Blog

 

04.09.2026

Ciało

„Widzę dziewczyny ubrane w letnie stroje”

Irwin Shaw


„...woda kołysze się w basenie,

 bezskutecznie

próbując odbić właściwy kształt

rzeczy.”


„Jest coś okropnego w tym, jak narzuca się
normalność.”

[…]

Jako piętnastolatek przeprowadza się z matką do innego miasta i zaczyna nową szkołę. W tym wieku to niełatwe – szkolna hierarchia jest już ustalona, trudno się więc z kimkolwiek zaprzyjaźnić. Po jakimś czasie udaje mu się znaleźć kolegę, również samotnika. Czasami po lekcjach idą razem do nowego centrum handlowego w zachodnim stylu, które właśnie otworzyło się w mieście. Robiłeś to już kiedyś? – pyta kolega. Nie – mówi István. Ja też nie – mówi kolega, jakoś tak swobodnie. W prosty i naturalny sposób opowiada o seksie. Wyznaje Istvánowi, o których dziewczynach ze szkoły fantazjuje i co konkretnie robi im w tych fantazjach. Dodaje, że często masturbuje się cztery lub pięć razy dziennie, przez co István czuje się głupio, ponieważ on robi to tylko raz lub dwa razy. Gdy się do tego przyznaje, kolega stwierdza: Najwyraźniej masz słaby popęd seksualny. Z tego, co wie, to może być prawda. Nie wie, jak jest u innych. Zna tylko własne doświadczenia. Któregoś dnia kolega opowiada, że zrobił to z dziewczyną, która mieszka po drugiej stronie torów kolejowych. To budzi w nim zakłopotanie.

[…]

W klasie palą się światła, podłużne jarzeniówki na suficie w przezroczystych plastikowych osłonach. W osłonach leży sporo martwych much – niewyraźnych niewielkich kształtów, na które István od czasu do czasu zerka, kiedy nauczycielka mówi. Tylko kilkoro uczniów przynajmniej udaje, że słucha kobiety, która czyta na głos z podręcznika. „Ogólnie rzecz biorąc, lepiej p r z y s t o s o w a n e osobniki mają większe szanse na przetrwanie. Jednak współczesna teoria ewolucji definiuje p r z y s t o s o w a n i e nie na podstawie długości życia danego organizmu, ale na podstawie jego zdolności do rozmnażania się. Jeśli organizm żyje o połowę krócej niż inne osobniki tego samego gatunku, ale ma dwa razy więcej potomstwa, które dożywa dorosłości, jego geny stają się bardziej powszechne w dorosłej populacji następnego pokolenia”. To ostatnia lekcja tego popołudnia. Później István idzie do domu. Wchodzi po dwa stopnie naraz i nagle widzi ją tuż przed sobą: stoi z małą plastikową konewką w dłoni. Podlewa rośliny na półpiętrze. István nie widział kobiety od czasu, kiedy poszli razem do supermarketu, a później się całowali. Dzień dobry, Istvánie – mówi kobieta, nie przerywając podlewania. Dzień dobry – odpowiada István. István zostaje kilka stopni niżej, wciąż lekko posapując. Na jej widok czuje się jeszcze dziwniej, wiedząc, że naprawdę ją p o c a ł o w a ł.

[…]

Ona znów go całuje, ale tym razem otwiera usta, on czuje jej język na swoich wargach, więc również otwiera usta, a ona wkłada w nie język. Zaciska powieki, by nie musieć na nią patrzeć, czuje tylko jej wargi i język. Było przyjemnie? – pyta ona. Kiwa głową. Chcesz to zrobić jeszcze raz? Dobrze – mówi on. Całują się znowu i w trakcie pocałunku kobieta lekko dotyka jego wzwodu, który zaczyna naciskać na spodnie. Dopóki jej dłoń przypadkowo się tam nie znalazła, István nie zdawał sobie sprawy ze wzwodu. W tej samej chwili czuje, że ona się spina. Odsuwa się zawstydzony. O co chodzi? – pyta kobieta, próbując wziąć go za rękę. Ale już zdążył wstać. O co chodzi? – pyta ponownie. Nic się nie stało. Stało się – myśli István i spogląda na nią z góry. Brzydzi go. Nie odzywa się już i wychodzi.

[…]

Niezręcznie unosi biodra, żeby jej pomóc, kiedy ściąga mu do kolan spodnie i majtki. Po raz pierwszy ktoś go takiego ogląda. To dziwne, że jest ktoś inny i że na niego patrzy. Dotyka go, a potem schyla się, by objąć ustami. Żeby było wygodniej, musi uklęknąć na podłodze. Klęka na podłodze i ponownie bierze go w usta. István patrzy na czubek jej głowy, na włosy przy skórze, gdzie blond okazuje się lekko mieszać z siwizną. Zastanawia się, jak to możliwe, że nie robi mu krzywdy zębami, że ma tak miękkie usta. István czuje, że zaraz dojdzie, wpatruje się więc w sufit, potem w balkon, na którym popołudniowe słońce lśni w zielonych szklanych panelach, później znów w czubek jej głowy, która porusza się teraz szybciej. Kobieta robi językiem coś takiego, co... István nie może wytrzymać, to niemal ból, choć nie ból, przeciwieństwo bólu. Wydaje cichy odgłos zaskoczenia. Ona przestaje poruszać głową. Ześlizguje się z niego. Ma zamknięte oczy. Usta również – oddycha przez nos. Po kilku sekundach ona wstaje, odchodzi, a z kuchni dobiega dźwięk wody lecącej z kranu. István czuje spokój.

[…]

Robią to na jego łóżku. Ona nalega, by do końca spuścił żaluzję, może z powodu tego, co się stało, kiedy wcześniej pokazała mu piersi – tego wyrazu lekkiego obrzydzenia czy czegoś, co dostrzegła wówczas na jego twarzy. Sama nakłada mu prezerwatywę. On leży na plecach na łóżku, a ona się na nim kładzie. On tylko leży, a ona porusza biodrami i wydaje ciche odgłosy. W niemal całkowitej ciemności właściwie jej nie widzi. Kilka chwil po tym, jak on dochodzi, ona przestaje się poruszać. Czuje, jak wciąż będąc w niej, zaczyna się kurczyć. Po chwili kutas wychodzi. Jakby wyślizguje się na bok. Dziwne wrażenie. Nachyla się nad nim tak, że czuje jej oddech, gdy mówi, że teraz jest już mężczyzną, i pyta, jakie to uczucie. On myśli, że to dziwne, ale wcale nie czuje się inaczej, jakby nic się nie zmieniło. Lecz tego nie mówi. Tylko wzrusza ramionami, wciąż leżąc na plecach, a ona podnosi się i zaczyna się ubierać.

[…]

Przez kilka dni się nie widują. István często się masturbuje, przynajmniej dwa razy dziennie. Zwykle, gdy to robi, myśli o niej i o tym, co razem robili. Oprócz tego rzadko o niej myśli. Jednak zaczyna sobie zdawać sprawę, że znów chciałby ją wyruchać. Po jakimś czasie nie może już przestać o tym myśleć, a myśl, że to może już nigdy się nie powtórzyć, okazuje się zaskakująco niemiła. Czasami István się zastanawia, czy powinien zapukać do drzwi naprzeciwko. Coś zawsze go powstrzymuje.

[…]

Podoba mu się, że ona mówi takie rzeczy. Nigdy wcześniej nie rozmawiał z nikim tak, jak rozmawia z nią, tak, jak rozmawiają z sobą. Smaruje sobie piersi oliwką dla dzieci, a István je rucha. Ona ma dziwny wyraz twarzy, próbuje patrzeć na to, co się dzieje, jednocześnie unosi i ściska piersi. Na środku jej czoła wychodzą żyły. Kiedy István dochodzi, tryska jej na twarz, a ona piszczy z ekscytacji, niemal jakby sama skończyła.

[…]

Sposób, w jaki to robi, go denerwuje. Odsuwa głowę. Dlaczego tak mówisz? – pyta ją. Dlaczego mówisz, że nie wiem, co to znaczy? Nie kochasz mnie. Kocham. Proszę. Przestań to powtarzać. Dlaczego? Jeśli będziesz wciąż to powtarzał, będziemy musieli z sobą skończyć – odpowiada. Następnego dnia mówi mu, że i tak muszą to zakończyć.  Przepraszam. Naprawdę nie sądziłam, że to się wydarzy – dodaje. Co? To, co czujesz – odpowiada. Że cię kocham? – pyta István. Nie kochasz. Kocham. Kładzie mu dłoń na policzku. Cóż, ja cię nie kocham – mówi. Przykro mi. Wygląda na zmęczoną, jakby niewiele spała, jakby przez większość nocy nie mogła zasnąć. Kochasz swojego męża? – pyta István. A co to za różnica? Chcę tylko wiedzieć. To niczego nie zmienia. Zmienia. Dlaczego? Kochasz go? Tak, kocham. Jak możesz tak mówić? – pyta István. Chyba nie rozumiesz sytuacji.

[…]

Nagle jej mąż spada ze schodów. Próbuje jeszcze złapać się metalowej barierki, ale mu się nie udaje, po czym rozlega się dziwny łoskot, jego głowa spada dalej, a mężczyzna leży na betonowej podłodze półpiętra obok roślin swojej żony i się nie podnosi. István czeka, aż się podniesie. Zapada absolutna cisza. Gdzieś z dolnych pięter rozlegają się głosy. Kiedy staje się oczywiste, że mężczyzna się nie podniesie, István zaczyna schodzić. Czuje, jak drżą mu kolana. Drżą tak bardzo, że trudno się idzie. Mija półpiętro, na którym leży mężczyzna – kilka roślin jego żony się przewróciło i ziemia wysypała się na beton – i schodzi dalej. Piętro niżej otwierają się drzwi, ludzie wychodzą na korytarz. István mija ich, nic nie mówiąc, a oni nie odzywają się do niego. Być może sądzą, że nie ma nic wspólnego z tym, co się stało, cokolwiek to było. Coś słyszeli – krzyki, a potem ten głośny dźwięk, kiedy głowa mężczyzny uderzyła o metalową barierkę. Patrzą w górę schodów, jakby zastanawiali się, co się stało. István mija ich i wychodzi w ciepły wieczór. Na dworze wciąż jest jasno. Odchodzi. Nie wie, dokąd zmierza. Po prostu idzie dalej. Nie wie, jak długo tak idzie, ale jest już ciemno, kiedy policyjny radiowóz mija go powoli w jakiejś cichej bocznej ulicy i zatrzymuje się z przodu, niedaleko małego sklepu na rogu, a dwaj policjanci wysiadają.

[…]

István kręci głową. Następnie policjant pyta, dlaczego István wyszedł z bloku, czy nie wiedział, że mężczyzna nie żyje, dlaczego nie wezwał karetki. Nie wiem – odpowiada. Nie wiesz? – dziwi się policjant. Nie wiesz, dlaczego nie wezwałeś karetki? Może gdybyś wezwał karetkę, ludzie pomyśleliby, że to był wypadek. Dopiero w tej chwili István zaczyna rozumieć, co sądzi policjant – uważa, że István z premedytacją zabił mężczyznę. I w jakimś sensie zaczyna wątpić we własne wspomnienie tego, co się wydarzyło. Zaczyna się zastanawiać, czy zapamiętał wszystko właściwie, czy nie. Chciał, żeby mężczyzna umarł. Naprawdę tego chciał.

[…]

To prawda, István wyrobił sobie w ośrodku pewną renomę. Tam każdy musiał dbać o siebie. Wybuchały bójki. Okazało się, że István ma talent do bójek. Zapewne to miał na myśli Odon. Kiedy powiedział, ile mu zapłaci, István odparł, że się zgadza. A teraz stoi tutaj, w zimnym lesie, obejmuje się ramionami i próbuje dosłyszeć, co mówi Odon do dwóch mężczyzn stojących jakieś pięćdziesiąt metrów dalej w półmroku pod drzewami. Odon wraca z torbą – ze szmacianym sportowym workiem. Wrzuca go do samochodu i cofa w kierunku, z którego przyjechali. Co to jest? – pyta István, chuchając w dłonie. Prochy? Nieważne – pomrukuje Odon. Obraca się na fotelu kierowcy, cofając drogą zbyt wąską, by mógł zawrócić. Już prawie zapadł zmrok. Kiedy docierają do głównej drogi – także spokojnej, dwupasmowej, z zerowym ruchem – włącza przednie światła. Wracają do miasta, do tej jego części, której István nie zna zbyt dobrze. Kilka lat wcześniej były tu przede wszystkim winnice i pola. Teraz na zboczu wzgórza stoi coraz więcej domów. Zatrzymują się przed jednym z nich, István czeka w samochodzie, a Odon dzwoni do drzwi.

[…]

Noémi chwilę się zastanawia i odpowiada: Tak. Nie wiem – mówi István. Oczywiście tak naprawdę wie, zna dokładną liczbę. I jest to, jego zdaniem, żenująco niska liczba. W tej kwestii trzy lata, które spędził w zakładzie poprawczym, zostały zmarnowane, a w trakcie roku, który minął od wyjścia, szybko mógł zliczyć kobiety, z którymi uprawiał jakiegoś rodzaju seks. Nie wiem – powtarza. Ależ wiesz – mówi Noémi. Pyta, jaką ona podałaby liczbę. Noémi zastanawia się dość długo, liczy coś na palcach, aż w końcu odpowiada: Dwadzieścia trzy.

[…]

Ma pieniądze, które dostał od matki na urodziny. Ale tego już nie mówi. No nie wiem. Dlaczego? Ona znowu się zastanawia i cały czas na niego patrzy. W końcu odpowiada, że jeśli rzeczywiście mają to zrobić, powinni załatwić jakiś hotel teraz, dopóki są w miarę trzeźwi, bo potem mogą mieć problem, żeby coś znaleźć. Jasne – odpowiada István i próbuje nie okazywać, jak bardzo jest podekscytowany, zresztą to uczucie słabnie, kiedy się okazuje, że większość hoteli niedaleko jeziora ma już komplet rezerwacji, zaczyna się więc martwić, że może jednak nie uda im się tu zostać na noc. Jest już wczesny wieczór. Na drodze rozciągają się cienie, kiedy Noémi i István zbliżają się do ostatniego hotelu w tej części nabrzeża, brązowawej brzydkiej betonowej kostki. W lobby jest wilgotno i panuje półmrok. Tak, mamy kilka – odpowiada recepcjonista na nerwowe pytanie Istvana o wolne pokoje. Kiedy podaje cenę, István bierze Noémi na bok i mówi: Nie mam dość kasy na dwa. Pokoje? No. I co? – pyta ona. Decyduj. Biorą jeden pokój z dwoma łóżkami. Betonowe pudełko z brązową wykładziną i zmechaconymi pomarańczowymi narzutami na niskich łóżkach.

[…]

Plastikowe leżaki nad basenem są zwrócone w stronę wież – trzy wieże przypominające wymierzone w niebo kolce, a na dwie z nich jest nadzianych kilka niebieskich kul. Otwiera oczy i widzi je przed sobą, z dystansu, wymierzone w puste niebo. Zwykle popołudniami przychodzi lekki sen. Dźwięki w świecie pozbawionym przestrzeni stają się abstrakcyjne. Wróble. Przelatujący helikopter. Głosy dochodzące z różnej odległości. Coś jeszcze, nie jest pewny. Wróble. Otwiera oczy i okazuje się, że jest inaczej. Cienie w innych miejscach. Światło nie do końca takie samo, delikatniejsze, bardziej opalizujące, część basenu znajduje się w cieniu, przez co woda tam zdaje się płaska i głęboka. Ma ochotę popływać po raz ostatni, dopóki słońce wykazuje jeszcze dość siły, by go później ogrzać. Dlatego koło czwartej wstaje i podchodzi do krawędzi basenu. Przez chwilę tylko stoi i czuje smutek. Potem skacze, a woda przelewa się i chowa w bocznych odpływach.

[…]

Przechodzą z budynku do czekających w ciemności autobusów, silniki wyrzucają mocny zapach Diesla, a István po raz pierwszy od ponad roku czuje prawdziwe zimno. To całkiem przyjemne uczucie, kiedy piecze twarz, kiedy widzisz zapomniany już własny oddech. Światło w autobusie jest ciemnopomarańczowe, prawie brązowe. István siada przy oknie kilka rzędów za toaletą i zwija kurtkę, by użyć jej jako poduszki. Budzi się z płytkiego snu i widzi europejski krajobraz. Kościoły z okrągłymi wieżami. Mokre zielone pola. Dziwnie jest tu wrócić. Kiedy jakieś cztery godziny później autobusy docierają do Tata, wszyscy rozchodzą się do przydzielonych pokojów. István rzuca plecak, siedzi trochę na sedesie, a potem bierze prysznic i się goli. Ma się spotkać z pułkownikiem. Wkłada wyjściowy mundur, ale najpierw prasuje koszulę wspólnym żelazkiem, które stoi w pomieszczeniu na końcu korytarza. Udało ci się przespać? – pyta pułkownik. Tak jest, panie pułkowniku – odpowiada István. Mieliśmy nadzieję, że ściągniemy was tu wczoraj wieczorem – mówi pułkownik. István wpatruje się w jakiś punkt za ramieniem pułkownika. Tak jest, panie pułkowniku. Za oficerem znajduje się okno, krople deszczu częściowo zasłaniają widok na parking. A więc postanowiłeś, że nie zostaniesz na kolejne pięć lat? – pyta pułkownik. Nie, panie pułkowniku.

[…]

István rozgląda się po mieszkaniu. Wydaje się pustawe i niezamieszkane. Choć są tutaj meble, nie ma chyba żadnych osobistych przedmiotów. W łazience jest ogromne jacuzzi, do którego schodzi się po schodkach. István otwiera kolejną puszkę Red Bulla wyjętą z pustej lodówki i zapala kolejnego Philipa Morrisa. Jesteś głodny? – pyta go Norbi. Nie. Czuje niepokój, kiedy idą w dół po schodach – potężnych i kamiennych. Echo ich kroków i głosów rozchodzi się na betonowej klatce. Robią mnóstwo niepotrzebnego hałasu, drą się na siebie, popychają się i szturchają, głośno śmieją się z głupot. Są już na ulicy, wychodzą we wczesny wieczór, w ciemność i szum samochodów. Wypijają kilka piw w sportowym pubie, w pierwszej knajpie, która się trafia. W telewizji leci mecz piłki nożnej. Pod koniec dochodzi do bójki, w której bierze udział kilku graczy. Jednego wyrzucają z boiska. Wkrótce mecz się kończy, a oni idą do kibla wciągnąć kolejne kreski. Na zmianę wchodzą do kabiny i biorą speed z plastikowej pokrywy sedesu. Od dawna czekali na ten wieczór. Często o nim rozmawiali w Camp Babilon – o pierwszym wieczorze po powrocie do domu. Po prostu zwykłym wieczorze. Tego właśnie pragnęli. I to dostali. Tyle że ta normalność chwilami wydaje się byle jaka.

[…]

Siedzi przy stoliku z czterema fotelami i widzi, że pasażer naprzeciwko po skosie zauważył napisane po arabsku ostrzeżenie o szkodliwości tytoniu na należącej do Istvána paczce Philipów Morrisów. Dostrzega chwilowe zakłopotanie, które pojawia się na twarzy tego człowieka. Zaczęło już zmierzchać. Ze stojącej na polach wody przebłyskują resztki dnia, po czym nagle zamiast zmierzchającego krajobrazu w oknie pojawia się jego własna twarz czy raczej przezroczysta, cienista jej wersja. Zdaje sobie sprawę, że rzeczy, które dla niego są tak ważne – rzeczy, które się wydarzyły, które tam widział, rzeczy, przez które czuł, że już nic nigdy nie będzie takie samo – tutaj po prostu nie są ważne. Te rzeczy nie są tu rzeczywistością. Takie ma wrażenie. Dlatego jeśli masz te rzeczy w sobie, choć one nie są tu rzeczywistością, czujesz się trochę nienormalny. Obok jego głowy wisi szorstka niebieska zasłonka przesiąknięta zapachem papierosowego dymu. Siedzi w wagonie dla palących. Zapala kolejnego kuwejckiego Philipa Morrisa, odpalając go od poprzedniego, a niedopałek zgniata w małej metalowej popielniczce z dźwięczącym wieczkiem. Kiedy wyjeżdżał do Iraku, palił od dziesięciu do dwudziestu papierosów dziennie. Teraz pali czterdzieści.

[…]

Następnego dnia idą na parking pod supermarketem, gdzie są sprzedawane choinki i przez jakiś czas je oglądają. Na asfalcie stoją setki drzewek. Kiedy w końcu na jedno się decydują, sprzedawca przez metalowy lejek wkłada choinkę w plastikową siatkę i zabierają ją do domu, István niesie z cięższej strony. Następnego dnia wypada Wigilia. Matka nakrywa w salonie elegancki stół – koronka, świeczki w szklanych świecznikach – i we dwoje jedzą tradycyjną kolację, zupę rybną oraz bajgli. Potem wymieniają się prezentami. Matka wypija kolejny kieliszek wina. Później oglądają w telewizji Śmierć nadejdzie jutro. Po zakończeniu filmu István stoi na balkonie i pali papierosa. Jest ciepły, wilgotny wieczór, na osiedlu panuje cisza. W pokoju z tyłu matka dalej ogląda niekończące się napisy końcowe filmu, a lampki na choince nadal wykonują swoją sekwencję mrugnięć.

[…]

Praca w winnicy to tak naprawdę przede wszystkim prowadzenie dokumentacji. Odkąd Węgry przystąpiły do Unii Europejskiej, firma kupuje nowe butelki we Włoszech. „Są tańsze i lepsze” – jak twierdzi właściciel. Przyjeżdżają ciężarówką co drugi wtorek, dziesiątki tysięcy butelek. Rozładunek trwa jakiś czas, a oprócz pilnowania liczby sztuk István musi się upewniać, że butelki nie zostały uszkodzone. „Przy takich ilościach kilka zawsze jest pękniętych i nic nie szkodzi – mówi właściciel – dopóki to tylko kilka”. Butelki są napełniane winem, a potem jadą do sklepów w całym kraju i do restauracji, głównie w Budapeszcie. I znów to István musi dopilnować, by wysyłki zostały odpowiednio udokumentowane. Jeden z kolegów z pracy także mieszka w mieście i codziennie przyjeżdża samochodem do wioski, w której znajduje się winnica. Zabiera Istvána, a on dorzuca mu się do paliwa. Co rano kolega podjeżdża po niego starym czerwonym Citroenem AX. Kiedy István zaczyna pracować w winnicy, jest mroźnie i gdy kolega go odbiera, dopiero zaczyna robić się jasno.

[…]

Sama praca nie jest specjalnie wymagająca. Po kilku pierwszych tygodniach potrafi ją już wykonywać bez większego zastanowienia. Zawsze potrzeba jednak minimalnej koncentracji, co oznacza, że István nie może już myśleć o innych rzeczach, kiedy pracuje, nie da się nawet całkiem opróżnić głowy, jak to się czasem dzieje, kiedy wykonuje się pracę fizyczną. Zazdrości facetowi, który jeździ traktorem. Ludziom, którzy przycinają winorośl. Teraz akurat przycinają winorośl. Wcześniej tego nie wiedział, ale każdej wiosny winorośl trzeba przycinać niemal do zera. Właściciel winnicy zabiera osoby zatrudnione w biurach i magazynie, żeby obejrzały ten proces – mówi, że wszyscy powinni wiedzieć, co tak naprawdę dzieje się na tej ziemi. Tego dnia, kiedy idą na górę, pracownicy palą akurat na bocznym trawniku stosy obciętych łodyżek. W powietrze unosi się biały opar. Przez jego kłęby prześwituje słońce. Czuć zapach dymu i ciche trzaski płonących gałązek.

[…]

Ma dreszcze, choć jest ciepło, a kiedy pół godziny później spogląda ponownie na swoją dłoń, jest dwukrotnie większa niż normalnie i ma ciemnoczerwony kolor. Boli jak nigdy. Chyba powinien pokazać ją lekarzowi. Wciąż obficie się pocąc, wychodzi z mieszkania bez zawiązywania fruwających sznurówek i rusza po schodach. Najbliższy szpital nie jest daleko. Pokazuje rękę komuś w recepcji i mówią mu, gdzie ma czekać – to szeroki, pozbawiony okien korytarz z metalowymi siedzeniami po bokach i kolejnymi dwoma rzędami ustawionymi plecami do siebie na środku. Wszystkie miejsca są zajęte, więc István staje obok automatu z przekąskami. W korytarzu panuje hałas, tyle tu ludzi. Są też drzwi oznaczone numerami – choć chyba nadawano je bez żadnego logicznego sensu – i co pewien czas któreś otwierają się do wewnątrz, a ludzie z korytarza tłoczą się wokół osoby, która je uchyliła – zwykle kobiety w średnim wieku, ubranej w zielony szpitalny uniform, o wyrazie twarzy stworzonym jakby do odpierania pytań. Czasami, choć nie zawsze, kobieta wypowiada czyjeś nazwisko i jedna z czekających osób może wejść do sali. Dzieje się to kilka razy i w końcu István zaczyna rozumieć, że także powinien poinformować wychodzącą kobietę o swojej obecności, dlatego następnym razem, kiedy drzwi się otwierają, przepycha się na przód, pokazuje rękę, a kobieta bez słowa dopisuje jego nazwisko do listy. Na powrót zajmuje swoje miejsce obok automatu, czeka jeszcze godzinę, a potem, kiedy drzwi otwierają się po raz kolejny, dołącza do tłumu i przypomina kobiecie w zielonym uniformie o tym, że on tam jest.

[…]

Kilka tygodni później idzie na pierwsze spotkanie z terapeutką. To kobieta mniej więcej w wieku jego matki. Prosi, żeby opowiedział o czasie spędzonym w Iraku. Trochę jej o tym opowiada. To samo, co zwykle mówi. Terapeutka pyta, czy István wie, czym jest zespół stresu pourazowego. Tak jakby – odpowiada. Co tydzień spotyka się z terapeutką na godzinę lub dwie i rozmawiają o kilku rzeczach, które się tam wydarzyły, szczególnie o wypadku, w którym zginął Riki. Terapeutka prosi, żeby opowiedział o tym ze szczegółami. Opowiada jej ze szczegółami, co się wydarzyło. Że przewozili wodę do Ukraińców. Takie właśnie rzeczy robili, kiedy coś robili – opowiada – przewozili wodę do Ukraińców. Mieli tam białe cysterny z wodą i kilka transporterów opancerzonych do ochrony. Riki siedział przy karabinie maszynowym w pierwszym transporterze, który prowadził konwój. István znajdował się w drugim, a między nimi jechały dwie lub trzy cysterny z wodą. Opowiada, że zbliżali się do miejsca o nazwie As-Suwajra, gdzie znajdowali się Ukraińcy, kiedy nastąpiła eksplozja. Wczesnym rankiem drogę oczyszczono z ładunków wybuchowych, ale najwidoczniej ten przeoczono. „Jeśli znajdziesz się blisko – mówi – nie na tyle blisko, żeby oberwać odłamkiem, ale jednak blisko, detonacja to nie tylko dźwięk. To również ciśnienie. Powala cię, jakbyś otrzymał cios. Rozpierdala ci uszy. Przepraszam” – mówi, przekleństwo po prostu mu się wymsknęło. Terapeutka kiwa głową, przyjmuje przeprosiny. István zapala kolejnego papierosa. „Nic nie słyszysz – mówi dalej. Nawet wybuchu tak naprawdę nie słyszysz. Czujesz go jako ciśnienie, a nie dźwięk. A potem wszędzie jest pełno dymu. Przestajesz też cokolwiek widzieć. Trudno opisać to uczucie oszołomienia. Konwój się zatrzymał. Chociaż nie wolno tego robić. Trzeba jechać dalej, ale pierwszy pojazd został trafiony, droga była zablokowana, a przez dym kierowcy pozostałych pojazdów nie widzieli, dokąd jadą. Niektóre z transporterów – mówi – zaczęły odpowiadać ogniem, w niesprecyzowanym kierunku ataku, czy raczej tam, skąd sądzili, że są atakowani”. Wtedy on zdał sobie sprawę, że ma rozpierdolone uszy – bo nie słyszał karabinów maszynowych, tylko wśród dymu widział błyski na końcach lufy. Przedarł się przez dym, pomógł Rikiemu zejść z wieżyczki prowadzącego pojazdu i usiadł z nim na asfalcie. Przez chwilę Riki był jeszcze przytomny, István powtarzał mu więc, że wszystko będzie dobrze, chociaż prawdopodobnie tak nie było i István o tym wiedział. Wiedział również, że teraz już nigdy nie uwierzy nikomu, kto powie mu, że wszystko będzie dobrze. A może uwierzy. Może będzie chciał w to wierzyć tak bardzo, że uwierzy, tak jak być może Riki uwierzył jemu, kiedy siedzieli tam na asfalcie. Kiedy Riki stracił przytomność, István nie był pewien, czy już umarł, czy nie. A umarł? – zapytała terapeutka. Tak.

[…]

István wkłada kopertę do wewnętrznej kieszeni marynarki i wraca na górę. Dochodzi czwarta. Ulice o tej porze są zawsze najbardziej puste. Choć oczywiście nie całkiem puste. Wciąż gdzieniegdzie widać ludzi. Dociera do Cambridge Circus, rusza w stronę Tottenham Court Road i nocnego autobusu do domu. Nad bliższymi budynkami i przez gałęzie drzew widać oświetlony szczyt Centre Point. Dobrze zna tę trasę. Przechodzi ją każdej nocy po pracy. Kilka parszywych pubów, a potem ta wielka księgarnia z zepsutym neonem – niektóre litery nie świecą – i jeszcze ślepa ulica z zaułkiem na końcu. Kiedy ją mija, zauważa, że coś się tam chyba dzieje, w zaułku. Zatrzymuje się w świetle księgarnianej witryny i przez kilka sekund stoi, próbując zrozumieć, na co patrzy. Pomocy – odzywa się czyjś głos. Brzmi dziwnie normalnie, jakby ktoś po prostu wypowiadał to słowo neutralnym tonem. Może dlatego przez chwilę czy dwie István nic nie robi. Potem rusza w tamtą stronę, mijając słabo oświetlone witryny księgarni. Hej! – woła. Najwyraźniej to wystarcza. Z ciemności wyłaniają się dwie postacie. Widzi je tylko przez chwilę, sylwetki na końcu zaułka, gdzie dociera światło z innej ulicy. Zaułek to bardziej coś w rodzaju tunelu. Ktoś tam leży, na ziemi. Człowiek. W porządku? – pyta István. Schyla się i powtarza: W porządku? Wyjmuje telefon, włącza ekran i kieruje go w dół. Mężczyzna krzywi się przed światłem. Jest raczej stary. Oszołomiony. Widać krew.

[…]

Kilka dni później dzwoni do mężczyzny i mówi, że jest zainteresowany tym, co Mervyn mu zaproponował, że może znajdzie mu jakąś robotę. Co miałbym robić? – pyta. – Dokładnie. Spotkajmy się i porozmawiajmy – odpowiada mężczyzna. Spotykają się w pubie niedaleko jego mieszkania. Mężczyzna wyjaśnia, że prowadzi agencję zapewniającą osobistą ochronę VIP-om, celebrytom i bogatym osobom prywatnym. Potocznie mówiąc, chodzi o ochronę – mówi. Okej – mówi István. W pubie jest też ogródek, siedzą przy stoliku pod gęstą koroną drzewa. Mervyn, jak większość innych mężczyzn w pubie, ma rozpiętą pod szyją koszulę i okulary przeciwsłoneczne. Czerwone spodnie – podobne miał na sobie wtedy – i mokasyny, chyba od Gucciego. Ten sam intensywny zapach drogiej wody kolońskiej. Jest środek tygodnia, wczesne popołudnie. István siedzi naprzeciwko przy drewnianym stoliku i czuje się otępiały – wsiadł w metro zaraz po tym, jak się obudził. Zainteresowany? Jasne – odpowiada. Możesz zarobić dużo więcej niż teraz. Okej. Nie wiem, ile teraz zarabiasz. Kiedy István podaje kwotę – w dodatku zawyżoną – Mervyn lekceważąco macha ręką. Mówi, że na ochronie osobistej można zarobić nawet pięćdziesiąt funtów na godzinę, w zależności od kwalifikacji i doświadczenia, a także cech charakteru.

[…]

Wychodzi pobiegać po Wanstead Flats. Czekając na światłach na Aldersbrook Road, truchta w miejscu, później robi pełne okrążenie Flats, z otwartymi ustami, patrząc prosto przed siebie. Kończy u podnóża schodów prowadzących na kładkę dla pieszych nad North Circular Road. Zarumieniony i spocony staje na wiadukcie, pod którym przebiega sześć pasów ruchu. Zapada zmierzch, samochody mają włączone światła. Wraca do domu ulicami nijakich domów szeregowych. Nie takie życie sobie wyobrażał, gdy postanowił się przeprowadzić. Na początku było nawet nieźle – bo zaczynał coś nowego i innego, czuł, że to nowy początek, którego pragnął. Nie wyobrażał sobie jednak, że po dwóch latach dalej będzie tak żył. Dzielił lokum z kilkoma innymi osobami. Słuchał pociągów przejeżdżających przez całą noc za oknem. Pracował pięćdziesiąt godzin w tygodniu, a pod koniec miesiąca i tak nie miał kasy ani perspektyw, by zdarzyło się coś innego niż dotychczas.

[…]

Kiedy István mówi, że zdał egzamin, Mervyn zabiera go na lunch do pubu niedaleko swojego mieszkania. Jedzą wykwintną rybę z frytkami, piją białe wino. Dobra robota – mówi Mervyn. Dzięki – mówi István. Dodaje, że jak najszybciej postara się spłacić dług. Nie wątpię – mówi Mervyn. Oczywiście nie chodzi tylko o posiadanie licencji – mówi. Równie istotne są cechy charakteru. Do pracy, jaką wykonujemy. Ekskluzywnej pracy. Cechy charakteru? Tak – mówi Mervyn, upijając łyk wina. Wyjmuje ociekającą butelkę z wiaderka i dopełnia oba kieliszki. Tym razem siedzą w środku, w jadalni wyłożonej boazerią, z kelnerami w długich białych fartuchach. Miejsce to nie przypomina żadnego innego pubu, w którym wcześniej bywał István. Cechy charakteru – mówi Mervyn. No wiesz. Podczas gdy István walczy ze skomplikowanym ościstym truchłem na talerzu, Mervyn kontynuuje: Gdy chodzi o pracę na tym poziomie, ważna jest nie tylko umiejętność radzenia sobie w niebezpiecznej sytuacji. I nie tylko bycie twardym. Trzeba mieć coś więcej. Musisz mieć odpowiednie... Musisz umieć zachować się w określony sposób. Ci ludzie są przyzwyczajeni do pewnego rodzaju zachowań. Rozumiesz, o co mi chodzi? Tak – mówi István. Chyba tak. Tak? István kiwa głową. Musisz prezentować się w konkretny sposób.

[…]

Musisz się wpasować. Dobrze. Oczywiście zazwyczaj nie będziesz z nimi jadał. No wiem. Nie będziesz siedział z nimi przy stole. No wiem. Ale tam będziesz. Uhm. Tak. Tak. Dlatego musisz się wpasować. Musisz pasować do wszystkiego innego w ich życiu. Tego chcą. Tacy ludzie mają duże pieniądze i potrzebują kogoś, kto dopasuje się do wszystkiego innego w ich życiu. Rozumiem – mówi István.

[…]

Mervyn zatrudnia go w swojej agencji i niedługo później István zaczyna zarabiać dużo więcej. Po kilku miesiącach spłaca dług Mervynowi. Niedługo potem może się wyprowadzić ze współlokatorskiego domu, w którym mieszkał przez ostatnie dwa lata, i wprowadza się do nowego mieszkania. W Stratford, w nowoczesnym wieżowcu. Budynek jest świeżo oddany, kiedy István się wprowadza. W holu znajdują się skrzynki pocztowe przypominające skrytki depozytowe w banku, a winda, która zabiera go na dwunaste piętro, porusza się bezszelestnie. Mieszkanie jest niewielkie i skromnie umeblowane. Sypialnia z twardą szarą wykładziną, na podłodze kilka chromowanych hantli. W pozbawionej okna łazience jest świetnie działający prysznic. Na balkonie stoi jedno aluminiowe krzesło – wygląda na niewygodne. Balkon z zachodnią ekspozycją, czasami we mgle widać trudno rozpoznawalne charakterystyczne punkty centrum Londynu. Tam István pije poranną kawę. Jasność nijakiego nieba rzuca na balkon blade cienie, a wiatr potrząsa prowizoryczną rattanową przegrodą oddzielającą go od sąsiadów. Nigdy dotąd ich nie widział. Tylko czasami słyszał ich głosy.

[…]

Idzie pobiegać w Battersea Park, stopami wzburzając liście, które gdzieniegdzie leżą grubą warstwą na ścieżkach pod drzewami. Dobrze pamięta, że jako dziecko lubił tak biegać przez liście, przez stosy suchych brązowych liści. Dlaczego to było takie przyjemne? Chodziło o to, że liście nie zatrzymywały biegu, ale robiły dużo hałasu. Jakiś pies wbiega między gołębie, które wzbijają się w powietrze. Jeden z dużej sfory, którą zawodowi wyprowadzacze zabierają tu każdego ranka. Zanim István zamieszkał w tej części Londynu, nie wiedział nawet, że istnieje taka praca – wyprowadzanie cudzych psów. Wraca do domu, z plamą od potu na piersi. Brukowany dziedziniec został oddzielony od publicznej ulicy wysokim żelaznym ogrodzeniem częściowo porośniętym glicynią, która zaczęła już więdnąć. Otwiera furtkę. Okna domu odbijają szary dzień niczym powierzchnia stawu. Nie korzysta z głównego wejścia. Z boku są inne drzwi. Oraz dyskretna tabliczka z obrazkiem wskazującego palca i napisem WEJŚCIE DLA DOSTAWCÓW. Wchodzi tamtędy i po służbowych schodach idzie do swojego małego mieszkania na górze. Bierze prysznic. Goli się. Wkłada garnitur i krawat. Jest prawie dziewiąta, kiedy wyjeżdża Mercedesem z garażu, robi kółko i czeka, aż pan lub pani Nyman będą go potrzebowali.

[…]

W milczeniu odwozi ją do domu. Niedługo później zaczynają uprawiać seks, zwykle wtedy, gdy jej mąż wyjeżdża z Londynu. Zawsze uprawiają seks w jego mieszkaniu na najwyższym piętrze budynku, na które można się dostać tylko schodami dla dostawców i techniczną klatką schodową. Czy twój mąż o tym wie? – pyta István po tym, jak kilka razy przyszła do niego na górę. Zaczął się zastanawiać, czy może mają z mężem pewnego rodzaju „układ”. Karl? Tak. Nie – odpowiada. Oczywiście, że nie. Nie jestem pierwszy, prawda? Pierwszy? Wiesz, o co mi chodzi. Chodzi ci o to, że mam zwyczaj pieprzyć się z personelem? – pyta. Personelem? Nie znasz tego słowa? Nie – mówi István. To trochę ładniejsze określenie na służących. Ach tak. Jesteś pierwszy – mówi ona.

[…]

Prawda jest taka, że lubi te jej wizyty. Seks jest zdecydowanie intensywny i ekscytujący. Po części chyba dlatego, że István ma poczucie przekraczania granicy, świadomość, że nie powinni tego robić. A to poczucie wzmacnia jeszcze fakt, że István nie uważa tej kobiety za szczególnie atrakcyjną, właściwie to nieszczególnie chce z nią uprawiać seks. Innymi słowy: fakt, że nieszczególnie chce z nią uprawiać seks, w jakimś sensie sprawia, że seks staje się bardziej intensywny i ekscytujący. Czasami István nawet na to czeka. W dodatku teraz uważa ją za bardziej atrakcyjną niż wcześniej. To ciekawe, że tak się dzieje – pewien stopień fizycznej znajomości, kiedy widujesz kogoś codziennie, sprawia, że ta osoba wydaje się bardziej atrakcyjna. I tak właśnie było z nią.

[…]

Sądzi, że ona jest samotna. Choć nie spędza samotnie zbyt dużo czasu. Ma bogate życie towarzyskie – mnóstwo proszonych obiadów, imprez i tym podobnych – z mężem również często wychodzą. To jakoś łączy się z jego życiem zawodowym i István często nie jest pewien – obserwując ich z zewnątrz – czy dane przyjęcie jest prywatne, służbowe, czy może trochę takie, trochę takie. Z tego, co się dowiedział, jej mąż odziedziczył po ojcu niewielką szwedzką firmę z elektroniką i przez kilka dekad rozwinął ją w bardzo dużą firmę z elektroniką. Czasami urządzają przyjęcia w ogrodzie przy Cheyne Walk, a wtedy István spogląda przez szpary w żaluzjach okien swojego mieszkania i widzi kawałek trawnika, przeciwległy koniec, gdzie kamienne stopnie sięgają zarośli – jak na Londyn to ogromny ogród. Czasami goście zapuszczają się tam, pojedynczo lub w małych grupach, by uciec od głównego spotkania i gwaru na tarasie, a kiedy to robią, on może ich zobaczyć. Któregoś razu obserwuje w tym miejscu dwie osoby, mężczyznę i kobietę, którzy rozmawiają i z czegoś się śmieją. Dopiero po chwili István dostrzega, że to oni – Nymanowie. Jest zaskoczony, że nie zauważył tego od razu. Może to przez zmierzch, wszystko robi się wtedy niewyraźne. Jednak jest coś jeszcze – myśli, dalej obserwując ich z okna. Nigdy wcześniej nie widział ich w takiej relacji – potajemnie coś do siebie szeptali i wspólnie się śmiali. Mąż macha do kogoś, kogo István nie widzi, a kilka chwil później dołącza do nich drugi mężczyzna. Chyba jest mniej więcej w wieku Nymana, przyniósł drinka. Cała trójka przez chwilę rozmawia – mówi głównie Helen, oni zaś od czasu do czasu śmieją się z jej słów – po czym wszyscy wracają w stronę domu, a kiedy idą, ona robi coś, czego wcześniej István również nigdy nie widział – w czuły sposób dotyka swojego męża. Przechodzą po trawie, Helen kładzie dłoń na ramieniu Karla. Potem znikają z pola widzenia Istvána, a kilka minut później on zamyka okno.

[…]

István robi krok bliżej w jej stronę. Co o tym myślisz? – powtarza Helen. Co o tym myślę? Tak. Niezły tyłek – mówi po tym, jak przez kilka chwil spogląda na obraz. Wie, że nie na taką odpowiedź liczyła, i boi się przypadkiem powiedzieć coś głupiego, dlatego mówi coś głupiego celowo. Ona śmieje się w sposób, który trudno zinterpretować. Tylko tyle masz do powiedzenia? – pyta. To prawda, nie? Tak – mówi. To prawda. A co miałem powiedzieć? To, co widzisz. To właśnie widzę. No tak... Przepraszam. W porządku – mówi Helen. Nie ma sensu rozmawiać nieszczerze o takich rzeczach. O czymkolwiek. István zauważa, że zaskakująco wiele obrazów przypomina pornografię. To prawda – mówi Helen. Zastanawia się przez chwilę i dodaje: Większość tych eksponatów to albo przedmioty kultu religijnego, albo dzieła o zawoalowanej lub otwarcie pornograficznej stylistyce, albo trofea społeczne, albo połączenie tych wszystkich rzeczy. Aaa... Wszystkie mają wspólną cechę: przyciągają wzrok. Przynajmniej taki był zamysł. Jasne. Przechodzą do kolejnej sali. Obrazy przedstawiające ludzi żyjących w XVIII wieku. Konie, psy. Domy i pola. Kiedy przechodzą obok, ci ludzie patrzą na nich z dumą. Trofea społeczne? – sugeruje István. Zdecydowanie tak – mówi ona. Zatrzymują się przed jednym z obrazów. Tu mamy nawet zwiastun mediów społecznościowych – mówi Helen. „Spójrzcie na mnie, spójrzcie na moją ziemię. Spójrzcie, jaki odniosłem sukces”. István nachyla się, by przeczytać tytuł obrazu. Państwo Andrews – mówi.

[…]

Jest deszczowa niedziela. Lubi odgłos deszczu padającego na okna dachowe, szczególnie rankiem w dniu, kiedy nigdzie nie musi wychodzić. Podobała mu się noc z kanadyjską nianią. Wcale nie uważa, że to był błąd. Gdyby chciała, spotkałby się z nią ponownie. Ale skoro nie chce, to też w porządku. Jeśli chodzi o kobiety, István ma poczucie, że bardzo trudno jest przeżyć coś zupełnie nowego, coś, co nie będzie wydawało się rzeczą powtórzoną, która zapewne wydarzy się znowu, w bardzo podobny sposób, dlatego nie uważa, by stawka była specjalnie duża. Często myśli sobie: Tak, lubię cię, ale lubię również innych ludzi. Nie chodzi nawet o to, że lubię ich bardziej. Po prostu nie lubię ich mniej. Bycie z kimkolwiek wydaje mu się więc czymś arbitralnym, a to uczucie arbitralności zaczęło przeważać nad przekonaniem, że istnieje w ogóle jakaś konkretna osoba, z którą w jakiś sposób jest mu pisane być.

[…]

Jest nieco zaskoczony tym, jak bardzo Helen się martwi. Zawsze wydawało mu się, że Helen nie żywi silnych uczuć do swojego męża, że nawet jeśli go kiedyś kochała, to już przestała. Sama to zresztą powtarzała, wielokrotnie. Ale to nie jest takie proste – myśli István. Cokolwiek by mówiła albo czego by nie mówiła, istniała między nimi wyraźna więź emocjonalna. Był naiwny, myśląc, że jest inaczej. Najwyraźniej István jest ostatnią osobą, z którą chciałaby o tym rozmawiać. Helen idzie na lunch z koleżanką artystką.

[…]

Zamawiają jedzenie do apartamentu i oglądają coś w absurdalnie wielkim telewizorze. Zmieniają kanały, aż w końcu zatrzymują się na niemieckiej wersji Tańca z gwiazdami. Łatwo się ją ogląda i to zadziwiające, jak szybko przywiązują się do występujących. Po dwudziestu minutach czują, jakby od zawsze byli emocjonalnie zaangażowani w życie tych ludzi, jakby od zawsze pragnęli, by niektórzy odnieśli sukces, a inni ponieśli porażkę. Ale oczywiście również się z nich śmieją. Już samo to, że mówią po niemiecku, wydaje się zabawne, kiedy wszystko inne jest tak dobrze znane z brytyjskiej wersji. Helen mówi, że czuje jakąś sprzeczność między mówionym niemieckim a lekkimi, rozrywkowymi formatami. Według niej przez to, że wszyscy mówią po niemiecku, cekinowe kostiumy stają się po prostu kiczowate.

[…]

On stoi kawałek dalej i goli się przy jednej z umywalek. Słychać drapanie ostrza i chwilami jej powolne ruchy w wannie. Opowiada mu, że rodzina męża – na przykład jego siostra Mathilde – jest przekonana, że to był ślub „tylko” dla pieniędzy. Nie rozumieją jednak, że trudno jest określić, w jakim stopniu pieniądze są – czy były – czynnikiem decydującym. Choć Helen nie mogła zaprzeczyć, że być może nie uznałaby męża za atrakcyjnego, gdyby nie był tak zamożny, ale przecież uznała go za atrakcyjnego i naprawdę wierzyła, że jest w nim zakochana. Innymi słowy: nie chodziło o to, że uważała go za nieatrakcyjnego i interesowały ją wyłącznie pieniądze. To nigdy nie było takie proste. Chodziło o to, że pieniądze, o ile były czynnikiem istotnym, sprawiły, że uznała Karla za bardziej atrakcyjnego jako człowieka, niż uznałaby w innym wypadku, choć oczywiście nie da się określić, jak znaczna byłaby to różnica, dlatego nawet stawianie tego pytania nie ma sensu, zwłaszcza że podobne niepewności co do tego, jakie właściwie kwestie przyciągają nas do drugiej osoby, ostatecznie są typowe dla każdej podobnej decyzji, każdej decyzji o tym, z kim spędzimy życie.

[…]

Chciałabym go wziąć do ust. Byłoby miło. Mhm. Choć zapada cisza, jest coś bardzo sugestywnego w jej intensywności. A co ty teraz robisz? – pyta István po chwili. Co robię? Tak. Próbuję dojść – mówi Helen. Tak? Tak. Podniecony myślą o tym, co robi ona, zaczyna robić to samo. Mijają minuty, oboje nic nie mówią, choć przełączony na głośnik telefon leży tuż obok. Może tylko István wydaje ciche sapnięcie. Doszedłeś? – pyta Helen. Tak – odpowiada, lekko zdyszany. A ty? Jeszcze nie. Siedzi tak jeszcze przez minutę czy dwie i zastanawia się, czy powinien powiedzieć coś, by jej pomóc. Potem Helen zduszonym głosem mówi: Dochodzę. W jej głosie słychać nutę paniki, jakby zaraz miała ją zmieść powódź. Potem rozlega się krótki okrzyk i znów zapada cisza, choć teraz jest to inny rodzaj ciszy.

[…]

W środku ta płynna nowoczesność aż tak nie razi, no i przynajmniej jest ciepło i sucho. Helen płaci za bilety i wchodzą po szerokiej rampie do miejsca, w którym historia XX wieku jest opowiedziana za pośrednictwem produktów BMW. Nie wiedziałam, że BMW budowało samoloty – mówi Helen, kiedy ruszają po rampie. Na początku wystawy znajdują się głównie stare fotografie samolotów. Tylko silniki – tłumaczy István. No tak. Wyjaśnia jej, że słynne logo to coś w rodzaju stylizowanego śmigła w barwach Bawarii, niebieskim i białym. Dopiero po I wojnie światowej, kiedy Niemcom nie wolno było rozwijać przemysłu lotniczego, firma zaczęła produkować najpierw motocykle, a później samochody. Wiedziałeś to wszystko wcześniej, prawda? – pyta go. Tak. Mhm. Idą dalej rampą. W muzeum panuje dziwnie spokojna atmosfera. Przyjemnie jest tak sobie iść i obserwować upływ czasu pokazany w wolno zmieniających się kształtach i kolorach samochodów.

Srebro lat pięćdziesiątych XX wieku.

Jaskrawy pomarańcz lat sześćdziesiątych.

Beż lat siedemdziesiątych.

Biel lat osiemdziesiątych.

I tak dalej, i dalej, aż do wystawy pojazdów elektrycznych na końcu.

[…]

Zawsze pojawiał się w tym również element subtelnego współczucia, jakby to, że Helen wyszła za mąż za mężczyznę znacznie starszego od siebie, było trochę żałosne. Ale też to współczucie zawsze przysłaniało szwagierce podejrzenie, że Helen interesowała się Karlem wyłącznie ze względu na jego pieniądze. I oczywiście Helen zawsze odczuwała do Mathilde urazę z powodu jej zarówno współczucia, jak i podejrzenia o interesowność. Jest ciepły wiosenny dzień i szklane witryny restauracji odsunięto, więc stolik znajduje się już niemal na zewnątrz. Kiedy od czasu do czasu zawiewa wiatr, karty dań na stojaku zaczynają grzechotać. Mathilde mówi teraz o czymś innym, o jakiejś operze, którą kiedyś widziała w Monachium.

[…]

Kilka razy idą razem rysować. Thomas najwyraźniej to lubi, a Helen cieszy się, że syn wychodzi z domu, z dala od telefonu i tabletu. Rysują ogrodowe budowle – niewielką grecką świątynię, obelisk na końcu Long Walk oraz grotę z mozaikami z kamyków, z nimfami i satyrami, ukrytą między wierzbami i irysami na bagnistym krańcu jeziora. Jak spędziłeś wakacje? – pyta go koleżanka Helen, kiedy siadają w cieniu z blokami rysunkowymi. Thomas odpowiada, że byli na tygodniowym rejsie po Morzu Śródziemnym. Tak, twoja mama mi opowiadała. Oboje są pochłonięci tym, co robią – rozmowa toczy się powoli, z długimi pauzami, do dźwięku poruszających się ołówków. I jak było? W porządku. Uśmiecha się na tę odpowiedź. Musiało być wspaniale. A oprócz tego? Głównie siedzieliśmy tutaj. A tutaj co robisz? Chłopak wzrusza ramionami. Pływasz w nowym basenie? Czasami. Fajny jest, prawda? Basen. Jest okej. Bardzo mi się podoba, jak przebudowali ten stary domek. Zapada cisza, po chwili ona dodaje: Co jeszcze robisz? Gram w tenisa. Czasami. Tak? Z kim? Z mężem mamy. Z Istvanem? Tak. Lubisz go? Nie wydaje się szczególnie zainteresowana odpowiedzią. Koncentruje się na rysunku.

[…]

W jego obecności zachowywały się raczej nieśmiało. Chyba uważały, że w grupie raźniej, bo najczęściej rozbierały się, będąc we cztery, jak teraz. Tak naprawdę było w tym coś niemal onieśmielającego – a na pewno poczucie, że nie wolno mu patrzeć, które po pewnym czasie stało się kłopotliwe, ponieważ coś głęboko w jego środku chciało patrzeć. Musiał się bardzo wysilać, by tego nie robić, co szybko zaczęło go męczyć, dlatego cała ta sytuacja rzeczywiście sprawiała, że czuł się niezręcznie. Oczywiście, że patrzy, choć udaje, że tego nie robi, i przez kilka ostatnich dni zdołał dokładnie ocenić sytuację. Partnerka artystki ma najładniejsze. Dobrze o tym wie i dlatego zawsze pierwsza zdejmuje górę. Jest też najmłodsza z całej czwórki. Artystka ma, niestety, dość obwisły biust, tak bardzo, że István szczerze podziwia jej nieskrępowaną gotowość do pokazywania go. Najwyraźniej nie przeszkadza jej, jak wygląda i w tym również jest coś atrakcyjnego. Helen ma największe – i pewnie zostałoby tak nawet, gdyby nie była w ciąży. Za to jej koleżanka, która się rozwodzi, nie ma tam właściwie nic. Ich śmiech podąża za Istvanem ścieżką, po której obu stronach pszczoły odwiedzają bujne krzewy lawendy. István wchodzi do domu przez drzwi od ogrodu i rusza po marmurowej podłodze chłodnym korytarzem, wzdłuż którego w równych odstępach stoją kamienne popiersia, aż dociera do holu – ogromnej, wysokiej przestrzeni, w której znajdują się główne schody, a na ścianach wiszą obrazy, jeden nad drugim, tak że te zawieszone najwyżej ledwie widać z poziomu podłogi. W większości to portrety jakichś ludzi z XVIII wieku, czasami z psami lub końmi. István nie ma pojęcia, kim byli i jakie życie wiedli. Najprawdopodobniej obrazy wisiały już w domu, kiedy poprzedni mąż Helen go kupował.

[…]

Po kilku buchach czuje już, jak mocno działa haszysz. Głosy Szymanskich, wciąż na dole, wydają się teraz głośniejsze niż wcześniej, a Istvánowi kilkakrotnie z jakiegoś dziwnego powodu wydaje się, że ich rozumie, choć mówią po polsku. Chyba się o coś kłócą. Relacje między Istvanem a Szymanskimi są teraz nieco napięte, szczególnie jeśli chodzi o pana Szymanskiego. Gdy obaj pracowali dla Karla Nymana, byli sobie równi. Teraz pod pewnym istotnym względem już nie są i mężczyźni wciąż nie do końca wypracowali to, jak powinni się do siebie zwracać, jak powinni się traktować. Głosy Szymanskich zamilkły. Pojawiły się inne dźwięki. István znów spogląda na koleżankę Helen. Kobieta leży na plecach na łóżku, a spoglądając na nią, István wyobraża sobie – z najdrobniejszymi detalami, jak zawsze na haju – że zaczyna ją ruchać. To niemal zawstydzające, jak realnie to sobie wyobraża. Wyobraża sobie, że ściąga jej dół od bikini i zaczyna lizać. Wyobraża sobie, że podciąga jej T-shirt na ramiona i zaczyna ją ruchać. Chcesz? – pyta István, pokazując skręta. Została mniej więcej połowa.

[...]

Przez jakiś czas niemal codziennie grywali z Thomasem w tenisa. Przestali. Nie rozmawiali o tym, nikt nie podejmował decyzji. István na kilka dni wyjechał do Londynu i to wystarczyło – rankiem po jego powrocie nie spotkali się już na korcie i zapanowało niewypowiedziane porozumienie, że więcej się nie spotkają. Zresztą István i tak zawsze wygrywał. Pod koniec Thomas już nawet nie udawał, że się stara. Jego celem nie była wygrana, tylko pokazanie, jak bardzo nie obchodzi go to, że István wygrywa. Zachowywał się, jakby próbował podważyć wartość wygranej swoją obojętnością, zdawało się więc, że rozgrywali dwie różne gry: jedną, w której celem było wygranie meczu tenisowego – w tę grał István, i drugą – której celem było wyśmianie i deprecjonowanie tamtego celu, zaprzeczenie istoty tego osiągnięcia – i w tę grał Thomas, a Istvánowi wydawało się oczywiste, że Thomas gra w tę drugą grę, ponieważ nie ma szans na wygranie pierwszej. W tym sensie obie te gry były tak naprawdę jedną grą, a druga była tylko kontynuacją pierwszej z użyciem innych środków. Helen jednak tego wszystkiego nie zauważała.

[…]

Nie mówi jej o incydencie w Monachium, kiedy siostra Karla zobaczyła rzeczy Istvána w hotelowym apartamencie Helen i na pewno zaczęła coś podejrzewać. Bardzo prawdopodobne, że powiedziała o tym Karlowi. Matka Istvána dalej patrzy mu prosto w oczy. Ma przychód z tych... akcji czy coś takiego. Z nim może robić, co zechce. Dopóki Thomas nie skończy dwudziestu pięciu lat. Wtedy to również przejmie syn. I co wtedy będzie, kiedy Thomas skończy dwadzieścia pięć lat? – pyta matka. Powiedziałem ci... Nie, co się stanie z Helen? Konkretnie. Skoro ona nic nie ma. Nie wiem. Chyba plan jest taki, że Thomas się nią zaopiekuje. Taki jest plan? Chyba. A zrobi to? Dlaczego miałby nie zrobić? A ty? – pyta ona. Tobą też się zaopiekuje?

[…]

Wyjaśnia, co robi i opowiada o swoim najnowszym projekcie w Rainham. Czyli gdzie dokładnie? W Londynie. Naprawdę? Kobieta wydaje się zaskoczona. Kawałek za Dagenham. „Za” Dagenham? – powtarza ona. Czy to jeszcze Londyn? Być może żartuje, więc István próbuje nie traktować pytania zbyt poważnie – na własnej skórze doświadczył, jak często prowadzi to do towarzyskiej katastrofy. A więc na czym dokładnie polega ten pana projekt w... Rainham. Tak. On odpowiada, a ona z nieco niepokojącą otwartością pyta czy finansuje tę inwestycję z własnych pieniędzy. Odpowiada, że to głównie kredyty. Kredyty? Tak. Kiedy pyta, kto pożycza mu tak duże sumy pieniędzy, István odpowiada wymijająco i w końcu postanawia uciec do toalety.

[…]

Następnego ranka o dziewiątej idzie do biura, które znajduje się niedaleko domu – blisko południowego krańca Albert Bridge, wysoko, w nowoczesnym budynku z dwóch stron mającym widok na rzekę. István stoi w lobby i czeka na windę. Kiedy składał swój pierwszy projekt, wynajął w tym budynku kilka pomieszczeń. Później, wraz z rozwojem działalności, dodawał kolejne, aż w końcu zajął całe piętro, drugie od góry. W tej chwili pracuje tam około czterdziestu osób, a firma negocjuje wynajem najwyższego piętra, którego będą potrzebować, gdy zatrudnią nowych pracowników do obsługi projektu w Rainham. Projekt w Rainham będzie przełomowy. Od mniej więcej roku István poświęcił mu się całkowicie – kupił grunt, opracował plany, następnie je poprawił, załatwił pozwolenia na budowę, sprawdził możliwość poprawy transportu, pozyskał inwestorów zewnętrznych – głównie w tym pomagał Roddy, doświadczony prawnik specjalizujący się w finansowaniu projektów budowlanych – oraz zajmował się wszystkimi innymi sprawami niezbędnymi do zrealizowania tak dużego przedsięwzięcia.

[…]

Chodziło o pozwolenie na budowę w Rainham. Ktoś je spaprał, wpisując nieaktualne dane – niby błaha sprawa. Niestety, oznaczała, że cały wniosek należało złożyć ponownie, a więc niemożliwe stało się uniknięcie wniesienia nowych podatków, co oznaczało konieczność zapłacenia dodatkowych milionów, to zaś potencjalnie mogło podważyć rentowność całego projektu. W ubiegłym miesiącu przez kilka koszmarnych dni istniała obawa, że cała inwestycja legnie w gruzach. To Roddy wymyślił, by przyspieszyć proces, porozmawiać z ministrem i sprawdzić, czy taka interwencja „z góry” w czymkolwiek pomoże, a także by jednocześnie wpłacić darowiznę na rzecz partii ministra i „pomóc mu przychylnie spojrzeć na ten projekt”, jak to ujął.

[…]

Bardzo spięty Roddy opowiada, że opublikowano artykuł o Istvánie i ministrze – o tym, że István siedział obok na imprezie charytatywnej, że przekazał znaczną darowiznę na rzecz partii, a niecałe dwa miesiące później otrzymał ekspresowe pozwolenie na budowę dla dużego projektu deweloperskiego w Rainham, o którym rozmawiali podczas tej imprezy. Przyspieszone pozwolenie prawdopodobnie zaoszczędziło inwestorowi miliony funtów w podatkach. Czy to problem? – pyta István. Tak – odpowiada Roddy. Dlaczego? Dlaczego? Tak – mówi István. Jacob krzyczy coś, by zwrócić jego uwagę. István tylko macha do syna roztargniony i słucha Roddy’ego, który opowiada, że to bardzo źle, jeśli w tej chwili István zostanie wciągnięty w skandal polityczny, a przecież próbują pozyskać zewnętrznych inwestorów, żeby podpisać umowy. Plan był taki, że István wpłaca połowę początkowej kwoty, a druga będzie pochodzić od inwestorów zewnętrznych.

[…]

István wyjmuje torebki z herbatą z kubków i pyta Helen, czy dolać jej mleka owsianego. Kiwa głową. Całe to spotkanie nie było miłe – mówi. Thomas bardzo się złościł i denerwował. Przykro mi. Mówił różne okropne rzeczy. Również o tobie. Z pewnością. Na przykład co? – pyta István po krótkiej pauzie, bo chce wiedzieć, mimo wszystko. Powiedział, że uosabiasz prymitywną formę męskości. I jest zdziwiony, że kiedykolwiek uważałam to za atrakcyjne.

[…]

Chwilę później w jej oczach lśnią już łzy. Wiem, że chcesz, żebym wyszedł! – krzyczy do niej Thomas. Wiem, że wolałabyś, żeby mnie tu nie było! Do Thomasa podchodzi jakiś mężczyzna w średnim wieku, ubrany w ciemny garnitur, coś szepcze i chyba próbuje odciągnąć chłopaka na bok. Nawet na niego nie patrząc, Thomas strząsa z siebie rękę mężczyzny. Dalej mówi do matki: Wyraźnie mi to pokazałaś. Wyraźnie pokazałaś mi, że wolisz, by mnie tutaj nie było. István obserwuje go z dziwnym dystansem, który tylko się pogłębia, gdy Thomas zaczyna opowiadać wszystkim obecnym, że István i Helen przez lata go okradali, że wszystkie sukcesy Istvána były możliwe tylko dzięki skradzionym pieniądzom i że oboje są nikim więcej, jak tylko złodziejami.

[…]

Mężczyzna na ekranie to Rafe. Jest terapeutą. Spotykają się od mniej więcej pół roku. To część ugody sądowej. Bezwarunkowe przyznanie się do winy w sprawie o pobicie w zamian za bardzo wysoką grzywnę i zobowiązanie do „podjęcia leczenia”. Od jesieni „podjęcie leczenia” oznacza cotygodniowe spotkania z Rafe’em. W trakcie pierwszych sesji rozmawiali głównie o Thomasie, o tym, co wydarzyło się tamtego wieczoru w Gagosian Gallery i o tym, co István sądzi o zaistniałej sytuacji. Teraz rozmawiają również o innych rzeczach. Szerzej o życiu Istvána i doświadczeniach z przeszłości. Co kilka tygodni jednak Rafe ponownie chce rozmawiać o Thomasie. Zadaje pytania, które w oczywisty sposób mają sprawdzić, co czuje István do Thomasa. István ostrożnie odpowiada na takie pytania. Nie wiem – mówi. Rafe’owi to nie wystarcza. Nic nie mówi. Tylko czeka. Nie wiem – powtarza István. Czuję chyba... Czuje nienawiść. To właśnie czuje. Czuje nienawiść, która mimo upływu ponad roku wcale nie osłabła. A nawet przybrała na sile. Nienawidzi Thomasa bardziej niż rok temu. Uważa go za bezpośrednio odpowiedzialnego za wszystkie prawne, towarzyskie i finansowe katastrofy, które nastąpiły w życiu Istvána od tamtego wieczoru w galerii. Czasami po prostu chciałby, żeby Thomas umarł. […] Szczerze mówiąc, nie jestem pewien – odpowiada István po kolejnej długiej pauzie, w trakcie której raz jeszcze zaciąga się elektronicznym papierosem. Jeśli mam być szczery, to w pewnym sensie mnie jest łatwiej, kiedy Thomas nie bierze udziału w naszym życiu. Co to znaczy „łatwiej”? – chce wiedzieć Rafe. No bo... Zawsze miał na nasze życie niszczycielski wpływ. Niszczycielski? Emocjonalnie. Aha. Rozumiesz, co mam na myśli? Rafe kiwa głową. Dlatego tak po prostu jest łatwiej. Zapytałeś przecież, co czuję ja – mówi István. Tak. Wiem jednak, że Helen to boli. Jasne. W pewnym sensie więc również to odczuwam. Albo to na mnie wpływa.

[…]

Przypomina sobie, że kiedy zasypiali, Helen powiedziała coś o Thomasie. Powiedziała, że nie chodzi tylko o Jacoba – że martwi się również o Thomasa. To było ostatnie, co chciał usłyszeć István i właściwie nie zareagował. Zamiast tego wstał i otworzył okno, wpuszczając do środka odgłos padającego deszczu. Ona wciąż mówiła o Thomasie, w ciemności, mamrotała w półśnie, a on stał przy oknie i wyglądał na deszcz. A raczej nie wyglądał. Tylko słuchał. Nie było go widać. W ogrodzie było ciemno, oprócz czerwonych punktów kamer monitoringu. Widziała się z Thomasem. To właśnie mu powiedziała. Nie widziała go od niemal dwóch lat, unikał jej. A teraz powiedziała, że się widzieli, kilka tygodni wcześniej. Rankiem István otwiera oczy i widzi na ścianie szkic olejny Moneta. Prezent od jej pierwszego męża. Chyba na piątą rocznicę ślubu. Prosty szkic, pejzaż na plaży, kilkadziesiąt maźnięć pędzlem, rozmiaru może A4. Ale to wciąż Monet i Karl Nyman zapewne zapłacił za niego sześciocyfrową sumę. Wisi w ozdobnej ramie na ścianie obok łóżka i to pierwsze, co widzi István, kiedy otwiera oczy. Jest sam w jej łóżku. Nie zarejestrował, że wstała. W nocy, po tym, jak deszcz przestał padać, István długo leżał w ciszy dręczony wspomnieniami, a kiedy światło zaczęło w końcu pojawiać się w oknach, nareszcie zasnął ponownie i obudził się dopiero kilka minut temu. Musi być dziewiąta albo jeszcze później.

[…]

W tamtym czasie nawet sny jakoś wiązały się z fizycznością, ciałem i tym, co się z nim działo. Pamięta, że śniły mu się te dziwne czarne rzeczy, coś jakby grube słupy grafitu wyrastające z jego klatki piersiowej mniej więcej wtedy, gdy pojawiły się tam pierwsze delikatne włosy. Pamięta, że budził się przestraszony i zażenowany. Cała ta rozkwitająca fizyczność skrywa się w twoim środku jak sekret, nawet jeśli to jednocześnie wygląd, który prezentujesz światu, dlatego jesteś wciąż absurdalnie odsłonięty, niepewny, czy świat wie o tobie wszystko, czy nic, nie masz bowiem możliwości, by sprawdzić, czy doświadczenia, które przeżywasz, są uniwersalne czy typowe wyłącznie dla ciebie. Być może właśnie w tym wieku – myśli István – po raz pierwszy masz wrażenie, że ty i twoje ciało nie jesteście identyczni, że zajmujecie tę samą przestrzeń, nie będąc do końca tym samym, ponieważ jakaś część ciebie tak jakby nie nadąża za przemianą twojego ciała, i jest nią zaskoczona, jak mógłby być zaskoczony jakiś zewnętrzny obserwator, nie czujesz się więc już całkiem zjednoczony ze swoim ciałem, jak było do tej pory, i nagle ma sens mówienie o nim jak o czymś osobnym, nawet jeśli czujesz się bardziej niż wcześniej bezsilny, by zaprzeczać temu, czego to ciało pragnie. Choć tak naprawdę na początku nie ma wcale powodu, by odmawiać mu tego, czego pragnie, wtedy, gdy tego pragnie. Jak tamtego popołudnia, kiedy z dwoma kolegami oglądali film pornograficzny w mieszkaniu jednego z nich i skończyło się na wspólnej masturbacji. Nie planowali tego, gdy włączali film. Ale skoro wszyscy tego chcieli – dlaczego nie? Uważali, że to przyjemność jak każda inna, tyle że o innej intensywności i dziwnie kompulsywna. Wtedy nie przychodziło im jeszcze do głowy, że ma ona również własne, specjalne zasady dotyczące zachowania. Mieli wtedy chyba jakieś dwanaście lat. Czyli byli zaledwie o rok lub dwa lata starsi od Jacoba. A rok czy dwa lata później było to już coś dziwnego i zawstydzającego. Pojawiła się wątpliwość – czy to naprawdę się wydarzyło? Ledwie rok lub dwa lata później już nie przyszłoby im do głowy, by zrobić coś takiego, dzielić się tym doświadczeniem w tak niewinny sposób, traktować je jak każdą inną przyjemność.

[…]

Codziennie myśli, że przestanie to robić. To nie miało trwać w nieskończoność, nigdy w ten sposób o tym nie myślał, i codziennie, kiedy się budzi, odczuwa pewność, że właśnie dzisiaj z tym skończy. Gdy jednak nadchodzi wieczór, okazuje się, że bardzo trudno robić cokolwiek innego. Po prostu nie widzi żadnego s e n s u w robieniu czegokolwiek innego. Nie widzi żadnego sensu w niepiciu. Po co właściwie ma się oszczędzać? Zwykle właśnie z tą myślą – albo podobną – wypija pierwszego drinka. Kiedy jest pijany, ma wrażenie, że to wszystko nie jest do końca prawdziwe, i to uczucie mu pomaga. Nie wie, co by zrobił, gdyby nie odczuwał go przynajmniej przez część każdego dnia.

[…]

To skromny kościół z czerwonej cegły w cichej części Stevenage. István znajduje miejsce do parkowania i wchodzą do środka. W kościele odbywają się prace remontowe. Jest bardzo jasny i przestronny. Białe nieozdobione przestrzenie. Wytrzymała szara wykładzina. Miejsce przypomina bardziej centrum konferencyjne niż tradycyjny kościół. Siadają na plastikowych krzesłach, zwróceni w stronę ambony, z której przemawia jakiś mężczyzna w dżinsach i T-shircie. Stoją tam również perkusja i cyfrowe pianino. Jedynym dowodem, że to kościół, jest prosty drewniany krzyż wiszący na ścianie. W pierwszym tygodniu István tylko siedzi i przez większość czasu nawet nie słucha mężczyzny w T-shircie mówiącego o Biblii. W drugim tygodniu – kiedy matka znów namawia go, by jej towarzyszył – słucha trochę uważniej.  W trzecim tygodniu dołącza nawet do niektórych parafian śpiewających psalmy. Kiedy wypowiada słowa, zaczyna rozumieć, co się tutaj dzieje. Bardzo chce wierzyć, że jego syn dalej żyje – żyje naprawdę, a nie tylko jako wspomnienie – i że to, co się z nim stało, to część jakiegoś większego planu, projektu, a nie tylko pozbawione sensu zrządzenie losu.

[…]

Kilka dni wcześniej po raz pierwszy uprawiali seks. István nie jest pewny, dlaczego to zrobili. Myślał, że może seks mu pomoże. Po wszystkim czuje do siebie lekkie obrzydzenie. Mówi jej, że żałuje, że nie powinni tego robić. Kilka dni później robią to ponownie. I jeszcze raz po kilku dniach. A kiedy to robią, pojawia się poczucie, jakby mu się udało. Uczucie zapomnienia i jeszcze czegoś satysfakcjonującego, jak przemoc. To daje mu coś, co dałaby również przemoc, coś fizycznego i destrukcyjnego, coś, czego najwyraźniej on potrzebuje. […] Kilka dni później robi to ponownie. I chyba robi to nie tylko z powodu fizycznej potrzeby i dla chwili zapomnienia. W pewnym sensie naprawdę lubi to uczucie nienawiści do samego siebie, które pojawia się zawsze po spotkaniach z nią. Jej również zaczyna nienawidzić i w tym także znajduje coś w rodzaju zadowolenia. Znajduje coś w rodzaju zadowolenia w robieniu jej krzywdy – emocjonalnej, a czasem nawet fizycznej.

[…]

Wysiada z Bentleya i staje przed piętrowym budynkiem, którego ceglaną fasadę pomalowano na ciemny szary. Po obu stronach frontowych drzwi stoją małe drzewka w donicach. István już chce nacisnąć dzwonek, ale się powstrzymuje. Naprawdę chciałby wiedzieć, czy Thomas jest sam. Zasłony w oknach na parterze nie są do końca zaciągnięte, István wchodzi więc na chodnik i zbliża twarz do szczeliny. Pokój w środku jest kiepsko umeblowany. Przypomina wynajmowany dom, w którym znajdują się tylko podstawowe rzeczy – kanapa, kilka krzeseł i niewiele więcej. Na ścianach nie ma nic oprócz dziwnych lamp w kształcie metalowych liści. István przygląda się temu pomieszczeniu, kiedy pojawia się Thomas w szlafroku i siada na kanapie. Nie widać nikogo innego. István robi krok w tył i spogląda na okna na piętrze – wszystkie są ciemne. Patrzy w dół i w górę ulicy – nikogo. Raz jeszcze zagląda przez szparę między zasłonami, która ma szerokość jego dłoni, zanim naciśnie dzwonek. Thomas dalej siedzi na kanapie. Coś robi. Nie do końca widać co. Najwyraźniej podgrzewa coś na łyżce trzymanej nad zapalniczką. Po chwili István już wie. Pierwszy raz widział to w Iraku, gdzie robili to niektórzy żołnierze. Towar był tam łatwo dostępny i nie bardzo drogi. […] Ze swojego miejsca przy oknie István widzi jego pozbawioną wyrazu twarz. Patrzy na nią w zadziwieniu przez minutę czy dwie, kiedy nagle dostrzega, że pojawia się na niej coś dziwnego. Coś więcej niż brak wyrazu – jakaś pustka w oczach. I nie tylko. Usta jakby mu pociemniały. Przez chwilę István nie jest pewien, czy naprawdę to widzi, czy tylko sobie wyobraża. Po kolejnej minucie już nie ma wątpliwości. Usta Thomasa wyraźnie zsiniały. István widział to już w Iraku, a później raz czy dwa razy w toaletach nocnych klubów, w których pracował. Wie, co to znaczy. Asfiksja. Thomas przedawkował.

[…]

A więc przez kilka lat pracował pan w Anglii? – pyta kierownik, czytając CV Istvána. Zgadza się. Dlaczego pan wrócił? Z powodów rodzinnych – mówi István. Mężczyźnie chyba wystarcza ta odpowiedź, a przynajmniej nie prosi o rozwinięcie. Pyta za to, jaką pracę wykonywał István w Anglii. István mówi, że był kierowcą i ochroniarzem, a także pracował jako bramkarz w nocnych klubach i innych miejscach. Kiedy mężczyzna pyta, dlaczego nie szuka teraz podobnej pracy – bramkarza w nocnym klubie czy czegoś podobnego – István odpowiada, że chodzi przede wszystkim o godziny. A poza tym – mówi – to raczej robota dla młodych. Kierownik sklepu, facet mniej więcej w jego wieku, kiwa głową, chyba ze zrozumieniem. Ponownie zagląda w CV i mówi: A potem przez dwanaście lat... Co to jest? Prawda, CV niezbyt jasno wyjaśnia ostatnie dwanaście lat. Jest tam tylko napisane „samozatrudniony”. Miałem swoją firmę – wyjaśnia István. Mężczyzna chce wiedzieć więcej. István odpowiada, że to była branża hotelarska i upadła z powodu pandemii. Tak? István kiwa głową. Już raz przeszedł to wszystko z szefem ochrony tego sklepu. Ani szef ochrony, ani kierownik nie wydają się całkiem przekonani. I nie chodzi o jego wiek. Wielu starszych mężczyzn wykonuje taką pracę. Chodzi o coś innego. Chyba wyczuwają, że jest w nim coś dziwnego, coś, co nie do końca pasuje. Jednak obaj stwierdzają, że w dzisiejszych czasach bardzo brakuje wykwalifikowanego personelu, i ostatecznie proponują mu tę pracę.

[…]

Stoi wśród używanych samochodów. Zaszedł tak daleko, że trafił na giełdę używanych samochodów, czyli do budek handlarzy, wokół których w blasku słońca stoją sprzedawane przez nich pojazdy. Spod najbliższej budki dwóch mężczyzn podejrzliwie obserwuje Istvána, a on, przystanąwszy obok dwudziestoletniego SUV-a BMW, odchrząkuje i ociera oczy. Oddycha głęboko przez nos i szuka w kieszeni papierosów. Od ponad roku to mu się nie przydarzyło. A teraz to jeszcze nie jest koniec. Stojąc obok starego BMW, István zaczyna szlochać. Wie, że nie będzie potrafił przestać, dopóki to nie wypali się samo, nawet, więc nie próbuje się powstrzymywać. Mężczyźni spod budki go obserwują. Patrzy na nich, przepraszająco macha, a oni po kilku sekundach odwracają wzrok. […] Czasami tęskni za Helen. Dopiero teraz naprawdę rozumie, jak wielką rolę odegrała w jego życiu. Większą niż prawdopodobnie ktokolwiek inny. W pewnym sensie to oczywiste. W innym jednak – jest zaskoczony. A może po prostu dziwnie tak to ujmować. István nie jest pewien, dlaczego. Może wiąże się to z faktem, jak zaczęła się ich historia. Wtedy, w tamtych pierwszych miesiącach, kiedy zaczęli z sobą sypiać, nigdy nie przyszło mu do głowy, że Helen może odegrać w jego życiu tak wielką rolę. Nie byłby tym samym człowiekiem, gdyby jej nie poznał. Teraz myśli o wielu rzeczach tak, jak ona o nich myślała, a jego wspomnienia o wielu innych rzeczach nie dają oddzielić się od wspomnień z nią związanych. Któregoś dnia znajduje nagie zdjęcia, które prawie dwadzieścia lat wcześniej Helen wysłała mu z hotelu w Monachium. Zapomniał o nich, ale nadal są przecież w Messengerze na Facebooku, jeśli tylko wystarczająco długo przewija. Najpierw ogląda je z czymś w rodzaju archeologicznego zainteresowania. A potem, nieoczekiwanie podniecony, rozpina spodnie i masturbuje się, siedząc przed laptopem, przerywa tylko po to, by przejść do kolejnego zdjęcia.

[…]

Kiedy Bori pyta go, co się stało, w jaki sposób to wszystko stracił, odpowiada, że żona miała syna z pierwszego małżeństwa i to on dostał wszystko, kiedy skończył dwadzieścia pięć lat. Wszystko? Tak. Nie miałeś nic swojego? – pyta go. Nie. Co nie do końca jest oczywiście prawdą. Miał swoje rzeczy. Inwestycje w nieruchomości, które poczynił dzięki pożyczkom z funduszu powierniczego Nymana, były zapisane na Istvána, podobnie jak cenne przedmioty, zegarki Audemars Piguet i Rolex Submariner z 1953 roku oraz Bentley. Ale żeby nie komplikować spraw, nie mówi jej o tym wszystkim. Nie mówi, że gdy tylko Thomas przejął spadek, wszczął przeciwko Istvánowi postępowanie sądowe, twierdząc, że wszystkie pożyczki, których fundusz powierniczy udzielał przez lata na projekty Istvána, tak naprawdę były niezgodne z warunkami funduszu, dlatego powinny zostać unieważnione i natychmiast spłacone, co oznaczałoby oczywiście bankructwo tych inwestycji, które pozostały. A ponieważ aktywa okazały się wtedy warte mniej niż wartość pożyczek, István nie był w stanie spłacić całości kwoty, dlatego prawnicy Thomasa uderzyli bezpośrednio w niego. Ostatecznie jedynym wyjściem stało się ogłoszenie bankructwa, co zresztą zrobił. Niestety, oznaczało to również zrzeczenie się wszelkich wartościowych przedmiotów, które jeszcze posiadał, i właśnie wtedy postanowili z matką wyjechać z Anglii i wrócić do węgierskiego miasta, w którym kiedyś mieszkali, bo matka dalej miała tutaj mieszkanie.

[…]

A potem, jakieś dziesięć lat po tym, jak wrócili do miasta, matka Istvána umiera. Po prostu umiera we śnie. Najwyraźniej tak się czasem dzieje. Kiedy rankiem István wychodzi ze swojego pokoju i okazuje się, że matka nie wstała, ma przeczucie, że stało się coś złego, i puka do drzwi jej sypialni. Kiedy nikt nie odpowiada, István zagląda do środka i widzi, że matka dalej leży w łóżku. Podchodzi bliżej i staje się oczywiste, że ona nie żyje. Dzwoni po karetkę i czekając na nią, pali pierwszego od lat papierosa w mieszkaniu. Pogrzeb odbywa się na miejskim cmentarzu, niedaleko miejsca, w którym mieszkają. Jest maj. Kwitną kasztanowce. Przychodzi kilku starych znajomych matki. Po wszystkim István siada na ławce. Na ścieżkę spadają suche płatki kwiatów kasztanowców. Przesuwają się po asfalcie jak suchy papier, a kiedy wiatr zamiera, nieruchomieją. Przygląda im się przez jakiś czas. Wstaje i pieszo wraca do mieszkania. Później mieszka sam.

David Szalay, Ciało

Arcy-ciekawa powieść obyczajowa, nagrodzona ubiegłoroczną, międzynarodową nagrodą Bookera Davida Szalaya – kanadyjskiego pisarza pochodzenia węgierskiego konkretyzuje akcję opowieści w kilku miejscach na świecie: przede wszystkim w stołecznym Londynie w Królestwie Brytyjskim, także w stołecznym tyle, że już Budapeszcie w Republice Węgierskiej, ale i w środkowym Iraku w bazie lotniczej Shaykh Mazhar w pobliżu As-Suwajra, tudzież w mieście monachijskim i jego okolicach w Republice Niemieckiej, generalnie zaś w czasach nam ściśle współczesnych drugiego dziesięciolecia dwudziestego pierwszego wieku. Zbyt wczesne dorastanie Istvána zostało naznaczone traumą seksualną i przypadkowo nieprzypadkowym morderstwem, a z kolei dłuższy pobyt na zawodowym i interwencyjnym kontrakcie wojskowym doprowadza do kalekiego znieczulenia na sytuacje krańcowe, w ogóle do psychicznego kalectwa przyprawionego uprzednio nabytą uległością i nie-pewnością życiową aż po deklarowaną sobie pod nosem nienawiść. Z takim obrazem psychologicznym w sobie trudno jest budować międzyosobowe relacje oparte na wzajemności, szacunku i zrozumieniu, czemu w poprzek tak diabo-licznie lubi stawać popędliwość natury ludzkiej i atawistyczna przypadkowość, która za często decyduje o losach naszego węgierskiego homme fatale. Świetnie skonstruowana fabuła opowieści Szalaya w sugestywny sposób oddaje prawdę o kondycji dzisiejszego człowieka, któremu coraz bliżej w anonimowości do skrajnego wyobcowania, dekadenckiego odhumanizowania niż do zdystansowanego, a i zarazem rubasznego przeżywania swojego jedynego - jak mi wiadomo - czasu.   



powrót ››