Blog

 

22.05.2026

Dwie poważne damy

„Sądzę, że najważniejsza rzecz na świecie

 – powiedział wreszcie –

to przyjaźń i zrozumienie”


„czym jest życie, jeśli nie kłębkiem dymu

 i listkiem, albo świeczką

wypaloną raz-dwa?”


„Zresztą nic mnie jakoś szczególnie nie bawi,

oprócz moich własnych myśli”

[…]

Ojciec Christiny Goering był amerykańskim fabrykantem niemieckiego pochodzenia, a jej matka nowojorską damą ze znakomitej rodziny. Christina spędziła pierwszą połowę życia w bardzo pięknym domu (niespełna godzinę drogi od miasta), który odziedziczyła po matce. Jako dziecko wychowywała się w tym domu ze swoją siostrą Sophie. Mała Goering w ogóle nie cieszyła się sympatią innych dzieci. Nigdy z tego powodu szczególnie nie cierpiała, już w bardzo wczesnym wieku prowadząc aktywne życie wewnętrzne, które do tego stopnia udaremniało obserwację otaczającego ją świata, że nie ulegała żadnym modnym fanaberiom i w wieku dziesięciu lat, zdaniem innych dziewczynek, była staroświecka. Już wtedy miała wypisany na twarzy ów fanatyzm niektórych ludzi, którzy widzą siebie w roli przywódców, chociaż nigdy nie zyskali szacunku nawet jednej ludzkiej istoty. Christina okropnie przeżywała idee, jakie nigdy nie przyszłyby do głowy jej koleżankom, biorąc też za oczywistość swoją szkolną pozycję społeczną, która dla każdego innego dziecka byłaby nie do wytrzymania. Niekiedy ta czy inna koleżanka miłosiernie próbowała spędzić z nią trochę czasu, jednak Christina nie poczuwała się do żadnej wdzięczności i za każdym razem robiła wszystko, aby nawrócić nową przyjaciółkę na kult czegokolwiek budź, w co akurat zdarzyło jej się wierzyć. Natomiast jej siostra Sophie była w szkole przedmiotem powszechnego podziwu. Przejawiała wybitny talent do pisania wierszy i cały swój wolny czas spędzała z młodszą o dwa lata, małą i cichą dziewczynką o imieniu Mary. W wieku trzynastu lat Christina miała bardzo rude włosy (kiedy dorosła, były niemal równie rude) i pulchne, różowe policzki, a jej nos zdradzał ślady wysokiego pochodzenia.

[…]

Christina zawsze pragnęła mieć Mary wyłącznie dla siebie któregoś popołudnia. Pewnego bardzo słonecznego popołudnia Sophie udała się do pokoju na lekcję pianina, Mary zaś została przed domem i siedziała na trawniku. Z niewielkiej odległości zauważyła ją Christiną i z gorączkowo bijącym sercem wbiegła do domu, gdzie zdjęła pantofle i pończochy, zostawiając na sobie jedynie krótką białą halkę. Nie robiła jednak zbyt przyjemnego wrażenia, gdyż była ciężka jak kloc i miała całkiem grube nogi. (Nikt nie potrafiłby przewidzieć, że kiedyś będzie z niej taka wysoka i elegancka dama.) Wybiegła na trawnik i kazała Mary patrzeć na swój taniec. Oczu teraz ze mnie nie spuszczaj – powiedziała. To będzie taniec ku czci słońca. Później pokażę, że wolałabym mieć Boga i nie mieć słońca, niż mieć słońce i nie mieć Boga. Zrozumiałaś? Tak – odpowiedziała Mary. Czy zatańczysz już teraz? Tak, właśnie w tym miejscu przed tobą. I w jednej chwili zaczęła tańczyć. Tańczyła beznadziejnie, wszystkie jej ruchy były ni w pięć, ni w dziewięć. Gdy Sophie wyszła z domu, Christiną biegała do przodu i do tyłu ze złożonymi do modlitwy dłońmi. Co to ma być? – zapytała Sophie. To jest chyba taniec ku czci słońca – odpowiedziała Mary. Kazała mi tutaj siedzieć i oglądać. Sophie podeszła do Christiny, która w tym momencie kręciła się w kółko, niemrawo wywijając rękami. Wydra! – powiedziała Sophie i raptownie pchnęła Christinę na trawnik.

[…]

Będąc kobietą dorosłą, panna Goering nie cieszyła się większą sympatią otoczenia niż w dzieciństwie. Mieszkała w rodzinnym domu pod Nowym Jorkiem, w towarzystwie panny Gamelon. Przed trzema miesiącami panna Goering siedziała w salonie, patrząc na bezlistne drzewa za oknem, kiedy służąca oznajmiła przyjście gościa. Czy to mężczyzna, czy kobieta? – zapytała panna Goering. Kobieta. Wprowadź ją natychmiast – rzekła panna Goering. Służąca po chwili wróciła z gościem i panna Goering wstała z miejsca. – Witam panią – powiedziała. Nie sądzę, abym kiedykolwiek widziała panią na oczy, ale proszę usiąść. Kobieta była niska i krępa, całkiem niedawno mogła przekroczyć czterdziestkę. Miała na sobie ciemne, niemodne ubranie, a jej twarz, z wyjątkiem dużych szarych oczu, niemal w każdej sytuacji można by przeoczyć. Jestem cioteczną siostrą pani guwernantki – mówiła do panny Goering – która mieszkała z panią przez wiele lat. Czy pani ją pamięta? Pamiętam – odpowiedziała panna Goering. Ja zaś nazywam się Lucie Gamelon. Siostra bez przerwy mówiła o pani i o pani siostrzyczce Sophie. Od lat zamierzałam złożyć pani wizytę, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Jednak tak to już w życiu jest, jak wiadomo.

[…]

Następnego dnia po południu służąca oznajmiła, że panna Goering będzie miała gościa. To jest ta sama pani, która była wczoraj – dodała. Proszę, proszę – pomyślała panna Goering – wyśmienicie. No i jak się pani dzisiaj czuje? – pytała panna Gamelon, wchodząc do pokoju. Mówiła bardzo swobodnie, najwyraźniej nie widząc nic dziwnego w tym, że tak szybko przybywa po raz drugi. Myślałam o pani przez całą ubiegłą noc – powiedziała. To takie niesamowite. Siostra często opowiadała, jaką dziwną dziewczynką pani była. Sądzę jednak, że z dziwnymi ludźmi można się prędzej zaprzyjaźnić. Albo też w ogóle nie można się z nimi zaprzyjaźnić: jedno z dwojga. Wielu moich literatów to byli straszni dziwacy. Dzięki temu odniosłam pewną korzyść towarzyską, która nie jest udziałem większości ludzi. Wiem również to i owo o autentycznych Bóg-im-świadkiem maniakach, jak ich sobie nazywam. Panna Goering zaprosiła pannę Gamelon na kolację. Jej towarzystwo miało na nią taki kojący i przyjemny wpływ. Panna Gamelon była pod wielkim wrażeniem znacznej nerwowości panny Goering. Kiedy już miały usiąść do kolacji, panna Goering oświadczyła, że nie zniesie jedzenia w jadalni, po czym poprosiła służącego, aby nakrył do stołu w salonie. Przez dłuższy czas włączała i wyłączała różne światła. Ja wiem, co pani czuje – powiedziała panna Gamelon. Nie jest to coś, co jakoś szczególnie bym lubiła – odrzekła panna Goering – ale w przyszłości mam nadzieję wziąć się w garść.

[...]

Trzy miesiące później panna Goering niewiele więcej wiedziała o poglądach panny Gamelon niż w ów pierwszy wieczór, kiedy zjadły razem kolację. Natomiast, dzięki bacznej obserwacji, całkiem sporo dowiedziała się o cechach charakteru panny Gamelon. Kiedy panna Gamelon zjawiła się po raz pierwszy, wiele mówiła o swoim upodobaniu do pięknych przedmiotów i przepychu, a przecież panna Goering już tyle razy zabierała ją na wyprawy po sklepach; pannę Gamelon najwyraźniej interesowały jedynie artykuły najprostsze i niezbędne. Była cicha, nawet nieco mrukliwa, ale w sumie całkiem zadowolona. Lubiła kolacje w dużych, drogich restauracjach, zwłaszcza przy dźwiękach muzyki. Nie przepadała za teatrem. Panna Goering bardzo często kupowała bilety na spektakl, a panna Gamelon w ostatniej chwili wymawiała się od pójścia. Ogarnęło mnie takie lenistwo – mówiła – że w tej chwili łóżko wydaje mi się najcudowniejszą rzeczą na ziemi. Kiedy zaś poszła do teatru, szybko zaczynała się nudzić. Jeżeli akcja sztuki nie była dość wartka, panna Goering przyłapywała pannę Gamelon na kręceniu młynka palcami i spoglądaniu na kolana. Wydawało się, że gwałtowniejsze emocje wywołują w niej obecnie zajęcia panny Goering niż jej własne, jednak już nie słuchała autocharakterystyk panny Goering z takim zaangażowaniem jak na początku znajomości.

[…]

Pani Copperfield była tak poirytowana tym natręctwem, że nie przedstawiła dżentelmenowi przyjaciółki. Mężczyzna przyciągnął sobie krzesło, usiadł i przyglądał się pannie Goering. Przed chwilą zjadłem wyśmienitą kolację – powiedział. W umiarkowanej cenie, podaną bardzo elegancko i świetnie przyrządzoną. Mogę pani zapisać adres restauracyjki, jeśli to panią interesuje. Sięgnął do kieszeni kamizelki i wydobył z niej skórzany portfel. Znalazł tylko jeden świstek, który nie był pokryty adresami. Zapisuję ten adres w tej chwili dla pani – mówił do panny Goering – gdyż bez wątpienia spotka się pani z panią Copperfield i będzie mogła podzielić się informacją, a pani Copperfield zawsze też może do pani zatelefonować. Panna Goering przyjęła karteczkę i z uwagą przebiegła wzrokiem treść. Wcale nie napisał nazwy i adresu restauracji; prosił pannę Goering, aby po przyjęciu zgodziła się pójść z nim do jego mieszkania. Było jej bardzo miło, ponieważ lubiła jak najdłużej zostawać na mieście, kiedy już raz ruszyła się z domu. Zerknęła na mężczyznę, który siedział teraz z nieprzeniknioną twarzą, spokojnie sącząc drinka i rozglądając się po pokoju jak ktoś, kto doprowadził do końca rozmowę w interesach. Jednak na jego czole widniały krople potu. Pani Copperfield spoglądała nań z niesmakiem, tymczasem twarz panny Goering nagle pojaśniała. Pozwólcie, że wam opowiem – rzekła – o dziwnym przeżyciu, jakie miałam dzisiaj rano. Proszę siedzieć spokojnie, miła pani Copperfield i posłuchać. Pani Copperfield spojrzała na pannę Goering i wzięła ją za rękę.

[…]

Po wyjściu Z imprezy Arnold szedł jakiś czas z panną Goering, po czym zatrzymał taksówkę. Droga do jego domu wiodła przez wiele mrocznych i wyludnionych ulic. Panna Goering była tak roztrzęsiona z tego powodu, że Arnold poczuł się zaniepokojony. Zawsze mi się wydaje – mówiła panna Goering – że kierowca tylko czeka, aż pasażerowie na dobre pogrążą się w rozmowie, aby pomknąć jakąś uliczką w odludne i niedostępne miejsce, gdzie będzie mógł ich torturować lub uśmiercić. Jestem pewna, że większość ludzi odczuwa to samo, co ja, mają jednak dość dobrego smaku, aby o tym nie mówić. Skoro pani mieszka tak daleko od miasta – odparł Arnold – to czemu nie miałaby pani spędzić dzisiejszej nocy u mnie? Mamy dodatkową sypialnię. Chyba właśnie tak zrobię – powiedziała panna Goering – aczkolwiek jest to całkowicie wbrew moim zasadom, chociaż z drugiej strony nawet jeszcze nie zaczęłam ich praktykować, skądinąd wszystko już osądzając według nich. Panna Goering odrobinę sposępniali po wypowiedzeniu tych słów, toteż pozostały odcinek drogi przebyli w milczeniu. Mieszkanie Arnolda znajdowało się na drugim piętrze. Otworzy! drzwi i weszli do pokoju, w którym półki z książkami sięgały sufitu. Kanapa była już posłana, na dywaniku czekały Arnoldowe bambosze. Wszystkie meble miały masywny wygląd, tu i tam leżały orientalne makatki.

[…]

Moja rodzina uważa, że nie jest to poważne zajęcie, a ponieważ sam muszę zarabiać na życie i opłacać moją część mieszkania, zostałem zobligowany przyjąć posadę w firmie mego wuja, gdzie błyskawicznie, co muszę od razu zaznaczyć, osiągnąłem najlepsze wyniki w sprzedaży. Ale wieczorami mam mnóstwo czasu dla siebie i mogę obracać się pośród ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z nieruchomościami. Oni w gruncie rzeczy prawie w ogóle nie myślą o zarobkach. Naturalnie zależy im na tym, aby mieć co włożyć do ust. A ja, chociaż mam już trzydzieści dziewięć lat, cały czas żywię nadzieję, że uda mi się kiedyś definitywnie zerwać z rodziną. Spoglądamy na życie zupełnie innymi oczyma. I coraz bardziej czuję, że moje tutejsze życie jest nie do wytrzymania, mimo że mogę sobie zapraszać kogo zechcę, gdyż pokrywam część opłat związanych z mieszkaniem.

[…]

Ojciec Arnolda wszedł, przycupnął na wysokiej krawędzi w końcu łóżka i zaczął się kołysać, dyndając nogami. Zapalił fajkę zauważalnie wy studiowanym gestem, po czym omiótł wzrokiem ściany pomieszczenia. Dobra. To szanowna pani – rzekł – również jest artystką? Nie – odpowiedziała panna Goering. W młodości chciałam zostać kimś w rodzaju religijnego przywódcy, a teraz po prostu siedzę w domu i staram się nie być za bardzo nieszczęśliwa. Razem ze mną mieszka bliska mi osoba, co moje starania nieco mi ułatwia. Co sądzi pani o moim synu? – zapytał, strzelając okiem w stronę panny Goering. Dopiero go poznałam – odparła panna Goering. Szybko pani odkryje – powiedział ojciec Arnolda – że jest to osoba dość pośledniego gatunku. Arnold nie ma pojęcia, co to znaczy walczyć. Nie wydaje mi się, żeby kobiety szczególnie to lubiły. Mówiąc prawdę, nie przypuszczam, aby Arnold miał wiele kobiet w swoim życiu, jeżeli zechce mi pani wybaczyć fakt, że przekazuję taką informację. Ja zaś dobrze znam się na walce. Przez całe życie walczyłem z otoczeniem, zamiast przesiadywać z ludźmi przy herbatce. A to jest właśnie Arnold. I moi bliźni nie byli mi dłużni, tylko rzucali się na mnie jak tygrysy. A to właśnie nie jest Arnold. Moją życiową ambicją zawsze było mieć karbik wyżej na korze drzewa od wszystkich sąsiadów i zawsze byłem gotów przyznać się do sromotnej klęski, jeśli lądowałem karbik niżej od którejś ze znanych mi osób. Od wielu lat nie ruszam się z domu. Nikt mnie nie odwiedza, z nikim się nie spotykam. A z Arnoldem i jego przyjaciółmi jest tak, że nic się właściwie nie zaczyna i nic nigdy nie kończy. Dla mnie to ryby w mętnej wodzie. Jak życie im nie odpowiada tu, czy nikt ich nie lubi tam, to idą sobie gdzie indziej urządzić nowy kram. Wdzięczą się i chcą, żeby się wdzięczyć do nich; dlatego tak łatwo podejść ich od tyłu i grzmotnąć w łeb, bo nigdy w życiu nie dali folgi szczerej nienawiści.

[…]

Będziemy żyć – powiedziała panna Gamelon – w czterech pokojach małego drewnianego domku, będziemy same gotować. To będzie na wsi, a dookoła las. To rzeczywiście brzmi dosyć ponuro – zauważył Arnold. Ale dlaczego panna Goering zdecydowała się na taki krok? Ona mówi, że to dopiero początek pewnego niesłychanego przedsięwzięcia. Wydawało się, że Arnold zrobił się bardzo smutny. Przestał się odzywać do panny Gamelon, zacisnął wargi i spoglądał w sufit. Sądzę, że najważniejsza rzecz na świecie – powiedział wreszcie – to przyjaźń i zrozumienie. Patrzył na pannę Gamelon pytającym wzrokiem. Wyglądał tak, jakby przed chwilą z czymś się rozstał. Panno Gamelon – rzekł jeszcze raz – czy nie zgodzi się pani, że przyjaźń i zrozumienie to najważniejsze rzeczy na świecie? Owszem – odparła panna Gamelon – podobnie jak trzeźwość umysłu. Chwilę później weszła panna Goering z plikiem papierzysk pod pachą. Spójrzcie – rzekła – to są umowy. Jakie długie. Ale myślę, że agent jest przemiły. Mówi, że jego zdaniem to uroczy dom. Wręczyła umowy najpierw Arnoldowi, a potem pannie Gamelon. Spodziewałabym się – odparła panna Gamelon – że będziesz się bała spojrzeć w lusterko ze strachu przed czymś szalenie dzikim, co mogłabyś w nim zobaczyć. Nic mnie nie zmusi do patrzenia na te umowy. Proszę je natychmiast zabrać z moich kolan. Panie Boże Wszechmogący!

[…]

Państwo Copperfield stali na dziobie, kiedy ich statek przypływał do Panamy. Pani Copperfield była bardzo zadowolona, że nareszcie może ujrzeć ląd. Teraz już musisz przyznać – powiedziała do pana Copperfielda – że ląd jest czymś przyjemniejszym niż morze. Ze swej strony czuła wielki strach przed utonięciem. To nie tylko lęk przed morzem – ciągnęła – ale nuda. Bez przerwy to samo przez cały ten czas. Kolory są przepiękne, naturalnie. Pan Copperfield obserwował linię brzegu. Jeśli staniesz nieruchomo i będziesz patrzeć między tamtymi budynkami na portowym nabrzeżu, dostrzeżesz takie zielone pociągi, które wożą ładunki bananów. Wygląda na to, że przejeżdżają raz na kwadrans. Żona nie odpowiedziała, wkładając tropikalny kask, który trzymała dotąd w ręku. Czy nie zaczynasz odczuwać już gorąca? Bo ja tak – stwierdziła po dłuższej chwili. Nie otrzymawszy odpowiedzi, zrobiła kilka kroków wzdłuż barierki i spoglądała w lustro wody. Korpulentna kobieta, z którą zaprzyjaźniły się w podróży, właśnie wyszła na przedni pokład, żeby porozmawiać. Pani Copperfield pojaśniała. Zrobiłaś sobie ondulację! – rzekła. Na twarzy kobiety pojawił się uśmiech. A więc pamiętaj – powiedziała. Kiedy dotrzesz do hotelu, natychmiast kładź się i wypoczywaj. Nie daj się wywlec na ulice, choćby ci obiecywali ubaw na sto dwa. Inna rzecz, że w mieście nie ma nic prócz małp. Żadnych eleganckich ludzi. Chyba że ktoś ma związki z amerykańską armią. Jednak Amerykanie siedzą głównie u siebie. Amerykańska część nazywa się Cristobal. Cristobal odseparowany jest od Colon. Colon to pusta dziura pełna mieszańców i małp. A Cristobal ładny. Każdy ma tam swoją małą werandę, każda osiatkowana. Te siateczki nigdy się nie śniły małpoludom z Colon. Ale oni i tak nie mają pojęcia, kiedy tnie ich komar, a gdyby nawet mieli, to nie kiwnęliby palcem, żeby go odgonić. Jedz masę owoców. Uważaj na sklepy. Właścicielami przeważnie są Hindusi. Czyli po prostu jak Żydzi, rozumiesz. Oskubią cię do cna.

[…]

Z pewnością znajdziemy w mieście wygodny hotel. A wtedy swobodnie będziemy mogli wydać nasze pieniądze na rzeczy bardziej ekscytujące. Dla mnie pokój, w którym mam spać, jest czymś tak istotnym – powiedziała pani Copperfield i zabrzmiało to niemal jak lament. Moja droga, przecież pokój to tylko miejsce, gdzie człowiek śpi i wkłada ubranie. Kiedy pokój jest cichy, a łóżko wygodne, niczego już więcej nie trzeba. Chyba się ze mną zgodzisz? Doskonale wiesz, że się z tobą nie zgadzam. Jeżeli masz cierpieć, pojedziemy do hotelu Washington – powiedział pan Copperfield. W jednej chwili stracił całą klasę. Oczy mu spochmurniały, wydął wargi. Ale będę się czuł fatalnie, zobaczysz. Będzie ziało taką straszną nudą. Był jak małe dziecko, pani Copperfield musiała go pocieszyć. Pan Copperfield miał chytry sposób budzenia w żonie odpowiedzialności. W końcu pieniądze są głównie moje – rzekła sobie w duchu. Bulę gros kosztów tej podróży. A przecież nie zyskała we własnych oczach dzięki tej refleksji. Mąż całkowicie nad nią panował, podobnie jak niemal każda osoba, z którą miała styczność. Wszakże pewni ludzie, którzy ją dobrze znali, potrafili twierdzić, że pani Copperfield zdolna jest do raptownych, bardzo radykalnych i niezależnych kroków bez żadnego duchowego wsparcia. Wyjrzała przez okno taksówki i dostrzegła nadzwyczajny ruch na ulicach. Ludzie, przeważnie Murzyni i umundurowani przedstawiciele flot wszystkich nacji, wbiegali gdzieś i wypadali, robiąc przy tym tyle hałasu, że pani Copperfield zadawała sobie pytanie, czy to nie jest przypadkiem jakieś święto.

[…]

Trzymali się pod rękę, chodzili ulicami. Pani Copperfield miała rozpalone czoło i zimne dłonie. Czuła dygot w dołku. Kiedy patrzyła przed siebie, wyglądało na to, że koniec ulicy najpierw skręca, potem się wyprostowuje. Powiedziała panu Copperfieldowi, a pan Copperfield wyjaśnił, że jest to efekt niedawnego zejścia z pokładu. Dzieci skakały na drewnianych gankach ponad ich głowami, wprawiając domy w drżenie. Ktoś wyrżnął panią Copperfield w bark, tak że omal nie upadła. Jednocześnie bardzo wyraźnie poczuła mocną woń różanych perfum. Drugą osobą zderzenia była Murzynka w sukni wieczorowej z różowego jedwabiu. Jest mi niewymownie przykro. Brak mi słów – rzekła Murzynka, po czym rozejrzała się nieprzytomnie i zaczęła nucić. Mówiłem, że to dom wariatów – rzucił pan Copperfield. Uwaga – mówiła Murzynka – trzeba pójść następną ulicą, która bardziej przypadnie do gustu. Mój miły czeka w tamtym barze. Pokazała bar. To jest przepiękny bar. Wszyscy tam przychodzą. Przysunęła się jeszcze bliżej i zwróciła tylko do pani Copperfield: Pójdź ze mną, kochanie, przeżyjesz najszczęśliwsze chwile swego życia. Będę w twoim typie. Chodź.

[…]

Pan Copperfield pokładał się ze śmiechu. Prawda, że śmieszne? – powiedziała dziewczyna. Daję słowo, że następnym razem już nie kupię fajki dla wujka, jeśli człowiek kiedykolwiek wróci i weźmie mnie do sklepu. Kobieta nie jest taka zła. Kto? – spytał pan Copperfield. Twoja żona. Wyglądam dziś strasznie – powiedziała pani Copperfield. Ale to nic nie znaczy, bo jesteście małżeństwem. W ogóle nie musicie się już martwić. Będzie wściekła na ciebie, jeśli jej tak powiesz – rzekł pan Copperfield. Czemu wściekła? To najpiękniejsza rzecz pod słońcem: nie mieć czegoś, czym trzeba by się martwić. Ale to wcale nie składa się na piękno – wtrąciła pani Copperfield. Co łączy brak zmartwienia z pięknem? Wszystko. Ze wszystkim, co tylko piękne na świecie. Kiedy się budzisz rano i w pierwszej minucie otwierasz oczy i nie wiesz, kim jesteś, nie znasz swojego życia: to właśnie jest piękne. A potem, kiedy już wiesz, kim jesteś, i wiesz, jaki to dzień twojego życia, a jednak dalej sobie myślisz, że jak szczęśliwy ptak żeglujesz w powietrzu: to właśnie jest piękne. To znaczy: kiedy nie masz zmartwień. Nie powiesz mi, że lubisz zmartwienia. Pan Copperfield uśmiechał się przymilnie. Po kolacji poczuł się tak zmęczony, że zaproponował pójście na spoczynek, jednak pani Copperfield była zbyt zdenerwowana i zagadnęła dziewczynę, czy nie zgodziłaby się spędzić z nią jeszcze jakiejś chwili. Dziewczyna odpada, że chętnie, jeśli pani Copperfield nie ma nic przeciwko pójściu z nią do hotelu, w którym mieszka.

[…]

Nie czuj się źle – kontynuowała Pacifica. Ja bardzo lubię kobiety. Czasem nawet bardziej od mężczyzn. Lubię moją babcię, lubię mamę i siostry. Zawsze dobrze się bawiłyśmy, wszystkie razem w domu. Zawsze byłam najlepsza. Najbystrzejsza i najbardziej pracowita. Teraz też chciałabym siedzieć w naszym domku, już ustatkowana. Ale ja ciągle zbyt dużo chcę, rozumiesz. Jestem leniwa, ale mam też temperamencik. Lubię tych mężczyzn, z którymi bez przerwy się spotykam. Oni czasem mi opowiadają, co będą robili w przyszłości, kiedy rzucą morze. Zawsze im życzę, żeby to stało się zaraz. Przeklęte okręty. A kiedy mówią, że chcą po prostu przez całe życie pływać w kółko po świecie, to odpowiadam tak: „Nie wiesz, co tracisz, chłopczyku. Między nami już wszystko skończone”. Nie lubię tych, co tak mówią. Ale teraz jestem zakochana w takim fajnym panu, który posiada interes. Przez większość czasu może opłacać mi hotel. Nie zawsze co tydzień. On bardzo się cieszy, że mnie ma. Większość mężczyzn bardzo się cieszy, gdy mnie ma. I wcale nie zadzieram nosa z tego powodu. Takie rzeczy pochodzą od Boga. Pacifica przeżegnała się. Ja byłam raz zakochana w jednej starszej kobiecie – rzuciła pani Copperfield skwapliwie. Nie była już piękna, ale w jej twarzy odkrywałam fragmenty piękna, które bardziej mnie podniecały niż jakiekolwiek piękno, które zdarzyło mi się poznać w całej krasie. Lecz kto nie kochał jakiejś starszej osoby? Dobry Boże!

[…]

Pani Copperfield piła gin z przyjemnością. I już niedługo przyjdzie na dół, żeby pogawędzić – kontynuowała pani Quill. Tu jest taki obłędny błogostan, że wszystkie świetnie się bawią. Gawędzą, piją, uprawiają miłość; jeżdżą na pikniki i chodzą do kina; a także tańczą, potrafią tańczyć całą noc… Nigdy nie muszę być sama, chyba że mam na to ochotę… Zawsze mogę pójść z nimi potańczyć, jeżeli tylko chcę. Mam też jednego faceta, który zabiera mnie na tańce, kiedy mam taką ochotę… zawsze mogę się podłączyć. Tu jest naprawdę cudownie. Nie wróciłabym do kraju nawet za furę melonów. Czasem robi się gorąco, ale na ogół jest błogo. I nikt się nigdzie nie spieszy. Seks mnie nie korci, sypiam jak osesek. Nie trapią mnie sny, chyba że coś utkwi w żołądku. Cóż, trzeba płacić, jeśli człowiek sobie dogadza. Ja zawsze mam wielką chrapkę na homara à la Newburg, proszę pani. Gdy jem tego homara, to naprawdę wiem, że jem. I mniej więcej raz w miesiącu idziemy sobie z tym panem do restauracji Billa Greya.

[…]

Państwo Copperfield pojechali do miasta Panamy na dwa dni. Pierwszego dnia po obiedzie pan Copperfield zaproponował spacer na przedmieścia, ponieważ było to coś, co robił zawsze w pierwszej kolejności, kiedy przybywał w nowe strony. Pani Copperfield z nienawiścią odnosiła się do nowych stron, gdyż ich obcość zawsze przerastała jej obawy. Szli przez dłuższy czas. Uliczki przybrały identyczny wygląd. Z jednej strony stopniowo pięły się pod górę, z drugiej stromo spadały ku nadmorskim błotom. W gorącym słońcu kamienne domy były zupełnie bez barw. We wszystkich oknach tkwiły ciężkie kraty; widzieli jedynie znikome oznaki życia. Doszli do trzech nagich chłopców, którzy trudzili się futbolówką, i skręcili w dół, w kierunku wody. Kobieta w czarnym jedwabiu powoli nadchodziła z przeciwka. Kiedy ją minęli, odwróciła się i bezwstydnie patrzyła za schodzącymi. Kilka razy oglądali się za siebie i widzieli, że ciągle stoi i patrzy. Był odpływ. Ostrożnie dreptali wzdłuż błotnistej plaży. Za plecami mieli wielki kamienny hotel, który został postawiony tuż przed niskim urwiskiem, toteż budynek znajdował się w cieniu, natomiast rozległe błota i woda nadal były w słońcu. Szli przed siebie, aż pan Copperfield wypatrzył płaską skałę, na której mogli usiąść.

[…]

Sama jazda z mężem do Panama City jeszcze nic nie znaczy – stanowczo twierdziła Pacifika. To nie znaczy, że ona jest szczęśliwa. Każdy lubi co innego. Może Copperfield woli pójść na ryby albo kupować ciuchy. Wówczas pani Copperfield z wdzięcznością uśmiechnęła się do Pacifiki. No cóż – odparła dosyć słabo pani Quill – jestem pewna, że ty byłabyś szczęśliwa, Pacifiko, gdybyś jechała z mężem do Panama City. Tam jest tak cudownie… A ona była w Paryżu – powiedziała Pacifika. Tylko przyrzeknijcie, że was tutaj zastanę za dwa dni – błagała pani Copperfield. Tak się boję, że nagle mi znikniecie. Po co wymyślasz sobie takie historie, jakby życie nie było wystarczająco trudne. A niby dokąd mamy wyjechać, skarbie? – odpowiedziała Pacifica, ziewnęła i poszła w kierunku hotelowego wejścia. Już w drzwiach posłała całusa pani Copperfield i pomachała. Być z nimi, taka radość – powiedziała głośno pani Copperfield i otworzyła oczy. Przynoszą tyle pociechy. Pan Copperfield wracał w kierunku płaskiego głazu z uśmiechem. Trzymał w ręce kamyk osobliwego kształtu i struktury.

[…]

Nagle pani Copperfield powiedziała: Po prostu nie chcę dzisiaj iść do dżungli. Wczoraj miałam taki dziwny, straszny dzień. Znajdę się w okropnym stanie, jeśli zdarzy mi się następny. Pozwól mi wrócić autobusem. Proszę. Ale – rzekł pan Copperfield – to takie głupie i bez sensu, wracać teraz, kiedy już tutaj dotarłaś. Gwarantuję ci, że w dżungli znajdziesz coś dla siebie. Ja znam trochę dżungle. Zobaczysz liście w najdziwniejszych kształtach i kwiaty. Na pewno będą cudne dźwięki. Są w tropikach ptaki, które brzmią jak ksylofony. Inne wydają dźwięk dzwoneczków. Myślałam, że jak przyjadę tutaj, to poczuję jakiś zew, poryw, aby wyruszyć. Ale nic z tego. Proszę, nie mówmy już o tym. W porządku – odpowiedział pan Copperfield. Był opuszczony i smutny. Tak bardzo lubił pokazywać ludziom rozmaite rzeczy, które sprawiały mu radość. Ruszył samotnie na skraj wody, obrzucając wzrokiem przeciwległy brzeg. Był teraz nadzwyczaj kruchy, a jego głowa przybierała piękny kształt. Proszę, tylko nie bądź smutny! – mówiła pani Copperfield, podbiegając. Absolutnie nie przystaję na twój smutek. Czuję się jak muł. Jak morderca. Ale byłabym taką straszną jędzą w dżungli po drugiej stronie rzeki. A ty będziesz zachwycony, kiedy już wejdziesz w las. I zdołasz pójść znacznie dalej w głąb beze mnie. Ale ja nie mówię nie, moja droga… Mam tylko nadzieję, że uda ci się szczęśliwie dojechać autobusem. Bóg raczy wiedzieć, kiedy wrócę. Może się zdarzyć, że zacznę łazić i łazić… a ty przecież nie będziesz chciała siedzieć sama w Panamie.

[…]

Pani Copperfield zapłaciła i mężczyzna wyszedł. A teraz – mówiła, zeskakując z łóżka – teraz kropeleczka ginu na zgryzoty. W istocie nie ma żadnego sposobu, który byłby lepszy. Bo jest taki moment, kiedy gin przejmuje wszystkie sprawy i człowiek zaczyna falować jak malutkie dziecko. A ja dziś chcę być jak malutkie dziecko. Wychyliła całą literatkę, po chwili drugą. Trzecią piła już spokojniej. Brązowe okiennice otwarte były na oścież i niewielki wiatr przywiał zapach smażonego tłuszczu. Pani Copperfield podeszła do okna i zajrzała w głąb tylnej uliczki oddzielającej hotel de las Palmas od szeregu prymitywnych chałup. W uliczce jakaś starsza pani siedziała na krześle i jadła kolację. Wszyściuteńko, do ostatniego kęsa! – zawołała pani Copperfield. Starsza pani zerknęła w górę z rozrzewnieniem, ale nic nie rzekła.

[…]

Widzę. Dżentelmen przy kości. Nie tolerujesz grubasów? Nigdy nie oceniam ludzi po ich ciałach. Nawet jako młoda dziewczyna oceniałam mężczyzn po umysłach. A że miałam rację, widzę doskonale teraz, będąc kobietą w średnim wieku. A ja od zawsze byłam wielbicielką ciał – mówiła pani Copperfield – co nie znaczy, że zakochuję się w ludziach z powodu cielesnego piękna. Bywało, że podobały mi się ciała straszne. Podejdźmy do pana Tobiego.

[…]

Zastępca kierownika uniósł brwi. Powiem teraz coś, czego pan nie zrozumie, ale mniejsza z tym. Przyjechałam tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, oczywiście po to, aby moją przyjaciółkę, panią Quill, wybawić z opresji; po drugie zaś po to, aby zobaczyć pana twarz, kiedy do pana dociera, że rachunek, który uznał pan za niezapłacony, nagłe zostaje pokryty. Miałam nadzieję, że zobaczę transformację, rozumie pan, przemianę typu: wróg zmienia się w przyjaciela. To jest zawsze takie fascynujące. Właśnie dlatego w dobrych filmach bohater częstokroć nienawidzi bohaterki nieomal do samego końca. Ale oczywiście panu nigdy by się nawet nie przyśniło, żeby odrobinę spuścić z tonu. Pan uważa, że byłoby czymś lichym i niestosownym, gdyby się pan przeobraził w sympatyczną ludzką istotę, odkrywając, że pieniądze jednak się znalazły, kiedy był pan przekonany, że żadnych pieniędzy nie ma. Pan myśli, że ludzie bogaci mogą mieć panu coś takiego za złe? Otóż zawsze im tego mało. Chcą, żeby ich lubiano również z powodu ich majątku, a nie tylko za to, czym po prostu są. Pan jest bardzo kiepski nawet jako kierownik hotelu. I z którejkolwiek strony by patrzeć, jest pan skończonym gburem. Zastępca kierownika z nienawiścią patrzył na uniesione ku niemu oblicze pani Copperfield. Jej ostre rysy i piskliwy głos budziły w nim wstręt. Pani Copperfield wydała mu się jeszcze obrzydliwsza od pani Quill. Lecz zastępca kierownika w ogóle nie lubił kobiet. Jest pan człowiekiem bez wyobraźni – mówiła pani Copperfield – bez krztyny wyobraźni! Wszystko pan traci.

[…]

W tym momencie z wielką mocą przypomniała sobie sen, który do niej często wracał. Gonił ją pod górkę jakiś pies. Na szczycie stało parę sosen i wysoki na dwa i pół metra manekin. Zbliżywszy się do szczytu, dostrzegała, że manekin zrobiony jest z prawdziwego kobiecego ciała, lecz całkiem bez życia. Manekin miał na sobie czarną suknię z aksamitu, która zwężała się coraz bardziej ku dołowi. Pani Copperfield mocno obejmowała swoją talię ręką manekina. Grubość tej ręki dziwiła ją i ogromnie radowała. Następnie wolną dłonią zginała w łokciu drugie ramię manekina, który zaczynał się kołysać do przodu i do tyłu, a wtedy pani Copperfield jeszcze mocniej lgnęła do manekina i razem spadały ze szczytu wzgórza, turlając się przez dłuższy czas, aż lądowały na wąskim chodniku, gdzie dalej tkwiły splecione w objęciach. Ten fragment snu pani Copperfield podobał się najbardziej, a szczególną przyjemność sprawiał jej fakt, że przez całą drogę w dół, usłaną kamykami i szkłem porozbijanych butelek, manekin funkcjonował jak buforek. Pacifica wskrzesiła emocjonalne sedno tego snu na jedną chwilę, co pani Copperfield uznała za oczywisty powód swojego wyjątkowego uniesienia.

[…]

W Panamie załatwiłem to i owo. Możemy wypłynąć nawet jutro. Jeszcze dziś wieczór powinienem zatelefonować. Dowiedziałem się wielu rzeczy o rozmaitych państwach Ameryki Środkowej. Moglibyśmy nawet zatrzymać się na jednym hodowlanym ranczo w Kostaryce. Jest kompletnie odizolowane, mówił mi pewien człowiek. Można tam dopłynąć tylko rzeką. Peggy Gladys wyglądała na znudzoną. Pani Copperfield chwyciła się za głowę. Wyobrażacie sobie czerwono-niebieskie guacamayo fruwające nad tamtejszym bydłem? – śmiał się pan Copperfield. Łaciński Teksas. To musi być absolutny obłęd. Czerwono-niebieskie guacamayo fruwające nad tamtejszym bydłem – powtórzyła Peggy Gladys. Co to jest guacamayo? – zapytała. Niesamowite czerwono-niebieskie ptaki mniej więcej takie jak papuga – odpowiedział pan Copperfield.

[…]

Parę miesięcy później panna Goering, panna Gamelon i Arnold już niemal cztery pełne tygodnie mieszkali w domu, który wypatrzyła panna Goering. Było nawet posępniej niż w oczekiwaniach panny Gamelon, która nie miała zbyt dużo wyobraźni i rzeczywistość często bardziej ją przerażała niż najdziksze sny. Żywiła coraz większy gniew ku pannie Goering, a jej usposobienie stało się tak złe, że nie było godziny, aby nie narzekała gorzko na swój los lub nie groziła, że wyprowadzi się na zawsze. Za domem sterczał gliniany wał i rosły jakieś krzaki, a kiedy przeszło się przez wał i ruszyło wąską dróżką przez następne krzaki, wkrótce docierało się do lasu. Po prawej stronie domu ciągnęło się pole, na którym w lecie rosło mnóstwo stokrotek. Pole dałoby się nawet oglądać z przyjemnością, gdyby w samym środku nie spoczywał zardzewiały silnik starego samochodu. Ponieważ ganek zgnił, przed domem w zasadzie nie było, gdzie usiąść, mieli więc zwyczaj siadać całą trójką przy kuchennych drzwiach, gdzie dom zasłaniał ich od wiatru. Pannę Gamelon od pierwszego dnia prześladował katar. Fakt, że domek nie miał stałego ogrzewania: tylko kilka piecyków na olej, a chociaż nadal trwała wczesna jesień, niektóre dni były już dość chłodne. Arnold coraz rzadziej zaglądał do rodzinnego mieszkania, a coraz częściej dojeżdżał do miasta kolejką i promem z domu panny Goering, aby wrócić po pracy na obiad i spędzić kolejną noc na wyspie. Panna Goering nigdy nie kwestionowała obecności Arnolda, który nieco zaniedbał się w ubiorze, a w ostatnim tygodniu trzy razy w ogóle nie udał się do biura. Panna Gamelon zrobiła z tego powodu straszną awanturę.

[…]

Panna Gamelon odparła: Ani mi się śni. Mimo wszystko on – powiedziała panna Goering – mieszka w moim domu. Tak – odpowiedziała panna Gamelon – tego nie da się ukryć. I nie ulega kwestii – mówiła panna Goering – że ludzie mieszkający w jednym domu powinni wzajemnie troszczyć się o siebie. Wszyscy zawsze tak postępują, prawda? Ludzie bardziej uważają na to, kto trafia z nimi pod jeden dach – odparła panna Gamelon, nagle wracając do życia. A ja wcale tak nie sądzę – rzekła panna Goering. Panna Gamelon wydała z siebie głębokie westchnienie i wstała. Wszystko jedno – mruknęła – niedługo znów będę wśród prawdziwych ludzkich istot. Poszły przez las ścieżką, która na skróty biegła do najbliższego miasteczka, z domu jakieś dwadzieścia minut piechotą. Każdy dziwny szelest wywoływał pisk panny Goering, która przez cały czas szła wczepiona w sweter panny Gamelon. Panna Gamelon była ponura i sugerowała powrót okrężną drogą. Nareszcie wyszły z lasu i zaczęły iść wzdłuż szosy. Po obu stronach szosy znajdowały się restauracje, przeznaczone głównie dla automobilistów. W jednej z nich panna Goering dostrzegła Arnolda, który siedział przy stoliku i jadł kanapkę.

[…]

Co się dzieje, Arnoldzie? Nie wiem – odpowiedział Arnold. To takie przykre, kiedy ktoś cię nienawidzi. Naprawdę uważam, że chyba lepiej będzie, jeśli odejdę i wrócę do domu. Ale to jest najgorsza rzecz na świecie i nienawidzę handlu nieruchomościami, i nienawidzę sytuacji, w której ona się na mnie wścieka. Czy nie możesz jej powiedzieć, że ja się muszę po prostu przystosować…, żeby zechciała chwileczkę łaskawie poczekać? Oczywiście, Arnoldzie, powiem jej o tym z samego rana. A może gdybyś wybrał się do pracy, jej stosunek do ciebie zmieniłby się na lepsze? Myślisz? – zapytał Arnold, od razu siadając bardzo prosto i z determinacją. Więc tak zrobię. Zszedł z kanapy i stanął przy oknie, szeroko rozstawiając nogi. Po prostu nie wytrzymam nawet odrobiny nienawiści w okresie przystosowawczym – rzekł – a przecież obu wam jestem szczerze oddany.

[…]

Rankiem następnego dnia ojciec Arnolda zszedł na dół w koszuli z rozpiętym kołnierzykiem i bez kamizelki. Odrobinę zwichrzył sobie włosy i wyglądał teraz jak story artysta. Na miłość boską, a co pocznie Matka? – pytał go Arnold przy śniadaniu. Trele-morele! – mówił ojciec Arnolda. Masz się za artystę i nawet nie wiesz, jak być nieodpowiedzialnym. Całe piękno w artyście to dziecięca dusza. Dotknął dłoni panny Goering, a panna Goering znów nie mogła nie pomyśleć o jego przemowie tamtej nocy, kiedy przyszedł do jej sypialni i o tym, jak diametralnie różne były jego ówczesne słowa od dzisiejszych. Jeśli twoja matka pragnie żyć, to będzie żyć, pod warunkiem, że jest gotowa wszystko zostawić za sobą. Tak jak ja – dodał. Panna Gamelon czuła się odrobinę nieswojo w towarzystwie starego mężczyzny, który najwyraźniej dokonał jakiejś zasadniczej zmiany w swoim życiu. Jednak jego osoba wcale jej nie ciekawiła. Cóż – powiedział Arnold – tymczasem wyobrażam sobie, że nadal zapewniasz pieniądze na czynsz. Ja nie przestałem łożyć na moją część.

[…]

Panna Goering postanowiła iść wzdłuż szosy, gdyż było zdecydowanie zbyt ciemno na spacer przez las. Jeszcze po południu rozważała to jako obowiązkowe wyzwanie, lecz później doszła do wniosku, że czystym szaleństwem była już sama myśl. Na dworze wiał zimny wiatr i panna Goering mocniej owinęła się w szal. Nadal uwielbiała wełniane szale, chociaż nie były w dobrym guście już od wielu lat. Panna Goering patrzyła w niebo; szukała gwiazd, mając wielką nadzieję, że jakieś zobaczy. Stała nawet dłuższą chwilę nieruchomo, lecz nie potrafiła orzec, czy noc jest gwiaździsta, czy nie, bo chociaż skupiła całą uwagę na niebie i nie spuszczała wzroku przez pewien czas, gwiazdy zdawały się zjawiać i znikać tak szybko, że bardziej przypominały wizje niż widoki gwiazd. Doszła do wniosku, że to z powodu chmur, które gnają tak prędko, że w jednej chwili gwiazdy są widoczne, a w następnej unicestwione. Panna Goering podążyła w stronę stacji. Kiedy weszła na peron, odkryła ze zdziwieniem, że grupa ośmiorga czy dziewięciorga dzieci dotarła tam przed nią. Każde trzymało w ręce duży złoto-niebieski proporczyk szkoły. Dzieci niewiele mówiły, gdyż były pochłonięte ociężałym podskakiwaniem to na jednej, to na drugiej nodze, a ponieważ robiły to unisono, mały drewniany peron trząsł się tak obrzydliwie, że panna Goering rozważała możliwość zwrócenia dzieciom uwagi na ten fakt. Jednak już po chwili pociąg wjechał na stację i wszystkie dzieci razem z panną Goering weszły do wagonu. Panna Goering zajęła wolne miejsce nieopodal przysadzistej kobiety w średnim wieku. Oprócz pań w pociągu były tylko dzieci. Panna Goering obserwowała kobietę z ciekawością. Kobieta miała rękawiczki i kapelusz i trzymała się bardzo prosto. W prawej ręce dzierżyła długi, cienki pakunek, który wyglądał jak packa na muchy. Patrzyła nieruchomo przed siebie i ani jeden mięsień nie drgnął na jej twarzy. Były jeszcze inne pakunki, które ułożyła w zgrabną stertę na siedzeniu obok. Panna Goering przyglądała się kobiecie, mając nadzieję, że również ona podróżuje na sam koniec wyspy. Pociąg powoli ruszył i kobieta położyła wolną rękę na stosie pakunków, aby nie zsunęły się z siedzenia na podłogę. Większość dzieci stłoczyła się na dwóch ławeczkach; pozostałe musiałyby usiąść gdzie indziej, wolały jednak stać obok siedzących przyjaciół. Zaraz zaczęły śpiewać, a wszystkie piosenki wynosiły ich szkołę pod niebiosa. Śpiewały tak źle, że panna Goering prawie nie mogła wytrzymać. Wstała i z taką zawziętością ruszyła pędem w ich stronę, że przestała zwracać uwagę na kołysanie pociągu, aż w tym zgubnym pośpiechu potknęła się i runęła w przejściu obok śpiewających dzieci.

[…]

Kobieta zdążyła już zmobilizować wszystkie siły i wydawała się znacznie pewniejsza siebie. Spojrzała pannie Goering prosto w oczy. Pochodzę z Glensdale – rzekła – i mieszkam w Glensdale aż do dziś. Teraz jadę odwiedzić bliską mi osobę, która mieszka kawałeczek dalej. Czemu ja panią tak przerażam? – powiedziała panna Goering.  Chciałam z panią tylko porozmawiać. Nie będę tego dłużej tolerować – mówiła kobieta bardziej do siebie niż do panny Goering. Mam w życiu dość prawdziwych zmartwień, aby jeszcze się użerać z wariatkami. Chwyciła parasolkę i mocno zdzieliła pannę Goering w kostki u nóg. Była teraz zupełnie czerwona na twarzy i panna Goering zawyrokowała, że pomimo niewątpliwie mieszczańskiego wyglądu kobieta w istocie jest histeryczką, lecz ponieważ panna Goering znała wiele kobiet tego rodzaju, postanowiła nie dziwić się niczemu, co mogłoby się jeszcze wydarzyć. Kobieta zabrała wszystkie pakunki oraz parasolkę i z trudem oddaliła się przejściem między siedzeniami. Wkrótce wróciła z konduktorem. Oboje zatrzymali się przy ławeczce panny Goering. Kobieta przystanęła za starym mężczyzną. Konduktor tak głęboko pochylił się nad panną Goering, że nieomal czuła jego oddech. W tutejszych pociągach nie rozmawiamy – rzekł konduktor – z pasażerami, których nie znamy. W uchu panny Goering jego głos zabrzmiał bardzo łagodnie. Konduktor spojrzał na kobietę, która nadal wydawała się zła, lecz była zdecydowanie spokojniejsza. Następnym razem – mówił konduktor, który nie bardzo wiedział, co ma jeszcze powiedzieć – kiedy następnym razem będzie pani jechała tą trasą, proszę nie opuszczać swojego miejsca i nikomu się nie naprzykrzać. Jeśli zechce pani spytać kogoś o godzinę, można to zrobić bez zbędnego zamieszania, albo też dać niewielki sygnał ręką, a wówczas ja sam chętnie udzielę odpowiedzi na każde pytanie. Wyprostował się i zastanawiał nad jakimś dalszym ciągiem. Proszę też zapamiętać – dodał – i powiedzieć o tym wszystkim swoim bliskim i znajomym. Proszę zapamiętać, że przewóz psów i jazda w kostiumie na bal przebierańców nie są w tym pociągu dozwolone, chyba że wszystko zostanie ukryte pod bardzo obszernym płaszczem; i już bez awantur – dorzucił, grożąc palcem pannie Goering. Uchylił czapki przed kobietą i odszedł.

[…]

Interesują mnie wszystkie rzeczy, którymi on się interesuje, ale prawdą jest, że walka klas była czymś niezwykle dla mnie ważnym, jeszcze zanim go poznałam. Ja mam inną naturę, proszę pani. Gdy tylko coś może dać mi szczęście, to chwytam to obiema rękami i biorę sobie chociażby prosto z nieba; a zatrzymuję dla siebie jedynie to, co naprawdę kocham, bo jedynie to naprawdę umiem dostrzec. Świat ingeruje w moje życie i w moje szczęście osobiste, ale ja nigdy nie zadaję się ze światem, tylko dopiero teraz, odkąd jestem z Dickiem. Bernice wysunęła rękę w stronę Dicka, aby Dick mógł potrzymać ją za dłoń. Bernice była trochę pijana. Smutno mi się robi, kiedy ciebie słucham – rzekł Dick – bo doskonale wiesz, będąc osobą o poglądach lewicowych, że zanim rozpoczniemy walkę o nasze szczęście osobiste, musimy stoczyć bój o coś innego. Żyjemy w czasach, w których szczęście jednostki bardzo niewiele znaczy, ponieważ jednostce pozostaje minimalna ilość czasu. Mądrość nakazuje, aby przede wszystkim zniszczyć siebie; lub przynajmniej zachować tylko taką część siebie, która może zostać wykorzystana przez kolektyw. Jeśli tego nie zrobimy, stracimy z oczu rzeczywistość obiektywną i tak dalej, i popadniemy w mistycyzm, który w chwili obecnej oznacza zwykłe marnotrawstwo czasu. Masz rację, Dickie, kochanie – odparła Bernice – ale ja czasami tak bardzo chciałabym mieć wokół siebie służbę w jakimś ślicznym pokoju. Czasem sobie myślę, że przynależność do burżuazji byłaby czymś naprawdę fajnym. (Panna Goering zauważyła, że słowo „burżuazja” zostało wypowiedziane tak, jakby Bernice przed sekundą je poznała). Bernice mówiła dalej: Ja jestem tak bardzo ludzkim stworzeniem. Nawet będąc ubogą dziewczyną, muszę pewnie pragnąć tych samych rzeczy, których pragną oni, ponieważ czasem w nocy fakt, że tak bezpiecznie sobie śpią w swoich własnych domach, wcale nie wywołuje we mnie gniewu, tylko napełnia mnie spokojem, zupełnie jak dziecko, które boi się ciemności i lubi usłyszeć dorosłych rozmawiających na ulicy. Czy nie sądzisz, że w tym, co mówię, zawiera się jakiś sens, Dickie? Ani krztyny! – odpowiedział chłopak. Oboje doskonale wiemy, że to właśnie ich bezpieczeństwo powoduje, że budzimy się z krzykiem na ustach.

[…]

I znowu postawi na swoim – powiedział Frank – cholera jasna. Och – zapytała panna Goering – pan się go boi? Ani trochę – odparł Frank – ale to nieprzyjemny typ… to jedyne słowo, jakie przychodzi mi do głowy: nieprzyjemny. A jak zważyć wszystko, życie jest za krótkie. Tak – powiedziała panna Goering – czy on może być groźny? Frank wzruszył ramionami. Andy wrócił. Jest księżyc, są gwiazdy – rzekł – widziałem wszystko bardzo wyraźnie prawie po krańce miasta. Nigdzie nie ma policji, więc uważam, że możemy się napić. Wsunął się na siedzenie naprzeciw panny Goering. Zimno, martwota, na mieście nie ma żywej duszy – zaczął – lecz to właśnie lubię ostatnimi czasy; pani wybaczy, jeśli wypadnę ponuro przy tak rozrywkowej kobiecie jak pani, ale nigdy nie zwracam uwagi na osobę, z którą rozmawiam: taki mam obyczaj. Przypuszczam, że ludzie mogliby o mnie powiedzieć: „Brak w nim szacunku dla innych ludzkich istot”. P a n i z pewnością darzy szacunkiem swoje towarzystwo, a jednak wyłącznie dlatego, że szanuje pani siebie, a to jest podstawa absolutnie wszystkiego: my sami. Kiedy już zaczął mówić, panna Goering wcale nie czuła się dużo swobodniej aniżeli wcześniej, zanim się do niej przysiadł. Wydawało się, że w jego głosie z każdą chwilą rośnie napięcie, nieomal gniew, a przypisywanie pannie Goering cech, które nie miały żadnego związku z jej prawdziwą naturą, nadawało jego słowom nierzeczywisty charakter i powodowało, że panna Goering czuła się jak ktoś bez znaczenia.

[…]

Zawsze mnie zdumiewa – mówił pan Bellamy – jakim sposobem ludzie w ogóle są w stanie mieć wolny czas… to znaczy, więcej wolnego czasu niż im naprawdę potrzeba. Chodzi mi o to, że pracujemy w naszej branży od trzydziestu dwóch lat. I nie było jeszcze takiego dnia, żebym nie miał przynajmniej trzynastu lub czternastu spraw na swojej głowie. Panu może się wydawać, że odrobinę przesadzam, może się panu wydawać, że nawet bardzo przesadzam, ale ja nie przesadzam: to prawda. Po pierwsze, sam osobiście doglądam każdego domu z naszej listy. Sprawdzam rury i kanalizację, sprawdzam wszystko. Sprawdzam, czy dom jest czy nie jest utrzymywany w należytym porządku, zaglądam przy każdej zmianie pogody, aby sprawdzić, jak dany budynek znosi zamieć albo burzę. Dokładnie wiem, ile węgla potrzeba na ogrzanie każdego domu z naszej listy. Osobiście rozmawiam ze wszystkimi klientami i staram się mieć wpływ na cenę, jakiej żądają za dom, nieważne czy chcą wynająć, czy sprzedać. Na przykład: jeśli ktoś dyktuje jakąś cenę, a ja wiem, że cena jest zbyt wysoka, bo przecież mogę ją porównać ze wszystkimi cenami na rynku, to wówczas staram się go przekonać, aby cenę odrobinę opuścił i w ten sposób przybliżył do normy. A jeśli, z drugiej strony, ktoś sam chce się oszukać, ja natomiast wiem…

[…]

Droga Ethel [czytała],

Mam nadzieję, że przeczytasz ten list z całą pobłażliwością i współczuciem, które tak mocno są obecne w Twoim sercu. Mogę Ci jedynie powiedzieć, że w życiu każdego mężczyzny pojawia się mocna pokusa, aby na pewien czas zostawić swoje życie za sobą i poszukać nowego. Kiedy mężczyzna mieszka niedaleko morza, jest to mocna pokusa, aby wsiąść na najbliższy statek i odpłynąć, opuszczając nawet najbardziej szczęśliwy dom oraz najukochańszą żonę lub matkę. Prawdą jest również to, że kiedy mężczyzna mieszka blisko drogi, może poczuć równie mocną pokusę, aby zarzucić plecak na ramiona i odejść, także w tym wypadku opuszczając swój szczęśliwy dom. Bardzo niewielu ludzi ulega tej pokusie, jeśli ich młodość przeminęła bez historii tego rodzaju. Ale nasuwa mi się taka myśl, że czasem podeszły wiek wpływa na nas tak jak młodość i jak mocny szampan uderza nam do głów, a wtedy mamy odwagę robić rzeczy, których wcześniej nigdy nie śmieliśmy robić, może również dlatego, że czujemy, iż to jest już ostatnia szansa. Jednak będąc ludźmi młodymi moglibyśmy wytrwać w takiej przygodzie, natomiast iv moim wieku odkrywa się bardzo szybko, że to jest zwykła chimera i że brak nam sił. Czy weźmiesz mnie z powrotem do siebie?

Twój kochający mąż

Edgar

[…]

Pracujesz w innym mieście? W ogóle nie pracuję. Pracujesz, pracujesz. I nie próbuj robić mnie w konia, bo nikomu się to jeszcze nie udało. Nie rozumiem. Pracujesz po trosze jako prostytutka, nie? Panna Goering wybuchnęła śmiechem. Boże! – powiedziała. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogę wyglądać jak prostytutka tylko dlatego, że mam rude włosy; może jak wiedźma lub wariatka, która uciekła z zakładu, ale przecież nie jak prostytutka! Dla mnie wcale nie wyglądasz jak wiedźma czy wariatka, która uciekła z zakładu. Wyglądasz jak prostytutka i nią jesteś. Nie chodzi mi o zwykłe prostytutki na godzinę. Ty jesteś z tych średnich. Dobrze. Nie mam nic przeciwko prostytutkom, lecz zapewniam, że nie jestem jedną z nich. Nie wierzę. Ale w jaki sposób możemy w ogóle się ze sobą zaprzyjaźnić – mówiła panna Goering – jeśli pan nie wierzy w – żadne moje słowo? Mężczyzna jeszcze raz potrząsnął głową. Nie wierzę, kiedy mi mówisz, że nie jesteś prostytutką, bo dobrze wiem, że jesteś prostytutką. W porządku – powiedziała panna Goering. Już mnie zmęczyła ta kłótnia. Zauważyła, że inaczej niż większość twarzy, oblicze mężczyzny wcale nie nabiera życia w trakcie rozmowy, i poczuła, że jej wszystkie intuicje były słuszne.

[…]

Lecz wciąż wyglądasz niesłychanie ponuro. Ale jestem już mniej ponury. Po prostu widać po mnie rezultat straszliwej walki, którą stoczyłem w swoim wnętrzu, a przecież wiesz, że oblicze triumfu częstokroć przypomina oblicze klęski. Triumf tak prędko blednie, że prawie nigdy go nie widać, toteż zawsze możemy oglądać tylko oblicze klęski – rzekła panna Goering. Nie chciała mówić przy Franku, że wyjeżdża, gdyż była pewna, iż Frank będzie wiedział, dokąd jedzie. Andy – powiedziała – poszedłbyś ze mną na drugą stronę ulicy, do łodziami? Jest coś, o czym chciałabym z tobą porozmawiać. Jasne – odparł Andy znacznie swobodniejszym tonem niż oczekiwała panna Goering. Ale zaraz potem wracamy tu na drinka. Poszli przez ulicę do małej lodziarni i usiedli naprzeciw siebie przy stoliku. Oprócz nich i chłopaka, który obsługiwał gości, w środku nie było nikogo. Chłopak skinął głową, gdy wchodzili. Znowu tutaj? – zwrócił się do panny Goering. Staruszek dziś sobie troszeczkę na panią poczekał przed południem. Tak – powiedziała panna Goering. Okropna historia. Ale jednak dała mu pani kwiatek na odchodnym. To musiało mile go połechtać.

[…]

Posłuchaj, Andy – mówił bardzo cienkim głosem – dlaczego nie chcesz w tym momencie wstać z kolan, żeby wszystko sobie dobrze przemyśleć? Bo ona nie będzie śmiała – odpowiadał Andy, podnosząc głos coraz wyżej – odtrącić mężczyzny, który upadł przed nią na kolana. Nie ośmieli się! To byłoby świętokradztwo. Tego nie rozumiem – rzekła panna Goering. Jeśli mnie odtrącisz – powiedział Andy – ja cię skompromituję, będę się czołgał na ulicy, narobię ci wstydu. W gruncie rzeczy nie mam poczucia wstydu – odparła panna Goering – i myślę, że twoje własne poczucie wstydu jest straszliwie wyolbrzymione, nie mówiąc już o tym, że okropnie podkopuje twoje siły. A teraz muszę iść, Andy. Wstań, bardzo cię proszę. Jesteś wariatką – mówił Andy. Ty jesteś wariatką i potworem… naprawdę. Jesteś potworem, Robisz coś potwornego. Tak – rzekła panna Goering – może moje pociągnięcia rzeczywiście wyglądają nieco dziwnie, lecz od dawna sobie myślę, że często, jakże często, bohaterowie, którzy uważają siebie za istoty potworne, gdyż tak bardzo niepodobni są do innych ludzi, powracają znacznie później i oglądają prawdziwe potworności popełniane w imię czegoś przeciętnego.

[…]

Panna Goering miała nadzieję, że pani Copperfield zapyta ją teraz o jej życie. Bardzo pragnęła opowiedzieć komuś o wszystkim, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku. Lecz pani Copperfield tylko siedziała i popijała whisky, która od czasu do czasu ściekała jej z podbródka. I nawet nie patrzyła na pannę Goering, więc przesiedziały dziesięć minut w milczeniu. Chyba – rzekła pani Copperfield – zadzwonię już do Pacifiki i powiem, żeby przyjechała po mnie za trzy kwadranse. Panna Goering zaprowadziła ją do telefonu i wróciła do stolika. Chwilę później podniosła wzrok i zobaczyła, że jeszcze jeden mężczyzna dołączył do Bena i jego kumpli. Kiedy pani Copperfield wróciła, panna Goering błyskawicznie spostrzegła, że stało się coś poważnego. Jej przyjaciółka osunęła się na krzesło. Mówi, że nie wie, kiedy będzie, a jeśli jej nie będzie, kiedy postanowisz iść, to mam jechać do domu z tobą albo sama. A więc stało się, prawda? Jednak cały mój urok w tym, że ja bez przerwy znajduję się na krawędzi rozpaczy i jestem jedną z bardzo niewielu znanych mi osób, które potrafiłyby zdobyć się na gwałtowny czyn z największą łatwością. Wymachiwała dłonią nad czubkiem głowy. Gwałtowne czyny zazwyczaj popełnia się z łatwością – odpowiedziała panna Goering. W owej chwili miała już całkiem dosyć pani Copperfield, która wstała z krzesła i zygzakiem poszła do bufetu. Wychylała tam szklaneczkę za szklaneczką, nie odwracając swojej małej głowy, niemal w całości zakrytej wielkim futrzanym kołnierzem jej palta.

Jane Bowles, Dwie poważne damy

Obyczajowa powieść Jane Bowles – amerykańskiej dramatopisarki i powieściopisarki przenosi zwyczajne wydarzenia przede wszystkim do Nowego Jorku w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, także do Tangeru w afrykańskim Maroku jak również i do środkowoamerykańskiej Panamy, gdzie obie tytułowe damy szukają sensu dla swego życia w pierwszej połowie dwudziestego wieku. Christina Goering i Frida Copperfield to dwie niby odrębne życiowe historie, które zazębiają się w jednym wewnętrznym przymusie: jak wyzwolić się z konwenansów dławiących spontaniczne życie, jak też poczuć się na wskroś wolnym w świecie krzewiącej się obłudy i niegasnącego zakłamania. Obie strasznie poważne damy łączy również swoista „gorączka” poszukiwacza niezwykłych wrażeń, a w zasadzie tego, czegoś więcej na kształt niegasnącego pragnienia co chce wciąż spijać do dna relacje personalne, aby nie były nudne, oby też schematyczne. Co ciekawe wnikliwy czytelnik na koniec może też sam poczuć, że niemożliwym jest zbudowanie „świętego związku” w świecie co rusz budowanym na powierzchownych czy absurdalnych pseudodialogach. Powieść Bowles to niewątpliwie ciekawy przecinek, a może też i więcej niż antrakt, w którym niczym zwierciadle przegląda się pojedynczy człowiek niechybnie wyrzucony na brzeg swego krótkotrwałego życia.  



powrót ››