Blog

 

21.09.2026

Bramy Aten

„Dobre przygotowanie oznacza

szybkość

ruchów, a szybkość to zwycięstwo.”


„Nigdy nie pozwól, żeby jeleń zobaczył

twój łuk”


„Wraz z wiekiem każdy traci

wiele

ze swojej osobowości.”

[…]

Odurzająca woń górskich kwiatów unosiła się w powietrzu jak zapach perfum albo wrzącego werniksu. Żywe istoty oddychały ciężko nawet w cieniu. W wielu miejscach kozie rogi unosiły się wysoko nad ziemię, ponieważ wypłowiała trawa i nagie skały były zbyt gorące, aby jakiekolwiek stworzenie mogło na nich spocząć. Świerszcze grały w gałęziach sosen, które kiedyś wyrosły spomiędzy skał i wciąż nie zamierzały umierać. W spokoju tak odwiecznym jak góry i wzgórza dookoła muzyka uniosła się w powietrze niczym cienka nić, przechodząc w zgiełk brzmiący instrumentami i głosami podejmującymi pieśń. Jaszczurki uciekły w popłochu, gdy królewscy artyści i tancerze dotarli do grani, wypełniając przestrzeń dźwiękami cymbałów, piszczałek i bębnów. Kiedy rozległ się krótki rozkaz, znieruchomieli, dysząc, wilgotni od potu. Sam król na  swoim  ogierze  wystąpił  przed  szereg  i  zeskoczył  na  ziemię  z gracją, jakiej nabył  już  jako  młodzieniec. Dariusz rzucił wodze niewolnikowi i wspiął się na wielki płaski głaz, aby popatrzeć na równinę. Z tej wysokości wyraźnie widział rany, jakie zadano ziemi, pozostałości po wojnie i płomieniach. Zmarszczył czoło, poruszony zarówno oddaleniem, jak i bliskością przeszłości. W tym samym miejscu stał trzydzieści lat wcześniej. W tej chwili wydawało mu się, że może zrobić krok i znów się tam znaleźć, z ojcem u boku i z całym życiem przed sobą. Tam, gdzie kiedyś stało miasto Sardes [miasto greckiej Jonii, dzisiejszej Turcji – przyp. aut.], teraz znajdowały się ruiny. Ogień wypalił się dawno temu, lecz Dariusz miał wrażenie, że w silniejszych podmuchach wiatru wciąż unosi się swąd zwęglonego drewna i cegieł albo też perfum, albo zgnilizny. Z daleka widział wśród ruin ludzi.

[…]

Dariusz w końcu się odwrócił, chcąc uwzględnić w przemyśleniach swojego syna. Kserkses, w pewnym oddaleniu od czoła pochodu, siedział ze skrzyżowanymi nogami na grzbiecie młodego słonia. Był czymś zajęty, zapewne zabawą z jednym ze swoich zwierząt. Kserkses zawsze potrafił znaleźć jakieś stworzenie,  które  szkolił  i  z  którym  się  bawił. Ostatnio  był  to  świerszcz, a  wcześniej  mała  niebieska  jaszczurka, która  najpierw  chwytała  jedzenie w pazurki i dopiero potem je pochłaniała. Wielki król nigdy nie odczuwał potrzeby, aby się oddawać takim rozrywkom. Martwił się, że chłopiec niedostatecznie się interesuje życiem imperium, które ma odziedziczyć. Ciężko westchnął. Bezustanne troski to codzienność każdego ojca. Królewski orszak zatrzymał się na jego znak. Na twarzach ludzi, którzy od wczesnego poranka wspinali się na wysoką górę, pojawiła się ulga. Za królem stało ramię w ramię sześćdziesiąt tysięcy mężczyzn, zajmując szlak tak długi, że ostatniego z nich Dariusz nie mógł dostrzec. Przybył tutaj gotowy na wojnę, ale napotkał jedynie zgliszcza.

[…]

To jest skraj świata, Kserksesie. Morze znajduje się w odległości niecałych dwóch dni drogi stąd, a za nim leży ziemia, która nigdy nie zaznała błogosławieństwa naszych praw ani obecności naszych żołnierzy. Wyciągniętą ręką objął równinę. Władam tutaj wszystkim, od targów, na których handluje się niewolnikami, po kopalnie złota. Należą do mnie każdy dzban i puchar, każda moneta, każde dziecko i każdy promień światła. Jesteśmy jednak daleko od cywilizacji, od centrum naszych ziem. Zapewne byłem wobec tych ludzi zbyt łagodny, zbyt łatwo im wybaczyłem. Bywam łatwowierny. Zawsze to było moją słabością. Zauważył, że syn niepewnie przestępuje z nogi na nogę, i uśmiechnął się. Nikt nie może powiedzieć, że nie mam honoru, Kserksesie. Rozumiesz? Jeśli dam komuś słowo, dotrzymuję go, nawet gdy świat wokół mnie wali się  w gruzy. Jeżeli wybaczam wrogowi i przyjmuję go jak własne dziecko w swoim domu, może być pewien, że nie zazna już z mojej strony żadnej złości. Wiedzą o tym nawet Grecy. Och, mogą krzyczeć i walczyć, ale dla prawdziwych mężczyzn, którzy pragną odłożyć na bok dumę i w geście dobrej woli zaofiarować mi ziemię oraz wodę, zawsze będę miłościwym bogiem.

[…]

Jego ojciec pokiwał głową. Tak. I podobnie się stanie z tymi miastami, z tym „związkiem jońskim”. Oni spoglądają raczej ku swoim greckim przodkom niż w naszą stronę. Zapewne wydaje im się, że przebywam zbyt daleko, aby dbać o to, co robią na skraju zachodnich mórz. Zdradzili, zwrócili się po pomoc do Aten, a te pachołki przysłały z Eretrii okręty oraz swoich hoplitów, aby splądrowali wybrzeże, mordowali i terroryzowali ludy, które należą do mnie. Mówią teraz o zrzucaniu jarzma, które na nich nałożyłem, o „zniewadze”, jaką jest dla nich nasze władanie.  Król  się  roześmiał,  lecz  w jego śmiechu nie było wesołości, a pochmurne oczy pozostawały ukryte za rzęsami. Niszcząc nasz garnizon, Grecy podpalili trzcinowe dachy domów w Sardes. Ogień roznosił się szybko jak wiatr, aż pochłonął wszystko, nawet świątynię Kybele, Wielkiej Matki. Trudno to wybaczyć. Król przez długi czas stał w milczeniu, wpatrując się w przestrzeń. Syn nie ośmielił się przerwać jego rozmyślań ani nie zaprotestował, kiedy ojciec ponownie położył dłoń na jego ramieniu.

[…]

Uśmiechnął się do tej myśli. Miszarze – kontynuował król – będziesz podchodził do mnie każdego wieczoru, kiedy zasiądę do posiłku. Zakłócisz mój spokój bez obawy, że zostaniesz ukarany. I wypowiesz te słowa: „Panie, pamiętaj o Ateńczykach”. Zrozumiałeś? Niewolnik próbował skinąć głową, chociaż drżał tak mocno, że Kserkses gotów był uznać go za chorego. Miszar również widział czarne ruiny Sardes. Nie wiedział jednak, jak król zareaguje na widok zgliszczy. Na jego jasnym czole pojawiły się krople potu i spłynęły ku kącikom umalowanych ust.

[…]

Ksantyppos stał spokojnie, oddychając przez nos i półgłosem wydając rozkazy niewolnikom, którzy pracowali wokół niego. Trzej mężczyźni odpowiadali tylko lekkimi skinieniami głów, skoncentrowani na swoim zadaniu. Wszyscy od dzieciństwa służyli rodzinie jego żony. Nawiedziła go myśl, że Spartanin posiada aż siedmiu niewolników, których zadaniem jest przygotowanie go na wojnę. Pewnie Ateńczycy są bardziej wydajni i oszczędni. Ksantyppos ani się nie uśmiechnął, ani nie wypowiedział tej myśli na głos. Niecierpliwił się. Miał trzydzieści osiem lat i dobrze wiedział, że dzisiaj może umrzeć. Nie słyszał już zgiełku panującego w mieście, wątpił jednak, by atmosfera się uspokoiła. Dom jego żony był wielki, to była prawdziwa posiadłość z gajami oliwnymi i figowymi. Dziedziniec, gdzie Ksantyppos kompletował uzbrojenie, znajdował się w samym jej środku, daleko od murów zewnętrznych, których nie powstydziłaby się żadna twierdza. Kolumny z białego kamienia wytyczały granice przestrzeni, nad którą górowało błękitne niebo. Panował tutaj spokój, wszelki tumult i strach przed wojną wydawały się bardzo odległe. Spokojne serce posiadłości  otaczały  pomieszczenia   położone   na   dwóch   piętrach.   Brama  w zewnętrznym murze otwierała się na drogę do Eleuzis, na północny zachód od Aten.

[…]

Ten dom należał do niej, a wcześniej do jej ojca. Jej wuj, Klejstenes [twórca demokracji ateńskiej – przyp. aut.], zwykł stawać w tym samym miejscu, w którym teraz znajdował się Ksantyppos. To on przywrócił demokrację w Atenach, wybrał nazwy dla ich dziesięciu fyl [z gr. - terytorialna jednostka podziału ludności w starożytnej Grecji – przyp. aut.]. Agarysta pochodziła ze sławnej rodziny, a jej mąż czasami czuł na barkach związany z tym ciężar, wiedział jednak, że pokochała go szczerze już jako młodziutka dziewczyna. Związała się z nim w zielonej wiośnie swojego życia. Wzięli ślub, kiedy ona miała szesnaście lat, a on trzydzieści. Od tego dnia minęło osiem  lat  i  w  tym  czasie  awanse  Ksantypposa  w  dużej  mierze  wynikały z poparcia jej rodziny. Lecz Agarysta, poślubiając dojrzałego mężczyznę, sama dopiero rozkwitała i wciąż bała się jego niezadowolenia. Wiedział, że jednym gniewnym słowem może ją doprowadzić do łez. Także teraz w jej ruchach dało się wyczuć obawę, wręcz przerażenie, że mężowi może się nie spodobać to, co uczyniła.

[…]

Agarysta pochyliła się, żeby podnieść włócznię. Dziwnie wyglądała w jej dłoniach, więc Ksantyppos szybko odebrał ją żonie. Zbyt wielu złych znaków już dzisiaj doświadczył, w tym płaczu swoich dzieci. Stracił oko z tarczy i nie chciał dopuścić, żeby Agarysta przypadkowo upuściła jego włócznię; bał się, co taki wypadek mógłby dla niego oznaczać. Zamknął dłoń na jej rękach i poczuł jej ciepło oraz  zapach  perfum,  których  używała,  zmieszanej  woni  róż,  lawendy i piżma. Dotarła silną falą do jego nozdrzy, a Ksantyppos zastanowił się przelotnie, czy nie poczuł właśnie zapachu słodkich olejków własnego stosu pogrzebowego. Agarysto, jeżeli przegramy… Nie mów tak, Ksanie, bo sprowadzisz katastrofę. Proszę cię. Muszę to powiedzieć. I upewnić się, że mnie rozumiesz. Proszę… Przyszło mu do głowy, że Agarysta zaraz się odwróci i ucieknie. Poczuł niespodziewany przypływ złości. W pewnym sensie jego żona wciąż była niewinną  dziewczynką.  Ścisnął  jej  nadgarstek  na  tyle  mocno,  że  krzyknęła  z bólu. Jeżeli przegramy i oni tutaj przyjdą, będziesz musiała zabić dzieci.

[…]

Agarysta skłoniła głowę, ale kiedy spojrzał jej w oczy, nie miał pewności, czy powiedziała mu prawdę. Jej rodzina od wieków była bogata i potężna. To dawało tej młodej kobiecie wielką pewność siebie, a także wiarę, że można przetrwać bez uszczerbku nawet najtrudniejsze chwile. Dostrzegł to teraz w oczach żony. Mógł się tylko modlić – do Aresa, do Zeusa, do Hery, bogini małżeństwa – aby nadchodzące wydarzenia oszczędziły Agarystę, żeby nigdy nie musiała się przekonać, na jak kruchych podstawach spoczywa znany jej świat.

[…]

Serce zabiło mu żywiej, kiedy za gajem Akademosa zobaczył zgromadzone wojsko. Jedynie bogowie i Spartanie potrafili szybciej wyprawiać się na wojnę niż jego rodacy. Chociaż dochodziło zaledwie południe, dostrzegł flagi wszystkich dziesięciu ateńskich fyl. Z łatwością wypatrzył własną, Akamantis. Znał imiona  wielu  mężczyzn  spośród  tysiąca  tych,  którymi  miał  dowodzić,  a rozpoznawał niemal wszystkich z Cholargos, demu [z gr. Dem- gmina – przyp. aut.], w którym mieszkał. Dem wystawiał stu żołnierzy i każdy z nich z kolei dobrze znał Ksantypposa. Powitał swoich ludzi, klaszcząc w dłonie w trakcie przemarszu przed ich szeregiem i zatrzymał się na chwilę, aby zamienić kilka słów z tymi, których uważał za  przyjaciół.  Wszyscy  mieli  hełmy,  napierśniki  i  nagolenice. Wraz  z mieczami, włóczniami i tarczami koszt wyposażenia każdego żołnierza niemal dorównywał jego rocznym dochodom. Większość jednak odziedziczyła swoją broń i zbroję po przodkach lub zdobyła je na polu walki.

[…]

Ksantyppos popatrzył w tamtym kierunku. Ogromny kamienny ołtarz otaczało mnóstwo mężczyzn w zbrojach. Ich hełmy z pióropuszami leżały na ziemi, podobnie jak tarcze i miecze. Natychmiast wyłowił z tłumu roześmianego Temistoklesa, który wyróżniałby się w każdej grupie, być może ze względu na bujne jasne włosy zebrane  na  karku  w  długą  kitę.  Ksantyppos  pomyślał,  że w Temistoklesie z rozpuszczonymi włosami Agarysta bez wątpienia dostrzegłaby podobieństwo do swojego lwa. Obok Temistoklesa stał mężczyzna, którego Ksantyppos szanował najbardziej, a którego, o dziwo, przeoczyć było znacznie łatwiej. Arystydes, podobnie jak Temistokles, był jednym z ateńskich przywódców, zachowywał się jednak znacznie spokojniej, a jego słowa zawsze były bardziej wyważone. Mężczyźni wyciągali szyje, kiedy Arystydes zabierał głos w trakcie zgromadzenia i uważnie go słuchali. Mówiło się, że Temistokles poderwie armię do śmiałego ataku, lecz to Arystydes wytyczy jego kierunek. Ateńczycy cenili obu mężczyzn, plotka jednak głosiła, że oni sami niespecjalnie za sobą przepadają.

[…]

Owszem, bardzo by im się spodobało, gdyby Ateńczycy na nich zaczekali. Nie wolno nam pójść na wojnę bez ich zgody, nie wolno nam ruszyć, jeżeli Spartanie nie będą nas trzymali za rękę? Na Atenę, nie! Zauważył sceptyczną minę Ksantypposa i pokręcił głową. Przybyło tysiąc Platejczyków, popatrz na nich i na ich wodza Arymnestosa. Czy to dziwne? Ocaliliśmy ich, kiedy groziła im klęska. Dobrzy ludzie pamiętają o swoich długach i spłacają je, kiedy tylko mogą to zrobić. Dobrzy ludzie z Platejów! Uśmiechnął się, ale zaraz na jego twarzy pojawił się gorzki grymas. Mamy jeszcze wielu dłużników, którzy jednak dzisiaj nie pamiętają o długach. Nikt więcej nie stanie do walki razem z nami. Wiemy, z kim przyjdzie nam się zmierzyć. Ale nasi zwiadowcy już wrócili i wcale nie są przerażeni. Ostatnie słowa wypowiedział ze śmiechem na użytek wszystkich słuchających go w tej chwili. Wesołości nie było widać jednak w jego oczach. Persowie już wylądowali – ciągnął, pochyliwszy się do ucha Ksantypposa. Jest ich dwadzieścia, może trzydzieści tysięcy i mniej więcej tyle samo wioślarzy. Powiadają, że na przeciwległym brzegu Eretria [osada na wyspie Eubei nieopodal Attyki ateńskiej – przyp. aut.] wciąż płonie, że już właściwie jej nie ma.

[…]

Miltiades miał gęstą brodę i nosił obszerny płaszcz z błyszczącymi żelaznymi guzami. Bardziej przypominał człowieka Wschodu niż Greka. Miał silne ramiona porośnięte gęstymi czarnymi włosami i pięści jak główki maczug. Trudno było  go sobie wyobrazić w roli czułego kochanka. Jego ręce zostały stworzone, by miażdżyć i dusić. Temistokles i Arystydes prowadzili dwie fyle w środku szyku i byli jego podwładnymi. Jako archont Miltiades dowodził w walce hoplitami z Platejów  i wszystkimi dziesięcioma strategami ateńskimi. Zajmował miejsce na lewym skrzydle kolumny, którego główną siłę stanowiła jego własna fyle. Ksantyppos przełknął ślinę. Fyle Akamantis też miała walczyć właśnie tam. Wszyscy znali towarzyszy po obu bokach, czy to ze szkolenia wojskowego, czy to z zajęć zawodowych i ze zgromadzenia. Wszyscy dzierżyli tarcze z emblematami swoich domów i przodków. Nikt nie mógł uciec z pola walki, obserwowany przez te wszystkie znajome twarze i przez duchy poprzedników. Nikt nie mógł zbiec, obserwowany przez ludzi z Platejów! Nikt nie mógł dopuścić, żeby później rozpowiadano w całej Helladzie o tchórzostwie Ateńczyków. Dlatego właśnie – aby w decydującej chwili nie stchórzyć – wszyscy nieustannie wprawiali się w boju, w tysiące poranków budowali swoją sprawność w gimnazjonach. Aby  w dniu takim jak ten być przygotowanym do walki.

[…]

Miltiades prowadził  kolumnę  ze  sztandarami  i  grupą  bębniarzy.  Ogorzały  i surowy w obejściu, maszerował z łatwością mimo skończonych pięćdziesięciu lat, tyle że niewolnicy nieśli za nim tarczę i włócznię. Nie miał jednak używać tej broni i uczestniczyć w walce razem z podwładnymi, lecz z pewnej odległości nimi kierować. To inni stratedzy mieli walczyć w formacji, ale pole bitwy musiała obserwować przynajmniej jedna para oczu osadzonych w chłodnej głowie. U boku Miltiadesa maszerował mężczyzna, którego Ksantyppos nie znał zbyt dobrze. Kallimach był polemarchem, przywódcą wojennym i doradcą mianowanym przez zgromadzenie, miał być także oczami i uszami archonta. Ksantyppos zauważył,  że nie nosi on zbroi. Był  w  chitonie, chlamidzie i w sandałach, po prostu jakby się wybrał na dłuższą przechadzkę. Władza, którą został obdarzony, nie wydostała się poza gaj Akademosa. Nie dysponując osobistym doświadczeniem wojennym, Kallimach bezzwłocznie podporządkował się Miltiadesowi, lecz zachowywał się, jakby miał wybór.

[…]

Wszyscy byli doświadczonymi wojownikami z krwi i kości i mało co potrafiło ich zaskoczyć, a jednak uśmiechali się jak chłopcy, kiedy Temistokles dokonywał przeglądu szeregów – Ksantyppos widział to na własne oczy. Stanowiło to dla niego wielką zagadkę. Przecież żołnierze powinni widzieć w dowódcach jedynie siłę, a ci z kolei utrzymywać dystans i powagę. Nie powinni poklepywać ich po plecach stratedzy, którzy noszą u pasa bukłak z winem i publicznie weselą się tak, że cieknie im z nosa. Ksantyppos pokręcił głową. Wrogowie Temistoklesa lubili opisywać go jako bufona, zbyt często okazującego brak powagi. On był jednak przekonany, że prawda  jest  bardziej  złożona.  Bez  wątpienia  Temistokles  był  mężczyzną z ambicjami. Cechowały go zarówno gruboskórność, jak i radość, przekonanie, że niczego na tym świecie nie należy brać całkiem serio. Nie wiadomo, co myśleć o takim człowieku. Ksantyppos odczuwał zadowolenie, że na polu bitwy nie staną obok siebie. Temistokles był jak kamień wrzucony do stojącej wody. Jednak archontowi Miltiadesowi dziesięciu strategów winnych było posłuszeństwo i walkę aż do zgładzenia przeciwnika.

[…]

Widziałem w Jonii, jak walczą Persowie – powiedział głośno. Mówił wyraźnie, starając się, aby usłyszało go jak najwięcej ludzi. Miał dźwięczny głos, przynajmniej tak twierdziła Agarysta. Mówiła, że jest bogaty, mroczny i silny – taki, jaki powinien być głos mężczyzny. Teraz więc go użył. Stawiają na procarzy i łuczników, używają ich w walce dużymi grupami, podobnie jak piechurów. Ich władcy i wodzowie są schludni i dzielni, sam widziałem. Ale pozostali… są słabo wyszkoleni. Kiedy bitwa nie przebiega po ich myśli, uciekają. Pękają jak przegniłe drewno. Widziałem plecy tych, z którymi starliśmy się w Jonii. Dzisiaj znowu zobaczę ich plecy.

[…]

Ksantyppos był świadomy, że ludzie wokół niego nerwowo popatrują na okręty. Należało ich uspokoić, w przeciwnym razie mogli się szybko załamać. Zastanowił się nad własnym strachem. I on potrzebował teraz otuchy. Wiedział, że w dodawaniu ducha żołnierzom niezrównany jest Temistokles. Kiedy o tym pomyślał, uśmiechnął się – po raz pierwszy tego dnia. Nie. W przeciwieństwie do Temistoklesa on nie będzie się śmiał ani poklepywał towarzyszy po plecach. Nie będzie też snuł bzdurnych i krwawych opowieści, aby w ten sposób sprawić, że ich ręce same sięgną po noże. To nie w jego stylu. Czuł jednak na sobie ich spojrzenia. Był pewien, że wkrótce przemówi Arystydes i zapanuje nad ich emocjami. Nie byli przecież złotymi automatonami służącymi w Olimpii, stworami z metalu mającymi spełniać wszelkie zachcianki bogów. Byli zwyczajnymi ludźmi, a w ich żołądkach kotłował się strach, jakby każdy z nich połknął żywą żmiję.

[…]

Ksantyppos się odwrócił i zamrugał zdziwiony, gdy zobaczył Temistoklesa maszerującego z boku kolumny. Oczywiście ani myślał pozostawać na swoim miejscu w szyku. Temistokles nie stosował się do żadnych zasad! Ksantyppos zdał sobie sprawę, że przypomina w tym Agarystę. Jej wuj stworzył fundamenty obecnych Aten, odrzucając całe wieki tradycji. Był człowiekiem o szerokich horyzontach, a struktury, które powołał, powszechnie powitano jako możliwości dla nowych ludzi gotowych pracować dla zgromadzenia, służyć w sądach, ustanawiać własne prawa. Na świecie nie istniało nic, co mogłoby się równać z demokracją ateńską. W skrytości ducha Ksantyppos był jednak pewien, że jego żona uważa, iż jej rodzina stoi ponad prawem, nie podlega woli Ateńczyków. Z wielkim trudem potrafił zrozumieć taki sposób myślenia. Temistokles żywił  tę  samą  dziwną  pewność  siebie,  jeśli  chodzi  o  władzę  i zasady. Ksantyppos się zastanawiał, czy kiedykolwiek obawiał się ostracyzmu – dziesięcioletniego wygnania, do którego wystarczyłoby zaledwie sześć tysięcy głosów Ateńczyków. Regułę tę wprowadzono, aby zapobiegać pojawieniu się tyranów, mogła jednak ona łatwo osadzić również takich mężczyzn jak Temistokles.

[…]

Wódz Datys był przekonany, że obszerna zatoka jest wręcz doskonała dla jego strategicznego celu. Mewy skrzeczały na niebie, a w powietrzu unosiła się woń soli i morskiej wody. Niektórzy perscy oficerowie nienawidzili głębokich wód. Datys potrafił zrozumieć ich strach, bo dla żołnierzy nie miało najmniejszego znaczenia, czy ktoś jako dziecko nauczył się pływać czy nie. Jeżeli człowiek w zbroi wypadł za burtę, już nikt go nie zobaczył, dopóki niewidzialne prądy nie wyrzuciły jego ciała w jakimś odległym miejscu wybrzeża. Datys osiągnął wiek męski, nie doświadczywszy widoku nieskończonej niebieskiej pustki, wody mieniącej się tysiącami odcieni i nieba nad głową rozległego jak samo imperium. Oczywiście nie pozwalał sobie mówić o tym głośno. Imperium było przecież nieskończone, przynajmniej tak twierdzili kapłani Ahury Mazdy [z pers. To najwyższym bóstwem w dawnych religiach perskich (irańskich). Jego imię dosłownie oznacza „Pan Mądrość” – przyp. aut.]. Jego granic nie dało się obejść w czasie jednego życia, jego ogrom przekraczał granice wyobraźni zwykłego śmiertelnika. Wciągnął powietrze do płuc, napawając się zapachem soli i wodorostów. Mówiono, że król jest zadowolony z dotychczasowego przebiegu kampanii. Flotę zbierano i budowano ponad dwa lata. Przy swobodnym dostępie do królewskiego skarbca żadne ograniczenia właściwie nie istniały. Imperium podbiło przecież Lidię, przekształcając to królestwo – już sama jego nazwa była synonimem nieskończonego  bogactwa  –  w  jedną  ze  swoich  prowincji.  Złoto,  srebro i kamienie szlachetne wydobywano z ziemi wszędzie tam, gdzie czczono wielkiego króla. Wystawienie dziesiątków tysięcy żołnierzy nie stanowiło dla niego problemu,  podobnie  jak  ich  wyposażenie  –  budowanie  trier, rzemiosło i kucie ciężkich zbroi.

[…]

Przed tygodniem perski wódz dobił ze swoją flotą do Eretrii. Atak na port nie mógłby powieść się lepiej i Datys z wielką dumą przypominał sobie teraz jego zdobycie  i  późniejsze  grabieże.  Przyglądał  się  temu  sam  Dariusz,  najpierw  z bezpiecznego miejsca na królewskim okręcie flagowym, a później z wielkiego pawilonu wzniesionego na brzegu. Pozabijali wszystkich Greków powyżej czternastego roku życia oraz wszystkie kobiety, które były już zbyt stare, żeby rodzić dzieci, lub zbyt chore i słabe, żeby pracować. Resztę zagoniono na okręty i wywieziono na wybrzeże Jonii, skąd mieli wyruszyć w wielomiesięczną wędrówkę do serca imperium. Ci, którzy przeżyją, mieli zostać sprzedani jako egzotyczne okazy bogatym ludziom, takim jak Datys, którzy nigdy nie widzieli morza na własne oczy. W greckich świątyniach znaleziono mnóstwo bogactw. Po dary składane bogom przez stulecia wystarczyło wyciągnąć rękę. Datys nie był w stanie zainteresować króla tymi łupami, nie znaczyło to jednak, że pozostawiono je na miejscu. Złoto pozostawało złotem, a srebro srebrem, nieważne, w jakie wykuto je kształty. Teraz  większość miała zostać przetopiona i całkowicie odmieniona  w ogniu – tak jak wolnych ludzi piętnuje się gorącym żelazem i czyni niewolnikami.

[…]

Miltiades wyszedł ze swojego miejsca w szeregu. Jego osobisty herold, Filippides, dotrzymywał mu kroku. Przebiegł już tego dnia znaczny dystans, przenosząc rozkazy i informacje dla poszczególnych dowódców. Na jego ciele lśniła oliwa lub pot, lecz oddech miał długi i miarowy. Młodsi żołnierze nieśli przy  Miltiadesie  chorągwie  na  długich  włóczniach,  dzięki  czemu  wszyscy  w szeregach wiedzieli, gdzie znajduje się archont. Serce Ksantypposa zaczęło bić jak  szalone,  sprawiając  mu  niemal  ból,  kiedy  przeszył  go  spazm  strachu i zarazem wściekłości na wroga. Aż do tej pory marsz nie sprawiał nikomu większych trudności niż zwykłe ćwiczenia. On sam był rozluźniony, rozgrzany i swobodnie oddychał. Tego, co miało wkrótce się wydarzyć, nie mógł jednak porównać z żadnym dotychczasowym przeżyciem. Czekało go najstraszliwsze, najbardziej wyczerpujące i zarazem najbardziej upojne z doświadczeń, jakich może zaznać mężczyzna. Był dumny,  że stoi w tym miejscu ze swoimi ludźmi i wspólnie z nimi będzie walczył o życie, nie zaś o królestwo. Ksantypposowi przemknęło przez myśl, że Miltiades ma głos stworzony do rozkazywania. Razem z innymi strategami skwapliwie przystąpił do wypełniania rozkazu, wydając z kolei polecenia własnym oficerom, którzy po kolei mu odpowiadali. Każdy spośród dziesięciu tysięcy ludzi należał do jednego z ludów mających swoich przedstawicieli w eklezji w mieście bogini Ateny. Tysiąc platejskich hoplitów miało stanąć pośrodku szyku; przyjęli przywództwo Miltiadesa, rezygnując z niezależnej walki. Był to warunek, którego spełnienie pozwoliło im dołączyć do głównych sił. Nosili takie same zbroje jak wszyscy i okrągłe tarcze, na których wymalowali własne symbole. Byli Hellenami, lecz nie mogli mienić się Ateńczykami.

[…]

Ksantyppos wiedział, że jedenaście tysięcy Greków będzie musiało przede wszystkim pilnować, żeby wróg ich nie oskrzydlił. Ich falangi funkcjonowały jak młoty z brązu – były to zwarte czworoboki szczelnie osłonięte częściowo zachodzącymi na siebie tarczami. Nie dysponując większą liczbą ludzi, nie mogli przedłużyć boków falang. Mogli natomiast wzmocnić skrzydła, aby stawić czoło atakom z flanki. Długie włócznie powinny powstrzymać Persów. Ksantyppos pokiwał głową. W najgorszym wypadku zadziałają jak złoty kamień wrzucony w nurt rzeki. Zapowiadał się ciężki dzień, od walki nie było już jednak odwrotu. Zobaczył, że Temistokles rozsyła posłańców, chcąc dopilnować, aby jego rozkazy zostały właściwie  zrozumiane  i  aby  stratedzy  potrafili  wykonać  je w boju. Miltiades natychmiast odesłał biegaczy tam, skąd przybyli, a środkowa formacja zajęła pozycję zgodnie z jego poleceniem. Temistokles się wściekł, za to Arystydes pozostawał niewzruszony, chłodny i spokojny jak zawsze. Ksantyppos był z niego dumny i zadowolony, że wódz, którego podziwia, postępuje z wielką godnością. Pole bitwy to nie miejsce na małostkowe emocje ani egocentryzm, cechujące chociażby takich ludzi jak Temistokles. Zwycięstwo można osiągnąć jedynie dzięki współpracy i absolutnemu wzajemnemu zaufaniu.

[…]

Powrócił czerwony na twarzy Epikleos. Zastęp Greków wciąż parł powoli do przodu, Ksantyppos odgadł więc, co przyjaciel mu przekaże, zanim ten przemówił. Archont Miltiades jest niewzruszony, strategu. Twierdzi, że najlepiej będzie, jeżeli pozostaniemy w odwodzie. Poczekaj na rozkaz zatrzymania się, a potem utrzymaj swoją pozycję. Ksantyppos cicho zaklął, zaskakując tym Epikleosa. Zanim zdołał wymyślić stosowną odpowiedź, wzdłuż szeregu pomknął rozkaz i lewe skrzydło się zatrzymało. Ponad cztery tysiące gotowych do walki ludzi stanęło z Miltiadesem. Ksantyppos zmilczał. Podstawą dyscypliny było podporządkowanie się archontowi, utrzymanie szyku. Zaufanie polegało na przyjmowaniu rozkazów od dowódcy, którego zgromadzenie upoważniło do ich  wydawania.  Pomyślał o żonie: co ona by teraz powiedziała? Agarysta zdawała się nie pojmować jego szacunku dla starszych i przełożonych. Twierdziła, że Miltiades jest głupcem, stracił całą rodzinną fortunę w kopalniach srebra w Tracji, które przepadły na rzecz perskiego króla.

[…]

Temistokles zajął miejsce w pierwszym szeregu. Biało-czarny pióropusz na hełmie, który podał mu pomocnik, wyróżniał go z tłumu. Zastanawiał się też, czy nie przywdziać chlamidy, podobnie jak Spartanie, lecz w innym kolorze. Nie zdążył podjąć decyzji, nim zabrzmiał rozkaz sformowania szyku i teraz tego żałował. Ludzie musieli go przecież dobrze widzieć – podpowiadał mu to zarówno instynkt, jak i rozsądek. Jeżeli kiedykolwiek ma stanąć na czele Aten, powinien dzisiaj zaryzykować własne życie niczym pionek w grze. Była to prosta prawda. Nie stała za nim bogata rodzina jak za Ksantypposem i nie mógł też z ubóstwa i prostoty życia uczynić cnoty jak Arystydes. Zanadto uwielbiał sympozjony i wino! Armie zbliżały się do siebie, a wśród śpiewu rozległy się szepty modlitw. Wreszcie żołnierze ucichli, koncentrując się na ustawieniu idealnie równych szeregów. Temistokles nie zdołał się powstrzymać od rzucenia okiem na dziwny pawilon wzniesiony na tyłach armii perskiej. Mógł w nim przebywać jedynie ich król; wzgórze dawało mu doskonały widok na równinę. Królewską pozycję otaczało przynajmniej tysiąc żołnierzy, dlatego ewentualny atak raczej nie mógł zakończyć się powodzeniem. Każdy oddział, który ruszyłby w jego kierunku, natychmiast odsłoniłby flankę przed Nieśmiertelnymi. Dariusz mógł obserwować bitwę zupełnie bezpieczny, podobnie jak tłumy oglądają dramaty w teatrze Dionizosa w Atenach. Temistokles wydął wargę. Tego dnia bóg-król był zaledwie widzem, a oni jego aktorami.

[…]

Rozpoczęła się rzeź – błyskawiczna i brutalna. Długie włócznie szukały wroga, z desperacką siłą  pchane  przez  mężczyzn,  których  nauczono celować w punkty niewiele większe od męskich pięści. Dźgali Persów w uda, twarze, we wszystkie widoczne skrawki ciał. Nie wszystkie ciosy były dobrze wymierzone, lecz powtarzały się jakby w rytmie dziwnego wojennego tańca, podawanym przez bębny i flety, wydawałoby się – bez końca. Tarcze Greków były zaś na tyle duże, że chroniły ich przed ciosami. Persowie nie byli w stanie znaleźć ich słabych stron, widzieli tylko hełmy i równo przystrzyżone pióra, a później wielkie tarcze i niżej nagolenice z brązu. Długie peleryny Nieśmiertelnych nie chroniły przed ostrzami włóczni, które uderzały, cofały się i uderzały znowu, dwukrotnie, przy każdym kroku hoplity. Persowie zaczęli się cofać, z wielu przez krwawe rany uciekało już życie, inni po prostu szukali przestrzeni, z której mogliby wyprowadzić kontratak przeciwko żelaznemu lasowi włóczni. Nie mogli liczyć nawet na chwilę wytchnienia. Falanga napierała, nie dając wrogowi szansy ani na oddech, ani na atak. Grecy parli jak tarany, a gdy któryś upadł, mijano go, odciągano do tyłu i jego miejsce natychmiast zajmował następny. Siła natarcia była przeogromna.

[…]

To nie mogło jednak trwać w nieskończoność. Persowie zaczęli wyrywać włócznie z rąk hoplitów. Chwytali je albo uderzali w drzewca mieczami, nie pozwalając, aby zadawały skuteczne ciosy. W litej ścianie sterczących grotów pojawiły się wyrwy, bo Nieśmiertelni nie ustawali w wysiłkach, żeby zatrzymać natarcie. Ich król obserwował wszystko z pawilonu w odległości zaledwie nieco ponad kilometra. Grecy, którzy stracili włócznie, dobywali mieczy. Tarcze wciąż tkwiły w linii, jakby je sklejono. Każdy z hoplitów osłaniał towarzysza po lewej stronie, a sam osłaniany był przez tego, który walczył po jego prawej. Ostrza dźgały każdego Persa, który próbował ten szyk naruszyć. Persowie przyzwyczajeni byli do wybijania oddziałów, które nie mogły sprostać   nawale   łuczników, a tym  bardziej    nie potrafiły walczyć w uporządkowanym szyku bitewnym. Kiedy pojedynczy Nieśmiertelni, uniknąwszy włóczni, stawali  przed  rzędem  tarcz,  mogli  tylko  uderzać  w  nie i w hełmy z brązu, a tymczasem hoplici zadawali im ciosy zarówno tuż nad ziemią, jak i wyżej, rozbijając im głowy, dźgając stopy. Szczególnie upodobali sobie złote opaski na ich czołach.

[…]

Zwłoki unosiły się gęsto na wodzie jak rozrzucone jabłka, kiedy morze w nocy się uspokoiło. Bitwa dobiegła końca, gdy księżyc stał wysoko na letnim niebie. Miltiades  wystawił  warty   i   nakazał   Filippidesowi, aby pobiegł do  Aten z wiadomością o zwycięstwie. Tej nocy wszyscy Ateńczycy mieli świętować. Kobiety i starcy, chromi, chorzy oraz dzieci mieli dziękować bogom za ocalenie. Kolejne ogniska coraz jaśniej oświetlały plażę. Wrzucano do nich krzewy kopru [z gr. od nich wzięła się nazwa późniejszego Maratonu – przyp. aut.], żeby nasycić powietrze słodkim zapachem. Ksantyppos sprawdzał, czy ludzie z jego fyli są cali i zdrowi, czy zadbano o rannych. Wkrótce w kolumnie   z  zaopatrzeniem   dotarły   bandaże.   Przy   blasku   płomieni   zszywano   rany  i przemywano je winem. Martwych zamierzano spisać rano, w świetle dnia. Większość Greków, którzy przeżyli bitwę, siedziała lub klęczała tam, gdzie się znajdowali, kiedy dobiegła ona końca. Byli wyczerpani i zaszokowani tym, co widzieli i czego dokonali.

[…]

Ksantyppos stał w ciemności z zamkniętymi oczami. Blask niedalekich, wesoło trzaskających ognisk przenikał jego powieki pomarańczową barwą. Wiedział, że nie zaśnie, chociaż bolały go wszystkie mięśnie i ścięgna, a kolano właściwie było już całkiem do niczego. Spuchło tak mocno, że stało się dwa razy grubsze niż normalnie, i musiał się pilnować, żeby nie wyć z bólu przy każdym ruchu. Najłatwiej było mu stać bezczynnie w miejscu. Doczekał się nawet prezentu od Epikleosa, który rzucił mu bukłak z rozcieńczonym winem, zmieszanym przynajmniej pół na pół z wodą. Nie zapytał przyjaciela, skąd wziął tak cenną zdobycz, upragnioną przez każdego żołnierza i oficera po bitwie. Wino trochę spowolniło jego myśli, niczym sieć na ryby zarzucona w rzece. Mimo wyczerpania nie potrafił się pozbyć sprzed oczu scen z dzisiejszego dnia. Podjął krótki spacer wzdłuż brzegu z nadzieją, że miarowy szum fal go ukoi. Lecz  na  wodzie  wciąż  unosiły  się  zwłoki,  których  widok  przyprawiał go o drżenie.  Wydawało  mu  się,  że  z  oddali  dociera  jakiś  głośniejszy  dźwięk,  i wyobraził sobie bestię wynurzającą się z głębiny i pożerającą zmarłych. Zrozumiał, że dzisiaj nigdzie nie zazna spokoju, i wrócił do miejsca, w którym zgromadziła się jego fyle, a Epikleos złożył na piasku nagolenice, tarczę, włócznię i miecz stratega. Wymalowany lew był poważnie zniszczony. W świetle ogniska Ksantyppos dostrzegł, że przyjaciel otrzymał kilka poprzecznych cięć, porozrywana skóra lśniła teraz jaśniejszym odcieniem. On sam nie odniósł żadnej rany. Po powrocie do domu powie Agaryście, że to lew [na tarczy – przyp. aut.] przyjął ciosy przeznaczone dla niego. Będzie zadowolona.

[…]

Miltiades parsknął z rozdrażnieniem. Znowu to samo: troska o to, co się komu należy, o reguły. Zgromadzenia, tytuły. Anulowałem Platejczykom dług, ponieważ tak nakazywał honor. Chcę ci jednak powiedzieć, że pozostali stratedzy pogratulowali mi wspólnego zwycięstwa. Ty zaś, który walczyłeś w moim skrzydle, postanowiłeś mnie pouczyć o stosowności używania tytułów. Jesteś dziwnym człowiekiem. Ksantyppos odniósł wrażenie, że coś się poruszyło w cieniu po lewej stronie.  Z obolałą nogą nie dałby rady poderwać się do biegu. Kiedy dotarło do niego, że nie zdoła uciec przed nieznanym zagrożeniem, rozluźnił się. Stanął swobodnie, ogarnął go wielki spokój. Jeżeli Miltiades zechce odebrać mu życie, dopnie swego. Twoje milczenie też jest… dziwne, strategu – powiedział archont [z gr. ten, który jest na czele, rządzący – przyp. aut.]. Jestem wolnym obywatelem Aten, Miltiadesie.

[…]

Ksantyppos doskonale zdawał sobie sprawę, co grozi mężczyznom po wielkim wysiłku. Wiedział, że w kolejnych godzinach nie należy prowadzić interesów, upijać się ani wydobywać noża w złości. Krew wciąż jest wtedy przesycona bitewnym szałem i gniewem, jak mawiali jego starzy instruktorzy, którzy szkolili go w sztuce wojennej. W takich chwilach należało spocząć w gronie zaufanych przyjaciół, długo milczeć, zasnąć, a potem się obudzić – dla większości było to najlepszym rozwiązaniem.  On  tymczasem  musiał  przebrnąć  przez  cały  obóz z piekielnie rwącym kolanem i wysłuchiwać Miltiadesa, który raczej na wyrost uważał się za człowieka wyrafinowanego i przenikliwego.

[…]

Kolumna maszerująca z powrotem do Aten była uszczuplona o tysiąc hoplitów w porównaniu do tej, która ruszyła pod Maraton. Około czterystu mężczyzn spośród tego tysiąca  wciąż  żyło,  byli  jednak  zbyt  poważnie  ranni,  żeby  iść  z pozostałymi. Sterty ich nagolenic, tarcz i włóczni transportowały wozy z wyposażeniem i bronią tych, którzy polegli. Dla sześciuset martwych Ateńczyków były to najcenniejsze rzeczy, jakie kiedykolwiek posiadali. Każda opatrzona była znakiem rodziny. Miały wrócić do fyl, demów i spadkobierców, aby je sprzedali lub przekazali kolejnym pokoleniom dumnych żołnierzy. Te kwestie nie miały jednak znaczenia, kiedy Ksantyppos maszerował obok Epikleosa w pełnym słońcu. Tego dnia jego promienie na karku sprawiały po prostu przyjemność, a ich gorący dotyk stanowił dla ludzi jeszcze jeden dowód, że żyją. Strateg był też pewien, że zapach kopru już zawsze będzie mu się kojarzył z bitwą pod Maratonem.

[…]

Trasa zwycięzców wiodła na agorę, omijając od południowego zachodu wzgórze Pnyks [skaliste wzgórze niedaleko Akropolu, gdzie narodziła się demokracja – przyp. aut.] i Areopag. U ich kamiennych podstaw zbierało się zgromadzenie i rada, aby dyskutować i głosować. Przeznaczenie tych miejsc zarazem je uświęcało. Bez wątpienia wkrótce rozlegną się tu mowy i zostaną złożone ofiary ku czci Ateny za wybawienie od najeźdźców. Ksantyppos wiedział, że będzie musiał zostać wśród tłumów przynajmniej na część uroczystości, jednak bardzo blisko stał jego dom, gdzie czekały na niego chłodna woda i cisza. Spotka się tam z  Agarystą  i  dziećmi,  ale  dopiero  wtedy,  gdy  spokój  zagości  w  jego  sercu  i umyśle. Potrzebował wytchnienia od zgiełku i wrzasków, które biły go po uszach niczym skrzydła ptaka. Pragnął samotności, choć przez jakiś czas. Ludzie tacy jak Temistokles zdawali się rosnąć i promienieć pod wpływem dotyku rąk i łkania wdzięcznych kobiet. Epikleosa także uszczęśliwiał entuzjazm Ateńczyków. Zdaniem stratega Tezeusz i Herakles byli zapewne tacy sami.

[…]

Kiedy ostatnie triery będą gotowe, zostaną zwodowane i dołączą do pozostałych kołyszących się już na wodzie. Galery z sośniny, dębiny i brązu opuszczą spokojne wody przybrzeżne i wypłyną na otwarte morze. Dziewięćdziesięciu  wioślarzy przy każdej burcie, zasiadających trójkami w trzydziestu rzędach, rozgarniało ciemne wody Morza Egejskiego. Przy wiosłach ateńskich okrętów siedzieli wolni i uzbrojeni ludzie, którzy w razie konieczności mogli ich bronić przed abordażem. W przeszłości wielokrotnie zaskakiwali wrogów tą prostą taktyką. Niewolnicy zakuci w łańcuchy nie walczyli. A chociaż greckim wioślarzom trzeba było płacić, rola, jaką odgrywali, przynosiła im zaszczyt. Oni także mieli swój głos w zgromadzeniu i również chcieli bronić miasta. Obserwując ciężko pracujących stolarzy, Ksantyppos był zwrócony plecami do Aten. Uśmiechnął się, kiedy zdał sobie sprawę, że chociaż w uszach dzwoni mu nieregularny stukot drewnianych młotków i dłut, jest całkowicie spokojny. Doszedł do wniosku, że hałas ma różne oblicza. Odgłosy kształtowania drewnianych okrętowych elementów oraz nawoływania o gwoździe i lepiszcze ani trochę go nie denerwowały. W przeciwieństwie do kłótni w mieście prosta praca fizyczna była niczym balsam. Port znajdował się w odległości mniej więcej trzydziestu stadionów na południowy zachód od murów Aten. Ksantyppos mógł przebiec taką odległość mniej więcej w pół godziny i bardzo lubił tę trasę. Wielu poważnych młodych ludzi ze zgromadzenia biegało wokół gimnazjonu, pogrążając się w dziwnym transie, kiedy pot spływał po ich ciałach. On wolał dla biegu wyznaczyć sobie cel, a poza tym interesował się postępami w budowie.

[…]

Słyszałem, że w tym roku mianowano cię archontem eponimem, Arystydesie. W pełni na to zasłużyłeś. Ku jego zadowoleniu mężczyzna zbył komplement. Takie rzeczy są nieważne, Ksantypposie, doskonale wiesz. W najlepszym wypadku stanowią pożywkę dla próżności. W najgorszym są jak robaki toczące duszę! Czy powinno mieć dla mnie jakieś znaczenie, że zgromadzenie uznało, iż rok ma nosić moje imię? Przecież byli też inni kandydaci. Czy mniej zasługiwali na ten zaszczyt? Równie dobrze można było przyznać ten tytuł Temistoklesowi. Jedno głosowanie mogło nas podzielić: przegrawszy, mógłbym pozwolić, aby zawładnęła mną zazdrość. Czy moje zasługi dla Aten byłyby wówczas mniejsze, a jego większe? Oczywiście, że nie. To wszystko jest trywialne. Wiem, że to rozumiesz, Ksantypposie. Strateg poczuł, że się czerwieni. Był zadowolony, że Arystydes traktuje go z taką zażyłością, chociaż mógł mieć w tym jakiś cel. Co roku tylko jednego mężczyznę wybierano na archonta eponima. Arystydes miał więc być filarem dźwigającym ciężar wszystkich wydarzeń w mieście. W następnych wiekach ludzie będą określali czas, mówiąc na przykład „trzy lata po Arystydesie”. Ksantyppos był przekonany, że ten archont nie dba o takie zaszczyty, on sam jednak z dumą przyjąłby tytuł. Podobnie jak Temistokles.

[…]

Ku jego zaskoczeniu Temistokles zachichotał. Nie. Twój   umysł   wędruje   zaskakującymi   ścieżkami, Ksantypposie z Cholargos! Nie, mężczyźni potrzebują ambicji. A tacy jak Arystydes są zadowoleni, jeżeli mogą podtrzymywać stan, jaki zastali, konserwować to, czym dysponujemy. To przecież całkiem rozsądne – odparł strateg. Świat się zmienia. Jeśli jakiś budynek będziesz ciągle tylko odmalowywał i naprawiał, w końcu powstaną w nim pęknięcia. Widziałeś, mój przyjacielu, ruiny świątyń i miast. Całe ludy wyginęły przed naszymi narodzinami, ponieważ tkwiły w marazmie, nie dążyły do postępu. Nie miały ambicji, aby powstać i zawołać: „Pozostawimy po sobie coś, dzięki czemu nigdy o nas nie zapomną”. Temistokles zacietrzewił się tak, że aż nieprzyjemnie było na niego patrzeć. Rozbłysły mu oczy. Ale po chwili zapanował nad sobą, jakby właśnie się ocknął. W każdym razie nie jest to człowiek mojego ducha. Nie chciałbym go u siebie gościć. Swoją surową miną zabija wszelką radość i śmiech.

[…]

Należysz do eupatrydów. Eupatrydzi mieli ziemię, a ziemia… cóż, w pewnym sensie ziemia to wolność. Właściciel ziemski wie, że nigdy nie będzie głodował. Kiedy świat zwróci się przeciwko niemu, ma się, gdzie schronić. Może zamknąć za sobą bramy, nakazać niewolnikom, aby strzegli murów posiadłości. Jest spokojny. Twój ojciec był majętnym człowiekiem, prawda? Tak, rzeczywiście – przyznał strateg ostrożnie. A rodzina twojej żony… na Atenę, oni byli bogaci już w czasach Iliady! Wiesz, że Arystydes pracował z wujem twojej żony,  Klejstenesem? Wiedziałeś o tym? Ogromnie go podziwiał. I trudno mu się dziwić. To Klejstenes nadał imiona dziesięciu fylom, to on powołał zgromadzenie i radę! Był wielkim człowiekiem i takim zapamiętał go świat.

[…]

Ksantyppos pokiwał głową, nie otwierając oczu. Była to niezbyt bogata wioska, jeżeli o to chodziło Temistoklesowi. Pamiętał ją jako miejsce zadbane i schludne, otoczone polami jęczmienia i pszenicy. W Atenach zabudowania stały niekiedy tak gęsto, że promienie słońca nie docierały tam do ziemi. Dziwnie było myśleć o Temistoklesie jako o kimś, kto długo żył wśród pól, bo tak wprawnie poruszał się po zakamarkach miasta. Strateg nie mógł odgadnąć, w jakim stopniu te wczesne lata ukształtowały mężczyznę, który teraz leniwie spoczywał obok niego. Wydawało mu się, że Temistokles wziął od bogów wszystko, co mu zaoferowali, a dodatkowo wyłudził coś podstępem.

[…]

Zabrała mnie do Aten i zamieszkaliśmy w okolicy Keramejkosu. Miała na imię Abrotonon, była drobną blondynką z Tracji, samotną w wielkim mieście, bez sióstr czy przyjaciół. Wyobrażasz sobie? Pracowała od świtu do zmroku, żeby nas utrzymać. Pamiętam, jak pewnego dnia rozbiłem gliniany dzbanek, mały, zwykły, wypalony w piecu. Był niebieski. Dla mnie to nie miało znaczenia, ale ona płakała, kiedy próbowała posklejać drobne skorupy. Nie miała innego, a ludzie każdego dnia wyrzucają na śmietnik o wiele lepsze naczynia. Umilkł na długą chwilę, a Ksantyppos zaczął się zastanawiać, czy prawdziwe są plotki, że jego matka zatrudniła się w burdelu, żeby zarobić na utrzymanie. Nie popadła w długi, dzięki czemu uniknęła losu niewolnicy, co bardzo dobrze świadczyło o jej charakterze. Nie potrafił jednak wyobrazić sobie takiego dzieciństwa, jakie opisywał Temistokles. Przez jakiś czas żyliśmy sobie spokojnie – odezwał się znowu tamten. Jego głos złagodniał, kiedy wspominał dziecięce lata. Uwielbiałem  ją  rozśmieszać. Mogłem  skończyć  jako  jeden  z pięściarzy w takim miejscu jak to. Przez lata ćwiczyłem w dwóch  gimnazjonach podobnych do tego, w którym teraz jesteśmy, wiedziałeś o tym? Złamano mi nos więcej razy niż jestem w stanie spamiętać, ale instruktorzy nauczyli mnie kilku rzeczy. Uczyłem się wszystkiego, czego zdołałem, wszystkiego, co było potrzebne, żeby osiągnąć w życiu lepszy status. Nie chciałem być ubogi, nie chciałem…, żeby mną pomiatano. Kiedy miałem trochę pieniędzy, zatrudniałem nauczycieli, żeby uczyli mnie czytać i pisać, sztuki dyskutowania i inżynierii. Każdy kolejny krok na tej drodze zwiększał moje szanse. Rozumiesz, Ksantypposie?

[…]

Zastanawiam się, czy ma on w ogóle jakieś pojęcie o doli przeciętnych Ateńczyków. A czy ktoś z nas potrafi zrozumieć problemy innych? – zapytał Ksantyppos. Patrzę na ciebie, wysłuchałem twoich słów. Wiem, że jesteś człowiekiem wpływowym, o dużym autorytecie. Widziałem, jak pod Maratonem przemawiałeś do ludzi. Zauważył zdziwienie na twarzy Temistoklesa. Tamten pewnie był przekonany, że zanadto się różnią, aby zrozumieć się nawzajem. Widzę, że Arystydes jest pełen spokojnej godności – kontynuował. Arogancji – mruknął Temistokles, układając się wygodniej na posłaniu.

[…]

Równie dobrze jak Arystydes wiem, co ma w życiu wartość, a co jej nie ma. Ale pochodzę z ludu, Ksantypposie, wychowałem się wśród prostych Ateńczyków. Ciężko pracowałem, sporządzając dokumenty dla innych, lecz nigdy nie odmówiłem usługi człowiekowi, który nie posiadał nic. Domagałem się fortuny od archontów z Areopagu, kiedy chcieli, żebym pisał dla nich wystąpienia albo dostarczał argumentów do dyskusji podczas zgromadzenia lub przed sądami. Kiedy jednak przychodził do mnie człowiek, który bał się, że właściciel wyrzuci go z domu albo że zostanie niewolnikiem z powodu swoich długów, czasami pracowałem dla niego całą noc i nie brałem za to zapłaty. Nigdy nie zapomniałem, jak smakuje ubóstwo. Arystydes na jednym wydechu szydzi z mojej młodości i z mojego uwielbienia dla wina, jedzenia czy innych dobrych rzeczy.

[…]

Ksantyppos zastanawiał się, jak głęboko tkwią te uczucia w Temistoklesie, a tymczasem na twarz jego towarzysza powróciły radość i zadowolenie, przyćmiewając wszystko inne. Ten człowiek doskonale znał samego siebie, potrafił więc śmiać się z własnych słabości i nigdy nie dawał się im zaskoczyć. Zapewne właśnie dlatego był tak niebezpieczny, choć Ksantyppos nie wiedział, czy tylko dlatego.

[…]

Grupa miejskich niewolników zatrudnianych przez zgromadzenie rozpoczęła swoją ulubioną pracę – rzucanie w stronę ludzi długich sznurów zakończonych pętlami i świeżo zanurzonych w czerwonej farbie. Miało to ponaglać spóźnialskich do zajmowania miejsc na wzgórzu. Zależnie od nastroju i natężenia obelg pod adresem niewolników ci mogli rzucać mniej lub bardziej celnie. Nikt nie chciał się zetknąć z farbą, która na zawsze pozostawiała ślady na ubraniu, a do ciała przywierała na tydzień albo dłużej. Czerwone paski były przedmiotem drwin i niewybrednych komentarzy. Naznaczonych nimi mężczyzn wyzywano od „guzdrałów” lub „spacerowiczów”, ku wielkiemu zadowoleniu tych, którzy nie mieli prawa uczestniczyć w głosowaniach. Głosować nie mogli niewolnicy, kobiety, dzieci ani metojkowie z odległych krain, dlatego przeganiano ich ze wzgórza, tak jak rybacy wrzucają z powrotem do morza małe rybki. Mogli na nim pozostać jedynie uprawnieni do głosowania mężczyźni liczący co najmniej osiemnaście lat. W Atenach mieszkało ich około trzydziestu tysięcy – trzy razy więcej niż wzięło udział w bitwie pod Maratonem. Z dziesięciu  miejskich  fyl  zgromadzenie wybierało bule,  radę  z urzędnikami i sędziami, oraz w drodze losowania epistatesa, przewodniczącego obradom w danym dniu. Mawiano, że każdy mężczyzna, który skończył trzydzieści lat, może przez jeden dzień rządzić Atenami, jeżeli tylko naprawdę tego zechce. Bezustanne zmiany na stanowiskach miały zapobiegać tyranii. Zależnie od nastroju i jakości argumentów w dyskusjach Ksantyppos zarazem nienawidził i uwielbiał ten ustrój za jego nieprzewidywalność i uczciwość.

[…]

Doświadczyliśmy tyranów – odparł. Kiedy przedstawiciel naszej warstwy narzeka na nowe prawa, w roli najlepszego prawodawcy zawsze zdaje się widzieć tylko siebie. „Och, czego ja bym nie zrobił!”, mawia. Ale to tak nie działa, Ksan. Dobrych tyranów szybko zastępują źli. Władza nad ludźmi… wydobywa z przywódców same złe cechy. Ledwie taki zasiądzie na tronie, a już żąda, żeby sprowadzono mu do haremu dziesięć młodych żon! Dlaczego mielibyśmy znosić kolejnego tyrana, nieważne, jak dobre miałby intencje? Mówię ci, Ksan, szybko doszłoby do buntu. Ostatniego wygnaliśmy z miasta, chociaż mogliśmy go zabić. Hippiasz nie rozumiał współczesnych czasów. Kto przemówi? – zawołał epistates nad głowami zgromadzonych. Ludzie zaczęli rozmawiać w grupach znacznie głośniej niż zazwyczaj. Każdy mógł odpowiedzieć na wezwanie, jeżeli miał tutaj swoich zwolenników. Oczywiście, gdyby zaczął gadać od rzeczy albo bluźnić, w pogotowiu czekali łucznicy, którzy mogli zdjąć go z kamienia.

[…]

Stanąwszy na kamieniu, Arystydes głęboko odetchnął ciepłym powietrzem wczesnego popołudnia i popatrzył na tysiące głów. Nazwa „Pnyks” oznacza „tłum”. Tego dnia na wzgórze naprawdę wyległy tłumy. Przybyły tutaj chyba całe Ateny. Po Temistoklesie o szerokich ramionach, podkreślającym swoje słowa zamaszystymi gestami, Arystydes wydawał się bardzo drobny, raczej uczony, nauczyciel niż płomienny  orator.  Miał  na  sobie  znoszony  chiton  i  chlamidę  o poszarpanych brzegach, gdzieniegdzie wystawały z niej luźne ciemne nitki. Jego broda była rozwichrzona, wyglądał jednak na zdrowego i silnego, miał też ładną opaleniznę. Stanąwszy przed tłumem, uniósł dłoń do ust, po czym przesunął palcem wskazującym po wargach i ukazał w uśmiechu zęby. Szepty, które przez chwilę unosiły się nad Pnyksem, ustały. Wszyscy chcieli usłyszeć, co Arystydes ma do powiedzenia. Nie mieli zamiaru go lekceważyć i zagłuszać nawet ci, którzy gorąco popierali Temistoklesa. Gdyby zaś tak się stało, epistates musiałby nakazać scytyjskim łucznikom, aby usunęli mówcę z kamienia. Takie przypadki zdarzały się jednak bardzo rzadko. W tak zdecydowany sposób epistates i łucznicy reagowali jedynie na publiczne bluźnierstwa.

[…]

Jesteś dzisiaj po właściwej stronie. Te okręty są nam naprawdę potrzebne. Głosowanie nie polegało na zapisaniu swojego imienia na glinianej tabliczce, ale na przemieszczeniu się ludzi do przeciwległych krańców Pnyksu, gdzie ich liczono i spisywano. Ksantyppos obserwował Ateńczyków, którzy mieli postanowić, czy miasto wybuduje flotę czy nie. Poświęcili temu głosowaniu cały dzień. Niektórzy pozostaną tutaj aż do wczesnego wieczoru, żeby podjąć decyzje w pilnych kwestiach prawnych. Inni wytkną jakieś nieprawidłowości i wskażą swoje krzywdy, które zostaną rozsądzone w mniejszych grupkach równych im obywateli. Nie było drugiego takiego miejsca na świecie, a mimo to Ksantyppos czasami pragnął, aby wśród zebranych większą rolę odgrywał zwykły wzajemny szacunek. Zgromadzenie przypominało młodego byczka. Można było nim sterować za pomocą  lekkich  dotknięć,  było jednak zwierzęciem pewnym siebie i potwornie silnym.

[…]

Pnyks stopniowo zapełniał się ludźmi. W takim dniu żaden Ateńczyk nie mógł pozostać w domu czy pójść do pracy. Ksantyppos dostrzegł Temistoklesa; miał potargane włosy, jakby przed chwilą wyrwano go z łóżka. Po przeciwnej stronie wzgórza   stał   Arystydes   w   otoczeniu   najstarszych   archontów   Areopagu   i mężczyzn ze swojej fyli. Wszyscy się zjawili, żeby wysłuchać raportu Miltiadesa. Tutaj byli sobie równi, każdy dysponował tylko jednym głosem. Przybyli bogaci i biedni, mieszali się tu budowniczowie, folarze i właściciele ziemscy – wszyscy stali ramię w ramię, każdy mężczyzna miał identyczny status i mógł się wypowiadać na tematy związane z prawem i moralnością. Ludzie są podekscytowani od samego rana – odezwał się Epikleos. Czujesz to? W tym miejscu bije serce miasta, Ksan. Zastanawiam się, czy Hippiasz czuł się tak samo, kiedy wstawał z łóżka jako tyran. Dzisiejszego ranka to my jesteśmy tyranami Aten. Zgromadzenie nie może być tyranem. Właśnie dlatego powstało – odparł Ksantyppos cierpko.

[…]

Kserkses, podchodząc do ojca i klękając przed nim na jedno kolano, czuł na sobie spojrzenie eunucha. W ten sposób hołd władcy mógł oddawać jedynie książę i następca tronu. To było jego wyłączne prawo, o czym doskonale wiedział każdy służący i niewolnik mający dostęp do jego ojca. Nawet królowie padali na twarz przed Dariuszem, a lśniący marmur zachodził mgłą, kiedy leżąc bez ruchu, oddychali prosto w posadzkę. Nie musiał tego robić tylko królewski syn, młodzieniec, który pewnego dnia pójdzie w jego ślady i obejmie władzę nad światem. Tak ojciec go wyróżniał i zarazem wskazywał, że Kserkses będzie jego sukcesorem. Odczekał, aż ojciec skinie na niego, dopiero wtedy wstał i podszedł do tronu. Ujął prawą dłoń króla, po czym pocałował go dwukrotnie w każdy policzek i na koniec przycisnął usta do warg Dariusza. Słodycz w oddechu ojca lekko go oszołomiła i zaniepokoiła, wyczuwał w nim woń bielunia [to: silnie trujące rośliny z rodziny psiankowatych – przyp. aut.].

[…]

Kiedyś żyli na skraju imperium. Zostawiłbym ich w spokoju jako satrapów i poddanych. Lecz oni wybrali opór i ten opór zobaczył cały świat. Teraz nie mam wyboru. Jeżeli bóg zechce, pożyję wystarczająco długo, aby zobaczyć, jak płoną greckie miasta. Ujrzę płonące Ateny i Spartę, i Teby, i Korynt, i wszystkie inne. Umilkł, żeby uspokoić oddech. Przez chwilę patrzył przed siebie, czekając, aż jego klatka piersiowa przestanie gwałtownie się unosić i opadać. Nazywają swój kraj placem do tańca dla boga Aresa, słyszałeś? Tego ich boga wojny. Jeszcze nie widzieli prawdziwego boga wojny, Kserksesie! Lecz wkrótce zobaczą…

[…]

Ksantyppos nie zdziwił się, kiedy ogłoszono, że Miltiades będzie sądzony na Areopagu. Sprawców najpoważniejszych przestępstw sądzono także w trzech innych miejscach, jednak wielka skała boga Aresa jako miejsce egzekwowania prawa od dawna miała uświęconą pozycję. Przed nową demokracją Klejstenesa na Areopagu obradowała rada dysponująca niemal nieograniczoną władzą. Pamiętający te czasy archontowie wciąż piastowali swoje funkcje, ponieważ reformatorzy nie ośmielili się całkowicie pozbawić ich znaczenia. Trwali jakby w zawieszeniu, obnosząc się z autorytetem płynącym ze  starodawnej tradycji,  lecz  ich  rola  w nowym porządku była niejasna. Sama skała wpisywała się we wzgórze o ostrych konturach, które wyrastało ponad dolnym miastem. Z łatwością mogła pomieścić czterystu lub pięciuset sędziów przysięgłych, choć groziło im, że upieką się na białym kamieniu, wystawieni bezustannie na słońce. Kiedy słońce wstało, Ksantyppos przechadzał się już w tę i z powrotem u stóp Areopagu, a Epikleos uważnie go obserwował. Sędzia pokoju, który miał przewodniczyć procesowi, objął swoje stanowisko w wyniku losowania i z zawodu był rzeźnikiem.

[…]

Strateg przygryzł wargę. Obserwował, jak spoceni niewolnicy wnoszą kosze do głosowania na szczyt wzgórza. Nikomu nie było wolno wpływać na przysięgłych przed wydaniem wyroku. W czasie procesu nie głosowano przez podniesienie rąk  ani  nie  gromadzono  się  w  jednomyślnych  grupach.  Każdy  z mężczyzn otrzymywał dwa krótkie pręty z brązu, jeden pełen i jeden wydrążony, oraz gliniany krążek z wgłębieniem pośrodku. We wgłębieniu odciskano końcówkę pręta – pełnego lub wydrążonego – decydując w ten sposób, czy oskarżony jest winny czy niewinny. Po głosowaniu sędziowie zaciskali palce na końcach prętów, nie można więc było podpatrzeć, jak głosowali. To  oznaczało, że nikt nie może wpłynąć na werdykt konkretnego sędziego i nie  może go kupić, a nawet jeżeli zapłaci, nie będzie miał pewności, czy dobrze ulokował pieniądze. W ten sposób wyrok był wynikiem przemyśleń i decyzji podjętych samodzielnie przez sędziów, a możliwość manipulacji osób nieuprawnionych została zminimalizowana. Ksantyppos przyglądał się przez chwilę marynarzom, zastanawiając się, jak będą głosować.

[…]

My, Grecy, rozumiemy, czym jest hybris. Pycha grozi nam wszystkim, lecz przede wszystkim stanowi niebezpieczeństwo dla tych, którzy są rozpoznawalni. Pycha kusi nas i uwodzi, każe nam czynić więcej, podejmować większe ryzyko, lekceważyć niepowodzenia i ponawiać nierozsądne starania. Czyż bogowie nas nie kochają? Czyż nie jesteśmy wspaniali? Czy jedno zwycięstwo wystarczy? Właśnie taki głos uwiódł Miltiadesa. Wiwatowaliśmy na jego cześć, a on spijał słowa uwielbienia z naszych ust, lecz wciąż był spragniony! Ksantyppos popatrzył z ulgą na zwój z tekstem wystąpienia. Niemal go rozwinął, jednak niespodziewana łatwość, z jaką przemawiał, nie wspomagając się wcześniej zapisanymi argumentami, kusiła, aby tą drogą iść dalej. Zaczęła go ogarniać taka sama pokusa, jaką przed chwilą przypisał Miltiadesowi. Na szczęście w porę zdał sobie z tego sprawę. Rozwinął całkiem zwój, wziął głęboki oddech i powiódł wzrokiem po zapiskach. Szybko natrafił na właściwe miejsce. […] Przedstawię wam trierarchę  Arkajosa  z  Delfina  oraz  hoplitę  z  okrętu   o wspaniałej nazwie Sprawiedliwość. Z ich ust usłyszycie słowa o arogancji Miltiadesa, o lądowaniu na wyspie, na którą nie wysłano wcześniej zwiadowców, co zakończyło się rzezią. Usłyszycie o tym, jak dążenie jednego człowieka do sławy wyrwało serce naszej flocie. Później poproszę was o najsurowszą karę dla niego za  utracenie  przez  Ateny  wielkiej  fortuny,  która  legła  na  dnie  morza, i przede wszystkim za utracone życie wielu naszych najlepszych mężów.

[…]

Ksantyppos popatrzył na przyjaciela ostrym wzrokiem. Pokręcił głową. Zlitowałbym się nad nim, gdyby chodziło tylko o przegraną bitwę. Ale ponieważ przyjął perskie srebro, nie mam dla niego litości. On sprzedał wszystkich Ateńczyków, także moją żonę i dzieci. Dlatego jego los jest przesądzony.

[…]

Ksantyppos szedł drogą prowadzącą do jego posiadłości poza murami miasta. Czuł, jak powoli rozluźniają mu się mięśnie. Kolano wydawało się mocne i prawie wcale nie bolało. Nikt się za nim nie oglądał, a przynajmniej niczego takiego nie dostrzegł. Wtopił się w tłum handlarzy śpieszących z miasta i do miasta, zgubił się pomiędzy ludźmi pragnącymi sprzedawać swoje towary albo ubiegać się o obywatelstwo. Ateny z mocy prawa nadawały je dzieciom osób, które już je posiadały. Jeśli chociaż jedno z rodziców urodziło się w mieście, nie miało znaczenia, w którą stronę świata i w jakim celu wyruszali ich synowie i córki. Zawsze mogli wrócić. Od chwili zagrożenia perskim atakiem w Jonii do Aten powracało mnóstwo rodzin, które w porcie schodziły z pokładów statków z dobytkiem mieszczącym się w jednym worku na plecach. W mieście ludzie rozpoczynali nowe, lepsze życie albo głodowali i popadali w niewolę. Wielu już przed upływem roku służyło panom, dla tych jednak, którzy wykazywali się umiejętnościami i potrafili ciężko pracować, nie było lepszego miejsca na świecie.

[…]

Kimon kołysał się nad zwłokami ojca. W  połowie pusty skórzany bukłak z winem zwisał mu z ręki niczym zaszlachtowane jagnię. Młodzieniec cuchnął kwaśnym winem i przed chwilą wymiotował, dlatego w małym pomieszczeniu unosiła się silna woń. Przebywał tu już długo, wciąż wpatrując się w martwe ciało. Nikt nie ośmielał się mu przeszkadzać. Na zewnątrz mieszkańcy posiadłości stali w ciszy przerywanej tylko nieśmiałymi szeptami. Wszyscy czekali, aż syn Miltiadesa się z nim pożegna. Przerwanie mu czuwania przy zwłokach nie wchodziło w grę. Martwy Miltiades ani odrobinę nie przypominał siebie za życia. Kimon słyszał, że czasami ludzie po śmierci wyglądają tak, jakby właśnie zasnęli, jakby po prostu udawszy się na spoczynek, wydali ostatnie tchnienie. Miltiades nie zaznał jednak spokoju w ostatnich chwilach życia. Odseparowany od rodziny i  przyjaciół,  samotny  w  zamkniętej  celi,  odszedł  z  tego  świata  w  delirium  i w bólu. Kimon zapragnął dotknąć jego zimnej ręki, która kiedyś czule go dotykała, mierzwiła mu włosy. Już nigdy nie usłyszy głosu ojca, jak go chwali lub gani, nie usłyszy z jego ust ani jednego słowa. Niedawno przyszedł kapłan Hadesa, aby pobłogosławić Miltiadesa i bezpiecznie wysłać jego duszę do swojego pana. […] Pomyślał, że niezłomny wódz spod Maratonu nigdy nie utraci swojej wielkości i we wspomnieniach wszystkich pozostanie wspaniałym wojownikiem. Czuł jednak odór jego gnijącej nogi, także po śmierci spuchniętej i zaczerwienionej, poznaczonej purpurowymi nacięciami. Pod opatrunkami w ranach wezbrała ropa, mimo że uzdrawiacze robili wszystko, aby wypływała z nich krew, i przykładali do nich bandaże maczane w miodzie. Czasami bogowie upokarzali nawet najsilniejszych mężów. Hades z taką samą ochotą przyjmował w podziemnym świecie zarówno wielkich, jak i małych ludzi. Na końcu każdy nieodwołalnie musiał przekroczyć rzekę.

[…]

Gmach rady był imponujący, świadczył o znaczeniu, jakie miała dla Aten nowa, wciąż raczkująca administracja. Stary budynek przy Areopagu, zbudowany z wiekowych kamieni, był niefunkcjonalny, dlatego nowy,  z wapienia i cegieł, z lśniącymi kolumnami, wzniesiono z myślą o tym, aby jak najlepiej służył pracującym tu ludziom. Co roku kolejne pięćset osób zawiadywało stąd miastem. Tutaj powstawały księgi, rachunki i bilanse. Wszystko dobrze funkcjonowało, co czasami nawet wzbudzało zdziwienie. Ksantyppos poczuł irytację, a potem dumę, kiedy przy wejściu najpierw został zatrzymany i dopiero później rozpoznany. Członkowie rady byli dumni ze swoich stanowisk. Spoczywające na nich  obowiązki  traktowali  z  powagą,  co  miesiąc  poświęcali  im  sporo  czasu i sumiennie się przykładali do ich realizacji. Ateny nie miały konstytucji. Interpretacja praw zależała od dobrej woli urzędników, tradycji i zdrowego rozsądku. Oznaczało to, że członkowie zgromadzenia czuli się częścią miasta, nawet najbiedniejsi. Rodziny, takie jak Ksantypposa, oddawały im część władzy w zamian za coś więcej: rezygnowały z części wpływów w zamian za uczestnictwo we wspólnocie.

[…]

[Temistokles – przyp. aut.] Twierdził, że srebro z Laurion należy przeznaczyć na budowę floty – przypomniał przyjacielowi Ksantyppos. W żaden sposób nie może się na tym wzbogacić, co pewnie byłoby możliwe, gdyby pieniądze wydawano na niewolników, drogi, dachówki. Uważałem wtedy, że zachowuje się jak należy. Jeśli chcesz wiedzieć, powitałbym z radością dwóch lub trzech takich jak on, gdyby to oznaczało, że wybudują dla nas czterysta trier! Epikleos wolał zapatrzeć się w przestrzeń niż kontynuować tę rozmowę. Jego wątpliwości były oczywiste. Widząc to, Ksantyppos poczuł, jak narasta w nim zniecierpliwienie. Miał niemal czterdzieści lat i subtelności polityki oraz bezustannie zmieniające się sojusze uważał za kwestie strasznie trywialne, niemal dziecinne.

[…]

Mężczyzna ukłonił się i odszedł. Kimon zażądał tego wczoraj wieczorem na posiedzeniu rady. Chciał, żeby głosowanie odbyło się z samego rana. Posłałem po ciebie, kiedy tylko się dowiedziałem. Wciąż obwinia mnie o śmierć ojca. Ksantyppos zaklął pod nosem. Epikleos pokiwał głową i ciężko westchnął. Wieść, że na Pnyks przybył Ksantyppos, szybko zaczęła się rozchodzić i wiele twarzy skierowało się w jego stronę. Wytrzymywał spojrzenia bez mrugnięcia okiem, nie pozwalając, aby któryś z mężczyzn pomyślał, że się boi albo wstydzi. Przed głosowaniem nad ostracyzmem nie były dozwolone żadne przemówienia. Prawo, które miało na celu odarcie z władzy tyrana, egzekwowano w niemal absolutnej ciszy. Musiało tak być, bo inaczej jakiś doskonały mówca mógłby przeciągnąć tłum na swoją stronę i uchronić tyrana przed wygnaniem. Ksantyppos zorientował się, że uważnie go obserwują scytyjscy łucznicy,  gotowi zaciągnąć go do celi, gdyby w jakiś sposób spróbował wpłynąć na rozgrywające się wydarzenia. Nie wierzę, że syn Miltiadesa ma aż tylu zwolenników! – szepnął gorzko do ucha przyjaciela. Czy ta rodzina natrafiła na jakąś żyłę złota?

[…]

Znam prawo. Poprowadź mnie, dobrze? Czuł  się  jak   zazwyczaj   po   długiej   bitwie,   coraz   bardziej   zmęczony,   a jednocześnie nie był w stanie zapanować nad szalonym biciem serca. Nie zatrzymywali się, nie odzywali do nikogo ani słowem. Tłum rozstępował się przed nimi. Niektórzy wykrzykiwali obelgi, a inni w geście współczucia próbowali dotknąć dłoni Ksantypposa. Wielu stało ze zwieszonymi głowami, kiedy przechodził obok; zapanowała atmosfera jak na pogrzebie. Można było odnieść wrażenie, że Ksantyppos naprawdę dzisiaj umarł. Nagle zrobiło się zamieszanie, kiedy Kimon próbował się do niego przedostać, lecz tłum zgodnie powstrzymał młodzieńca. Nikt nie wątpił, że Ksantyppos nie zasługuje na kolejne poniżenie. Jednym z tych, którzy najbardziej energicznie bronili dostępu do niego, był Arystydes. Ksantyppos kilkakrotnie głęboko odetchnął, kiedy dotarł do Bramy Triazyjskiej. Następnie powoli ruszył wzdłuż cmentarza. Pomiędzy ścieżkami,    z dala od głównej alei, widoczny był grób Miltiadesa. Ksantyppos przez chwilę chciał tam podejść, przekazać zmarłemu wyrazy szacunku i pogratulować mu syna.

[…]

Ksantyppos stał przy wozie zaprzężonym w dwa konie, który miał go zawieźć na północ, a potem na zachód na Peloponez. Jego domem na lata wygnania miał zostać Korynt. Miasto leżało w odległości niecałych trzech dni podróży od jego posiadłości i dzieci. Znajdowało się poza Attyką, mógł więc się tam osiedlić zgodnie z literą prawa. Poza tym dla niego było to miejsce równie dobre jak każde inne. Nie były to Ateny.  To  nie był jego prawdziwy dom. Dla człowieka   o jego pozycji każde inne miejsce na świecie było takie samo. Był już gotów. Dziesięć dni minęło bardzo szybko, dobijał ostatnich interesów z ostatnimi kontrahentami, płacił robotnikom. Towarzyszyło temu trochę chaosu, mógł jednak powiedzieć, że zostawia rodzinną posiadłość w jako takim porządku. Agarysta przyprowadziła do niego dzieci. Załadowawszy na wóz skrzynię srebra oraz zbroję i broń, na drogę wynajął czterech hoplitów. Czekali w pełnej szacunku postawie, kiedy strateg klękał i przyciskał do piersi najmłodszego Peryklesa. Chłopak drżał z żalu, wciąż nie mogąc pojąć, dlaczego ojca zesłano tak daleko od domu. Dla dziecka w jego wieku dziesięć lat stanowiło niewyobrażalnie długi okres, właściwie całą wieczność, a ukochany ojciec znikał z jego młodego życia akurat wtedy, kiedy zaczął go poznawać. Gdy zaczął podejmować pierwsze próby jego naśladowania. Chłopiec załkał, a Eleni go uciszyła, przycisnąwszy jego twarz do swojego ramienia.

[…]

W przeszłości król Dariusz prawie nie zwracał uwagi na daleki zachód, na setki miast położonych tysiące mil od jego pałaców i serca terytoriów, którymi władał. Zmieniło się to wraz z buntem jońskim i spaleniem Sardes, a kolejną zmianę przyniosła bitwa pod Maratonem. Właśnie wtedy król Dariusz zwrócił się w stronę Hellenów. Stracił ochotę na spokojne drzemki i leniwe popijanie soku brzoskwiniowego, przypomniał sobie o zachodnich krańcach imperium. Nie zwiastowało to niczego dobrego. Arystydes odepchnął od siebie tę myśl, jakby oganiał się od muchy, która przysiadła mu na twarzy. Całą Persję pokrywała sieć dróg, którymi posłańcy przewozili  listy,  szlachetne  kamienie  i opowieści z obszarów położonych w centrum. Kupcy, podróżujący w długich karawanach, zabierali na wschód niewolników i wonne olejki, z których powstawały perfumy o najwspanialszym na świecie zapachu. Wracali z historiami o potworach i mężczyznach przyobleczonych w złoto, o cętkowanych kotach wielkich jak lwy, o ogromnych zwierzętach z kłami zdobionymi srebrem. Więcej niż połowę tych wieści stanowiły nieskładne fantazje opowiadane dla rozrywki, ale człowiek, który potrafił oddzielać ziarno od plew, każdego dnia w Pireusie mógł się dowiedzieć czegoś wartościowego.

[…]

Kserkses stał z zamkniętymi oczami, wyczerpany po długiej wspinaczce, pozwalając, aby morska bryza chłodziła mu skórę. Miasto Abydos powstało z połączenia starożytnych wiosek na północno-zachodnim wybrzeżu, na samym skraju imperium. Zastanawiał się, czy przybędzie mu mieszkańców, jeżeli nie powstaną mosty, które spięłyby brzegi nad głębokimi wodami. Jego budowniczowie twierdzili, że nie da się przerzucić ponad falami morskimi łuków o tak wielkiej rozpiętości. On jednak wierzył w pomysłowość swoich ludzi i we wsparcie niebios. Jego ojciec zbudował kiedyś most na cieśninie Bosfor, lecz wkrótce zniszczyły go sztormy. Kserkses przysiągł sobie, że dokona czegoś znacznie większego. Aby przeprawić się na zachód od Byzantion [późniejsze Bizancjum – przyp. aut.], połączy mostem brzegi Hellespontu [obecnie cieśnina Dardanele – przyp. aut.]. Jego armia suchą nogą przejdzie przez morze. Ze szczytu wzgórza widział po drugiej stronie brązowozielone wybrzeże. Przypomniał sobie mapy, które powstały tylko dla oczu królów i których nie  mógł oglądać nikt o niższym statusie. Kiedyś armie jego ojca… Przerwał rozmyślania, nie chcąc brnąć dalej we wspomnienia. Wziął głęboki oddech i gwałtownie wypuścił powietrze z płuc. Wciąż był w żałobie, a wraz z nim rozpaczało czterdzieści królestw. Od śmierci jego ojca minęły już cztery lata. Od tego dnia doświadczył momentów, w których życie wydawało mu się nieznośnie trudne, bo imperium funkcjonujące bez doświadczonego pasterza zaczęły ogarniać zamieszki i zbrojne powstania.

[…]

Zacisnął pięści. Po chwili rozluźnił je powoli i zobaczył, że od ucisku zbielały mu palce. Przez moment przypominały części ciała martwego człowieka. Podjął jedną, jedyną próbę naśladowania wspaniałej wielkości swego ojca. Pchnął do wszystkich greckich miast swoich emisariuszy z pokojową misją, proponując Hellenom, żeby przyjęli podległość lenną wobec Persji. Gdyby Ateny i Sparta zaakceptowały jego zwierzchnictwo, okazałby im dobroć, właśnie w imię pamięci ojca. To dzięki Dariuszowi jego syn zrozumiał, że aby skutecznie rządzić imperium, musi być dla poddanych kimś więcej niż królem. Powinien robić wszystko, żeby w ich oczach utrwalać wizerunek miłościwego władcy. Co  więcej, żeby dobrowolnie zostać jego sojusznikami, nowi poddani musieliby zyskać pewność, że będzie ich chronił, nawet przed innymi Grekami. Była to dla niego trudna ścieżka, podążanie nią wydawało się prawie niemożliwe. Wiele pomniejszych greckich miast-państw przyjęło jego ofertę – ze strachu czy z miłości, to nie miało znaczenia. Kiedy jednak Kserkses usłyszał, że Ateny postawiły jego wysłanników przed sądem i dokonały na nich egzekucji, przyjął wiadomość ze swoistą radością. Spartanie z kolei wrzucili jego ludzi do głębokiej studni. Wciąż pamiętał chwilę, kiedy ta wieść do niego dotarła – serdecznie go rozbawiła. Podążanie drogą miłosierdzia było dla niego zbyt trudne i odczuł ulgę, że może z niej zrezygnować. W końcu jego propozycje nie były wyrazem słabości, ale wręcz przeciwnie – siły.

[…]

Pamiętał tylko, że epistates pochodzi z fyli Hippothoontis. Nawet z nożem na gardle nie byłby w stanie przypomnieć sobie jego imienia. Nowe twarze epistatesów widywał codziennie już od wielu lat i nie licząc kilku wyjątków, wszystkie zamazywały się w jego pamięci. Klejstenes może był geniuszem, ale jego upór, aby zachować w Atenach demokrację, skutkował uśrednieniem umiejętności  miejskich  urzędników.  Za  rzecz  gorszą od współpracowania z głupcami Temistokles uważał bezpowrotną rezygnację z dobrych ludzi.

[…]

Zaledwie miesiąc wcześniej Temistokles oglądał przedstawienie w teatrze przy Akropolu, komedię, w której wyśmiewano i wyszydzano jego nową wysoką pozycję. Śmiał się wraz z widzami, których wyraźnie cieszyły padające ze sceny przytyki  wobec  niego,  ale  miał  też  wrażenie,  że  ludzie  się  go  obawiają. O Ateńczykach można było powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że są głupcami. W przeciwnym razie nie chciałby nimi rządzić. Obronił się przed jedną próbą ostracyzmu, ale kosztowało go to fortunę w srebrze i mnóstwo ciężkich pertraktacji. Na wszelki wypadek przygotował stu krzepkich wioślarzy, którzy mieli siłą rozgonić uczestników procesu, nie musiał się jednak posuwać do ich wykorzystania. Kiedy wybił dzwon i urnę z głosami zapieczętowano, w środku znajdowało się zaledwie trzy tysiące skorup z jego imieniem. Skrzywił się na to wspomnienie. To było ostrzeżenie,  a  przecież  miał  jeszcze  tyle  do  zrobienia w tym mieście.

[…]

Dysponujemy  szacunkami, wiemy natomiast  na  pewno, że Persowie są  w ciągłym ruchu, a na wybrzeżu wyroili się jak wszy morskie. Niecały miesiąc temu na nasze dwa statki handlowe wsiedli ich urzędnicy, działo się to na wodach, na których Persowie w ogóle nie mają prawa przebywać. Niczego nie zabrali, ale ich pewność siebie rośnie. Jeszcze przed rokiem nie ośmieliliby się na coś takiego. Kiedy armie maszerują, ich siłę mierzy się tym, co wojownicy potrafią zniszczyć, zabrać i sobie przywłaszczyć – powiedział Temistokles ponurym głosem. Przecież nikt nie stanie wojskom na drodze z aktem własności danej ziemi i nie wykrzyczy żołnierzom, że nie mają prawa dalej iść. Niemal warknął z wielkiej frustracji, z jego gardła wydobył się głuchy pomruk. Przez ostatnie trzy lata nie było miesiąca bez raportów o perskich okrętach albo perskim złocie, albo o perskich żołnierzach licznych niczym ziarnka piasku na plaży. Ile już razy słyszeliśmy takie doniesienia? – kontynuował. Cóż, na rynkach trzeba przecież o czymś plotkować. To… nie jest plotka, Temistoklesie – odparł Nikodemos. Wielki król osobiście towarzyszy armii. Wiemy o tym od ludzi, którzy widzieli go na wybrzeżu. Jest żądnym sławy następcą swojego ojca i wypatruje przez morze w kierunku zachodnim.

[…]

Po drugiej stronie znajdowała się Tracja ze wzgórzami i kopalniami, chłopskimi zagrodami, wioskami, myśliwymi i wojownikami. Kserkses uśmiechnął się do swoich myśli. Mieszkającym tam prymitywnym plemionom jego żołnierze na pewno wydadzą się złoto-żelaznymi posągami, wręcz niebiańskimi duchami kroczącymi po ziemi. Trackie kobiety były całkiem urodziwe. Kilka porwali jego ludzie, ale przy pierwszej okazji popełniały samobójstwo, a czasami nawet zabijały mężczyzn chrapiących u ich boku. Pokręcił głową. Przez pewien czas wiele wskazywało na to, że trackie plemiona powstaną i przeciwstawią się jego armii. Pchnął posłańców do ich miast i wiosek, dając im jasny wybór. Lecz zmagając się z sojuszem królów zdeterminowanych, aby odrzucić jego władzę, musiał się posunąć do dania im surowej nauczki. Nie mieli najmniejszej szansy z jego Nieśmiertelnymi. To było takie niepotrzebne! Przecież nie szukał z nimi zwady. Podobnie jak deski jęczące pod jego stopami, ich ziemie były tylko pomostem mającym zaprowadzić go o wiele dalej. Kserkses uśmiechnął się na tę myśl.

[…]

Zauważył, że Kleombrotos klepie towarzysza w ramię, zgadzając się ze słowami, które ten mamrocze pod nosem. W grupie Spartan można było dostrzec poczucie wyższości, chociaż do Larysy przybyło ich zaledwie czterech. Prezentowali postawę władczą wobec pozostałych, choć w tawernie zgromadziło się mnóstwo mężczyzn, którzy doskonale znali życie i wiedzieli, na czym polega ciężka praca. Temistokles odnotował, że wszyscy Spartanie mają na ciele blade blizny, swoiste świadectwo tysięcy godzin spędzonych na polu ćwiczebnym albo po prostu w walce z wrogiem. Kleombrotos, szczupły, o silnych ramionach, mógł liczyć od czterdziestu do pięćdziesięciu lat i był młodszym bratem wojowniczego króla Sparty. Temistokles nigdy dotąd nie spotkał Leonidasa, którego imię tłumaczone dosłownie znaczyło „Król Lew”. Uważał, że wysłanie na czele tej delegacji członka rodziny jest oznaką zaufania ze strony spartańskiego władcy, przynajmniej taką miał nadzieję. Spartanie mieli dwóch królów, jeden bacznie pilnował poczynań drugiego. Ich ustrój nie był tyranią, inaczej niż w wielu innych greckich miastach-państwach, ale nie rządzono tam za pomocą wolnych głosowań zgromadzenia. Temistokles wiedział, że Spartanie sądzą, iż Atenami rządzi tłum, w mieście toczą się bezustanne kłótnie i w gruncie rzeczy panuje chaos. Machał na to ręką. Sam uważał Spartę za miejsce zacofane, za smutny obóz wojskowy, w którym kobiety mają podobne obowiązki jak mężczyźni. […] Masz moje słowo – powiedział Kleombrotos, patrząc przez całą salę na Temistoklesa. Tego chciałeś, prawda? Mówię w imieniu mojego brata, króla Leonidasa. Jeżeli nadejdą Persowie, wyruszymy, aby stanąć przeciwko nim na lądzie. Pięć tysięcy spartańskich wojowników, pięć tysięcy innych żołnierzy…i nasi heloci. Dzień, w którym zmierzymy się z najeźdźcami, będzie dobrym dniem dla Grecji.

[…]

Kimon patrzył na niego z niedowierzaniem. Wyobrażał sobie wspaniały spektakl, sądził, że skłoni Ksantypposa do żalu, zmusi do przyznania, że się pomylił. A tymczasem mąż, którego szanował, zniweczył ten plan i potraktował go jak dziecko. Młodzieniec znowu popatrzył ze złością na Ksantypposa, jednak żadna siła nie mogła już odwrócić sytuacji. Nie potrafię zmienić przeszłości – powiedział strateg. Zabrzmiało to bardzo słabo nawet w jego uszach, dlatego zmusił się, żeby to powtórzyć. Gdyby Kimon dobył teraz miecza, może we trójkę daliby radę go okiełznać, zanim by kogoś zabił. Wziął głęboki oddech. Nie popełniłem błędu, Kimonie. Wykonałem swój obowiązek wobec Aten, które są warte o wiele więcej niż którykolwiek z nas. Wolność jest warta o wiele więcej niż nasze życie, na pewno znacznie więcej niż nasza praca. Potrafisz to zrozumieć? Nigdy nie było to dla mnie bardziej oczywiste niż dzisiaj, kiedy ponownie postawiłem stopę na agorze. Nie ma na świecie nic porównywalnego z naszym zgromadzeniem, Kimonie. Poza naszymi granicami funkcjonują jedynie ludzie, którzy mówią innym, co mają robić, to tyrani. Spędziłem wiele lat w Koryncie, na Peloponezie. Minęło trochę czasu, nim się zorientowałem, jak różni się on od Aten, ale kiedy to zrozumiałem, było to dla mnie niczym uderzenie obuchem w głowę. Tam od lat nic się nie zmienia. W Atenach dyskutujemy, handlujemy, unowocześniamy miasto. Zmiany widać każdego dnia, lecz zawsze zachodzą one za zgodą ludzi. Zawsze. Widziałem, jak wieszają człowieka, który skrytykował możnego z Koryntu. Nikt nie protestował, tutaj byłoby inaczej. My możemy mówić wszystko, nie wolno nam tylko bluźnić. Wolno nam chwalić Spartę, ale Spartanom nie wolno chwalić Aten! Na tym polega różnica między Atenami a resztą świata. Źródłem naszego prawa jest lud, a nie zachcianki sędziów czy królów. Na Atenę, kocham i kochałem za to nasze miasto, nawet na wygnaniu, nawet z niego wyrzucony!

[…]

Ksantyppos opuścił miasto. Miał za sobą długi dzień i był zmęczony, ale też przepełniony uczuciem satysfakcji, jakiej nie zaznał od bardzo dawna. I wcale nie chodziło o to, że Arystydes otrzymał dowództwo nad ateńskimi hoplitami. Tyran mógłby je objąć na jedno skinienie dłoni przystrojonej w pierścienie z drogocennymi kamieniami. Nie, źródłem jego zadowolenia było to, że rada zwołała nadzwyczajne posiedzenie zgromadzenia, a Ateńczycy w głosowaniu formalnie zatwierdzili Arystydesa na stanowisku, puszczając w niepamięć jego banicję. Ta decyzja została wyryta w kamieniu i widniała na agorze, mógł to przeczytać każdy obywatel Aten. Uśmiechnął się i wydłużył krok. Arystydes wezwał wszystkich hoplitów na plac ćwiczebny; powinni się na nim zgromadzić następnego dnia o świcie. Następnie mieli pobiec do Maratonu, tam przenocować i kolejnego poranka wrócić do Aten. Wódz miał ocenić ich przygotowanie, a Ksantyppos znał go wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, że przez dwa dni wyciśnie z nich siódme poty. Sam początkowo był rozczarowany, że jako strateg nie otrzymał dowództwa nad tysiącem ludzi. Zakładał, że Temistokles wezwał go z wygnania ze względu na rolę, jaką odegrał pod Maratonem. Jednak tamten miał inne plany. Jako że Kimon był za młody, żeby pełnić ważną funkcję we flocie, Temistokles jako jej dowódca potrzebował więc zastępcy i chyba zamierzał powierzyć to stanowisko Ksantypposowi.

[…]

Perykles popatrzył na niego twardo i dostrzegł, że chłopiec zmaga się z sobą: miał ochotę ostro ojcu odpowiedzieć, lecz rozsądek podpowiadał mu, że powinien zachować ostrożność. A wasza matka i ja nadaliśmy imiona całej waszej trójce – kontynuował. „Ary-fron” znaczy „wielki umysł”. Jesteś moim pierworodnym synem, pra-bratankiem Klejstenesa, który obdarzył Ateny demokracją. Po tych słowach spojrzenie jego najstarszego syna trochę złagodniało. A „Eleni”? – zapytała córka. Ksantyppos się uśmiechnął. To oznacza „światło”, pochodnię w ciemności. Ponieważ moje serce się rozjaśniło, kiedy mi powiedziano, że wasza matka urodziła córkę. Sam je wybrałem. Dziewczyna była zachwycona tym wyjaśnieniem. Zapadła cisza. Perykles wciąż milczał, a jego siostra spoglądała to na brata, to na ojca i wreszcie straciła cierpliwość dla wciąż widocznej niechęci chłopaka. A co z Peryklesem? Co znaczy jego imię? Oznacza „sławny” – mruknął sam zainteresowany. Wydawał się niezadowolony, lecz przynajmniej zeskoczył z konia. Ojciec pokiwał głową. Rzeczywiście. W noc przed narodzinami Peryklesa waszej matce przyśnił się lew. Takie sny nie zdarzają się często i bardzo niewielu osobom. Nadała ci imię „sławny”, ponieważ zapragnęła, aby pewnego dnia poznali je wszyscy ludzie. A ty, ojcze? – zapytała Eleni. Skąd się wzięło twoje imię? Moja matka śniła o bladym koniu – odparł i wzruszył ramionami. Nie wiem, co oznaczał ten sen.

[…]

Promienie słońca błyszczały w wodzie milionami iskierek. Akropol był doskonale widoczny z portu, więc Ksantyppos nabożnie skłonił głowę przed Ateną, po czym wyszeptał poświęconą jej modlitwę. Pod wpływem nagłego impulsu pomodlił się też do Posejdona, bo przecież to na terenie jego królestwa właśnie się znajdował, a potem do Aresa, ponieważ zbliżała się wojna. Bohaterem jego dzieciństwa był Apollo, dodał więc kilka wersetów sławiących słońce i źródło życia, a potem jeszcze przez chwilę sławił Tezeusza i Heraklesa. Aten strzegło wielu bogów i herosów. Niemal fizycznie wyczuwał ich obecność, gęstą jak rój pszczół, płynąc łodzią intensywnie kołysaną przez fale morskie. Była to po prostu łupina z drewna i miała długość mniej więcej dwóch wyprostowanych ludzi. Przecinały ją dwie ławki z grubych sosnowych desek, wyblakłych i wytartych. Przyglądał się dwóm wioślarzom; byli silni i z łatwością prowadzili łódź po falach. Mieli ciemną skórę i przedramiona porośnięte gęstymi włoskami. I podobnie jak łódź, najlepsze lata mieli już za sobą. Ksantyppos zadał sobie w duchu pytanie, czy w czasie wojny także będą pływać tą swoją starą łodzią.  Wątpił w to. Flota wojenna  potrzebowała   wprawnych   wioślarzy, a w szczególności mężczyzn tak doświadczonych jak ci dwaj.

[…]

Chciałem cię zapytać, dlaczego właściwie zostałeś wygnany – odezwał się Eurybiades. Patrzył daleko w morze. Po chwili upił duży łyk wina. Temistokles ci nie powiedział? Wyjaśnił,  że macie u siebie jakiś głupi system, który pozwala wyrzucić  z miasta każdego, i to prawie bez powodu. Przysiągł mi, że tak jest, ale pomyślałem sobie, że… kryje się w tym coś głębszego. To zabezpieczenie przeciwko tyranom – mruknął Ksantyppos. Ja nie byłem jednak tyranem. Mimo wszystko muszę ufać ludowi. I bogom. Na świecie nie ma innej władzy. Jest nią przemoc – powiedział Eurybiades. Wydobył zza pasa groźnie wyglądający sztylet o zakrzywionym ostrzu, które błysnęło w świetle księżyca. Gdybym przyłożył ci go do gardła, czyż nie powiedziałbyś mi wszystkiego, co chciałbym od ciebie usłyszeć? To także jest władza. Ksantyppos stał bez ruchu, patrząc badawczo na rozmówcę. W twoich słowach zawiera się swoista prawda…, ale nawet Spartanie sypiają. Nie da się przemocą trzymać w ryzach całego społeczeństwa. Każde społeczeństwo kiedyś przeciwko takiej władzy powstanie. Eurybiades się roześmiał. Heloci są w Sparcie  niewolnikami  od  setek  lat.  Ich  dzieci  rodzą  się   w niewoli, wnuki służą Sparcie w taki sam sposób. Uwierz mi, istnieje władza absolutna.

[…]

Ku jego zaskoczeniu zagłuszył go archont z Koryntu. Korynt stoi po stronie Aten, Eurybiadesie. Ateńczycy zapędzili dzisiaj sześciokrotnie moje okręty w sytuację bez wyjścia, zacieśniając szyki lub je rozpraszając, co było możliwe dzięki sygnałom przekazywanym za pomocą flag. Sami to wymyślili, ale najważniejsze wydaje się to, że ten system dobrze funkcjonuje. Chciałbym, aby stał się powszechny. Eurybiades zamknął usta, a Ksantyppos przez chwilę przenosił wzrok z niego na Koryntczyka i z powrotem. Korynt, dysponujący czterdziestoma galerami, był jednym z miast peloponeskich i na przestrzeni dziejów albo sprzymierzeńcem, albo rywalem Sparty. Nagłe wmieszanie się jego przedstawiciela do dyskusji wywiało wiatr z żagli Eurybiadesa i niespodziewanie zapomniał, co chciał powiedzieć.

[…]

Moi dowódcy określili dwa rozwiązania taktyczne, które się dzisiaj najlepiej sprawdziły, jako periplus, czyli atak od rufy, oraz diekplus, co oznacza przerwanie szyku wroga manewrem podobnym do silnego pchnięcia włócznią. – Mówiąc, gestykulował, chcąc lepiej zobrazować zagadnienie. Wszystkie spojrzenia koncentrowały się teraz na nim, doświadczeni marynarze uważnie przysłuchiwali się jego wywodowi. W pierwszym przypadku celem jest opłynięcie wroga i skierowanie naszego tarana w jego rufę, bo tam każdy okręt jest najsłabszy. Mogą tego dokonać już dwie współdziałające triery, a kiedy współpracują trzy, ich zwycięstwo jest właściwie pewne. Gdy jeden okręt walczy z jednym przeciwnikiem, wprawny trierarcha i sternik potrafią szybko zmieniać kurs, aby ustawić taran we właściwym położeniu. Ale walka jest wtedy chaotyczna i wymaga od żeglarzy wytężenia wszystkich sił. Zwycięstwo możemy osiągnąć łatwiej dzięki przewadze liczebnej, a uzyskamy ją, posługując się sygnałami przekazywanymi z okrętu na okręt za pomocą flag. Nasze dzisiejsze ćwiczenia były jeszcze niezgrabnymi próbami, chociaż dostrzegłem już zalążki przyszłych sukcesów. Kiedy podrzemy na flagi mój niebieski płaszcz, jutro będziemy dysponować kolejnym istotnym sygnałem. W pomieszczeniu zabrzmiały śmiechy, ale nie było w nich szyderstwa. Ksantyppos zerknął na Eurybiadesa i to jedno szybkie spojrzenie powiedziało mu, że ten wciąż jest wściekły. Diekplus, pchnięcie, czyli wpłynięcie pomiędzy wrogie okręty – kontynuował i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń. Szeroka linia frontu zamienia się w punkt. To manewr niebezpieczny, gdyż pierwsze nasze okręty najpierw przełamują flankę wroga, a następnie zmieniają kierunek, aby zaatakować z boku. Najlepiej to działa wówczas, gdy trierarchowie współdziałają z archontami, którzy wydają rozkazy zgrupowaniom okrętów. Ostatni element taktyki określiliśmy słowem kyklos, co oznacza koło. Można go przyrównać do ostatniego rzutu kośćmi, jeżeli mamy do czynienia z przeważającą liczbą wrogich jednostek. W takim wypadku ustawiamy wokół nich formację, która przypomina kubek bez dna. Każda triera może zastąpić…

[…]

Kobieta przygryzła wargę, zastanawiając się nad odpowiedzią. Mąż poprosił ją wtedy, żeby zabiła dzieci, jeśli w żaden inny sposób nie będzie mogła uchronić ich przed pojmaniem i niewolą. Tak – odparła. Ale one nie są już takie małe. Wiem. Pochylił się ku żonie. Zetknęli się głowami jak kochankowie na spacerze. Jeżeli przegramy, będziecie musieli uciekać. Twarz Agarysty stężała, gdy pojęła znaczenie słów męża. Ksantypposa zaczęła ogarniać złość, kiedy niespodziewanie pokręciła głową. Mówiłeś też, że gdy nadejdą Persowie, nigdzie nie będzie bezpiecznie – zauważyła. Kierujcie się  na  zachód  i  niech  was  chronią  niewolnicy,  którzy  służą  w naszym domu. W gabinecie zostawiłem listę miast, które odmówiły Atenom współpracy. Myślę, że Persowie potraktują je bardzo łagodnie. Ty i dzieci będziecie mogli zacząć życie od nowa, daleko stąd.

[…]

Król Leonidas maksymalnie przyśpieszył kroku. Czuł, że z każdą chwilą łatwiej mu maszerować, a stara rana biodra nie odzywa się już natarczywym bólem. W wieku pięćdziesięciu lat był dumny ze swojej siły i wytrzymałości, chociaż nie był głupcem i nie zaprzeczał, że upływający czas nie działa na jego korzyść. Niemniej poruszał się żwawo, a jego czerwony płaszcz łopotał na wietrze. Heloci nieśli jego tarczę, miecz i włócznię. Byli niżsi od króla i znacznie słabiej zbudowani, ale w końcu urodzili się jako przedstawiciele grupy, która wydawała tylko niewolników od zarania dziejów. Setki helotów biegły jak psy jego śladem, ze zbrojami i bronią członków jego straży. Na czele kolumny znajdowało się trzystu spartańskich wojowników, pogrążonych we własnych myślach. Część prowadziła nad ranem ciche rozmowy, ale w miarę upływu dnia zaczynał ogarniać ich ponury nastrój, jak to zwykle przed zbliżającą się bitwą. Trudno już było o śmiechy i beztroskie pogawędki. Wszyscy widzieli przed sobą góry wyrastające ponad horyzont wszystkimi odcieniami zieleni i brązu, a po prawej stronie morze. Poprzedniego wieczoru dotarli do Platejów, po dwóch dniach marszu ze Sparty, podczas którego musieli pokonywać naturalne przeszkody w postaci głębokich przesmyków. Mieszkańcy miasta dołączyli do nich: sięgnęli po broń i zbroje, kiedy tylko Spartanie u nich się znaleźli. Na widok czerwonych płaszczy przyłączali się także inni Grecy. Leonidas obejrzał się w stronę Demofilosa z Tespiów, który przyprowadził aż siedmiuset wojowników. Sami nieśli swoje włócznie, nigdy nie pozwalali, aby ich broń dźwigali heloci. Demofilos z podziwem patrzył na spartańskiego króla, co wcale nie dziwiło. Leonidas nie powiedział mu, co czeka jego ludzi, nie poinformował go też, że armia Sparty nie dołączy już do nich w większej liczbie. Król zaciskał pięść w marszu, pokonując kolejne stadiony. Z trudem odsuwał od siebie ponure myśli. […] Gdy zdesperowany i rozdrażniony stał zupełnie nieruchomo, podszedł do niego kapłan i dotknął jego ramienia. Król poczuł chłód kościstej dłoni starca i nagle przypomniał sobie o czymś, o czym wielu już dawno zapomniało. Przed laty, kiedy został królem po śmierci starszego brata, Leonidas udał się do wyroczni w Delfach. Przebył Zatokę Koryncką małą łodzią, aby w samotności się dowiedzieć, jak będą wyglądać jego rządy. Pamiętał, że kapłanka siedziała nad rozpadliną, z której jak dym z kadzidła unosił się oddech śpiącego Apollina. Była piękna, chociaż jej wzrok był straszliwy i pełen boleści, niczym u osoby,  która  w życiu widziała już zbyt wiele. Zapowiedziała, że pewnego dnia w dalekiej przyszłości Leonidas stanie przed okrutnym wyborem. Będzie musiał wybrać pomiędzy zagładą Sparty a własną śmiercią.

[…]

Pierwszy na pokład wskoczył Mardoniusz, a zaraz za nim przedostało się kilku innych. Wzdłuż burt rozmieszczono fenickie tarcze, za którymi można było się kryć w czasie bitwy. Wejście na pokład umożliwiały jedynie dwa wąskie wyłomy pomiędzy nimi. Przybyli zbili się w ciasną grupkę, a następnie padli na twarz przed młodym królem. Jedyna osoba, która się przed tym powstrzymała, mocno go zaintrygowała. Artemizja z Halikarnasu była Greczynką, lecz mały region, którym rządziła, stanowił satrapię Persji przynajmniej od czasów panowania jej ojca. Matka Artemizji pochodziła z Krety, a ona sama dobrze poznała Grecję w czasie podróży, które odbyła w dzieciństwie. Była jednym z najbardziej zaufanych przewodników wojsk Mardoniusza i zarazem jedyną kobietą wśród nich. Włączyła do ich floty pięć okrętów, których załogi składały się z wolnych ludzi. Była królową, lecz i ona musiała pokłonić się Kserksesowi. Młodzieniec pochylił się i wyciągnął do niej rękę. Artemizja uklękła, nie położyła się przed nim plackiem. Kserkses zmarszczył czoło, ale nie zareagował na tę zuchwałość w żaden inny sposób. Postanowił nie okazywać małostkowości w gronie najważniejszych wodzów. Czy ojciec postąpiłby tak samo? Nie wiedział. Wydawało mu się, że dostrzegł w oczach kobiety błysk rozbawienia, kiedy wstawała z kolan. Król wpatrywał się w nią tak długo, że w końcu odwróciła wzrok. Niezbyt pewnie się czuł w towarzystwie niezależnych kobiet, szczególnie takich, w których żyłach płynęła królewska krew i które wzbudzały szacunek wśród żeglarzy. W jego otoczeniu nie było żadnej kobiety podobnej do Artemizji i Kserkses przez chwilę się zastanawiał, co by się stało, gdyby tego wieczoru wziął ją do łóżka. Zapewne kosztowałoby go to pięć okrętów, lecz przecież stracił ich już o wiele więcej w nawałnicach i na zdradliwych podwodnych skałach.

[…]

Każde uderzenie wioseł przybliżało do starcia kolejne okręty. Kiedy odległość pomiędzy wrogimi galerami wynosiła zaledwie dziesięć ich długości, prędkość zdawała się wzrastać. Morze było spokojne, lecz jego powierzchnię rozbijały tysiące wioseł spieniających wodę. Temistokles raz jeszcze zawołał do hoplitów, żeby byli gotowi do walki. Na napierśnik zarzucił bladoniebieski płaszcz, a hełm leżał u jego stóp. Tylko niewielu hoplitów włożyło zbroje. Człowiek obciążony żelazem nie miał szansy na przeżycie, gdyby w ferworze bitwy wpadł do wody. Temistokles nagle poczuł się bezbronny, jakby był na własnym okręcie tylko pasażerem. Serce tłukło mu się w piersiach szybko i boleśnie. Na szyi miał zawieszoną srebrną monetę, którą kiedyś otrzymał od matki. Wybita była na niej sowa Ateny. W ciągu lat ocierania się o jego skórę wizerunek już dawno stracił wyraźne kontury. Pocałował ją teraz. Mocno przyciskał monetę do ust aż do chwili, w której pierwsze triery Ksantypposa i Spartan uderzyły w perskie okręty. Znajdował się wystarczająco blisko, by usłyszeć przeraźliwe wrzaski. Bezwiednie zwilżył wodą policzki, tak jak to robił przed walką na pięści. Czuł się tak samo, a jednak w dziwny sposób zupełnie inaczej. Także zagrożone były jego życie i zdrowie, ale po raz pierwszy w takiej sytuacji nie był sam! Trwali przy nim jego ludzie. Mieli zwyciężyć lub paść razem z nim.

[…]

Nie ufał Tebańczykom, mimo że okazali mu uległość i oddali swoje życie w jego ręce. Chociaż szanował mądrość ojca, Kserksesowi trudno było patrzeć łaskawie na ludzi, którzy zdradzali własnych rodaków. Wciąż był wobec nich podejrzliwy, podobnie jak wobec królowej Halikarnasu Artemizji. Ale w jej żyłach płynęło przynajmniej chociaż trochę perskiej krwi i bliska jej była kultura imperium, co w dużym stopniu wyjaśniało jej postawę. Myśl o tej kobiecie wciąż nie dawała Kserksesowi spokoju. Pamiętał jej ciemne oczy i powłóczyste, wzbudzające niepokój spojrzenie, dlatego cieszył się, że została na okręcie, z dala od niego. Uważał, że kobiety posiadające władzę są niebezpieczne. Władza na pewno dodawała im pewności, pozwalała nie ulegać mężczyznom. Nie bez powodu mężczyźni wymagali od kobiet posłuszeństwa, zarówno od tych, które żyły w królewskich pałacach, jak i od mieszkanek domów prostych robotników. Kobiety zawsze były szczęśliwsze, mając nad sobą panów. Zresztą podobnie jest z mężczyznami, pomyślał. Klucz ptaków na niebie potrzebuje przecież przywódcy. Z trudem wyrzucił Artemizję ze swoich myśli. Nie wiedział, czy Tebańczycy słyszeli o jego mapach lub czy mieli świadomość, jak ogromnym przedsięwzięciem była kampania, która skończyła się pod Maratonem. Nie potrzebowali dokładnej wiedzy o całej ziemi greckiej, aby skutecznie prowadzić do celu tę szczególną strzałę, jaką była jego armia, ale ich reakcje uznał  za  dobry  test  lojalności.  Potwierdzili,  że  istnieje  przejście, o którym Artemizja powiedziała, że pozwoli obejść wielką grań. Kserkses cieszył się, że będzie mógł obserwować swoją flotę, maszerując po skalistym brzegu pod Termopilami i prowadząc wielkie perskie uderzenie.

[…]

Młody król obejrzał się przez ramię i zobaczył za sobą oddziały liczące dziesiątki tysięcy ludzi, rozciągające się niemal po horyzont. Dopiero gdzieś na końcu tej masy przemieszczali się cywile i toczyły wozy wzbijające wielkie chmury kurzu. Teren zaczynał się wznosić i tylko dlatego był w stanie ogarnąć wzrokiem to wielkie zgromadzenie. Jechał na wierzchowcu, mając po lewej ręce morze i wielką flotę, a po prawej konie i  wojowników  gotowych  zamknąć  w potrzasku całe Ateny. Miasto będzie kowadłem, a on i jego ludzie młotem, który niespodziewanie na nie opadnie. Była to piękna myśl. Zwiadowcy na koniach unieśli ręce w ostrzeżeniu, wskazując na morze. Nagle zaniepokojony Kserkses ciężko przełknął ślinę i zmusił wierzchowca do kłusu. Droga przez góry doprowadzi ich ku wybrzeżu, co bardzo go cieszyło. Przywykł do obserwowania powolnego marszu armii z pokładu okrętu flagowego. Teraz satysfakcję przynosiło mu oglądanie floty z wysokości końskiego siodła. Tego ranka armia i flota posuwały się równolegle, zmierzając do wielkiego zakrętu, za którym – jak obiecali królowi greccy sprzymierzeńcy – otworzy się przed nimi droga na południe.

[…]

Mardoniusz także zeskoczył z konia, głodny nowych informacji. Przez cały dzień Persowie posyłali Grekom, którzy czekali na przełęczy, liczne wiadomości i propozycje kapitulacji. Przecież bezcelowe oddawanie życia nie miało sensu. Spartanie byli znani z waleczności i Kserkses miał nadzieję na pokojowe porozumienie, chociażby po to, żeby spotkać się z królem, który stał wśród swoich  ludzi  z  włócznią  i  tarczą,  a  jego  hełm  ozdabiał  wysoki  grzebień z końskiego włosia. Jeden z posłańców podniósł się szybciej niż dwaj pozostali. Władca ruchem ręki nakazał mu, żeby się odezwał. Wasza Wysokość, nie posłuchali cię i się nie wycofali. Tkwią w miejscu, zajmując najwęższy fragment przesmyku. Kserkses wydął usta, po czym przygryzł delikatną skórę po wewnętrznej stronie wargi. Dotąd uważał, że mógłby wykonać wspaniałomyślny gest, godny ojca, i oszczędzić życie niewielkiej grupie żołnierzy wystawionej przeciwko jego armii. Przecież to oczywiste, że było ich za mało, aby go zatrzymać. Po lewej stronie mieli urwiste klify, a po prawej głębokie morze.

[…]

Późnym popołudniem Temistokles, wywieszając na dziobie swojej triery kilka kolorowych flag, nakazał Ksantypposowi wycofać się z pola bitwy wraz z grupą okrętów. Każdy trierarcha podniósł własną flagę, dzięki czemu wszyscy mogli zachować porządek w trakcie przegrupowania i uniknąć przypadkowych kolizji. Opuszczali teren działań jako weterani, z krwią na pokładach, ciężko dyszący i zmęczeni, ale wciąż dumni. Wiwatowali i wznosili włócznie na cześć Temistoklesa, kiedy odpływali na zasłużony odpoczynek. Okręty dowodzone przez Kimona przemknęły pomiędzy nimi i to one przyjęły na siebie impet świeżych perskich załóg. Ateny były kluczowym elementem floty i właśnie Ateńczycy musieli zmagać się z wrogiem niemal bez przerwy.  Niszczyli Persów bez litości, ale sami ponosili znacznie większe straty niż pozostali sprzymierzeni.

[…]

Waleczny król rozciągnął ramiona, po czym popatrzył w lewo i w prawo na wojowników w grubych czerwonych płaszczach, którzy stanowili jego osobistą straż. Każdy miał ponad czterdzieści lat i był ojcem przynajmniej jednego Spartanina, który pozostał bezpieczny i spokojny w swoim domu, podczas gdy on ruszył na bitwę i bronił króla. Równie ważne było to, że każdy z członków straży królewskiej musiał przejść wiele prób, aby zasłużyć na miejsce u boku Leonidasa. Znał ich przez całe życie, wszystkich. Byli jego rodziną. Król znał każdą dolegliwość, ranę, wszystkie zalety i wady każdego z tych ludzi. Z zadowoleniem stwierdził, że nawała strzał nie uczyniła wielkich szkód. Każdy Grek wyposażony był w okrągłą tarczę, na tyle szeroką, że mógł za nią przykucnąć i chronić całe ciało. Na bardziej otwartym polu mogliby wyczekać na dobry  moment,  aby  ruszyć  do  przodu  i  rozbić  zastępy  łuczników,  lecz w nadmorskim przesmyku taki  ruch  by  sprawił,  że  utraciliby  dobrą  pozycję w jego najwęższym miejscu. Leonidas powtórzył rozkazy. Nie zamierzał wyprowadzać kontrataków ani tolerować dzikich wypadów, nawet gdyby udało się rozbić wroga i zmusić do desperackiej walki o życie. Pod jego dowództwem Spartanie mieli jedynie utrzymać przejście. Zadanie było proste, miało swój początek i koniec.

[…]

Persowie nie dawali im wytchnienia. Posłali do boju Nieśmiertelnych w białych płaszczach. Ich szeregi wydawały się nie mieć końca. Spartanie wyrzynali ich setkami i tysiącami, wyrzucali trupy do morza, aby mieć płaski grunt pod nogami. Tymczasem wrogowie szukali okazji, aby łamać im włócznie albo wyrywać im je z rąk. Wówczas dobywali mieczy i walczyli z nową energią. Na rozkaz Leonidasa do przodu występowali periojkowie. Mieszkali i szkolili się w Sparcie, ale nigdy nie byli uważani za prawdziwych Spartan. Po raz pierwszy w życiu dowodził nimi sam spartański król. Kiedy Leonidas chwalił ich za dzielność, niektórzy mieli łzy w oczach. Do południa jego ludzie nie mieli już ani jednej całej włóczni. Ich złote tarcze były podziurawione i popękane. Nawet strażnicy króla ciężko dyszeli, wielu obficie krwawiło z otwartych ran. Nieśmiertelni wciąż napierali, mimo że ziemia była zasłana ich trupami, a złote klamry i brosze zalegały na niej jak kamienie. W każdej chwili przerwy w rzezi Leonidas rozkazywał helotom, żeby uprzątali zwłoki. Zauważył, że wielu zabiera martwym ozdoby z cennych kruszców.

[…]

Zginęło już dwudziestu ośmiu jego strażników zadźganych przez ludzi w białych płaszczach. Każdy z zabójców wkrótce stracił życie z rąk rozwścieczonych Spartan, lecz Leonidas mocno odczuwał tę stratę jako dowódca i jako król. Znów wróciła do niego przepowiednia, którą usłyszał w Delfach. Nie wyjdzie stąd żywy, to niemożliwe, bo ucierpiałaby na tym Sparta. Jego życie się zakończy pomiędzy morzem a wysokimi klifami. Wiedział też, że zyskał czas dla armii, aby mogła dotrzeć na równinę za jego plecami. Chciał zapewnić wojskom trzy spokojne dni, wtedy zakończy się święto Apollina. Pomyślał, że jest w tym wyraźna symetria, odpychając od siebie tarczę wroga i zabijając wrzeszczącego, o połowę młodszego Persa; rozciął mu gardło pod brodą czarną jak noc. Jego własna broda od dawna już miała siwe pasma. Czas postarza zarówno zwykłych ludzi, jak i królów, myślał z żalem. Była to dziwna refleksja w ostatnim dniu życia. Ale jego ramiona jakby nabrały lekkości, przypomniał sobie młodość i znów zaczął się poruszać tak żwawo jak wtedy, gdy był młodzieńcem. Nikt nie mógł mu dać rady. Ci, których dosięgał jego gniew, padali martwi, a ich krew toczyła się krętymi strumieniami w stronę morza. Pomyślał, że koniec będzie piękny. Zginie w pełni sił, oszczędzi sobie słabości starca. Było to swego rodzaju błogosławieństwo. Leonidas dziękował Apollinowi za zaszczyt umierania w taki sposób, w   jaki   żył: bez kompromisów i nieuchronnej utraty witalności.

[…]

Mniej więcej połowa ludzi, których tutaj przyprowadził, odeszła, wysłuchawszy jego prośby. Niemal dwa tysiące pozostało u jego boku. Kserkses nie pozwolił im odpocząć nawet po zmroku. Jego wojownicy zaatakowali przy świetle pochodni. Towarzysze Leonidasa prowadzili straceńczą walkę i wycieńczeni padali jeden  po drugim. Wyzwoleni heloci ginęli, gdyż ich ruchy były zbyt powolne, gdy stawali naprzeciwko Persów dopiero wkraczających do walki. Periojkowie walczyli  nieustępliwie,  cięli  i  dźgali,  wydając  przy  tym  groźne  okrzyki, a wszystkie ich ciosy były celne i zadawały rany. A jednak i oni musieli ulec. O świcie Nieśmiertelni zaatakowali od tyłu, zmęczeni po całonocnym marszu przez klif, zdecydowani jak najszybciej zakończyć bitwę, która przynosiła im hańbę. Kłuło ich poczucie wstydu, że wielki król musiał czekać, głośno wyszydzany i wyśmiewany, upokorzony przez Spartan w czerwonych płaszczach. Zaatakowani z dwóch stron, Spartanie uformowali czworobok i schronili się za tarczami,  wciąż  blokując  przejście.   Kserkses osobiście wkroczył daleko w przesmyk, chcąc obserwować ich zagładę w towarzystwie Mardoniusza, który stanął po jego prawej ręce. Nieśmiertelni walczyli jak szaleńcy pod jego czujnym spojrzeniem, ale chociaż mieli wielką przewagę liczebną, formacja Spartan wciąż nie pękała.

Conn Iggulden, Bramy Aten

Powieść historyczna Conna Igguldena – brytyjskiego pisarza, aczkolwiek z anglo-irlandzką tożsamością umiejscawia oś postępujących wydarzeń w greckim świecie wczesno-antycznym, zwłaszcza w świeżo właśnie zdemokratyzowanym polis ateńskim, choć również równolegle w perskim Perspepolis czy w przywoływanych niekiedy jońsko-greckich satrapiach będących wówczas na zachodnich rubieżach imperium irańskiego, ogólnie rzecz ujmując w czasach z piątego wieku przed naszą erą. Jest to przede wszystkim porywająca opowieść osadzona na faktach historycznych zwłaszcza tych, zaczerpniętych od Herodota z jego Dziejów i z późniejszych Żywotów równoległych Plutarcha z Cheronei, także narracja wśród licznych epizodów o zmaganiach międzyludzkich podczas dwóch wojen perskich. W których to kluczowymi postaciami są tak grecko-ateńscy stratedzy jak waleczny Miltiades, podejrzliwy Ksantyppos czy zręczny oraz przebiegły Temistokles jak również despotyczni królowie perscy z Dariuszem i jego synem Kserksesem na czele z tym, że ci ostatni ukazani przez autora nawet w „ludzkich” twarzach i ze swymi niezależnymi sądami, słabościami oraz humorem. Iggulden szeroko też rozprawia o zdobyczach demokracji ateńskiej, zwłaszcza o ostracyzmie, na którego przykre skutki narażeni są wszyscy bez wyjątku obywatele, kreśli też obraz samej populistycznej władzy, którą może dzierżyć niemalże każdy mężczyzna choćby przez jeden dzień, jeśli ukończył trzydziesty rok życia. Ciekawostkami również pozostają niektóre poza-faktograficzne próby dopisania tamtej historii choćby króla Dariusza obserwującego przebieg bitew pod Maratonem, strategicznych dialogów między Ateńczykami i Spartanami w późniejszych starciach z Persami pod Artemizją na Eubei, czy wreszcie monologów króla Leonidasa podczas samej bitwy pod Termopilami, a także zjawiskowej logistycznie ewakuacji ludności ateńskiej na wyspę Salaminę w Zatoce Sarońskiej, którą autor opowieści zgrabnie nam puentuje, że nadzieja u Ateńczyków umarła, lecz Temistokles trwał na miejscu. Rzadko się zdarza, aby w sposób uprawniony można było stwierdzić, że jeden człowiek w ciągu jednego dnia ocalił ojczyznę.



powrót ››