Blog

 

29.05.2026

W dobrych rękach

„Panował przeciąg – czuła oddech

gorąca na swojej twarzy,

 jasną dłoń nieba”


„Pomyślała:

mogę trzymać cię w objęciach i czuć,

 że mimo to tęsknię za twoim ciałem.

Pomyślała:

mogę słuchać, jak mówisz,

i mimo to tęsknić za dźwiękiem twojego głosu”


„Nie mam w tym życiu choćby jednej rzeczy”


„Bo dom mój będzie nazwany domem modlitwy

dla wszystkich narodów”

Izajasz 56, 7

 

 

 

[…]

Kiedy przeprowadzili się do wschodniej części kraju, miała jedenaście lat, a Louis – najstarszy – trzynaście. Hendrik był dziesięcioletnim chłopcem o zapadniętych policzkach, melancholijnie usposobionym, zbyt niskim jak na swój wiek. Isabel nie myślała, że jej brat może wiele pamiętać z tych pierwszych dni w domu. Przeważnie rozmawiali o tym, co było wcześniej: o dzieciństwie w Amsterdamie, o ojcu w czasach przed chorobą, zapachu miasta w grudniu, jeżdżącej w kółko miniaturowej ciuchci. A jednak miał rację. Osobliwa myśl, która nigdy przedtem nie przyszła jej do głowy – wprowadzili się do gotowego, urządzonego domu. Miał niemal wszystko, co trzeba: prześcieradła, garnki, wazony na parapetach. Ale to należało do matki… Isabel urwała. Ich matka uwielbiała wzór z zającem. Dom był pełen zajęcy: zajęczych figurek na parapetach, zajęcy na wyłożonej płytkami wewnętrznej ścianie kominka. Mieliśmy kiedyś… – zaczął Hendrik. Zaraz, zaraz, pamiętasz, w Amsterdamie, mieliśmy te talerze w kwiaty, bodajże dzwonki. Nie, talerze należały chyba do… tej kobiety, która była wtedy żoną wujka Karela, jak myślisz? Czy to nie ona przyszykowała dla nas dom?

[…]

 Isabel skrzyżowała z nim spojrzenie, nie okazując skruchy. Eva jest skromną osobą. Prawda? – wycedził Louis. Nie czekając na reakcję dziewczyny, odpowiedział za nią: Była maszynistką w Van Dongen. Niedawno rzuciła pracę, kiedy… yyyy… Ciotka – podpowiedziała mu Eva. Ach tak, kiedy ciotka przekazała jej w spadku pewną sumkę… Zgadza się – potwierdziła Eva, z trudem łapiąc oddech. Więc ta bystra dziewczyna jest w zupełności samowystarczalna, Isabel. Nie chcę się zastanawiać, co sugerowałaś. Isabel pogrążyła się w głębokim milczeniu. Rozmowa urywała się i zacinała, ale nie ustawała. Hendrik podsycał napięcie i podrwiwał z nieświadomej niczego Evy. Louis wyraźnie to dostrzegał, a po chwili ignorował: przy każdym przypływie irytacji odwracał się do Evy i natychmiast robił cielęce oczy oraz rozluźniał usta. Isabel stwierdziła, że z tą miną wygląda głupkowato. Wiele lat temu Louis przyprowadził dziewczynę także na pogrzeb ich matki. Teraz widniała na wszystkich zdjęciach, lecz nikt nie mógł sobie przypomnieć jej imienia. Nawet Louis – Isabel zapytała go raz o to, gdy robiła album.

[…]

To był krótki spacer bulwarem. Louis mieszkał niedaleko. On i jego dziewczyna mogli spóźnić się do restauracji tylko z jednego powodu – nie wyszli z domu na czas. A z jakiego powodu mieliby nie wyjść z domu na czas? Isabel nasunęła się odpowiedź, jaskrawa, nieprzyjemna – migawkowa scenka w łóżku. Z gatunku takich, które rozgrywają się między ludźmi w zaciszu sypialni. Dosłownie uciekła wzrokiem od tego obrazu i spojrzała w stronę morza. Zachodzące słońce było odległą plamą światła za kołderką szarości. Morze napierało, kotłując się, a potem cofało, wciąż się kotłując. Wtedy Eva zatrzymała się i zrównała z nią, powiedziała, że potrzebuje chwili z dala od „chłopaków” – to ostatnie słowo zabrzmiało jak hasło konspiracyjne. Isabel skrzywiła się. Gdy dotarli do ulicy Louisa, wiatr ucichł. Wyższe budynki, niewielkie ogrody. Eva zaczęła trajkotać ściszonym głosem, najwyraźniej zapominając o wcześniejszych słowach Isabel. Nie mówiła nic konkretnego, komentowała wygląd ogrodów, nadając swoim wypowiedziom formę pytającą: czyż begonie nie kwitną pięknie? I czy nie pokochałaby własnego ogrodu? Wydawało się, że pytanie było skierowane do Isabel, ale nie było, a zaraz po nim nastąpiło krótkie, zrezygnowane westchnienie: Och, tyle że fatalnie bym sobie z nim radziła, prawda? Marna byłaby ze mnie właścicielka ogrodu, pousychałoby wszystko, co próbowałabym uprawiać, jestem tego pewna.

[…]

Niedzielny poranek spędziła w kościele, w którym unosił się zapach politury i starych zasłon. W ranek poniedziałkowy, skąpany w rzęsistych promieniach dobrotliwego słońca, Isabel zabrała się do pracy w ogrodzie. Krzewy bzu wymagały przycięcia, a róże podwiązania. Potem Isabel ryła w ziemi w poszukiwaniu kolejnych ostrych odłamków. Nic nie znalazła. Po południu odwiedziła prawnika w sprawie swojego świadczenia pieniężnego z testamentu matki, we wtorek umówiła się z tapicerem w sprawie krzesła, w środę zrobiła zakupy spożywcze, których bała się powierzać Neelke, a w czwartek poszła na herbatę do domu Van den Bergów, ponieważ Johan był w mieście – Isabel wolała iść do niego, bo wtedy on nie przychodził już do niej, i to jej odpowiadało: parkowanie pod domem jego matki, wymiana gładkich formułek powitalnych, kawa przed obiadem. W przeciwnym razie Johan wziąłby sprawy w swoje ręce – pojawiłby się bez zapowiedzi pod jej drzwiami, wszedł do środka ze swoim przenikliwym wzrokiem i przesiadywał kołkiem w pokoju, dotykając różnych przedmiotów, wypytując ją o jej sprawy. Sterczałby w drzwiach. W takich sytuacjach nie wiedziała, jak się zachować. Czuła wtedy zawroty głowy, może nawet mdłości, ale Hendrik tłumaczył jej, że to tylko nerwy i że to zupełnie normalne. Podczas obiadu u matki Johana ten, pod stołem, pod osłoną obrusa, położył swoją rozgrzaną dłoń na dłoni Isabel. Trzymał ją na jej kolanie, a w tym czasie jego matka zapytała: „Czy Isabel słyszała, co się przydarzyło Huijersom?”. Przychodząca w weekendy pomoc domowa została przyłapana na kradzieży – od jakiegoś czasu znikały różne rzeczy, „same drobiazgi, łyżka, talerz, aż, rzecz jasna, pewnego ranka pani domu budzi się i odkrywa, że zginął jej najcenniejszy naszyjnik. Tak czy owak, w końcu przyłapali tę dziewczynę. Wytrząsnęli naszyjnik z jej torby, kiedy wychodziła z domu. Ładne kwiatki! Wytrząsnęli całą szufladę sreber: noże, widelce i…”.

[…]

Zauważyli ją. Krótka cisza – zgasł śmiech Evy, zastygła w bezruchu gestykulująca ręka Louisa. Po chwili Louis wstał, podszedł i powiedział: Ooo, wróciłaś, świetnie, wspaniale, czekaliśmy, widzisz… Co robicie? – zapytała Isabel, mając na myśli: co was tu sprowadza? Dobry humor Louisa wyparował. Położył rękę na oparciu krzesła. Sprawiał wrażenie, jakby miał nadzieję zastać ją w lepszym nastroju, a teraz musiał zrewidować swoją taktykę. Louis pojawiał się w domu tylko dwa razy w roku: na Wielkanoc i aby odwiedzić grób ich matki w rocznicę jej śmierci. Cmentarz znajdował się na obrzeżach Zwolle, dwadzieścia minut autem od domu. Matka zmarła w listopadzie. Był koniec maja. Macie piękny dom, Isabel – skomentowała Eva. Na ustach miała smugi po porto. Utleniacz sprawił, że kosmyki jej włosów sterczały ze spinek. Tego dnia miała na sobie inną sukienkę, ale równie kiepsko skrojoną. Tkanina przypominała starą narzutę. Isabel pragnęła, żeby Eva sobie poszła.

[…]

Isabel milczała. Zebrała łyżeczki i włożyła je z powrotem do szuflady, przez cały czas odwrócona plecami do drzwi. W końcu Eva wyszła. Na pożegnanie rzuciła ciche „dobranoc”, brzmiąc już mniej pewnie. „Zobaczymy”, powiedziała wtedy w restauracji. W tamtym momencie była kimś innym. Kimś, o kim Isabel mogła snuć mgliste spekulacje. Niewyraźnym zarysem osoby. Poczekała, aż szuranie na górze przycichnie, po czym sama weszła na piętro. Korytarz był zacieniony, światła zgaszone, ale spod jednych drzwi sączyło się pasemko światła. Dawny pokój jej matki. W środku rozmawiało dwoje kochanków, cicho się śmiejąc. Isabel sztywnymi ruchami umyła się pod prysznicem, po paru nieudanych próbach w końcu udało jej się na nowo zapleść warkocze i położyła się do łóżka. Wszystko się w niej gotowało. Przewód kominka na parterze przebiegał przez jej pokój i jako tako ogrzewał pomieszczenie. Mimo to trzęsła się pod kołdrą. Długo nie mogła zasnąć, słuchając dochodzących z korytarza odgłosów. Raz zdawało jej się, że słyszy szmery. Innym razem westchnienie. Zrobiło jej się gorąco, a potem zimno. W końcu dom ucichł i słychać było jedynie dźwięki słabnącej burzy.

[…]

To wujek Karel znalazł dla nich ten dom zimą czterdziestego czwartego. Koniec wojny był tuż-tuż, w zachodniej Holandii szalał głód. Isabel i jej braci posłano naprzód, statkiem płynącym na wschód, na którym tłoczyli się z innymi dziećmi w ich wieku – dziećmi obcymi, dziećmi, które kaszlały w poły kurtek, jakby chciały utrzymać kaszel w tajemnicy. Jedna dziewczynka pokazała Isabel zawartość swojej walizeczki: lalka, para butów, widelec, talerz. Tłumaczyła, że jej rodzina zastępcza miała ją karmić, ale nie miała czym, brakowało im widelców. Isabel pomyślała wtedy, że to zmyślona historia, a nie lubiła zmyślonych historii. Zjeżyła się i fuknęła: „Bzdury, komu brakuje widelców?”. Przez resztę podróży nie odezwała się do niej ani razu. W porcie odebrał ich wuj Karel. Było bardzo zimno. Stali długo przed samochodem, a w tym czasie niemiecki żołnierz nonszalancko zadawał mnóstwo pytań, trzymając ich dokumenty w dłoni odzianej w rękawiczkę. Wuj odpowiadał na wszystkie jowialnie, uśmiechając się i kiwając głową.

[…]

Siedząc na ziemi z papierami w ręku, Isabel zacisnęła szczękę tak mocno, że jej staw znieruchomiał i musiała otworzyć usta palcami. Wojna tkwiła w jej pamięci mgliście, bez ładu i składu. W 1939 roku, w poniedziałek, jej ojciec spadł ze schodów. W piątek miał krwotok z nosa, plamiąc trzyczęściowy garnitur i zmarł jeszcze przed końcem miesiąca. W 1943 roku lubiana w klasie Vera nazywała ją Isą Śmierdzizgęby i reszta klasy również zaczęła ją tak przezywać. W 1941 roku Louis dostał na urodziny miniaturowy pociąg z lokomotywą, który stale jeździł w kółko. Na Rotterdam spadły bomby. Ciężarówki jeździły po odłamkach cegieł walających się po Sarphatistraat, gdzie Isabel kupowała z matką ogórki kiszone. Chodziła pieszo do szkoły. Bomby spadły na Amsterdam. Lata powojenne upływały im na wschodzie mniej spokojnie. Chaos na dworcach kolejowych, ludzie o zapadniętych policzkach błąkający się boso po ulicach. Wypełnione deszczówką leje po bombach, bunkry pokryte ciemną zielenią mchów. Nieznajomi zjawiający się na podjeździe do ich nowego domu, żeby prosić o węgiel albo jedzenie. Pewnego zimnego wieczoru, kiedy Isabel miała trzynaście lat, jedli kolację i usłyszeli głośne i natarczywe pukanie do drzwi. Był rok po wojnie, ale matka Isabel pospiesznie pozamykała wszystkie okna i powiedziała: „Idźcie na górę”, więc Isabel i jej bracia musieli iść na piętro, zostawiając na talerzach stygnące jedzenie. Z okna sypialni patrzyli, jak przed domem zdenerwowana kobieta łomocze w ich drzwi i okna, przeciągle krzycząc. Jej wrzaski były niezrozumiałe, rozpaczliwe. Była z nią młoda dziewczyna, która stała z boku ze skrzyżowanymi rękami i spuszczoną głową. Isabel zapytała Louisa szeptem: „Czego one chcą?”. Wpatrując się w zasłonięte okno, Louis odpowiedział krótko: „Naszych rzeczy”. Innym razem jakiś mężczyzna uklęknął na środku ulicy handlowej i wybuchł spazmatycznym śmiechem. Zajęła się nim policja. Isabel obserwowała to ze sklepu. Kiedy pierwszy raz usłyszała o obozach, miała piętnaście lat. Wspólnie z resztą klasy czekali na nauczycielkę i jedna z jej koleżanek powiedziała: „Traktują nas gorzej niż Żydów”, a inna dziewczyna dodała: „Boże, niech nas zagazują – to byłoby przynajmniej jakieś wyjście”. Po wojnie zatrzymali dom wujka Karela i nigdy nie wrócili do Amsterdamu. Mama upierała się, że tak będzie lepiej dla nich: zieleń, wieś, przestrzeń. Louis nigdy tego matce nie wybaczył, opłakując wszystkich przyjaciół, których zostawił w mieście, Hendrikowi zaś było wszystko jedno. Gdziekolwiek przebywał, zawsze był nieszczęśliwy. Często płakał i się chował. Przeprowadzka na wschód nie robiła Isabel różnicy. Nie miała żadnych przyjaciół ani w mieście, ani na wsi. Nie było tu aż tak źle, jak wszyscy ostrzegali. Martwili się o nią, że w swoim pokoju będzie się czuć samotna. Tymczasem całkiem dobrze sobie radziła: czytała, chodziła na spacery, wymyślała z Hendrikiem historie o ludziach, którzy przejeżdżali obok ich domu samochodami. A potem Louis się wyprowadził i życie stało się cichsze. Później uciekł Hendrik i życie stało się jeszcze cichsze. Pokoje zolbrzymiały. Matka zachorowała i zmarła. Isabel, która ledwo co skończyła dwadzieścia lat, przejęła prowadzenie domu i wydawanie poleceń dochodzącym dziewczynom: pościel trzeba było zmienić, okna umyć, kolacja musiała zostać podana przed szóstą. Dzień po pogrzebie pogoda była na przemian pochmurna i słoneczna: nad łąkami zalegała mgła, chwasty zabarwiły się purpurą. Na stole w jadalni stał talerz z niezjedzonymi kanapkami. Nad przykrywającym go ręcznikiem kuchennym krążyły muchy. Oprócz Isabel w domu nie było nikogo. Poprzedniego wieczoru Louis wrócił autem do siebie, z kolei Hendrik nie chciał wchodzić do domu, bo zarezerwował gdzieś pod miastem nocleg ze śniadaniem. Przyjechał z mężczyzną, który kręcił się przed cmentarzem, czekając na niego z parasolem w ręku. Isabel nigdy wcześniej nie doświadczyła takiej samotności – całkowicie pozbawionej obietnicy kresu. Została sama jak palec – nie było nikogo, kto bez zapowiedzi pojawiłby się w drzwiach, nikogo, kto otworzyłby i zamknął szufladę w drugim pokoju. Wokół domu – łąki i bezkres szczerych pól. Isabel siedziała przy oknie z filiżanką herbaty i poczuła, że to wszystko ją przerasta. Z wolna ogarnęło ją obezwładniające przerażenie: matka umarła tak szybko, tak łatwo, a Isabel nie miała tu nic do powiedzenia. Jej wuj też mógł umrzeć, też nagle. Właścicielem domu zostanie Louis, a ten może się ożenić i zmusić ją do wyprowadzki – w każdej chwili wszystko mogło się zdarzyć, a ona w żadnej kwestii nie miała nic do powiedzenia. Należała do tego domu w tym sensie, że nie miała niczego innego, żadnego innego życia, poza tym domem, jednak dom jako taki nie należał do niej.

[…]

Eva zaznaczała swoją obecność w domu głośną nerwowością, niczym pszczoła uwięziona w pomieszczeniu o zamkniętych oknach. Dotykała sprzętów, mówiła o sprzętach, których dotykała, pytała o nie – „Czy ten obraz przedstawia Veluwe? [malowniczy region przyrodniczy w holenderskiej prowincji Geldria, słynący z największego nizinnego rezerwatu w Europie – przyp. aut.] Czy to wazon twojej matki?” – krążyła po ogrodzie z papierosem w dłoni, muskała kwiaty na krzewach, pnie drzew. Isabel unikała jej, obserwowała ją z okna na piętrze, wpijając paznokcie w nadgarstki i oddychając spokojnie przez nos. W poniedziałek z samego rana przyszła Neelke, pomoc domowa. Isabel bez zbędnych ceregieli wręczyła jej w progu listę rzeczy do zrobienia. Wpierw poczuła ulgę, że ma w domu kogoś innego, kogoś, kogo zna bliżej i kto odwróci jej uwagę od uciążliwej obecności Evy. Kiedy po chwili Neelke poszła napełnić wiadro wodą i mydłem, odczuwana przez Isabel ulga wyparowała. Teraz w domu przebywało dwoje gości. Teraz Isabel musiała skupiać uwagę na dwóch osobach, jeszcze bardziej niepokojąc się o potencjalną trzecią osobę – Johana, który w dzień wolny od pracy wjedzie na podjazd, powolnym krokiem, z rękami w kieszeniach podejdzie do drzwi, swoim zwyczajem pochyli się w jej stronę i zapyta: „Stęskniłaś się za mną?”. Neelke miała osiemnaście lat. Nosiła letnie sukienki, miała ściągnięte, mięsiste usta, które często zagryzała, gdy była zdenerwowana lub zamyślona. Była najmłodszą siostrą dziewczyny o imieniu Silke, z którą Isabel chodziła do szkoły. Isabel lubiła kiedyś Silke, bo była spokojniejsza od innych koleżanek i często miała przy sobie jakąś książkę – Isabel potrafiła jej nawet wybaczyć, że to zawsze było jakieś romansidło. W trzeciej klasie przez pewien czas wracały razem ze szkoły do domu na rowerach, najczęściej w milczeniu. W czasie wichur Silke mrużyła oczy, a jej długi kucyk trzepotał na wietrze. Pewnego razu Isabel zapytała ją, czy chciałaby wstąpić do niej do domu: mogłyby czytać razem w jej pokoju. Silke powiedziała, że chętnie. Ale tamtego dnia w domu był Louis, słuchał w kuchni jakiejś audycji radiowej i Silke wymyślała coraz to nowsze powody, żeby nie wychodzić z pomieszczenia: czy mogłaby dostać szklankę wody, czy Louis nie robi właśnie herbaty, a jeśli tak, to czy przy okazji też nie mogłaby poprosić o herbatę, czy Louis regularnie słucha tej audycji radiowej, czy zna się na radioodbiornikach? Musi znać się na tak wielu rzeczach. Czy zna jej brata? Jej brat też skończył szkołę w zeszłym roku.

[…]

W efekcie, kiedy już były w pokoju Isabel na górze, Silke chciała rozmawiać tylko o Louisie. A kiedy Isabel powiedziała: „Rozmawianie o moim bracie jest strasznie nudne”, Silke zaczęła opowiadać o wszystkich chłopcach z ich klasy: o tym z ładnymi włosami, tym z delikatnymi oczami, tym, który na pewno przerośnie kiedyś wszystkich chłopców. Wydawało się, że podobają się jej wszyscy, nawet ci, których Isabel z bezwzględną stanowczością uznawała za brzydkich lub głupich. Silke o każdym bez wyjątku miała do powiedzenia coś miłego. Skończyło się sprzeczką. „Czy chłopcy to naprawdę jedyny temat rozmowy, jaki potrafisz sobie wyobrazić?”, warknęła Isabel, na co Silke zrobiła się cała czerwona i rzuciła jednym tchem: „Przynajmniej potrafię o czymś rozmawiać i nie jestem dziwaczką i nudziarą!”. Silke wypadła z pokoju jak burza i pobiegła na dół, a Isabel podążyła za nią. A kiedy Silke sięgnęła nad Isabel po płaszcz, Isabel ją ugryzła. Ramię koleżanki, z podciągniętym do łokcia rękawem, po prostu przyciągnęło jej wzrok. Skóra Silke wydawała się taka gładka, jak miąższ migdała. Ani jednego piega, tylko meszek złotych włosków. Silke sprawiła jej ogromną przykrość. Nazwała ją dziwaczką. W kółko mówiła, że Louis to, Louis tamto, Louis siamto, i to w jej własnym pokoju. Kiedy Isabel ją ugryzła, Silke krzyknęła. Krzyczała nawet po tym, jak Isabel ją puściła, wrzeszczała, jakby obdzierano ją ze skóry. Po ustach Isabel został na jej skórze mokry ślad. Isabel zostały jeszcze dwa lata w szkole, długie i nudne. Silke opowiedziała wszystkim o tamtym incydencie. Niektórzy chłopcy szczekali na Isabel podczas przerw; dziewczyny unikały jej z jawną niechęcią. Kiedy Neelke przyszła na rozmowę o pracę, miała na sobie rozpinany sweter nałożony na sukienkę, której rękawy zakrywały nadgarstki i ramiona. Uśmiechała się z zamkniętymi ustami. Zanim wyszła, zatrzymała się w drzwiach, spuszczając wzrok. „Chodziła pani do klasy z Silke, prawda?” Użyła słowa „pani”, wypowiedziała je z grzecznością, pokorą. Była niemalże kopią dawnej Silke.

[…]

Isabel natychmiast wyszła z pokoju. Odłożyła w kuchni sprawunki. Eva poszła za nią, powłócząc stopami. Naprawdę nie lubisz Neelke? – zapytała Eva. Bo oczywiście ty ją lubisz… Isabel wycierała jabłka ręcznikiem i wkładała je do koszyka. Co masz na myśli? – zapytała łagodnie Eva. Isabel nie odpowiedziała. Przetarła kolejne jabłko i umieściła je w koszyku. Poczuła na karku przypływ gorąca. Eva zeszła po schodach do kuchni. Isabel. Co masz na myśli? – powtórzyła. Isabel wyobrażała sobie, jaką dziewczynką Eva mogła być w szkole: głośną, radosną, powszechnie lubianą. Niekoniecznie niemiłą. Taką, która z niewiadomych powodów stale chichocze z innymi, wskazując kogoś palcem. Taką, która wzdycha do chłopców z ładnymi włosami i tych z łagodnymi oczami. Nie zwracałaby uwagi na Isabel, przynajmniej nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

[…]

Ooo, co to jest? Eva podeszła do gzymsu nad kominkiem, sięgając po odłamek talerza matki. Isabel odłożyła go tam, nie wiedząc, co począć z tym okruchem pamięci. Nie potrafiła go wyrzucić. Nie chciała też umieszczać go w gablocie obok pozostałych naczyń z serwisu. Eva obracała drobiazg w dłoni, oglądając go ze wszystkich stron. Co to za zwierzę? – zapytała, nie podnosząc wzroku. Królik? Zostaw to – powiedziała Isabel. Odłóż na miejsce. Eva odwróciła się do niej. Wydawała się rozbawiona tym, że wywołała u Isabel jakąś reakcję. Że coś znalazła. Isabel podeszła do niej, odebrała jej z rąk odłamek i odłożyła go na miejsce. Poprawiła go, przesunęła do ściany. Eva obserwowała ją bez komentarza, ale nie odeszła. Pachniała kawą. Pachniała mydłem do rąk. W jednej chwili Isabel spojrzała na nią i zobaczyła, że Eva stoi bliżej, niż jej się wydawało. Była taka niska. Tak na nią patrzyła. Serce Isabel zakołatało lękiem. Było jak ćma uwięziona pod szklanym kloszem.

[…]

Minął tydzień, pozostały trzy. Isabel odliczała dni i godziny do końca pobytu Evy. Wysłała Louisowi krótką wiadomość, w której wynotowała dodatkowe koszty poniesione na jej utrzymanie. Zadzwoniła do Johana i poinformowała go, że w tym tygodniu będzie zbyt zajęta, żeby go odwiedzić, na co powiedział: „Och, proszę cię, Isabel”, jakby grała w jakąś zabawną grę. Kategorycznie utrzymywała, że nie może do niego przyjść, bo ma gościa. Gościa? – wycedził, przeciągając słowa. Czy powinienem się martwić, że ktoś zabiera mi moją Isabel? Zakręciło jej się w głowie, jakby dostała choroby morskiej. To nerwy, powiedział Hendrik. Rozłączyła się, usiadła przy stoliku z telefonem i w notesie sporządziła inwentarz: podzieliła dom na piętra, piętra na pomieszczenia, a każdemu pomieszczeniu przypisała trzy kolumny – przedmiot, sztuk, miejsce. Wypełniła kartkę, a następnie ją wyrwała, wypełniła też odwrotną stronę, pisząc drobnym maczkiem, żeby się ze wszystkim zmieścić. Złożoną kartkę trzymała w kieszeni. Czasami po nią sięgała: nie po to, żeby ją wyjąć, nie po to, żeby cokolwiek sprawdzić – po to tylko, żeby jej dotknąć.

[…]

Isabel podeszła do sekretarzyka, kucnęła i spróbowała go otworzyć. Był zamknięty. Szuflada też. Klucza nie było. Isabel podniosła kilka przedmiotów, licząc, że go znajdzie, ale na próżno. Rzuciła okiem na list, wysłany przez Louisa kilka miesięcy wcześniej, najwyraźniej napisany wkrótce po tym, jak się poznali. Pisanie nie było jego mocną stroną, próbował opiewać urodę Evy, ale nie potrafił wymyślić żadnego innego słowa niż heerlijk na określenie każdego aspektu jej wyglądu. Cudny. Jej cudna twarz. Jej cudny głos. Jak cudnie jej cudny biust przywierał do… Isabel odłożyła list. W krawędź stojącej na stoliku nocnym ramki ze zdjęciem matki Eva wsunęła drugą fotografię. Kobieta – ciemne włosy, szeroki uśmiech, spogląda znad książki. Ona również wypoczywa w ogrodzie. Fotel, biała sukienka, zwisający ze stopy but, zawieszony tylko na dużym palcu. Zdjęcie – nieco rozmazane i nieostre – zrobiono w pośpiechu. Brak podpisu czy daty. Wyglądała jak mniej subtelna wersja Evy: oczy głębiej osadzone, policzki bardziej wydatne. Ładna, spokojna. Rodzina.

[…]

Eva zamknęła buzię. Isabel poczuła się dziwnie, słysząc wypowiedziane na głos imię. Jakby to słowo wyszło z nieodpowiednich ust. Nic takiego, nieważne – oznajmiła Eva, złożyła list i wyszła do ogrodu. Isabel odwróciła się w fotelu: wciąż widziała Evę przez okno. Kobieta spojrzała przez ramię i podążyła długą ścieżką. Dotarła do końca i się zatrzymała. Przez jakiś czas stała tam nieruchomo i Isabel pomyślała: Coś jest nie tak. Dopiero po chwili zrozumiała, co widzi: Eva się trzęsła. Trzęsły się jej ramiona i dłonie. Tak wyraźnie – tak gwałtownie. Potem pochyliła się, objęła się ramionami i przykucnęła. Isabel wstała z krzesła, podeszła do okna, rozchyliła zasłonę i… Śmiała się. Eva się śmiała. Przyłożyła rękę do ziemi, żeby się uspokoić. Śmiech nie ustał. Isabel się cofnęła. Miała wrażenie déjà vu, jakby już to kiedyś widziała, przeżyła. Ale to było tylko złudzenie. Nie było niczego, co mogłoby dać Evie powód do takiego śmiechu. Niczego poza Isabel. Gdyby chciała się z niej śmiać.

[…]

Któregoś dnia, podczas ich pierwszej zimy w tym domu, Hendrik zasnął w jej ramionach, kiedy czytała mu książkę na kanapie. Źle się czuł, miał lekką gorączkę i zaczerwienione, spuchnięte policzki. Isabel trzymała go, czując przez jego kręgosłup, jak bije mu serce. Miał dziesięć lat. Chciała go czymś szczelnie opatulić, okryć twardym metalem, siebie razem z nim, żeby mieli wspólną kryjówkę, gdzieś pod ziemią, zapomniani przez resztę świata. Nad głowami świstały samoloty, ale on był w najwyższym stopniu nietykalny. Pomyślała, że to mogła być radość lub coś do niej zbliżonego. Coś, co jest smutne i zarazem przypomina miłość. Kiedy Isabel miała dwadzieścia dwa lata, rok po śmierci matki, dostała psa, nazywał się Haasje, czyli Zajączek. Zwierzak nie grzeszył rozumem – gonił za wszystkim, nawet jeśli narażał się na niebezpieczeństwo. Rozśmieszał Isabel w czasie, kiedy tak bardzo brakowało powodów do śmiechu. Po zaledwie kilku latach Haasje zdechł. Przedwcześnie. Miał guza. Tak czy owak, czym w ogóle jest radość? Ile jest warte szczęście, które pozostawia po sobie krater trzykrotnie większy od swojej siły uderzenia? Co wiedzą o radości ci, którzy o niej mówią? Cóż tacy mogą wiedzieć o tym, jak to jest śnić tylko o świstaniu samolotów i kołataniu do drzwi i okien i budzić się z ręką na gardle – własną ręką, na własnym gardle? Cóż mogą wiedzieć o nieotwieraniu ust całymi dniami, o nieznaniu dotyku drugiego człowieka, o pragnieniu, o tym, że nigdy nie poczuło się na własnej skórze innej skóry. Cóż mogą wiedzieć o domu, z którego ciągle kogoś ubywało. O zdychających zwierzętach, umierających ojcach i umierających matkach, o znajdowaniu w korze drzew dziur po kulach tuż pod sercami wyrytymi wokół imion ludzi, których już nie było, i o zakrwawionej wardze brata, cóż ona wiedziała, cóż w ogóle mogła wiedzieć o tym, jak to jest…

[…]

A potem, w ciągu kilku dni, zaginęły: grawerowany nóż do ciasta, dekoracyjna płytka ceramiczna, nóż do rozcinania listów, kółko na serwetki. Isabel przesiedziała długi niedzielny poranek w kościelnej ławie. Wokół niej wierni mamrotali pieśni, a ona sama patrzyła niewidzącym wzrokiem w rozmazaną przestrzeń między pianinem a amboną. Przed nią: duży drewniany krzyż. Dookoła: witraże. Unoszący się kurz. Jeszcze dwa tygodnie do powrotu Louisa. Wczoraj, tknięta niepokojem, wyjęła z witryny całą odświętną porcelanę i rozstawiła ją na stole. Nalała mydlin do miski i po kolei przecierała mokrą szmatką wszystkie naczynia, wprawiając zające w wir. Pojawiła się Eva, która stanęła obok i patrzyła. Przyszła do kuchni po coś innego i najwyraźniej Isabel i jej szmatka rozproszyły ją. Isabel nie odezwała się na jej widok. Evie to chyba nie przeszkadzało.

[…]

Eva wymówiła to na wydechu: mój kochany. Mijn lief. Matka Isabel szeptała jej te słowa podczas burz, ciemnych nocy albo w dni, kiedy Isabel czuła ból z powodów, których nie potrafiła nazwać – kiedy była dzieckiem i miała pustkę w środku, i chciała uderzać pięściami w różne rzeczy, chciała gryźć, chciała płakać. Być przytulaną. „Moja kochana. Moja kochana. Już dobrze, ciii, moje kochanie”. Isabel przytknęła czoło do wytapetowanej ściany i zajrzała przez szparę w zawiasach drzwi. Eva siedziała na poręczy kanapy z telefonem przy uchu. Włosy miała upięte. Na karku widniała plamka źle pofarbowanych włosów, jasnobrązowa, kilka loków. Nad kołnierzykiem jej bluzki sterczał górny wyrostek kręgosłupa. Jeśli chodzi o twarz Evy, Isabel dojrzała jedynie krzywiznę policzka i zarys uśmiechu. Możliwe, że Louis był w niej autentycznie zakochany. Możliwe, że Eva była zakochana w nim. Możliwe, że to wszystko było prawdą i że Hendrik ma rację. Ucisk w płucach Isabel stawał się coraz bardziej nieznośny. Eva rozłączyła się, ale pozostała na swoim miejscu, wciąż siedząc i garbiąc się. Jej uśmiech powoli niknął. Dotknęła swego policzka i zatrzymała na nim dłoń. Wzięła głęboki wdech. Isabel, w swojej kryjówce, oddychała razem z nią.

[…]

Isabel nie lubiła zbyt długo oglądać siebie w lustrze. Własne odbicie wprawiało ją w zakłopotanie. Miała rygorystyczne wyobrażenia o pięknie – którego w sobie nie odnajdywała – jak delikatna musi być twarz, jak gęste włosy. Intensywnie rozmyślała o tym, co to znaczy przesadnie dbać o piękno. Pragnąć go. Szukać go w sobie. W innych. Nie były to miłe myśli. Johan był jednak dość przystojny. Tego wieczoru stanął na rzęsach: świeża koszula, stylowa marynarka, spodnie, których nigdy wcześniej na nim nie widziała. Buty, których też nigdy nie widziała. Swoje piaskowe włosy zaczesał do tyłu i utrwalił lakierem. On akurat miał zadarty nos, który ciągnął za sobą jego górną wargę, odsłaniając duże przednie zęby. Jego rodzice mieszkali w okolicy i znali wuja Karela, a kiedy matka jeszcze żyła i wszyscy byli mali, rodzina Johana od czasu do czasu przychodziła do nich na kolację. Johan znalazł wspólny język z Louisem i zupełnie nie dogadywał się z Hendrikiem. Zaczął zauważać Isabel dopiero jakiś rok temu. A stało się to tak: Isabel jechała rowerem do domu Van den Bergów i złapał ją deszcz, a kiedy dotarła do celu, musiała rozpuścić włosy, żeby wyschły. Johan obserwował ją, jak siada przy kominku i przeczesuje palcami splątane pasemka. Palił papierosa przez otwarte drzwi do ogrodu. Na zewnątrz wciąż trwała ulewa. Nie mógł oderwać od niej wzroku.

[...]

Powiedziała za dużo: wiedziała to w chwili, gdy wymawiała te słowa. Powiedziała jej więcej niż komukolwiek, więcej, niż mogła sobie wyobrazić, że będzie w stanie kiedykolwiek powiedzieć tej nieokrzesanej dziewczynie. Kiedy mówiła, Eva pachniała cierpką i słodką wonią, jakby zjadła owoc. Ta noc wydawała się nierealna. Zaledwie kilka dni temu właśnie tu, w tym domu, była tak zła na Evę. Chwyciła ją wtedy za ramię, czując ciepło jej skóry. Teraz zdawało się to zamierzchłą przeszłością, zupełnie inną historią, wyblakłym wspomnieniem. Za bardzo się tym przejmujesz – powiedziała Eva. Pocałunek to nic takiego, mówię ci. To taka drobnostka, zdziwisz się. Isabel obrzuciła ją teraz karcącym spojrzeniem i chciała się tłumaczyć, że nie jest głupia i że już się całowała – choć to nieprawda – ale Eva nie dała sobie nic powiedzieć: parsknęła śmiechem, a po chwili podskoczyła do niej i pocałowała ją w usta.

[…]

Nie pozwól – pomyślała Isabel i odwróciła się. Eva – tuż przy niej – gorący kształt w ciemności. Isabel przyciągała albo była przyciągana – gorączkowy, niezdarny uścisk. Pocałunek nadszedł bez jej wiedzy, nie rozumiała, jakie kroki do niego doprowadziły: że w jednej chwili kołysały się na środku korytarza, a w następnej były przy ścianie; że ujęła w dłonie krzywiznę szczęki Evy, kładąc kciuk na stawie żuchwowym, a Eva otworzyła dla niej usta z jęknięciem; że Eva zamknęła w pięści żar jej włosów, że zaczęła na nią sapać i napierać. Isabel przycisnęła się do Evy jeszcze bliżej. Pragnęła przetłoczyć ją przez ścianę, a zarazem w nią wniknąć. Śliski język Evy sprawił, że w podbrzuszu Isabel coś rozhuśtało się niczym wahadło, wydając dźwięk zbliżony do gwizdu. Eva nie zamierzała być cicho i trwać w bezruchu – porwała ją w ramiona, postękując: „Mmm, ach” … Dźwięki z samych trzewi, niespokojne, zachłanne ręce, gorące, szeroko rozwarte usta, zęby wpijające się w wargi Isabel. W chwili ugryzienia Isabel szarpnęła się, wyciągnęła rękę i mocno uszczypnęła Evę w talię. Eva jęknęła i… Isabel zatoczyła się do tyłu. Nie mogła złapać tchu. Zaszumiało jej w głowie. W ciemności Eva była dla niej niemal niewidoczna, poza błyskiem oczu. Eva przełknęła ślinę, a z jej gardła wydobyło się krótkie chrząknięcie. Isabel znów dotknęła swych ust – były nabrzmiałe, jakby posiniaczone. Serce załomotało jej z przerażenia. Oddaliła się, wymacała drzwi – otworzyła je i szybko za sobą zamknęła. Stała tam przez chwilę, z czołem przytkniętym do drewna. Jej panika była równie potężna jak rozpierająca ją żądza: niczym głaz usuwany z ziejącej gardzieli jaskini. Wcześniej tego wieczoru zostawiła otwarte okno. Przed randką z Johanem. Przed… Do środka wleciał szemrzący wiaterek, chłodząc pot na jej karku. Czekała. W końcu usłyszała, jak drzwi Evy otwierają się i zamykają. A potem cisza. Skrzypienie sprężyn łóżka. Szumiąca w uszach krew, jej oddech na drewnie. Isabel oblizała usta – były obolałe. Oblizała je po raz drugi. I kolejny. Sen, kiedy już nadszedł, nie przyniósł ulgi.

[…]

W dzieciństwie Hendrik uczył się gry na pianinie. Inaczej niż Isabel. Za usilną namową matki wzięła wprawdzie parę lekcji, ale nie szło jej zbyt dobrze, co tylko ją irytowało. W jej uszach muzyka nie brzmiała jak suma poszczególnych części – była skończoną całością, jedną wielką kakofonią. Kiedy kładła palce na klawiszach, każdy z nich rozbrzmiewał jak początek i nie współgrał z pozostałymi. Nie podobało jej się to. Za to Hendrik połknął bakcyla. Kiedy przychodzili do nich goście na proszone kolacje, matka namawiała go, żeby wygrywał melodyjki. Zawsze jej ulegał. Grał cicho i z kwaśną miną. Louis grzecznie wtedy przepraszał, odchodził od stołu i człapał po schodach, unosząc na swoich ciężkich nastoletnich nogach swoje ciężkie nastoletnie ciało. Kiedy byli dziećmi, nauczycielka gry na pianinie przychodziła raz w tygodniu, a Hendrik ćwiczył na dole. Pani od pianina była po siedemdziesiątce, z pokaźną sztuczną szczęką i czarnymi jak sadza farbowanymi włosami. Sama nigdy nie grała podczas lekcji, tylko podpowiadała Hendrikowi, jak to robić. Zawsze pachniała, jakby za długo przebywała na słońcu – ciepłem i suchością. Kiedy przeszła na emeryturę, Hendrik, który miał wówczas kilkanaście lat, powiedział, że nie chce już grać, ale wtedy matka znalazła w Zwolle nauczyciela, który swego czasu uczył w konserwatorium. Któregoś popołudnia mężczyzna przyszedł do nich na herbatę, żeby się przedstawić. Nie zrobił na Isabel najlepszego wrażenia. Był wysoki, jak wszyscy mężczyźni, miał miękkie włosy, uczesane tak samo jak u innych mężczyzn. Kiedy mówił, brał do płuc potężny haust powietrza, jakby miało mu zabraknąć tchu. Często krzyżował nogi.

[…]

Matka nie zamieniła z Isabel ani słowa na temat listu. Zamknęła go w szufladzie. Aż tydzień albo dwa później Hendrik przysłał wiadomość, że skończyły mu się pieniądze i nie ma gdzie się podziać. Mimo to nie chciał wrócić do domu, a matka nie zamierzała dawać mu pieniędzy, dopóki nie wróci, choćby na jakiś czas. Ostatecznie sprawę rozwiązał wuj Karel: znalazł Hendrikowi skromne mieszkanko w Scheveningen, obiecał, że od czasu do czasu będzie do niego zaglądał i zdawał matce relacje. Isabel nigdy nie dowiedziała się, jak wyglądało życie Hendrika w tamtych latach. Ostatecznie miał skończyć szkołę i pójść na studia. Tęskniła za nim z przyprawiającym o mdłości zwierzęcym strachem. Przez tak długi czas był połową jej życia, a potem tak nagle zniknął. Kiedyś był mały, a ona tuliła go w swoich ramionach, gdy dręczyły go nocne strachy. Teraz był dorosły i pojękiwał, gdy dotykał go inny mężczyzna, i pozwalał mu się całować na ziemi, pod drzewami. A w jego oczach była córeczką mamusi, nieskomplikowaną i zbyt głupiutką, by rozumieć sprawy sercowe, i choć miała siedemnaście lat, to Hendrik myślał, chyba że ani trochę nie zmieniła się w stosunku do siebie dziewięcio- albo trzynastoletniej. Ani trochę. Tego dnia, kiedy wujek Karel przysłał wiadomość, że Hendrik wprowadził się do swojego nowego mieszkania, miesiąc z okładem od jego ucieczki, matka powiedziała: No to klamka zapadła. Zostałyśmy same, Isabel. Wybiło południe. Piły herbatę. No i dobrze. Święty spokój.

[…]

Isabel nie chciała nikogo poznawać. Chciała tylko tego: ich dwojga, lata. Ławeczki matki. Trafnie odczytał jej milczenie, a potem zwrócił się w jej stronę, ujął jej dłoń w swoją i powiedział: Nie musisz nią być, Isabel. Miał na myśli matkę. Wiedziała, że miał na myśli matkę. Teraz możesz być, kim tylko zechcesz. Czy ty o tym wiesz? Jesteś wolna jak ptak. Ona odeszła. Nie opiekujesz się nią, nie jesteś już więźniem tego domu. Idź, dokąd chcesz. Spotkaj kogoś. Kochaj. „Nie jesteś już więźniem”, powiedział. Jakby to była jakaś niewola, a nie schronienie. Jakby jej miłość nie miała znaczenia.

[…]

Isabel nie dotykała się w tamtych miejscach. Pobudzenie za każdym razem było dla niej niedogodnością – wyrwaniem z rutyny, rozproszeniem. Było jak ciężki koc, dławiący ją po nocach niczym miód spływający w głąb gardła. Nigdy nie wiązało się z kimś konkretnym. Nigdy nie była to twarz ani ciało, ani obietnica dotyku – zwłaszcza obietnica dotyku. Wzbierało i opadało z tą samą przypadkowością, z jaką łapie się grypę. Z tą samą bezcielesną tajemnicą – kto był winowajcą, kto kaszlał i zarażał innych? I tak jak to się dzieje w stanach wysokiej gorączki, wypacała wszystko w pościel. Rzadko się temu poddawała. Nie cierpiała tego zamroczenia, tej wilgotności, tego nadmiaru wrażeń. A jednak w niektóre letnie noce i w niektóre noce zimowe, kiedy dom szumiał własną pustką, pustką tych wszystkich przestronnych wnętrz – zanurzała się w sobie. Upewniała się, że wciąż tam jest, że jest ciałem, biciem serca, obezwładniającą potrzebą między nogami.

[…]

Urocza z nich para! – zauważył Hendrik. Podpierał się na łokciu. Miał mokre włosy, po szyi spływała mu woda, a jego uśmiech był jakiś dziwny – ni to smutny, ni szczęśliwy, ni znużony. Ale miał rację: rzeczywiście byli zjawiskowi, jakby żywcem wyjęci z filmu – szerokie plecy Sebastiana, blask słońca w jego ciemnych kędziorach, jego przedramiona ciemniejsze tam, gdzie podwijał rękawy wiosną. Oplótł Evę od tyłu ramionami, a ona trzymała go za nadgarstki. Linia jej ud, płat skóry na żebrach, wypukłość jej podbrzusza pod kąpielówkami. Oboje rzucali się w oczy wśród plażowiczów – ciemniejszą, bardziej wyrazistą karnacją. Ostrzejszymi rysami. Nosem, brodą. Gdyby patrzeć z oddali, można by ich wziąć za młodych Włochów. Z tej odległości żółtawy odcień włosów Evy nie wydawał się taki zły. Kiedy odwróciła głowę, by coś powiedzieć, jej kosmyki natrafiły na policzek Sebastiana. Uśmiechnął się, ukazując dołeczki. Wyglądali, jak para podczas podróży poślubnej. Ach – powiedział Hendrik. Urocze oszustwo.

[…]

Toczyła się rozmowa. Eva zapytała Sebastiana o jego dzieciństwo, a Sebastian z początku odpowiadał lakonicznie, podając okruchy informacji. Wciąż czuł dyskomfort i był nieswój. Na pytania Evy odpowiadał w taki sposób: urodził się w Algierze. Nie, nic nie pamięta z tego miasta. Nie, kiedy przeprowadzili się do Paryża, miał cztery lata. Eva mruknęła i nie naciskała. Isabel słyszała już kiedyś fragmenty tej historii, urywki, wiedziała, że Sebastian nigdy o tym nie mówił: ani o wyjeździe, ani o ich życiu przed emigracją, ani o odrealnionych wiadomościach, jakie od czasu do czasu rozbrzmiewały z radia, wypełniając pokoje: wojna domowa, niepodległość. To był temat tabu. Jeśli już, to wspominał tylko o matce, nigdy o ojcu. O córce francuskiego polityka, z wysoko postawionej rodziny. Nie pozwolono jej poślubić człowieka, z którym chciała się związać. Wychowywała go sama. Mieszkali z rodziną u jej siostry. C’est comme ça – mawiał, kiedy pytania zaczynały go męczyć. Tak to już jest. Teraz nie wypowiedział tego zdania. Trunek, nastrajające melancholijnie miłe ciepełko, cierpliwość, z jaką Eva wciągała go w rozmowę – wszystko to sprawiło, że nieoczekiwanie się rozluźnił. Opowiedział o swojej matce. Że za młodu była piękna jak gwiazda filmowa. Że kiedy go urodziła, była zbyt młoda na posiadanie dziecka i wciąż miała złamane serce, ale bardzo się starała. Chciała go wychować. I żeby rodzina – która za wszelką cenę chciała widzieć w nim białe dziecko – zaakceptowała dziecko o śniadej skórze.

[…]

Przy stole zapadła cisza. W końcu przerwała ją Eva: Och, nie rozmawiajmy o śmierci! To takie smutne i nudne. Napijmy się jeszcze, może pójdę zamówić następną kolejkę? Zamówili kolejne napoje. A potem jedzenie: kiełbaski, frytki. Powoli nadchodził wieczór, ulewa ani trochę nie osłabła, bar zapełniał się ludźmi. Strój kąpielowy Isabel był wciąż mokry pod sukienką. Jej uda ocierały się o siebie, lepkie, kleiste. Przedramię Evy, leżące na blacie o szerokość dłoni od jej ręki, emanowało ciepłem. Rozmowa znów obrała nostalgiczny kierunek, wbrew prośbom Evy, by zmienić temat: Hendrik opowiadał teraz historię ich matki. O tym, jak wpadł do kanału, a matka, nie czekając na pomoc, sama weszła do wody, w ubraniu. Wyciągnęła go na brzeg i oboje wracali do domu przemoczeni do suchej nitki. Była wysoka, łokcie i kolana miała kanciaste jak ostre krawędzie, a w klejącym się do skóry ubraniu wyglądała jak pies, którego budowa ukazała się pod mokrą sierścią: sama skóra i kości. Prowadząc go do domu, cały czas trzymała mu rękę na ramieniu. Trząsł się z zimna i emocji, a kiedy ludzie gapili się na nich z politowaniem, matka potrząsała Hendrikiem i mówiła: „Głowa do góry”. Co znaczyło: nie przejmuj się innymi, patrz przed siebie.

[…]

W środku nocy obudził ją jakiś dźwięk. Kiedy zasypiała, burza minęła, zapanował spokój, w ciemności majaczyły ciche, puste twarze pozamykanych drzwi. Płytki sen, kroki obcych ludzi na korytarzach. A potem ten hałas: odgłos duszenia się, gwałtowny wdech. Isabel leżała wyprostowana w łóżku, serce łomotało jej jak oszalałe. Dochodziła do siebie, oswajała się z ciemnością, swoim ciałem, przypominała sobie, gdzie jest. Kim jest. I z kim. Była z Evą, leżącą w powyginanej pozie w łóżku po drugiej stronie pokoju. Wydawała dźwięki, jakby się dusiła. Przez krótką chwilę Isabel patrzyła wybałuszonymi oczami w głąb pomieszczenia, szukając źródła dźwięku – widziała skuloną w kącie niepokojącą postać z wyciągniętymi rękami. Ale nie było tam nikogo – poza Evą, kotłującą się pod kołdrą. Isabel nie była w stanie dojrzeć jej twarzy ani reszty ciała. Ruszyła w jej stronę niepewnym krokiem. Dotknęła ramion i szyi Evy, szukając czegoś – naszyjnika, sznurka – czegokolwiek, co ją dusiło. Niczego nie znalazła. Aha, czyli to zły sen.

[…]

Kończyny Isabel poruszały się tak, jakby jej nie słuchały, jej ciało było jakieś ociężałe, lepkie. Była na Evie, zsuwając z niej majtki, które zatrzymały się na jednej kostce. Isabel znów w nią weszła. Tym razem energiczniej. Jej włosy tworzyły teraz zasłonę wokół nich, lepiąc się do spoconej twarzy Evy, która odsunęła spływające kosmyki. Swego czasu Isabel przyłapała Louisa, jak pieprzył dziewczynę w swojej sypialni. Miała wtedy czternaście lat i nigdy nie wyobrażała sobie żadnych wykonywanych przez ludzi ruchów, które w jakikolwiek sposób łączyłyby się ze słowem „pieprzyć” – jeśli przyszło jej to do głowy, to na samą myśl, na samo wyobrażenie, dostawała nieprzyjemnego rumieńca. I wtedy mignęła jej ta scena – wystające spod sukienki udo jakiejś dziewczyny, jej dłonie wczepione w krótkie włosy Louisa, jej rozkołysane biodra, jego nagi tyłek. To była sekunda, a potem stamtąd uciekła. Przez resztę popołudnia ryła kijem dziurę w ogrodzie. Ten obraz zapadł jej w pamięć na długie lata. Ilekroć ktoś wypowiadał słowo „pieprzyć”, widziała właśnie to: wzruszoną ziemię. Nienawidziła tego słowa. Sprawiało, że miała ochotę uciec wzrokiem. Teraz nie uciekała wzrokiem: podciągnięte kolano Evy, jej stopa wciśnięta pod wciąż nieobnażony pośladek Isabel.

[…]

Były w łóżku, leżała na plecach, z uniesionymi w górę biodrami. Isabel była za nią, nad nią, okrakiem na jej udzie. Kołysały się posuwiście. Jeszcze – domagała się Eva. Co? – zapytała Isabel, będąca teraz niewyraźnym kształtem ciepła i skóry, a Eva powtarzała raz za razem, jeszcze jeszcze jeszcze, dopóki Isabel nie położyła się na niej i nie wbiła zębów w jej kark. I tej nocy Evę budziły senne koszmary. Dławiła się na poduszce i Isabel musiała nią potrząsnąć, żeby ją rozbudzić, a potem trzymała ją w objęciach. Eva szlochała w nią, w płaską kość między jej piersiami. Co się dzieje? – pytała. Co to za sny, co w nich jest? Eva nie odpowiedziała. Była wyczerpana i zasnęła. Isabel pocałowała nasadę jej włosów, jej zamknięte oczy. Próbowała spokojnie oddychać, czując, że wzięła na siebie ciężar czyjejś krzywdy, czuwała jak pies stróżujący – jakby było coś, przed czym trzeba było się bronić, jakby był ktoś, kto stanowił zagrożenie.

[…]

Evie ten pomysł nie przypadł do gustu. „Będzie dziwnie”, powiedziała kilka dni wcześniej, a Isabel zapytała: „W jakim sensie?”. Eva wyjaśniła: „Dwie kobiety? Same? Na kolacji?”, na co Isabel zapytała: „Nigdy nie byłaś na kolacji z przyjaciółką?”. Eva nie dawała za wygraną: „Och, przecież wiesz, o co mi chodzi”. Eva często tak mawiała: „Wiesz, o co mi chodzi”, a Isabel zazwyczaj nie wiedziała, o co jej chodzi, w każdym razie nie do końca. Tylko tyle, że Eva bała się i odbierała ludzi jako zagrożenie. Isabel rozumiała strach, ale rzadko przejmowała się innymi ludźmi. Jednak kolacja mogła być zupełnie niewinna, dyskretna, grzeczna i kulturalna. Kiedy Isabel bez jej wiedzy zadzwoniła do lokalu i oznajmiła: „Mamy rezerwację”, Eva nie wyraziła jeszcze swojej zgody. Zdenerwowało ją to, rozdrażniło: „Nie zdążyłam nawet powiedzieć „tak”, a ty po prostu decydujesz za nas obie i ja chcąc nie chcąc muszę…”.

[…]

Isabel zaczerpnęła powietrza, żeby odpowiedzieć, i uzmysłowiła sobie, że nie ma żadnej odpowiedzi. Że nie wie, co dokładnie znaczy słowo „wystarczy”, że nie wie, jak rozumie je Eva i co ono znaczy w odniesieniu do innego słowa, w odniesieniu do niej. Niedawno trzymała w dłoni gruszkę i zjadła ją całą ze skórką. Zjadła ogonek, zjadła pestki, zjadła ogryzek, a głód wciąż zalegał w niej niczym szeroko rozwarta paszcza. Pomyślała: mogę trzymać cię w objęciach i czuć, że mimo to tęsknię za twoim ciałem. Pomyślała: mogę słuchać, jak mówisz, i mimo to tęsknić za dźwiękiem twojego głosu.

[…]

Znała ten ton jego głosu. Wystarczyła pierwsza sylaba i już wiedziała, że coś jest na rzeczy. Co konkretnie, tego nie wiedziała, wiedziała tylko, że to coś nadchodzi wielkimi krokami i że zwarzy tę noc niczym mróz.

[…]

Kiedy wróciła Eva, zapadał mrok. Isabel była w swoim pokoju, nasłuchując – szperanie, powolne kroki na schodach. Nie potrafiła wyobrazić sobie, gdzie podziewała się Eva, a zarazem świetnie potrafiła to sobie wyobrazić: u sąsiadów, w mieście, w barze, w czyimś samochodzie, w czyimś łóżku. Może z Louisem, być może w jakiś sposób odnalazła go i wypłakała mu się na ramieniu, a on uznał, że znów ją kocha, bardziej niż tę drugą dziewczynę, być może zabrał ją do domu albo do hotelu, a ona powiedziała mu: „Och, tak się za tobą stęskniłam!”, i mógł, jeśli tylko chciał, kupować jej różne rzeczy, ubrania, buty, ładne kolczyki, dach nad głową, gdyby chciał i… Isabel leżała w ubraniu na pościelonym łóżku i przekonywała samą siebie, że to wszystko prawda, że w ciągu kilku godzin Eva zrobiła to wszystko, zrobiła najgorsze. W pokoju Evy zostało zdjęcie jej matki. Eva nie odejdzie bez niego, pomyślała. Jeśli po coś wróci, to po tę fotografię. „Nie mam w tym życiu choćby jednej rzeczy”, powiedziała. Powiedziała to już wcześniej. Isabel myślała wtedy, że miała na myśli…, że chodziło jej o rodzinę. O bliskich. Isabel myślała, że mówi: jestem taka jak ty. A miała na myśli pieniądze. Teraz po odgłosach jej kroków na korytarzu Isabel odgadła, że Eva stara się być cicho, unikać skrzypienia podłogi. Niczym szept przemknęła do swojego pokoju. Ciche szuranie czegoś przesuwanego po ziemi, tarcie krzesła, pisk zawiasów w szafie. Światło w jej pokoju było włączone i sączyło się do korytarza przez szczelinę w drzwiach, tworząc wątły pomarańczowy poblask w pokoju Isabel.

[…]

Spały niemal razem, dzieliła je grubość palca. Isabel tkwiła w półśnie i ani na chwilę nie zaznała prawdziwego wypoczynku. Poddała się bladym świtem, usiadła, oparłszy się o poduszki i czekała. Nastanie dzień i Eva wyjedzie. Nastanie dzień i ta walizka zatrzaśnie się i zostanie zniesiona na dół. I wtedy dom opustoszeje. Postawiła stopy na ziemi, wyczuła jakąś dziwną powierzchnię i pochyliła się: pamiętnik. Wystawał spod łóżka. Musiała go kopnąć minionej nocy. Podniosła go. Okładka była solidnie wykonana, miękka, skórzana. Pierwsze światło poranka rzucało na zasłony cienie wysokich jodeł – obwisłe kształty, ciężkie gałęzie. Eva westchnęła głęboko przez sen. Isabel obróciła książkę w dłoniach. Otworzyła na pierwszej stronie, z czystej ciekawości – chciała zobaczyć charakter pisma, dowiedzieć się, jak Eva zapisywała pewne słowa, czy w imieniu Louisa robiła zawijasy przy o i u. Czy w słowie „jabłko” literka b miała dziecięcy, otwarty od góry brzuszek. Na tej pierwszej stronie nie znajdował się jednak wpis w pamiętniku. Widniała tam lista. Sporo pozycji było przekreślonych. Na samej górze: „łyżeczki”. Eva napisała liczbę w nawiasie: dwanaście. Następna przekreślona pozycja: „nóż do chleba (drewniana rączka)”. Dalej: „płytki (dekoracyjne, zające)”. Otwieracz do listów, kółka na serwetki, grawerowany nóż do ciasta. I tak dalej, dwie kolumny na jednej stronie i ciąg dalszy na następnej – inwentarz domu. Isabel wpatrywała się w listę nieruchomym wzrokiem. Trzymała ten mały notes tak długo i tak mocno, że jej kciuk zostawił odcisk na kartce: mokry, lepki. Na zasłonach grały cienie. Z gałęzi odfrunął ptak.

[…]

Eva przytrzymała się framugi drzwi do kuchni. I co? Co masz na swoje usprawiedliwienie? – zapytała Isabel załamującym się głosem. Nie masz nic do powiedzenia. Eva wpatrywała się w pamiętnik. Wyglądała na zdystansowaną, nieobecną, a Isabel chciała klasnąć w dłonie, sprowadzić ją na ziemię. Zmusić do wytłumaczenia się. Podniosła głos i powiedziała: Sprzedałaś to wszystko? Ile za to mogłaś dostać – parę łyżek, nóż. Żałosne. Jestem pewna, że to było warte zachodu. Eva odburknęła: Jesteś ślepa. Tak, byłam. Co do ciebie. Ale już nie jestem. Nie… Przyłożyła grzbiet dłoni do ust, przełknęła ślinę. Nie patrzyła na Evę. Wynoś się. W kuchni zapadła cisza. Wynoś się z tego domu. Zabieraj walizkę i wynocha.

[…]

Mary była smukła jak trzcina. Zapadnięte policzki, wydatne czerwone usta, starannie uczesane włosy. Miała na sobie gustowną sukienkę. Nie znała holenderskiego, mówiła tylko po angielsku i francusku. Przez cały czas trzymała przy pasie torebkę i nie dotykała żadnych przedmiotów w domu. Zdawało się, że nie patrzy na nic wprost i tylko omiata wszystko wzrokiem. Skomentowała obraz w salonie: Oo, śliczny, wydmy. Oczywiście, masz dobry gust – odpowiedział Louis łamaną angielszczyzną, rezygnując z jakiejkolwiek próby wyprowadzenia jej z błędu. Była zupełnie niepodobna do Evy, co powinno być pocieszeniem, ale nie było. Louis wciąż patrzył na nią tak, jakby chciał paść przed nią na kolana, jakby chciał przechylić brodę w jej stronę i rozchylić usta. Isabel znała już to spojrzenie. Znała je też ze swojej twarzy, pamiętała, jak bardzo była wtedy do niego podobna. Wieczór trwał, Mary siedziała na krześle, na którym kiedyś siedziała Eva. Dotykała ramienia Louisa, tak jak kiedyś robiła to Eva.

[…]

Przekartkowała książkę. Pierwszą połowę wypełniały wpisy. Ręką Evy, zwięzłym i rzeczowym stylem, wszystkie skreślone naprędce, nie dłuższe niż na pół strony, najczęściej po kilka zdań. Dni, dni, miesiące. Isabel wróciła do początku. Jej dłonie były wilgotne i drżały. Przeczytała nazwisko raz i drugi. Przeciągnęła po nim ręką, jakby chciała sprawdzić, czy się zmieni, jakby atrament był sztuczką – iluzją, grą. Nie był. Isabel wygramoliła się z łóżka i otworzyła okno. Wychyliła głowę na zewnątrz i zaczerpnęła powietrza. Owionął ją wiaterek, przeszywając ją dreszczem. Koszula nocna kleiła się jej do pleców, do spływającego po plecach potu. Znalazcę, głosił wers na pierwszej stronie, uprasza się o zwrot na ręce: Poniżej imię i nazwisko, nieznane i znane jednocześnie: Evy de Haas [z hol. – Zając – przyp. aut.].

[…]

5 stycznia 1960

Dziś mija dziesięć lat od jej śmierci. Nowy pamiętnik. Kiedy odeszła, szalała śnieżyca. Bardzo długo trzeba było czekać na rabina. Tante [z hol. Ciotka – przyp. aut.] Malcha zdenerwowała się i otworzyła wszystkie okna, żeby duszy łatwiej było ulecieć, a leżące w łóżku ciało mamy posiniało. Było bardzo zimno. Na zdjęciu mamy, które zachowałam, jest lato, a ona siedzi w ogrodzie. W każdym razie dzisiaj nie pada śnieg, jest dziwnie ciepło jak na tę porę roku. Pojechałam tramwajem do Malchy i musiałam zdjąć chustkę. Było za gorąco.

10 stycznia 1960

Basje uszkodziła sobie kostkę na schodach, więc dziś brakowało nam jednej dziewczyny przy taśmie. Musiałyśmy pakować dwa razy szybciej. Okropność. Podczas przerwy zdążyłam tylko, i to z trudem, zapalić papierosa! Dwa palce u rąk, wskazujący i środkowy, były spuchnięte, ale dziś jest lepiej. Pisanie sprawia ból, będę się streszczać. Odpisała Geertje, nie znalazła żadnego śladu, skontaktuje mnie z kimś. Czasami jestem.

[…]

30 marca 1960

Wybrałyśmy się z Shulą, Basje i Lolą do miasta. Było wesoło. Mały bar, nikt nie tańczył, zaczęłyśmy tańczyć i ludzie się do nas przyłączyli. Ale się wypociłam! I upiłam, co nie było dobre. Shula została tutaj, drogi były zbyt śliskie, żeby wracać na rowerze. Dużo ze sobą rozmawiałyśmy. Było tak zimno! Okryłam ją czterema kocami, a ona wciąż się trzęsła. Powtarzała: „Masz szczęście! Masz to wszystko dla siebie, szczęściara z ciebie!”. Rozglądam się i widzę pokój wielkości pudełka, który jest kuchnią, sypialnią i salonem, i prysznic, który jest zasłoną, i grzyba rosnącego na przegniłym parapecie. Zapytałam ją o ich powrót. Powiedziała, że była bardzo mała, kiedy wrócili, że najpewniej nie pamięta wszystkiego zbyt dokładnie, a ja pomyślałam: ktoś kazał jej tak mówić, kiedy ludzie pytali. Ktoś kazał jej zawsze nosić długie rękawy zakrywające nadgarstki. W każdym razie jest w moim wieku, więc mogła mieć wtedy coś koło dwunastu lat. Kiedy jesteś dwunastolatką, pamiętasz swoje życie. Nie powiedziałam jej tego. Jej kuzyn powiedział mi kiedyś, że Shula była najmłodszym dzieckiem, które wróciło z obozów, co pewnie nie jest prawdą, sama nie wiem. Trafiła tam dopiero na samym końcu. Po wojnie jej rodzina odzyskała swój dom, ale dopadły ich zaległe podatki i w ’47 musieli go sprzedać. Teraz mają mieszkanie w Slotermeer, sześć osób w dwóch pokojach. Powiedziałam, nie czujesz czasem, że chciałabyś iść do swojego starego domu, wejść do środka i krzyczeć, i powiedzieć tym ludziom, żeby się wynosili, żeby się wynosili? Odpowiedziała, nie, sprzedaliśmy go. Ja na to i co z tego? Powiedziała, już do nas nie należy, sprzedaliśmy go. Powiedziałam, że się z nią nie zgadzam: jeśli musisz coś sprzedać, ponieważ z powodu oszustwa popadłaś w biedę, to nie jest to uczciwe. Jeśli nie oddałaś tego z własnej woli, to to wciąż jest twoje, powiedziałam. Była zbyt pijana, by o tym rozmawiać. Zaczęła głośno płakać, a ja gapiłam się w grzyba na parapecie, aż zasnęła. Rano poszłyśmy do Café Goededag na śniadanie. Zjadłam trzy bułki! Ser był pyszny. Mniam mniam.

[…]

3 maja 1960

Tańczyłam wczoraj z mężczyzną. Jak mu było na imię? Nie pamiętam. Położył ręce nad moimi pośladkami. Pomyślałam, dotykaj mnie! Myślałam, dotykaj mnie dotykaj mnie dotykaj mnie! A potem próbował mnie pocałować i myślałam, że zwymiotuję. Nigdy wcześniej nie chciałam być dotykana przez kogokolwiek. Odsunęłam się, a on nie chciał mnie puścić, więc krzyknęłam na niego i napędziłam mu stracha. Jak dziwne potrafi być ciało – nie znam go, nigdy nie wiem, czego pragnie. Czy ktoś naprawdę zna swoje ciało? Ciekawa jestem.

[…]

21 stycznia 1961

Dosypało śniegu. Przypomniałam sobie dom podczas śnieżyc. Odgłos spadającego z gałęzi puchu, jak jakieś przytłumione słowo. Hymf! Słoneczne poranki i cienie drzew na zasłonie. Kiedy pojechałyśmy tam w ’46, był ciemny wieczór. Zaparkowałyśmy przed domem, więc nie widziałam nic poza palącym się w środku światłem. Czy pamiętam, jak wyglądała rodzina, która tam mieszkała? Nie. Chyba zajrzałam do środka, ale być może to, co pamiętam, nie zdarzyło się naprawdę. Kilkoro młodszych ode mnie dzieci przy stole, obfita kolacja. Była zimna noc. Kiedy tamta kobieta otworzyła drzwi, zapragnęłam uciec, ale po prostu tam stałam. Czy pamiętam tamtą rozmowę? Krzyczeli, Mamusia mówiła, żeby ją wpuścili, że to nasz dom, a ta kobieta zagroziła, że jeśli nie odejdziemy, zadzwoni na policję. Mamusia krzyknęła: „Dzwońcie po policję! Niech przyjedzie! Śmiało, dzwońcie!”. A potem się rozpłakałam. Kobieta zamknęła drzwi, a mama długo waliła w okna. Policja nie przyjechała. W drodze do domu strasznie zmarzłam. Tamtego roku boczna szyba utknęła w drzwiach auta i nie mogliśmy jej naprawić. Szlochałam i szlochałam, aż Mamusia się wkurzyła i kazała mi przestać wyć. Paliła papierosa, bez rękawiczek. Brakowało jej kilku zębów, a te, które miała, były żółte. Jakaś szalejąca w obozach choroba, o której później opowiedział nam pewien lekarz, ale zapomniałam jej nazwy. Mamusia pociągnęła jeszcze kilka ciężkich lat, a potem zmarła, marznąc w małym łóżku, czekając, aż znajdę ją rankiem.

[…]

15 kwietnia 1961

W pracy kiepsko mi szło i dostałam wypowiedzenie. Wczoraj wieczorem poszłam do Louisa. Wilgotne mieszkanie, wspólna kuchnia i łazienka. Współlokatora nie było w domu. Błądził po mnie niezdarnie rękami i ustami, bardziej gryząc, niż całując. Raz, dwa i było po wszystkim. W pewnym momencie powiedział w łóżku: „Podoba mi się, że nie brakuje ci ciała”, a ja zapytałam, co ma na myśli, mówiąc, że nie brakuje mi ciała. On na to tym swoim słodziutkim głosem, obłapiając mnie nachalnie: „oj, dobrze wiesz, co mam na myśli”. Nie jest zły, miewałam gorszych. Poprosiłam go, żeby opowiedział mi o swojej rodzinie. Powiedział, że niewiele jest do opowiedzenia. Zapytałam go, jak mają na imię, co robią, gdzie mieszkają. Zapytał, czemu chcę to wiedzieć. Powiedziałam: „Chcę wiedzieć coś o twoim życiu i o tym, skąd pochodzisz”. Powiedział, że jego rodzice nie żyją. Że jego brat Hendrik również mieszka w Hadze i jest księgowym. Jego siostra Isabel mieszka na wschodzie w ich starym domu rodzinnym. Zapytałam: „Sama?”. Powiedział: „Ma pomoc domową, przychodzi co drugi dzień”. Powiedziałam, że to wciąż oznacza, że mieszka sama. Powiedział: „No dobrze, można powiedzieć, że mieszka sama”. Zapytałam, czy kiedykolwiek rozważał powrót do tamtego miejsca, dom rodzinny jest taki duży, z pewnością oboje się tam pomieszczą. Przez chwilę milczał, a potem powiedział, że tak naprawdę należy do niego. Zapytałam: „Co masz na myśli?”. Powiedział: „Dom. Właścicielem jest mój wujek, ale tytuł własności przechodzi na mnie”. Zapytałam: „Przechodzi na ciebie?”. Wyjaśnił, że gdy postanowi założyć rodzinę, dom przejdzie na niego na własność. Kiedy się ożeni. Kiedy zdecyduje się na dzieci. Moje serce biło tak mocno, że byłam pewna, że to zauważył. Leżałam na nim naga, musiał poczuć, jak łomocze mi serce łup łup łup! Ale niczego nie zauważył. Zapytałam: „Chcesz tego? Ożenić się i mieć dzieci?”. Objął mnie mocno i powiedział: „Ach, jak spotkam właściwą dziewczynę”, a po chwili pocałował mnie, jakby chciał, żebym poczuła się wyjątkowa.

[…]

18 kwietnia 1961

Dziś na targu widziałam kobietę, której numer różnił się o dwa od numeru mamy. Chciałam z nią porozmawiać. Co bym jej powiedziała? Nie było o czym mówić. Raz mama opowiadała mi, że ona i paru innych Holendrów byli ostatnimi więźniami, którzy opuścili obozy. Że Czerwony Krzyż wyciągnął Francuzów, Szwajcarów i wszystkich, a Amerykanie ciągle mówili, niestety musicie poczekać, aż ktoś po was przyjedzie i was stąd zabierze. I że niektórzy po prostu wychodzili, bo niby kto by ich zatrzymał? Ale niektórzy zostali i wciąż spali w tych samych pryczach, i zdarzało się, że umierali. Później usłyszeli, że to wszystko się przedłuża, bo nikt po nich nie wyjechał. Holendrzy nie wysłali nikogo po swoich Żydów. Powiedziała mi, że zna ojca i córkę, którzy przeżyli, ale matka zmarła i nie chcieli czekać, więc poszli ze Szwajcarskim Czerwonym Krzyżem i wylądowali w Szwajcarii. Zapewniono im tam naprawdę dobre warunki rekonwalescencji, wygodne łóżka i dobre jedzenie, a tata był dentystą. Pomagał każdemu, kto miał jakieś problemy z zębami. Przebywali tam przez kilka lat, a potem, kiedy wrócili tutaj, dostali rachunek na grube tysiące guldenów, tysiące. Rząd szwajcarski wystawił rachunek rządowi holenderskiemu, a rząd holenderski powiedział: płaćcie! Rzecz jasna nie mieli takich pieniędzy. Wysłano ich do starych fabryk w Eindhoven, które zamieniono w taką wielką stodołę dla wszystkich ocalałych Żydów. Przez jakiś czas byłam w jednej z nich. Mama mówiła, że kiedy latem ’45 przyjechała na Amsterdam Centraal w tym brudnym obozowym uniformie, pani w punkcie rejestracyjnym dla repatriantów powiedziała, że powinna dziękować losowi, że była w tych obozach, bo przynajmniej ją tam karmili. Cała Holandia przymierała z głodu, tak powiedziała jej ta pani. Mama nie wiedziała, gdzie jestem, czy przeżyłam, czy mnie złapali i wysłali do jakiegoś obozu. Zapytała panią przy stoliku, czy zgłosił się ktoś o moim nazwisku. Kobieta powiedziała, że nie wie i żeby nie blokować kolejki. Mama powiedziała, że zaczęła krzyczeć i szarpać tę kobietę, aż jacyś goje, którzy tam pracowali, odciągnęli ją i wyprowadzili z dworca i wtedy po raz pierwszy znów zobaczyła Amsterdam.

[…]

1 maja 1961

Cudowny majowy dzień. Słońce takie łagodne, wszystko kwitnie, a powietrze pachnie jak wykrzyknik grzmiący, że coś ma się wydarzyć. Louis jest w pracy. Poznałam jego współlokatora. Maurice, znam go, kuzyn Geytele, której znajomy w ’43 załatwił mi drugą kryjówkę w Drenthe. Nie poznał mnie. Minęło ponad piętnaście lat i teraz jestem blondynką. Boję się, że jeśli zbyt długo będzie mnie oglądał, to mnie rozpozna, więc będę siedzieć w pokoju albo wychodzić z mieszkania. Myślę, że uda mi się wkręcić Louisa w małżeństwo. Zabrałam ze sobą pamiętnik, postanowiłam się nie martwić: Louis nie zauważa mnie ani rzeczy, które mam, ani rzeczy, które robię. Po prostu mnie pragnie! Jakżeby inaczej. Nie zauważa mnie.

[…]

3 czerwca 1961

Czy ktoś mnie rozpozna? Sąsiedzi? Listonosz? Rolnik po drugiej stronie grobli? Co ten ktoś zrobi? Dziwne, ale nie boję się i nie martwię. Kiedy się obudziłam, słońce wpadało przez okno, przeświecając przez jodły i cienie na zasłonach. Słyszę ją, jakby była na dole: ach tak, czyli teraz jesteś Bogiem? Teraz będziesz decydował, gdzie ma padać cień, a gdzie nie? W tym pokoju się urodziłam. Mama nie zdążyła do szpitala, urodziłam się tutaj, a te ściany, to biurko, te okna były świadkami. Ten dom chce, żebym tu była, nawet jeśli nikt inny tego nie chce.

[…]

10 czerwca 1961

Śniło mi się, że jest przy moim łóżku i patrzy, jak śpię, a kiedy się obudziłam, nie było jej tam. Nie jestem w stanie ponownie zasnąć. Utrzymuje tu idealny porządek. Dzisiaj wyjęła wszystkie naczynia z porcelanowego serwisu Mamusi z zającem i płukała je w wodzie dłonią miękką jak szyja niemowlęcia. Znalazła w ogrodzie odłamek starego, potłuczonego talerza i trzyma go teraz na kominku jak jakiś skarb. Jest tu sama jak palec. Przez te wszystkie lata siadywała w samotności przy kuchennym stole i brała do ręki rzeczy mojej matki, żeby je wyczyścić.

[…]

łyżeczki Mamusi (12)

– nóż do chleba (drewniana rączka)

– żółte kieliszki do jajek (2)

pierścionki (? jeśli są)

przycisk do papieru

– kafelki (ozdobne, z zającami)

– nóż do listów

– ramki na zdjęcia (te małe z sypialni matki)

– kółko na serwetki

– grawerowany nóż do krojenia ciasta

– mały nóż do chleba

– żółta ilustrowana książka (? tytuł?)

– świeczniki (szabatowe)

– mała niebieska brytfanka

duża niebieska brytfanka

– wazon (marmurowy, kominek)

– talerze z zającami (5)

– miski do zupy z zającami (6)

– duża misa z zającami

– cukiernica z zającami

– dzbanek na mleko z zającami

– menora (jeśli jest)

– niebieski naparstek

– piórnik

– podpórki do książek (4)

– Haasje

[…]

Był koniec lata. Trzy dni mżawki i szarych od spodu chmur. Isabel położyła się na plecach pod sekretarzykiem i dotknęła palcami wyrytych inicjałów: EDH. Eva urodziła się w tym pokoju. Jej drobna dłoń była dłonią, która trzymała nóż, który żłobił to drewno. Zbliżała się jesień i Isabel zabrała się do porządków w ogrodzie. Ziemia lepiła się jej do rąk. Nie odważyła się kopać głębiej, miała wrażenie, że wyczuwa w gruncie jakieś ostro zakończone przedmioty, ale nic tam nie było. Żadnych odłamków, żadnych znalezisk, żadnych nowych tajemnic wydobytych na światło dzienne. Wspomnienia wracały do niej tylko w przebłyskach, były jak prawda dojrzana w przelocie przez ogrodową kratkę. Krótkie migawki: zając wypuszczony z klatki na urodzinach kuzynki, pudło z zabawkami na strychu, wykonany kredkami dziecięcy rysunek konia na wewnętrznej stronie drzwiczek kredensu. Rabarbar. Drzewa. Każdego dnia budziła się i każdego dnia dom ukazywał się jej oczom niczym ciemna dłoń. Wychylała się do pokoi, a pokoje się odchylały. Kiedy Eva ujrzała jej twarz, napisała o niej: Kwaśna jak ocet siedmiu złodziei. Isabel nie chciała teraz na siebie patrzeć, nie byłaby w stanie oglądać tego, co oglądała Eva. Próbowała stanąć prosto, ale to okazało się za trudne; jej postawa się pogorszyła. Zdjęła z kominka porcelanowy odłamek i ukryła go: w szufladzie, w kredensie, w pudełku, z warzywami w spiżarni. I za każdym razem szybko tego żałowała, wracała po niego z bijącym sercem, które nie uspokajało się, dopóki przedmiot nie wracał na swoje miejsce na kominku: wyeksponowany, czujny.

[…]

Deszcz przyszedł nagle, jak otwierające się i zamykające usta. Padało przez całą drogę, na ulicach unosiła się woń wilgotnych kamieni. Wuj Karel mieszkał w kamienicy z widokiem na kanał, w wysokim budynku z trójkątnymi schodami wznoszącymi się z obu stron. Na tyłach miał ogród z wąskim pasem ziemi i śliwą z połową korony: gałęzie, które przerosły za ogrodzenie sąsiada, zostały przycięte do granicy działki. Karel nalegał, by usiedli na zewnątrz. Powiedział, że nie będzie padać, a popołudnie takie przyjemne i rześkie – prawdziwy dar od losu po tym lecie. Isabel bąknęła potakująco i co chwilę dotykała swej gołej szyi, jakby chciała ściągnąć w dół linię włosów – jakby niepokoił ją rąbek spódnicy. Wujek powstrzymał się od komentarza. Kiedy otworzył drzwi, zmierzył ją wzrokiem, zawahał się na chwilę i rzucił tylko: „No!”.

[…]

Isabel nie odpowiedziała. Wyprostowała nieco plecy. Próbowała powstrzymywać się przed przełknięciem śliny. Przeczytałaś coś w gazetach, Isabel? To o to chodzi? Ktoś opowiedział ci jakąś bajeczkę o rabusiach, złodziejach i wojnie? Co za bzdury. Kto jak kto, ale żebyś ty wierzyła w takie… Nikt mi niczego nie opowiadał. Ja… Przełknęła ślinę, odchrząknęła. Zostało mi coś w pamięci – ciągnęła. Przypomniałam sobie – jak się wprowadziliśmy, w domu było… pełno rzeczy. Karel zaczął strzepywać z piersi okruchy. Nie spieszył się. Byłaś jeszcze mała – powiedział jej. To zabrzmiało jak osąd. W takim wieku te sprawy nie są tym, czym się wydają, Isabel. A nie jesteś już dzieckiem. Owszem, mieszkała tam jakaś rodzina. Ale wyjechali. Nie płacili kredytu ani podatków. Tak bywa, takie rzeczy dzieją się codziennie, ludzie zaciągają zobowiązania, z których nie mogą się wywiązać, a potem pakują manatki i wyjeżdżają, nie zabierając swoich… swoich talerzy i łyżek. Boże drogi! Czy ty to rozumiesz? Takie rzeczy zdarzają się co dzień. Nie ma w tym nic nagannego, Isabel. Takie jest prawo. Isabel poczuła ucisk w najniższej części brzucha, który podszedł jej do płuc i chwycił ją za gardło: kłótnia. Za chwilę będzie musiała ostrożnie dobierać słowa. Pociła się w łagodnym południowym słońcu, na wpół osłonięta cieniem dachów kamienic.

[…]

Isabel, w co ty grasz? Meisje [z hol. Dziewczyna – przyp. aut.], kto ich tam wie. Ludzie rozsądni skontaktowaliby się z gminą, to nie byłaby przeszkoda nie do pokonania. Dzwonisz, wysyłasz list, działasz. Zresztą… Sięgnął po ciastko i zorientował się, że zjadł już swoją porcję. Oparł się z powrotem o krzesło. Zalegali z płatnościami. Bank zajął dom. Egzekucja komornicza – standardowa procedura. Wiesz, co sobie myślę, meisje? W takich chwilach zawsze nazywał ją meisje. Kiedy chciał przypomnieć jej, kim dla niej jest i kim jest ona sama. Małą dziewczynką. Słodziakiem. Co? – była ciekawa. Gdyby chcieli tego domu, wróciliby po niego. Gdyby im na nim zależało, wróciliby. Ale nie. Już ich nie ma. Albo im nie zależy. Tak wielu odeszło na zawsze. Nawet nie wiesz ilu, Isabel. Byłaś taka mała. Isabel nasunęło się wspomnienie: Eva, dziecko. Pyzate policzki. Sama w szczerym polu, sama na strychu. Matki z numerami na rękach. Mała, powiedział. Chcę ten dom – oznajmiła. Co proszę? – zapytał Karel. Chcę ten dom. Chcę, żeby był mój. Mieszkam w nim. Dbam o niego, utrzymuję w nim w porządek, chcę… – słowa uwięzły jej w gardle. Oblizała wargi. Chcę się w nim zestarzeć. Daj mi go.

[…]

Louis wypuścił powietrze z płuc, długo i powoli. Spojrzał przez okno. Mijała ich para. Ona była niska, w futrze, on z kolei wysoki, znacznie od niej wyższy, musiał się lekko pochylać, żeby ją usłyszeć. Przywarła do niego i uśmiechnęła się. Na zębach miała ślady szminki. Louis – powiedziała Isabel. Louis położył dłoń na czole i zamknął oczy. Włosy miał po ojcu: gęste i proste. Matka lubiła opowiadać, że kiedy Louis miał cztery latka, przepłakał cały wieczór, bo nie mógł być psem – nie potrafił zamienić się w psa. Uroił sobie, że ludzie mogą się zamieniać we wszystko, co chcą: w psy, ptaki, samoloty.

[…]

Schody do piwnicy były śliskie. Nacisnęła dzwonek, który zadźwięczał zaskakująco głośno także na zewnątrz. Cofnęła się o kilka kroków, nie oddychała. Drzwi otworzyła Eva. Miała na sobie dwa swetry. Rajstopy i skarpetki. Szal owinięty wokół ramion niczym chusta. Jej twarz była czerwona od zimna. Serce Isabel ścisnęło się jak imadło i nie puszczało. Eva wyglądała na zmęczoną i zdezorientowaną, a kiedy zobaczyła Isabel, znieruchomiała. Kamienne oblicze. Dała odrosnąć rozjaśnionym włosom albo ufarbowała je z powrotem, albo obcięła i pozwoliła im swobodnie odrastać na brązowo, okręcać się wokół uszu. Jej fryzura oraz to, że stała niżej, a Isabel spoglądała na nią z połowy schodów do sutereny – wszystko to sprawiało, że wyglądała na jeszcze niższą. Jej – rzuciła Eva i przełknęła ślinę. Znalazłaś mnie. Isabel nie mogła wydusić z siebie ani słowa. Głos Evy był tak znajomy, tak bliski. Utkwiła w niej nieruchome spojrzenie. Za plecami wciąż miała tłum przechodniów, kroki na śniegu, rowery, wózki i zagłuszający to wszystko tramwaj. Przyszłaś wezwać do mnie policję? – zapytała Eva. Zaczęła się trząść. A może są już w drodze? Chcesz obejrzeć przedstawienie?

[…]

Synagoga, zagadkowa rozległa fasada, nie była dla niej. Czerwona cegła, witrażowe okna, ogrodzenie z kutego żelaza – budynek ten był niczym przykry smak w ustach, niczym złe wspomnienia z dawnych lat. Nieraz przechodziła obok niego i zawsze przyspieszała kroku. Starała się nie myśleć o nim za dużo, nie zastanawiała się nad ludźmi gromadzącymi się w jego wnętrzu – nad tym, ilu ich w ogóle zostało. Napisy nad oknami napawały ją grozą: nie wiedziała, co znaczą, co mówią. Kto wie, co mogły znaczyć. Nie potrafiła ich odczytać, a mogły oznaczać cokolwiek. Teraz znowu miała przed oczami synagogę. Mróz zrobił z nią to samo co z pozostałymi domami na ulicy: zasnuł mgłą okna, ścisnął drzwi, nadał połysk cegłom. Po lewej stronie stał wąski dom jednorodzinny. Po prawej – inna kamienica, szersza, wyższa. Zdawało się, że budynek synagogi czepia się wszystkiego, co tylko go dotknie. Jej uwagę przykuł hebrajski tekst wyryty w kamieniu, niegdyś pokryty zapewne złotą farbą, a dziś już zmatowiały i poszarzały. Podeszła bliżej. Napis alfabetem łacińskim objaśniał: Izajasz, 56:7. Isabel pojechała do domu. Biblię trzymała w swoim pokoju, na półce. Mały zajączek opierał się o nią swoim małym grzbietem. Znalazła cytat. „Bo dom mój – przeczytała, trzymając palec przy cyfrze siedem – będzie nazwany domem modlitwy dla wszystkich narodów”.

[…]

Świt wzszedł w cichym akordzie zimowego różu. Śnieg pogrążył świat w ciszy: dwie sylwety iglaków, warzywnik zredukowany do reliefu na tle ogrodzenia. Przypomniałam sobie dom podczas śnieżyc – zapisała Eva w swoim pamiętniku. Odgłos spadającego z gałęzi puchu, jak jakieś przytłumione słowo. Hymf! Słoneczne poranki i cienie drzew na zasłonie. Isabel znała tę scenę jak ze snu, znała ją z dzieciństwa, znała z każdej zimy spędzonej w tym domu. A teraz widziała ją oczami Evy – była echem tej samej historii, nową tonacją starej melodii. Isabel stanęła przy oknie i wyjrzała na zewnątrz. Dotyk Evy był delikatny, najpierw dwa palce w zagłębieniu kręgosłupa, jakby w geście powitania: jestem tutaj, mówiły, nie przestrasz się. Isabel nie przestraszyła się. Wiedziała, że Eva tam jest, wiedziała, że się do niej zbliża. Odtąd już zawsze będzie wiedzieć. Odtąd już nigdy nie wyjdzie z pokoju, nie zostawiając połowy siebie. Spojrzała w bok. Eva podeszła bliżej – jej ciepłe ciało na plecach Isabel, jej dłonie miękkie jak sen na brzuchu Isabel. Eva musiała wspiąć się na palce, żeby pocałować Isabel tam, gdzie łączyły się jej szczęki. Z tak bliskiej odległości Isabel widziała tylko rozmazaną plamę jej włosów, krzywiznę jej nosa, płaszczyznę policzka. To jej nie wystarczało. Isabel odwróciła się, chciała mieć jej więcej. Eva podniosła twarz. Isabel wychyliła się ku niej, wychyliła się ku temu, co jej ofiarowano – ku darowi.

 

Yael Van Der Wouden, W dobrych rękach

 

Debiutancka powieść obyczajowa Yael van der Wouden - holenderskiej pisarki i wykładowczyni - będąca zarazem i na krótkiej liście nominatek do prestiżowej nagrody Bookera oraz laureatką nagrody Women’s Prize for Fiction za 2025 rok - przenosi akcję tej metaforycznej opowieści do Republiki Holenderskiej gdzieś na głuchą prowincję w czym wydaje mi się, że w okolice narodowego parku nizinnego Veluwezoom w prowincji Geldria, choć przede wszystkim w lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Isabel i Evę de Haas różni niby prawie wszystko poza pochodzeniem żydowskim. Pierwsza z nich to ortodoksyjna, purytańska, oschła, niemal też wiktoriańska w swym beznamiętnym uporządkowaniu, z kolei Eva czyżby odwrotnie porywcza, czule namiętna, krucha, potem też przestraszona, a może i w głębi niesłusznie zastraszona. Spotykają w jednym domu, o którym obie pamiętają z dzieciństwa jako o swym rodzinnym, choć nie są rodzeństwem i nie znają się wszak zupełnie. Wkrótce łączy je obopólna namiętność i fascynacja cielesna - ta anatomia dotyku u kobiet, co wcale nie wyjaśnia: czy to nowe zrodzone "my" jest tak naprawdę i spontaniczne i ideowo beztroskie. Również zagadkowe kradzieże domowych przedmiotów codziennego użytku jak i arcyciekawy pamiętnik Evy wprowadzają nas w intrygujące światy równoległe, czasem nawet bez stycznych ze snującą się w dzienniku opowieścią o nieludzkich, drugowojennych czasach pogardy i nienawiści. A jednak pod wpływem tej sztambuchowej lektury jak i w objęciach terapeutycznej namiętności obie kobiety rozpoczynają poważne współżycie pod jednym dachem - teraz, gdy wszystko staje lepsze może już nie wbrew sobie ani na niby. Opowieść Wouden to wielka w swej bezsilności metafora, o pojedynczym, acz uniwersalnym i ustronnym domu jako swoistym epicentrum życia - ciągle wskrzeszanym miejscu bez granic - więcej niż niematerialnym, mniej za to zbudowanym z desek.  



powrót ››