24.07.2026

„Zwycięstwo okupione śmiercią to
żadne zwycięstwo”
„Człowiek nigdy nie wie, za co będzie wdzięczny
losowi”
Ludzie, którzy myślą o dobrych rzeczach są
szczęśliwi”
„Musiałbym uczynić z nienawiści prawdziwą sztukę.
To takie germańskie!”
[…]
Sześć miesięcy spędzone w zatoce Byron u wybrzeży Nowej Południowej Walii, w towarzystwie dwóch latarników i ich rodzin, uświadomiło Tomowi, jak wygląda codzienne życie latarnika. Po zatoce Byron przyszedł czas na Maatsuyker, dziką wyspę na południe od Tasmanii, gdzie przez większą część roku padał deszcz, a wiejące w czasie sztormów porywiste wiatry ciskały kurczęta wprost w oszalałe fale. Jako latarnik Tom Sherbourne ma mnóstwo czasu na rozmyślania o wojnie. O twarzach i głosach swych towarzyszy, którzy w taki czy inny sposób uratowali mu życie. O ostatnich słowach konających żołnierzy i bezładnej paplaninie, której nie mógł zrozumieć, a mimo to, słuchając jej, uparcie kiwał głową. Nie był jednym z tych, którzy wlekli za sobą pourywane kończyny i których wnętrzności wylewały się z brzucha niczym oślizgłe węgorze. Trujący gaz nie zmienił jego płuc i mózgu w kleistą breję. A mimo to cierpiał, zmuszony do życia w ciele człowieka, który na wojnie dopuścił się potwornych rzeczy. Wspomnienia tych wydarzeń wlokły się za nim niczym drugi cień. Próbuje o tym nie myśleć. Wielokrotnie widział, co wspomnienia potrafią zrobić z człowiekiem. Dlatego wciąż żyje na krawędzi czegoś, czego sam nie potrafi nazwać. Kiedy śni o tamtych latach, Tom, którego widzi w snach, ten, który ma na rękach ludzką krew, jest zaledwie ośmioletnim chłopcem. W snach to właśnie on staje naprzeciwko mężczyzn uzbrojonych w strzelby i bagnety i bezradny patrzy na własne skarpety, wiedząc, że aby je podciągnąć, będzie musiał odłożyć broń, która i tak ciąży mu w rękach. Jakby tego było mało, nigdzie nie może odnaleźć matki. Po przebudzeniu trafia do świata pełnego wiatru, fal, światła i mechanizmów, które podtrzymują płomień i obracają światło, utrzymując je w ciągłym ruchu. Gdyby tylko mógł uciec wystarczająco daleko – z dala od ludzi i wspomnień – czas uleczyłby rany.
[…]
Tak, rozumiem – odparł Tom Sherbourne. Siedział w spartańsko urządzonym pokoju, dającym niewielkie wytchnienie od panującej na zewnątrz duchoty. Letni deszcz dzwonił o szyby, sprawiając, że ludzie na ulicach w pośpiechu szukali schronienia. Będzie naprawdę ciężko. Mężczyzna po drugiej stronie biurka pochylił się do przodu, dla podkreślenia swoich słów. – To nie żarty. Nie chodzi o to, że zatoka Byron jest najgorszym przydziałem, ale chcę mieć pewność, że wiesz, na co się decydujesz. Ubił kciukiem tytoń i zapalił fajkę. Podanie Toma było podobne do wielu innych z tamtego okresu: urodzony dwudziestego ósmego września 1893 roku, wojnę spędził na froncie, znał międzynarodowy kod sygnałowy i alfabet Morse’a, zdrowy i wysportowany, zwolniony z wojska z odznaczeniami. Zgodnie z panującymi zasadami, pierwszeństwo należało się byłym wojskowym. Na pewno nie… Tom urwał i chwilę później zaczął od nowa. Z całym szacunkiem, panie Coughlan, ale nie ma nic gorszego niż front zachodni. Mężczyzna po raz kolejny utkwił wzrok w dokumentach i spojrzał na Toma, jakby szukał czegoś w jego oczach, w twarzy. Tak, synu. Pewnie masz rację. Znudzonym głosem wyrecytował regułkę: Sam opłacasz przejazd. Jesteś zmiennikiem, więc nie masz urlopu. Stałym pracownikom przysługuje miesięczny urlop pod koniec każdego trzyletniego kontraktu. Sięgnął po grube pióro i podpisał formularz. Przyłożył pieczątkę do nasączonej tuszem poduszeczki. Witamy… – przybił pieczątkę w trzech miejscach – w Stowarzyszeniu Latarników. Formularz opatrzono datą szesnastego grudnia 1918.
[…]
Niewielka wyspa Janus Rock, oddalona tysiące mil od zachodniego wybrzeża, była najdalszym miejscem, do którego trafił wychowany w Sydney Tom. Tamtejsza latarnia morska była ostatnim zakątkiem Australii, który widział, gdy w 1915 roku wypływał do Egiptu na pokładzie transportowca. Powietrze pachniało eukaliptusami jeszcze długo po tym, jak stracił z oczu wybrzeże Albany, a gdy przestał czuć tę woń, ogarnęła go niewypowiedziana tęsknota. Kilka godzin później, w najodleglejszym zakątku swej ojczyzny zobaczył światło – pięciosekundowe błyski, których widok towarzyszył mu w czasie wojennej zawieruchy niczym wspomnienie pożegnalnego pocałunku. Kiedy w czerwcu 1920 roku dowiedział się o wolnej posadzie na wyspie Janus, miał wrażenie, że światło latarni go przyzywa. Przycupnięta na krawędzi szelfu kontynentalnego Janus Rock cieszyła się złą sławą. I choć praca w tak trudnych warunkach oznaczała nieco wyższe zarobki, stare wygi mówiły, że nie jest warta tych pieniędzy, które i tak są niewielkie. Latarnik zastąpiony przez Toma, Trimble Docherty, wywołał prawdziwą burzę, kiedy zgłosił, że jego żona dawała znaki przepływającym statkom, wywieszając kolorowe flagi międzynarodowego kodu sygnałowego. To oburzyło ówczesne władze z dwóch powodów: po pierwsze, zastępca kierownika związku latarników zakazał używania flag na wyspie Janus, ponieważ przepływające statki, aby je zobaczyć, podpływały niebezpiecznie blisko brzegu, po drugie, żona Docherty’ego, która jakoby wywieszała flagi, od jakiegoś czasu nie żyła.
[…]
Point Partageuse został nazwany na cześć francuskich odkrywców, którzy nanieśli na mapę przylądek w południowozachodniej części Australii na długo przed tym, zanim Brytyjczycy zaczęli kolonizować zachód, w 1826 roku. Od tamtej pory osadnicy wędrowali z Albany na północ i na południe z kolonii Swan River, roszcząc sobie prawo do napotykanych po drodze dziewiczych lasów. Wysokie niczym katedry drzewa ustąpiły miejsca pastwiskom. W leśnej głuszy powstawały prymitywne drogi, wyrąbywane kawałek po kawałku przez białoskórych mężczyzn, którym towarzyszyły zaprzęgi silnych, potężnych koni. Ziemia, która nigdy dotąd nie zaznała ingerencji człowieka, była wypalana i obdzierana ze skóry, oznaczana na mapach i mierzona przez tych, którzy postanowili spróbować szczęścia na półkuli, gdzie czekały na nich rozpacz, śmierć albo niewyobrażalne bogactwa. Mieszkańcy Partageuse byli niczym drobinki kurzu na wietrze, które osiadły w miejscu, gdzie jeden ocean łączył się z drugim. To tu znaleźli wodę pitną, naturalny port i urodzajną glebę. Tutejszy port nie mógł się równać z tym, który wybudowano w Albany, jednak wy- starczał miejscowym do transportu drewna sandałowego i wołowiny. W okolicy, niczym porosty na skale, rozkwitały kolejne interesy. Niebawem w miasteczku powstała szkoła, rozmaite kościoły, domy z cegły oraz kamienia i kolejne z desek i blachy. Tuż po nich sklepy, ratusz, a nawet filia agencji rolnej Dalgety’ego. I puby. Mnóstwo pubów.
[…]
Jedynym obowiązkiem Toma Sherbourne’a w Point Partageus e był obiad w towarzystwie kapitana portu i jego żony. Kapitan Percy Hasluck odpowiadał za wszystko, co działo się w porcie, i tradycją było, że kolejni latarnicy z Janus Rock przed wypłynięciem na wyspę jedli z nim uroczysty obiad. Tom umył się i ogol ił, nałożył brylantynę na włosy, przygładził je, przypiął kołnierzyk i włożył garnitur. Słoneczna pogoda ostatnich dni ustąpiła miejsca niskim chmur om i mroźnemu antarktycznemu wiatrowi, więc zdecydował, że lepiej będzie, jeśli włoży ciężki dwurzędowy płaszcz. Wyszedł z pensjonatu wcześniej, niż było to konieczne, i dotarł do domu kapitana grubo przed czasem. Gospodarz powitał go ciepłym, szerokim uśmiechem, a gdy Tom przeprosił za tak wczesne najście, „pani kapitan Hasluck”, jak mówił o niej mąż, klasnęła i zaszczebiotała: Boże jedyny, panie Sherbourne! Proszę nie przepraszać za to, że zaszczycił nas pan swoją obecnością, zwłaszcza że przyniósł pan takie piękne kwiaty. – Mówiąc to, powąchała róże, które Tom za dodatkową opłatą zerwał w ogrodzie pani Mewett. Kobieta zadarła głowę, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Dobry Boże! Jest pan prawie tak wysoki jak ta latarnia! – powiedziała i zaśmiała się z własnego żartu. Kapitan wziął kapelusz i płaszcz Toma. Zapraszam do salonu. Powiedział pająk do muchy! – dodała śpiewnym głosem jego żona. Sam pan widzi, że moja małżonka to prawdziwa żartownisia! – skomentował kapitan. Tom zaczął się obawiać, że czeka go długi i męczący wieczór.
[…]
Tom przyjrzał się wiszącej na tablicy mapie. Nawet powiększona do tej skali, wyspa Janus przypominała niewielką plamkę pośród ławicy innych wysp. Spojrzał na bezkresne morze i odetchnął gęstym słonym powietrzem. Nie oglądał się za siebie, żeby się przypadkiem nie rozmyślić. W miarę jak oddalali się od brzegu, woda pod nimi stawała się coraz głębsza, a jej kolor przywodził na myśl ciemną glebę. Od czasu do czasu Ralph pokazywał Tomowi coś ciekawego - morskiego orła albo stado delfinów dokazujących przed dziobem. W pewnej chwili, daleko na horyzoncie, dostrzegli komin parowca. Co jakiś czas Bluey wychodził z kambuza, racząc ich gorącą herbatą w wyszczerbionych emaliowanych kubkach. Ralph opowiadał historie o szalejących na morzu sztormach i dramatycznej sytuacji latarni w tej części wybrzeża. W zamian za to Tom uraczył go opowieściami o życiu w zatoce Byron i na wyspie Maatsuyker, tysiące mil na wschód.
[…]
To, co zobaczył za zielonymi drzwiami, wyglądało mniej więcej tak, jak się spodziewał. Wystarczyło kilka kroków, by przejść z jednego końca pomieszczenia na drugi. Kroków, które rozbrzmiewały w ciszy niczym huk zbłąkanych kul, odbijając się echem od pomalowanej zieloną farbą podłogi i pobielonych wapnem ścian. Nieliczne meble - dwie szafki i mały stolik - ustawiono na tyłach pomieszczenia, gdzie kuliły się pod ścianami niczym banda garbusów. Pośrodku stał ciężki metalowy cylinder, sięgający wysoko w górę, aż do laterny. W jego wnętrzu umieszczono ciężarki mechanizmu, który pierwotnie obracał układem optycznym. Na górę prowadziły wąskie spiralne schody, które znikały za metalowym podestem wysoko w górze. Tom wszedł za latarnikiem na kolejny, jeszcze węższy poziom i dalej w górę wąską spiralą schodów, aż dotarli na piąte piętro, tuż poniżej laterny - administracyjnego serca latarni. W niewielkim pomieszczeniu stało biurko z rejestrami, aparat telegraficzny i lornetka. Naturalnie nie było w nim łóżka ani wygodnych foteli, zamiast tego w pokoju stało twarde drewniane krzesło z wysokim oparciem. Kolejne pokolenia mocnych, zgrubiałych rąk sprawiły, że jego poręcze były gładkie i lekko błyszczące. Tom zauważył, że należy wyczyścić barometr, jednak coś innego zwróciło jego uwagę. Kiedy spojrzał na mapy, dostrzegł kłębek wełny z wetkniętymi w środek drutami i kawałkiem czegoś, co wyglądało jak początek szalika. To starego Docherty’ego - wyjaśnił Whittnish. Tom wiedział, że w chwilach spokoju latarnicy zajmują się rozmaitymi rzeczami: rzeźbią figury szachowe w muszlach lub drewnie, a robienie na drutach jest równie popularne.
[…]
Po raz pierwszy spojrzał na roztaczający się przed nim widok. Stojąc setki stóp nad poziomem morza, jak urzeczony wpatrywał się w wody oceanu, które z hukiem rozbijały się o widoczne w dole klify. Fale rozchlapywały się niczym gęsta biała farba, przez którą - od czasu do czasu - przebijał niebieski podkład. Na drugim końcu wyspy wody oceanu przedarły się przez rząd ogromnych głazów, tworząc naturalną sadzawkę. Jej widok sprawił, że Tom poczuł się, jakby zwisał z krawędzi nieba. Powoli obszedł całą galerię, spoglądając na otaczającą go pustkę. Miał wrażenie, że jego płuca nigdy nie będą wystarczająco duże, by odetchnąć taką ilością powietrza, wzrok nie obejmie takiego ogromu przestrzeni, a uszy nie przyzwyczają się do ryku oceanu. Przez ułamek sekundy czuł się, jakby jego ciało nie miało granic. Zamrugał i pokręcił głową. Niebezpiecznie zbliżył się do wiru i żeby nie utonąć, musiał skupić się na biciu swojego serca i twardym metalu pod stopami. Wyprężył się jak struna. Utkwił wzrok w obluzowanym zawiasie i postanowił, że zacznie swój pobyt na Janus Rock od naprawienia drzwi. Potrzebuje czegoś konkretnego. Musi zająć czymś umysł, bo jeśli tego nie zrobi, jego dusza uleci ku niebu jak balon. W ten sposób zdołał przetrwać cztery lata pełne krwi i szaleństwa: zawsze wiedz, gdzie leży twoja broń, gdy na dziesięć minut zdrzemniesz się w wykopanej przez siebie ziemiance; zawsze sprawdzaj maskę przeciwgazową; upewnij się, że każdy z twoich ludzi dobrze zrozumiał rozkazy. Nie myśl o tym, co przyniosą kolejne miesiące czy lata, skup się na tym, co tu i teraz, na kolejnej godzinie, może jeszcze następnej. Wszystko inne jest spekulacją.
[…]
Tej nocy, gdy zapalił lampę, jego powolne, ostrożne ruchy przywodziły na myśl kapłanów, którzy tysiące lat temu na wyspie Faros rozpalili ogień w pierwszej latarni morskiej. Wszedł po wąskich metalowych schodach prowadzących na wewnętrzny pomost zbudowany wokół lampy, schylając głowę przeszedł przez otwór wprost do serca urządzenia. Podał paliwo, rozpalając ogień pod zbiornikiem, sprawiając, że zaczęło parować i dotarło do osłony w postaci gazu. Wówczas zbliżył do osłony zapałkę, która zamieniła parę w biały płomień. Zszedł na niższy poziom i uruchomił silnik. Światło zaczęło się obracać, emitując równe, pięciosekundowe błyski. Tom sięgnął po pióro i zanotował w szerokim, oprawionym w skórę dzienniku:
Zapalono o 17.09. Wiatr północny/północnowschodni 15 węzłów. Zachmurzenie duże, wietrzenie. Morze 6.
Pod notatką zapisał swoje inicjały:
T.S.
Ten zapisek był kontynuacją opowieści, którą kilka godzin temu zakończył Whittnish, a przed nim Docherty. Tom był częścią nieprzerwanego łańcucha, kolejnym latarnikiem, opiekunem płomienia.
[…]
Każdego ranka o wschodzie słońca, po wyłączeniu światła latarni, Tom wyrusza w głąb wyspy, by odkryć kolejną część terytorium, zanim pochłoną go codzienne obowiązki. Północna część Janus Rock okazuje się granitowym klifem, wznoszącym się dumnie nad wodami oceanu. Teren opada tu na południe, by ostatecznie zniknąć pod wodami płytkiej laguny. Nieopodal wąskiej plaży znajduje się koło wodne, które doprowadza do chatki świeżą wodę ze strumienia. W głębi lądu i wzdłuż dna oceanu, aż do Janus Rock i dalej poza nią, są szczeliny, z których w tajemniczy sposób wypływa słodka woda. Kiedy w XVIII wieku Francuzi opisali to zjawisko, uznano je za mit. Jednak prawdą było, że w różnych częściach oceanu można było odnaleźć świeżą słodką wodę, zupełnie jakby natura postanowiła spłatać figla. Dzień po dniu Tom organizuje sobie pracę, która wkrótce staje się rutyną. Przepisy wymagają, by w każdą niedzielę wciągał na maszt flagę. Stosuje się do nich i flaga pojawia się regularnie co tydzień, z samego rana, jak również wtedy, gdy w pobliżu wyspy przepływa okręt wojenny. Tom zna latarników, którzy w duchu przeklinają swoje obowiązki, on jednak znajduje w nich pocieszenie. Uważa, że luksusem jest robić coś, co tak naprawdę nie ma praktycznego zastosowania.
[…]
Prawie bym zapomniał - rzucił przepraszająco. List opatrzony pieczęcią naczelnika okręgu zawierał podpisane z datą wsteczną mianowanie Toma i warunki współpracy. W liście z Departamentu Repatriacji przedstawiono listę korzyści przyznanych byłym wojskowym, łącznie z zasiłkiem z tytułu niezdolności do pracy oraz pożyczką na rozkręcenie własnego interesu. Żadna z tych ofert nie zainteresowała Toma, więc otworzył kolejny list - wyciąg z Banku Commonwealth, potwierdzający, że ulokowane na koncie pięćset funtów przyniosło czteroprocentowy zysk. Jeden po drugim pobieżnie przeglądał kolejne listy, aż dotarł do ostatniego. Adres na kopercie napisano ręcznie. Tom nie miał pojęcia, kto mógłby do niego napisać, i obawiał się, że to ktoś „życzliwy", kto postanowił przesłać mu wiadomości dotyczące brata lub ojca. Mimo to otworzył list. Drogi Tomie, pomyślałam, że napiszę do Ciebie i upewnię się, że nic Ci nie jest. Mam nadzieję, że porywisty wiatr nie zdmuchnął Cię do morza i że brak dróg nie przysparza Ci zbyt wielu problemów. Tom zerknął na kończący list podpis: Twoja Isabel Graysmark. W dalszej części listu Isabel wyrażała nadzieję, że Tom nie jest zbyt samotny i po powrocie z Janus Rock odwiedzi ją, zanim wyjedzie na kolejne pustkowie. List ozdabiał rysunek latarnika opierającego się o mury latarni i nucącego pod nosem, podczas gdy za jego plecami z wody wyłaniał się ogromny wieloryb. Rysunek opatrzono podpisem: Do tego czasu nie daj się zjeść wielorybom.
[…]
Tej nocy, leżąc w łóżku, Tom wrócił pamięcią do czasów dzieciństwa, które Isabel tak bardzo chciała poznać. Tak naprawdę nigdy z nikim nie rozmawiał na ten temat. Nawet teraz kiedy o tym myślał, czuł się, jakby dotykał językiem złamanego zęba. Widział siebie w wieku ośmiu lat, szarpiącego rękaw ojcowskiej koszuli i krzyczącego: „Proszę! Proszę, pozwól jej wrócić. Proszę, tatusiu. Ja ją kocham!”. Jednak ojciec odepchnął jego rękę, jakby opędzał się od natrętnej muchy. „Nie waż się więcej o niej mówić. Rozumiesz, synu?”. Kiedy ojciec wyszedł z pokoju, brat Toma, Cecil, pięć lat starszy i dużo od niego wyższy, zdzielił go w tył głowy. „Mówiłem ci, idioto. Mówiłem ci, żebyś trzymał gębę na kłódkę”, syknął i pobiegł za ojcem, zostawiając ośmiolatka samego w salonie. Tom wyjął z kieszeni koronkową chusteczkę przesiąkniętą zapachem matki i przyłożył do policzka, uważając, by nie dotknęła łez ani cieknącego nosa. Nie miał zamiaru jej używać, chciał tylko poczuć miękkość i zapach. Wrócił pamięcią do okazałego pustego domu, do ciszy brzmiącej inaczej w każdym pokoju, do pachnącej karbolem kuchni, którą kolejne gosposie utrzymywały w idealnym porządku. Pamiętał budzący grozę zapach płatków Lux i rozpacz, kiedy zobaczył chusteczkę, wypraną i wykrochmaloną przez panią Jakąś tam, która znalazła ją w kieszeni jego szortów i wyprała, zabijając tym samym zapach matki. Przeszukał cały dom, licząc, że znajdzie jakiś kącik albo szafkę, która zwróci mu tą delikatną, słodką woń. Jednak nawet w matczynej sypialni pachniało tylko środkami do polerowania mebli, jakby jej duch został w końcu przepędzony.
[…]
Kiedyś mieszkałyśmy przy tej samej ulicy. Bawiłyśmy się w dom. Sarah jest trochę starsza, dlatego zawsze musiała być matką. Nachmurzyła się. Zaszła w ciążę, mając szesnaście lat. Rodzice chcieli uniknąć skandalu i wysłali ją do Perth. Kazali jej oddać dziecko do sierocińca. Mówili, że zostanie adoptowane, ale chłopiec miał zniekształconą stopę. Później, gdy wyszła za mąż, zapomniano o nim. Pewnego dnia spytała mnie, czy pojadę z nią do Perth, żeby w tajemnicy odwiedzić sierociniec. Dom dziecka znajdował się w pobliżu domu dla obłąkanych. Och, Tom, to straszny widok. Oddział pełen osieroconych maluchów, których nikt nie kocha. Sarah nie mogła powiedzieć ani słowa swojemu mężowi. Wiedziała, że gdyby się dowiedział, odprawiłby ją. Do tej pory o niczym nie wie. Jej synek wciąż tam był, a ona mogła tylko na niego patrzeć. Najzabawniejsze było to, że to ja nie mogłam przestać płakać. Gdybyś zobaczył te małe buźki. Ich widok rozdzierał mi serce. Oddając dziecko do sierocińca, równie dobrze mógłbyś wysłać je do piekła. Dziecko potrzebuje matki – odparł w zamyśleniu Tom. Teraz Sarah mieszka w Sydney – dodała Isabel. Od dawna się nie kontaktujemy. W ciągu tych dwóch tygodni Tom i Isabel spotykali się codziennie. Kiedy Bill Graysmark w rozmowie z żoną wyraził zaniepokojenie częstotliwością tych nagłych „spotkań”, usłyszał: „Och, Bill. Życie jest takie krótkie. Isabel to rozsądna dziewczyna o wyrobionych poglądach. Poza tym ciężko w tych czasach o mężczyznę, który miałby ręce i nogi. Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”. Pani Graysmark wiedziała, jak małe jest Partageuse. Tu Isabel była bezpieczna. Gdyby między nią a Tomem doszło do czegoś niestosownego, natychmiast by jej o tym doniesiono. Tom był zaskoczony niecierpliwością, z jaką czekał na kolejne spotkania z Isabel. Jakimś cudem dziewczynie udało się sforsować jego linię obrony. Lubił słuchać jej opowieści o życiu w Partageuse i historii miasteczka, o tym, dlaczego Francuzi właśnie tak nazwali to miejsce między oceanami - partageuse znaczy po francusku „chętnie dzieląca się z innymi”, a jego mieszkańcy „chętnie się wszystkim dzielą”. Mówiła o tym, jak spadła z drzewa i złamała rękę; jak jej bracia namalowali czerwone plamy na kozie pani Mewett i zapukali do jej drzwi, żeby poinformować kobietę, iż zwierzę ma odrę. Ściszonym głosem opowiedziała mu o tym, jak obaj zginęli w bitwie nad Sommą i jak bardzo pragnęła, by jej rodzice znów zaczęli się uśmiechać.
[…]
Tom był zaskoczony niecierpliwością, z jaką czekał na kolejne spotkania z Isabel. Jakimś cudem dziewczynie udało się sforsować jego linię obrony. Lubił słuchać jej opowieści o życiu w Partageuse i historii miasteczka, o tym, dlaczego Francuzi właśnie tak nazwali to miejsce między oceanami - partageuse znaczy po francusku „chętnie dzieląca się z innymi”, a jego mieszkańcy „chętnie się wszystkim dzielą”. Mówiła o tym, jak spadła z drzewa i złamała rękę; jak jej bracia namalowali czerwone plamy na kozie pani Mewett i zapukali do jej drzwi, żeby poinformować kobietę, iż zwierzę ma odrę. Ściszonym głosem opowiedziała mu o tym, jak obaj zginęli w bitwie nad Sommą i jak bardzo pragnęła, by jej rodzice znów zaczęli się uśmiechać. Tom był jednak ostrożny. Partageuse to mała mieścina, a Isabel była od niego dużo młodsza. Kiedy wróci na wyspę, być może nigdy więcej jej nie zobaczy. Z pewnością znajdą się inni, którzy to wykorzystają, jednak dla Toma kwestia honoru była niczym antidotum na to, czego doświadczył w przeszłości. Isabel również nie potrafiła nazwać tego, co czuła za każdym razem, gdy widziała Toma. Miał w sobie coś tajemniczego. Jego uśmiech przywodził na myśl kurtynę, za którą skrywał prawdziwe myśli. Tym bardziej chciała go poznać i odkryć jego tajemnice. Wojna nauczyła ją, że nic nie jest oczywiste i że nie należy odkładać na później tego, co ważne. Wystarczyła chwila, by życie ograbiło człowieka ze wszystkiego, co tak pieczołowicie pielęgnował, i nie było szans, by to odzyskać. Dlatego Isabel musiała się spieszyć i jak najlepiej wykorzystać swoją szansę. Zanim zrobi to ktoś inny.
[…]
Tom patrzył na nią. Jej oczy rzucały mu wyzwanie, a zaciśnięte usta świadczyły o determinacji. Jeśli raz przekroczy tę linię, kto wie, do czego go to zaprowadzi? A niech to. Do diabła z dobrym wychowaniem. Do diabła z tym, co właściwe. Ma przed sobą piękną dziewczynę, która błaga o to, by ją pocałował. Słońce ukryło się za horyzontem, czas Toma w Partageuse dobiegał końca, a jutro o tej porze będzie zupełnie sam na pustkowiu. Ujął jej twarz w dłonie i pochylił się nad nią. Oto, jak należy to robić. Po tych słowach pocałował ją delikatnie, pozwalając, by czas stanął w miejscu. Nie pamiętał, by jakikolwiek inny pocałunek smakował tak jak ten. W końcu oderwał usta od jej warg i odgarnął jej z oczu zbłąkany kosmyk włosów. Lepiej wróć do domu albo twoi rodzice wyślą za mną policję. Objął ją i poprowadził wzdłuż plaży. Mówiłam poważnie, wiesz, o małżeństwie. Musisz być szalona, skoro chcesz mnie poślubić. Pensja latarnika jest dość skromna. A jego żonę czeka mnóstwo pracy i obowiązków. Wiem, czego pragnę, Tom.
[…]
W słoneczne letnie dni człowiek odnosi wrażenie, że wyspa Janus staje na palcach. Tom mógłby przysiąc, że bywają chwile, kiedy wydaje się wyższa i powodem nie są przypływy i odpływy. Bywa i tak, że w czasie ulewy niemal całkowicie ginie pod powierzchnią wody, niczym mityczna grecka bogini, albo znika we mgle, kiedy ciężkie od kryształków soli ciepłe powietrze niemal zupełnie blokuje dostęp światła. Kiedy płonie busz, dym z pożarów dociera na Janus Rock, niosąc gęsty, lepki popiół, który osiada na kryształowych lustrach latarni i zmienia zachodzące słońce w czerwonozłotą kulę. Z tego powodu latarnia na wyspie Janus potrzebuje najsilniejszego światła. Stojąc na galerii, Tom wpatruje się w długą na czterdzieści mil linię horyzontu, nie mogąc uwierzyć, że taki bezmiar przestrzeni istnieje w świecie, gdzie jeszcze niedawno ludzie walczyli o każdy skrawek błotnistej ziemi, tylko po to, żeby móc powiedzieć o nim „nasz”, a nie „ich”, choć dzień później znowu go tracili. Może ta sama chęć znakowania kazała kartografom podzielić ten bezmiar wody na dwa oceany, nawet jeśli nikt nie potrafił wyznaczyć miejsca, w którym ich prądy zaczynały się różnić. Dzielenie. Znakowanie. Pogoń za „innością”. Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają. Na wyspie Janus nie było powodu, żeby się odzywać. Tom miesiącami nie słyszał własnego głosu. Wiedział, że niektórzy latarnicy od czasu do czasu nucą coś pod nosem. Zupełnie jakby uruchamiali maszynę, żeby się przekonać, czy wciąż pracuje jak należy. On jednak odnajdował wolność w ciszy. Słuchał wiatru. Obserwował szczegóły życia na wyspie. Od czasu do czasu, niesione na skrzydłach lekkiej bryzy, wracały wspomnienia pocałunku Isabel. Dotyku jej skóry, jej bliskości, i sprawiały, że Tom zaczynał myśleć o latach, kiedy nie wierzył, że coś takiego w ogóle istnieje. Sama obecność Isabel sprawiała, że czuł się czystszy, pokrzepiony. Mimo to wciąż wracał wspomnieniami do ciemności pełnej rannych ciał i powykręcanych kończyn. Próbował zrozumieć ten mrok, jednak nie było to łatwe. Niełatwo było doświadczać ogromu śmierci i nie dać jej się złamać. Nie było powodu, dla którego powinien wciąż żyć. Nagle docierało do niego, że płacze. Opłakiwał tych, którzy ginęli wokół niego, podczas gdy jego śmierć się nie imała. Opłakiwał tych, których zabił.
[…]
Był rok 1922, ich drugi wspólny dzień na wyspie Janus, dokąd wrócili po krótkim miesiącu miodowym w Perth. To jak spoglądać w przyszłość – szepnęła Isabel. Możesz wyprzedzić czas i ocalić statek, zanim jego załoga zda sobie sprawę, że potrzebuje pomocy. Im wyższa jest latarnia, tym większej potrzebuje soczewki i tym dalej sięga jej światło. Ta należy do najwyższych. Nigdy nie byłam tak wysoko! Czuję się, jakbym latała! Isabel uwolniła się z jego objęć, żeby jeszcze raz okrążyć wieżę latarni. Jak nazywają się te sygnały? Jest takie słowo… To światła błyskowe. Każda latarnia wysyła inne sygnały. Ta gaśnie cztery razy w ciągu pięciosekundowego obrotu, dlatego każdy statek wie, że to Janus, a nie Leeuwin, Break-sea, czy jakaś inna latarnia. Skąd to wiedzą? Kapitanowie mają spis latarni, które mijają po drodze. Dla szypra czas to pieniądz. Zawsze chcą płynąć na skróty, być pierwszymi, którzy rozładują towar, i pierwszymi, którzy wezmą na pokład nowy. Mniej dni spędzonych na morzu to również mniejsze koszty utrzymania załogi. Światło latarni ma ich ostrzegać i sprawiać, że odzyskają zdrowy rozsądek.
[…]
Były urodziny Isabel. Tom podał śniadanie, ugotował obiad i patrzył, jak Isabel rozwiązuje kokardę na nakręcanym gramofonie, który Ralph i Bluey w tajemnicy przywieźli na wyspę razem z zapasami. Gramofon miał wynagrodzić Isabel to, że nieużywane od lat pianino, które Tom z dumą pokazał jej po przyjeździe, nie nadawało się do grania. Cały dzień słuchała Chopina i Brahmsa, a teraz od strony latarni dobiegały stłumione dźwięki Mesjasza Haendla. Uwielbiam, kiedy to robisz – ciągnął Tom, patrząc, jak Isabel owija wokół palca kosmyk włosów, rozwija go i sięga po kolejny. Mama mówi, że to złe przyzwyczajenie – odparła nieśmiało Isabel. Robię to nieświadomie. Tom nawinął na palec kosmyk jej włosów i pozwolił, by rozwinął się niczym wstążka. Opowiedz mi jeszcze jakiś mit – poprosiła. Zastanawiał się przez chwilę. Wiesz, że wyspa Janus wzięła swoje imię od łacińskiego słowa Januarius, styczeń? Została nazwana na cześć boga o tym samym imieniu. Bóg ten ma dwie twarze, zwrócone do siebie tyłem i jest dość paskudny. Ten Janus jest bogiem czego? Drzwi. Zawsze patrzy w dwie strony, jest rozdarty, bo spogląda na rzeczy z dwóch różnych perspektyw. Styczeń spogląda w nowy rok, ale też ogląda się za siebie, żegnając mijający rok. Widzi przeszłość i przyszłość. Wyspa spogląda na dwa różne oceany, w dół na biegun południowy i w górę na równik. Tak, rozumiem – mruknęła Isabel. Uszczypnęła go w nos i wybuchnęła śmiechem. Drażnię się z tobą. Uwielbiam, kiedy opowiadasz mi różne rzeczy. Opowiedz mi o gwiazdach. Gdzie podział się gwiazdozbiór Centaura?
[…]
Dawniej, przed twoim przyjazdem, gdy siedziałem w latarni, myślałem o tym, czym jest życie. W porównaniu ze śmiercią… Urwał. Gadam bzdury. Lepiej się zamknę. Isabel ujęła w dłonie jego twarz. Mów dalej, Tom. Tak rzadko mówisz o pewnych rzeczach. Nie potrafię ubrać tego w słowa. Skąd pochodzi życie? Czy to ważne? Czy to ważne? – powtórzył. To tajemnica, której nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Wierz mi, że bywały chwile, kiedy chciałem poznać odpowiedź. Widziałem, jak ludzie wydają ostatnie tchnienie i miałem ochotę zapytać: dokąd odszedłeś? Jeszcze chwilę temu byłeś obok mnie, a teraz kawałki metalu uderzyły w ciebie z ogromną siłą i wyrwały w twoim ciele dziury, sprawiając, że nagle znalazłeś się w zupełnie innym miejscu. Jak to możliwe? Isabel objęła ręką kolana, drugą głaszcząc źdźbła trawy. Myślisz, że ludzie pamiętają to życie, kiedy odchodzą? Myślisz, że w niebie moja babcia i dziadek wciąż są razem? Skąd mam wiedzieć? Kiedy oboje umrzemy, Bóg nie pozwoli, żebyśmy byli oddzielnie, prawda, Tom? Sprawi, że znów będziemy razem.
[…]
Są chwile, gdy ocean przestaje być oceanem – nie jest błękitny, nie jest nawet wodą, ale zmienia się w gwałtowną eksplozję energii, niebezpieczeństwa i dzikości, jaką mogą wywołać wyłącznie bogowie. Woda niczym oszalała bestia rzuca się na wyspę, opluwa latarnię mgiełką drobnych kropli, gryzie poszarpane szczyty klifów. Dźwięk, jaki wydaje, przypomina ryk demona, którego gniew nie zna granic. Z myślą o takich nocach stworzono latarnie morskie. W czasie najgorszych sztormów Tom całą noc siedzi w latarni, grzejąc się przy piecyku naftowym i popijając słodką herbatę. Jego myśli krążą wokół biedaków, którzy w tym momencie są na morzu, i dziękuje Bogu, że jest bezpieczny. Spogląda w mrok, sprawdzając, czy ktoś wzywa pomocy. Jego łódka czeka w pogotowiu, choć Bóg jeden wie, jaki byłby z niej pożytek w taką pogodę. Tamtej nocy, na początku maja, Tom siedział z ołówkiem w ręku, dokonując obliczeń. Jego roczna pensja wynosi trzysta dwadzieścia siedem funtów. Ile kosztują dziecięce buciki? Ralph mówił, że dzieci błyskawicznie z nich wyrastają. Do tego ubrania. I podręczniki. Oczywiście jeśli zostaną na wyspie, Isabel będzie uczyła dzieci w domu. Ale w noce takie jak ta zastanawiał się, czy ma prawo zmuszać kogokolwiek do takiego życia. Szczególnie dzieci. Przypomniał sobie słowa Jacka Throssela, jednego z latarników ze wschodu: „Przysięgam, to najlepsze życie, jakie można zapewnić dzieciakom. Mam ich sześcioro, wszystkie zdrowe jak ryby. Zawsze gotowe do zabawy i psot. Nic, tylko badają jaskinie i wymyślają kryjówki. To prawdziwy gang małych pionierów. Moja żona dba o to, żeby odrabiały lekcje. Uwierz mi, wychowywanie dzieci na wyspie jest proste jak drut!”.
[…]
Isabel weszła do salonu, spoglądając na warstwę kurzu, widoczne obok okna niewielkie pęknięcie tynku i postrzępiony róg granatowego dywanika. Palenisko pełne było popiołu, a ciężkie zasłony zdradzały oznaki zniszczenia. Na myśl o czekającej ich pracy poczuła się zmęczona. Jeszcze niedawno była pełna nadziei i wigoru. Teraz pokój przywodził na myśl trumnę, przy której zatrzymało się jej życie. Otworzyła album ze zdjęciami, który przed wyjazdem podarowała jej matka. Były w nim fotografie z dzieciństwa Isabel, opatrzone nazwą zakładu fotograficznego Gutchera i zrobione w domu ślubne zdjęcie rodziców. Musnęła palcami blat stołu i dotknęła koronkowej serwety, którą dostała od babci w wyprawie ślubnej. Podeszła do pianina i podniosła klapę. Tu i ówdzie drewno było popękane. Widoczny nad klawiaturą złoty liść głosił: Eavestaff, Londyn. Isabel często myślała o tym, w jaki sposób instrument znalazł się w Australii. Wyobrażała sobie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby trafił do angielskiego domu, na salę koncertową lub do szkoły, gdzie małe dziecięce paluszki wygrywałyby na nim pierwsze fałszywe nuty. A jednak przewrotny los przywiódł go do tego miejsca, gdzie samotność i pogoda na zawsze skradły jego głos. Nacisnęła środkowe C tak delikatnie, że z instrumentu nie wydobył się żaden dźwięk. Ciepły klawisz z kości słoniowej był gładki jak dłonie jej babci, a jego dotyk sprawił, że Isabel wróciła wspomnieniami do popołudniowych lekcji muzyki, kiedy grała utwory w tonacji As-dur, jedną oktawę, dwie, a w końcu trzy. Przypomniała sobie dźwięk piłki do krykieta uderzanej drewnianym kijem, gdy Hugh i Alfie dokazywali na dworze, a „mała dama” nabywała „ogłady” i słuchała babci, która z przejęciem tłumaczyła, jak ważne jest, by dziewczynka trzymała uniesione nadgarstki.
[…]
Usta Isabel były blade, a oczy uparcie patrzyły w ziemię. Od czasu do czasu czule dotykała ręką brzucha, którego płaskość przypominała jej, że jest pusty. Mimo to na bluzkach wciąż pojawiały się ślady mleka, które obficie popłynęło z jej piersi w pierwszych dniach po poronieniu, niczym uczta dla nieobecnego gościa. Wówczas płakała, jakby przed chwilą usłyszała bolesną prawdę. Stała, ściskając w rękach prześcieradła. Nadal miała obowiązki, tak jak latarnia nadal rozświetlała mroki nocy. Pościeliwszy łóżko i schowawszy koszulę nocną pod poduszkę, weszła na klif, by choć przez chwilę posiedzieć przy grobach. Szczególnie dbała o świeżą mogiłę, zastanawiając się, czy wątły krzew rozmarynu przyjmie się na wietrznym szczycie klifu. Wyrwała kilka chwastów rosnących wokół dwóch starszych krzyży, które w miarę upływu czasu pokryły drobne kryształki soli. Kiedy usłyszała niesiony wiatrem płacz dziecka, instynktownie zerknęła na grób. Przez moment miała wrażenie, że w jej życiu zaszła tragiczna pomyłka, że ostatnie dziecko nie przyszło na świat martwe, ale żyje i oddycha. Uczucie zniknęło równie szybko, jak się pojawiło, ale płacz nie ustawał. Dopiero dobiegający z galerii krzyk Toma uświadomił jej, że to nie sen. Isabel poderwała się z ziemi i najszybciej jak mogła zbiegła w stronę plaży. Mężczyzna, którego znaleźli w łódce, nie żył, jednak Tom znalazł na dziobie mały rozwrzeszczany tobołek. Jasna cholera! - krzyknął. - Jasna cholera, Izz. To Dziecko! Dziecko! Boże Wszechmogący! Tom! No już, daj mi je!
[…]
Staranne zapiski w dzienniku równie szczegółowo relacjonują życie latarnika. Podają dokładny czas zapalenia latarni i jej wyłączenia, informują o pogodzie i przepływających w pobliżu statkach. O tych, które nadały sygnał, i tych, które zmagały się ze sztormem, zbyt pochłonięte walką z żywiołem, by nadać wiadomość alfabetem Morse’a albo międzynarodowym kodem sygnałowym, skąd i dokąd płyną. Od czasu do czasu latarnicy pozwalali sobie na drobne żarty: ozdabiali początek miesiąca fantazyjnymi zawijasami albo z radością odnotowywali fakt, że inspektor zatwierdził urlop dla długoletnich pracowników. Jednak to były wszystkie swobody, na jakie mogli sobie pozwolić. Dziennik był świadectwem prawdy. Wprawdzie Janus Rock to nie Lloyds, gdzie statki polegają na prognozie pogody, więc zamykając księgę, Tom ma świadomość, że prawdopodobnie nikt nigdy nie zajrzy do jego notatek. Jednak pisząc raporty, czuje wewnętrzny spokój. Wiatr wciąż jest mierzony w systemie z czasów, gdy żeglarstwo przeżywało prawdziwy rozkwit: gdzie 02 oznacza wiatr spokojny (wystarczający, by mieć sterowność), a 12 to huraganowy wicher (przy którym płótna mogą nie wytrzymać). Tom rozkoszuje się tym językiem prawdy, mając w pamięci chaos, burzliwy okres manipulowania faktami, kiedy nie miał pojęcia, a tym bardziej nie mógł opisać, co tak naprawdę się działo, gdy kolejne eksplozje wstrząsały ziemią. To właśnie dziennik nurtował go najbardziej, gdy po raz pierwszy przybył na wyspę. Z radością odnotowywał wszelkie szczegóły, nie przez wzgląd na warunki umowy, ale dlatego, że dzięki temu spełniał obywatelski obowiązek. Jego zapiski stanowiły maleńką część układanki. Nie był to wielki wkład, ale Tom czuł, że jest to konieczne. Światło wzywające pomocy, nitka dymu na horyzoncie, wyrzucony na brzeg kawałek metalu, który mógł pochodzić z wraku - wszystko to opisywał starannym, pochyłym pismem.
[…]
Bezmiar przestrzeni, maleńkie ciałko, wieczność i zegar, który jakby oskarżał mijający czas – wszystko to wydawało się jeszcze bardziej bezsensowne niż w Egipcie czy Francji. Tom wiele razy był świadkiem śmierci, jednak panująca w domu martwa cisza sprawiła, że poczuł się, jakby po raz pierwszy zobaczył jej prawdziwą twarz. Mężczyźni, którym towarzyszył na skraju życia, mieli być opłakiwani przez swoje matki, ale na polu bitwy najbliżsi byli zbyt daleko, by można ich było sobie wyobrazić. Widok dziecka odebranego matce w chwili narodzin, odebranego jedynej kobiecie, na której Tomowi zależało, stanowił zupełnie inny, przerażający rodzaj bólu. Po raz kolejny zerknął na cienie rzucane przez nieruchome ciało dziecka i leżące obok ciasto, ukryte pod ściereczką niczym otulony całunem brat bliźniak. […] Tak więc wysłuchał jej próśb i w swoich zapiskach nie wspomniał ani słowem o martwym dziecku, które przyszło na świat. Ale to było coś innego; tamta sprawa dotyczyła wyłącznie ich dwojga. Pojawienie się łódki nie dawało Tomowi takiej swobody. Rozpoczął raport od wzmianki o parowcu, który widział rankiem, płynącej do Cape Town Manchester Queen. Opisał warunki pogodowe jako „spokojne”, zanotował temperaturę i odłożył pióro. Jutro opowie całą historię o pojawieniu się łodzi, zaraz po tym, jak nada sygnał. Zastanawiał się przez chwilę, czy zostawić wolne miejsce, tak aby mógł uzupełnić notatki, czy lepiej dać do zrozumienia, że łódź przybyła później niż w rzeczywistości. Ostatecznie zostawił wolne miejsce. Nazajutrz z samego rana nada sygnał i wytłumaczy, że nie zrobił tego wcześniej, bo oboje z Isabel byli zbyt zajęci dzieckiem. Dziennik wyjawi prawdę, choć prawda ta będzie spóźniona o jeden dzień. Zerknął na swoje odbicie w szybie, widoczne nad Ustawą o latarniach morskich z 1911 roku i przez chwilę nie rozpoznawał własnej twarzy.
[…]
Teraz przytknęła do ust palec i wskazała głową śpiące niemowlę. Zaraz potem wstała i poszła z Tomem do kuchni. Usiądź, skarbie, a ja zaparzę herbatę – szepnęła, sięgając po filiżanki, dzbanek i czajnik. Dużo myślałam, Tom – wyznała, kiedy wstawiła wodę. O czym, Izzy? O Lucy [z łac. znaczy światło – przyp. aut.]. To nie może być przypadek, że pojawiła się tuż po tym, jak… Nie musiała kończyć, by wiedział, co ma na myśli. Nie możemy odesłać jej do sierocińca. Spojrzała na Toma i wzięła go za ręce. Kochanie, myślę, że powinna z nami zostać. Rozumiem, skarbie! To urocze dziecko, ale nie jest nasze. Nie możemy go zatrzymać. Dlaczego nie? Tylko pomyśl. Kto tak naprawdę wie, że tu jest? Ralph i Bluey dowiedzą się, kiedy przypłyną tu za kilka tygodni. Tak, ale skąd mieliby wiedzieć, że nie jest nasza? Wszyscy myślą, że spodziewam się dziecka. Po prostu będą zaskoczeni, że urodziła się wcześniej. Tom patrzył na nią z otwartymi ustami. Ale… Izzy, czyś ty oszalała? Zdajesz sobie sprawę z tego, co proponujesz? Proponuję, żebyśmy postąpili, jak należy. To wszystko. Proponuję, żebyśmy pokochali to dziecko. Proponuję, kochanie – ścisnęła jego dłonie – żebyśmy przyjęli dar, który został nam ofiarowany. Od jak dawna pragniemy dziecka? Od jak dawna się o nie modlimy?
[…]
Isabel pogłaskała go po głowie. Właśnie tak, kochanie, nic im nie mów. Nie zrobiliśmy nic złego, poza tym, że daliśmy schronienie bezbronnemu dziecku. Możemy urządzić temu człowiekowi porządny pogrzeb. A łódź… możemy spuścić ją z powrotem na wodę. Izzy, Izzy! Wiesz, kochanie, że zrobiłbym dla ciebie wszystko, ale… Kimkolwiek jest ten człowiek i niezależnie od tego, co zrobił, zasługuje na to, żeby odpowiednie władze zajęły się jego sprawą. Legalnie. A jeśli matka tego maleństwa żyje? Jeśli odchodzi od zmysłów, czekając na męża i dziecko? Która kobieta straciłaby z oczu własne dziecko? Pogódź się z tym, Tom, ona na pewno utonęła. Znowu ścisnęła jego ręce. Wiem, ile znaczą dla ciebie zasady, i wiem, że proszę, abyś je złamał. Ale pomyśl, dlaczego je stworzono? By ratować życie! Właśnie to powinniśmy zrobić, kochanie. Uratować to życie. Ona tu jest, Tom i potrzebuje nas, a my możemy jej pomóc. Proszę. Nie mogę, Izzy. Nie rozumiesz? To nie zależy ode mnie. Jej twarz pociemniała. Jak możesz być tak nieczuły? Dbasz tylko o swoje zasady, statki i tę przeklętą latarnię.
[…]
Wścibska mewa obserwowała Toma z oblepionej wodorostami skały. Łypiąc na niego paciorkowatym okiem, patrzyła, jak owija w płótno ciało mężczyzny, które roztaczało mdławą woń śmierci. Trudno było powiedzieć, czym mężczyzna zajmował się za życia. Jego twarz nie była ani młoda, ani stara. Był drobnej budowy blondynem, na lewym policzku miał niewielką bliznę. Tom zastanawiał się, kto za nim tęsknił, kto go kochał, a kto nienawidził. Stare mogiły rozbitków znajdowały się na niewielkiej nizinie nieopodal plaży. Rozkopując ziemię, Tom poczuł, jak jego mięśnie budzą się do życia, automatycznie wykonując dawno zapomniany rytuał, którego miał nadzieję nigdy więcej nie powtarzać. Gdy po raz pierwszy zgłosił się do grzebania zwłok, zwymiotował na widok rzędów ciał, które, leżąc na ziemi, czekały na jego łopatę. Z czasem przykry obowiązek stał się pracą jak każda inna. Wiele razy miał nadzieję, że dostanie chudzielca albo kogoś, komu wybuch urwał nogi, przez co łatwiej będzie go ruszyć. Pochować ciała. Oznaczyć grób. Zasalutować i odejść. Tak to się odbywało. Niegdyś liczył na to, że dostanie najbardziej okaleczone zwłoki. Myśl o tym zmroziła Toma, tym bardziej, że w tamtym czasie nie widział w tym nic niezwykłego. Łopata stękała przy każdym zetknięciu z piaszczystą ziemią. Kiedy skończył uklepywać mogiłę, pochylił głowę, by zmówić modlitwę za biednego nieszczęśnika, ale zamiast tego szepnął tylko: „Wybacz mi, Boże, ten i inne grzechy, jakich się dopuściłem. Przebacz też Isabel. Wiesz przecież, jaka jest dobra. Wiesz, jak dużo wycierpiała. Wybacz nam obojgu. Miej litość”. Przeżegnał się i wrócił do łodzi, gotowy zepchnąć ją na wodę. Dźwignął ją i wtedy jego uwagę przykuło coś błyszczącego. Zaintrygowany pochylił się i zajrzał do środka. Coś zaklinowało się we wrędze. Tom spróbował wydobyć świecidełko, jednak bez powodzenia. Potrzebował chwili, by wydostać zimny, twardy przedmiot, który okazał się srebrną grzechotką ozdobioną aniołkami i stemplem probierczym.
[…]
Mieszkając na wyspie, trudno ukryć się przed wiatrem. Choć to nie problem, jeśli jesteś mewą lub albatrosem. Widzisz, jak unoszą się na prądach powietrza? Zupełnie jakby odpoczywały. – Siedząc na werandzie, Tom wskazał potężnego srebrzystego ptaka, który przyleciał na Janus Rock z jednej z pobliskich wysp i jak na sznurku zawisł nieruchomo w powietrzu. Dziecko zignorowało jego słowa i zamiast na palec spojrzało mu prosto w oczy, urzeczone ruchem warg i głębokim ciepłym głosem. Chwilę późnej zaczęło się wiercić i gaworzyć. Tom próbował nie zwracać uwagi na to, jak reaguje jego serce i uparcie kontynuował swój wykład: Ale w tej zatoczce jest takie miejsce, w którym znajdziesz chwilę ciszy i spokoju. Wszystko przez to, że wychodzi na północ, a wiatry wiejące z północy są na Janus Rock prawdziwą rzadkością. To część Oceanu Indyjskiego, spokojna, cicha i ciepła. Wody po drugiej stronie należą do Oceanu Południowego, są dzikie, zdradzieckie i niebezpieczne. Lepiej trzymaj się od nich z daleka.
[…]
Nie było wątpliwości, że niemowlę rozwija się prawidłowo. Skóra dziewczynki promieniała. Zachęcone jej łapczywymi ustami piersi Isabel znowu wypełniły się mlekiem - doktor Griffith nazywał ten proces relaktacją - jakby między nią a Lucy istniało jakieś sekretne porozumienie. Rankiem Tom dłużej niż zwykle przesiadywał w latarni. Od czasu do czasu łapał się na tym, że otwiera dziennik, wraca do zapisków z dwudziestego siódmego kwietnia i wpatruje się w puste miejsce. Wiedział, że nadmiar przepisów może człowieka zabić, a jednak niekiedy tylko one wyznaczały cienką granicę między człowieczeństwem a barbarzyństwem, odróżniając ludzi od brutalnych bestii, którymi by się stali, gdyby przyszło im żyć w świecie pozbawionym zasad. Przepisy te mówiły, że lepiej wziąć człowieka w niewolę niż go zabijać. Pozwalały zabierać ciała żołnierzy z pasa ziemi niczyjej. Mimo to pewne pytania wciąż nie dawały mu spokoju: czy ma prawo odebrać Isabel dziecko? Czy Lucy ma rodziców? Czy może zabrać dziecko kobiecie, która je uwielbia, i zostawić je na pastwę losu. Nocami zaczął śnić, że tonie. Desperacko machał rękami i nogami, szukając oparcia dla stóp, jednak unosił się na wodzie dzięki syrenie, której ogona się uczepił. W pewnej chwili syrena zaczynała wciągać go coraz głębiej w ciemną lodowatą wodę, aż w końcu budził się zlany potem obok śpiącej spokojnie Isabel.
[…]
Najważniejszym wydarzeniem drugiego dnia świąt był organizowany w Partageuse kiermasz parafialny, w którym brali udział zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Była to wieloletnia tradycja zapoczątkowana przez kogoś, kto z całą pewnością miał głowę do interesów i dostrzegł korzyści płynące z organizowania imprezy połączonej ze zbiórką pieniędzy w dzień, kiedy nikt nie mógł powiedzieć, że jest zbyt zajęty pracą lub obowiązkami. A ponieważ były święta Bożego Narodzenia ludzie nie skąpili pieniędzy. Oprócz sprzedaży ciastek, toffi i słoików z dżemem, które od czasu do czasu eksplodowały na słońcu, kiermasz słynął z wydarzeń sportowych i innych atrakcji: wyścigów z jajkiem i łyżką oraz wyścigów w workach. Wciąż strącano kokosy z podpórek drewnianymi kulami, jednak po wojnie zrezygnowano ze strzelnicy, ponieważ udoskonalone zdolności strzeleckie miejscowych mężczyzn oznaczały stratę pieniędzy. Kiermasz był otwarty dla wszystkich, a udział w nim był traktowany jak obowiązek. Wydarzenie przyciągało całe rodziny. Nad ogniem płonącym w ogromnej beczce pieczono hamburgery i kiełbaski, które sprzedawano po sześć pensów za sztukę. Tom siedział z Lucy i Isabel na kocu w cieniu drzewa, zajadając kiełbaski w bułkach, podczas gdy Lucy dzieliła swój lunch na kawałki.
[…]
Kilka dni później Tom podpisał kolejny trzyletni kontrakt. Naczelnik okręgu, który przyjechał z Fremantle, żeby dopilnować formalności, uważnie przyglądał się jego pismu i podpisowi, porównując je z oryginałem. Najmniejsze drżenie dłoni, a Tom nie mógłby wrócić na Janus Rock. Wśród latarników dość powszechne było zatrucie rtęcią. Jeśli udało się je wykryć w początkowej fazie, gdy powodowało zaledwie drżenie rąk, można było zatrzymać latarnika na lądzie, a tym samym zapobiec rozwojowi choroby.
[…]
Isabel zamarła. Przez moment miała wrażenie, że zemdleje. Otaczające ją dźwięki stały się odległe, by chwilę później wrócić ze zdwojoną mocą. Próbowała odczytać wyryte w kamieniu złocone litery: Ku pamięci Franza Johannesa Roennfeidta, ukochanego męża Hannah i ich najdroższej córeczki Grace Ellen. Niech Bóg ma w swojej opiece. Pod spodem widniał napis: Selig sind die da Leid tragen [z niem. - Błogosławieni, którzy się smucą – przyp. aut.]. Leżące u stóp nagrobka świeże kwiaty musiały zostać przyniesione nie dalej jak godzinę temu. Co się stało? - spytała, czując w rękach i nogach nieprzyjemne mrowienie. To wstrząsająca historia - odparł Ralph, kręcąc głową. Chodzi o Hannah Potts. Isabel natychmiast rozpoznała nazwisko. - Septimus Potts, miejscowi nazywają go Pottsem Bogaczem. Najbogatszy człowiek w okolicy. Przybył z Londynu przeszło pięćdziesiąt lat temu jako sierota bez grosza przy duszy. Zbił fortunę na drewnie. Został wdowcem, kiedy jego córki były jeszcze małe. Jak ma na imię ta druga, Hildo? Gwen. Hannah jest starsza. Obie chodziły do tej elitarnej szkoły z internatem w Perth. Kilka lat temu Hannah wyszła za szkopa. Stary Potts przestał się do niej odzywać i zakręcił kurek z pieniędzmi. Dziewczyna i jej mąż mieszkali w walącej się chacie niedaleko pompowni. Potts Bogacz odwiedził ich dopiero, gdy na świat przyszło dziecko. Rok temu w rocznicę pierwszego lądowania na Gallipoli doszło do kłótnia Nie teraz, Ralph. Hilda posłała mężowi wymowne spojrzenie. Ja tylko mówię. To nie miejsce ani czas. Po tych słowach zwróciła się do Isabel: Powiedzmy, że doszło do nieporozumienia między Frankiem Roennfeldtem a niektórymi z mieszkańców. Skończyło się tym, że Frank razem z dzieckiem wskoczył do łodzie Ludzie byli do niego uprzedzeni, ponieważ był Niemcem. Nie ma sensu o tym rozmawiać, zwłaszcza teraz. Lepiej zapomnieć o całej historii.
[…]
Zrobiliśmy, co zrobiliśmy. Lucy cię uwielbia, tak jak ty uwielbiasz ją. Nie masz prawa pozbawiać jej kochającego ojca. A co z jej matką? Jej cholerną, żyjącą matką! Wciąż uważasz, że postępujemy właściwie? Isabel oblała się rumieńcem. A twoim zdaniem to sprawiedliwe, że straciliśmy troje dzieci? Uważasz, że to w porządku, że Alfie i Hugh zostali pochowani tysiące mil stąd, podczas gdy ty wróciłeś do domu cały i zdrowy? Oczywiście, że to nie w porządku, Tom! Ale musimy przyjmować życie takim, jakie jest! Uderzyła w czuły punkt. Nawet po tylu latach Tom nie mógł pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że oszukał nie tyle los, ile swoich towarzyszy. Że uniknął śmierci kosztem ich życia, nawet jeśli logika podpowiadała mu, że wszystko to było wyłącznie kwestią szczęścia. Isabel zauważyła jego zdenerwowanie i złagodniała. Tom, musimy zrobić to, co najlepsze dla Lucy. Izzy, proszę. Ani słowa! – przerwała mu. Jedyną rzeczą, jaką możemy zrobić, to kochać tę małą dziewczynkę tak bardzo, jak na to zasługuje. I nigdy, przenigdy jej nie skrzywdzić! Chwyciła lalkę i wybiegła z pokoju.
[…]
Wyjęła z kieszeni list do męża i córeczki. Czasami dołączała do niego inne rzeczy: wycinek z gazety informujący o cyrku, który przyjeżdżał do miasta, rymowankę spisaną na kartce i ozdobioną kolorowym wzorkiem. Rzucała list na fale z nadzieją, że wyciekający z koperty atrament trafi do jej bliskich bez względu na to, w wodach którego oceanu spoczęły ich ciała. W drodze powrotnej wstępowała do kościoła i siadała w ostatniej ławce, nieopodal posągu świętego Judy. Czasami zostawała aż do wieczora, kiedy smukłe cienie drzew pukały do witrażowych okien, a świece wotywne zmieniały się w kałuże stygnącego wosku. Tu, tak długo, jak długo siedziała w cieniu, Frank i Grace wciąż istnieli. Kiedy czuła, że nie może się już dłużej oszukiwać, wracała do domu, zaglądając po drodze do skrzynki na listy, by jeszcze raz przeżyć rozczarowanie, gdy okazywało się, że jest pusta. W ciągu dwóch lat wysyłała listy do szpitali, władz portowych i zamorskich misji z nadzieją, że ktoś może słyszał o samotnym mężczyźnie z córeczką, jednak w odpowiedzi dostawała uprzejme zapewnienia, że jeśli coś takiego się wydarzy, zostanie o tym niezwłocznie poinformowana. Tamtego ranka zapowiadał się kolejny ciepły styczniowy dzień. Pod wyblakłym lazurowym niebem, wśród gałęzi eukaliptusów, rozbrzmiewały pokrzykiwania srok. Hannah jak w transie zeszła z werandy i ruszyła wąską brukowaną ścieżką. Już dawno przestała zauważać gardenie i stefanotisy, których słodki kremowy zapach przynosił pocieszenie. Zardzewiała żelazna skrzynka na listy zaskrzypiała przeciągle, jakby miała za złe Hannah, że nie daje jej spokoju. W środku leżało coś białego. Hannah zamrugała z niedowierzaniem. List. […] Drżącymi dłońmi wyjęła pojedynczą kartkę i przebiegła wzrokiem napisane na niej słowa:
Nie martw się o nią. Dziecko jest bezpieczne, otoczone miłością i opieką. Twój mąż znalazł spokój w domu Ojca. Mam nadzieję, że słowa te będą dla ciebie pocieszeniem. Módl się za mnie.
W domu panował półmrok, ciężkie zasłony w wytłaczany wzór chroniły wnętrze przed ostrym światłem poranka. Winorośl na tyłach domu rozbrzmiewała pieśnią cykad, od której Hannah dzwoniło w uszach. Jeszcze raz przyjrzała się listowi. Widziała słowa czarno na białym, jednak nie do końca je rozumiała. Serce tłukło jej się w piersi, sprawiając, że nie mogła złapać powietrza. Spodziewała się, że list zniknie, kiedy tylko go otworzy. Podobne rzeczy zdarzały się już wcześniej. Bywało, że widziała na ulicy Grace albo kątem oka dostrzegała różowy błysk jej sukieneczki, która w rzeczywistości była paczką w tym samym kolorze albo targaną wiatrem damską spódnicą. Czasami widywała ludzi, którzy do złudzenia przypominali jej męża, a gdy ciągnęła ich za rękaw, napotykała zdumione spojrzenia obcych mężczyzn.
[…]
Stopniowo życie na Janus Rock wraca do normy, a codzienne rytuały bez reszty zajmują uwagę Toma. Czasami, kiedy budzi się z mrocznych snów, pełnych połamanych świec i kompasów bez igieł, próbuje odegnać niepokój i czeka, aż pierwsze promienie słońca rozproszą kłębiące się w jego głowie czarne myśli. Samotność kołysze go do snu łagodną muzyką kłamstwa.
[…]
Oceany nigdy nie cichną. Nie mają początku ani końca. Wiatr nigdy nie przestaje wiać. Czasami znika, ale tylko po to, by nabrać siły w innej części świata i rzucić się na wyspę z wściekłością, której Tom nie jest w stanie pojąć. Wszystko tu jest gigantyczne. Czas mierzy się w milionach lat, skały, które z daleka wyglądają jak ciśnięte na brzeg kości do gry, to szerokie na kilkadziesiąt stóp, przewrócone na bok ogromne głazy, które woda i wiatr pieściły od tysięcy lat, sprawiając, że kolejne warstwy stają się pionowymi liniami. Tom patrzy, jak Lucy i Isabel pluskają się w Rajskiej Sadzawce. Dziewczynka jest zachwycona zabawą, słonością wody i niebieską rozgwiazdą. Jej małe paluszki zamykają się na stworzeniu, a twarz zdradza radość i dumę, jakby to ona je stworzyła. Tatusiu, patrz na moją rozgwiazdę! – piszczy. Istnienie wyspy i pojawienie się na niej dziecka to dla Toma dwie różne skale czasowe, których nie potrafi pogodzić. Zdumiewa go świadomość, że ta maleńka istota znaczy dla niego więcej niż to, co wydarzyło się tysiące lat przed jej narodzeniem. Próbuje zrozumieć swoje emocje – jak to możliwe, że czuje miłość i niepokój, kiedy Lucy całuje go na dobranoc albo pokazuje mu obtarte kolano, licząc, że magia rodzicielskiego pocałunku uleczy ranę.
[…]
Tom przeczesał palcami włosy, wyraźnie skrępowany pytaniem chłopaka. Nie jesteśmy typową rodziną. Niewiele ludzi żyje na pustkowiu, z dala od cywilizacji. Jeśli mam być szczery, odpowiedź będzie zależała od dnia. Małżeństwo ma swoje plusy i minusy. Jest dużo bardziej skomplikowane niż bycie samemu. To wszystko, co mogę ci powiedzieć.
[…]
Jednak Lucy przywołała ducha Franka Roennfeldta i jego twarz prześladowała Toma za każdym razem, gdy spojrzał w stronę grobów. Dopóki sam nie zostaniesz ojcem^ Często myślał o matce Lucy, jednak dopiero teraz uświadomił sobie, jak okrutnie postąpił z ciałem jej ojca. Przez niego mężczyzna nie miał należytego pochówku, a pamięć o nim umarła na zawsze. To on przyczynił się do tego, że ten człowiek nigdy nie pojawi się we wspomnieniach Lucy, mimo iż był jej ojcem. Przez krótką chwilę cienka warstwa piaszczystej ziemi oddzielała Lucy od jej dziedzictwa – od Franka Roennfeldta i kolejnych pokoleń jego rodziny. Tom zamarł, gdy uświadomił sobie, że mógł pozbawić życia krewnych człowieka, dzięki któremu Lucy przyszła na świat. Nagle twarze wrogów obudziły się do życia, zimne i oskarżycielskie, opuszczając grobowiec, w którym pogrzebał je dawno temu.
[…]
Isabel zadrżała. Często zastanawiała się, co jest lepsze: wierzyć, że córka umarła, czy mieć świadomość, że żyje i nigdy więcej jej nie zobaczysz? Wyobrażała sobie, przez co przechodzi matka Lucy. Wiedziała, że nawet chwilowe porozumienie z Tomem okaże się zgubne. Tom, rozmawialiśmy już o tym. Dobrze wiesz, że nie powinniśmy przedkładać twoich wyrzutów sumienia nad dobro Lucy. Wyrzutów sumienia? Na miłość boską, Isabel, nie mówimy o kradzieży sześciopensówki z kościelnej tacy! Mówimy o życiu dziecka! I jego matki! Każda chwila naszego szczęścia trwa jej kosztem. To nie w porządku, niezależnie od tego, czym się kierujemy. Jesteś zmęczony, smutny i zdezorientowany. Rano zmienisz zdanie. Dziś wieczorem nie zamierzam już o tym rozmawiać. Dotknęła jego ręki i próbowała zapanować nad drżeniem głosu. My… nie żyjemy w idealnym świecie. Musimy się z tym pogodzić. Spojrzał na nią i przez krótką chwilę miał wrażenie, że Isabel nie istnieje. Może oboje nie istnieją, a dzieląca ich „ziemia niczyja” wyznacza granicę między dwoma światami, które nie są już jednością.
[…]
Tej nocy Tom zabrał butelkę whisky i wszedł na pobliski klif. Delikatny wiatr muskał jego twarz, kiedy siedząc w milczeniu, szukał na niebie kolejnych konstelacji i czuł na języku palący smak alkoholu. Spoglądając na tnący ciemność snop światła, pomyślał, że – jak na ironię – to samo światło sprawia, iż wyspa, na której wybudowano latarnię, zawsze pozostaje w mroku. To, co dla jednych było świetlistym drogowskazem, innych skazywało na wieczne ciemności.
[…]
Uroczystość, która trzy miesiące później odbyła się w Point Partageuse była zgodnie z obowiązującymi standardami wystawna. Z Perth przyjechał dyrektor Biura Floty Handlowej w towarzystwie gubernatora stanu. Pojawiły się także lokalne osobistości - burmistrz, kierownik portu, pastor, a także trzech z pięciu ostatnich latarników. Zebrali się, żeby upamiętnić dzień, w którym latarnia na Janus Rock rozbłysła po raz pierwszy, czterdzieści lat temu, w styczniu 1890 roku. Z tej okazji Sherbourne’owie mogli pozwolić sobie na krótki urlop. Tom włożył palec między szyję a opinający ją sztywny, wykrochmalony kołnierzyk koszuli. Czuję się jak świąteczna gęś! - poskarżył się Ralphowi, kiedy stali za kulisami, wyglądając zza kurtyny. Na ustawionych na scenie w równych rzędach krzesłach zasiadali inżynierowie komunalni oraz pracownicy portu i latarni, którzy przez lata związani byli z wyspą Janus. Na zewnątrz letnia noc tętniła życiem i cykaniem świerszczy. Isabel i jej rodzice siedzieli nieco z boku. Bill Graysmark trzymał Lucy na kolanie, cierpliwie słuchając kolejnych rymowanek.
[…]
Życie na wyspie Janus. Jak powiedzieć im o odosobnieniu? Jak sprawić, by poznali tamtejszy świat, który przypomina życie w innym wymiarze, w innej galaktyce? Bańka, w której żył na Janus Rock, roztrzaskała się jak szkło. Oto jest tu, w ogromnej sali pełnej ludzi, z których każdy prowadzi własne życie. Jest też Hannah Roennfeldt. Zapadła długa cisza. Niektórzy pokasływali nerwowo, inni wiercili się na krzesłach. Ludzie, którzy zaprojektowali latarnię na Janus Rock, byli bardzo mądrzy, a ci, którzy ją wybudowali, musieli być wyjątkowo odważni. Ja próbuję oddać im sprawiedliwość. Dlatego co wieczór zapałam światło. Zdecydował się na język techniki, dzięki czemu nie będzie musiał się zastanawiać nad tym, co powiedzieć. Ludzie wyobrażają sobie, że latarnia jest ogromna, ale to nieprawda. Światło pochodzi od płomienia parującego oleju, który płonie w siatce żarowej lampy gazowej. Płomień zostaje powiększony przez wysoki na dwanaście stóp zestaw pryzmatów nazywany soczewką Fresnela, która załamuje światło i tworzy snop tak silny, że można go zobaczyć z odległości ponad trzydziestu mil. To zadziwiające, że tak mała rzecz może być widoczna z tak daleka. Moja praca moja praca polega na tym, by utrzymać ją w czystości i pilnować, by się obracała. To jak życie w innym świecie i czasie. Nic się nie zmienia poza porami roku. U wybrzeży Australii jest wiele latarni. Ludzie tacy jak ja każdego dnia starają się zapewnić bezpieczeństwo przepływającym statkom. Światła latarni płoną dla wszystkich tych, którzy ich potrzebują, nawet jeśli ich nie widzimy i nie wiemy, kim są. Naprawdę, nie mam pojęcia, co jeszcze mógłbym powiedzieć. Poza tym, że człowiek nigdy nie wie, co przyniesie kolejny dzień i co wyrzuci na brzeg kolejna fala.
[…]
To nasza wina. Odwrócił wzrok. Na wojnie… na wojnie widziałem różne rzeczy. Rzeczy, o których ci nie mówiłem. Chryste, robiłem straszne rzeczy… Zacisnął pięści. Po wszystkim obiecałem sobie, że nigdy więcej nikogo nie skrzywdzę. Jak myślisz, dlaczego podjąłem się pracy latarnika? Wierzyłem, że może będę mógł zrobić coś dobrego, może dzięki temu uratuję czyjeś życie. I spójrz, do czego mnie to doprowadziło. Nikomu nie życzę tego, przez co musiała przejść ta biedna kobieta! Urwał, jakby szukał odpowiednich słów. Chryste, we Francji nauczyłem się, że człowiek powinien dziękować Bogu, jeśli ma co włożyć do ust, i zęby, żeby to pogryźć. Wzdrygnął się z obrzydzeniem.
[…]
Otworzyła paczuszkę. Wnętrze pudełka wypełniono gazetami. Wyjmując je, Hannah usłyszała dziwny dźwięk, jednak dopiero gdy wyciągnęła ostatnią z nich, zobaczyła srebrną grzechotkę, którą jej ojciec kupił dla wnuczki w Perth. Natychmiast poznała zdobiące ją grawerowane aniołki. Do grzechotki dołączono liścik. Dziecko jest bezpieczne, otoczone miłością i opieką. Proszę, módl się za mnie. Nic więcej. Żadnej daty, inicjałów, podpisu. Gwen! Gwen! - krzyczała, dobijając się do sypialni siostry. Spójrz na to! Ona żyje! Grace żyje. Wiedziałam! Gwen zwlokła się z łóżka, gotowa usłyszeć kolejną dziwaczną historię, jednak widok grzechotki wyraźnie ją poruszył. Dobrze pamiętała dzień, w którym razem z ojcem siedziała w sklepie braci Caris w Perth, słuchając, jak Septimus Potts rozmawia ze złotnikiem na temat zdobień. Dotknęła ostrożnie grzechotki, jakby miała przed sobą jajko, z którego lada chwila może wykluć się potwór.
[…]
Isabel leżała na wąskim łóżku, które pamiętała z czasów dzieciństwa. Niegdyś miękkie i przytulne, teraz wydawało się obce i krępowało jej ruchy. Koronkowe firanki łopotały na delikatnym wietrze, a w mrokach nocy rozlegało się cykanie świerszczy. W taką noc jak ta całkiem niedawno leżała, czekając na świt, podekscytowana swoim ślubem. Dziękowała Bogu, że postawił na jej drodze Toma Sherbourne’a, za to, że pozwolił mu przyjść na świat, że czuwał nad nim w czasie wojny i sprowadził go do Partageuse, gdzie zobaczyła go po raz pierwszy. Próbowała przypomnieć sobie stan ekstatycznego oczekiwania i przeświadczenie, że po smutkach i okrucieństwach wojny życie rozkwitnie na nowo. Jednak uczucie to bezpowrotnie minęło. Teraz wszystko wydawało się błędem, złudzeniem. Szczęście, jakiego doświadczyła na Janus Rock, było odległe i niewyobrażalne. Przez dwa lata Tom okłamywał ją każdym słowem i każdą chwilą milczenia. A jeśli coś jeszcze uszło jej uwagi? Dlaczego nie powiedział jej, że spotkał Hannah Roennfeldt? Co ukrywał? Przez ułamek sekundy zobaczyła ich razem: Toma, Hannah i Lucy - szczęśliwą rodzinę - i poczuła, że robi jej się niedobrze. Myśli o zdradzie, które dręczyły ją na Janus Rock, powróciły, mroczniejsze i jeszcze bardziej niepokojące. Może ma inne kobiety, prowadził podwójne życie? Może porzucił żonę - żony - gdzieś na wschodzie. Może ma inne dzieci? Wszystko wydawało się prawdopodobne, zważywszy na to, co wydarzyło się od dnia ślubu aż do tej strasznej, przytłaczającej teraźniejszości. Latarnia morska ostrzega przed niebezpieczeństwem, sygnalizuje ludziom, że powinni trzymać się z daleka. Ona dała się zwieść. Uwierzyła, że to miejsce, w którym nic złego jej się nie stanie.
[…]
W miasteczku od łat nie było takiego poruszenia. Jak ujął to redaktor „South Western Times”, gdy siedział ze znajomym w miejscowym pubie: Większą sensację mógłby wzbudzić jedynie Jezus Chrystus, gdyby wszedł do baru i zaczął stawiać wszystkim kolejki. Mamy matkę, która po latach odzyskała dziecko, tajemniczą śmierć i starego Pottsa szastającego pieniędzmi, zupełnie jak w. Boże Narodzenie! Całe miasteczko oszalało.
[…]
Kiedy policja przywiozła dziewczynkę, w domu Roennfeldtów zapanowało zamieszanie. Robiono zdjęcia i nie szczędzono pochwał pod adresem miejscowych funkcjonariuszy, którym dziękowano równie gorąco, jak Panu Bogu. Po raz kolejny miasteczko wrzało od plotek i wzruszających opowieści o radosnej, uśmiechniętej Hannah i małej dziewczynce, która patrzy na nią rozmarzonym wzrokiem. Biedne maleństwo. Kiedy ją przywieźli, była tak senna, że wyglądała jak aniołek. Dzięki Bogu, że wyrwano ją ze szponów tego strasznego człowieka! – oznajmiła Fanny Darnley, która postanowiła opowiedzieć wszystko tak, jak przedstawiła to matka posterunkowego Garstone’a. Tak naprawdę Grace była otumaniona silnym środkiem nasennym, który doktor Sumpton podał jej, gdy zaczęła histeryzować. Teraz Hannah została sam na sam z przerażoną córką. Przez tyle lat pielęgnowała wspomnienia o zaginionym dziecku, że do głowy by jej nie przyszło, iż dziewczynka mogła o niej zapomnieć. Kiedy Septimus Potts wszedł do ogrodu, nie potrafił powiedzieć, która z nich wyglądała na bardziej zrozpaczoną.
[…]
Widząc minę ojca, Hannah poczuła się upokorzona. Potrzebuje czasu, żeby się do ciebie przyzwyczaić. Bądź cierpliwa, Hanny – uspokajał ją Septimus. Tymczasem dziewczynka ukryła się za starym drzewem cytrynowym i krzewem agrestu, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki. Tato, ona nie ma pojęcia, kim jestem. Nie zna mnie. Nie pamięta. Nawet nie chce do mnie podejść – powiedziała Hannah łamiącym się głosem. W końcu przyjdzie. Zmęczy się i zaśnie pod drzewem albo zgłodnieje i wyjdzie z ukrycia. Tak czy siak musisz być cierpliwa. Wiem. Wiem, że minie trochę czasu, zanim znowu się do mnie przyzwyczai. Septimus otoczył ją ramieniem. Nie ma żadnego „znowu”. Dla niej jesteś kimś zupełnie obcym.
[…]
Każdy człowiek ma granice wytrzymałości. Tom zbyt często widział to na własne oczy. Pijani mężczyźni, którzy zgotowali Fritzowi prawdziwe piekło, sami przeżyli ostrzał artyleryjski, śnieg, wszy i błoto. W pewnym momencie coś w nich pękało. Niektórzy tłumili to w sobie, inni pędzili na człowieka z bagnetem, śmiejąc się i płacząc, jak szaleńcy. Chryste, kiedy przypomniał sobie, w jakim sam był stanie, zanim to wszystko się skończyło… Kim jest, żeby oceniać Isabel? Jego żona dotarła do granic wytrzymałości. Każdy je ma. Każdy. Pchnął ją do tego, odbierając jej Lucy.
[…]
Do celi na tyłach posterunku trafiali zwykle pijani awanturnicy i agresywni mężowie, którzy za kratami mieli czas ochłonąć i nabrać rozumu, a wychodząc, obiecywali, że w przyszłości pohamują swój gniew. Policjanci na służbie zwykle nie zamykali drzwi, a jeśli za kraty trafił ktoś znajomy, bywało, że zapraszali go do biura na partyjkę kart, pod warunkiem, że nie będzie próbował uciekać. Dziś Harry Garstone był wyjątkowo podekscytowany świadomością, że za kratami siedzi prawdziwy przestępca. Nie mógł sobie darować, że nie było go na służbie, gdy rok temu przywieźli Boba Hitchinga z Karridale. Po bitwie o Gallipoli Hitchingowi kompletnie odbiło. Pewnego dnia złapał tasak, poszedł na sąsiednią farmę i zabił brata, z którym pokłócił się o testament matki. Skończył na szubienicy. Teraz za kratami siedzi porywacz dzieci, Tom Sherbourne, nic więc dziwnego, że Garstone czuł się jak prawdziwy stróż prawa. Wyciągnął regulamin, żeby upewnić się, że postępuje zgodnie z literą prawa.
[…]
Tom odetchnął z ulgą, jednak przy kolejnym zdaniu na twarzy prawnika odmalował się niepokój. Problem w tym, panie Sherbourne, że sędziowie nie lubią kłamców. Nie lubią ich tak bardzo, że karą za krzywoprzysięstwo jest siedem lat ciężkich robót. A jeśli zeznania kłamcy doprowadzą do uniewinnienia sprawcy, karą za udaremnianie prawidłowego funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości jest kolejnych siedem lat. Rozumie pan? Tom spojrzał na niego. Sędziowie lubią mieć pewność, że kara dosięga tych, którzy na nią zasługują. Są na tym punkcie dość wyczuleni. Prawnik wstał i podszedł do okna, spoglądając na widoczne za kratami drzewa. Gdybym przyszedł do sądu i opowiedział historię kobiety zrozpaczonej po utracie dziecka, kobiety, która oszalała i nie była w stanie odróżnić dobra od zła, i jej męża, uczciwego człowieka sumiennie wypełniającego swoje obowiązki, który jeden jedyny raz, w trosce o żonę, posłuchał serca i uległ jej namowom. Myślę, że sędzia i ława przysięgłych daliby się przekonać. W sądzie istnieje coś, co nazywamy prawem łaski. Chodzi o złagodzenie wyroku, także dla żony. Sęk w tym, że reprezentuję człowieka, który, jak sam przyznaje, jest nie tylko kłamcą, ale i despotą.
[…]
Jeśli ludzie przyglądali się Hannah, zanim odzyskała córeczkę, teraz otwarcie się na nią gapili. Zupełnie jakby oczekiwali, że po powrocie Grace dokona się jakaś cudowna transformacja, coś w rodzaju chemicznej reakcji. Niestety bardzo się rozczarowali. Dziewczynka wyglądała na zasmuconą, a jej matka na zrozpaczoną. Jej wymizerowana twarz była jeszcze bardziej blada i zabiedzona, a każdy krzyk Grace sprawiał, że zastanawiała się, czy postąpiła właściwie, odbierając ją Sherbourne’om. Stare rejestry z Janus Rock zostały zarekwirowane przez policję, która porównywała zapiski Toma z listami podrzuconymi do skrzynki pocztowej Hannah. Nie było wątpliwości, że charakter pisma należy do tego samego człowieka. Również grzechotka rozpoznana przez Blueya nie pozostawiała wątpliwości. Tylko dziecko zmieniło się nie do poznania. Hannah wręczyła Frankowi ważącą pięć kilogramów, maleńką, ciemnowłosą kruszynę, a los oddał jej przerażonego upartego odmieńca, który miał jasne włosy, potrafił chodzić i płakał tak długo, aż jego purpurowa twarz była mokra od łez i śliny. Pewność siebie, z jaką Hannah opiekowała się dzieckiem w pierwszych tygodniach jego życia, zniknęła. Łącząca je bliskość i milczące porozumienie, które miała nadzieję odzyskać, przepadły na zawsze, a jej dziecko nie reagowało tak, jak się tego spodziewała. Były niczym dwoje tancerzy tańczących w rytm zupełnie innej muzyki. Hannah przerażały chwile, gdy traciła cierpliwość do córki. Początkowo dziewczynka jadła, spała i kąpała się po zażartych bojach, a później zamknęła się w sobie. Żadne marzenia ani najbardziej koszmarne sny nie mogłyby przygotować Hannah na coś takiego.
[…]
Bill Graysmark szczycił się tym, że zna się na ludziach. Jako dyrektor szkoły obserwował, jak kształtują się ludzkie charaktery. Rzadko mylił się w swojej ocenie i patrząc na ludzi, wiedział, kto poradzi sobie w życiu, a kto poniesie klęskę. Jednak nic nie wskazywało na to, że Tom Sherbourne okaże się brutalnym, kłamliwym człowiekiem. Wystarczyło spojrzeć na niego i Lucy, by wiedzieć, że dziewczynka wcale się go nie boi. Równie dobrze spisywał się w roli męża. Jednak utraciwszy jedyną wnuczkę, Bill przelał całą miłość na córkę. Odepchnął osobiste odczucia. Krew nie woda, nikt nie wiedział tego lepiej niż Bill Graysmark. To straszne, Vernonie. Straszne. Biedna Isabel jest wrakiem człowieka – powiedział, kiedy usiedli w kącie pubu. Tak długo, jak długo będzie zeznawała przeciwko Tomowi, nie ma się czego obawiać – odparł sierżant Knuckey. Bill spojrzał na niego pytająco. W świetle prawa nie odpowiada za nic, do czego została przymuszona, tak więc musi tylko przedstawić swoją wersję historii. Może, ale nie musi zeznawać – wyjaśnił. Według sądu jej zeznania są równie istotne jak każde inne. Nie można jednak zmusić żony, by świadczyła przeciwko mężowi. On również ma prawo zachować milczenie. Nie możemy go zmusić, by zeznawał przeciwko Isabel. A Tom Sherbourne dał jasno do zrozumienia, że nie zamierza się odzywać. Urwał.
[…]
Lubisz książki, kochanie? – dopytywała się Hannah. Próbowała wszystkiego, by nawiązać nić porozumienia z córką. Jako dziecko uwielbiała baśnie. Wśród nielicznych wspomnień związanych z matką było słoneczne popołudnie w Bermondsey, kiedy siedząc na trawie, przysłuchiwała się opowieści o Piotrusiu Króliku. Pamiętała jasnoniebieski jedwab matczynej bluzki, jej kwiatowy zapach i uśmiech - najcudowniejszy skarb. Co to za słowo? - pytała córkę. Znasz je, prawda? Marchewka - odparła z dumą Hannah. Dobrze, Hannah! - pochwaliła ją z uśmiechem matka. Mądra dziewczynka. Na tym wspomnienie się kończyło, więc wciąż do niego wracała. Teraz próbowała skusić Grace tą samą książką. Widzisz? To książeczka o króliku. Chodź, poczytamy razem. Jednak dziewczynka spojrzała na nią z nadąsaną miną. Chcę do mamusi. Nienawidzę tej książki! Daj spokój, nawet na nią nie spojrzałaś. Hannah odetchnęła głęboko i spróbowała jeszcze raz. Tylko jedna strona. Przeczytamy jedną stronę. Jeśli ci się nie spodoba, przestaniemy. Dziewczynka chwyciła książkę i rzuciła nią w Hannah. Twarda okładka drasnęła policzek kobiety, tuż poniżej oka. Dziewczynka wybiegła z pokoju i w drzwiach zderzyła się z Gwen.
[…]
Hannah niechętnie przyznaje się do myśli, która budzi się do życia w najciemniejszych zakamarkach jej umysłu. Przez krótką chwilę pragnie, by Grace spała przez kolejne dni, a nawet lata, aż do czasu, gdy na dobre zapomni o tamtych ludziach i tamtym życiu. Nadal czuje pustkę, która towarzyszy jej, odkąd zobaczyła rozpacz malującą się na twarzy córki. Gdyby Frank tu był! On wiedziałby, co zrobić i jak przetrwać najgorsze. Za każdym razem, gdy życie powalało go na ziemię, podnosił się i uśmiechnięty stawał na nogi. Hannah wraca wspomnieniami do przeszłości. Oczyma wyobraźni widzi filigranową Grace w pierwszym tygodniu jej życia i słyszy głos Franka śpiewającego Schlaf, Kindlein, schlaf - „Śpij, maleńka, śpij”. Pamięta, jak zaglądał do łóżeczka i szeptał coś w obcym języku. „Życzę jej słodkich snów – tłumaczył. Ludzie, którzy myślą o dobrych rzeczach są szczęśliwi”. Hannah się prostuje. Wystarczą wspomnienia, by nabrała odwagi na cały kolejny dzień. Grace to jej córka. Jakiś pierwiastek duszy dziewczynki na pewno ją rozpozna i w końcu sobie przypomni. Musi tylko uzbroić się w cierpliwość, tak jak radzi jej ojciec. Niebawem odzyska swoją córeczkę, a wraz z nią radość, jaką czuła, gdy Grace przyszła na świat. Po cichu zdmuchuje świecę i wychodzi z pokoju, zmierzając ku smudze światła wpadającego do sypialni przez uchylone drzwi. Kiedy kładzie się do łóżka, uświadamia sobie, jak bardzo jest puste.
[…]
Isabel krąży nerwowo po ogrodzie. Jest trzecia nad ranem, a ona tylnymi drzwiami wymknęła się z domu. Białe gałęzie potężnego eukaliptusa pochwyciły księżyc niczym zbielałe kości palców. Sucha trawa szeleści łagodnie pod jej bosymi stopami, kiedy pełna niepokoju chodzi od drzewa do drzewa. Próbuje zrozumieć, walczy ze sobą i koszmarnymi myślami, które obudziły się do życia, kiedy straciła pierwsze dziecko, i przybrały na sile po utracie dwóch kolejnych. Straciła Lucy. A Tom, którego kochała i którego poślubiła, zniknął we mgle pełnej kłamstw, wymykając się jak złodziej, gdy nie patrzyła. Podrzucał liściki tamtej kobiecie, spiskując przeciwko Isabel i zamierzając odebrać jej dziecko. Rozumiem. Jego wiadomość brzmi zagadkowo. Wściekłość i tęsknota sprawiają, że Isabel czuje w żołądku bolesny uścisk. Jej myśli jak stado spłoszonych ptaków pierzchają na wszystkie strony. Przez krótką chwilę czuje się tak, jak w wieku dziewięciu lat, gdy koń, którego dosiadała, spłoszył się i poniósł. Leżący na ścieżce wąż tygrysi sprawił, że zwierzę stanęło dęba i umknęło w las, nie zważając na gałęzie i uczepione jego grzywy przerażone dziecko. Isabel tuliła się do szyi zwierzęcia, aż wyczerpane cwałem zatrzymało się milę dalej na niewielkiej polance. „Nic na to nie poradzisz - ostrzegł ją ojciec. Kiedy koń poniesie, możesz tylko modlić się o to, żebyś utrzymała się w siodle. Nie zatrzymasz zwierzęcia, które wpadło w panikę”.
[…]
Tygodnie, które nastąpiły po powrocie Grace, były dla Hannah gorsze niż to, co przeżyła po jej zniknięciu. Nagle musiała stawić czoło prawdom, których tak bardzo się bała i przed którymi uciekała. Minęły lata. Frank nie żył. Część życia jej córki przepadła na zawsze i nie można jej odzyskać. Przez cały ten czas, gdy nie było jej przy Hannah, Grace stanowiła część życia innych ludzi. Jej dziecko wiodło inne życie. Życie bez niej. Zawstydzona zdała sobie sprawę, że czuje się zdradzona. Zdradzona przez własną córkę. Przypomniała sobie żonę Billy’ego Wisharta i jej radość, gdy okazało się, że mężczyzna, którego kochała, nie zginął w bitwie nad Sommą. Jednak człowiek, który wrócił do domu, był kimś zupełnie obcym, więc radość kobiety wkrótce zmieniła się w rozpacz. Po pięciu latach, pewnego ranka, kiedy lód na zbiorniku wodnym był wystarczająco gruby, poszła do obory, stanęła na odwróconym wiadrze i się powiesiła. Sznur musiały odciąć dzieci, bo Billy wciąż nie mógł utrzymać noża w ręce. Hannah modliła się o cierpliwość, siłę i zrozumienie. Każdego ranka prosiła Boga, by pomógł jej dotrwać do końca dnia.
[…]
Później, tego samego dnia, polerując srebrne ramki, w które oprawiono zdjęcia jej synów, Violet po raz kolejny przeanalizowała całą sytuację. Kiedy pokochasz dziecko, nie ma znaczenia, co jest dobre, a co złe. Znała kobiety rodzące dzieci spłodzone przez mężów, których nienawidziły albo – co gorsza – mężczyzn, którzy wzięli je siłą. Wszystkie kochały swoje dzieci, nawet jeśli ich ojcowie budzili w nich odrazę. Sama najlepiej wiedziała, że nie można obronić się przed miłością do dziecka.
[…]
Kiedy kobieta rozmawiała ze sprzedawcą na temat ceny i ilości, dziewczynka zaintrygowana spojrzała w stronę drzwi. Chwilę później cisnęła lalkę i zeskoczyła z krzesła. Mamusiu! - krzyknęła, biegnąc ku Isabel. Mamusiu! Mamusiu! Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Lucy uczepiła się spódnicy Isabel. Och, Lucy! - Isabel wzięła ją na ręce. Lucy, skarbie! Ta zła pani zabrała mnie, mamusiu! Uderzyła mnie! - kwiliła dziewczynka, wskazując palcem Hannah. Moje biedne, biedne, słoneczko! - Isabel szlochała, tuląc dziewczynkę. Obejmujące ją chude nóżki i tuląca się do jej policzka główka Lucy były jak ostatni element układanki. Isabel na krótką chwilę zapomniała o bożym świecie. Upokorzona i oszołomiona Hannah z przerażeniem przyglądała się całej scenie. Dopiero teraz zrozumiała, co tak naprawdę utraciła. Na własne oczy zobaczyła ogrom tego, co zostało jej odebrane. Setki dni, tysiące uścisków i miłość, do której prawa uzurpuje sobie ta zupełnie obca kobieta. Czuła, że drżą jej nogi, i bała się, że zaraz upadnie. Gwen położyła jej rękę na ramieniu, ona również nie wiedziała, co zrobić.
[…]
O co panu chodzi? Przyznałem się do tego, że zatrzymałem Lucy. Powiedziałem, że ten człowiek nie żył, kiedy łódź przybiła do brzegu. Pochowałem go. Czego jeszcze pan chce? Jakiż on dzielny, jaki uczciwy i szlachetny. Jest w stanie się poświęcić i pójść do więzienia – przedrzeźniał go śpiewnym głosem Spragg. Tyle że ja nie dam się nabrać, rozumiesz? Coś mi mówi, że próbujesz wyłgać się od morderstwa. Spokój Toma rozwścieczył go jeszcze bardziej. Widziałem już takich jak ty. I mam po dziurki w nosie cholernych bohaterów wojennych. Wrócili do kraju i oczekują uwielbienia do końca swoich dni. Patrzą z pogardą na każdego, kto nie nosił munduru. Cóż, wojna skończyła się dawno temu. Widzieliśmy wielu takich jak ty, powojennych wykolejeńców. Nie myśl sobie, że to, co bezkarnie robiłeś na wojnie, ujdzie ci na sucho w cywilizowanym kraju. To nie ma nic wspólnego z wojną.
[…]
Niech pan pozwoli mi powiedzieć prawdę. Uwolnię pana od zarzutów i sprawię, że wyjdzie pan z więzienia. Myśli pan, że niszcząc własną żonę, będę wolnym człowiekiem? Chcę tylko powiedzieć… możemy oczyścić pana z połowy tych zarzutów, a przynajmniej możemy spróbować. Jeśli nie przyzna się pan do winy, sąd będzie zmuszony przedstawić dowody na to, że popełnił pan wszystkie z zarzucanych panu czynów. Przeklęty Spragg i jego bzdurne zarzuty. Proszę pozwolić, że się nim zajmę, choćby przez wzgląd na zawodową dumę!
[…]
Na przedmieściach stoją stare drewniane chaty zamieszkiwane niegdyś przez mężczyzn pracujących przy wyrębie lasów. Skromne oszalowane budynki, niektóre zaniedbane i w rozsypce, inne nadające się do zamieszkania. Zbudowano je na niewielkich parcelach nieopodal pompowni zaopatrującej miasto w wodę. Isabel wie, że w jednej z tych chat mieszka Hannah Roennfeldt, a z nią jej ukochana Lucy. Isabel na próżno czekała, aż Gwen przyprowadzi dziewczynkę. Zdesperowana próbuje odszukać dom Roennfeldtów i dowiedzieć się, gdzie mieszka Lucy i jak sobie radzi. Jest środek dnia, obsadzona jakarandami szeroka ulica jest zupełnie pusta. Jeden z domów jest wyjątkowo zadbany. Ktoś niedawno pomalował deski i ściął trawę, a wysoki, równo przycięty żywopłot chroni jego mieszkańców przed oczami ciekawskich. Isabel idzie wąską dróżką na tyłach domów i słyszy dobiegające zza żywopłotu, rytmiczne skrzypienie żelaza. Zerka przez niewielką szparę między liśćmi i z dudniącym sercem przygląda się, jak jej mała dziewczynka jeździ ścieżką na trójkołowym rowerku. Sama. Twarz Lucy nie wyraża radości ani smutku, jedynie skupienie. Jest tak blisko, wystarczy wyciągnąć rękę, by dotknąć jej, przytulić i pocieszyć. To niedorzeczne, że nie może być ze swoją córeczką, zupełnie jakby całe miasto oszalało i tylko ona jedna pozostała przy zdrowych zmysłach.
[…]
Już jako niemowlę dziewczynka z Janus Rock doświadczyła trudów życia. Kto wie, jak podróż na wyspę i poprzedzające ją wydarzenia zapisały się w jej pamięci. Nawet gdyby je wymazano, czas spędzony na wyspie, w świecie zamieszkanym przez troje ludzi, przeniknął do jej jestestwa. Więź, jaka zawiązała się między nią a ludźmi, którzy ją wychowali, jest silna i bezdyskusyjna. Dziewczynka nie potrafi nazwać uczucia towarzyszącego jej, odkąd zostali rozdzieleni. Nie zna słów, które określają tęsknotę i rozpacz. Ale tęskni za mamą i tatą, usycha z tęsknoty za nimi i nie przestaje o nich myśleć, mimo iż od tak dawna przebywa tutaj. Musiała zrobić coś bardzo złego, żeby doprowadzić mamę do płaczu. Co do kobiety z ciemnymi włosami i ciemnymi oczami, która wciąż powtarza, że jest jej prawdziwą mamą… nieładnie jest kłamać. Więc dlaczego ta smutna pani wciąż okłamuje ją i wszystkich dookoła? Dlaczego dorośli jej na to pozwalają? Dziewczynka wie, że mama jest tu, w Partageuse. Wie, że źli ludzie zabrali tatusia, ale nie ma pojęcia, dokąd. Wiele razy słyszała słowo „policja”, ale nie bardzo wie, o co chodzi. Podsłuchała dużo rozmów. Słyszała ludzi, którzy szeptali na ulicy: „Cóż za zamieszanie, co za straszna historia”. Słyszała też, jak Hannah powiedziała, że nigdy więcej nie zobaczy mamusi. Janus Rock jest ogromna, jednak dziewczynka zna każdy jej zakątek: Plażę Rozbitków, Zdradziecką Skałę, Burzowy Zakątek. Żeby wrócić do domu, musi wypatrywać tylko światła latarni, tak mówi tatuś. Wie, bo słyszała wiele razy, że Partageuse to mała mieścina.
[…]
Ktoś dobija się do drzwi domu Roennfeldtów. Mimo iż w oknach nie pali się światło, Hannah nie śpi i zrywa się, by otworzyć drzwi. Przed nią stoi sierżant Knuckey. Na rękach trzyma bezwładną Grace. Dobry Boże! Hannah przypada do dziewczynki. Nawet nie patrzy na mężczyznę, więc nie widzi, że ten się uśmiecha. Mało brakowało, a potknąłbym się o nią na przesmyku. Śpi. Mała ma szczęście, zawsze spada na cztery łapy. Łzy napływają mu do oczu, kiedy przypomina sobie ciężar ciała syna, którego nie zdołał uratować. Hannah prawie nie zwraca uwagi na jego słowa i bierze na ręce śpiącą dziewczynkę. […] Tej nocy Hannah położyła Grace w swoim łóżku, a sama usiadła obok, by słuchać jej oddechu, patrzeć, jak przez sen kręci głową albo porusza stopą. Ulga, jaką poczuła, tuląc jej drobne ciepłe ciało, została przyćmiona przez inne mroczne myśli. Gdy pierwsze krople deszczu niczym drobinki żwiru uderzyły w blaszany dach, wróciła wspomnieniami do dnia ślubu. Do czasu, gdy woda z przeciekającego dachu skapywała do rozstawionych w domu wiader. Do dni pełnych miłości i nadziei. Przede wszystkim nadziei. Pomyślała o Franku, zawsze radosnym i uśmiechniętym, bez względu na to, co przynosił kolejny dzień. Tego samego chciała dla Grace. Chciała, żeby jej córka była szczęśliwa, i modliła się o odwagę i siłę, jakże potrzebne, by uczynić to, co zaplanowała. Kiedy ryk burzy obudził Grace, dziewczynka spojrzała na Hannah sennym wzrokiem i przytuliła się do niej. Po chwili znowu zasnęła, podczas gdy łkająca cicho Hannah myślała o swoim przyrzeczeniu. Czarny pająk wrócił na swoją sieć w kącie celi i biegając tam i z powrotem, tka nić, próbując przywrócić jej należyty wygląd. Tylko on zna właściwy wzór, on jeden wie, dlaczego jedwabista nić ma przebiegać akurat w tym miejscu i pod tym właśnie kątem. Wychodzi nocą, by naprawiać to, co zostało zniszczone - bezładne kłębowisko włókien, które przyciąga kurz. Niezmordowanie tka swój miniaturowy świat, wciąż próbując go naprawiać i nigdy nie opuszczając sieci, jeśli nie jest to konieczne. Lucy jest bezpieczna. Ulga niczym ciepłe mleko rozlewa się po ciele Toma, jednak wciąż nie ma wieści od Isabel. Nie wie, czy mu wybaczyła i czy kiedykolwiek wybaczy. Bezsilność, jaką czuł, kiedy w żaden sposób nie mógł pomóc Lucy, sprawia, że jest jeszcze bardziej zdeterminowany pomóc żonie. To jedyna wolność, jaka mu pozostała. […] Myśl, że przeżyje bez niej resztę życia, sprawia, że łatwiej jest pogodzić się z pewnymi rzeczami i zostawić sprawy własnemu biegowi. Wraca wspomnieniami do oparów oleju, które płonęły, gdy tylko przytknął do nich zapaloną zapałkę. Tęczy rzucanej przez pryzmaty. Oceanu rozpościerającego się przed nim jak sekretny podarek. Jeśli będzie musiał pożegnać się ze światem, chce zapamiętać wszystko to, co najpiękniejsze, nie tylko cierpienie. Oddech Lucy, ufającej dwojgu obcych ludzi, z którymi połączyła ją wyjątkowa więź. I Isabel, dawną Isabel, dzięki której - po wielu latach obcowania ze śmiercią - odzyskał wolę życia. Delikatny deszcz wypełnia celę zapachami lasu: ziemi, wilgotnego drewna, gryzącym zapachem banksji, której kwiaty przywodzą na myśl wielkie pierzaste żołędzie. Nachodzi go nagła refleksja, że jest kilku Tomów, z którymi będzie musiał się pożegnać: porzucony ośmiolatek, karmiący się złudzeniami żołnierz, który trafił do piekła, latarnik, który pozostawił swoje serce na pastwę losu. Wszyscy oni żyją w nim jak rosyjskie lalki matrioszki. Las śpiewa. Krople deszczu uderzają o liście i skapują do kałuży, a kukabury śmieją się jak szaleńcy z dowcipu, którego nie zrozumie żaden człowiek. Tom ma wrażenie, że jest częścią jakiejś całości. Nie zmieni tego kolejny dzień ani następne dziesięć lat. Należy do świata przyrody, który upomni się o niego we właściwym czasie, by nadać jego ciału zupełnie nowy kształt. Deszcz przybiera na sile, a gdzieś w oddali rozlega się niski burzowy pomruk.
[…]
Czy wie pani, jakie to straszne, gdy córka, którą przez dziewięć miesięcy nosiło się pod sercem, którą się urodziło i kochało, nazywa matką inną kobietę? Spojrzała w bok. Ale muszę się z tym pogodzić. Nie mogę przedkładać własnego szczęścia nad szczęście mojej córki. Dziecko, które urodziłam, odeszło na zawsze. Teraz to rozumiem. Smutna prawda jest taka, że Grace potrafi żyć beze mnie, nawet jeśli ja nie potrafię żyć bez niej. Nie mogę karać jej za to, co się stało, tak jak nie mogę karać pani za decyzje podjęte przez pani męża. Isabel chciała zaprotestować, jednak Hannah nie dopuściła jej do głosu. Ze wzrokiem utkwionym w wazonie róż, kontynuowała swą przemowę. Znałam Franka jak nikt inny. Jednak wygląda na to, że niewiele wiem o własnej córce. Spojrzała na Isabel. Grace panią kocha. Może rzeczywiście jesteście sobie przeznaczone. Z trudem wypowiedziała kolejne słowa. Ale muszę wiedzieć, że sprawiedliwości stało się zadość. Jeśli tu i teraz przysięgnie pani na własne życie, że wszystko to było winą pani męża, odzyska pani Grace. Przysięgam – odparła instynktownie Isabel. Kiedy tylko złoży pani zeznania obciążające męża – ciągnęła Hannah – i kiedy Tom Sherbourne trafi do więzienia, Grace wróci do pani. Nagle zalała się łzami. Pomóż mi, dobry Boże! – jęknęła i szybko odeszła.
[…]
Przynajmniej Lucy nie będzie przerażona, myśli Isabel, kiedy kolejna błyskawica rozdziera niebo. Od maleńkiego Tom uczył ją szacunku dla sił natury – błyskawicy, która może uderzyć w latarnię, oceanu bezustannie atakującego wyspę. Przypomina sobie niemal nabożną cześć, jaką Lucy okazywała, będąc w latarni: nigdy nie dotykała urządzeń i trzymała się z daleka od szkła. Wraca pamięcią do chwil, gdy oboje z Tomem stali na galerii i machali do niej, gdy wieszała pranie. „Dawno, dawno temu była sobie latarnia morska…”. Jak wiele bajek zaczynało się tymi słowami? „Pewnego dnia rozpętała się burza. Potężne podmuchy wiatru uderzały w latarnię, jednak latarnik jak co dzień zapalił światło. Pomagała mu mała dziewczynka, Lucy. Wokół było ciemno, lecz latarnik nie bał się, bo miał magiczne światło”. Nagle widzi udręczoną twarz Lucy. Będzie mogła zatrzymać swoją córeczkę, chronić ją i sprawiać, by była szczęśliwa. Zapomni o wszystkim, co się wydarzyło. Będzie ją kochała i patrzyła, jak rośnie. Za kilka lat Zębowa Wróżka zabierze jej mleczne zęby i zostawi pod poduszką trzy pensy. Lucy urośnie i będą rozmawiały o świecie i będzie mogła zatrzymać swoją córeczkę.
[…]
Ale jak? Jak to możliwe, że potrafisz się z tego otrząsnąć? – spytała go. Przeszedłeś tak wiele, a mimo to zawsze jesteś szczęśliwy. Jak ty to robisz? To mój wybór – odparł. Mogę zgnić, rozpamiętując przeszłość, do końca życia nienawidzić ludzi za to, co się stało, tak jak zrobił to mój ojciec albo wybaczyć i zapomnieć. Ale to nie takie proste. Uśmiechnął się. Ale dużo mniej męczące, kochanie. Wybaczasz tylko raz, a urazę żywisz każdego dnia, a do tego musisz pamiętać wszystkie te straszne rzeczy. Roześmiał się, udając, że ociera pot z czoła. Ja musiałbym sporządzić listę, bardzo, bardzo długą listę, i upewnić się, że odpowiednio mocno nienawidzę ludzi. Musiałbym uczynić z nienawiści prawdziwą sztukę. To takie germańskie! Nie, każdy z nas ma wybór. Zawsze – dodał z powagą.
[…]
Słońce wisiało nad horyzontem, gdy Tom, czekając, stał na końcu molo w Partageuse. Wreszcie dostrzegł Hannah, która niespiesznym krokiem szła w jego stronę. Minęło sześć miesięcy, odkąd widział ją po raz ostatni, i musiał przyznać, że się zmieniła. Twarz miała pełniejszą, łagodniejszą. Słucham? – spytała spokojnie. Chciałem panią przeprosić. I podziękować za to, co pani zrobiła. Nie potrzebuję pańskich podziękowań. Gdyby nie wstawiła się pani za nami, spędziłbym w więzieniu w Bunbury więcej niż trzy miesiące. Zawstydzony, z trudem wypowiadał słowa. No i to, że Isabel dostała wyrok w zawieszeniu… Mój adwokat mówi, że to głównie dzięki pani. Hannah spojrzała przed siebie. Wysłanie jej do więzienia niczego by nie zmieniło. Co się stało, to się nie odstanie. A jednak wiem, że nie była to łatwa decyzja. Przy naszym pierwszym spotkaniu uratował mnie pan. Byłam dla pana zupełnie obcą osobą i niczego mi pan nie zawdzięczał. To chyba coś znaczy. Wiem też, że gdybyście nie przygarnęli mojej córeczki, umarłaby. O tym również pamiętałam. Zawahała się. Nie wybaczam wam. Okłamaliście mnie… Ale nie zamierzam żyć przeszłością. Właśnie dlatego zginął Frank. – Na chwilę przestała bawić się obrączką. Najzabawniejsze jest to, że właśnie on pierwszy by wam wybaczył. On pierwszy wystąpiłby w waszej obronie. Zawsze bronił tych, którzy popełniali błędy. Tylko w ten sposób mogłam uczcić jego pamięć, robiąc to, co on sam by zrobił. Spojrzała na niego błyszczącymi oczami. Kochałam go. Stali w milczeniu, spoglądając na wodę. Wreszcie Tom się odezwał: Te lata, kiedy nie widziała pani Lucy… wiem, że nic ich pani nie zwróci. To cudowna dziewczynka. Czując na sobie jej spojrzenie, dodał pospiesznie: Obiecuję, że nigdy więcej tu nie wrócimy.
[…]
Stojąc na molo, Tom wspomina dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczył Partageuse. I ten, w którym widział je po raz ostatni. Fitzgerald i Knuckey zmienili zarzuty, skutecznie studząc zapał sierżanta Spragga. Prawnik udowodnił, że zarzuty kradzieży dziecka są bezpodstawne, i linia oskarżenia się załamała. Przyznanie się do pozostałych zarzutów wciąż mogło skutkować surową karą, gdyby nie wstawiennictwo Hannah, która pojawiła się w sądzie, prosząc o łagodny wymiar kary. No i więzienie w Bunbury, w połowie drogi do Perth, było znacznie lepszym miejscem niż to we Fremantle czy Albany. Teraz, kiedy słońce niczym ogromny lizak rozpuszcza się w wodzie, Tom ma przedziwne uczucie, które nie daje mu spokoju. Miesiące po tym, jak opuścił Janus Rock, ma ochotę wejść na szczyt wieży i zapalić światło latarni. Zamiast tego siada na końcu molo i obserwuje kołujące nad wodą mewy. Spogląda na świat i życie, które toczy się bez względu na to, czy Tom jest jego częścią, czy też nie. Lucy prawdopodobnie leży już w łóżeczku, a sen obnaża najdrobniejsze szczegóły jej twarzy. Zastanawia się, jak teraz wygląda, czy w snach wraca na Janus Rock i czy tęskni za światłem latarni. Myśli o Isabel, skulonej na wąskim żelaznym łóżku, opłakującej córkę i utracone życie. Z czasem wszystko się ułoży, obiecuje jej i sobie. Z czasem Isabel wróci do zdrowia.
[…]
Tom wstał i położył rękę na jej ramieniu. Twoje miejsce jest przy mnie, Izz. Bez względu na to, gdzie zamieszkamy. Ciągle w to wierzysz? Dotknęła pędu kapryfolium, w zamyśleniu gładząc liście. Tom zerwał jeden kremowy kwiat. Kiedy byliśmy dziećmi, jedliśmy je. A ty? Jedliście? Odgryzł wąską końcówkę kwiatu i spił z niej kroplę nektaru. Smak pozostaje na języku tylko przez sekundę. Ale i tak warto go poczuć. Zerwał kolejny kwiat i przyłożył do ust Isabel.
[…]
Hopetoun nie było niczego poza długim molo, które wciąż szeptało o czasach świetności, gdy miasteczko służyło jako port dla tej części Australii. Port zamknięto w 1936 roku, kilka lat po tym, jak Tom i Isabel zamieszkali w Hopetoun. Brat Toma, Cecil, przeżył ich ojca zaledwie o kilka lat, a pieniądze, które dostali po jego śmierci, wystarczyły na zakup farmy na skraju miasteczka. Posiadłość nie była duża, jednak na odcinku kilku mil graniczyła z wybrzeżem, a z okien stojącego na wzniesieniu domu rozpościerał się widok na plażę. Tom i Isabel prowadzili ciche, spokojne życie. Od czasu do czasu jeździli do miasteczka. W pracy na farmie pomagali im robotnicy rolni. Hopetoun, leżące czterysta mil na wschód od Partageuse, okazało się wymarzonym azylem. Wystarczająco odległym, by odciąć się od przeszłości i na tyle bliskim, by rodzice Isabel mogli odwiedzać ich w święta Bożego Narodzenia, zanim oboje zmarli. Tom i Ralph pisywali do siebie od czasu do czasu i choć były to krótkie i zdawkowe listy, pozostali przyjaciółmi. Po śmierci Hildy Ralphem opiekowała się jego córka, która wraz z rodziną wprowadziła się do małego domku Addicottów. Kiedy Bluey poślubił Kitty Kelly, Tom i Isabel wysłali nowożeńcom prezent, jednak nie pojawili się na weselu. Żadne z nich nigdy nie wróciło do Partageuse. Najlepsza część dwudziestu lat upłynęła niczym leniwe wody rzeki, które z czasem pogłębiają jej koryto.
[…]
Zegar wybija godzinę. Czas wychodzić. Dojazd do miasteczka jest teraz znacznie prostszy dzięki smołowanym drogom. Zupełnie inaczej niż gdy przybyli tu po raz pierwszy. Kiedy Tom wiąże krawat, z lustra spogląda na niego obcy, siwowłosy mężczyzna. Dopiero po chwili przypomina sobie, że to przecież on. Garnitur na nim wisi, a kołnierzyk koszuli od- staje od szyi. Za oknem piętrzą się fale, ofiarnie rzucając się w szalejącą nad morzem śnieżycę. Patrząc na ocean, można by pomyśleć, że czas stanął w miejscu. Jedynym dźwiękiem jest ryk sierpniowej wichury. Schowawszy kopertę w kamforowej skrzyni, Tom powoli, niemal z nabożeństwem zamyka wieko. Już niebawem cała jej zawartość przestanie mieć znaczenie, jak uwięziony w czasie, dawno zapomniany język, którym posługiwali się w okopach. Z upływem lat rzeczy tracą sens, aż w końcu zostaje po nich biała jak kość przeszłość, odarta z uczuć i znaczenia.
[…]
Tom przyglądał się dziecku, a kiedy w końcu podniósł głowę, na jego twarzy błąkał się tęskny uśmiech. Proszę wejść. Kiedy Tom wrócił do pokoju z tacą, na której stał dzbanek z herbatą i filiżanki, Lucy-Grace spoglądała na ocean. Obok niej stał koszyk z dzieckiem. Od czego zaczniemy? – spytała. Może przez chwilę posiedzimy w milczeniu? – zaproponował Tom. Oswoimy się z sytuacją. Westchnął. Mała Lucy. Po tylu latach. Siedzieli w ciszy, popijając herbatę i słuchając ryku wiatru, który od czasu do czasu rozganiał chmury, wpuszczając do środka smugę światła. Lucy wdychała zapachy domu: woń starego drewna, ognia, dymu i pasty do polerowania. Nie odważyła się spojrzeć na Toma i rozglądała się po pokoju. Ikona ze świętym Michałem, wazon żółtych róż. Ślubne zdjęcie Toma i Isabel, młodych i pełnych nadziei. Na półkach stały książki dotyczące nawigacji, latarni morskich i muzyki, niektóre – jak Atlas Gwiazd Browna – były tak duże, że trzeba je było położyć. W kącie pokoju stało pianino, na którym piętrzyły się nuty. Jak się dowiedziałaś? – spytał w końcu Tom. O Isabel? Mama mi powiedziała. Kiedy Ralph Addicott dowiedział się z pańskiego listu, jak bardzo jest chora, odwiedził moją mamę. W Partageuse? Tak, wróciła tam. Kiedy miałam pięć lat, wyjechałyśmy do Perth. Mama chciała zacząć wszystko od nowa.
[…]
Wspomnienia są jak strzępki snu: latarnia, wieża i otaczający ją balkon. Jak on się nazywa? Galeria. Pamiętam, jak siedziałam na pańskich ramionach. I jak grałam na pianinie z Isabel. Ptaki na drzewach i pożegnanie? Później wszystko się pomieszało i wspomnienia stały się chaotyczne. Pamiętam nowe życie w Perth i szkołę. Ale przede wszystkim pamiętam wiatr, fale i ocean, mam je we krwi. Mama nie lubi wody. Nie pływa. Zerknęła na dziecko. Nie mogłam przyjechać wcześniej. Musiałam zaczekać, aż mama… udzieli mi błogosławieństwa. Tom próbował dostrzec w niej dawną Lucy, jednak jej twarz nie była już twarzą dziecka, lecz młodej kobiety. Sięgnął w głąb siebie, próbując odnaleźć mężczyznę, który tak bardzo ją kochał. Nie było to łatwe. A jednak wciąż tam był i przez moment wydało mu się, że znów słyszy jej głos, wołający: „Tatusiu! Weź mnie na ręce, tatusiu!”.
[…]
Głęboko na dnie skrzynki, ukryte pod pamiątkami z dzieciństwa Isabel, leżały starannie złożone, delikatne, haftowane chusteczki, robione na drutach buciki, wiązana pod brodą satynowa czapeczka. Aż do tej chwili Tom nie miał pojęcia o ich istnieniu. Były niczym skrawki czasu. Fragmenty życia. W końcu Lucy-Grace rozwinęła związany satynową wstążką zwój. Była to mapa Janus Rock, ozdobiona przez Isabel dawno temu. Na papierze czarnym atramentem zapisano nazwy: Plaża Rozbitków, Zdradziecka Skała. Tom przypomniał sobie dzień, kiedy Isabel pokazała mu ją z dumą, i przerażenie, gdy uświadomił sobie, że to, co zrobiła, było naruszeniem zasad. Nagle poczuł, jak bardzo ją kochał i jak bardzo mu jej brakuje. Lucy-Grace pochyliła się nad mapą. Po jej policzku spłynęła łza i Tom podał jej starannie złożoną chusteczkę. Otarła oczy. Minęła chwila, zanim się odezwała. Nie miałam okazji wam podziękować. Tobie i mamie. Za to, że mnie uratowaliście i że się mną opiekowaliście. Byłam za mała, a później było już za późno. Nie musisz nam dziękować. Żyję tylko dzięki wam.
[…]
Tomowi wciąż zostało jeszcze trochę czasu. Wie, że człowiek w swojej podróży przez życie jest niczym żelazo hartowane przez każdy kolejny dzień i każdą osobę, którą spotyka na swej drodze. Blizny są jak wspomnienia. Isabel - gdziekolwiek teraz jest - jest jego częścią, podobnie jak wojna, latarnia i ocean. Wkrótce jego podróż dobiegnie końca, ich groby porośnie świeża trawa, a historia zostanie zapisana na zapomnianym przez ludzi nagrobku. Obserwuje opadającą nad ocean kurtynę mroku, wiedząc, że niebawem w ciemnościach pojawi się światło.
Margot Stedman, Światło między oceanami
Sfilmowana powieść obyczajowo-historyczna Margot L. Stedman - australijskiej powieściopisarki i londyńskiej prawniczki przenosi akcję tej wciągającej opowieści aż na antypody, na kontynent australijski, również na zachodnie jego wybrzeże u styku dwóch oceanów, w tym przede wszystkim na fikcyjną i bezludną wyspę z latarnią morską – Janus Rock, położoną około 100 kilometrów od równie fikcyjnego miasta, ale i portu dalekomorskiego zwanego Partageuse - co z francuskiego oznacza kobietę, która lubi się dzielić; generalnie w czasy lat dziesiątych i dwudziestych ubiegłego wieku. Jest wzruszającą opowieścią o losach dwojga bliskich sobie osób – weterana pierwszej wojny światowej Toma i córki prowincjonalnego nauczyciela Isabel z małżeństwa Sherbourn’ów uwikłanych przez swoje osobiste nieszczęście w adopcję znajdy Grace-Lucy z łodzi rybackiej, co jakimś cudem, a raczej z pływem sama osadziła się na wyalienowanej wysepce latarnika. Z tego też niewinnego splotu śródmorskich wydarzeń snuje się dalszy powieściowy wątek w zarysie etyczno-moralny, w którym prawda jak ten staro-italski bóg z panteonu rzymskiego Janus nosi równolegle dwa, chociaż zaraz naprzeciwlegle bliskie i tożsame wobec siebie oblicza. Pojedynek dwóch lirycznych kobiet o względy i serce ukochanego dziecka-dziewczynki skłaniają wreszcie i do ostatniej refleksji, na jaką znowu zapada pewna pojedyncza świadomość czytelnicza, że każdy najmniejszy cel życia ludzkiego pozostaje zawsze a-wymiernym, czasem również bez-cennym, nigdy też niezaspokojonym pragnieniem za-bicia bezsensownego czasu stojącego jak cień wciąż obok i obok.