11.09.2026

„…człowiek nigdy nie wie, w kogo się zmieni”
„Jak się ma depresję, to trzeba ścielić łóżko.”
„. Zawsze wyobrażała sobie starość
jako ulicę, która zwęża się
i staje
coraz ciemniejsza.”
„Nie-halo to jest patrzeć, jak ci
awokado
brązowieje przed nosem”
[…]
Hotel wygląda dokładnie tak, jak Phoebe sobie wyobrażała. Rozsiadł się na skraju klifu niczym wielkie stare psisko cierpliwie czekające na jej przybycie. Wprawdzie zza budynku nie widać oceanu, ale ona wie, że tam jest, tak jak wjeżdżając na podjazd przed domem, wiedziała, że jej mąż siedzi przy komputerze i pisze. Miłość łączyła ich niewidzialną nicią. Phoebe wysiada z taksówki. Mężczyzna w bordowym uniformie podchodzi do niej z taką powagą, że wydaje się, jakby wszystko zostało zaaranżowane dawno temu. Dlatego Phoebe ma pewność, że postępuje słusznie. Dobry wieczór – mówi mężczyzna. Witamy w Cornwall Inn. Mogę prosić o bagaż? Nie mam bagażu – odpowiada Phoebe. Kiedy wyjeżdżała z St. Louis, wydawało jej się ważne, żeby niczego ze sobą nie brać, zostawić męża, dom i walizki. Wiedziała, że pora iść dalej, bo w zeszłym roku, gdy rozprawa rozwodowa dobiegła końca, wszyscy byli co do tego zgodni. Ogłuszyła ją definitywność ich ostatniej rozmowy, sposób, w jaki jej mąż powiedział: „Dobra, to się trzymaj”, jakby był listonoszem życzącym jej miłego dnia. Potem nie była w stanie nic więcej zrobić, mogła tylko wpełznąć do łóżka, pić gin z tonikiem i wsłuchiwać się w odgłosy lodówki pracowicie wytwarzającej lód. Zresztą i tak nie miałaby, dokąd pójść. Był środek lockdownu i Phoebe wymykała się tylko po alkohol i papier toaletowy, a zdalne zajęcia prowadziła codziennie w tej samej bluzce, bo czy ludzie w ogóle nosili coś innego niż koszule? Do zniesienia lockdownu zdążyła zapomnieć.
[…]
Tego ranka jednak Phoebe, zanim wsiadła do samolotu, obudziła się ze świadomością, że nie jest już normalna. A mimo to zrobiła sobie tosta. Wzięła prysznic. Wysuszyła włosy. Zebrała notatki na drugi dzień zajęć w semestrze jesiennym. Otworzyła szafę i spojrzała na wszystkie ubrania kupione swego czasu po prostu dlatego, że wyglądały jak to, co powinna nosić do pracy wykładowczyni. Rzędy bluzek w jednolitych kolorach, damskich wersji tego, w co ubierał się jej mąż. Wyciągnęła szarą, przyłożyła do siebie przed lustrem i nie potrafiła się zmusić, żeby ją włożyć. Nie była w stanie iść do pracy, stać przy drukarce i z zainteresowaną miną słuchać wywodów na temat zdumiewającego znaczenia sera w średniowiecznej teologii. Zamiast tego zdecydowała się na szmaragdową suknię. Złote szpilki ze ślubu. Gruby sznur pereł, który w noc poślubną mąż położył jej na oczach niczym przepaskę. Wsiadła do samolotu i wypiła zaskakująco dobry gin z tonikiem, który tak przyjemnie schłodził jej gardło i zaszumiał w głowie, że wysiadając, prawie nie czuła pęcherzy na stopach.
[…]
Dwa lata temu Phoebe zobaczyła reklamę hotelu w jakimś czasopiśmie, jednym z tych, które czytała tylko w poczekalni kliniki leczenia niepłodności. Patrzyła na zdjęcia wiktoriańskiego łóżka z baldachimem w pokoju z oknem wychodzącym na ocean i myślała: Kto w ogóle planuje wakacje, przeglądając magazyny? Była zła na te osoby, choć nikogo takiego nie znała. A jednak, gdy kilka dni później terapeuta poprosił ją, żeby zamknęła oczy i opisała swoje szczęśliwe miejsce, Phoebe zobaczyła się w tym łóżku z baldachimem, bo potrafiła sobie wyobrazić tylko takie miejsce, w którym nigdy nie była, łóżko, w którym nigdy nie spała. No cóż, to faktycznie jest szczęśliwe miejsce – mówi Pauline. Phoebe bierze klucz. Za dużo tych rozmów. Za dużo udawania – nie po to płaci osiemset dolarów za pobyt, żeby udawać normalność. To mogłaby robić w domu. Czuje się coraz bardziej zmęczona, a Pauline ma tyle pytań. Czy chciałaby dodatkowo pakiet spa? Może miałaby ochotę na sesję tarota dostępną na miejscu? Woli zwykłą poduszkę czy kokosową? Co to jest poduszka kokosowa? – pyta Phoebe. Poduszka z kokosem w środku – odpowiada Pauline. Takie poduszki są lepsze? – chce wiedzieć Phoebe. To pytanie zadałby jej mąż. Zły nawyk, skutek trwającego dekadę małżeństwa – zawsze wyobraża sobie, co powiedziałby jej mąż. Nawet kiedy nie ma go obok. Zwłaszcza kiedy go nie ma. Phoebe nie przypuszczała, że skończy jako tego typu kobieta. Ale jeśli ostatnie lata czegoś ją nauczyły, to tego, że człowiek nigdy nie wie, w kogo się zmieni.
[…]
No ale jeśli nie przyjechałaś na ślub, to po co? Głos panny młode jest teraz dużo niższy, jakby w końcu pojawił się ten prawdziwy. Bo w prywatnej przestrzeni z kimś, kto nie przyjechał na ślub, panna młoda nie musi być panną młodą. Może mówić, jak chce. Tak jak Phoebe. Phoebe nie jest Wysokim Koczkiem ani Poduszką w Panterkę. Jest nikim, a jedyną zaletę bycia nikim stanowi to, że może powiedzieć wszystko. Nawet pannie młodej. Żeby się zabić. Mówi to bez dramatyzmu czy emocji, jakby stwierdzała fakt. Bo tak właśnie jest. Spodziewa się, że zapadnie krępujące milczenie, ale panna młoda wygląda tylko na zdezorientowaną. Eee, że co? – pyta. Przyjechałam się zabić – wyjaśnia Phoebe tym razem bardziej stanowczo. Dobrze jest powiedzieć to na głos. Gdyby nie to, pewnie nie byłaby w stanie tego zrobić. A musi. Podjęła decyzję. Poleciała na drugi koniec kraju. Czuje ulgę, kiedy drzwi zaczynają się otwierać, ale panna młoda wciska przycisk, żeby je zamknąć.
[…]
Ale Phoebe musi. To jedyne miejsce, które wydaje się właściwe: pięciogwiazdkowy hotel tysiąc mil od domu, pełen bogatych nieznajomych, których nie obejdzie jej śmierć, i dobrze wyszkolony personel, który po prostu pokiwa głową, a potem rano zwiezie jej ciało windą towarową. Tylko że teraz Phoebe ma przed sobą zmartwioną pannę młodą. Błagam – powtarza jak dziecko i Phoebe uświadamia sobie, że właściwie nim jest. Dwadzieścia sześć lat. Góra dwadzieścia osiem. Oboje z mężem byli takimi samymi dzieciakami, kiedy brali ślub. Panna młoda jeszcze nie wie, co znaczy być mężatką. Dzielić z kimś wszystko. Mieć wspólne konto. Sikać przy otwartych drzwiach, opowiadając mężowi historyjkę o pingwinach w zoo. A potem pewnego dnia obudzić się samej. Spojrzeć na swoje życie jak na sen i pomyśleć: Kurwa, co to było?
[…]
Korytarz jest coraz ciemniejszy, oświetla go tylko jeden, idealnie umiejscowiony mosiężny kinkiet. Phoebe mija wnękę z maszyną do lodu przypominającą jej inne, pośledniejsze hotele, te, w których zatrzymywała się w dawnym życiu, kiedy jeździła na konferencje i wygłaszała referaty na temat dziewiętnastowiecznych powieści obyczajowych. Jest też automat z przekąskami, ale ukryty za złotą ścianką, jakby na mocy umowy obowiązującej wśród bogaczy. To miły hotel. Jeśli chcesz robić coś, czego nie powinnaś, nie rób tego na widoku. Phoebe wchodzi do pokoju i przekręca klucz. Zgrzytliwy metaliczny odgłos przynosi jej zadowolenie. Znowu jest sama. Opiera się plecami o drzwi i zanim zacznie podziwiać widok za oknem czy złote frędzle przy abażurach, opuszcza wzrok i widzi, że wciąż trzyma w ręku torebkę z prezentem. Wyjmuje wino czekoladowe z Niemiec. Niewielką butelkę czegoś, co nosi nazwę Everybody Water. Ręcznie robioną świecę – dzieło świadkini, kimkolwiek jest. Paczkę ciasteczek, które różnią się od oreo tylko na tyle, żeby uniknąć procesu. Nigdy więcej nie zjem oreo, myśli Phoebe. To właśnie z tymi drobiazgami nie potrafi się pogodzić. Nigdy więcej nie napije się wina. Nigdy więcej nie poczuje palców męża sunących w dół kręgosłupa. Ciało zawsze chce być ciałem. Otwiera butelkę i bierze łyk. Panna młoda miała rację. Lepsze niż można by się spodziewać.
[…]
Zrobiła szczegółową rozpiskę, w której uwzględniła wszystkie wycieczki, bo z zawodu była badaczką. Miała listę wszystkich książek, które kiedykolwiek przeczytała, razem z ulubionymi cytatami. Napisała rozprawę, w której prześledziła wszystkie spacery Jane Eyre w powieści Charlotte Brontë. Jednego roku osiągnęła biegłość w niemieckim, drugiego – w średnio-angielskim. Po seksie zawsze chciała się nad nim zastanawiać, pytała na przykład, kto pierwszy użył w angielskim słowa cunt. Matt śmiał się wtedy i mówił: „Może Szekspir”, a Phoebe na to: „Założę się, że Chaucer”. Potem oboje to sprawdzili i okazało się, że dwieście lat przed Chaucerem w Oxfordshire była ulica o nazwie Gropecunt Lane. Uwielbiała, jak Matt jej dogadzał. Byli do siebie bardzo podobni – on też był badaczem, choć nigdy by tak o sobie nie powiedział. Filozofem. W piątkowe wieczory czytywał książki, zbyt dogłębnie analizował reklamy i wciągał Phoebe w długie dyskusje na temat tego, jak powinni nazywać części intymne w trakcie seksu, choć zgadzali się tylko w jednej sprawie, a mianowicie, że nigdy nie będą ich nazywać częściami intymnymi. Lecz gdy następnego dnia pokazała mu swoją listę, spytał: „Zrobiłaś rozpiskę przyjemności?”, tak jak kiedyś: „Zrobiłaś rozpiskę seksu?”. Owszem, zrobiła. Miała trzydzieści osiem lat. Nie mogli być dłużej niefrasobliwi, jeśli chcieli mieć dziecko. A potem, kiedy przyszła pora na seks, Matt spojrzał na nią z drugiego końca łóżka: to co, lecimy zgodnie z harmonogramem, a ona popatrzyła na niego, jakby był niczym, ot, wazonem na stole.
[…]
Phoebe weszła do sali, w której odbywało się zebranie Komisji do spraw Przestrzeni Wypoczynkowej dla Adiunktów, złożonej wyłącznie z mężczyzn o jednosylabowych przydomkach, które jakimś cudem uchodziły za pełnoprawne imiona. Jack. Jeff. Stan. Russ. Vince. Mike. Phoebe była jedyną kobietą i jedynym adiunktem zaproszonym na spotkanie, żeby wypowiedzieć się w kwestii tego, czego kobieta i adiunkt mogliby oczekiwać od podobnej przestrzeni. Phoebe? – spytał Mike. Co myślisz? „Ta ciąża nie miała szans na donoszenie”. Twoim zdaniem krzesła powinny mieć rozkładane blaty czy nie? Według Russa krzesła z blatami za bardzo przypominają biuro – powiedział Mike. A my chcemy, żebyście się czuli jak w domu. Tylko że blaty eliminują potrzebę zwykłych stolików.
[…]
Butelka szampana stała na blacie niczym zielone bóstwo. Phoebe nienawidziła uczucia, które zagościło w jej żołądku. Przekonania, że to, co dla jej męża było dobrymi wieściami, dla niej wcale takie nie musi być. Zostałem naukowcem roku Wydziału Nauk Humanistycznych –powiedział. Wykręcił korek i rozległ się odgłos wystrzału. O rany – powiedziała Phoebe. Jak świętują ludzie? Phoebe pamiętała rzucanie confetti w Nowy Rok. I okrzyki „hip, hip, hura!” na szczycie kanionu w Arkansas. Ale ogólnie rzecz biorąc, oboje wyszli z wprawy. Trochę nie mogę w to uwierzyć – powiedział jej mąż. Phoebe mogła – wiedziała, że kiedyś zdobędzie tę nagrodę. Wydział Nauk Humanistycznych był jednym z najmniejszych na ich uniwersytecie i często żartowali, że to wyróżnienie trafia do większości naukowców, wystarczy, że będą pracowali dość długo – choć nie do Phoebe, bo adiunktom nie przyznawano nagród. Nie mieli też ubezpieczenia zdrowotnego, mimo że Phoebe wykonywała dokładnie tę samą pracę co jej mąż, obecnie etatowy pracownik katedry filozofii, z ubezpieczeniem, które pokrywało opiekę dentystyczną dla ich kota. Wtedy to było w porządku, bo byli małżeństwem i mieli dość miłości i pieniędzy, żeby kupić dom i robić to, co robią ludzie, którzy go właśnie kupili, na przykład zacząć uprawiać ogród, położyć w kuchni kwarcytowe płyty i pozyskać sześć zarodków w laboratorium. Ale przestała uważać, że jest w porządku, kiedy jej mąż zaczął zdobywać nagrody. Albo kiedy na imprezie wydziałowej ktoś zasugerował, że Phoebe powinna się starać o stanowisko, które dawałoby jej możliwość stałego zatrudnienia w Katedrze Literatury Angielskiej. Co za szansa, jaki szczęśliwy zbieg okoliczności, że Jack Hayes właśnie zmarł. Ona jednak wiedziała, że nikt na serio nie bierze jej pod uwagę. Po uzyskaniu dyplomu opublikowała tylko jeden tekst, a to za mało. To Matt musiał mówić rzeczy, których ona nie potrafiła, na przykład: „Phoebe wciąż pracuje nad książką”, a kiedy ludzie pytali, co to za książka, ona nie umiała o niej opowiedzieć. Dukała coś o przestrzeniach domowych w Dziwnych losach Jane Eyre. Coś o kulturze spaceru w epoce wiktoriańskiej. O feminizmie? Ale tak naprawdę nie wiedziała. Wszystko to ją nudziło. Za każdym razem, kiedy otwierała na komputerze plik z rozprawą, miała wrażenie, jakby się umówiła na kawę ze starym chłopakiem, którego nie potrafiła na nowo pokochać.
[…]
Jej mąż – cóż za wspaniały naukowiec. Studenci go uwielbiali. Gromadzili się tłumnie przed jego gabinetem z oczami błyszczącymi od uwielbienia i mówili: „Prawdziwy geniusz, w dodatku nie robi wokół tego wielkiego halo”. To prawda. Miał ogromną wiedzę. Znał trzy języki i potrafił prowadzić długie rozmowy na każdy temat, od kultury picia w starożytnej Grecji, przez lokalną politykę St. Louis, transfuzję krwi jako formę dopingu na igrzyskach olimpijskich, aż po gatunki ptaków w ich karmniku. Między innymi z powodu tej inteligencji Phoebe się w nim zakochała. Drażniło ją jednak, gdy widziała, jak jego umysł wielbią młode kobiety, bo jej intelektu nikt tak nie podziwiał. Budził w ludziach zdumienie albo dezaprobatę. Nawet Bob nie był już jego fanem. Wiesz, na czym polega twój problem, Phoebe? – spytał kilka dni wcześniej. Formalnie rzecz biorąc, był teraz jej kolegą, nie promotorem, nie musiał się już więc przejmować sprawą publikacji jej pracy. A jednak się przejmował. I Phoebe to rozumiała. Ją też ta sprawa martwiła. Minęło dziesięć lat, odkąd skończyła studia i wciąż tkwiła na tym samym uniwersytecie, przemierzała te same korytarze, wykładała jako adiunktka i nie posunęła się ani o krok jak inni z jej katedry – nie udało jej się zamienić rozprawy doktorskiej w prawdziwą książkę. Nie miała pojęcia, na czym polega jej problem i strasznie jej się nie podobała gorliwość, z jaką czekała, żeby Bob odpowiedział na dręczące ją pytanie: Ile czasu będzie tkwiła w tej sytuacji, aż ktoś powie jej coś rozstrzygającego? To był jej problem. Bob jednak stwierdził: „Za dużo myślisz”, i to naprawdę ją zdziwiło. Czy to źle? Czy nie na tym właśnie polegała praca na uczelni?
[…]
W szkole średniej normalność uchodziła za coś żenującego. Wszystkie znane Phoebe osoby stawały na głowie, żeby stać się kimś zjawiskowo, cudownie wręcz dziwacznym, i to, że koleżanki wyglądały tak dobrze w skarpetkach do szpilek, budziło zarówno jej podziw, jak i dezorientację. Ona nie potrafiła nosić takich rzeczy, nie potrafiła poszerzać granic mody, choć właściwie nie wiedziała, dlaczego; po prostu nie chciała, żeby ktokolwiek dowiedział się, że jest dziwna. Dlatego nosiła dżinsowe szorty i sandały teva, gdy tylko temperatura przekraczała dziesięć stopni. Nigdy nie farbowała włosów, a kiedy pewien poeta zabrał ją w ramach randki na koncert muzyki noise?owej, nie wiedziała, co powiedzieć, więc stwierdziła tylko, że trochę tu głośno. Gdy tamtego wieczoru się rozstawali, poeta pocałował ją i zaśmiał się jej w usta, mówiąc: „Jesteś taka normalna”, a chociaż wtedy zabrzmiało to jak komplement, po kilku dniach milczenia z jego strony, kiedy zobaczyła swoją kolekcję złożonych schludnie kardiganów z Banana Republic, wiedziała, że się pomyliła.
[…]
Kiedy proponowała kurs poświęcony bajkom, myślała, że to będzie fajne. Tymczasem każda kolejna praca porównująca bezpłodność matki Roszpunki do „czegoś w rodzaju trucizny” coraz bardziej wytrącała Phoebe z równowagi. Zupełnie zapomniała o bezpłodnych kobietach w tych opowieściach lub może nigdy wcześniej nie zwróciła na nie uwagi. Za bardzo zajmowały ją nieżyjące matki. Dlaczego w bajkach wszystkie matki nie żyją? – spytała Matta, który oceniał prace na kanapie obok. Bo powstały w czasach przednowoczesnych. Matki wtedy często umierały. Ale musiało chodzić o coś więcej. Wyglądało na to, że historia nie działała, jeżeli matka nadal żyła – zmarła matka stanowiła istotny punkt rozwoju fabuły, warunek konieczny opowieści o dziewczynie. Kopciuszek nigdy nie stałby się główną bohaterką, gdyby jego matka żyła. (Tak samo jak Jane Eyre, uważała Phoebe). Matka musiała umrzeć, żeby dziewczyna znalazła się w beznadziejnym położeniu, bo o tym zawsze opowiadały te historie. Dlatego właśnie je lubiła. Lubiła patrzeć, jak dobra dziewczynka dorasta, jak dokłada wszelkich starań, żeby dostać to, czego pragnie, a potem staje się szczęśliwa. Koniec. To była też opowieść o Phoebe – Phoebe była taka dobra. Cicha. Pilna. Najlepsza w liceum i koledżu. Potem poszła na studia, żeby ułożyć sobie życie – i ułożyła. Zakochała się, zrobiła doktorat, wyszła za mąż. Kupili z mężem dom. Wreszcie po pięciu wyczerpujących cyklach in vitro, gdy wydawało się, że wszystko przepadło, ostatni zarodek się zagnieździł. Przez dziesięć tygodni wcierała w brzuch mleczko i miała poczucie, że zmierza w stronę szczęśliwego zakończenia, które sprawi, że każda rzecz w jej życiu, nawet śmierć matki, okaże się niezbędnym elementem opowieści. Ale potem było po wszystkim, nie trzeba na to nawet całego zdania. Jednego dnia była w ciąży, a drugiego nie. Wyczuła krew między nogami i za każdym razem, gdy sobie o niej przypominała, myślała: Nie, nie, to się nie może tak skończyć. Bo takie zakończenie było kpiną ze śmierci jej matki. Czymś po prostu tragicznym. Czymś w stylu rosyjskiej powieści, w której bohaterowie wyruszają, żeby przeżyć wielką szaloną przygodę, a na końcu wszyscy giną.
[…]
Po seksie nie potrafili spojrzeć sobie w oczy. Zdjęła czarną sukienkę, a on nalał whisky do szklanki, nie kłopocząc się lodem, i wyszedł na zewnątrz popatrzeć na gwiazdy, bo to właśnie robią ludzie od zarania dziejów. Phoebe jednak wciąż nie sądziła, że to koniec. Nie potrafiła sobie tego tak naprawdę wyobrazić. Myślała, że za kilka tygodni pojadą w Ozarki, a potem niewykluczone, choć tylko niewykluczone, że spróbuje jeszcze raz in vitro, bo kto wie? Może za szóstym razem się uda. Może lekarze byli w błędzie. Ale kilka tygodni później, w marcu, świat stanął, a oni nie zrobili nic. Siedzieli w domu. Prowadzili zdalnie zajęcia. Często wyglądali przez okno. On za dużo pił, a ona za dużo płakała i czasami martwiła się, że ją zostawi. Kiedy indziej sama chciała odejść. Ale gdy wyobrażała sobie, że to robi, jej mąż zawsze błagał, żeby została. Padał na kolana, przyciskał twarz do jej ud i trzymał się jej kurczowo jak dziecko. „Proszę, Phoebe”, mówił w jej fantazjach. „Błagam. Potrzebuję cię”. A potem tłumaczył, jak bardzo, i że dzieci też jej potrzebują. Dlatego zostawała. Za każdym razem, kiedy wyobrażała sobie, że odchodzi, na koniec zostawała. To była fantazja, w której mieli dzieci i te dzieci zawsze jej potrzebowały. Musiała wyobrażać sobie, że odchodzi, tylko po to, by móc fantazjować, że zostaje. Musiała wyobrażać sobie, że stoi przy drzwiach, a jej mąż woła: „Nie, Phoebe, nie!”, jakby była psem. I naprawdę nie wiedziała, dlaczego chce, żeby tak ją traktowano.
[…]
Whitman [poeta amerykański z XIX wieku – przyp. aut.] miał rację. Jakim szczęściem byłoby umrzeć, pomyślała, obrócić się w pył. Być rośliną. Zmienić się znów w coś pięknego, stając się częścią ziemi. To wspaniały sposób myślenia o śmierci. Jako klamrze. A Phoebe zawsze lubiła, kiedy w literaturze koniec spotykał się z początkiem, nawet jeśli to było całkowicie nierealistyczne. Pewnie dlatego na zajęciach z literatury wiktoriańskiej tylko jej podobało się zakończenie Dziwnych losów Jane Eyre. Lubiła, kiedy opowieść kończyła się małżeństwem. Takie książki były przemyślane i uporządkowane. Bohaterowie osiągali szczęście na własnych warunkach, a koniec zawsze odzwierciedlał początek. Autorzy i autorki sprawowali absolutną kontrolę nad narracją. Śmierć zawsze wpisywała się w kosmiczny porządek, dzięki czemu ci, którzy przeżyli, czuli się lepiej – spotykała bohaterów za kulisami, w południowych Włoszech albo nad morzem, gdzie umierali z wdziękiem i godnością na łożu piękniejszym niż ich własne.
[…]
Phoebe zapala kolejnego papierosa w nadziei, że dym odstraszy pannę młodą. Ale ta ani drgnie. Swoją drogą balkon jest częścią pokoju – mówi. Więc tak naprawdę nie możesz na nim palić. Phoebe czuje nagłą chęć, żeby się pokłócić. Jest w niej duch przekory, któremu zdarza się odzywać na zajęciach albo na imprezie, kiedy ktoś ma czelność używać wielkich kwantyfikatorów. Nigdy jednak nie dawała mu dojść do głosu, bo nie chciała, żeby ją też o to oskarżono. Ludzie, którzy używali wielkich kwantyfikatorów, nie budzili w niej sympatii. Tylko dlaczego miałaby się tym przejmować teraz? Równie dobrze może pokazać światu, co dały jej lata nauki. Słowo „balkon” pochodzi od włoskiego balcone – mówi – które z kolei rozwinęło się z średniowiecznego balco, pierwotnie oznaczającego rusztowanie. A do włoskiego przywędrowało jako pragermańskie balkô, które prawdopodobnie oznaczało belkę. Panna młoda stoi zdezorientowana. Wziąwszy to wszystko razem, wiemy, że słowo „balkon” pierwotnie odnosiło się do belki lub struktury podtrzymującej balkon. Phoebe powoli wypuszcza dym i dopiero wtedy przechodzi do konkluzji. Dlatego daleko mu do pokoju. Jak widać, balkon nie jest nawet balkonem. Kim ty jesteś? – pyta panna młoda. Widać, że naprawdę jest pod wrażeniem, a Phoebe wciąż potrafi czerpać przyjemność z takich chwil. Wiedza to potęga, powtarzali jej nauczyciele w dzieciństwie, dlatego najlepszą część młodości spędziła w zaciszu biblioteki, wręcz połykając książki. Chciała być potężniejsza. Wiedziała, że nigdy nie będzie wyższa od ojca, nigdy nie będzie większa ani silniejsza, więc to był jedyny sposób, żeby pewnego dnia wyjrzeć poza jego horyzont.
[…]
Kiedy Phoebe szła na studia, miała bardzo wyraźne poglądy na sztukę, była idealistką, uważała, że to coś, co ludzi uwzniośla, wspaniałość wyciśnięta ze ściery istnienia. Dzięki sztuce człowiek czuje, że żyje. Tak było z Phoebe – czytała książki i wpadała w osłupienie. Zwiedzała galerie i czerpała natchnienie z ludzkiej potrzeby tworzenia. Ale to było dawno temu. Teraz nie mogła znieść widoku książek. Nie mogła znieść myśli, że miałaby przeczytać setki stron po to, żeby kolejny raz patrzeć, jak Jane Eyre wychodzi za mąż. Co za ulga – wzdycha panna młoda, jakby znów były kuzynkami. Nikt nie chce się do tego przyznać. U nas w galerii tylko: Boże, spójrzcie na to płótno. Spójrzcie, co ten malarz zrobił z tą białą płaszczyzną. Postanowił jej nie zamalować! Złamał konwencję! Czyż to nie zuchwalstwo? Nie wydaje wam się, że warto za coś takiego zapłacić tysiąc dolarów? I niektórzy mówią: Tak, faktycznie warto. Phoebe widzi, jak łatwo byłoby wdać się w niezobowiązującą rozmowę na temat fałszywych obietnic sztuki. Wyczuwa, że chętnie po-urągałaby literaturze, popsioczyła na to, że jej nie ocaliła, ale właśnie zaczyna zachodzić słońce. Wypaliła już połowę drugiego papierosa. Spogląda przez ramię na tabletki przy łóżku.
[…]
„Bardzo mi przykro, ale przeprowadziliśmy głosowanie i uznaliśmy, że jest pani zbyt smutna, żeby tu zostać”. Ty nie jesteś smutna, tylko masz myśli samobójcze – poprawia ją panna młoda. – Powinnaś natychmiast opuścić hotel i poszukać pomocy. Próbowałam. Gdy odszedł jej mąż, Phoebe próbowała wielu rzeczy. Ubiegała się o pracę w czterdziestu dwóch miejscach. Poszła na kurs malarstwa online. Kupiła nowiutki rower ze śliczną kierownicą, jak zasugerował wirtualny terapeuta. Kazał jej przeżyć coś prawdziwego. Poczytać prawdziwe książki o jej stanie. Czytała więc prawdziwe książki na temat depresji. Napisane przez prawdziwych ludzi z depresją. Prowadziła prawdziwy dziennik. Ściągnęła aplikację do medytowania. Codziennie na śniadanie jadła banany. Zaczęła brać lexapro, ale przestała, bo wcale nie czuła się lepiej, za to nie miała orgazmu. A to była jedyna rzecz, która pozwalała jej się od siebie uwolnić – gdy dochodziła, myśląc, jakim potwornym człowiekiem był jej mąż. Tylko że orgazmy jej nie ocaliły, bo potem wciąż była sobą. Płakała. Zarejestrowała się na portalach randkowych i zaczęła pisać z facetem, który nazwał się Transatlantyk i dużo gadał na temat swojej pracy w branży biotechnologicznej. Ale potem poznał kogoś w prawdziwym życiu, a ona usunęła swój profil, włączyła telewizor i praktycznie nigdy go nie wyłączała.
[…]
A co, jeśli trafisz do piekła? Nie ma czegoś takiego jak piekło. Skąd wiesz? Nie wiem. Po prostu w nie nie wierzę – mówi Phoebe. To jedna z niewielu rzeczy, w których zgadzała się z Nietzschem. Moim zdaniem to raczej wymysł jakichś mściwych nieszczęśników, którzy chcieli ukarać ludzi szczęśliwych. Chciałabym też tak myśleć – mówi Lila. Strasznie się boję, że pójdę do piekła. A kogo zabiłaś? Nikogo. Ale nie wydaje ci się, że jestem trochę jakby za bogata? Chodziłam do katolickiej szkoły i tam nam ciągle powtarzali, że bogacze tacy jak ja nie mają szansy na niebo. A potem kazali nam napisać wypracowanie o piekle u Dantego. Dostałam piątkę, ale przez wiele lat śniło mi się, że tkwię w którymś kręgu. Było już tak źle, że musiałam się zgłosić do pedagoga szkolnego.
[…]
Z moją matką nie da się po prostu rozmawiać – oznajmia Lila. Ona zawsze wyrzuca z siebie potok informacji, na przykład: „Och, czytam właśnie książkę o Gaudim, wyszła niedawno i teraz ci powiem o niej dosłownie wszystko”. Mój ojciec znosił to przez trzydzieści lat, aż w końcu eksplodował i oświadczył, że nienawidzi sztuki nowoczesnej. Wyznał to na łożu śmierci, serio. Straszne, prawda? Czekaj, co takiego? – pyta Phoebe. Twój ojciec wyznał na łożu śmierci, że nienawidzi sztuki nowoczesnej? Właśnie – odpowiada Lila. Zadzwonił ze szpitala i poprosił, żeby go przełączyć na głośnik, a myśmy tam wszyscy czekali, bo nie wiedzieliśmy, który jego telefon będzie ostatni, a wtedy on: „Kochani, każdy człowiek musi się na koniec pogodzić ze swoją prawdziwą naturą, pora więc, żebym i ja to zrobił”, na co moja matka: „Henry, jesteś pewien, że to dobry pomysł?”. A ojciec: „Zawsze gardziłem sztuką nowoczesną, zwłaszcza kubizmem i wszystkim, co było potem”. Jej ojciec winił przede wszystkim Picassa, bo to dzięki niemu nurt zyskał znaczenie, a malarstwo przestało być sztuką przedstawiającą. I może w przypadku innej rodziny to nie byłoby jakieś wielkie wyznanie, ale małżeństwo moich rodziców w zasadzie kręciło się wokół promowania sztuki współczesnej. To mój ojciec kupił matce pierwszy obraz. Tak właśnie się pokochali, kupując razem dzieła sztuki. Wyrobili sobie nazwisko, tworząc jedną z najważniejszych kolekcji dzieł współczesnych artystów w kraju. Co roku przekazywali National Endowment for the Arts dotację wysokości pięciuset tysięcy dolarów. To nadawało sens milionom, które jej ojciec zarobił na gospodarowaniu odpadami. Nadawało sens wysypiskom śmieci, które do niego należały.
[…]
Powiedziała: „Na jakimś poziomie wszyscy wiedzieliśmy, że twój ojciec umrze”. A ja na to: „Tak, pewnie, zawsze wiedziałam, że kiedyś umrze. Ale może jednak my się z Garym kochamy, co? Przecież nie wszystko musi się sprowadzać do śmierci taty”. Na to matka: „Nie ja to wymyśliłam, skarbie. Pogadaj z Freudem”. Panna młoda wzdycha. Trzeba się było pobrać, zaraz jak mi się oświadczył – stwierdza. Tata był wtedy w naprawdę dobrej formie, reagował na leczenie tak, jak mówił Gary. Ale właśnie wprowadzili lockdown i ciągle przekładaliśmy ślub, bo myśleliśmy, że to się zaraz skończy. A potem tacie bardzo się pogorszyło, trafił do szpitala, no i słabo w takiej sytuacji urządzać wesele. To znaczy pod koniec on już właściwie nie kontaktował. Cały czas był na haju, bo dostawał morfinę, i nawet nie dało się z nim rozmawiać przez telefon. Włączyliśmy głośnik, powiedzieliśmy: „Cześć, tato”, zapadła dramatyczna cisza, a potem: „Herbbbbballll Essences!”. Phoebe jest zdezorientowana. Herbal Essences? Też nie rozumiem – mówi panna młoda. Tak powiedział. Bezsensu. Po prostu cisza i „Herbbbbballll Essences!”. To ja: „Okej, tato, ale co Herbal Essences?”. A on się rozłączył. I potem umarł. To były jego ostatnie słowa do mnie.
[…]
Nalewa sobie resztkę wina. Chce po prostu przestać myśleć. Otwiera opakowanie tabletek i zapach ryby przyprawia ją o mdłości. Zapomniała, że mają smak tuńczyka. Ale nie zrezygnuje z planu. Udowodni, że jej terapeuta się mylił: któregoś razu stwierdził, że Phoebe nigdy nie popełni samobójstwa. Nie jest pani typem samobójczyni – powiedział. Tak ją to ubodło, że nie chciała go widzieć przez trzy tygodnie. To było absolutnie niedopuszczalne – oznajmiła po powrocie, a on się zgodził. Bardzo dobrze, robimy postępy. Cieszę się, że otwarcie mnie pani krytykuje. Ale jego słowa ją zraniły, potwierdziły najgorsze obawy: nie miała dość odwagi, żeby się zabić. Nie była przebojowa. Nie tak jak Mia, która w czasie pandemii obcięła włosy na krótko, skończyła trzecią książkę ze słowem „dziwka” w tytule i miała czelność nie tylko przelecieć cudzego męża, ale też zacząć z nim nowe życie. Mia była specjalistką od modernizmu, lubiła eksperymenty, odważne formy, wiersze, które miały zero sensu. Gdyby to ona zamierzała się zabić, włożyłaby do kieszeni kamienie i weszła do rzeki jak Virginia Woolf. Ale Phoebe nie chciała umierać gdzieś na zewnątrz. Nie chciała marznąć. Toczyć walki z komarami. Tonąć w ciemnej głębinie oceanu. Lubiła rzeczy znane i wygodne. Takie jak przytulny kącik do czytania. Książki, które zawsze kończyły się tak samo, bohaterów, których można było łatwo rozpoznać po ubraniu. Łóżka z wymyślnymi baldachimami chroniące ją przed światem – i może na tym właśnie polega problem. Może to łóżko jest zbyt piękne. Patrząc na nie, Phoebe cieszy się, że znajduje się daleko od własnego.
[…]
O niej też nie powinna myśleć. Nie powinna myśleć o niczym. Bob miał rację – za dużo tego myślenia. Phoebe myśli, myśli i myśli, aż tak ją to męczy, że nie kończy tego, co zaczęła. Nigdy nie przerobiła swojego doktoratu na książkę, rzadko kończyła wykłady o czasie, nie mogła się zdecydować na dziecko, aż w końcu zrobiło się za późno. A teraz proszę, znów to samo, stara się zamienić swoje samobójstwo w dzieło sztuki, coś, nad czym w przyszłości mogliby się rozpływać krytycy, gdy tymczasem powinna je po prostu popełnić. Przynajmniej raz w życiu być nieustraszona – jak Mia. Jak Virginia Woolf. Otworzyć fiolkę, połknąć wszystkie tabletki naraz i zapić je wodą – i to właśnie robi. A potem jest już po. Przez chwilę czuje się z siebie dumna. Zrobiła to. Lecz gdy tylko siada z powrotem na łóżku i zamyka oczy, znowu zaczyna myśleć. Czy to wystarczy? Jak bardzo kocie dawkowanie różni się od ludzkiego?
[…]
Nieustannie próbowałam ją wciągać w różne kreatywne zabawy, ale ona tego nie znosiła. Pokazywałam jej na przykład kaczki w stawie i pytałam: „Lila, jak myślisz, jakie tajemnice chciałyby nam zdradzić kaczki?”. A ona patrzyła na mnie z miną poważniejszą niż Churchill i mówiła: „Skąd mam wiedzieć? Przecież one nie mówią po angielsku”. Boże, ale się z tego śmiałam. Spytałam: „Och, to może mówią po hiszpańsku?”. A ona na to: „Skąd mam wiedzieć? Przecież nie znam hiszpańskiego!”. Goście się śmieją i Phoebe chciałaby wiedzieć, czy Lili też jest do śmiechu. Czy ta opowieść sprawiła jej przyjemność, czy w jakiś sposób śmiertelnie ją zraniła. Czy potwierdziła jej najgorsze obawy co do siebie i matki, czy komunikowała coś miłego, co tylko Lila potrafi pojąć. Phoebe wątpi, ale ma nadzieję. Ma nadzieję, że ta historia za chwilę przyjmie inny obrót, matka zręcznie ominie rafę i brak wyobraźni Lili ukaże w innym świetle, jako jej najwspanialszą cechę, coś, dzięki czemu tworzą z panem młodym idealnie dobraną parę – tę część mowy weselnej zawsze lubiła najbardziej.
[…]
Kiedy Phoebe się budzi, potrzebuje chwili, żeby sobie przypomnieć, kim i gdzie jest. Zaraz jednak spostrzega frędzle przy abażurach. Czuje zapach poduszki kokosowej. Żyję – mówi na głos, żeby się upewnić. Na patio jest cicho. Przyjęcie dobiegło końca. A poduszka pachnie tak, że nie pozwala zasnąć. Podobnie jak wielki budzik, który teatralnie odmierza czas. Jest trzecia rano. Według jej terapeuty to godzina rozpaczy. Według średniowiecznych chłopów – godzina demonów. Według lekarza, do którego kiedyś poszła – godzina, kiedy wyrywa człowieka ze snu zbyt wysoki poziom kortyzolu. Jak zwał, tak zwał, Phoebe często się budzi o tej porze. Panna młoda miała rację. Phoebe była na tylu ślubach, że wie, że panna młoda zawsze ma rację. Musi coś zrobić. Musi wstać i zrobić cokolwiek, bo zna to uczucie, które się pojawi, jeśli o trzeciej nad ranem będzie się oddawała próżnemu wstydowi, zwłaszcza po tym, jak próbowała się zabić. Normalnie siedziałaby w łóżku i zadręczała się pytaniami, od których czułaby się jak śmieć, na przykład co za psycholka próbuje popełnić samobójstwo. I co jej mąż robi w tej chwili? Śpi? Właśnie uprawia seks z Mią? A może siedzi w barze, gdzie obcy ludzie stawiają mu drinki, bo z jakiegoś powodu lubili to robić? Potem pewnie weszłaby na profil Mii na Instagramie, choć czuła się wtedy jak gówno. Bo to właśnie robił z nią jej profil. Mia, z umalowanymi jaskrawą szminką wargami, mówiąca: „Patrzcie na moje wielkie czerwone usta. Patrzcie na nasz jesienny weekend. Patrzcie na placek, który upiekłam na czwartego lipca, i na moje dziecko biorące tycie kęsy, bo przecież to takie maleństwo”.
[…]
Wiele można powiedzieć o hotelu, patrząc na jego jacuzzi, myśli Phoebe. Tak samo ona wiele mogła powiedzieć o swoim mężu, patrząc na jego paznokcie w dniu, kiedy go poznała. Zauważyła, że są krótko obcięte i wszystkie tej samej długości. Nie obgryzał ich. Jeśli miał jakieś fiksacje, to na pewno niezwiązane z rękami. A to jacuzzi – jeżeli ma jakieś wady, ona ich nie widzi. Znajduje się na samym końcu tarasu i wygląda, jakby nic nie oddzielało go od oceanu. Phoebe wchodzi do wody i czuje, jak jej całe ciało się rozgrzewa. Siada, opierając plecy o dysze. Nie jest to prawdziwy masaż, ale ona udaje, że tak. Zamyka oczy. Lila miała rację. Woda pomaga. Dobrze jest się rozgrzać. Dobrze mieć ciało. Wyciąga ręce, żeby się swobodnie unosiły. Siedzi tak długi czas w sennym otępieniu. Kiedy otwiera oczy, żeby popatrzeć na gwiazdy, widzi, że do jacuzzi wchodzi mężczyzna. Hej – mówi do niej. Naprawdę nie sposób uciec przed weselnikami. A ten tu, zanurzając się w wodzie, patrzy prosto na Phoebe. Normalnie taka interakcja z drugim człowiekiem wystarczyłaby, żeby ją wypłoszyć, ale w tej chwili bezpośredni kontakt wzrokowy jest czymś elektryzującym. Miło jest zostać dostrzeżoną. Miło jest nie bać się widoku ludzi. Jedyną osobą, której się teraz boi, jest ona sama – nikt inny nie próbował jej zabić.
[…]
Oto dar, jaki może dać przypadkowy nieznajomy, myśli – wolność mówienia, co się chce i bycia, kim się chce. Bo co go to obchodzi. Nie zna jej i nigdy nie pozna. Wymieni całą listę powodów, dla których nie powinna popełniać samobójstwa, ona powie, że zmieniła zdanie, a potem wyjdą z jacuzzi, rozejdą się i nigdy więcej o sobie nie pomyślą. On jednak mówi tylko: „O kurde”, jakby wdepnął w błotnistą kałużę. To sprawia, że jej problem wydaje się mały i rozwiązywalny. Jest czymś, co on rozumie. Może powinnam dodać, że postanowiłam tego nie robić. To w sumie dość istotny szczegół – mówi on. A potem dodaje: Przepraszam, nie powinienem z tego żartować. Ależ proszę, żartuj śmiało. To jedyny zabawny aspekt całej tej sprawy. Mogę spytać, jak zamierzałaś to zrobić? Profesor Stone, kocie tabletki przeciwbólowe, pokój Szalone Lata Dwudzieste. Kocie tabletki? To trochę… Banalne? Nie – śmieje się on. Mało skuteczne. Kto bierze kocie tabletki? Najwyraźniej osoby, które nie nastawiają się na sukces. Czyli przyjechałaś aż tu, żeby się zabić, łykając kocie tabletki… Nie byle jakie kocie tabletki. To były tabletki mojego kota.
[…]
Moby Dick to też porno – mówi Phoebe. Jakie porno?! Ze statkiem! Fantazja o facecie na morzu i szalonej przygodzie. Tylko że zamiast skończyć się na kobiecie, która ma trzykrotny orgazm… Ej, bez spojlerów! Kończy się na wielorybie… Który ma trzykrotny orgazm? Właśnie. A potem rozwala statek i praktycznie wszyscy umierają. Wiedziałem. Oboje się śmieją. Ona wyciąga ręce i wodzi palcami po ciepłej wodzie, patrząc na księżyc. Życie jest niewiarygodne, myśli. Wczoraj omal nie umarła w samotności w hotelowym pokoju, a teraz siedzi tu i flirtuje z facetem, którego wcześniej uznałaby za „zbyt atrakcyjnego”. Zobaczyłaby go w barze i skreśliła, bo był przystojny. Przecież to absurd. Wymyśliła sobie zasadę, że nie będzie się interesować zbyt interesującymi ludźmi z tego samego powodu, dla którego jej mąż nie chciał zatrudnić filozofów, którzy mieli agenta. „No wiesz, najpierw trzeba sobie zadać pytanie, czy ktoś tak sławny chciałby prowadzić u nas wstęp do etyki”, powiedział. „Nie sądzę”. A ona się zgodziła, bo myślała to samo, gdy spotykała atrakcyjnych mężczyzn. Czy ktoś tak przystojny będzie chciał ścierać okruchy z blatu? Przytrzymać włosy córce, kiedy złapie grypę i będzie wymiotowała? Słuchać wykładu na temat ideologicznych źródeł mody na brodę w czasach wiktoriańskich?
[…]
Wrócili do pisania, ale ona nie mogła się skupić. Zmieniła się atmosfera. Phoebe chciała teraz siedzieć i pić gin z tym chłopakiem. Chciała wiedzieć, jak wyglądała Virginia Woolf. Znalazła jej zdjęcie w sieci i zorientowała się, że nigdy dotąd uważnie jej się nie przyglądała. Owszem widywała zdjęcie Woolf na okładkach książek, które czytali jej koledzy, ale tego popołudnia zobaczyła ją w nowym świetle – w świetle, w którym nagle mogła spojrzeć na siebie oczami Matta. I wzrok chłopaka, który się w niej zakochiwał, pozwolił jej dostrzec, jak uduchowiona była Woolf, jaka była piękna – pod odpowiednim kątem. Phoebe tak zawsze myślała o sobie. Ładna, ale tylko pod pewnym kątem. No dobra, poddaję się – powiedział Matt. Siedzę i googlam zdjęcia Woolf. Ja też – przyznała Phoebe. W takim razie powiem ci, że to na pewno był komplement. Uśmiechnęła się do siebie schowana za komputerem.
[…]
Nieprzewidywalność – oto czego nienawidziła i co kochała w życiu. W jednej chwili mogło się zmienić wszystko. W jednej chwili mogła się zastanawiać, co zrobić mężowi na kolację, a w następnej on jej mówił, że kocha kogoś innego. Ale też jednego dnia mogła być sama w hotelowym pokoju gotowa na śmierć, a następnego – szykować się na żagle z pięknymi nieznajomymi.
[…]
Niemcy to był nasz ostatni przystanek – mówi Lila. Wybraliśmy się do Schwarzwaldu, żeby obejrzeć zamek Disneya. Rany, byliście w zamku szalonego króla? – pyta Phoebe. Zawsze chciałam go zobaczyć. Nie, byliśmy w zamku Walta Disneya – wyjaśnia Lila. Wiem, ale nazywa się go też zamkiem szalonego króla – mówi Phoebe. Albo Neuschwanstein. No tak, nie mam pojęcia, jak się nazywa naprawdę – mówi Lila. Myśmy go po prostu nazywali zamkiem Disneya, bo Gary mi powiedział, że Disney wzorował na nim zamek Śpiącej Królewny. A ponieważ Gary wie, że uwielbiam wszystko, co disnejowskie, postanowił wynająć samochód, zawieźć mnie tam i oświadczyć się przed bramą. Tylko że dostaliśmy kupę złomu, która wyciągała nie więcej niż sześćdziesiąt na godzinę, przez co spóźnilibyśmy się na ostatnie zwiedzanie. Więc Gary zatrzymał się przy wypożyczalni BMW obok autobahnu i wynajął drugi samochód, superszybki. Na autobahnie nie ma ograniczeń prędkości – dodaje. To było niesamowite.
[…]
Laby w Kielichu – oznajmia Phoebe. W liczbie mnogiej powinien być wyraz określany, a nie określający. No ale przecież nie mówi się Seksy na Plaży – protestuje Marla. Słusznie, ale to dlatego, że seks jest rzeczownikiem niepoliczalnymi liczba mnoga brzmi dziwnie. Rzeczownikiem niepoliczalnym? – pyta Suz. Co to takiego? Chodzi o to, że nie mówimy: uprawiałam dwa seksy – wyjaśnia Phoebe. Tylko uprawiałam seks dwa razy. Mów za siebie – wtrąca Jim. Ja tam miałem dwa seksy zeszłej nocy. Wszyscy się śmieją – poza Marlą, która jest równocześnie zirytowana i pod wrażeniem.
[…]
Phoebe się śmieje. On też. Jim patrzy na nich, jakby ta rozmowa go przerastała. Nie, mój był w typie: skoro mieszkamy w małej chatce rybackiej nad rzeką, to nie musimy jeździć na wakacje – wyjaśnia Phoebe. Ach, tego typu nie znałem – mówi Gary. Są na świecie ludzie, dzięki którym przypominamy sobie ulubiony sposób prowadzenia rozmowy. Phoebe bardzo dawno nikogo takiego nie spotkała, ostatni był jej mąż i dlatego tak bolało, gdy zaczęła zapominać, jak z nim rozmawiać. Kiedy na niego patrzyła, zbyt często myślała o tym, o czym nie powinna wspominać, na przykład o owulacji albo depresji, albo o czymkolwiek, co niosło ze sobą cień smutku. Może dlatego nie powiedziała mu o śmierci Harry?ego. Nie chciała dostarczać kolejnego dowodu na to, że jest odstręczającą porażką. Może dlatego po prostu zarzuciła na Harry?ego koc i uciekła. Ale istnieje – mówi Phoebe. To znaczy formalnie rzecz biorąc, już nie. Nie żyje. Och, przykro mi. Czyli teraz jesteś prawdziwą sierotą.
[…]
Wielkie nadzieje. Unosi pięść do góry. Uwolnić książki – mówi i Phoebe się śmieje. Jest zaskoczona. Może jednak wcale go nie zna. Może Gary bez przerwy podejmuje takie decyzje. Dlaczego zawsze próbuje ludzi zredukować, wcisnąć ich do tych maleńkich przegródek, gdzie jest miejsce tylko na jedną albo dwie cechy? Gary jest sceną, a Lila piosenką, myśli Phoebe. A zaraz potem: nikt nigdy nie jest czymś przez cały czas. Przecież pewnego dnia Phoebe obudziła się i postanowiła popełnić samobójstwo, a to nie jest coś, co robi wieczna pasażerka życia. Wieczna pasażerka życia nie wychodzi z łóżka. Uwolnić książki – mówi. I też odwraca książkę grzbietem do frontu. Kontynuują tę swoją wywrotową działalność, a Pauline w tym czasie próbuje ugłaskać Lilę.
[…]
Zbiera posążki i odnosi je do pokoju matki. Gary i Phoebe odchodzą w milczeniu. Dopiero gdy skręcają za róg, Gary, pyta: Skąd znasz zwyczaje kruków? Przychodzi taki moment, że każda osoba wykładająca literaturę musi im poświęcić cały dzień – mówi Phoebe. Kruki są wszędzie. Pisarze nie potrafią się im oprzeć. No wiesz, symbol śmierci, żałoby, świata zmarłych, tego typu sprawy. Poe, prawda? – mówi Gary. Ten wiersz o kruku? Nigdy już, nigdy już. Boże, czytałem w liceum. Pamiętam, że mi się podobał, ale nie pamiętam już czemu. Jest bardzo emo. Dlatego trafia do większości studentów. Facet ze złamanym sercem nie może przeboleć straty żony. Mówi to bez zastanowienia, ale on nie wydaje się dotknięty jej słowami. Szczerze? Jestem pod wrażeniem, że w ogóle ich obchodzi tęsknota wdowca w średnim wieku. Moi studenci zwykle uwielbiają bohaterów pogrążonych w żałobie– mówi Phoebe. – Myślę, że młodym ludziom to się wydaje szlachetne. Nie wiedzą, że prawdziwy heroizm to wziąć prysznic i wyjść po zakupy. Oboje się śmieją.
[…]
Może taka rozmowa, taka szczerość na środku korytarza o piątej po południu powinna być krępująca, ale Gary nie wydaje się zakłopotany. Całkiem możliwe, że człowiek przywyka do szczerości, gdy słucha ludzi z absolutną powagą opowiadających o swojej defekacji. Gdy spędza całe dnie w niewielkim gabinecie, gdzie pacjentów czekają tylko życie albo śmierć. Gdy jego zadanie polega na przekazaniu im prawdy ostatecznej na temat ich odbytu. Nie wspominając o bycie. Tymczasem Phoebe najpierw przeszła szkołę depresji ojca, a potem szkołę złośliwości akademii, gdzie nauczono ją wykazywać luki w każdej argumentacji i defekty w każdym tekście. Przez krótki czas to było fascynujące. „Dla Matthews twierdzenie, że Dziwne losy Jane Eyre są lub nie są powieścią feministyczną, oznacza niezrozumienie istoty feminizmu”, napisała w artykule, który ukazał się drukiem. Zaraz po publikacji była z niego dumna, ale kilka miesięcy później na samą myśl o nim czuła w ustach cierpki smak, jakby wydała na świat coś zepsutego, i za każdym razem, gdy siadała do swojej książki, miała wrażenie, że tylko czeka na krytyka, który wykaże wszystkie jej wady. Kogo interesuje, ile razy Jane Eyre chodziła na spacer? Jakim cudem Stone może twierdzić, że świat natury jest równocześnie przestrzenią prywatną i publiczną? I dlaczego wolność, której Jane Eyre doświadcza, spacerując z panem Rochesterem, nie kłóci się z „uwięzieniem w świecie «nienaturalnym», stworzonym przez człowieka”, jak pisze Stone? W tym momencie zwykle przestawała pracować nad książką i brała papierosa. Phoebe woli ten nowy sposób myślenia. Może to po prostu jedna z naprawdę miłych rzeczy, które przychodzą z wiekiem. Może osiągnęła ten etap w życiu, gdy zaczyna mówić, co myśli, bez względu na wszystko. Bo żadna prawda nie może być gorsza od uczucia, które pojawiło się przez lata ukrywania się przed nią.
[…]
Phoebe zdaje sobie z tego sprawę. A mimo to czarne myśli wygrywają. Przygważdżają ją do dywanu w szachownicę, do jej samotnej egzystencji. Pewnie należałoby zadzwonić do nowego terapeuty. Phoebe jednak wciąż ma wrażenie, jakby przebywała poza czasem. Powinna nie żyć, a żyje – świadomość tego bonusowego życia po życiu w pokoju z widokiem na ocean bardzo jej pomaga. To i Carlson, który zjawia się o zachodzie słońca, żeby „przygotować pokój do snu”. Przygotować pokój do snu? – pyta Phoebe. To znaczy przygotować go dla pani do snu – mówi Carlson. Macie taką usługę? Phoebe wyobraża sobie, że Carlson odkrywa kołdrę, a potem otula nią Phoebe jak kiedyś ojciec. Opowiada jej cudowne rzeczy o wszechświecie jak kiedyś mąż. Głaszcze ją po głowie, gdy ona zapada w sen bez marzeń.
[…]
Phoebe podoba się jego południowy akcent. Zaczyna się zastanawiać, czy tak jak Pauline sprawia wrażenie sympatyczniejszego niż jest w rzeczywistości. Podejrzewa, że tak się dzieje w przypadku większości osób, zwłaszcza jej samej. Bo Phoebe nie jest sympatyczna. Nie, po prostu bardzo się starała, żeby ją lubiano, żeby lubiła ją Mia i jej mąż, nawet po romansie. Zachowywała się, jakby była bardzo miłą bohaterką dramatu Ibsena i czekała, aż publiczność zacznie bić brawo albo ją wygwiżdże. Uzna za potwora albo ogłosi świętą. Ale w fantazjach nigdy nie była miła. Życzyła im obojgu wszystkiego najgorszego. Proszę bardzo – mówi Carlson, gdy po powrocie prezentuje korek do wanny i ładowarkę na mosiężnej tacy. Tym razem Phoebe naprawdę się śmieje.
[…]
Tak właśnie Phoebe czuła się pod koniec małżeństwa. Jakby odgrywali początek – wieczorami chodzili na randki, zapraszali się nawzajem. Matt zawsze mówił: „Jasne, chodź z nami na piwo”. Ale ona wyczuwała, że tak naprawdę wcale nie zależy mu na tym, żeby przyszła. Jej obecność stała się dla męża w pewnym sensie nieistotna – jak można sobie poradzić z takim bólem? Jak można sobie poradzić z tym, że się przestało być centrum czyjegoś świata i zamieniło w kogoś nieistotnego? Jak sobie poradzić z tym, że z kogoś, kto płakał przyjaciółkom w rękaw, stało się kimś, kto boi się do nich zadzwonić po śmierci ojca? Tego Phoebe nie wiedziała. Ona też nie była przygotowana na tę stratę. I tak jest właściwie z każdym – mówi Lila. Jakbym udawała, odgrywała to, kim kiedyś byliśmy albo kim moglibyśmy być.
[…]
Rybak się odwraca, a ona siada obok na skale, choć nie prosił jej, żeby dotrzymała mu towarzystwa. Ona jednak uznaje, że niektórzy ludzie tak mają (dochodzi do wniosku, że teraz, gdy ma czterdziestkę i jest samotna, lubi o różnych rzeczach decydować – niektórzy już tak mają). Nie proszą o to, czego potrzebują. Pod tym względem są jak religijne dzieci i mylą cierpienie z dobrocią. Jej ojciec zachowywał się tak, jakby samotność była dobrym treningiem, czymś, co ostatecznie się opłaci – zwykle tak nie było, ale czasami, kiedy łowił ryby, owszem. Zawsze miał pełne wiadro, a każdą kolejną rybę wrzucał bezceremonialnie, mówiąc do Phoebe: „Ludzie, nie ma się czym podniecać. To tylko drobnica”. Lubiła, jak ojciec to robił, mówił „ludzie”, choć zwracał się tylko do niej, jakby Phoebe była wielką publicznością. Stała ze stoickim spokojem, jak jej przykazano, jakby była po prostu dziewczynką, która lubi być grzeczna, a grzeczne dziewczynki nie lubią zabijania. Grzeczne dziewczynki lubiły wiatr we włosach i zaczerwienioną twarz mężczyzny, gdy uderzał rybą o skałę. Zabijał ją na miejscu. I wrzucał do wiadra. W oddali wzbierają fale, które rozbijają się o brzeg, a ona nie może oderwać od nich wzroku. Czuje wdzięczność, jakby siedząc tu, na poziomie morza, osiągnęła coś monumentalnego, mimo że z bliska ocean jest przerażający. Tak właśnie mogłaby wyglądać wieczność. Phoebe nie widzi ani jego końca, ani dna. Nie widzi mrocznego przestworu, ale wie, że są istoty, które w nim żyją. Które uważają go za coś normalnego. Wyciąga rękę i dotyka wody.
[…]
Nigdy nie była zawołaną piechurką, nigdy tak naprawdę nie rozumiała sensu pieszych wycieczek, przez co czasami czuła się kiepską wiktorianistką. Nie chodziła na spacery jak Jane Eyre ani nie błąkała się po wrzosowiskach jak siostry Brontë, choć wyobrażała sobie, że mogłaby mieć do dyspozycji jakieś wrzosowisko. A teraz wybrała się na wędrówkę. Ocean jest jak wrzosowisko, myśli. Otwarty przestwór wód, którego skrajem maszeruje aż do Land?s End. Domu Edith Wharton. Choć tak naprawdę to już nie jest dom Wharton. Teraz należy do jakichś przypadkowych ludzi z Connecticut – tylko tyle udało jej się dowiedzieć przez telefon. Próbuje podejść bliżej, wspina się po skałach, ale nie jest dość żarliwą wielbicielką pisarki, żeby traktować tę wizytę jak pielgrzymkę. Książki Wharton kończyły się zbyt tragicznym, fatalnym w skutkach nieporozumieniem w stylu Romea i Julii Phoebe szanowała to i zarazem nie znosiła. Wszystko inne jednak uwielbiała. Przyjęcia, stroje, rozmowy. Zachwycało ją poczucie humoru Wharton. Jej bystre oko. Uwielbiała Lily Bart i była zdruzgotana, gdy ta na końcu popełniła samobójstwo. Ale kiedy Wharton mieszkała w tym domu, nie miała na koncie żadnej książki. W Land?s End była nikomu nieznaną nieszczęśliwą mężatką. Prawdziwa Edith Wharton jeszcze się nie narodziła. Jeszcze się nie rozwiodła. Jeszcze nie została pisarką. Ani korespondentką wojenną we Francji. Jakie to musiało być okropne uczucie – nie wiedzieć tego wszystkiego o sobie, przesiadywać na rozległym trawniku, patrzeć na morze i mieć poczucie, że to koniec wszystkiego. Ciekawe, co sprawiło, że dostrzegła przed sobą drogę.
[…]
Phoebe jedzie szybko, choć nie na tyle, żeby przestraszyć Juice. Prędkość wydaje się działać na dziewczynkę uspokajająco – Juice czyta coś na telefonie, a Phoebe odpowiada to milczenie. Przyjmuje je wręcz z ulgą. Nie znosi udawania radosnej przed cudzymi dziećmi. Pewnie dlatego tyle razy słyszała, że nie jest dobrym materiałem na matkę. Ale jej zdaniem ludziom, którzy to mówią, chodzi o to, że nie zachowuje się jak matki w telewizji, często hałaśliwe, zawsze gotowe kogoś przytulić, nieważne kogo. Tymczasem Phoebe nie należy do osób, które lubią się przytulać. Tak samo jak jej ojciec. Kiedy chciał powiedzieć, że kogoś kocha, klepał go po plecach. Nigdy nie rozpływał się nad Phoebe, a ona nie rozpływała się nad cudzymi dziećmi. Nie znaczy to jednak, że ich nie lubiła. Po prostu w przeciwieństwie do męża nie miała poczucia, że musi się przy nich starać. Podejrzewała, że dzieci wcale za tym nie przepadają, głównie dlatego, że kiedy była mała, sama traktowała to z niechęcią. Choć gdy jej mąż pierwszy raz wziął na ręce córeczkę Mii i zakręcił nią wokół, jakby to był samolot, małej się naprawdę spodobało.
[…]
Prawdziwy romans zaczął się dopiero po walentynkach. Phoebe jednak wiedziała, że po Święcie Dziękczynienia coś się zmieniło, bo przestali się dotykać, kiedy obok siebie przechodzili. Przestali uprawiać seks, a Phoebe ze zgrozą odkryła, jak łatwo żyć z mężem bez seksu. Przerażało ją, że wolała inną wersję swojego męża, tę, którą wykreowała w wyobraźni. To o tym mężu myślała, gdy masturbowała się o poranku. Kręciło jej się w głowie. Czuła się pusta, ale to była czysta pustka. Brak seksu przypominał jej czasem niejedzenie mięsa albo makaronu. Zdarzało się, że była z siebie absurdalnie dumna. Po trzech miesiącach zdarzało jej się jednak czuć taką tęsknotę za realnym mężem, że podchodziła, gdy siedział na kanapie, i całowała go w usta. To proste polecenie – powiedział, oceniając prace. Był luty, semestr wiosenny zaczął się parę tygodni temu, a on już sprawiał wrażenie poirytowanego. To do niego nie pasowało. Przeanalizuj metaforę wrony. Ale wszyscy to robią źle. Piszą, że wrona jest zwiastunem śmierci, choć nic na to nie wskazuje. Po prostu zakładają, że tak jest, i nie widzą, że autor próbuje powiedzieć coś innego: że wrony to w rzeczywistości stworzenia bardzo ciekawskie i towarzyskie! Mam ochotę wygarnąć każdemu: „Czy ty w ogóle widzisz, co tu jest napisane? Wiesz, co to takiego wrona?”.
[…]
Phoebe myślała tak samo na studiach, gdy widziała ludzi, którzy wyglądali, jakby cały ranek próbowali upodobnić się do postmodernistycznego obrazu. Dzięki temu lepiej czuła się w swoich dżinsach. Teraz jednak nie uważa, żeby to była cała prawda. Kobieta musi dobrze wyglądać. Strój jest dla niej tłem, ramą, nie stanowi o powodzeniu, ale jest jego częścią – mówi Phoebe. To cytat z powieści Edith Wharton. Phoebe uderzyło kiedyś to stwierdzenie jako niezwykle prawdziwe, choć jej studenci uważają je za płytkie. Podobnie jak Juice. To smutne – mówi dziewczynka. Nie powinno się z kimś umawiać tylko dlatego, że nosi jakieś ubranie. Moim zdaniem Wharton ma na myśli coś więcej – wyjaśnia Phoebe. Chce zwrócić uwagę na tajemnice, które ludzie zdradzają swoim strojem. Podziwiając czyjąś sukienkę albo marynarkę, tak naprawdę podziwiamy coś innego. Na przykład ciało? – pyta Juice. Albo to, ile ten ktoś ma pieniędzy? Tak i tak. Ale nie. Widać, że nigdy nie zakochałaś się w chłopaku tylko dlatego, że codziennie wkładał ten sam pasek – mówi Phoebe. Juice się śmieje. Zakochałaś się w chłopaku z powodu paska? Mój były mąż miał go na pierwszej randce. Pamiętam, że bardzo mi się spodobała jego gładka jasnobrązowa skórka, a potem ciągle zwracałam na niego uwagę.
[…]
Gdy Juice nic nie odpowiada, Phoebe zaczyna się bać, że ją straciła, że może dla dziecka to za dużo – tak samo martwiła się, że traci swoich studentów, gdy na zajęciach zapadała cisza. Bo ich milczenie w czasie pandemii było czymś potwornym. Traktowała je jako dowód na to, że jej nie lubią, że oni też nie mogą się doczekać, żeby odejść. Nie zawsze jednak nauczanie wzbudzało w niej takie emocje. Na początku wręcz uwielbiała wykładać i często żal jej było rodziców, którzy nie mieli szansy poznać swoich dzieci tak jak ona. Bo nauczyciele znajdują się w tej wyjątkowej sytuacji, że mogą otwierać umysły uczniów. Młodzi ludzie chętnie wierzyli, że gdy Phoebe zadaje pytanie, to prowadzi ono do czegoś ciekawego. To było takie miłe, że byli gotowi z nią podążać. Wierzyli, że jest dobrą wykładowczynią, a ona wierzyła, że są dobrymi studentami i siedzą w milczeniu nie dlatego, że jej nie lubią, tylko dlatego, że myślą. Z tego powodu postanawia zaufać milczeniu Juice. Nie cofa swojego pytania ani za nie nie przeprasza. Po prostu czeka, aż dziewczynka się odezwie.
[…]
Patricia stoi w wejściu z koktajlem w dłoni, zaskoczona, jakby zdążyła się pożegnać z ubraniami i teraz nie potrafi zrozumieć, jakim cudem wróciły, powstały z martwych. Proszę to postawić tam. Wskazuje na marmurowy stolik z posążkami kruków, najwyraźniej miejsce, gdzie trafia wszystko, co nie żyje. Phoebe odkłada torbę koło figurek odwróconych dziobem do ściany, jak gdyby stały w kącie. Wystarczy rzut oka, żeby stwierdzić, że kruki są tu wszędzie, podobizna jednego znajduje się nad łóżkiem, inny siedzi pod abażurem na stoliku nocnym. Obok Phoebe dostrzega dwie książki: Jak zostać swoim najlepszym przyjacielem i Umieramy samotni. Patricia wraca na swoje miejsce, dając Phoebe do zrozumienia, że powinna już iść, ona jednak czuje, że musi zostać. Może ta kobieta umrze samotnie, ale nie powinna pić w samotności.
[…]
Na początku kupowaliśmy tylko żyjących artystów. Ale potem, w miarę upływu czasu, część z nich zmarła, więc zaczęliśmy się interesować również nieżyjącymi. I tym samym otworzyły się przed nami nowe możliwości. Teraz mieli ogromną kolekcję obrazów Hudson River School, nie wspominając o jednym Warholu. Macie Warhola?! Powinnam go przekazać hotelowi, naprawdę. Niech powieszą w końcu coś stosownego – mówi, spoglądając na płótno nad łóżkiem. Proszę mi powiedzieć, pani profesor czy pani zdaniem to alegoria śmierci, czy nie. Phoebe patrzy na podobiznę kruka, który przycupnął na zasuszonym plasterku pomarańczy. Zdecydowanie alegoria śmierci – stwierdza. Dziękuję! Nareszcie ktoś z odrobiną rozsądku. Lila nie chce przyjąć tego do wiadomości, co mnie zresztą wcale nie dziwi. I rozumiem, że hotelowi zależy na uzyskaniu pewnej autentyczności, stąd ta wiktoriańska makabra, ale czy musieli to wieszać akurat nad łóżkiem kogoś w moim wieku? Już i tak mam problemy z zaśnięciem, nie potrzebuję, żeby mi się jeszcze przyglądał zwiastun śmierci.
[…]
Nie chciałam, żeby ktoś mnie ocalił przede mną. Nikt tego nie chce! Chcemy tylko zgody na to, żeby stać nago i być sobą. To do Phoebe przemawia. Brzmi dokładnie jak coś, czego chce, czego w skrytości ducha zawsze pragnęła. Czytać książki, kiedy ma na to ochotę. Być smutna, kiedy jest jej smutno. Bać się, kiedy się boi. Wściekać, kiedy jest zła. I nudzić, gdy jej nudno. Oczywiście dla Lili obraz był czymś żenującym – mówi Patricia. Jak przyniosłam go do galerii, tygodniami nie chciała ze mną rozmawiać. Wpadła w histerię i wciąż powtarzała: „Tatuś jest chory, a ty się rozbierasz przed jakimś mężczyzną?”. Więc jej oznajmiłam: „Skarbie, twój ojciec uwielbia kubizm”. Śmieje się. Teraz wiem, że Henry?emu też całe życie zajęło zaakceptowanie prawdy na swój temat. Mam nadzieję, że Lila nie będzie potrzebowała aż tyle czasu.
[…]
Może nie skupiajmy się na rozwodzie, tylko raczej na tym, co cię w tym nieznajomym podnieciło – proponuje Babka od Seksu. Nie wiem – odpowiada Phoebe. Przypomina sobie tamtą noc, chwilę, gdy siedzieli razem w różowym świetle brzasku. Powiedziała mu, że przyjechała się zabić, a on nie odwrócił wzroku. Podobało mi się, że patrzył mi w oczy. Kontakt wzrokowy bywa bardzo podniecający. Nie bał się na mnie patrzeć. Nie bał się tego, co mówiłam. Nie bał się tego, co we mnie najgorsze. I dzięki temu to, co najgorsze, przestało być złe. Czułam się, jakbym mogła mu powiedzieć wszystko. I być kimkolwiek.
[…]
Nigdy się nie zastanawiałam, co tak naprawdę lubię. Co to znaczy? To znaczy, że się martwię – mówi Lila. Nie myślę, czego chcę, tylko martwię się, co się może wydarzyć, a potem się zastanawiam, jak temu zapobiec. A kiedy mi się wydaje, że wiem, czego chcę, to wcale nie jestem pewna, bo jest zbyt… dziwne. Myślałam, że nie lubisz dziwnych rzeczy. Nie chodzi mi o taką dziwność – mówi Lila. Tylko o taką okropną. To znaczy? Nie mogę powiedzieć. Możesz. To zbyt straszne. Ja ci powiedziałam, że chcę się zabić. Co może być straszniejszego? Lila kiwa głową.
[…]
Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Nigdy o niczym nie rozmawiamy. Zawsze udajemy, że wszystko jest w porządku. Tak jak kiedyś. Ale nie jest. Bo ja czasami nie mogę znieść, kiedy mnie dotyka. Lila wyjaśnia, że właśnie dlatego wciąż wymyśla różne atrakcje. Byliśmy w Luwrze, a ja się nudziłam. Byliśmy w Hiszpanii, a ja się nudziłam. Byliśmy we Florencji, a ja się nudziłam. Cały czas myślałam: Rany, Lila, jesteś z narzeczonym we Włoszech. Spójrz tylko na te budowle. Spójrz na te obrazy. Na ten stary kościół. Na bruk! Gary był taki zachwycony, ciągle tylko: „Wyobraź sobie budowniczych, którzy własnymi rękami kładli te kamienie”. A ja przez cały czas myślałam: Mam to gdzieś. Jak to możliwe, że kogoś naprawdę obchodzą kamienie? Wyciera nos.
[…]
Prawdziwe tornado – mówi Gary. Poznaliśmy się w koledżu. Ona studiowała malarstwo, ja się przygotowywałem do medycyny. Wracając ze szpitala, przechodziłem obok otwartych pracowni. Tam ją zobaczyłem po raz pierwszy, stała przed obrazem, który był cały czerwony. Wiedziała, że nic nie łapię. „To trzydzieści odcieni czerwonego”, powiedziała, a ja wciąż tego nie dostrzegałem. Zobaczyłem dopiero, jak mi zaczęła je pokazywać. I właśnie to w niej kochałem. Zawsze widziała rzeczy, których ja nie dostrzegałem. Serio, widziałem tylko wielką czerwoną plamę. Ale potem, parę dni później, nagle je dostrzegłem. To było cudowne. To chyba najlepszy opis zakochania, jaki kiedykolwiek słyszałam – mówi Phoebe. Zamieszkali w Tiverton w pięknym starym wiejskim domu, o którym napisało lokalne czasopismo. Mieli przyjaciół: poetów, pisarki, artystki, aktorów i farmerów, z którymi pili piwo w ogrodzie. Juice posłali do prywatnej szkoły w miasteczku, gdzie przyjaźniła się z dzieciakami, które uważały, że fajnie jest obserwować gąsienice przędące kokony. Dobrze się razem bawiliśmy. Potrafiliśmy jednego wieczoru obejrzeć trzy części Ojca chrzestnego. Wymyślaliśmy tematyczne drinki, na przykład na Dzień Prezydentów. Było wspaniale. Serio. Ale życie jest dziwne, człowiek myśli, że jakaś jedna rzecz da mu szczęście, a potem ją dostaje i okazuje się, że może wcale nie jest taki szczęśliwy, jak sobie wyobrażał, bo codzienność wciąż jest codziennością. Jakby to szczęście było tak wielkie, że można w nim żyć, tylko jeśli się przestanie je widzieć albo czuć. I wtedy człowiek zaczyna się fiksować na czymś innym: chce dziecka, potem pojawia się dziecko i szczęście znów jest tak wielkie, że wydaje się niczym. Jak powietrze.
[…]
Nadzieja to potężna siła. Wpatrywał się w wyniki kolonoskopii i widział coś, co wydawało mu się naprawialne. Wiem, że ratuję ludziom życie, ale potrafię je też zniszczyć. Wystarczy, że powiem kilka słów, a człowiek staje się kimś zupełnie innym. Nie rozumiałem tego, dopóki lekarz Wendy nie zrobił tego z nami – mówi. – Dlatego zaproponowałem jeszcze jedną chemię. Zasugerowałem, że to może pomóc. Albo przynajmniej przedłużyć życie o rok. Byli tacy szczęśliwi. Jezu, uwielbiam to uczucie. To jest taki haj. Chciałem więcej. Chciałem sprawić, że znowu będzie szczęśliwa. Więc wróciłem do galerii i rzeczywiście kupiłem tamten obraz. To znaczy próbowałem go kupić – wyjaśnia. Bo ona się uparła, żebym wziął go za darmo. W prezencie za to, że zająłem się jej ojcem. Dobrze było zanieść obraz do domu. Powiesić w łazience, jak zasugerowała Lila. Gary miał wrażenie, jakby to była pierwsza rzecz, którą zrobił od śmierci żony. Mały krok w stronę życia, miły gest, akt sprzeciwu wobec entropii, coś, dzięki czemu zachował się po ludzku wobec innego człowieka. Przede wszystkim jednak to była decyzja, żeby powiedzieć: „Nie wiem, czy to dobry obraz, ale moim zdaniem to obraz, który coś znaczy”. Bo o to chodzi w sztuce, prawda? Artyści patrzą na świat i dostrzegają możliwość tworzenia znaczeń. Wendy przyglądała się swojemu cierpieniu i próbowała coś w nim dostrzec. Nawet na końcu, jak już umierała. Myślę, że dlatego artyści zawsze budzili we mnie zazdrość. Ja codziennie patrzę na okrężnicę i widzę… śmierć albo gówno – mówi Gary. Wendy widziała inne, piękniejsze rzeczy, a ja na niej pod tym względem polegałem.
[…]
Gary drapie się po brodzie, Phoebe zauważyła, że robi tak, kiedy zaczyna się denerwować. Gdy odwołają ślub, nie będzie musiał jej golić. To pierwszy raz, kiedy Phoebe pozwala sobie fantazjować o tym, że ślub się nie odbędzie. O przyszłości, w której może wyciągnąć rękę i dotknąć jego twarzy. W innej wersji tej historii zrobiłaby to. A potem by się pocałowali. I następnego dnia rano czuliby się okropnie. Ale Phoebe jest na to za mądra. Ma za sobą zbyt wiele okropnych poranków – wystarczy jej do końca życia. Dlatego po prostu stoi, podziwiając jego twarz, nawet siwiznę. Zwłaszcza siwiznę. Nie wiedziała, że tak to wygląda, kiedy się człowiek starzeje – że te same rzeczy, które odrzucały ją, gdy była młoda, teraz ją pociągają. Siwe włosy Gary?ego, jego zmęczenie, prawdziwa konsternacja, jaką budzi w nim życie, wydają jej się niesamowicie seksowne i nie jest pewna, czy wie, dlaczego. Pociągają ją jego doświadczenia, pociąga ją mężczyzna, który najpierw przeżył wielką miłość, potem nagłą stratę, a teraz idzie dalej. Mężczyzna, który pochował żonę, wrócił do domu, a następnego dnia obudził się i zaczął obierać ziemniaki. Mężczyzna, który przeżył dość, żeby doceniać kamienie pod stopami.
[…]
Śmieją się. Ruszają. On mówi o swoich dolegliwościach, ona o swoich, a potem o tym, że rozmowa o tym, co im dolega, jest dużo zabawniejsza, niż sądzili w młodości. Tak na serio to w ogóle nie jest narzekanie – stwierdza Gary. Tylko poważna sprawa. Absolutnie się z tobą zgadzam. No bo co, mielibyśmy pomijać milczeniem kwestię rozkładu naszych ciał? W końcu to największy dramat życia. To trochę tak, jakby się człowiek znajdował na tonącym statku i nie wolno mu było o tym wspominać. Bo za każdym razem, kiedy mówi, że statek tonie, ludzie wywracają oczami.
[…]
Pyta, jakie Phoebe ma doświadczenie w opiece nad dziewiętnastowiecznymi rezydencjami, a ona mówi, że żadnego, choć wiele badała na potrzeby swojej pracy. Nie wspomina, że w większości były to posiadłości fikcyjne, często pełniące funkcję metafory kolonializmu. Prowadziłam badania nad wieloma historycznymi budowlami – mówi. Jeden z rozdziałów doktoratu poświęciłam wiktoriańskim przestrzeniom domowym. Zainteresowało mnie, że w dziewiętnastowiecznych powieściach wnętrze domu przedstawia się jako pierwotnie kobiece, a świat natury jako pierwotnie męski. Wspomina lata spędzone w podziemnych archiwach. Miło jest znów opowiadać o swoich badaniach. Na studiach doktoranckich godzinami katalogowała wpływ każdego pomieszczenia na postaci w Dziwnych losach Jane Eyre – przesiadywała w bibliotece, wertowała źródła i ani się obejrzała, jak robiło się ciemno. Uwielbiała te początki, czasy, kiedy jeszcze nie wiedziała dokładnie, o czym będzie pisać i była dopiero o krok od odkryć.
[…]
Myślisz, że kobieta, która zbiera takie dzieła, jest wyjątkowo szczęśliwa czy wyjątkowo nieszczęśliwa? – pyta Phoebe. To pytanie zakłada, że możemy być szczęśliwi – mówi Gary. A nie możemy? Myślę, że źle podchodzimy do tego problemu. Jakby szczęście to był niezmienny stan, który mamy osiągnąć. Jakbyśmy mogli żyć w nim bez końca. Tymczasem moje doświadczenie wskazuje na co innego. Dla mnie szczęście to coś, co przychodzi i odchodzi. Pojawia się, a potem pryska jak bańka. Kiedy ostatni raz byłeś tak naprawdę szczęśliwy? – pyta Phoebe. Szczerze? Teraz. Phoebe chce zapytać, dlaczego. Dlatego, że jutro się żeni? Czy może chodzi o to, że jest tu, w tej rezydencji, razem z nią? Ona sama czuje się niesamowicie szczęśliwa, jakby tego rodzaju porozumienie między dwojgiem ludzi mogło naprawić wszystko. Przez chwilę fantazjuje o tym, że mieszkają tu razem, razem przemierzają korytarze i rozmawiają przy śniadaniu o płótnach z Paryża.
[…]
Wsiadają do samochodu. Phoebe się zastanawia, czy to, co czuje do Gary?ego, może być nową formą miłości, taką, której wcześniej nie znała: miłości bez oczekiwań. Miłości, która sama w sobie jest szczęściem. Miłości, której nie próbuje się mieć na własność jak obrazu. Ale nie wie, czy to prawdziwe uczucie. Ma nadzieję. Patrzy na parking, jakby była dzieckiem, które wybrało się z ojcem po sprawunki, i opowiada, co widzi.
[…]
Kiedy się naprawdę czegoś uczyli. Wymiany poglądów. Uczucia, kiedy się trafia dobra grupa. Na początku to uwielbiałam. A za czym nie będziesz tęskniła? Za udawaniem. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile w nauczaniu jest udawania. Udawania, że co? Że mnie to rusza. Że nie powtarzam ciągle tych samych żartów. Że wiedza to wspaniały patchwork fortunnie łączących się faktów. Że wszystkie wydarzenia można zebrać w solidną, linearną narrację. To powiedziałaś na rozmowie o pracę? Gorzej. Odwołałam się do Marksa. Mocne zagranie. Każdy chce zatrudnić marksistkę. W tamtych czasach z wielkim przekonaniem udawałam marksistkę. Ciągle powtarzałam, że trudno jest oceniać postępy studentów, nie ma gwarancji, że się czegoś nauczyli, i że praca wykładowczyni też jest alienująca. Tak rzadko rozumiemy swój wpływ na studentów, a mimo to pracujemy dalej. Właśnie dlatego potrzebowała badań i pisania. Miło było coś tworzyć. Uwielbiała dreszczyk towarzyszący odkryciom, uwielbiała patrzeć na dokument pod koniec dnia i mówić: „Ja to zrobiłam”. To tak jak barber, w każdym razie tak jej się wydaje. Przycina włosy nad uszami, a potem strzepuje resztki. Może zobaczyć swoje dzieło. To była prawdziwa strata, kiedy przestała tego chcieć. Teraz to widzi, rozumie, że to też opłakiwała. Utratę kreatywności.
[…]
W Wielkim Holu weselnicy zostają ustawieni zgodnie z rangą, którą ustaliła Nancy, organizatorka z Towarzystwa Ochrony Zabytków. Pierwszy idzie Roy, celebrans, i to pewnie jedyne rodzinne wydarzenie, na którym przypadła mu najmniej ważna rola. Potem rodzice pana młodego. Dziewczynka sypiąca kwiatki, chłopiec niosący obrączki. Druhny. Świadkini. Matka młodej i jej babka. A na końcu oczywiście panna młoda. Proszę nie dotykać ścian. Ani okien – mówi Nancy. W ogóle niczego z wyjątkiem współmałżonka! Moim zdaniem to dobra zasada, która sprawdza się nie tylko w Breakers, ale też w życiu. Wszyscy się śmieją.
[…]
Jim wybucha śmiechem tak gromkim, że może nie doczekać końca wesela. Nawet Gray i Lila oglądają się na nich, kiedy Jim łapie się za pierś. Wszyscy patrzą, jak śmiech wydostaje się z jego gardła niczym spaliny z rury wydechowej. Jim jednak nie pada trupem. Otacza Phoebe ramieniem, a Gray to spostrzega. Phoebe napotyka jego wzrok. Zaraz jednak podchodzi kolejny weselnik, żeby uścisnąć rękę panu młodemu.
[…]
Bo zupełnie nie jesteś w jego typie. Co to znaczy? No, że jesteś piekielnie inteligenta. W uroczy sposób. Ale nie masz w sobie nic z cheerleaderki. Poza tym, no wiesz, masz skłonności samobójcze. Phoebe czuje się wstrząśnięta tym, jak beztrosko Lila o tym wspomina. Jakby to było coś drobnego. Jakby to, że przyjechała tu, żeby umrzeć, było jeszcze jednym z jej uroczych dziwactw.
[…]
Więc może jednak nie zostaną przyjaciółkami. Może wrócą do punktu wyjścia: Lila będzie się obsesyjnie upewniała, że nic nie popsuje jej idealnego ślubu, a Phoebe będzie wciąż o krok od obrócenia go w ruinę. Może coś takiego jak przyjaźń naprawdę nie istnieje, jak sądziła w domu pośród najczarniejszych nocy. Tylko że teraz nie potrafi w to uwierzyć. Chyba raczej po prostu przyjaźń jest trudna. Wymaga radykalnej szczerości. Otwartości, którą pierwszy raz w życiu poczuła tamtego wieczoru, gdy zjawiła się w hotelu całkowicie wolna i swobodna. Gotowa opuścić ten świat. Ale teraz nie jest już wolna – jest gościnią na ślubie i obowiązki dobrej przyjaciółki zaczęły ją zmieniać. Czuje, że chce ukrywać przed Lilą różne rzeczy. Chce utrzymać sekrety w mrocznych zakamarkach umysłu, bo absolutna szczerość ją przeraża. Potrafi wszystko zniszczyć. I może to właśnie miała na myśli Patricia, gdy mówiła o ratowaniu siebie. Może to miała na myśli Babka od Seksu, gdy mówiła Phoebe, że przez resztę życia będzie musiała się pilnować. Patrzeć w lustro i wciąż pytać: Czy jestem teraz szczera?
[…]
Rano Phoebe budzi się i widzi w łóżku męża. Oto człowiek, który każdej nocy przesypia dokładnie osiem godzin. Człowiek, który wstaje bez budzika. Człowiek, który po seksie zawsze się ubiera, i może dlatego teraz wydaje się jej taki obcy – leży nagi jak jaskiniowiec wykopany z ziemi i przeniesiony do Cornwall Inn. Phoebe zagląda do telefonu. Żadnych wiadomości. Powinna napisać do Gary?ego? Zadzwonić? Zrobić cokolwiek? Wygląda przez balkon w poszukiwaniu jakichś wskazówek i dostrzega ciotkę Ginę z wujem Geraldem. Siedzą w odświętnych strojach i piją kawę. Czyli ślub się odbędzie. Życie toczy się swoim torem. A jednak coś jest bardzo nie tak. Phoebe popełniła błąd. Straciła swoją szansę. Nie wspominając o tym, że zdradziła Gary?ego, porzuciła go dla swojego męża. Choć to nie ma sensu. Dziś jest dzień ślubu Gary?ego. A jej mąż nie jest jej mężem.
[…]
Otwiera notatnik. Ponownie czyta swoją mowę. Jako mowa tekst jest okropny. Ale jako analiza osobliwej nieobecności ceremonii ślubnych w wiktoriańskich powieściach obyczajowych nie taki zły. Podoba jej się fragment o tym, że ślub Jane Eyre został skwitowany jednym zdaniem. I akapit, w którym zwraca uwagę, że jedyną ceremonią opisaną szczegółowo przez Brontë jest ta, która się nie odbyła. Dlaczego? Dlaczego poświęcać więcej czasu na ślub, który nie doszedł do skutku, niż na ten, który się odbył?
[…]
Jim miał rację. Przy Wendy byłem zupełnie innym człowiekiem. Lepszym. Bo byłem w to zaangażowany. A przy Lili w gruncie rzeczy stałem obok. Pozwoliłem, żeby to ona wszystkim kręciła. Jakby była wychowawczynią na obozie czy kimś takim. I naprawdę ją za to kochałem. Bo jakżeby inaczej? Czułem… wdzięczność, jeśli to ma sens. Bardzo to doceniałem. Potrafiła sprawić, że rzeczy się działy. Jest świetna w życie. Jak ma urodziny, robi imprezę. Jak ma wolny tydzień, wykupuje wycieczkę po Europie. Jak wychodzi za mąż, organizuje najwymyślniejszy ślub. To wszystko sprawiało, że… znów czułem się częścią świata. Częścią czegoś większego niż ja sam, rozumiesz?
[…]
Na górze Phoebe pakuje rzeczy. Podoba jej się nowa walizka, jej solidność. Toczy się gładko, gdy Phoebe idzie korytarzem, mijając mosiężne kinkiety. W windzie wierzy już we wszystko, co obiecano na etykiecie. W holu zatrzymuje się przed regałem z książkami. Odstawia Panią Dalloway na półkę, grzbietem do frontu. Tak dobrze jej idzie przewidywanie tego, co się wydarzy w książkach i tak źle, co w życiu. Właśnie dlatego zawsze wolała książki – bo życie jest dużo trudniejsze. Żeby żyć, musi opuścić ten hotel, choć dalej nie ma nic pewnego. Będzie chodziła zimą długimi korytarzami rezydencji, nie wiedząc, co ją czeka – i to ją przeraża. Ale czuje też podniecenie na myśl o świecach, które będzie zapalać nocą. O Franku, dziewiętnastowiecznym żółtym psie, który będzie spał na jej łóżku, gdy ona będzie pisała. O oceanie oprószonym śniegiem. Idzie przez marmurowy hol i czuje, że kończy się coś wielkiego, choć nie ma pojęcia co. Wie, że tę historię będzie opowiadała przez resztę swojego życia i że pewnego dnia opowie ją jako początek. Do tego czasu niektóre elementy zostaną zapomniane, inne jednak będą ożywać za każdym razem, kiedy pokłócą się Garym o najmniej istotne detale, na przykład czym dokładnie jest nadmorski casual, dlaczego wszystkie książki stały grzbietem do ściany i czy poduszki kokosowe faktycznie są lepsze od zwykłych.
Alison Espach, Goście weselni
Powieść obyczajowa Alison Espach – amerykańskiej powieściopisarki umiejscawia akcję opowieści w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, w stanie Rhode Island leżącym na północnym wschodzie państwa, bliżej zaś w miejscowości Newport i tamże w luksusowym hotelu Cornwall Inn, w czasach - jak najbardziej nam współczesnych - trzeciej dziesiątki obecnego wieku. Do tegoż zajazdu hotelowego przybywa nauczycielka akademicka Phoebe Stone, którą hotelarze uznają za gościnię weselną, gdzie również uwijają się przygotowując się do wielkiego, perfekcyjnie skrojonego wesela wartego co najmniej milion dolarów. Nikt jednak nie wie, że nasza główna bohaterka chce właśnie tutaj rozstać się ze swoim życiem planując spektakularne i tabletkowe samobójstwo. W doborze rodzących się nowych interakcji i na tle weselnego coraz bardziej pokręconego zamętu, u osamotnionej Phoebe zamiast „ustronnego, depresyjnego wydarzenia” dochodzi do cudownego, a zwłaszcza ożywczego oraz niezaplanowanego wpływu na ceremonię ślubną panny młodej Lili Rossi-Winthrop zwanej też Delilah i pana młodego Gare’go, owdowiałego lekarza. W apoteozie żarliwo-żartobliwych, czasem też słodko-gorzkich dialogów życiowych narastają w przyszłych małżonkach wątpliwości, które wkrótce doprowadzają do rozkapryszonego przerwania uroczystości ślubnej. Ta błyskotliwa, zwłaszcza dialogiczna opowieść Espach sama autorka enigmatycznie i nader feministycznie podsumowywuje: Tak wiele zawdzięczam Virginii Woolf, Charlotte Brontë i wszystkim pisarkom, które – jak to ujmowała Woolf – „wyznaczają” kobietom literacki szlak i „prostują” ścieżkę, iż trudno do końca czasem dociec co też miałoby to oznaczać więcej i więcej...