemny i zatęchły, z wdzięcznością udałyśmy się na spoczynek. Rano otrzymaliśmy nowe konie, ale ze smutkiem spoglądaliśmy na wyboiste i podmokłe trakty, na których wozy grzęzły po same osie. Nie chcieliśmy ponownie wyruszać w drogę, lecz nie mieliśmy wyboru. Mój opiekun skazał nas na taki los. A właściwie mnie. Damienne towarzyszyła mi, ponieważ nigdy nie rozważała pozostania z Claire i Madame D’Artois. Obie zapewne współczułyby nam, gdyby zobaczyły, jakim koszmarem okazała się ta podróż – a przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. W niektórych miejscach konie brodziły po drodze niczym w strumieniu. Byliśmy tak ubłoceni, że wydawało mi się, iż nigdy nie zdołamy doczyścić swych ubrań. Wilgoć i chłód sprawiły, że przestałam się obawiać przybycia do domu opiekuna. Kiedy w końcu ujrzeliśmy wyłaniający się w oddali cel podróży, La Rochelle jawiło się jako schronienie.

[…]

Łóżko było stare i skrzypiało, ale wyczerpane podróżą spałyśmy twardo jak kamień. Po przebudzeniu od razu poczułyśmy ulgę, gdy zdałyśmy sobie sprawę, że nie musimy dziś ruszać w dalszą drogę. Przyjęłam tę myśl z wdzięcznością. Czułam też odrobinę nadziei. Trudy podróży wywołały we mnie uczucie rozczarowania, smuciłam się też z powodu wyjazdu, ale w końcu miałam zaledwie siedemnaście lat. Na szczęście dotarłam do kresu swej drogi, więc pomyślałam: Być może najgorsze już minęło. Moja karta się odwróci lub sama znajdę sposób, by odmienić los. W świetle, które przez małe okno wpadało do wnętrza, zobaczyłam klęczącą na podłodze Damienne, pogrążoną w modlitwie. Kiedy skończyła, westchnęła i powoli wstała, ponieważ jej ciało było jeszcze odrętwiałe po podróży. Opierając ręce na biodrach, odwróciła się, aby spojrzeć na pokój, po czym potrząsnęła głową. Ogień wygasł, a Marie nie wróciła. Nie pojawiła się nawet, aby zabrać brudne talerze. Pójdę po służbę – postanowiłam. Nie, nie idź – ostrzegła Damienne, ale ja już otworzyłam drzwi i wyszłam na nieoświetlony korytarz. Poczekaj – zawołała, ale było zimno i obu nam doskwierał głód. To zajmie tylko chwilę – zapewniłam i zamknęłam za sobą drzwi. Poruszałam się po omacku, ponieważ świecę zostawiłam w pokoju. Przesuwając palcami po ścianie, znalazłam kolejne drzwi podobne do naszych, ale były zamknięte. Dotykałam kolejnych, ale żadne nie chciały ustąpić. Wymacałam zatem poręcz i zeszłam po schodach.

[…]

Oto goście mojego opiekuna – kapitan, nawigator, szkutnik i bankier. Rozmawiali o pieniądzach i miesiącach spędzonych na morzu. Dumni i obyci w świecie nie chwalili zastawy stołowej, chociaż obrusy były z białego adamaszku, łyżki ze srebra, a kielichy lekkie jak powietrze. Interesowali się odległymi krainami i skarbami czekającymi na odkrycie. Rozmawiali o wyspach, na których rosły goździki, ziarna pieprzu i pachnący cynamon, który można było zeskrobać z pni drzew. Rozmawiali o kopalniach srebra i diamentów oraz o ptakach z niebieskimi głowami i rubinowym, złotym i zielonym upierzeniem, tworzących w locie opalizującą chmurę – o stworzeniach przypominających duchy tak szybkie, że wydawały się stworzeniami rajskimi, a nie ziemskimi. Nawigator opowiadał o kwiatach unoszących się w powietrzu i czystych oceanach pełnych pereł, o cudach Wysp Korzennych, obdarzonych wszelakimi gatunkami kwiatów, owoców i winorośli. Podobnie jak Eden wyspy te nie znały mrozu. Zawsze panowało tam lato, a drzewa nie przestawały rodzić owoców. Niewielu ludzi tam dopłynęło, a jeszcze mniej było w stanie powrócić do domu – ale to miało się zmienić. Podróż miała się skrócić do kilku miesięcy, więc ci, którzy planowali w nią wyruszyć, powinni wrócić w ciągu roku. Czy to możliwe? – zapytał bankier. Tak, dzięki lepszym mapom – odpowiedział nawigator.

[…]

Jednak jej największym darem była szeroka rzeka, ponieważ dzięki niej statki mogły przepłynąć do Wysp Korzennych i Chin północno-zachodnią drogą. Jeśli faktycznie – stwierdził nawigator – tam właśnie prowadzi wasz Święty Wawrzyniec. Rzeka nas tam zaprowadzi. Wiem to od dzikusów – wyznał Cartier. Byli chętni do rozmowy? – zapytał szkutnik. Porozumiewają się za pomocą strzał i włóczni. Skradają się między drzewami i podcinają gardła wrogom, ale my bronią palną zachęciliśmy ich do kontaktu. Wtedy ujawnili sekrety swojego kraju. Pochyliłam się, aby spojrzeć na kapitana, który w ten sposób obchodził się z ludźmi. Jego oczy błyszczały i obserwowały otoczenie z szybkością wiewiórki skaczącej po drzewach. Jeśli był odważny, to tylko w niewielkim stopniu. Jacques Cartier nie był szlachcicem, dwukrotnie jednak popłynął do Nowej Francji. Wymieniał tam przywiezione przez siebie koraliki i dzwoneczki na cenne futra. Pokazał tubylcom ich twarze w zwierciadłach, a oni patrzyli na niego z podziwem, ponieważ oprócz siekier i noży z hartowanej stali to właśnie luster pożądali najbardziej. Cartier podarował ich królowi piękny miecz, lecz nie broń palną. Ich wojownicy skłonili głowy, gdy wywiesiłem naszą flagę. Czczą mnie – chwalił się – lecz jednocześnie są poganami, więc pragną mnie zabić.

[…]

Młody mężczyzna uklęknął przed otwartą skrzynią i gdy odsunął tkaninę, moim oczom ukazała się biblioteka. Dziesięć, dwanaście, a może i dwadzieścia ksiąg – niektóre prawie nowe. Sekretarz ułożył je wszystkie na stole. Następnie podniósł księgę formatu in quarto oprawioną w czerwoną skórę. Grzbiet inkrustowany był złotem, na oprawie również widniał złoty wzór. Nawet krawędzie stron były pozłacane, a zdobienie układało się w romboidalny kształt, widoczny po zamknięciu książki. Było to przepiękne dzieło i pomyślałam, że to dobry znak. Pokaż jej tytuł – polecił sekretarzowi. Młody mężczyzna uniósł wzrok i otworzył stronę tytułową, na której było napisane: Psalmy Dawidowe Clémenta Marota. Znasz te teksty? – zapytał opiekun. Nie, panie. Nauczysz się ich – polecił Roberval. I będziesz mogła się z nich utrzymać. Mam się utrzymać z psalmów! Potrzebowałam złota, a nie złoconych opraw. Potrzebowałam drewna, aby ogrzać ten zimny dom. Psalmy nie zapewnią mi funduszy na wypłaty dla służby ani na zakup odzieży zimowej. Dziękuję – szepnęłam, a sekretarz wziął nóż i przeciął strony, tak bym mogła je przewracać i odczytać. Z tych psalmów płynie nauka – zapewnił mnie opiekun.

[…]

Młody człowiek wydawał się zdenerwowany, jakbym obrzuciła jego pana inwektywami. Reformator. Protestant. Szczera pobożność nie zawsze musi być na pokaz. Twierdzisz, panie, że cechuje go skromność? – zapytałam. Nie wydaje mi się. Musi być odważny, żeby podejmować ryzyko. I żeby stawić czoło wierzycielom dobijającym się do drzwi domu. Takie są zagrożenia związane z prowadzeniem interesów – przyznał sekretarz. Jego spokojne słowa mnie sprowokowały. Wszyscy przebywający w domu słyszą, jak jego wierzyciele domagają się pieniędzy! – wykrzyknęłam. Służba wie, że jest zadłużony. Znają też charakter powierzonego mu zadania. Dlaczego więc zachowuje się tak tajemniczo wobec mnie? Jestem jego podopieczną, a pan moim świadkiem. Proszę nie trzymać mnie w niewiedzy. Proszę odpowiedzieć na pytanie, abym wiedziała, czego się spodziewać. Kiedy wypłynie? I co stanie się z nami? Sekretarz przyglądał mi się i w promieniach światła zmieniał barwę z zielonej na złotą. Kolorowy niczym mozaika wydawał się również wewnętrznie rozdarty. Choć patrzył na mnie ze współczuciem, udzielił mi ostrożnej odpowiedzi. Jest zbyt wcześnie, aby to stwierdzić. Zlecenie mojego pana nie zostało jeszcze podpisane, a on musi znaleźć pasażerów.

[…]

Alys wytrzepała mój płaszcz podróżny i owinęła mnie nim. Gotowa? – zapytała. Z trudem wydusiłam z siebie odpowiedź. Po wyjściu na zewnątrz poczułam ogromne podekscytowanie. W bladym świetle poranka Alys zaprowadziła mnie na targ, aby załatwić sprawunki. W miejscach, gdzie było ślisko, podtrzymywała mnie. Chwytała mnie mocno za ramię, a ja spoglądałam spod kaptura na drewniane stragany i wozy, na dzieci i służących. Moim oczom ukazał się ogromny tłum ludzi oraz labirynt stoisk. Biała wieża kościoła w La Rochelle górowała nad targowiskiem, a w jego alejkach dochodziły do nas nieprzyjemne, zaczepne głosy. Słyszałam okrzyki i przekleństwa, nawoływania handlarzy i targujące się staruszki. Widziałam stoiska, na których piętrzyły się stosy cebuli, ziemniaków i kiełbas. Był mężczyzna sprzedający kurczaki, a obok niego inny, z rybami pływającymi w beczkach. Obok nas przechodzili chłopcy w łachmanach, ale Alys zadbała o moje bezpieczeństwo. Tylko jeden z młodych ludzi odezwał się do nas w poufały sposób. Kiedy kupowała karpia na obiad, pomocnik sprzedawcy ryb wskazał na mnie. Kogo tu masz, Alys? Nie twoja sprawa. Nie będę się spowiadać komuś takiemu jak ty. Kiedy się zbliżył, huknęła na niego. Precz stąd, rybi flaku.

[…]

Chciałam przywołać w pamięci cudowne widoki targowiska i portu, ale Damienne mnie zbeształa. Nie powinnaś zadawać się ze służbą. Czy jestem przez to gorsza? Tak. Złożyła pasek lnu i owinęła mi stopę. Pod wieloma względami. To nie jest właściwe ani bezpieczne. Dlaczego Alys miałaby być niebezpieczna? Jest nieokrzesana – odparła szczerze Damienne. Ale czy przez nią też się taka stanę? Damienne nie wdawała się w dyskusję, mimo to wiedziałam, co myśli. Każda dusza może ulec zepsuciu. Nikt nie jest na to odporny. Ostrzegała mnie słowem i spojrzeniem, ale ja nie chciałam jej słuchać. W komnacie w milczeniu czytałam psalmy. Nauczyłam się ich na pamięć, by móc recytować je Damienne, ale na korytarzu i przed drzwiami kuchni wypatrywałam Alys, która czerpała radość z otaczającego ją świata i ludzi. Bystra niczym wróbel, chwytała każdy okruch rozmowy. Podsłuchiwała posłańców, kucharki i stajennych. To właśnie od niej się dowiedziałam, że Roberval nadal nie wyruszył w morze.

[…]

Nie mówiąc nic Damienne, pospieszyłam do wielkiej sali, gdzie lśniło rzeźbione łóżko. Świeżo umyte, witrażowe okna błyszczały tak, że nie wydawały mi się już szkłem, ale perydotem [nazywany również oliwinem - to rzadki minerał o unikatowej, trawiastozielonej barwie – przyp. aut.] i cytrynem. Jeśli chodzi o sekretarza, początkowo nie rozpoznałam go w błyszczącym czarnym fraku. Wyglądał jak książę. Kiedy na mnie spojrzał, w jego ciemnych oczach odbijało się światło, tak że po raz pierwszy poczułam nieśmiałość przed rozmową z nim. Prosiłeś, panie, abym przyszła – powiedziałam. Na stole opiekuna leżała wielka mapa, na której w ciekawy sposób zaznaczono kraje i oceany. Obok pergaminu stała skrzynia, żelazna szkatułka. Sekretarz ją otworzył i wyciągnął sakiewkę wypełnioną złotem. Skłonił się i podarował mi ją. Mój pan przekazuje ci środki na czas do jego powrotu zimą. A jeśli będziesz, pani, potrzebowała więcej, wystarczy, że dasz mi znać. Czułam, że mogłabym teraz tańczyć z radości, ale powstrzymałam się. Tylko odrobina szczęścia wydostała się z moich ust, gdy wypuściłam powietrze. Och! Cieszę się – stwierdził sekretarz łagodnym tonem. Nie powinien był tak mówić. Nadal był sługą opiekuna, ale się nie obraziłam. Doceniłam za to jego uprzejmość. Pozbywszy się nieśmiałości, zaczęłam mówić z zapałem: Chciałabym napisać do opiekuna. Czy mogłabym prosić o papier i doręczenie tego listu? Sekretarz wyglądał na zaskoczonego, ale nie zadawał żadnych pytań. Podał mi papier, atrament, lak i bibułkę.

[…]

Sekretarz nie odpowiedział, ale spojrzał do tyłu na ścianę, na której przypiął wielką mapę należącą do Robervala. Przedstawiała ona fale oceaniczne i zatoki. Drogi wodne były dokładnie wytyczone tuszem, a na nich widniały wirujące prądy i miniaturowe statki. Na lądzie brakowało jednak szczegółów z wyjątkiem kilku drzew i rozrzuconych gór. Rzeki zaczynały się i znikały jak żyłki na liściu. W jednym miejscu widniał napis TERRA NUOVA, a w innym LA NUOVA FRANCIA. To włoska mapa – wyjaśnił. La Nuova Francia jest celem jego podróży? Z tego, co udało nam się ustalić, to tak. Pochyliłam się nad stołem, aby zobaczyć postrzępioną linię brzegową i wyspy otoczone falami. Każda z nich nazywała się ISOLA.

[…]

Jednak następnego dnia, kiedy opiekun posłał po mnie, pokazał mi piękny klawesyn, który rozpakowali jego słudzy. Instrument ten był większy od mojego i nie trzeba było go stawiać na stole. Stał na własnych nogach i był wspaniały pod każdym względem. Kiedy Roberval otworzył pokrywę, wzdłuż krawędzi wiły się intarsjowane liście przypominające pnącza w iluminowanym rękopisie. Nad klawiaturą widniał napis wykonany złotymi literami OMNIS SPIRITUS LAUDET DOMINUM. „Wszystko, co żyje, niech chwali Pana”. Bałam się podejść do tego cudownego instrumentu, ale Roberval ustawił dla mnie krzesło. Zbliż się. Usiądź i pokaż mi, co umiesz. Nie sądzę, żebym potrafiła grać na tak pięknym klawesynie. Mimo wszystko spróbuj – odparł. Znalazłam się wówczas w pułapce. Jeśli zagrałabym źle, rozczarowałabym opiekuna, a jeśli odmówiłabym gry, jego rozczarowanie byłoby jeszcze większe. Zaczęłam utwór, który ćwiczyłam wiele razy – pawanę [rodzaj uroczystego i korowodowego tańca dworskiego – przyp. aut.], powolną i melancholijną. Jednak klawiatura miała inne proporcje, a brzmienie instrumentu w porównaniu z moim było znacznie lepsze.

[…]

Zaczynałam rozumieć, że opiekun ma wiele do przekazania i żywiłam nadzieję, że będzie mnie traktował jak córkę. Kiedy grałam dobrze, w jego oczach widziałam dumę. Nucąc, pochylał się nad klawiszami, sprawdzając ułożenie moich dłoni. „Świetnie”, chwalił mnie. „Grasz z gracją, kiedy zwracasz uwagę na rytm”. Słysząc te słowa, czułam dziwną radość. Niestety cechował go dość wybuchowy temperament. Jeśli pomijałam nuty, uderzał mnie drewnianą linijką po dłoniach. Czułam ból palców, lecz kiedy wybuchałam płaczem, nazywał mnie głupią. Swoim wahaniem doprowadzałam go do szału. Kiedy mnie karcił, traciłam pewność siebie, a im częściej się myliłam, tym większa ogarniała go wściekłość. Pragnęłam wówczas ponownie usłyszeć jego łagodny ton, tęskniłam za słodkimi słowami. W ten sposób stopniowo zaszczepił we mnie dziwne posłuszeństwo. Bałam się, a jednak pragnęłam lekcji z nim. Pewnego dnia po zajęciach muzycznych postanowił sprawdzić moją pamięć, każąc mi recytować jeden wers po drugim. Śledził tekst, aby mnie poprawiać, ale recytowałam bezbłędnie, co sprawiło mu radość. Odłożywszy księgę, dotknął mojego ramienia, gdy recytowałam Psalm trzydziesty siódmy. Lepsza jest odrobina, którą ma sprawiedliwy...

[…]

Nawet wtedy nie ruszyłam się z miejsca, więc opiekun zostawił mnie samą. Wyszedł z pokoju i zajął się swoimi sprawami. Próbowałam złapać oddech i zrozumieć jego zachowanie. Dlaczego w jednej chwili był miły, a w następnej okrutny? Jak kot lubił grać ze mną w gierki. Czerpał przyjemność z dawania i odbierania, uspokajania, a potem niepokojenia mnie. Chwalił, gdy dobrze sobie radziłam, ale jeszcze bardziej cieszyły go moje porażki. Kiedy byłam zdenerwowana i niepewna, drwił ze mnie. Kiedy byłam zraniona, karcił mnie. Wspominając moje pragnienie nauki, dochodzę do wniosku, że oszukiwałam samą siebie. Wydawało mi się, że mogę zasłużyć na szacunek tego mężczyzny? Jego zainteresowanie było niebezpieczne, a uczucie, które okazywał, brutalne. Taki sposób nauczania wzbudzał we mnie smutek. Jedynym pocieszeniem był fakt, że odszedł i mogłam swobodnie płakać. Nie byłam jednak sama. Otwarto drzwi sąsiedniego gabinetu i do środka wbiegł sekretarz. Możesz stać? Wszystko słyszałeś? – zapytałam z oburzeniem. Pomogę ci – obiecał. Nie. Wstałam, trzymając się oparcia krzesła.

[…]

W obawie przed kolejną lekcją rozważałam symulowanie choroby, ale jeślibym to zrobiła, Roberval mógł sprowadzić lekarza, który zapewne by mnie zbadał. Kiedy ponownie zostałam wezwana, zastanawiałam się, czy tego nie opóźnić, ale bałam się sprowokować opiekuna. Jeśli mnie dotknie, ucieknę, pomyślałam, idąc po schodach. Będę krzyczeć i ucieknę do kuchni. Obudzę domowników i nie zważam na to, czy nazwie mnie wariatką. Zawahałam się na progu jego komnaty, ale przyjął mnie, jakby nic się nie stało. Uprzejmie zaprosił, abym z nim usiadła i delikatnie zasugerował przećwiczenie nowych utworów, których się uczyłam. Podczas tej lekcji, następnej, a nawet kolejnej był tak miły, że zaczęłam powątpiewać, czy aby na pewno moje wspomnienia są autentyczne. Czy naprawdę mnie skrzywdził? Czy faktycznie płakałam? Nie okazywał gniewu ani mnie nie dotknął. Oto jego prawdziwa natura – zmienna, zaskakująca, czarująca, zależna od widzimisię. Na szczęście tej wiosny odbyło się niewiele lekcji. Roberval, zaaferowany studiowaniem mapy oraz dokumentów dotyczących ładunku i pasażerów statku, miał niewiele czasu, aby mnie uczyć i karcić.

[…]

W moich oczach pojawiły się łzy. Głos mi drżał, ale zebrałam się na odwagę i przeczytałam werset, ponieważ nie śmiałam się sprzeciwić. Swoim zimnym spokojem zmusił mnie do wzięcia udziału w tej farsie, cierpliwych odpowiedzi na pytania i recytacji. Jako obłudnica musiałam udawać głupią. Nie wiem, czy nasze spotkanie trwało kilka minut czy też godzin, ponieważ straciłam poczucie czasu. Zrozumiałam tylko, że zasłużyłam na utonięcie, że byłam zepsuta i nikczemna. Tych lekcji udzielił mi Roberval. Lecz im większą odczuwałam niedolę, tym łagodniejszy stawał się głos opiekuna. Kiedy uniosłam wzrok, zobaczyłam, że był zadowolony, a nie zły. Stałam się jego zabawką, czerpał przyjemność z przyłapywania mnie na złych uczynkach. Jak myśliwy mógł podciąć mi gardło, związać mnie lub porwać, zrobić wszystko, na co miał ochotę. Mogłam podjąć walkę, lecz na nic zdałby się mój wysiłek. Rozumiesz? – zapytał, kiedy skończyłam czytać. Tak – odpowiedziałam z goryczą. W takim razie możesz odejść. Nie mając możliwości ucieczki ani nic do stracenia, skierowałam się w stronę drzwi.

[…]

Niebo było bezchmurne, a morze spokojne, lecz Damienne drżała, spoglądając na wodę. Oblana potem czekała, gdy ja szukałam miejsca, w którym mogłaby odpocząć. Wokół nas pracowali mężczyźni i nie mogłyśmy zrobić ani kroku bez potykania się o narzędzia, ładunek, płótno czy zwinięte liny. Nie miałyśmy też swobody przejść z jednego końca statku na drugi. Główny maszt wznosił się nad nami, blokując drogę niczym wielkie drzewo, a sam pokład miał budowę tarasową. Z tyłu okrętu, w części zwanej rufą, dostrzegłam nadbudówkę, na której marynarze pracowali przy sieci lin przywiązanych do bezanmasztu. Nad nią znajdowała się mniejsza platforma, z której żeglarze wypatrywali innych statków lub nadchodzących burz. Na dziobie znajdował się kolejny pokład, wyrastał z niego przedni maszt. Deski tego pokładu uformowano na kształt wąskiego wypustu, niebezpiecznie wystającego ponad morze. Pod tą platformą znalazłam niewielką kabinę. Pomieszczenie to zwane było dziobówką i znajdowały się w nim kwadratowy stół, krzesła i łóżka polowe. Odpocznij tutaj. – Posadziłam Damienne na krześle, ponieważ była bardzo blada. Jesteś już bezpieczna. Nieprawda – odpowiedziała. Na pokładzie nic ci nie grozi. Na zatłoczonym statku panował hałas, deski skrzypiały. Słyszałam kapitana i nawigatora chodzących powyżej, ale tutaj znalazłyśmy schronienie. Do czasu, aż do kajuty nie wtargnął Roberval. Chodźcie. Nikt nie zaprowadził was do waszej kabiny? Powiódł nas na drugi koniec statku i pokazał drabinę, po której miałyśmy zejść. Ruszył pierwszy, a następnie zaoferował pomoc, wyciągając ku nam dłoń. Potem ja pomogłam Damienne wejść do pomieszczenia z zasłoniętymi oknami i okrągłym stołem.

[…]

Opiekun pokazał palcem w górę, gdzie zobaczyłam kratę wyciętą w pokładzie. W tym miejscu mógł stać nawigator i przez kwadratowe otwory wydawać polecenia. Pokłady na różnych poziomach połączone były drabinami lub kratami, które przepuszczały tylko niewielką ilość światła i powietrza. Trzy maszty sięgające jasnego nieba przechodziły przez wszystkie pokłady aż do ciemnej ładowni. Kapitan wypełnił dno statku kamieniami pełniącymi funkcję balastu, aby żaglowiec mógł stabilnie leżeć na wodzie. Opiekun opowiedział mi o tym, ale nie zabrał mnie w te czeluści. Zamiast tego pokazał mi to, co go fascynowało. Instrumenty nawigacyjne. Możesz się przyglądać, ale nigdy tego nie dotykaj. Wskazał na klepsydrę wielkości latarni. Marynarze obracają ją, aby kontrolować czas. Zwróć też uwagę na to. Podniósł lśniące astrolabium nawigatora, instrument składający się z okrągłych warstwowych dysków wielkości małego talerza. Co to jest? Wskazałam na wyryte w mosiądzu rowki. Przedstawiają gwiazdy – odpowiedział opiekun – i dzięki tym liniom jesteśmy w stanie wyznaczyć naszą pozycję. Więc to mapa nieba.

[…]

Czego on pragnie? – zapytałam. Wielkości – odpowiedział. Byłam zawstydzona, ponieważ oczekiwałam bardziej konkretnej odpowiedzi. Czego opiekun chciał ode mnie? Przecież w głębi serca wiedziałam. Chciał, żebym została jego kochanką, ale był na tyle subtelny, że czekał. Czego od nas wymaga?  Posłuszeństwa. Przecież je ma. Sekretarz dodał jednak: W sercu i umyśle. Czy w ten sposób mu służysz, panie? – zapytałam. Wtedy sekretarz spojrzał na mnie swoimi ciemnymi oczami i powiedział: Nie. Wokół nas słychać było krzyki mężczyzn. Statek się kołysał, a żagle napinały się na wietrze. W tym zgiełku nikt nie usłyszał mojego pytania ani odpowiedzi sekretarza – ale pozostaliśmy nieruchomi, ponieważ rozumieliśmy, co czuje to drugie. Sekretarz był posłuszny swojemu panu, ale go nie kochał, a kiedy to powiedział, poczułam, jakbym zyskała sprzymierzeńca.

[…]

Roberval jednak wyraził sprzeciw. Początkowo myślałam, że karci nas za oklaski, ale okazało się, że zwrócił się do sekretarza. Polecił chłopcu okrętowemu, aby przyniósł inny instrument, a była to jego własna cytra, z krótszym gryfem i bardziej płaskim korpusem. Po nastrojeniu i przetestowaniu strun Roberval pokazał sekretarzowi, co powinien był zrobić. Czystsze brzmienie – powiedział. – Wyraźniejsze. Z siłą i zręcznością wypełnił pokój dźwiękiem i rytmem. Słyszysz? – zapytał sekretarza podczas demonstracji. Ta sekwencja jest szybka i trudna. Zagrał opadającą kaskadę dźwięków, a następnie uderzył w struny jeszcze głośniej. Jeśli galiarda sekretarza była powietrzem, to w wykonaniu Robervala stała się ogniem. Trzeba przyznać, że jego interpretacja była genialna, ponieważ grał równie wspaniale, co na klawesynie. Nie dotykał strun tak lekko, jak jego sługa, ale uderzał je z pasją. Jak zawsze był odważny i nie można się było oprzeć melodii.

[…]

Marynarze uwielbiali śpiewać, grać w kości i opowiadać niewiarygodne historie. Mówili o pływających wyspach i białych klifach, przekazywali zasłyszane historie o miejscach, gdzie fale zamarzały, a lodowe góry zderzały się ze sobą i miażdżyły statki. Nasi ludzie przepadali wręcz za katastrofami, więc chełpili się opowieściami o rozbitych masztach, statkach przeciętych na pół przez ryby piły z ostrzami na grzbietach i pasażerach pożartych przez kolczaste krokodyle. Marynarze ściszali głosy, gdy przechodziłam obok, ponieważ wiedzieli, że opiekun ukarałby każdego, kto posłałby mi choć jedno spojrzenie. Jednak przestrzeń na Anne nie była zbyt duża. Trudno było nie podsłuchiwać. Czasami nawet celowo stawałam na pokładzie rufowym, aby śledzić rozmowy mężczyzn znajdujących się poniżej. W ten sposób dowiedziałam się o wężach rozłupujących kadłuby jak orzechy włoskie i o rybach o ogromnych paszczach, które połykały statki w całości. Podobno wszystko to działo się na Morzu Północnym. Pewien lewiatan połknął łódź rybacką, a potem rozstrojone posiłkiem stworzenie zostało wyrzucone na brzeg, gdzie ludzie rozcięli je i odkryli dwóch mężczyzn, jednego martwego, a drugiego żywego. Martwy mężczyzna był w połowie strawiony. Jego towarzysz wyszedł bez szwanku, z wyjątkiem osmalonych włosów. Takie właśnie były opowieści marynarzy. Historie o syrenach na skałach i kanibalach zjadających załogę statku, doniesienia o rekinach i wilkach morskich oraz wirach wodnych wciągających statki wraz z całą załogą. Czy te historie były prawdziwe? Chociaż opowiadający je byli mężczyznami o surowym usposobieniu, nie do końca dowierzałam ich zapewnieniom. Słysząc o morskich potworach, patrzyłam z lękiem na wodę. Przy stole mojego opiekuna prowadzono jednak spokojniejsze rozmowy. Kapitan był statecznym mężczyzną z Normandii, a nawigator, Jean Alfonse, z pochodzenia Portugalczyk, był astronomem, który nie pił i nie podnosił głosu, a ponieważ spędził na morzu więcej czasu niż jakikolwiek inny członek załogi, jego twarz była opalona i pomarszczona, a wiedza o gwiazdach i pływach morskich ogromna. Prowadził też dziennik, w którym rysował ryby, żółwie i wijące się węgorze, a następnie drobnym pismem opatrywał je komentarzem.

[…]

Chciałabym mieć księgę opisującą historie różnych kobiet. Ach, no tak! – zawołała Damienne. Pamiętasz ją? Niech pomyślę. Cnotliwe kobiety – podpowiedziała. Uśmiechnęłam się w ciemności. Tak, pamiętam. Gdy leżałyśmy razem w wąskim łóżku, opowiedziałam o Pamfilii, która obserwowała jedwabniki i rozplątywała ich nici, aby tkać delikatne tkaniny. O Esterze, która zdobyła łaskę dla Żydów i uratowała ich przed śmiercią. O Dydonie, ogarniętej tak wielką miłością do męża, że kiedy ją opuścił, rzuciła się w ogień. Damienne podniosła głowę. To był wielki grzech. Ale Eneasz ją porzucił – odparłam. Miała ku temu powód. To nadal wielki grzech. Damienne znów opadła na poduszkę. Nawet jeśli ją opuścił. Och, co za historia. To twoja ulubiona postać? – zapytałam. Nie! Zawsze o nią pytasz. Nigdy! Była bałwochwalczynią. W takim razie mam opowiedzieć o Sarze albo Rebece? O Rut – poprosiła Damienne. Była kobietą tak cnotliwą i dobrą, że kiedy zmarł jej mąż, została z jego matką i jej ludem pochodzenia żydowskiego. I zbierała kłosy na polach wielkiego księcia – dodała Damienne. Tak, skradała się nocą wśród żniwiarzy i spała u stóp ich księcia, a kiedy się obudził, zobaczył ją i poślubił. Ach, Rut – powiedziała Damienne. Zawsze byłaś wierna i Bóg o tobie pamiętał.

[…]

Następnego ranka obudziłam się wcześnie, ale nie wyszłam na zewnątrz ani nie nawiązałam rozmowy z sekretarzem. Pokład był pełen pracujących mężczyzn, a opiekun trzymał mnie blisko przy sobie. Po południu wypytywał o psalmy i przyglądał się badawczo mojej twarzy. Bez przerwy mnie obserwował. Jeśli nie popełniałam błędów przy recytacji, był zadowolony. Kiedy się zająknęłam, z przyjemnością udzielał mi reprymendy. Co oznacza pomyłka przy recytacji? – zapytał, a potem sam odpowiedział na swoje pytanie. To świadczy o tym, że nie trzymasz słów Boga w swoim sercu. To prawda. Nie przywiązywałam zbyt dużej wagi do psalmów. Zwłaszcza gdy używał ich przeciwko mnie. Recytowałam: „Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników”, siedząc przy stole mojego wroga. Obserwowałam, jak opiekun rozkazuje swoim ludziom, i zrozumiałam, że ja również otrzymuję od niego polecenia. Kiedy się do mnie zbliżał, moje myśli uciekały. Z ogromną siłą i determinacją narzucał mi więc swoje. Dopiero w nocy, kiedy Damienne spała obok mnie, słyszałam, jak moje własne myśli powracają. Napływały falami. Sekretarz mnie kocha.

[…]

W moim sercu zaszła zmiana. Nadal byłam zdana na humory opiekuna. Kiedy mówił, nie miałam innego wyboru, jak tylko słuchać, a kiedy mnie wypytywał, nie śmiałam mu się sprzeciwiać. Pozostawałam jego niechętną pasażerką, ale powoli zmieniałam nastawienie. Nie był to przejaw buntu ani szaleństwa, które mnie ogarnęło. Postępowałam racjonalnie i pamiętałam wszystko, czego zostałam nauczona. Jedno spotkanie mogło prowadzić do kolejnego, a następnie panna mogła popaść w grzech. Tak pisano w podręcznikach dla dam. Ale co z książkami o podróżowaniu? Odebrałam edukację dotyczącą zachowania na lądzie, nie na statku. A kiedy rozważałam poszczególne lekcje, tylko jedna wydawała mi się właściwa. Kiedy się coś rozpoczęło, należało doprowadzić to do końca. Po wysłuchaniu historii sekretarza pragnęłam znów znaleźć się w jego towarzystwie. Niestety nie mogłam się wymknąć ani następnego, ani kolejnego dnia, ponieważ Damienne źle się czuła i mnie potrzebowała. Letnie upały dawały się nam wszystkim we znaki, a na dodatek wiatr ustał. Pod palącym słońcem dryfowaliśmy w utrzymującej się mgle.

[…]

Rumiany od słońca Roberval dodał po chwili: Nasze zadanie jest jasne i pełne pobożności. Nasza praca jest trudna i wymaga niezachwianej wiary w Chrystusa i króla. Jeśli nie zachowacie tej wiary, jeśli wyobrażacie sobie, że wasza dusza stanowi wyjątek, pamiętajcie, że Pan was znajdzie i ukarze pijaństwo, kradzież oraz kłamstwa. Pan będzie wiedział, a ja wykonam jego wyrok czy to przez chłostę, kajdany, czy przez powieszenie. Pomyślcie o tym i potraktujcie ten dzień jako ostrzeżenie. Głos Robervala rozbrzmiał na pokładzie Anne, a kiedy umilkł, wszystkie głowy były pochylone. Wiatr ustał. Na statku panowało milczenie. Nawet morze pozostawało spokojne i ciche. Jesteśmy łatwym łupem, gdy dryfujemy bez wiatru – stwierdził tego wieczora kapitan, siedząc przy stole. Czego wieloryby mogą od nas chcieć? – zapytał nawigator. Z pewnością polują na ryby, a nie na statki. Opiekun zmarszczył brwi. Mogły nas zatopić w mgnieniu oka. Pod stołem wzięłam Damienne za rękę. Wiedziałam, że Roberval mógłby mnie zniszczyć podobnie jak olbrzymia ryba okręt – różnica polegała na tym, że on niczego nie robił od razu. Nawet teraz wolał gnębić mnie powoli.

[…]

Z każdym dniem przyszłość nabierała wyraźniejszych kształtów. Opiekun stał na pokładzie i trzymając mapę, upewniał się, że wszystko, co usłyszał od Cartiera, było prawdą. Wpływaliśmy do Zatoki Świętego Wawrzyńca. Ta rozległa droga wodna stanowiła odrębny akwen, na którym rozsiane były liczne wyspy. W oddali dostrzegliśmy stały ląd z klifami i gęstymi lasami. Z podziwem patrzyliśmy na ten rozległy kraj, który Roberval uznawał za swoją własność. Stał dumnie wyprostowany na pokładzie, a jego oczy błyszczały. Jako dowódca ogłosił: W imię króla i dzięki łaskawości Opatrzności Boskiej przejmiemy władzę nad tą ziemią i będziemy nią zarządzać. Parafrazując Pismo Święte, dodał: Będziemy panować nad rybami morskimi i nad ptactwem powietrznym, i nad wszystkimi zwierzętami na ziemi. Rozkazał marynarzom podnieść kotwicę i wyszorować statek, a koloniści zajęli się sprzątaniem swoich kwater i wyrzucaniem śmieci do wody. Mężczyźni wyczyścili broń i na rozkaz opiekuna przygotowali łódź, by móc zbadać zatokę wraz z jej pływami, wyspami i skalistymi wybrzeżami. Oprócz wioślarzy Roberval zabrał na pokład nawigatora i dwóch mężczyzn w roli strażników, którzy mieli przy sobie długie muszkiety zwane arkebuzami oraz amunicję.

[…]

Przez cały dzień czekałam i wyobrażałam sobie, jaka grozi nam kara. Roberval mógł powiesić Auguste’a. Mógł zabić również mnie. Wyciągnięcie miecza na swojego dowódcę było zdradą. Potajemne spotkania – przejawem nieposłuszeństwa. Myślałam o spadaniu, o stryczku zaciśniętym na szyi. O miotaniu się na linie i utonięciu. Opiekun najpewniej zabiłby Auguste’a, a mnie kazałby na to patrzeć. Właśnie tak planował mnie torturować. W rzeczywistości tortury już się rozpoczęły, bo wyobraźnia podsuwała mi różne brutalne zakończenia. Gdy opiekun powrócił, byłam tak udręczona, jak sobie tego życzył. Kroczył radośnie, jego głos był pogodny, ale nie dałam się zwieść. Wiedziałam, że jest mordercą. Powiesił czterech mężczyzn.

[…]

Opiekun spojrzał na niego ze zmęczeniem w oczach, a jego radosny ton zniknął. Widzę, że jesteś do niej przywiązany. A ty – zwrócił się do mnie – sprzymierzyłaś się z nim. Z tego powodu pozwolę wam żyć razem. Podskoczyłam z ulgą i zaskoczeniem, ale Roberval podniósł rękę. Pozostawię was na wyspie. Na wyspie? Nie zrozumiałam, co miał na myśli. Jean Alfonse znajdzie dla was odpowiednią – powiedział Roberval. I zostawimy was tam. Tutaj? W zatoce? – zapytał kapitan. Ale jak to? – wyjąkałam. To z pewnością był jeden z okrutnych żartów Robervala. Nie chciał wydawać na nas wyroku, a tylko dać nam upokarzającą lekcję. Jak długo mamy tam przebywać? Tak długo, jak będziecie w stanie – odpowiedział mój opiekun. Tak długo, jak będziemy w stanie? Już wizja życia w kolonii napawała mnie lękiem. Uważałam, że osiedlenie się z ponad setką osób uczyni moje życie ponurym. Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Mamy żyć razem na wyspie? I razem na niej umrzeć? Taki oto był plan Robervala.

[…]

Kiedy się obudziłam, moje ubrania były wilgotne. Usiadłam i miałam wrażenie, że znalazłam się wewnątrz chmury. Gdzie byłam? Śniłam? Płynęłam? Wyobraziłam sobie, że znów jestem na pokładzie statku, ale po chwili stanęłam na twardej ziemi. Auguste rozpalił ognisko, przy którym próbowaliśmy się ogrzać. Niebo, podobnie jak morze, miało mleczną barwę, lecz z czasem słońce zaczęło wypalać mgłę. Dzień okazał się gorący, a pogoda wspaniała. Rozłożyliśmy więc buty i skarpety na skałach do wyschnięcia. Morze było zielone i zachłannie wylewało się na brzeg, natomiast fale widoczne w oddali zdawały się szare. Nie mogliśmy powstrzymać się od spoglądania na horyzont. Być może nigdy nie pojawi się statek, który nas uratuje, ale nie mogliśmy przyznać tego otwarcie, więc nadal wypatrywaliśmy ratunku. Z tego samego powodu szukaliśmy strumienia lub źródła słodkiej wody, ale niczego takiego nie znaleźliśmy. Poza deszczówką jedyną wodę pitną można było znaleźć w zagłębieniach skalnych. Zbieraliśmy ją więc, gdzie tylko można, do kubków i pustych butelek po winie, a także napełnialiśmy nią żelazny rondel, w którym namaczaliśmy soloną rybę przed spożyciem. Jedliśmy ją na śniadania i obiady, ale pewnego popołudnia Auguste oznajmił: Idę na polowanie. Obserwowałam, jak czyści broń i odmierza proch, który był cenniejszy niż złoto, więc przechowywaliśmy go w pudełku schowanym w kufrze, aby chronić go przed wilgocią.

[…]

Cechowała ją duma i wiara w to, co właściwe. Dzięki temu zachowywała to, co nazywała przyzwoitością i z tego powodu nie rozpakowywała niektórych rzeczy. Puchowa kołdra pozostała złożona w skrzyni, podobnie jak nasze najlepsze ubrania, książki, poduszki do klękania i obraz Matki Boskiej. Owe rzeczy nie powinny być wystawione na działanie wiatru i deszczu. Jeśli chodzi o instrumenty, nie było bezpiecznego miejsca, aby je schować, a ponadto mogłyby się zarysować. Cytra spoczywała w futerale, a klawesyn w skrzyni. Prawdę mówiąc, nie myśleliśmy o muzyce. Skupiliśmy się na nauce życia w nowym miejscu. Wyspa była równie piękna, co osobliwa. W porannym świetle fale zdawały się płynnym srebrem. Mgła otaczała nas tak gęsto, że wydawało nam się, iż chodzimy po białej chmurze. Na morzu ptaki krążyły i nurkowały w poszukiwaniu ryb. Bez cienia zawahania rzucały się głową w dół, spadając z takiej wysokości i z taką mocą i prędkością, że woda rozpryskiwała się wokół nich. Ptaki morskie nurkowały raz po raz, a my staliśmy na skałach, zahipnotyzowani widokiem ich lotu. Wokół naszych kolan szeleściła i szumiała dzika trawa. Słyszeliśmy ten dźwięk wszędzie, gdziekolwiek postawiliśmy stopę. Skoro jesteśmy pierwszymi osadnikami na tej wyspie – powiedział Auguste, kiedy zasiedliśmy na kufrach – powinniśmy ją zająć w imieniu króla. Jego Wysokość ma całą Nową Francję – odparłam. – Ta wyspa z pewnością jest dla niego zbyt mała.

[…]

Podobnie jak ptaki Auguste i ja spaliśmy na świeżym powietrzu. Z wdzięcznością odpoczywaliśmy z dala od wrogów, wpatrując się w ciemne niebo i licząc miriady gwiazd. Razem mogliśmy śpiewać, śmiać się i całować, gdy tylko mieliśmy na to ochotę. Śmieszył nas paradoks, który nas połączył. Uwięzieni, byliśmy jednocześnie wolni. To nie jest Wyspa Matki Boskiej. To jest Wyspa Mojej Pani – szepnął mi do ucha Auguste. Nie powiedział jednak o tym Damienne, aby jej nie urazić. Zamiast tego starał się zasłużyć na jej szacunek, ponieważ, jak powiedział, „jest dobrą kobietą i musimy zapewnić jej jak największy komfort”. Szanował ją, wierząc, że jej modlitwy są równie ważne, co praca jej rąk. Musimy modlić się wraz z nią, jeśli ktoś ma nas uratować – zasugerował. Ognisko sygnałowe to tylko dym, a modlitwy jednej kobiety to za mało. W tym celu Auguste rozpakował swoje przybory do pisania i użył górnej części skrzyni morskiej jako stołu. Przeciągnął linijką po kartce papieru i podzielił ją na kwadraty. Teraz – powiedział – stworzymy kalendarz i będziemy obchodzić Dzień Pański. To dobry pomysł – przyznała Damienne, a ja wiedziałam, że z jej ust to największa pochwała. Następnie zapytała: Ile dni minęło? Wylądowaliśmy na brzegu dziewiątego czerwca – odpowiedział Auguste. I tego samego dnia zbudowaliśmy osadę.

[…]

Auguste wziął szpadel i zaznaczył miejsce, w którym miał kopać. Znajdowało się zaledwie dziesięć kroków od jaskini. Przedzierał się przez warstwy ziemi, korzeni i kamieni, aby zakopać pierwszą skrzynię. Im głębiej kopał, tym było trudniej, ponieważ kamienie stawały się większe i coraz liczniejsze. Mimo to nie poddał się, dopóki nie natrafił na twardy granit. Nie mogliśmy schować skrzyni w dole w całości. Pokrywa i krawędź wystawały ponad ziemię, ale na wierzchu usypaliśmy coś na kształt kopca z darni i kamyków. Po usunięciu tych elementów nadal mogliśmy podnieść pokrywę w razie potrzeby. W taki sam sposób Auguste zakopał wszystkie trzy skrzynie. Nazwaliśmy je piwnicami, a praca zajęła nam dwa dni. W jednej skrzyni upakowaliśmy narzędzia, a w drugiej złożyliśmy ubrania i pościel. W trzeciej schowaliśmy metalowe pudełko z prochem, ale dla bezpieczeństwa zabezpieczyliśmy miecz i cztery długie strzelby wraz z małymi zatyczkami z prochem tuż przy wejściu do nowego domu. Po zakończeniu pracy poczuliśmy ulgę. Jesienny wiatr był teraz tak ostry, że mimo ciasnoty i ciemności cieszyliśmy się z kamiennych ścian. W nocy spałam w ramionach Auguste’a, a Damienne leżała obok nas, tak że przypominaliśmy trzy małe myszki. Rano światło wpadło przez otwór jaskini i promień oświetlił oblicze Matki Boskiej i jej złotą koronę. Widząc to, Damienne poczuła ulgę i stwierdziła: Bóg o nas nie zapomniał.

[…]

Staliśmy na skałach, wpatrując się w ocean. Morze miało srebrną barwę, a niebo perłową. Po horyzont nie było widać nic poza naszą wyspą – jedyną i bezludną. Zamieszkiwały ją tylko ptaki, a jej ziemia nie była w stanie nas wyżywić. Oto nasze przeznaczenie – życie na krańcu świata. To wydaje się okrutne – stwierdził, mając na myśli sprowadzenie dziecka na ten świat i skazanie go na życie w niewoli. Co mamy zrobić? Pracować, polować i próbować żyć – odparł cicho. Pogodził się z losem, ale ja, przerażona, nie mogłam się uwolnić od ponurych myśli. Lepiej byłoby, gdybym rzuciła się ze skały. Lepiej byłoby, gdybym poroniła. W tajemnicy miałam nadzieję i wierzyłam, że stracę dziecko, ponieważ głodowałam i nie miałam sposobności, aby odpowiednio wypoczywać. Nasz tryb życia nie pozwalał mi na leżenie w łóżku. Kiedy Auguste polował, ja nosiłam wodę. Kiedy Damienne oprawiała zwierzynę, ja rozpalałam ogień. Nie donoszę ciąży – oznajmiłam Damienne. Dlaczego tak mówisz? Bo nieustannie wspinam się po skałach.

[…]

Kiedy Damienne zobaczyła, co uczyniłam, potrząsnęła głową, ale mnie nie skarciła. Pochyliła się i zebrała kończyny Auguste’a oraz jego rozszarpane ciało. Gdy przemówiła, jej głos był łagodny. Na początku nie potrafiłam jej zrozumieć, ale stopniowo usłyszałam jej słowa: Chodź, pochowamy go jeszcze raz. Tym razem nie oznaczyłam grobu kamieniami. Znalazłam duże odłamki granitu i ułożyłam je w taki sposób, że zbudowałam pomnik Auguste’owi – podobnie jak królowa Artemizja zrobiła to dla Mauzolosa – z tą różnicą, że mój miał służyć ochronie, a nie chwale. Kiedy usypywałam kopiec pogrzebowy, Damienne wzięła długi nóż i rozcięła futro martwego niedźwiedzia. Cięła wzdłuż barków zwierzęcia i w dół ku kończynom, a każda była gruba niczym pień drzewa i wystarczająco duża, aby oderwać człowiekowi głowę. Tnąc wzdłuż boków, ciągnęła i szarpała za futro. Niedźwiedź był ogromny, a jego skóra gruba, ale ona cierpliwie wykonywała swoją pracę. Następnie posłużyła się odłamkami butelki, aby zeskrobać i zmiękczyć spodnią warstwę skóry.

[…]

Spojrzałam wtedy na niego i dotknęłam jego cienkich palców. Wiedziałam, że to nieprawda. Urodził się, aby żyć i rosnąć. Dlaczego więc Bóg go zabrał? Dlaczego zabrał mi dziecko, które było ciekawe świata? Był aniołem – szepnęła Damienne. Nie. Był z krwi i kości – odrzekłam – i właśnie dlatego umierał z głodu. Wzięłam cytrę Auguste’a i nadepnęłam na jej długi gryf, aż pękł niczym łamany kark. Następnie ostrzem siekiery wyłamałam płytę rezonansową z zaokrąglonej obudowy. Do tak powstałej misy złożyłam skulone niemowlę. Dziecko spoczęło w instrumencie swojego ojca. Otworzyłam drugą zakopaną skrzynię i umieściłam w niej naszego syna. Przykryłam wieko kamieniami i czuwałam z bronią, wypatrując zwierzyny. Stałam na straży przez cały dzień, a potem wsunęłam się do jaskini i zasnęłam.

[…]

Ciepłe dni nadeszły zbyt późno, podobnie jak ptaki. Wyspa była teraz pełna ich skrzydeł, a kiedy osiedliły się w swojej zatoczce, ponownie założyły ptasie miasto. Drzewa i krzewy zaczynały się zielenić. Słońce mocno ogrzewało moje ramiona, ale nie uznałam tego za znak łaski, nie czułam wdzięczności wobec Boga za to, że dożyłam tych wspaniałych dni. Damienne i ja przetrwałyśmy zimę, ale dwie inne osoby nie miały tyle szczęścia. Lato mnie irytowało, ponieważ było zbyt piękne i bogate. Ponadto zrozumiałam to, czego wcześniej nie pojmowałam – było niezwykle krótkie. Wiedziałam, że nadszedł czas na polowanie i zbieranie drewna, jeśli miałyśmy przeżyć kolejny rok – ale nie miałam do tego serca. Taki wysiłek wymagał nadziei, a mnie jej brakowało. Czytałam Damienne Pismo Święte i łowiłam ryby na brzegu, aby zaspokoić nasze najpilniejsze potrzeby. Pewnego dnia, gdy morze było spokojne, a fale niskie, przedzierając się przez skały, dostrzegłam nagle plamę na jego powierzchni. Początkowo pomyślałam, że to złudzenie optyczne, ale pojawiła się kolejna plama, a potem trzecia. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam trzy statki. Wysokie okręty unoszące się na wodzie. Stawały się coraz większe, zbliżały się do nas. Czy to był sen? Zawołałam Damienne, która zbierała wodorosty. Co widzisz? Stała zdumiona. Trzy statki.

[…]

Następnie rozłożyłyśmy jagody na skałach, a gdy zwiędły na słońcu, przechowałyśmy je w jaskini, dzięki czemu spiżarnia zaopatrzona była teraz w soloną rybę, mięso i owoce. Miałyśmy poczucie dobrze wykorzystanego lata. Chociaż jaskinia była ciasna, a przez wejście wpadało niewiele światła, ozdobiłyśmy nasze schronienie białymi kwiatami, które znalazłyśmy między cierniami. Nie były większe niż mój paznokieć, ale przypominały idealne pięciopłatkowe gwiazdy. Postanowiłyśmy je pozbierać, ponieważ były to jedyne kwiaty rosnące na wyspie. Zrywałam je, kiedy tylko mogłam, a Damienne umieszczała je na naszym ołtarzu. Kiedy nadeszła jesień, Damienne zebrała kolorowe liście i ozdobiła nimi obraz Matki Boskiej. Ofiarowuję je – wyznała – ponieważ nigdy nie widziałam piękniejszych. Nie mogłam temu zaprzeczyć. Jesienne liście przybrały barwy szkarłatu, umbry oraz złota, i żaden ogród nie mógł się równać z naszą wyspą przypominającą klejnot. Kiedy pogoda na to pozwalała, nocowałyśmy na zewnątrz. Woda stanowiła naturalną przeszkodę dla zwierząt – wilki, niedźwiedzie i lisy, które pojawiały się zimą, teraz nie miały do nas dostępu. Poza tym Damienne przyznała, że nigdy nie spało jej się tak dobrze, jak na świeżym powietrzu.

[…]

Po odejściu Damienne nie mogłam zasnąć. Cisza mnie przytłaczała. Jaskinia była pusta, a łóżko zimne bez ciepła, którym emanowała. Moje ciało wydawało mi się obce bez jej bliskości, a to dlatego, że przez całe życie nigdy nie byłam sama. Matka Boska patrzyła mi w oczy, ale nie mówiła, nie karciła mnie ani nie pocieszała. Jej oblicze miało drobne pęknięcia. Jej korona była matowa. Zeszłam na brzeg ku lśniącym falom. Słońce świeciło jasno, ale ja czułam się pusta. Jak mam żyć bez towarzysza, zastanawiałam się i po chwili zaczęłam wątpić, czy w ogóle jest sens, abym nadal żyła. Cały dzień wpatrywałam się w morze, ale nie zarzuciłam wędki. Udałam się do zatoczki i obserwowałam ptaki, ale nie polowałam. Przeszłam mój mały kraj wzdłuż i wszerz, okrążyłam całą wyspę. Wędrowałam i wszystkie miejsca wyglądały podobnie. Widziałam ciernie, skały i małe drzewa. Szłam wzdłuż brzegu i w pewnym momencie zorientowałam się, że nie pamiętam, w którym miejscu zaczęłam. Wtedy dopadło mnie wahanie i zawróciłam. Na próżno próbowałam ocenić swoje położenie na podstawie zachodzącego słońca. Zgłodniałam, ale zabrałam ze sobą jedynie suszone jagody. Nie miałam nic innego do jedzenia i nie wiedziałam, dokąd mam iść. Mój krzyk niósł wiatr. Halo! Lecz nikt mnie nie słyszał.

[…]

Łatwiej mi było się wspinać boso, chociaż słyszałam, jak Damienne mówiła, że to niewłaściwe. Nosiłam rozpuszczone włosy, chociaż wiedziałam, że ona by tego nie pochwaliła. „Pamiętaj, kim jesteś”, mówiła, ale ja miałam w swoich wspomnieniach tylko ją. Posprzątałam jaskinię i wywietrzyłam posłanie z pierza, aby zrekompensować mój kiepski wygląd. Pewnego pięknego poranka wytrzepałam skóry upolowanych zwierząt, a następnie uprałam i wyżęłam pościel. W końcu, kiedy była już wystarczająco czysta jak na panujące tu warunki, rozwiesiłam ją na krzewach cierniowych, aby wyschła na słońcu. Nagle dostrzegłam błysk złota. Co to mogło być? Wszystkie moje monety schowane były w jaskini. Nigdy ich nie wynosiłam, a na wyspie nie znalazłam złota. Byłam pewna, że wzrok mnie myli, ale kiedy uklęknęłam, aby odgarnąć trawę, dostrzegłam zagubiony skarb. Nie zniszczyły go śnieg, lód ani odwilż – pierścionek Claire leżał lśniący na ziemi. Wsuwając prezent od niej na palec, pomyślałam: Jestem drachmą. Byłam zagubiona, a zostałam odnaleziona. Rozbawiła mnie też myśl, że mogę być zarówno złotą monetą, jak i gospodynią domową robiącą pranie.

[…]

Siedziałam przed jaskinią i patrzyłam na wschód księżyca. Obserwowałam rozjaśniające się gwiazdy i wyrecytowałam te wersety: „Niebiosa głoszą chwałę Boga, dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza. Dzień dniowi głosi opowieść, a noc nocy przekazuje wiadomość. Nie jest to słowo, nie są to mowy, których by dźwięku nie usłyszano; ich głos się rozchodzi na całą ziemię i aż po krańce świata ich mowy”. Wygłosiwszy te wersety, pomyślałam, że gwiazdy wystarczą za słowa. Zrozumiałam to dopiero na wyspie. Patrzyłam na morze i w głowie pojawiła mi się pewna myśl: Nic o mnie nie wiesz i nie obchodzi cię to, ale sprawiasz mi radość. Obserwowałam fale i pomyślałam: Jesteście kolejną zagadką. Co jest stałe i ciągle się zmienia? Kto ogranicza i pociesza jednocześnie? Tak więc żyłam i znosiłam samotność, ale Bóg ponownie postanowił wystawić mnie na próbę. Świtało, kiedy przygotowywałam haczyk i linkę do połowu. Miałam na sobie brązową szatę Damienne i jak zawsze przymocowałam nóż do pasa. Schodząc po skałach, nuciłam galiardę, którą wygrywał swego czasu Auguste. Mając w pamięci dźwięki wydawane przez instrument – wyraźne i czyste – jego pełen zaciekawienia wzrok i głos rozbrzmiewający w ciemności, nagle usłyszałam wołanie mężczyzny.

[…]

Kiedy skończyliśmy, wstałam i zapytałam ciemnoskórego tłumacza o jego imię. Mikel – odpowiedział. Skąd pochodzisz? Z Nawarry. Z Nawarry! Wyciągnęłam rękę i powiedziałam: Ten pierścionek jest darem od Twojej królowej. Pierścionek z pieczęcią otrzymany przez Claire. Spójrz na literę „M”. Pokazałam wygrawerowaną literę, pochodzącą od imienia królowej Nawarry – Marguerite, Małgorzata. Mikel był zdumiony, że noszę królewski symbol, ponieważ wyglądałam jak łachmaniarz. Kiedy zwrócił się do mężczyzn, wszyscy odpowiedzieli jednocześnie pytaniami, ale nie potrafił mi ich przetłumaczyć. Widzę, że nie jesteś Francuzem. Baskiem – odpowiedział. Z trudem wydobywał z siebie słowa, mówiąc, że on i jego przyjaciele przepłynęli morze, aby łowić ryby. Zrozumiałam, że poszukiwali dorszy, choć przedsięwzięcie było niebezpieczne. To długa podróż – powiedziałam. On jednak wskazał na mnie z zaskoczeniem, ponieważ nie rozumiał, jak doszło do tego, że zamieszkałam na pustkowiu.

[…]

Mikel był zdezorientowany. Zwrócił się do pozostałych i przemówił do nich najlepiej, jak potrafił. Aznar nadal kręcił głową. Nie możemy zabrać cię na otwartą łódź – powiedział Mikel. Widziałeś, gdzie mieszkam – powiedziałam szczerze. Śpię na skałach, w jaskini. To niebezpieczne. Podniosłam obraz Matki Boskiej. Chroniła mnie przez dwie zimy i będzie chronić również was. Mikel był pod wrażeniem mojej obietnicy, a kiedy przekazał moje słowa, mężczyźni podnieśli ręce do wizerunku. Obraz naprawdę wydawał się cudem w tak dzikim miejscu. Fale rozbijały się o skały. Ptaki krążyły i nurkowały w poszukiwaniu ryb, a Matka Boska spoglądała na nas z niesłychaną delikatnością. Zabierz ją do Francji, a wraz z nią również mnie. Zlituj się nade mną – powiedziałam do Mikela – i okaż szacunek matce Chrystusa. Aznar ponownie zabrał głos, po czym Mikel powiedział z żalem: Nie możemy. Podałam Mikelowi obraz, a z kieszeni wyciągnęłam błyszczącą złotą monetę. Wręczając ją Aznarowi, powiedziałam: Zrób mi zaszczyt i przyjmij również tę zapłatę.

[…]

Zawsze starałam się zachowywać skromnie. Siedząc lub stojąc, moi towarzysze załatwiali swoje potrzeby do morza, ale ja brałam małe wiadro, które służyło mi za nocnik, i chowałam się za skrzyniami z solonymi rybami. Co prawda moje ubrania były podarte, ale miałam nadzieję, że dzięki sprawności moich dłoni zyskam przychylność marynarzy. Kiedy załoga łowiła ryby, pomagałam je czyścić i piec. Kiedy nasze sieci się rozrywały, ponownie wiązałam nici. Rozpakowałam też obraz Matki Boskiej i modliłam się do niej o nasze bezpieczeństwo. Pomimo swojej surowości rybacy dzielili się ze mną jedzeniem, tak jak ja dzieliłam się z nimi na wyspie. Mikel, mój tłumacz, oferował mi ryby, wino i suchary, a w pierwszych dniach, kiedy cierpiałam z powodu choroby morskiej, nie wyśmiewał mnie tak jak inni, ale przygotował dla mnie miejsce na dziobie statku. Siedziałam tam nawet po tym, jak nudności minęły, a nocą układałam się do snu, czując kołysanie fal. Nie miałam nic poza płaszczem, który służył mi jako nakrycie, ale spałam spokojnie, wiedząc, że nie muszę polować ani zbierać drewna na opał. Podczas tej podróży mogłam ufać tylko rybakom, więc oddałam się Bożej opiece. Przez miesiąc obie łodzie płynęły po łagodnych falach. Aznar nawigował, patrząc w gwiazdy. Często byłam przemoczona, ale nie marzłam. Spałam z nożem pod ręką, choć nie obawiałam się ataku ze strony mężczyzn. Marynarze nie traktowali mnie bowiem jak kobietę, ale jak osobę poświęconą Panu, i wierzyli, że przynoszę im szczęście oraz dobrą pogodę. Niestety nie byłam tak błogosławiona, jak sobie wyobrażali. W piątym tygodniu podróży niebo pociemniało. Fale urosły, wprawiając obie łodzie w mocne kołysanie. Słońce zbladło, a Mikel spojrzał z niepokojem na morze.

[…]

Wiatr i morze zabrały cały ładunek, którego nie zabezpieczyliśmy. Część połowu przepadła wraz z bronią i sieciami. Spojrzałam na swoją rękę i z radością stwierdziłam, że złoty pierścionek otrzymany od Claire nadal widnieje na moim palcu. Sięgnęłam do kieszeni i dotknęłam monet, pereł, naszyjnika oraz pazura. Niestety sztorm zabrał obraz Matki Boskiej, różaniec, Nowy Testament i psałterz. Gdzie podryfowały moje księgi? Wyobraziłam sobie, jak ich strony otwierają się i rozkładają pod powierzchnią morza. Gdzie unosiła się Matka Boska? Czy leżała na plecach? Czy zwróciła oczy ku słońcu? Jej kolory wyblakną. Woda morska zmyje jej twarz. Świadomość ta nie wzbudziła we mnie poczucia straty. Nie po tym, jak utonęło sześciu mężczyzn. Próbowałam dopatrzyć się jakiegoś sensu w tej burzy, ale nie znalazłam żadnego. Nie mogłam też pojąć, jak po takim sztormie może nadejść pogodny dzień. Ocean był spokojny, a niebo czyste. Miało się wrażenie, że burzy nigdy nie było, podobnie jak drugiej towarzyszącej nam łodzi – a jednak straciliśmy ją wraz z całą załogą.

[…]

Płynęliśmy z dużo większą prędkością niż poprzednio. Wiatr, który zniszczył nasz siostrzany statek, teraz obdarzył nas niesamowitą prędkością. Poza tym przez cały dzień towarzyszyły nam dziwne stworzenia. Julen dostrzegł je jako pierwszy. Lśniące szare ryby skaczące na falach. Miały wydłużone pyszczki i zakrzywione ogony. Każda posiadała płetwę na grzbiecie i dwie mniejsze, przypominające małe skrzydła. Mężczyźni nazywali te stworzenia morświnami. Wyskakiwały z morza, a następnie nurkowały, aby po chwili ponownie pojawić się ponad powierzchnią wody. Otaczało nas co najmniej dziesięć takich stworzeń, ale nie stanowiły one zagrożenia. Wręcz przeciwnie, marynarze twierdzili, że są oznaką łaski. Niektórzy sugerowali, abyśmy zabili jedną z ryb na posiłek, ale Aznar się nie zgodził. Przyniosłoby to nam pecha. Taka była jego decyzja i wszyscy ją uszanowali. Szare ryby stały się więc naszymi towarzyszami, a ja podziwiałam ich szybkość i radość. Dopóki wiatr nie ucichł, morświny zapewniały nam rozrywkę niczym błazny i tancerze, pełniły straż honorową i były naszym orszakiem. Wlewały otuchę w nasze serca, ponieważ skakały bez powodu, po prostu dla zabawy. Morświny cieszyły się, gdy pędziliśmy po wodzie na pełnych żaglach, ale wiatry były kapryśne i gdy zwolniliśmy tempo, zostawiły nas w tyle. Przez dwa długie tygodnie płynęliśmy samotnie. Mężczyźni nie skakali już do morza, nie śmiali się ani nie krzyczeli radośnie. Ich towarzysze utonęli, a większość połowów przepadła. Zdawali sobie sprawę, że ta wyprawa nie przyniesie im zysków, więc pracowali w ciszy. Dni były gorące, a noce rozjaśniał nam blask gwiazd. Obserwowałam je, siedząc na dziobie i rozmyślając o Auguście i naszych rozmowach prowadzonych szeptem, o jego słowach wypowiedzianych kiedyś do mnie: „Wierzę w symetrię”.

[…]

Następnego dnia ujrzeliśmy więcej statków – płynące odważnie wysokie żaglowce. Później dostrzegliśmy również dziesiątki łodzi rybackich. Trzeciego dnia zgodnie z przewidywaniami Bartholda pojawił się port, porośnięty masztami okrętów. Żeglowaliśmy po niewielkich falach w kierunku pokrytych solą morską murów i wież La Rochelle. Przywitał nas zgiełk. Okrzyki robotników, brzęk łańcuchów i windy kotwicznej oraz szczęk skrzyń uderzających o siebie. Do naszych uszu dobiegał harmider towarzyszący pracującym ludziom, a w nozdrzach czuliśmy smród gnijących śmieci. Zakryłam twarz, rybacy pochylili się nad relingiem. Gdyby to było możliwe, wyskoczyliby na brzeg, ale wielorybnik wyprzedził nas i musieliśmy poczekać, aby podpłynąć bliżej. Kiedy w końcu rzuciliśmy kotwicę, nadal byliśmy w pewnej odległości od doku i podpłynęła do nas łódź wiosłowa. Mikel pomógł mi wsiąść i czułam na sobie spojrzenia wszystkich mężczyzn w łodzi. Ona jest zakonnicą – wyjaśnił mój tłumacz, ale oni otwarcie go wyśmiali. W takim miejscu samotna kobieta wśród tylu mężczyzn mogła być wyłącznie dziwką.

[…]

Od kiedy szłam boso, pęcherze zaczęły się goić. Podeszwy moich stóp stały się twarde, podobnie jak wtedy, gdy przebywałam na wyspie i wyczuwałam pod nimi ziemię oraz kamienie. Wędrowałam w porannym słońcu, we mgle i w lekkim deszczu. Idąc, wspominałam Auguste’a i wszystko, na co się odważył. Gdy był uczniem, uciekł od swojego okrutnego mistrza. Na pokładzie statku tulił mnie w ramionach. Przeżyłam, powtarzałam w myślach. Widzisz mnie? Znalazłam jeżyny, którymi mogłam się posilić, a wśród kolczastych krzewów odkryłam starą chatę bez dachu. Rudera pachniała zwierzętami, ale udało mi się w niej przenocować. Podróżowałam przez dziesięć dni, aż w końcu w oddali, wysoko na klifie, ujrzałam dobrze mi znany zamek. Iglice i blanki wznosiły się ku niebu, a patrząc na mój dawny dom, zdałam sobie sprawę, jak nisko upadłam. Wyrzucą mnie za żebranie pod drzwiami. Nawet jeśli powiem im, kim jestem, nie uwierzą mi, pomyślałam. Powiedzą: Nie możesz być tą, za którą się podajesz. Nie jesteś Marguerite, która tu kiedyś mieszkała. I po prawdzie będą mieli rację. Patrząc na strzeliste wieże, zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam się do nich zbliżać, ale nie zawróciłam.

[…]

Ysabeau sapnęła, a Suzanne cofnęła się, unosząc spódnicę, jakby się obawiała, że może mnie musnąć jej rąbkiem. Matka Claire wzięła obie dziewczynki za rękę. To nie jest miejsce dla takich flejtuchów jak ty – oświadczyła Agnès. Nie pamiętacie mnie? Bezczelna! Agnès uderzyła mnie w ucho i powaliła na ziemię. Oszołomiona atakiem łapałam oddech, wspierając się na kolanach. Zainterweniowała Claire. Nie bij jej. Ta kobieta cierpi. Jest ranna. I chociaż mnie nie rozpoznała, pomogła mi wstać. Pomimo iż wyglądałam jak brudna żebraczka, nie cofnęła się, tylko podtrzymała mnie za ramiona, abym mogła złapać równowagę. Claire, pomyślałam, czy kiedykolwiek w ciebie wątpiłam? Czy kiedykolwiek cię znałam? Stałyśmy twarzą w twarz, patrząc sobie w oczy, ale nawet wtedy moja przyjaciółka mnie nie rozpoznała. Proszę, nie bój się – powiedziałam. Cofnęła się, sprawiając wrażenie przestraszonej. Kim jesteś? Nigdy bym cię nie skrzywdziła – zapewniłam Claire. To z miłości do ciebie przebyłam tę całą drogę. Zdjęłam pierścionek, który od niej otrzymałam, i wcisnęłam go w jej dłoń. Skąd to masz? – szepnęła. Od ciebie.

[…]

Weszłam do mojej starej komnaty i zamknęłam za sobą drzwi. Tam odwiązałam nóż i opróżniłam zawartość kieszeni – monety, naszyjnik, perły i pazur. Gdzie mogłam je ukryć? Pokój był pusty. Mój klawesyn znajdował się teraz w komnacie Claire, podobnie jak ołtarz i stół, ponieważ to właśnie jej pokój służył nam do nauki. W mojej komnacie pozostało tylko łóżko i skrzynia na bieliznę. Pomiędzy prześcieradła złożone w skrzyni wsunęłam nóż i moje drobne skarby. Następnie zrzuciłam spleśniałe łachmany i włożyłam koszulę. W jednej chwili po zmianie ubrań z żebraczki stałam się damą. Tkanina była lekka jak powietrze, ale na moim ciele nadal dostrzec można było czerwone ślady po ukąszeniach. Niektóre z nich były rozdrapane i pokryte strupami, inne krwawiły. Biedne dziecko – powiedziała Madame D’Artois, kiedy wróciłam, a Claire skrzywiła się na widok mojej poranionej skóry. Mimo wszystko umyły mnie z czułością. Oczyściły miejsca ukąszeń i nasmarowały olejkiem moje popękane dłonie oraz stopy.

[…]

Inaczej postrzegałam teraz uczucie głodu, poza tym czułam się przytłoczona przysmakami, słodyczą truskawek, czy też soczystym miąższem śliwek. Więcej czasu spędziłam na patrzeniu na jedzenie niż na samym konsumowaniu. W rzeczywistości wpatrywałam się we wszystko. Owoce, meble, jedwabne ubrania, które nosiły nasze małe podopieczne. Kominki wyłożone kamieniem, ornamenty otaczające okna. Czy to możliwe, że kiedyś uważałam północną wieżę za zbyt skromną? Czy moim zdaniem tamtejsze komnaty były za zimne? Przyglądałam się ramom łóżek, na których widniały kwadratowe płaskorzeźby, krzesłom wyściełanym czerwoną skórą, gładkim i lśniącym stołom. Przyglądałam się temu wszystkiemu i dostrzegałam to, czego wcześniej nie potrafiłam – służące zbierające brudne talerze do zmywania, nianię dziewcząt stojącą w pobliżu podczas posiłków, młode pokojówki w wieku Suzanne przynoszące kalosze, które nasze podopieczne nosiły w ogrodzie. Służące nie umiały czytać ani pisać, ani też nie chciały się tego uczyć. Nie uczęszczały na żadne lekcje. Po wyjściu dziewczynek stanęłam przy oknie i patrzyłam na wozy znajdujące się daleko w dole. Na drodze widziałam rolników ciągnących beczki z wodą i starego mężczyznę pochylonego pod ciężarem drewna. Patrzyłam na robotników i czułam w ramionach i plecach, jak to jest nosić wodę oraz drewno na opał.

[…]

Wślizgnęłam się do swojej komnaty i otworzyłam komodę z bielizną. Wyjęłam swoje skarby i założyłam złoty naszyjnik, podczas gdy w drugim pokoju Madame D’Artois przypinała nową kryzę, a Claire układała fryzurę. Oto jak wyglądała sytuacja, gdy schodziłyśmy po schodach: Claire i jej matka szły pierwsze, a dziewczynki za nimi. Ja byłam ostatnia. Schodząc, wróciłam wspomnieniami do dawnych lat – do ciężkich strojów i napomnień. „Nie ruszaj się”, „Nie mów”, „Nie pytaj”. Nie musiałyśmy długo czekać, gdy zjawiłyśmy się na dole. Niemal natychmiast pojawiła się pokojówka, aby zaprowadzić nas do wielkiej sali. Ledwo rozpoznałam to pomieszczenie, ponieważ zostało niezwykle bogato urządzone. Pod oknami ustawiony na rzeźbionym stole lśnił niczym klejnot nowy klawesyn. Wysoki sufit pomiędzy belkami był pokryty czerwono-złotym wzorem. Gdziekolwiek spojrzałam, widziałam nowe ozdoby. Krzesła wysokie niczym trony, wyściełane ławy pokryte zielonym aksamitem, skrzynia z polerowanymi klamrami. Jedyne, co pozostało ze starego wyposażenia, to gobeliny przedstawiające mężczyzn polujących pomiędzy drzewami. Spojrzałam na nie i pomyślałam o Nicholasie. Ten wspaniały poranek, konie i psy... a także krzyki.

[…]

Słyszałyśmy o tej kolonii – poinformowała Louise, a jej głos był delikatny, ale też wyrafinowany. Wszyscy na dworze dowiedzieli się od Cartiera, jak wygląda zima w tamtym klimacie. Czy to prawda – zapytała Anne – że zaatakowali was dzicy? Nie. Anne zmarszczyła brwi. Przecież oblegali Charlesbourg-Royal [pierwszy fort amerykański, a obecnie archeologiczna część miasta Quebec w Kanadzie – przyp. aut.] i zamordowali wszystkich, którzy wyszli poza ogrodzenie. Mój mąż i ja tam nie mieszkaliśmy, ale w odosobnieniu, w naszej własnej posiadłości. Louise spojrzała na mnie, jakbym była naprawdę dziwnym stworzeniem. Zdecydowałaś się żyć z dala od społeczeństwa? Bóg chciał, abyśmy żyli samotnie. Louise zwróciła się do Lady Katherine i powiedziała na wpół żartem: Nie wiedziałam, że Nowy Świat jest tak nudny!

[…]

Proszę, powiedz mi, abym mogła się przygotować. Opowiedz mi, jak zachowuje się Jej Królewska Mość. Moja przyjaciółka milczała, zastanawiając się nad odpowiedzią. Jej Wysokość jest uczona – powiedziała w końcu – i lubi rzeczy wyjątkowe. Uwielbia oglądać to, czego jeszcze nie widziała i słuchać tego, czego jeszcze nie słyszała. Kolekcjonuje historie, które zapisuje w swojej książce i później je opowiada. Opowieści te nie są zmyślone, lecz prawdziwe. Jest mądra i dobra, oddana swojemu bratu, królowi. Ma też hojną naturę, ponieważ służy Jego Wysokości i sama daje jałmużnę. Kiedy przybyłyśmy na dwór, wdowa i półsierota, podziwiała znajomość języków mojej matki, jej talent muzyczny i umiejętność czytania. Dała nam więc posadę.

[…]

Kim on był? Poetą i uczonym. Tłumaczem psalmów. Pomyślałam o Psalmach Dawidowych. Clément Marot. Cicho. Przypomniałam sobie moją księgę zaginioną na morzu i słowa opiekuna: „Możesz według nich żyć”. Chciał poślubić moją matkę – kontynuowała – ale był ulubieńcem królowej. A ona nie chciała się na to zgodzić? Przedstawił swoją sprawę i rozgniewał Jej Wysokość. Następnie poprosił moją matkę o to, by potajemne wyszła za niego za mąż, ale ona nie chciała opuścić swojego miejsca przy boku królowej. Rycerz opuścił więc dwór i udał się do Ferrary. Z pewnością królowa wybaczyła wtedy twojej matce. Niestety nie. Jak mogła ją winić, skoro odrzuciła jego oświadczyny? Winiła ją za to, że w ogóle go wysłuchała. Po tym wydarzeniu mama na zawsze pozostała w niełasce. Podobnie zresztą jak on. Królowa zatrzymała jedynie psałterz, który podarował jej Marot. Ja również go otrzymałam od opiekuna. Tak, ponieważ był on patronem Marota. Zaproponował mamie posadę twojej nauczycielki z miłości do niego. W milczeniu rozważałam słowa przyjaciółki. Mój wróg udzielił wsparcia mojej nauczycielce. Roberval dręczył mnie recytacją psalmów, a później te same wersety dodawały mi otuchy. Zabrał mnie na pokład statku, gdzie oddałam serce mężczyźnie o szlachetnej naturze, jego słudze. Jak to możliwe, że życie było tak pełne sprzeczności? Dobro i zło splatały się ze sobą, lecz nigdy nie mogłam tego powiedzieć na głos. Nie potrafiłam tego wyjaśnić ani też usprawiedliwić swojego postępowania przed kimś tak pobożnym jak królowa.

[…]

Miesiąc ledwie wystarczył, aby pomalować i otynkować komnaty, wyposażyć je w nowe łóżka oraz zgromadzić zapasy. Lord Montfort zakupił złote i srebrne tkaniny. Lady Katherine zatrudniła nowe pokojówki do obsługi gości. Zamówiła wino i cukierki migdałowe oraz świeże zioła do perfumowania komnat królowej. Nie zapomniała również o mojej audiencji i wysłała swoją krawcową, aby zdjęła ze mnie miarę i uszyła dworską suknię. Krawcowa poinformowała, że Louise osobiście będzie nadzorować jej wykonanie. Służba szorowała schody, chłopi przygotowywali się na przyjęcie służby dworzan i ich koni. W tym samym czasie zamek wypełnił się świniami, kapłonami, bażantami, gęsiami, a nawet pawiami, które miały stanowić ozdobę stołu. Myśliwi przynosili świeżą dziczyznę, rzeźnicy zabijali cielęta, a kuchnie codziennie otrzymywały kosze orzechów, fig, daktyli i rodzynek, a także pomarańczy z Hiszpanii. W zamku pełno było również winogron i nawet na schodach czuć było zapach goździków, gałki muszkatołowej i aromatycznego cynamonu. Kucharze zatrudnili dodatkowych pomocników do wypieku ciast. Zjawili się błazny i minstrele, aby zabawiać królową, jej damy dworu oraz rycerzy.

[…]

Schodząc, usłyszałam szum. Gwar rozmów. Gdy znalazłam się na pierwszym piętrze, starałam się nie rozglądać, ale nigdy nie widziałam tak wielu dżentelmenów i dam. Galeria była otwarta, a dworzanie wypełniali to wysoko sklepione wnętrze. Kobiety tłoczyły się w jedwabiach i aksamitach, w płaszczach obszytych perłami i w sukniach o szerokich spływających rękawach. Mężczyźni przechadzali się z mieczami przy pasach, ze złotymi klamrami na butach i pelerynami przypominającymi złożone skrzydła. Przez chwilę miałam wrażenie, że patrzę na morskie ptaki stłoczone na skałach, walczące dziobami o jak najlepsze miejsce. Mrugnęłam, aby pozbyć się tej wizji, ale widok był dziwny, niepokojący. Lęk wzbudzało nie tylko bogactwo, ale także beztroska szlachty – sposób, w jaki się poruszali, jakby nie zwracając uwagi na swoje klejnoty. Nikt na mnie nawet nie spojrzał, mimo że miałam na sobie niebieską suknię Claire.

[…]

Wtedy Lady Katherine się uśmiechnęła i zrozumiałam, dlaczego tak bardzo cieszyło ją ubieranie mnie. Nie chodziło o rangę, nie chodziło o zaszczyty, nie chodziło o historię, którą miałam opowiedzieć, ale o tę komnatę. Lady Katherine wraz z młodymi damami chodziły po pokoju, podziwiając moje szaty, a ja pojęłam, że chociaż moja podróż wzbudzała ich zdumienie, a niedostatki, które znosiłam – współczucie, byłam dla nich wyłącznie ozdobą i ciekawostką. Przedstawią mnie królowej, tak jak zrobiłyby to w przypadku małpy lub rzadkiego ptaka. Mimo to czułam, że dostąpiłam zaszczytu. Ten wieczór był darem od Lady Katherine. Szansą, by przemówić. Pod warunkiem, że opiekun mi w tym nie przeszkodzi. Nie zrobiłby tego. Nie odważyłby się. Nie mógł traktować mnie tak, jak wcześniej. Nie miałam już majątku i byłam jedynie ciężarem finansowym. Nie będzie sobie rościł do mnie praw. Takie rozmyślania towarzyszyły mi, gdy podążałam za damami w kierunku wielkiej sali bankietowej. Teraz nie może mi już zaszkodzić, zapewniałam sama siebie. Patrząc na stoły nakryte adamaszkowymi obrusami i srebrną zastawą, poczułam się jak gość. Chociaż straciłam ten dom, dzisiaj byłam tutaj mile widziana. W świetle tysiąca świec stałam wraz z całym dworem, czekając na królową. Wszyscy jej wypatrywali, ale ja szukałam wzrokiem opiekuna. Nie było go tutaj. Nie było. Być może wyszedł. Być może nigdy się tutaj nie pojawił i był jedynie iluzją, którą wywołało poczucie przerażenia.

[…]

Nigdy nie widziałam bardziej wystawnej uczty, a jednak nie skosztowałam ani kęsa. Mięso, wina, cukierki migdałowe przywodziły mi na myśl papkę. Srebro lśniło w blasku świec. Kryształowe kielichy błyszczały jasno niczym lód. Pawie prezentowały się cudownie z opalizującymi piórami rozłożonymi na stole, ale moje oczy były utkwione w królowej. Nie była młoda ani wesoła. Jej twarz była blada, a ona sama milcząca. Upięte w ciemnej siateczce włosy przypominały skrzydło kosa. Suknia była bogata, ale nie lśniła tysiącem klejnotów. Dostrzegłam tylko jeden – wisiorek, który błyszczał jak gwiazda. Siedziała przy wysokim stole wraz z gospodarzami, którzy gorliwie z nią rozmawiali, ale ona niewiele mówiła, tylko pochylała głowę, aby słuchać. Tańce i salta błaznów nie wydawały się jej cieszyć. Gdy muzycy grali na rogach i skrzypcach, siedziała z założonymi rękami. Nie zajęłam miejsca w pobliżu, ale dostrzegłam skinięcie jej głowy, jakby próbowała zachęcić dzieci do zabawy. Wydawała się uosobieniem wyrozumiałości, ale podczas występu nagle wstała, aby opuścić salę.

[…]

Kiedy Lady Katherine mnie przedstawiła, wykonałam głęboki ukłon. Podejdź bliżej. Głos Jej Wysokości był cichy i łagodny, a nie władczy wbrew moim przypuszczeniom. Zbliżywszy się do niej, dostrzegłam, że jej oczy są szare. Stojąc przed nią, zauważyłam, że jej twarz była pokryta zmarszczkami. Miała ostry nos i małe zaciśnięte usta. Jej gwiaździsty wisiorek był tak naprawdę krzyżem wykonanym z trzech rubinów i dwóch cytrynów, a u jego dołu zwisały trzy wielkie perły przypominające łzy. Jesteś Marguerite de la Rocque – powiedziała Jej Wysokość. Tak. Mów głośniej – poleciła, ale powiedziała to bez złości. Dobrze, Wasza Wysokość. Opowiedz mi o sobie – zachęciła, ale poczułam suchość w gardle. Oczekiwała prawdy, a ja byłam ostrożna, niechętna do potwierdzenia relacji Robervala na swój temat. Nie bój się – ponagliła.

[…]

Spojrzałam na Lady Katherine, która słuchała ze zmarszczonymi brwiami. Przeniosłam wzrok na Louise i Anne, ale one nie chciały odwzajemnić mojego spojrzenia. Byłam sama. Nikt nie mógł przemówić w moim imieniu, więc przemówiłam sama. Wasza Wysokość, błagam. Proszę wysłuchać mojego niedoskonałego zakończenia. Nie jestem dobra ani cnotliwa. Obiecałam sobie jednak, że będę wierna temu, który obdarzył mnie miłością. Zostaliśmy porzuceni na wyspie, gdzie zimą cierpieliśmy z powodu ogromnego chłodu. Kiedy zmarł mój mąż, biały niedźwiedź pożarł jego ciało, a ja zastrzeliłam tę bestię i splamiłam śnieg jej krwią. Królowa wzdrygnęła się, ale ja kontynuowałam: Jeśli chodzi o moją wiarę, jestem grzesznicą i straciłam nadzieję, żyjąc w mroku. Nieraz pragnęłam śmierci, bo byłam nieszczęśliwa zarówno ciałem, jak i duszą. Na tej wyspie zmarła moja służąca i moje nowo narodzone dziecko. Przeżyłam, choć z nich wszystkich najmniej na to zasłużyłam. Pani, nie pisz o mnie jako o osobie, której obce jest narzekanie. Wściekłość mnie pochłonęła tak ogromna, że niemal postradałam zmysły. A jednak polowałam, walczyłam i zabiłam kolejnego niedźwiedzia. Damy zaczęły szeptać, podekscytowane i przerażone. Czułam, jak się pochylają, aby lepiej słyszeć, podczas gdy królowa wsłuchiwała się z uwagą w moje słowa. Chciałabym móc powiedzieć, że stałam się łagodna i wyrozumiała, ale życie w nieustannym mroku sprawiło inaczej. Jak udało ci się przetrwać? – zapytała królowa. Jak? Zadawałam sobie pytanie, po co mam dalej walczyć. Po co topić śnieg i zbierać drewno na opał. Po co ogrzewać ręce, owijać się szmatami, chroniąc się przed wiatrem. Modliłam się o odpowiedź, ale żadnej nie otrzymałam. Gdy opowiedziałam o tym królowej, poczułam ponurą satysfakcję, ujawniając własną gorycz. Poczułam ulgę, ponieważ udało mi się przechytrzyć Robervala. Może sobie opisywać moje postępki, jak mu się podoba, ale ja obnażę swoje serce. Prawdę mówiąc, prawie umarłam z samotności – przyznałam się przed wszystkimi damami dworu. Ale przetrwałaś. Królowa była poważna i patrzyła na mnie niemal z tęsknotą. Co dało ci siłę? W tym momencie zapomniałam o królewskiej audiencji. Nie zwracałam uwagi na otaczających mnie dworzan. Myślałam o białym lisie i pięciopłatkowym kwiecie. O gwiazdach na nocnym niebie. O rozbijających się o brzeg falach. Rozważałam podzielenie się tymi wizjami, ale zdecydowałam się zachować je dla siebie. Nie zamierzałam wymieniać wszystkiego, co widziałam i czułam. Zamiast tego opowiedziałam o tym, co przeczytałam. Psalmy przyniosły mi prawdziwe pocieszenie – przyznałam.

[…]

Ta po chwili przyniosła ciężki skórzany woreczek, a Jej Wysokość podała go mnie. Daj to przełożonej klasztoru Nontron i powiedz jej, że powierzam jej opiekę nad Claire D’Artois. Dziękuję – powiedziałam, spuszczając wzrok. Królowa wstała, a za nią wszystkie damy uniosły się z krzeseł. Jednak zanim się odwróciła, aby odejść, Jej Wysokość spojrzała na mnie życzliwie, ponieważ postąpiłam słusznie, a następnie przemówiła: Jeszcze jedno. A co z tobą? Gdybym mogła, pojechałabym wraz z moją siostrą do Nontron i tam mogłabym nauczać. Nie tylko te dziewczęta, które stać na pobieranie nauk, ale także ubogie córki i sieroty, takie jak ja sama. Chciałabym uczynić dla wielu to, co Jacqueline D’Artois uczyniła dla mnie. Zawahałam się przez chwilę, zdając sobie sprawę, jak śmiałe mogą wydać się moje słowa, ale i tak je wypowiedziałam: Tak jak Krystyna de Pizan wymyśliła miasto pełne kobiet, tak ja wyobrażam sobie budowę szkoły dla dziewcząt. Po moich słowach zapadła cisza. Dało się słyszeć niespokojny szmer, gdy damy dworu czekały na odpowiedź królowej. To niezwykłe – powiedziała w końcu.

[…]

Wbiegłam do komnaty i położyłam prezent Jej Wysokości na stole. Matka Claire, ubrana w koszulę nocną, trzymała świecę, gdy otworzyłam szkatułkę, aby pokazać sto złotych monet. Dwieście. A może i więcej. Claire nie śmiała patrzeć na ten skarb, lecz ja w palcach przekładałam złote monety, referując wszystko, o czym opowiedziałam. Nie zapomniałam wspomnieć o Robervalu, ale nie przytoczyłam całej naszej rozmowy. Opowiedziałam o królowej, moich niefortunnych słowach i tym, jak się uratowałam. W końcu zwróciłam się do Madame D’Artois: Wspomniałam też o pani. O mnie? – zaniepokoiła się. Powiedziałam, że inspiruje mnie pani do nauczania. Będziemy mogły założyć szkołę dla dziewcząt. To zbyt wiele – zaoponowała Madame D’Artois. Ale to prawda. Będziemy miały swoje uczennice. A to dla ciebie! Podałam Claire skórzaną sakiewkę. Powiedziałam Jej Wysokości, że powinnaś być oblubienicą Chrystusa. I oto twój posag.

[…]

Pokręciłam głową. Gdybym go kupiła lub znalazła, mogłabym się z nim rozstać. Wygrałam go jednak w walce i muszę go zatrzymać. Jako nagrodę? – zapytała Anne. Nie. To pamiątka. Trzymałam pazur w kieszeni, podczas gdy pokojówki pakowały mój dobytek. Ukryłam swój skarb, ale kiedy zostałam sama, położyłam go na dłoni, aby wspomnieć trzy bliskie mi osoby pochowane na wyspie. Aby móc znów je zobaczyć w blasku słońca i zimowym mroku. Zamknęłam oczy i powiedziałam: „Chodźcie ze mną. Nauczcie mnie. Opiekujcie się mną”. Potem zacisnęłam dłoń i poczułam, jak koniuszek pazura wbija mi się w skórę niczym cierń. W jasny wrześniowy poranek wyruszyłyśmy w drogę. Ja jechałam na kasztanowatym koniu, Claire na gniadej klaczy, a jej matka na siwej. Na kamiennym dziedzińcu stajenni służyli nam pomocą przy wsiadaniu, ale sprawnie wskoczyłam na siodło i nie potrzebowałam ich asysty. Lady Katherine zeszła na dół, aby nas pożegnać. Przyprowadziła również swoje młodsze córki i kazała im pożegnać się z nami.

[…]

Tam, gdzie droga była szeroka, jechałyśmy obok siebie, natomiast po wąskich traktach podążałam za naszym przewodnikiem, a Madame D’Artois i Claire za mną. Za nimi szły zwierzęta juczne z bagażami, a na końcu strażnik. W takiej procesji mijaliśmy łąki i pola, lasy i wioski, które nie należały już do mnie. Jechaliśmy pod jesiennymi drzewami, a otaczające barwy były dla mnie zarówno czymś nowym, jak i już dobrze znanym – liście dębów mieniły się złotem i zielenią. W winnicach winogrona zwisały ciężko na pnączach. W sadach chłopcy potrząsali drzewami, aby zebrać jabłka. Pomyślałam wtedy, że powinnyśmy mieć sad przy naszej szkole oraz ogród, jeśli będzie to możliwe. Rano będziemy czytać i prowadzić zajęcia z kaligrafii, a po południowym posiłku będziemy ćwiczyć. Takie snułam plany podczas podróży. Pragnęłam spacerować i uczyć muzyki, robótek ręcznych oraz poezji. Pragnęłam przyglądać się chmurom i studiować Pismo Święte, psalmy i opowieści o wielkich kobietach. Dobroć i miłosierdzie będą domeną Claire – to cnoty, które przekazała jej matka. Ja postaram się, aby nasze uczennice nie bały się niczego. Nie poprę tych nauk księgami czy recytacją, ale opowiem o tym, jak wyglądało moje życie. Pomyślałam o zimowym lodzie i byłam wdzięczna za słońce. Wplotłam palce w grzywę konia i gdy wspomniałam moją pieszą podróż, poczułam wdzięczność, że mogę jechać konno. Zbliżając się do rzeki, spojrzałam na wodę i ucieszyłam się na widok kamiennego mostu. Ponieważ jego przęsło było wąskie, przechodziliśmy pojedynczo, by spotkać się znowu po drugiej stronie.

Allegra Goodman, Isola

Powieść historyczno-przygodowa Allegry Goodman – amerykańskiej pisarki o żydowskim pochodzeniu i wyznaniu przenosi akcję tej miejscami szokującej opowieści do południowo-zachodniej Francji w okolice Bordeaux oraz do samego La Rochelle, choć przede wszystkim do ówczesnej wydarzeniom w książce Nowej Francji za to dziś z kolei nazywanej Kanadą, na jedną z wysp w estuarium zatoki św. Wawrzyńca, generalnie w odległe nam czasy z pierwszej połowy szesnastego wieku. W powieści opartej na faktach - w dwóch niezależnych od siebie opisach - poznajemy losy Margueritte de la Rocque, szlachcianki, a nawet arystokratki rodowej, która po utracie rodziców przechodzi pod kuratelę niecnego krewnego czy opiekuna Lorda de Robervala. Co też objawia się w zmiennych kolejach losu, w których nieznająca „prawdziwego” życia panienka w iście ekspresowym tempie uczy się przetrwać wbrew wszystkiemu i wszystkim; gdzie jak dopisuje w postscriptum sama autorka „Musiała nauczyć się wspinać, polować i zmagać z rozpaczą. Wyrzucona na brzeg walczyła o życie. Marguerite mnie zafascynowała – ale jak ją przedstawić? Nikt nie wie dokładnie, dlaczego Roberval zabrał Marguerite w swoją podróż, jak przetrwała sama na wyspie ani co myślała i czuła. Niczym aktorka szukałam swojej postaci, próbując zrozumieć jej wewnętrzny świat.” Opowieść z jednaj strony fascynuje i przeraża, aczkolwiek z dalszej perspektywy z kolei pobudza do trwałej refleksji na temat granic ludzkiego poznania i zaświadcza o nadludzkiej sile, co każe przetrwać człowiekowi bez względu na okoliczności.



powrót ››