26.09.2026

„wszystko zdolne jest się odmienić
w jednej chwili,
że to, co nie może się wydarzyć, czego
absolutnie nie oczekujemy,
jednak
jest możliwe.”
„Czuję, jak
Niebo
zdejmuje pelerynę potwora
z moich ramion.”
„U-siłuję u-spójnić czas.”
[…]
W domu jest człowiek. Słychać, jak przemieszcza się po pokoju na piętrze. Gdy wstaje z łóżka albo schodzi do kuchni. W rurach szumi woda, gdy napełnia czajnik. Zgrzyta metal, gdy odstawia go na kuchenkę, słychać delikatne kliknięcie iskrownika, gdy włącza gaz. Potem następuje cisza, aż do chwili, gdy woda zaczyna wrzeć. Szeleszczą herbata i papier, gdy najpierw jedna, a potem kolejna łyżka herbacianych liści wyjmowana jest z papierowej torebki i wsypywana do dzbanka, i słychać zalewanie herbaty wodą, ale to są dźwięki, które rozchodzą się tylko w kuchni. Słyszę, że otwierana jest lodówka, ponieważ drzwiczki uderzają w róg blatu kuchennego. I znowu cisza, podczas gdy herbata naciąga, a po chwili docierają do mnie odgłosy wyciągania filiżanki i spodka z szafki kuchennej. Nie słyszę plusku herbaty wlewanej do naczynia, ale za to rozbrzmiewają kroki między kuchnią a salonem, gdy człowiek niesie filiżankę z napojem. Nazywa się Thomas Selter. Dom jest kamienny, dwupoziomowy, na obrzeżach miasta Clairon-sous-Bois w północnej Francji. Do najgłębiej leżącego pokoju, wychodzącego na ogród i stertę drewna, nikt nie wchodzi.
[…]
W ciągu dnia słyszę go w gabinecie na piętrze. Przesuwanie fotela przy biurku i drukarkę wypluwającą etykiety adresowe i listy. Słyszę kroki na schodach i to wytłumione uderzenie w deski podłogowe, gdy Thomas odkłada paczki i listy w przedpokoju. Słyszę go w kuchni i w salonie. Słyszę, jak dłoń albo rękaw ociera się o ścianę, gdy znów wchodzi po stopniach, słyszę go w łazience i słyszę chlupot w muszli klozetowej, który wytworzyć może tylko człowiek sikający na stojąco. Chwilę później znów słyszę go na schodach i w przedpokoju, niedługo potem wchodzi do salonu i siada w fotelu przy oknie wychodzącym na ulicę. Czas oczekiwania pożytkuje na czytanie albo obserwację listopadowego deszczu. To na mnie czeka. Nazywam się Tara Selter. Siedzę w najgłębiej położonym pokoju, wychodzącym na ogród i stertę drewna. Jest osiemnasty listopada. Każdego wieczoru, gdy kładę się spać w pokoju gościnnym, jest osiemnasty listopada i każdego ranka, gdy się budzę, jest osiemnasty listopada. Nie spodziewam się już, że gdy otworzę oczy, będzie dziewiętnasty, i nie pamiętam już siedemnastego tak, jakby to było wczoraj.
[…]
Opuszczam dom przez drzwi wychodzące na ogród. Zawieszam torbę na ramieniu, ostrożnie otwieram drzwi sieni, wychodzę do przedpokoju i znów je zamykam. Na podłodze leżą trzy średniej wielkości koperty i cztery paczki w brązowych pudłach z naszymi nazwiskami: T. & T. Selter. To my. Sprzedajemy stare księgi, zwłaszcza ilustrowane woluminy z XVIII wieku. Kupujemy je na aukcjach, u prywatnych kolekcjonerów albo u innych handlarzy, odsprzedajemy i wysyłamy w brązowych pudłach z naszymi nazwiskami. Bezgłośnie mijam paczki na podłodze, otwieram drzwi i wychodzę. Nie potrzebuję parasola. Ciągle mży, ale jeszcze chwila i deszcz ustanie. Nie idę ścieżką ogrodową prowadzącą do furtki, ale wzdłuż lewego boku domu, obok domku ogrodowego i dalej, ku zakątkowi ogrodu, którego nie widać z okna. Gdy minę grządkę z porami i dwoma rzędami buraków liściowych, dochodzę do przerwy w żywopłocie i wychodzę na drogę. Zerkam za siebie. Dostrzegam nieco dymu kręcącego się w powietrzu nad kominem. Słyszę stłumione dźwięki muzyki, ale spieszę dalej i po kilku krokach nie słyszę ani muzyki, ani deszczu, bo deszcz ustał, muzyka zniknęła za moimi plecami, a jedynymi dźwiękami są moje własne kroki na chodniku, pomruki nielicznych samochodów i dochodzące z oddali głosy dzieci ze szkoły kilka przecznic stąd.
[…]
Rankiem siedemnastego listopada pożegnałam się z Thomasem w drzwiach wejściowych. Była za piętnaście ósma, taksówka czekała przed domem i zdążyłam na pociąg z Clairon-sous-Bois o godzinie 8.17. Wybierałam się do Bordeaux na doroczną aukcję ilustrowanych ksiąg z XVIII wieku. Niebo było zszarzałe, w powietrzu unosiła się wilgoć, ale nie padało. Ze stacji w Clairon pojechałam do Lille-Flandres, przesiadłam się na pociąg do Lille-Europe i podążyłam dalej, do Paryża, gdzie złapałam przesiadkę w kierunku Bordeaux. Dojechałam tam krótko przed drugą, a po chwili zamieszania spowodowanej remontem drogi przed stacją, blokadą ulic, tablicami informacyjnymi i zamkniętymi przejściami odnalazłam drogę do centrum wystawienniczego, gdzie miała się odbyć aukcja i dokąd dotarłam kilka minut później. Zarejestrowałam się, dostałam program i identyfikator z nadrukiem 7eme Salon Lumières, z moim nazwiskiem poniżej i – na samym dole – nazwą firmy: T. & T. Selter. Przybyłam przed czasem, przed główną aukcją ksiąg ilustrowanych, która miała się rozpocząć o godzinie trzeciej. Odbyło się już kilka innych licytacji i zobaczyłam w programie, że także w tym roku oferowano zarówno wykłady, jak i dyskusje panelowe, ale nie zamierzałam w nich uczestniczyć.
[…]
Udało mi się kupić na aukcji dwanaście dzieł. Pięć, na które już mieliśmy zamówienia, i siedem innych, które mogliśmy według mnie sprzedać z przyzwoitym zyskiem. Handlujemy przede wszystkim książkami po niewygórowanych cenach, sprzedajemy je różnorodnej grupie zbieraczy, w większości z Europy, ale mamy też pojedynczych klientów w innych częściach świata. Zazwyczaj to ja jeżdżę na aukcje i odwiedzam antykwariaty, a Thomas rejestruje książki i zajmuje się wysyłką. Na początku robiliśmy to wspólnie, ale z czasem podzieliliśmy zadania między siebie. Dlaczego to ja podróżowałam, nie jest dla mnie jasne. Może dlatego, że nie mam nic przeciwko podróżowaniu, a może dlatego, że dość szybko wykształciłam w sobie rodzaj zmysłu do książek, wyczucie papieru, oko do oceny jakości druku, udanej oprawy. Nie wiem, na czym to polega, ale to niemal fizyczne doznanie, jak wtedy, gdy gąsienica miernikowca wyczuwa, czy jakiś liść warty jest tego, by się po nim przesuwać albo gdy jakiś ptak nasłuchuje ruchu owadów pod korą drzewa. Może chodzić o szczegół: szelest kartkowanych stron, nasycenie barw w jakiejś ilustracji, precyzję detali na planszy, dokładność w wybarwieniu tablic z przekrojami – nie mam pojęcia, co zaważa na decyzji, bo mimo że zazwyczaj wiem, jakie dzieła mnie interesują, to jasność, czy chcę je kupić, mam z reguły dopiero wtedy, gdy trzymam je w rękach. Po aukcji wróciłam do hali antykwarycznej, zapłaciłam za kilka książek, które sobie odłożyłam, i znalazłam jeszcze sześć poszukiwanych przeze mnie dzieł oraz kilka, o których wcześniej nie słyszałam. Najcięższe i najkosztowniejsze z nich są z reguły wysyłane bezpośrednio do Clairon-sous-Bois, ale często niektóre zakupy od razu zabieram w swojej torbie. Tym razem – nieznany mi wcześniej leksykon kieszonkowy o odgłosach ptaków, uporządkowany wedle tonacji, drugie wydanie leksykonu anatomii zwierząt Harcarda i ładny egzemplarz słynnej książki o pająkach Boisota Atlas des Araignées, który jeden z naszych stałych klientów chciał sprezentować swojej przyjaciółce, a my obiecaliśmy mu go znaleźć.
[…]
Staramy się unikać długich rozmów telefonicznych, gdy jestem w podróży. Nie tylko dlatego, że w przeciwnym razie prowadzilibyśmy szczegółowe dialogi o stanie książek, roku wydania, ilustracjach i wycenie, ale także dlatego, że takie rozmowy sprawiają, że rośnie dystans między nami. Gdy tylko odchodzimy od prostych i praktycznych kwestii, rozmowa przemienia się niewyczuwalnie w jakiś rodzaj połączenia dźwiękowego, wytłumionego miłosnego mamrotania. Nasze porozumiewanie się, które przecież zaczęło się jako sensowne i spójne, przeobraża się i staje wymianą luźnych sekwencji, bez zdań czy informacji: drobne słowa i dźwięki, które chyba właściwie miały podtrzymać połączenie między nami, ale zamiast tego nader wyraźnie uwypuklają, że znajdujemy się daleko od siebie. Stopniowo nauczyliśmy się rozdzielać zadania, trzymać się kwestii praktycznych i rozmawiać tylko wtedy, kiedy to konieczne. Sama zapomniałam już wiele szczegółów naszych rozmów, ale Thomas, który pamięta siedemnasty listopada, jakby to było wczoraj, powiedział mi, że zachwycona opowiadałam o swoich znaleziskach, że zastanawiałam się, czy T. & T. Selter powinna rozszerzyć działalność także o handel planszami naukowymi i rycinami. Rozmawialiśmy głównie na temat praktycznych problemów związanych z moją propozycją, szczególnie w kwestii przesyłek, która zapewne spadłaby na barki Thomasa. Warto by było to rozważyć, uważałam, ale on był bardziej sceptyczny.
[…]
Na zewnątrz ciemnieje, gdy czekam, aż Thomas przejdzie obok domu. Litery na papierze przede mną stają się niewyraźne. Zamykam drzwi na korytarz i odsuwam się od okna. Zazwyczaj siadam na łóżku, czekając, aż wróci Thomas, i wiem, że najpierw nadpłynie jeden, a potem kolejny mroczny cień sunący od końca ogrodu. Pierwszym cieniem jest nasz sąsiad. Drugi należy do Thomasa w drodze przez deszcz. To jedyny moment, gdy go widzę: mokry cień przy żywopłocie. Przez resztę dnia pozostają jego odgłosy w przestrzeniach domowych. Dopiero gdy Thomas ponownie staje się odgłosami w przestrzeniach domowych, włączam światło. Słyszałam jego kroki na ścieżce ogrodowej, klucz w zamku i drzwi, które zostają otwarte, a potem zamknięte. Słyszałam, jak osusza buty na wycieraczce i ciche kliknięcie włącznika, gdy zapalał światło w sieni. Widzę jasność przesączającą się pod drzwiami. Zapaliłam lampkę na stole. Moje światło wypełnia pokój i wypływa przez szczelinę, ale tego nie widać w sieni, bo miesza się niezauważalnie z tamtejszym. Usiadłam ponownie przy stole pod oknem, po chwili znowu dobiegają do mnie kroki Thomasa na schodach i w przejściu. Słyszę go w kuchni i w przedpokoju. Słyszę, jak otwiera drzwi od strony ulicy i wychodzi; idzie po pora do ogrodu i po kilka cebul do domku narzędziowego. Słyszę, że wkłada kalosze, które stoją przy drzwiach, i słyszę jego kroki wzdłuż domu, ale wtedy odgłosy ustają; słychać go znowu, gdy wraca z warzywami. Słyszę, jak je sieka na zupę. Jak stawia garnek na kuchenkę, a gdy zupa jest gotowa, słyszę szuranie krzesła po podłodze. Chwilę później szumi w rurach, gdy Thomas zmywa talerz nad zlewem, słyszę, jak odstawia go na miejsce w szafce, zanim wejdzie do salonu. Spędza wieczór, czytając Lucid Investigations Jocelyn Miron; zrobi się prawie północ, gdy zgasi światło w przedpokoju i wejdzie na piętro, ale to jeszcze nie teraz, bo wieczór dopiero się zaczął. Thomas zmienia ubranie w sypialni na górze, a mnie zajmuje zapamiętywanie długiego szeregu listopadowych dni, które zaczynają się ze sobą zlewać w mojej pamięci. Mam ich do zapamiętania 121. Jeśli zdołam.
[…]
Początkowo osiemnasty listopada nie był żadnym szczególnym dniem. Obudziłam się w pokoju hotelowym około wpół do ósmej i pół godziny później zeszłam na śniadanie. W ciągu dnia odwiedziłam różne antykwariaty w pobliżu rue Almageste, a w drodze powrotnej zajrzałam do sklepiku Philipa Maurela pod numerem 31. Jego nowa asystentka, której wcześniej nie spotkałam, sądziła, że zastanę go późnym popołudniem, więc zapowiedziałam, że wrócę około piątej. U tych rozmaitych księgarzy, u których zazwyczaj kupujemy, gdy jesteśmy w mieście, znalazłam większość dzieł z mojej listy. Zaszłam na rue Renart, żeby zobaczyć egzemplarz Histoire des Eaux Potables, który Thomas znalazł na sprzedaż; wielokrotnie pytał o niego pewien nabywca. To był całkiem ładny tom, kupiłam go od razu i włożyłam do torby, by nazajutrz zabrać go do Clairon-sous-Bois, skąd Thomas mógł go wysłać dalej do naszego zniecierpliwionego klienta. U tego samego księgarza znalazłam kilka książek, które nabyłam i poprosiłam o ich wysłanie do Clairon, a u innego odebrałam egzemplarz The Heavenly Bodies Thorntona, w dobrym stanie i w wydaniu zawierającym dwie tablice, które zamieszczone były tylko w tej jednej edycji, wydrukowanej w dwóch mniejszych nakładach w roku 1767.
[…]
Zastanawialiśmy się chwilę nad tym popytem na trofea z przeszłości i pokazałam Philipowi swój egzemplarz Histoire des Eaux Potables. Rozmawialiśmy o tym zapale, którym wykazał się nabywca, żeby go zdobyć, i spekulowaliśmy na temat powodów zakupu książki takiej jak ta. Kto kupuje starszy niż dwieście lat wolumin o historii wody pitnej? Swego rodzaju kolekcjoner, ale z czego dokładniej składają się jego zbiory, w jakim kontekście miał znaleźć się ten tom – trudno było zgadnąć. Nie wiedziałam o nim więcej niż to, jak się nazywa, gdzie mieszka i jak brzmi jego głos przez telefon, gdy kilka tygodni wcześniej po raz trzeci zapytał o ten tytuł. Założyłam, że jest mężczyzną w średnim wieku, i wiedziałam, że uprzednio kupił od nas dwie lub trzy książki, ale nie przypominałam sobie jakie. Nadal pamiętam, że rozmawialiśmy z pewną dozą ironii i dystansu o rosnącym zainteresowaniu klejnotami przeszłości. Mimo że pewnie i nas samych dotyczył ten rodzaj nostalgii albo głód historii, czy jak to można nazwać, podzielaliśmy zdziwienie tym, że zataczało to coraz szersze kręgi. Przypuszczam, że wręcz odczuwaliśmy potrzebę przepraszania za nasze dziwaczne pasje, które najwyraźniej łączyły nas z rosnącą rzeszą ludzi. Przynajmniej uczyniliśmy z tego sposób na życie. To był nasz zawód, a nie forma spędzania czasu albo jakiś przelotny wykwit ducha epoki. Prowadziliśmy firmy T. & T. Selter i Maurel Numismatique i uważaliśmy, chyba że mamy nieco bardziej pragmatyczny kontakt z naszym wewnętrznym nostalgikiem niż klienci.
[…]
Wciągnęła go książka Jocelyn Miron i nie brzmiał tak, jakby czekał na telefon. Nie wiem, czy przeszkodziłam mu w lekturze, czy był zadowolony z przerwy, ale pamiętam, że wtajemniczył mnie w główne tezy książki i opisał różne warianty myślenia oświeceniowego, które zarysowała Miron. Przypominam sobie też, że dyskutowaliśmy o nieco dziwnym podtytule książki, Rises and Falls of Enlightenment Projects, zanim opowiedziałam mu o wizycie u Philipa Maurela, o jego dziewczynie Marie i ich rzucającej się w oczy miłości, o rosnącym popycie na monety okresu cesarstwa i o moim wypadku z grzejnikiem w sklepie Philipa. Thomas opowiedział, że przez większość dnia padało, z kilkugodzinną przerwą po południu. Był na poczcie z listami i paczkami, a gdy wyszło słońce, zdecydował się na spacer po lesie i wzdłuż rzeki. Doszedł do starego młyna wodnego, pomyślał, że deszczowa pogoda minęła, ale w drodze powrotnej złapała go gwałtowna ulewa i całkiem przemókł. Pamiętam, że rozmawialiśmy o ryzyku wystąpienia rzeki z brzegów. Oceniając po poziomie wody, stwierdził i jeśli poza tym prognoza pogody na najbliższe dni się sprawdzi, ryzyko powodzi tym razem minie. Nie mogę przywołać sobie wszystkich szczegółów naszej rozmowy, ale jestem pewna, że zdałam raport ze znalezisk dnia, cen i dostaw, i wiem, że rozmawialiśmy o moich planach na kolejny dzień, dziewiętnasty, gdy miałam się spotkać z Nami Charet w Bibliothèque 18.
[…]
Rozpoznaję to po dźwiękach. To ten sam dzień. Kolejny raz budzę się w pokoju gościnnym i kolejny raz Thomas przemieścił się zgodnie ze swoim porannym wzorcem, rury zaszumiały, kuchenka i lodówka wydały z siebie odgłosy. Za chwilę Thomas wyjdzie, a potem szybko wróci z torbami, a gdy go nie będzie, pójdę do kuchni i przyniosę stamtąd paczkę herbatników albo biscotti, czy co tam znajdę, bo kończy mi się prowiant. Słyszę, że przygotowuje się na listopadowy deszcz. Stłumione brzęknięcie, gdy wyciąga swoje klucze, miękki odgłos materiału dotykającego tapety w przedpokoju, gdy zdejmuje płaszcz z wieszaka. Policzyłam dni. To jest mój osiemnasty listopada #122. Oddaliłam się znacznie od siedemnastego i nie wiem, czy kiedykolwiek ujrzę dziewiętnasty. Ale osiemnasty wraca raz za razem. Przychodzi i napełnia dom dźwiękami. Odgłosami człowieka. Który chodzi po domu, a teraz go opuszcza. To, dlatego zaczęłam pisać. Ponieważ słyszę go w domu. Ponieważ czas się rozpadł. Ponieważ znalazłam ryzę papieru na regale. Ponieważ usiłuję spamiętać. Ponieważ papier pamięta. Może w zdaniach jest coś uzdrawiającego.
[…]
Nasza krótka rozmowa szybko ujawniła, że to, co opowiedziałam mu poprzedniego wieczoru, zniknęło i że nie przechował swojego deszczowego listopadowego dnia w pamięci. Zaprzeczał, że był na poczcie z listami i paczkami. Nie poszedł nad rzekę, nie przemókł do suchej nitki od przelotnych opadów i nie przypominał sobie naszej wieczornej rozmowy telefonicznej osiemnastego listopada. W jego pamięci nie zapisały się informacje o mojej wizycie u Philipa Maurela, nie było w niej Marie ani piecyka, oparzenia ani kostek lodu. Żadnych wieści o Eaux Potables czy Heavenly Bodies, żadnych konwersacji o kategoriach u Jocelyn Miron. Jedynie nasza poprzednia rozmowa. Z ostatniego wieczoru. Siedemnastego. Niedługo potem siedziałam w pokoju na niepościelonym łóżku z plecami opartymi o ścianę i telefonem obok. Ostrożnie zadawałam pytania. Nie chciałam go zaniepokoić, tylko dowiedzieć się, czy jestem w tym sama i byłam. Thomas nie przeżył jeszcze osiemnastego listopada.
[…]
Na ladzie zwróciłam uwagę na rzymski sesterc, który Philip pokazał mi wczorajszego wieczoru. Leżał w przezroczystym pudełeczku obok innych monet. Był miedziany, z odciśniętym portretem cesarza Antoninusa Piusa na awersie i bogatym w detale wizerunkiem bogini Annony na rewersie. Stała z dwoma kłosami zboża w jednej dłoni i korcem w drugiej. Marie pokazała mi detale pod szkłem powiększającym i wyjaśniła, że korzec – modius, jak powiedziała – dowodzi, że widzimy boginię Annonę. Czczono ją jako bóstwo zapewniające zaopatrzenie w zboże, co było decydujące dla utrzymania władzy cesarskiej w Rzymie. Podobnie jak wielu innych cesarzy, Antoninus Pius musiał importować wielkie ilości zboża, żeby uniknąć niepokojów, a Annona była ważną boginią, wyjaśniła. Zawahała się i dodała, że z pewnością o tym wiem. Potwierdziłam skinieniem i przez chwilę wyczuwałam jakąś formę poufałości, jakiś przebłysk rozpoznania, być może. Chyba jednak się myliłam. Raczej chodziło o to, że miałam taką nadzieję. Kupiłam monetę i poprosiłam o zapakowanie jej na prezent. Podczas gdy Marie układała ją w szaroniebieskim pudełeczku i zawijała w papier, przechadzałam się po sklepie. W pierwszym pomieszczeniu stało to duże biurko, przy którym siedzieliśmy poprzedniego wieczoru i na którym Marie teraz pakowała mój sesterc. Na ścianie za nim znajdowało się wiele szuflad i szafek z monetami, w salce obok Philip wystawił duży wybór numizmatów w witrynach wzdłuż ścian. Weszłam tam, i żeby nie wydało się to podejrzane, poszłam na lewo i przechodziłam od jednej witryny do drugiej; monety zostały w nich ułożone chronologicznie. W pierwszej szafce był wybór monet przed-rzymskich, w większości greckich, kilka indyjskich i chińskich – zbiór, który Philip miał zamiar rozbudować, ale który nadal mieścił się na obrzeżach Cesarstwa Rzymskiego. Pod podłużnym oknem, przez które można było wyjrzeć na ulicę znajdującą się powyżej, stał niski regał z katalogami i książkami, a w szafkach przy pozostałych ścianach monety rzymskie były uporządkowane wedle różnych epok i formatów. Podeszłam do szafek z monetami rzymskimi z okresu cesarstwa i podziwiałam przejrzystą ekspozycję Philipa, dzięki której poczet władców przypominał nieskomplikowane następstwo czasów, rząd oblicz, które bez trudu splatały się ze sobą, spajając historię. Przejście wzdłuż gablot było znajomą trasą, którą przemierzyłam już wielokrotnie. Rzymscy cesarze i cesarzowe, ich bogowie i boginie, te niewielkie symbole i przedmioty, które miały nam pokazać, kim byli, sprawiły, że poczułam się bezpiecznie, i dały mi czas, żeby rozważyć sytuację. Za ostatnią witryną, w której leżały monety z czasów zbliżonych do upadku Cesarstwa Zachodnio-rzymskiego i niewielki zbiór monet wschodnio-rzymskich, drzwi do sklepowego zaplecza stały otworem. Pod jedną ze ścian znajdowały się stół kuchenny, lodówka i zlew, a po drugiej stronie rząd szafek. Na jego końcu stały jakieś pudła, a za nimi – dzień wcześniej – piecyk.
[…]
Nie wątpił w to, że mówię prawdę. Rozmawiał ze mną i o tym zapomniał. To go przeraziło. Jedną sprawą było to, że w czasie zwyczajnie postępującym do przodu uległam wypadkowi, ale to, że on sam był częścią mojego dnia, prowadził rozmowy i wykonywał czynności, których nie pamięta, sprawiło, że zaczęło mu się kręcić w głowie i poczuł niepokój, którego sama doświadczyłam, gdy zobaczyłam kromkę chleba powoli spadającą na podłogę. Ten dziwny moment, gdy znika grunt pod nogami i nagle pojawia się odczucie, jakby cała przewidywalność świata mogła zostać zniesiona, jakby nagle aktywowała się egzystencjalna gotowość alarmowa, rodzaj cichej paniki, która nie powoduje ani że się ucieka, ani że się woła o pomoc, i wobec której nie są konieczne karetki czy jazda na sygnale. Jest tak, jakby ta gotowość spoczywała na dnie świadomości, niemal jako jej ton podstawowy, na co dzień niesłyszalny, który jednak dochodzi do głosu w momencie, gdy człowiek odkrywa nieprzewidywalność świata, wiedzę o tym, że wszystko zdolne jest się odmienić w jednej chwili, że to, co nie może się wydarzyć, czego absolutnie nie oczekujemy, jednak jest możliwe. Że czas się zatrzymuje. Że siła ciążenia przestaje działać. Że logika świata i prawa natury się załamują. Że musimy przyznać, że nasze oczekiwanie wobec niezmienności świata zbudowane zostało na niepewnym fundamencie. Nie ma gwarancji, a za tym wszystkim, co na co dzień traktujemy jako pewne, stoją wymykające się prawdopodobieństwu wyjątki, nagłe załamania i niewyobrażalne pogwałcenie praw. Dziwne, że to, co nieprawdopodobne, zdolne jest wywołać taki niepokój, myślę teraz. Skoro wiemy, że cała nasza egzystencja opiera się na dziwnych zdarzeniach i nieprawdopodobnych przypadkach i to owe osobliwości sprawiają, że w ogóle tu jesteśmy. Że na tym, co nazywamy naszą planetą, istnieją ludzie, że możemy się przemieszczać na obracającej się kuli i w niemierzalnym wszechświecie pełnym niepojęcie wielkich obiektów i z cząstkami tak mikrymi, że myśl nie jest w stanie pojąć, jak są małe i ile ich jest. Że te nieskończenie mikre przedmioty pośrodku tego, co niepojęcie przepastne, potrafią zachować spójność. Że jesteśmy w stanie utrzymać się na powierzchni. Że w ogóle istniejemy. Że każdy z nas powstał w wyniku niemierzalnie wielu możliwości. To, co niewyobrażalne, niesiemy w sobie cały czas. To się już wydarzyło: przemieszczamy się i jesteśmy nieprawdopodobni, zstąpiliśmy z obłoku niewiarygodnych przypadków. Można by pomyśleć, że ta wiedza mogłaby nas nieco przygotować na spotkanie z tym, co nieprawdopodobne. Ale najwyraźniej jest na odwrót. Przyzwyczailiśmy się z tym żyć, nie doznając zawrotu głowy każdego ranka, a zamiast poruszać się ostrożnie i z wahaniem w nieustającym zadziwieniu, kroczymy, jakby nic się nie wydarzyło, traktujemy osobliwości jak oczywistość i kręci nam się w głowach, gdy byt okazuje się taki, jaki jest: nieprawdopodobny, nieprzewidywalny, osobliwy.
[…]
Spędziliśmy kilka minut, dyskutując o możliwych wytłumaczeniach: halucynacje i zniekształcenia pamięci, niezrozumienie i błędne interpretacje, pętle czasowe i światy równoległe – ale nie udało nam się nadać im sensu. W przejścia do nieznanych wymiarów żadne z nas nie wierzyło i najbardziej poręczne wytłumaczenie zakładało, że wyobraziłam sobie to wszystko, że to halucynacja, nieco zbyt wybujała fantazja, sen. Ale że cały mój osiemnasty listopada miałby być snem, fikcją, przywidzeniem, nie brzmiało przekonująco: nie doznaje się oparzeń przez fikcję, nie wyśni się całej gazety porannej i zazwyczaj nie spotyka się dokładnej kopii własnych halucynacji podczas śniadania w jakimś paryskim hotelu średniej klasy. Byliśmy w kropce. Jedynym, co mogliśmy stwierdzić z pewnością, było to, że doświadczałam świata, który w ciągu nocy powracał do punktu wyjścia, przesuwał się o dobę i dawał się odnaleźć dokładnie takim jak dzień wcześniej.
[…]
Zostaliśmy w salonie na większość wieczoru. Wróciłam. Znowu byliśmy razem. Gdy tak siedzieliśmy wieczorem w salonie, z filiżankami w dłoniach, świat wydawał się niemal normalny. A jednak trudno było uniknąć poczucia niepokoju spowodowanego załamaniem czasu. W ciągu wieczoru zbliżaliśmy się do tematu różnymi ścieżkami, ale nie potrafiliśmy znaleźć ani wyjaśnienia, ani wyjścia. Thomas uważał, że ten problem może zniknie. Chciał mnie uspokoić – albo uspokoić samego siebie. W którymś momencie rzucił mimochodem, że czas zazwyczaj powraca do swojego odwiecznego ruchu w przód. Ludzie zawsze musieli się liczyć z zaburzeniami codzienności, rzekami, które występowały z brzegów, wypadkami drogowymi, skręconymi kostkami, arktycznymi zimami albo suszą, ale ostatecznie, powiedział, siedzimy tu teraz, jakby nic się nie wydarzyło. Nikt nie umarł, nikt nie doznał obrażeń. Byłam niespokojna. Dla pewności zaniosłam książki przywiezione z Paryża na górę, do sypialni, gdy późnym wieczorem zbieraliśmy się do snu. Położyłam je w nogach łóżka, zanim wślizgnęliśmy się pod kołdrę i położyliśmy blisko siebie, nie mówiąc jednak o naszych planach na następny dzień, jak byśmy normalnie zrobili. Może myśleliśmy, że szanse, by wszystko wróciło do normalnego czasu, wzrosną, jeśli będziemy udawać, że nic się nie zdarzyło.
[…]
Nasza miłość zawsze była ledwie zauważalna. To coś w komórkach, jakieś molekuły, jakieś powiązania poza naszym wpływem, coś, co się odnajduje w powietrzu wokół nas, fale dźwiękowe, które wchodzą w szczególny rodzaj harmonii, gdy rozmawiamy, to się dzieje na poziomie atomu albo w jeszcze mniejszych cząstkach. W naszej relacji nie ma przepaści ani dystansów. To coś innego, rodzaj zawirowania w komórkach, forma elektryczności albo magnetyzmu, albo coś chemicznego, sama nie wiem. To coś, co powstaje w przestrzeni między nami, uczucie, które ulega wzmocnieniu, gdy sobie towarzyszymy. Może jesteśmy układem pogodowym z kondensacją i parowaniem: przebywamy razem, patrzymy na siebie, dotykamy się, podlegamy kondensacji, spotykamy się, kochamy, zasypiamy, budzimy się i powracamy do naszego osobliwego połączenia, stabilny system pogodowy bez katastrof naturalnych. Albo raczej taki, który do osiemnastego listopada nie zaznał katastrof.
[…]
Sesterca oczywiście nie znaleźliśmy. Podczas gdy ponownie przeszukiwałam komodę w sypialni, Thomas siedział na łóżku, próbując zrozumieć mechanikę osiemnastego listopada, ale nie było jasne, na czym opierała się logika tego dnia. Niektóre rzeczy znikały, ale nie wszystkie. Moja torba i ubrania nie zniknęły, książki z siedemnastego również nie; nawet te, które kupiłam osiemnastego, a które najpierw zniknęły z pokoju w Hotel de Lison i musiałam je znowu nabyć, zostały z nami. Nocą leżały pod moją poduszką, a przez cały dzień miałam je na oku i nadal tu były. Sesterca natomiast nie udało się odszukać.
[…]
W kolejne dni budziłam się z tym samym nieokreślonym poczuciem codzienności, które towarzyszyło mi rankiem po powrocie. Thomas obudził mnie kilka razy, zaskoczony, że leżę pogrążona w głębokim śnie u jego boku, ale zazwyczaj to ja budziłam się pierwsza. Powoli wychodziłam ze snu. Początkowo jedynie z poczuciem swojskości, w stanie między jawą a snem, z zamgloną świadomością. Człowiek budził się do czegoś, co jeszcze nie całkiem przybrało formę, niekiedy z poczuciem, że wszystko jest jak zawsze. Jak wczesną porą w obcych pokojach, gdy się myśli, że się leży we własnym łóżku, aż się odkryje, że drzwi są po niewłaściwej stronie, pościel nieznajoma, przestrzeń jakaś inna. Albo jak poranki z dzieciństwa, które przybywają jak całkiem zwyczajne dni, a nagle okazują się Wigilią albo urodzinami. Albo na odwrót, człowiek się przeciąga, przygotowuje na zwyczajny poranek, aż odkrywa, że dzień przynosi zmartwienie i niepokój, które zniknęły w ciągu nocy. Tak właśnie zaczynały się dni: niedookreślonym porankiem. Szarym światłem sączącym się od okna. Ptasimi trelami, odgłosami deszczu. Pościelą na skórze, cichym szelestem wiatru wśród drzew, subtelny szum poranka. Zachowałam to w pamięci jako świat niemalże pozbawiony głębi ostrości, nie jak we śnie, raczej jakby coś zostało odcięte przez świadomość: jest się przytomnym, zmysłami odbiera się świat wokół siebie, jest się wzrokiem i słuchem, rodzajem posterunku nasłuchowego, ale tylko to, co najbliżej, da się pojąć, wszystko pozostałe cofa się na drugi plan i znika, jakby dzień próbował nadejść nieubrany, neutralny, bez właściwości. To jest po prostu poranek, najprostszy z możliwych.
[…]
Nie wiem tego, ale co rano wydarzało się to samo. Budziłam się w łóżku obok Thomasa, szarawe światło od zasłonki, pościel, słaby odgłos deszczowej pogody i wiatru, i niejasne odczucie poranka, który stopniowo stawał się kolejnym osiemnastym listopada. Ostrożnie budziłam Thomasa. Zatrzymywałam go w chwili najdłużej, jak mogłam, zanim także jego pamięć się włączała i przypomniał sobie, że jestem w Paryżu – albo ściślej mówiąc, powinnam być w Paryżu – i zaczynał się dziwić. Szeptałam mu, co się stało. Wyczuwałam jego niepokój. Gdy na niego zerkałam, dostrzegałam tę ostrość w spojrzeniu, którą udawało mi się trochę wymazać, gdy patrzyłam w innym kierunku, gdy się do niego przysuwałam i szeptałam. Że nic się nie stało. Albo prawie nic. To tylko załamanie czasu. Ale wróciłam, jesteśmy razem, nikt nie umarł, nikt nie odniósł obrażeń, żadnych tragedii, nieszczęść, katastrof, żadnych karetek ani pogrzebów. Nawet rana po oparzeniu powoli się goiła.
[…]
Nie sądzę, że był to akt woli, ale pomału i niemal niezauważalnie udawało mi się przedłużyć poczucie neutralności i niedookreśloności poranka. Zagęszczałam go, intensyfikowałam tę jasnoszarą pobudkę i każdego dnia byłam w stanie nieść to poczucie trochę dłużej w dzień. Już po kilku porankach mogłam zatrzymać wzrok na tyle, by objąć cały pokój: pościel i ciało Thomasa obok mnie, ścianę za łóżkiem i ścianę na drugim końcu pomieszczenia, krzesło z ubraniami, poranne światło, stłumiony odgłos klapki uderzającej w komin na wietrze. To są odgłosy domowe i nadal zwyczajny poranek, pojemny i otwarty, a ja leżę w łóżku, podczas gdy okruchy świata się prześlizgują i ulegają rozpuszczeniu, krótka sekwencja ptasich treli, szpak niepogodzony z szarą pogodą albo rudzik śpiewający, gdy ustaje deszcz, początkowo trzy lub cztery tony, potem sześć lub siedem, następnie osiem, a to wszystko rozpuszcza się w mojej mgle, która napływa stopniowo. To musiał być rodzaj nieświadomego trenowania nieostrości, ton wyznaczający początek dnia. Pamiętam przedpołudnia pełne spokoju i miękkiego światła. Pamiętam rodzaj mgły, która towarzyszyła nam długo w ciągu dnia. Wędrowaliśmy przez spowity nią krajobraz, w którym widoczne były tylko kontury przedmiotów. Nie potrzeba było wiedzieć, czy dostrzegane istoty należały do tego czy innego gatunku, czy to na drzewa czy krzewy patrzyliśmy po drodze, czy to domy czy niewielkie stajnie mijaliśmy.
[…]
Żyliśmy w dwóch różnych czasach, nic więcej niż to. Dwa czasy, które wystąpiły z brzegów. W miejscu, gdzie rzeki się spotykają i spływają połączone. Rodzaj współczesnej Mezopotamii, gdzie Eufrat i Tygrys są jedynie różnymi nazwami wody. Dobrze nam było w Mezopotamii. Odnaleźliśmy rytm. Budziliśmy się rano. Wyjaśniałam swoją obecność. Thomas słuchał, martwił się, zaczynał oswajać się z tą myślą. Wychodziliśmy na zewnątrz w przerwach między opadami i spacerowaliśmy wzdłuż rzeki po południu. Niekiedy Thomas pod koniec dnia nagle dostrzegał komiczność całej sytuacji i zaczynaliśmy fantazjować na temat skutków czasu, który nie potrafi sam siebie okiełznać. Słuchaliśmy wiatru i deszczu uderzającego o szybę albo wychodziliśmy w ciemność. W bibliotece na rue du Vieux Moulin pożyczaliśmy książki o światach równoległych i zwielokrotnionych. Czytaliśmy opowieści o bańkach czasowych, zapętleniach i labiryntach. Wyszukiwaliśmy filmy o podróżach w czasie i przesunięciach w chronologii wydarzeń. Czytaliśmy sobie na głos, rozmyślaliśmy i puszczaliśmy wodze fantazji, licząc na to, że dzięki temu czas nabierze sensu. Gmatwaliśmy się w bardziej baśniowe wyjaśnienia: czy to rzymski sesterc, czy miłość, czy rana po oparzeniu otworzyły wrota do tego nowego czasu? Czy istniało naturalne wytłumaczenie, czy w grę wchodziły nieznane siły?
[…]
Mój poranek zyskał głębię i klarowny horyzont. Ale ja nie chciałam tego horyzontu. Wolałam szare poranne światło i dzień zaczynający się bez czasu, bez wspomnień i bez planów, to jednak nie było już możliwe. Kilka ptasich treli w listopadzie, przestrzeń w ostrych kształtach i dzień, którego nie da się powstrzymać. W powietrzu była przejrzystość, a zamiast niejasnego wyczuwania pościeli, pokoju i miękkiego światła poranka rzeczy stały się przedmiotami osiemnastego listopada, ostro-kształtnymi rekwizytami dnia. Thomas leżący obok mnie nie był już moim śpiącym mężem w jakiś nieokreślony poranek, ale moim oddalającym się mężem, dzień po dniu, moim jeszcze nieutraconym ukochanym, którego zaskoczone spojrzenie właśnie miałam spotkać, bo to nie był zwyczajny poranek, a ja już nie byłam Tarą na wpół śpiącą, żyjącą niedookreślonym życiem i nienachalnie szczęśliwą, ale ponownie Tarą w rozbitym czasie, i znowu nadchodził moment, żeby wyjaśniać Thomasowi, co się wydarzyło. Musiałam patrzeć na jego niepokój, spieszyć z zapewnieniem, że nie musi się martwić, teraz jestem tu, jesteśmy razem, nikt nie umarł, nikt nie doznał obrażeń. Jestem w domu, nic mi się nie stało, jesteśmy przy życiu, to po prostu czas się rozpadł. Straciłam swoją poranną mgłę. Dzień się wyłaniał w ostrym kształcie, barwny i w pełni ubrany, niekiedy już w momencie, gdy się budziłam; czasami trwało to kilka chwil, ale nie mogłam już nic zrobić, żeby to opóźnić. Dni stały się osiemnastym listopada #68, #69, #70, #71.
[…]
Mgła się ulotniła. Dziwne dni dobiegły końca. Zrozumiałam, że nie mogłam dłużej zachować nieokreślonego szarego światła poranka, że trzymałam przeszłość i przyszłość na dystans, że stałam się czymś w rodzaju ludzkiego płomienia kontrolnego. Zniknęły poranki bez właściwości. Nie dało się odnaleźć czasu na dnie morza. Zniknęła mgła, która zarówno niosła największe szczęście, jak i – jak teraz myślę – żądała, żeby tkwić w stanie skrajnej naiwności, żeby wędrować przez komnaty absurdu, żeby pozwolić się złapać miękkiemu uściskowi apatii. Przez pięć dni leżałam w łóżku w pokoju gościnnym. Potem wróciłam. To był dzień #81. Widziałam, że w notesie postawionych zostało pięć kresek długopisem; ledwie przypominałam sobie, że stałam przy stole, że niemal automatycznie stawiałam znaki w książeczce. Mam poczucie, że robiłam to każdego przedpołudnia, gdy Thomas wychodził, ale nie jestem pewna. Siedząc przy biurku w pokoju, zliczałam teraz wszystkie kreski, a zamiast dorysować długopisem kolejną, napisałam #81. Jakbym żądała precyzji. Jakbym była zmuszona liczyć dni jeden po drugim; musiały mieć numery, nie mogłam się zadowolić kreskami w notatniku.
[…]
Weszłam tu po południu, po tym, jak Thomas wyszedł. Słyszałam muzykę w salonie, słyszałam, jak podnosi paczki z podłogi w przedpokoju, no i słyszałam, jak opuszcza dom. Byłam teraz kimś innym. W mojej głowie nastał spokój, zgłodniałam i potrzebowałam kąpieli. Poszłam na górę, umyłam się, zmieniłam ubranie, zeszłam do kuchni i ukroiłam kromkę chleba, którą pochłonęłam. W szufladzie na warzywa znalazłam gruszkę, przekroiłam ją na połówki, następnie na ćwiartki i zjadłam je jedna po drugiej. Usiadłam w salonie i czekałam na Thomasa. Znałam jego dzień. Wiedziałam, że wróci, gdy się rozpada, ale ciągle nie miałam pewności co do dokładnej godziny. Niedługo po tym, jak deszcz na dobre się zaczął, zobaczyłam naszego sąsiada idącego wzdłuż płotu, zaraz potem ukazał się Thomas, zmoknięty i bez parasola. Pospiesznie przeszłam do przedpokoju, zapaliłam światło i otworzyłam drzwi. Patrzył na mnie zaskoczony. Spotkaliśmy się na progu. Pomogłam mu zdjąć przemoczony płaszcz i powiedziałam, że wróciłam. Przyniosłam z sypialni sweter, zaparzyłam filiżankę herbaty, poprowadziłam go do salonu, gdzie usiedliśmy, podczas gdy opowiadałam o Paryżu i Philipie Maurelu i Marie, o książkach, które zniknęły, i o sestercu. Opowiedziałam o naszych dziwnych zamglonych dniach. Opisałam ulotnienie się mgły i ostre poranki z wyraźnie zarysowanym horyzontem. Opowiedziałam o znaczkach w moim notesie i o pobycie w pokoju gościnnym. Powiedziałam mu, że jestem teraz kimś innym. Że w mojej głowie coś się stało. Zaprowadziłam go do pokoju gościnnego. Mój zapach nadal wisiał w powietrzu. Na podłodze leżały paczki ciastek i kilka puszek po konserwowych brzoskwiniach, które zjadłam. Powiedziałam, że potrzebuję jego pomocy. Pokazałam mu notatnik z rzędem postawionych ołówkiem kresek, potem pięć znaków długopisem, a pod spodem widniało #81. Powiedziałam, że muszę zrozumieć czas. Musiałam wiedzieć, jak działał. Opowiedziałam o logicznym mieleniu, placach budowy racjonalności, inwestorskiej pracy mózgu, gromadzeniu dźwięków, obróbce danych świadomości. Opowiedziałam, że muszę znaleźć dziurę w czasie, muszę się dowiedzieć, jak się z niego wydostałam i jak wrócę do czasu postępującego naprzód. Powiedziałam, że moim zdaniem może pomóc. Widziałam, że mi wierzył. Stałam się inną osobą. Było tak, jakby w mojej głowie zamieciono jakąś ścieżkę, położono płytki, sprzątnięto chaszcze, wytyczono drogę, odśnieżono, sama nie wiem, ale musiałam iść dalej. Musiałam znaleźć jakieś odpowiedzi. Musiałam znaleźć wyjaśnienie i drogę wyjścia. Zaczęłam sądzić, że jeśli tylko zdołam rozszyfrować mechanizmy, będę w stanie przywrócić dzień jego dobrze znanemu biegowi naprzód.
[…]
Przez dwadzieścia siedem dni badałam dynamikę doby. Rankiem budziłam się gotowa na wyraźnie zarysowane kształty, na dzień z planem pierwszym, środkowym i dalekim, ale z czytelnym horyzontem. Już zanim otworzyłam oczy w łóżku obok Thomasa, było dla mnie jasne, co się wydarzyło. Wstawałam, schodziłam, żeby pozbierać własne obserwacje z dnia poprzedniego. Budziłam Thomasa i wszystko mu wyjaśniałam. Podsumowywałam nasze ustalenia i przekazywałam najistotniejsze wnioski. Musiał pomóc. Nie istniała mgła, w której można by się skryć. Naciskałam na zadawanie pytań. Jak doszło do tej usterki? Czy chodziło o wydarzenie, które można wyjaśnić, czy o przypadek, zdarzenie losowe? Gdzie doszło do przerwania czasu? Co zrobiłam tego dnia, gdy czas się rozpadł? Czy ktoś był winny? Czy ktoś popełnił błąd, a jeśli tak – to jaki? Ale siedemnasty listopada był dniem, w którym nic się nie wydarzyło. Pojechałam do Bordeaux. Kupiłam książki i kontynuowałam podróż do Paryża. Osiemnasty listopada był dniem, w którym nic się nie wydarzyło. Obudziłam się rano, zjadłam śniadanie, czytałam gazetę, widziałam, jak kromka chleba spada na podłogę, kupiłam kilka książek i dwie z nich włożyłam do torby. Odwiedziłam przyjaciela – albo może nawet dwoje przyjaciół – oparzyłam się w dłoń, rozmawiałam przez telefon, spałam z przyłożonymi kostkami lodu.
[…]
Nie mogliśmy znaleźć błędu. Nie mogliśmy znaleźć powodu, dla którego czas się rozpadł. Nie było powodu. Ja nie mogłam znaleźć powodu i Thomas nie mógł znaleźć powodu. Odnajdowaliśmy wzorce, odnajdowaliśmy odstępstwa od reguły. Thomas był wzorcem, a ja byłam niepokojem. Już od pierwszego dnia stało się jasne, że ciało za mną podąża. Oparzenie powstałe w sklepie Philipa odcisnęło ślad na mojej dłoni, po nim zrobiła się niewielka bolesna rana, która spuchła, sączyła się, wytworzyła strup, który później odpadł i pozostawił czerwoną bliznę, a ta powoli, dzień po dniu się ściągała i stawała mniejsza. Nie obudziłam się rankiem z dłonią, która nie była uszkodzona osiemnastym listopada. Rana zachowywała się, jak należy się spodziewać po oparzeniu, które przechodząc przez czas, zmienia się nieznacznie dzień po dniu. Czas oddziaływał na moją skórę, a stojąc przed łazienkowym lustrem, przyjrzałam się też włosom. Urosły. Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz dostrzegałam, że urosły, nie tak wiele, ale wystarczająco, by nabrać wątpliwości. Twarz w lustrze wydawała się taka sama, a jeśli nastąpiły zmiany, to były tak nieznaczne, że niedostrzegalne, ale włosy urosły wraz z upływem dni. To było zrozumiałe: dni następowały po sobie, oparzenie się goiło, włosy rosły, czas płynął, a moje ciało za tym podążało, jakby nic się nie wydarzyło. Paznokcie stały się długie; niejasno przypominam sobie, jak stałam w łazience z obcinaczem, ale to było w trakcie mglistych dni, gdy moja pamięć była niewyraźna i zszarzała, ale teraz odzyskała klarowność, obcięłam paznokcie, czy też obcięłam je ponownie, niespiesznie nad łazienkową umywalką, ponieważ urosły, jakby czas istniał, a ja odcinałam niewielkie cząstki czasu do umywalki, odkręciłam wodę i spłukałam je do odpływu.
[…]
To te odstępstwa od reguły nas zastanawiały. Wiele rzeczy znalazło się ponownie w punkcie wyjścia. Piecyk i niebieska butla gazowa wróciły na zaplecze sklepu Philipa Maurela. Nawet kurz znowu był na swoim miejscu. Rzymski sesterc zniknął. Szukałam go i nie znalazłam, i jestem pewna, że spoczywa w pudełku na ladzie w sklepie Philipa Maurela. Ale jeśli sesterc wrócił, skąd pochodził, to dlaczego moja torba, ubrania i wszystkie te przedmioty, które miałam ze sobą w Paryżu, nie wróciły do pokoju hotelowego, gdzie się znajdowały ten pierwszy raz, gdy nastał osiemnasty listopada? Zostały ze mną w domu i każdego ranka leżały dokładnie tam, gdzie je położyłam dzień wcześniej. Pierwszego wieczoru torba stała na podłodze w salonie, później w kącie sypialni, a teraz – obok mnie, oparta o ścianę, a książki leżą na stoliku nocnym. Jakbym w samym środku nieprzewidywalności mogła je ze sobą nosić, wciągać je w mój czas i sprawiać, że pozostają w bezruchu. Nie znaleźliśmy wyrazistego wzorca i to mnie irytowało. Chciałam znaleźć wzorzec i go przełamać, ale natrafiliśmy na zbyt wiele niejasności, żeby dało się odsłonić mechanikę tego dnia. Pozostawały szare strefy i pytania bez odpowiedzi. Stało się jasne, że dzień po dniu gromadziłam i zapamiętywałam osiemnaste listopada, które przeżyliśmy, i że wszyscy inni o nich zapominali, gdy budzili się kolejnego ranka. Już nie pamiętam szczególnie dokładnie pojedynczych dni, osnuła je mgła, zlewają się w mojej pamięci, ale nie zniknęły. Pamiętam, że wywieraliśmy wpływ. Coś się działo z rzeczami. Zużywaliśmy je. Najpierw mieliśmy problem ze znalezieniem kawy, którą zazwyczaj kupowaliśmy. Była wyprzedana, więc wzięliśmy inną, ale to właśnie my wypiliśmy całą kawę z półki w niewielkim supermarkecie na rue Clémentine Giroux. Także my opróżniliśmy półkę z czekoladą pomarańczową. Zobaczyliśmy, że jest pusta, pamiętam, że mnie to zdziwiło, ale kupiliśmy jakiś inny rodzaj czekolady, kupiliśmy taką bez dodatków, ciemną, kupiliśmy miętową albo karmelową.
[…]
Tuż po piątej musiał jednak na chwilę stracić czujność – albo to ja ją straciłam, bo nagle uznał, że moment wcześniej spał. Leżeliśmy na podłodze, na dywanie w biało-czarne wzory. Odwrócił się na sekundę, nie przestawałam dotykać dłonią jego nagiej skóry i nagle jego ciało przeszył dreszcz, spazm tego rodzaju, który przechodzi przez człowieka zapadającego w sen, ale nie sądzę, żeby spał, bo był w środku zdania, które dokończył, gdy się ku mnie obrócił. Spojrzał na mnie nieco skonfundowany, jak somnambulik, którego obudzono. Zapytał, która godzina, jaki dziś dzień, co piliśmy, bo czuł się nieswojo. Chwilę później zapytał, kiedy właściwie wróciłam, bo zapomniał o moim powrocie. Przyjechałam wcześniej niż miałam, w nocy, i jak przebiegła moja podróż? Nie zostały żadne wspomnienia. Ani o kąpieli, ani o kawie w środku nocy, nie mógł przywołać z pamięci żadnych nużących rozmów ani nocnych posiłków. Nie było żadnych bliźniąt ani zaprzęgu konnego czy robotników leśnych. Między nami pojawił się dystans. W czasie zrobiła się dziura, ale nie dało się dociec, jak do tego doszło. Chwila nieuwagi i Thomas stracił swój osiemnasty listopada. Jego pamięć została znów wymazana, nie poprzez długo-nocny sen, nie w wyniku powolnego rozpuszczania; było tak, jakby jego osiemnasty listopada wpadł w szczelinę nocy, w przepaść, która nagle się rozwarła. Ale nie potrafiliśmy dostrzec, jak do tego doszło, nie potrafiliśmy znaleźć defektu czasu, nie potrafiliśmy znaleźć wyjaśnienia.
[…]
Faktem było, że żyliśmy w dwóch odmiennych czasach. Faktem było również, że tylko dla mnie to było jasne, gdy nastawał nowy dzień. Dopiero po porannym sprawozdaniu, po krótkim wprowadzeniu podczas śniadania i szczegółowym zapoznaniu się z listami, diagramami i schematami z salonu Thomas rozumiał, w czym chciałam, żeby uczestniczył. Faktem było również, że granice stawały się płynne. Że nie istniały konkretne punkty czasowe, w których następowało przejście. Mogliśmy wejść w noc razem, ale prędzej czy później czas wypadał z ram. Faktem pozostawało, że przedmioty ze świata niekiedy za mną podążały, a czasami wracały do punktu wyjścia. Że zachowanie rzeczy wydawało się nieobliczalne. Że pomagało trzymanie ich blisko ciała, ale było coś nieprzewidywalnego w mechanizmie czasu. Wyostrzaliśmy wzrok. Znajdowaliśmy teorie i struktury, które przykładaliśmy do zdarzeń z osiemnastego listopada. Dyskutowaliśmy nad rozumieniem rzeczywistości i dysfunkcjami świadomości, zastanawialiśmy się, czy wytwarzałam serie fikcyjnych doświadczeń albo czy to innych dotknęła jakaś forma niepamięci, czy wkroczyliśmy w falę mentalnej rozbieżności. Formułowaliśmy tezy i argumenty im przeciwne. Czytaliśmy o parataktycznym postrzeganiu czasu i chronometrii wariantywnej, wyszukiwaliśmy opisy załamań temporalnych i nawrotów chronotoksycznych. Badaliśmy teorie o wszechświatach równoległych, światach zwielokrotnionych i relatywnych strukturach czasowych. Znajdowaliśmy relacje o morfologii pamięci i o rzadkich chronopatiach o podłożu amnezyjnym. Dyskutowaliśmy o teoriach powtórzenia i zaburzeniach zapamiętywania. Przyglądaliśmy się procesom świadomości, faktom dnia, przedmiotom ze świata, sekwencjom czasu. Gromadziliśmy teorie i wyjaśnienia.
[…]
Moja nadzieja, że wszystko nagle znów mogłoby się stać zwyczajne, malała każdego dnia i mimo że Thomas czasami od rana i jakąś część przedpołudnia uważał, że ta usterka jest przejściowa, z reguły tracił wiarę w powrót normalnego czasu, gdy po długim dniu rozważań docieraliśmy do wieczora. Nie pozostało wiele śladów po naszych osnutych mgłą dniach, nie nastąpiło miękkie przejście przez osiemnasty listopada, żartobliwe uwagi o nieprzewidywalności czasu niemal zniknęły, podobnie jak późne godziny wieczorne, gdy leżąc, słuchaliśmy dźwięków nocy, ja komentowałam odgłosy, które z siebie wydawała, a Thomas nagle wybuchał śmiechem w ciemności, kiedy potrafiłam przewidzieć dokładną kolejność w serii nocnych głosów. Teraz wesołość zniknęła, a jedynym, co pozostało, były pozbawione celu analizy wypełniające nasz dzień. To te nadaremne próby, by przeniknąć misterium czasu, wiele pytań, z odpowiedzi, na które raz za razem musieliśmy rezygnować, i z reguły – często mniej więcej o tej porze, gdy stojąc w kuchni, przyrządzaliśmy kolację – rezygnowaliśmy z poszukiwania wyjaśnień i dochodziliśmy do pytania, co się stanie z nami. Czy potrafimy ze sobą zostać? Czy mogłabym spotykać Thomasa każdego ranka i opowiadać mu o coraz większej liczbie dni, o nowych wyjaśnieniach, przewróconych domkach z kart, ślepych zaułkach i wąskich przejściach?
[…]
Nie wiem. Znam ten dzień. Mogę powiedzieć, jaka za chwilę będzie pogoda. Mogę powiedzieć, jak dzień rozwinie się w domu, mogę opowiedzieć o ptakach i deszczowych chmurach, mogę powiedzieć, którzy sprzedawcy na stoiskach z warzywami będą stać po południu na rynku przy place Mignolet, mogę opowiedzieć, kto stoi w kolejce do kasy w supermarkecie przy rue Clémentine Giroux krótko przed wpół do czwartej, a kto będzie szedł po schodach obok Café la Petite Échelle za dziesięć piąta, ale o własnej przyszłości nie potrafię powiedzieć nic. Nie mogę stwierdzić nic, poza tym, że obudziłam się w pokoju, który wychodzi na ogród i na stertę drewna, i że obudziłam się w zupełnie innym nastroju. Ogólnie rzecz biorąc, obudziłam się w jakimś nastroju. Mam jakiś nastrój. To coś nowego.
[…]
Nie mówię, że straciłam nadzieję. Ona po prostu niezbyt często tu wpada. Wyprowadziła się stąd. Nie było dramatów, nie trzasnęła drzwiami, jest raczej jak zwierzę, które znalazło inne tereny łowieckie, kot, który przeprowadził się do sąsiada, roślina, która rozsiała nasiona w miejscach, gdzie łatwiej wykiełkują. Za to w zamian zyskałam nastrój. Jest czymś innym niż nadzieja, ale nie jest nieznaczący. Doszły też czajnik elektryczny i płyta grzewcza, które kupiłam w sklepie żelaznym w centrum. Sprawiłam sobie również patelnię. Wymieniłam nadzieję na nastrój i patelnię. Często czuję, jak nastrój we mnie narasta, już, gdy się budzę, za to nadzieja rzadko mi towarzyszy. Nie jest tak, że budząc się, myślę, że to może dziś. Że może obudziłam się dziewiętnastego – albo jakiegoś innego poranka, w grudniu czy styczniu na przykład. Dnia z lutowym mrozem albo jakiegoś w marcu. Nie podchodzę do okna w nadziei, że pogoda się zmieniła, i już od dawna nie kładę się spać z myślą, że nastanie inny dzień, kiedy się obudzę.
[…]
Ale pomyślałam, że coś uległo zmianie. Nadzieja na powrót do czasu postępującego naprzód stała się niespodzianką, która pojawiła się w środku nocy. Nieoczekiwanym atakiem na tyły, rzadkim przebłyskiem, po którym chwilę później nie pozostaje żaden ślad. Czułam, jak pojawia się nastrój. Najpierw smutek, trochę mroku, który spowił moje myśli, jakiegoś rodzaju cienie, ale tańczące w taki sposób, że może się to przerodzić w ledwie wyczuwalną wesołość. Po powrocie do łóżka poczułam ten kruchy rodzaj żałoby, który chwilę później wywołał stłumiony, powściągliwy śmiech, jakbym nie była pewna, czy to ja jestem żałosna, czy świat. Jak wtedy, gdy ktoś nas wystawi na pośmiewisko albo żartuje naszym kosztem. Nagle dostrzega się samego siebie i trudno się powstrzymać od brania udziału w tej wesołości. Gdy przywołuję odczucie z nocy, uczucie zmiany i nadziei, i nagły powrót do tego samego wykrzywionego księżyca, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że świat ze mnie zadrwił. Nie tylko jakbym popełniła błąd, ale jakbym nabrała się na żart primaaprilisowy. Jakby księżyc zmienił swój wygląd dokładnie na tak długo, żebym uznała, że zaistniała różnica, ale zaraz na powrót udawał, jakby nic się nie stało, i wisiał sobie na niebie bez wyrazu i z pokerową twarzą. Jak mogłam uwierzyć, że księżyc się zmienił, tego nie pojmuję. Ale myśl o księżycu, który chce zrobić mi psikusa, wywołuje wesołość. Sprawia, że śmieję się pod nosem, gdy widzę, jak łatwo mnie nabrać: głupek, który wierzy w primaaprilisowy żart nieba. Dzięki, księżycu.
[…]
Nie dzieje się to każdego dnia. Próbuję się powstrzymać, ale czasami nie mogę się oprzeć. Wychodzę na zakupy, podążam własnymi drogami, których Thomas nie wybiera. Ale nagle skręcam w stronę miasta. Potem idę na rynek – i nagle przypominają mi się nasze wspólne spacery przez miasto, zakupy na dobrze nam znanych straganach, rozmowy ze sprzedawcami, którzy od lat tu stoją i znają Thomasa, odkąd był małym chłopcem, witają się i pytają o niego. Przypominam sobie, jak siedzieliśmy w La Petite Échelle, myślę sobie, że muszę po niego pójść, przyprowadzić go, żebyśmy mogli usiąść w kawiarni, gdy będzie padać; wtedy myślę, że teraz spaceruje sobie kilka ulic stąd. Podążam drogami, których powinnam unikać, skręcam nie na tych rogach, idę jego trasą, dostrzegam go w dalszej części ulicy, widzę, jak znika w żółtych drzwiach urzędu pocztowego, czekam, wycofuję się w jedną z wąskich uliczek naprzeciwko poczty, widzę go przez szyby budynku, widzę, jak wychodzi. Idę w ślad za nim, aż nagle zawracam. I znowu decyduję się tego zaprzestać.
[…]
Odkryłam coś nieprzyjemnego. Rzecz nie w tym, że to odkryłam, bo dobrze to znałam, ale odkryłam, że to nieprzyjemne. To problem, którego nie potrafię rozwiązać. To zjawy i potwory. Thomas jest zjawą, a ja jestem potworem. Co wieczór, gdy Thomas wróci już do domu w deszczu, gdy zawiesi płaszcz w przedpokoju, gdy zmieni ubranie i umieści mokrą odzież na kaloryferze na piętrze, gdy ułoży drewno w salonowym kominku i znowu w nim rozpali, gdy zrobi już to wszystko, czego wymaga jego wzorzec, przechodzi do kolejnego punktu. Wyciąga kalosze, bo jego buty są nadal przemoczone i staje obok kominka, ale kalosze zostają przy drzwiach frontowych, wkłada je, otwiera drzwi, przechodzi przez ogródek, okrąża dom i idzie do domku narzędziowego. Buszuje w nim chwilę – podejrzewam, że szuka szpadla, ale go nie znajduje. Zamiast tego sięga po łopatkę wiszącą na skórzanej lince w kącie. Zabiera ją i wychodzi do ogrodu. Pada drobny deszcz, Thomas pospiesznie zmierza ku ścieżce, w stronę grządki z porami i burakami naciowymi, głęboko wbija łopatkę obok dorodnego pora, podważa go i wyrywa, otrząsa ziemię z łopatki, uderzając o kamień, szybko wraca do szopy, odwiesza łopatkę, wyjmuje kilka żółtych cebul ze skrzynki i jedną szalotkę z siatki pod sufitem, wychodzi z domku, przechodzi obok okna kuchennego, wchodzi, zamyka drzwi za sobą i zanosi pora i cebulę do kuchni. To tylko rutyna. Tak właśnie zbudowany jest jego dzień. Przynosi pora z ogrodu. Przynosi cebulę z szopy. Wiem to, bo widziałam dziurę w ziemi po porze i resztki świeżej ziemi na łopatce wiszącej w domku. Słyszałam go w ogrodzie, słyszałam jego buszowanie w szopie, słyszałam dźwięk metalu uderzającego o kamień, ponieważ stałam po drugiej stronie domu i nasłuchiwałam, gdy on był na zewnątrz, i widziałam płaski kamień z grudkami ziemi, które zmywał deszcz.
[…]
Albo może oboje jesteśmy zjawami, myślę sobie potem. Z nadzieją. Być może to wszystko to halucynacja. Jestem zjawą, która myśli, że jest potworem. Thomas jest zjawą, która myśli, że jest człowiekiem. Jesteśmy z jednej gliny, myślę sobie znowu. Z nadzieją. Żyjemy w świecie zjaw. Z porami-zjawami, które znikają i znów się pojawiają. Jesteśmy z tej samej gliny. Nie potwory i ludzie, po prostu zjawy, którym się wydaje, że są potworami albo ludźmi. Które nie wypełniają przestrzeni albo wypełniają ją za dwoje. Albo możliwe, że zapadłam w sen w hotelowym łóżku w Paryżu i śnię, że jestem potworem, który pochłania swój świat w czasie, który się zatrzymał. Kiedy się obudzę? Obudźcie mnie.
[…]
Dziś w nocy poczułam potrzebę, żeby wyjść na dwór. Nie dlatego, że chciałam obserwować Thomasa przez szybę. Była już późna noc, a on dawno temu poszedł spać. Musiałam iść do łazienki, ponieważ wypiłam więcej herbaty niż zazwyczaj i obudził mnie sen, w którym szukałam toalety, ale za każdym razem, gdy znajdowałam drzwi łazienki, ta okazywała się zajęta. Drzwi były uchylone i myślałam, że toaleta jest wolna, ale gdy otwierałam drzwi, na każdym sedesie siedział człowiek. Gdy obudziłam się z tego snu, podeszłam do okna. Chciałam sprawdzić, czy pada. Nie było deszczu, obłoki się rozpierzchły i odsłoniły szeroki pas bezchmurnego nieba, na którym widoczny był księżyc, zwykły księżyc, cieniejący. Nie zmienia się i już nie myślę, że dostrzegam zmiany. Niebo jest to samo, przeobraża się w ciągu nocy, jak to nieba mają w zwyczaju, ale noc później wszystko jest takie jak poprzedniej. Nagle nabrałam ochoty, żeby usiąść na zewnątrz. Wzięłam koc i kołdrę, poszłam do domku narzędziowego, znalazłam poduszkę ogrodową, którą odłożyłam na schodach przed tylnymi drzwiami razem z kołdrą i kocem, a gdy się wysikałam między krzewami agrestu w warzywniaku, usiadłam na schodach z plecami opartymi o drzwi, z kocem i kołdrą owiniętymi wokół ciała. Nowy zestaw chmur przesunął się przed księżycem, ale gdy odpłynęły, jego blask rozświetlił kołdrę, tu w ciemności.
[…]
Niebo ma swój wzorzec. Który się powtarza. Można poczuć się jak w domu. Można siedzieć na schodach w ciemności i przyglądać się mu – albo stać na trawie i być zupełnie małym potworem w gigantycznej przestrzeni. Czuję, jak niebo zdejmuje pelerynę potwora z moich ramion. Zmniejszam się, a te niewielkie cząstki świata, z którymi mam do czynienia, kurczą się niemal do zera. Niebo jest wielkie i nietykalne, wszechświat się otwiera, człowiek zmienia się w niepozornego potwora, który odgryza zupełnie niewielkie kęsy gigantycznego świata. Długo tam siedziałam. Przytomna i opatulona na moich schodach. Widziałam stada chmur, niewielkie ich grupki albo samotnych wędrowców. Wyraziste sylwetki albo miękkie, nieforemne masy z rozpuszczonymi brzegami, każde z osobna albo parami przez noc, obok gwiazd, których nazw nie znałam. To dobrze, że niebo się otworzyło. Chcę je poznać. Chcę nazw i wzorców. Dobrze, że mogę wracać co noc. Że mogę poznać niebo. Że nie jestem w stanie popsuć jego mechaniki. To dobrze, że świat się zatrzymał.
[…]
W Clairon są niezamieszkane domy. Niektóre z nich na wynajem, inne na sprzedaż, niektóre po prostu stoją puste, ponieważ mieszkańców nie ma w domu osiemnastego listopada. Nie wiem, w czym to by miało pomóc, ale zaczęłam się przyglądać domom. Czasami przechadzam się ulicami w środku nocy albo spaceruję z parasolem o zmierzchu i obserwuję, czy w oknach zapalają się światła. I ponownie późniejszym wieczorem. Wykradam się z domu i się przechadzam, a niektóre z tych ciemnych budynków pozostają ciemne. Wchodziłam do ogrodów i szukałam kluczy w szopach, pod latarenkami na schodach albo w doniczkach z ziołami przy tylnych drzwiach. Czasami mi się poszczęściło, więc byłam w obcych domach w środku nocy, ale nie znalazłam jeszcze takiego, w którym bym mogła zamieszkać.
[…]
Thomas chadza innymi ścieżkami. Wybiera te pokryte kamieniem albo żwirem, ale ja jestem ubrana na drogi z liśćmi i ziemią, trzymam się z dala od rzeki i starego młyna wodnego, skręcam do wnętrza lasu; jest listopad, ale na drzewach w środku lasu są nadal liście, więc myślę sobie: wrzesień, a może październik. Mam wrażenie, jakby las się otwierał. Pod moim listopadowym dniem coś się kryje, las mnie do siebie przyzywa, jakby chciał, żebym została. Przysysa się do podeszew, chyba chce mi opowiedzieć o wrześniu i październiku, ale idę dalej, wiem, że jest listopad. Wychodzę o różnych porach dnia. Jest mżawka albo słońce przebija się przez drzewa. Popołudniami dochodzę do skraju lasu, przy polach. Przygotowuję się. Układam plany na ścieżkach i w deszczu, a gdy już przejdę przez las, wracam do domu przy rue de l’Ermitage, czasami jestem przemoczona, czasem jest mi po prostu zimno, ale przynoszę nagrzewnicę do kuchni i zamykam drzwi, włączam grzejnik, zagotowuję wodę w czajniku, rozpalam w piecu, na którego górze jest ruszt, opiekam chleb pod pomarańczowym elementem grzewczym i zanim się obejrzę, w kuchni robi się ciepło, a dzień dobiega końca.
[…]
Powiedziałam, że wyczuwam jakiś inny czas pod moimi listopadowymi dniami, rok z wrześniem i październikiem. Świat był porowaty, istniały szczeliny, pod spodem krył się inny rok. Myślałam o tym wcześniej, ale dopiero teraz naprawdę to wyczuwałam. Po tym, jak wyprowadziłam się do domu przy rue l’Ermitage. Nabrałam pewności podczas wędrówek po lesie. Zbliżaliśmy się do nowego osiemnastego listopada i to musiała być droga wyjścia: zrobić skok w osiemnasty listopada, gdy znowu będzie tędy przechodził, schwytać go, wciągnąć się na pokład w rozpoznawalnym czasie. Moglibyśmy razem odnaleźć drogę. Musieliśmy spróbować znaleźć drzwi, które wyprowadzałyby z osiemnastego listopada. Musieliśmy wrócić tam, gdzie się to wszystko zaczęło. Czy zechce pójść ze mną? Mógłby być moją kotwicą, liną ratunkową, cumą. Moglibyśmy zamieszkać w Hotel du Lison, jak zawsze, moglibyśmy wstać i zjeść śniadanie w hotelu. Moglibyśmy zobaczyć szybującą w dół kromkę chleba. Złapać ją, zanim spadnie, być może. Moglibyśmy doprowadzić ten dzień do porządku. Moglibyśmy odstawić książki na regały. Moglibyśmy odwiedzić Philipa i Marie, moglibyśmy siedzieć przy sklepowym kontuarze. Sesterc leżałby w przezroczystym pudełku na blacie. Byłam tego pewna. Piecyk stałby na zapleczu, przykryty kurzem i czym tam jeszcze. Philip i Marie siedzieliby przy ladzie. Moglibyśmy przywrócić równowagę temu dniowi. Zawahał się. Skąd mielibyśmy wiedzieć, co trzeba zrobić? Było wiele możliwości, chcieliśmy znaleźć tę właściwą, powiedziałam. Znajdziemy wyjście razem. Zarysowałam więcej scenariuszy. Moglibyśmy wspólnie powtórzyć mój pierwszy osiemnasty listopada, moglibyśmy zakończyć dzień u Philipa i Marie. Moglibyśmy wystawić piecyk z zaplecza, włączyć go, mogłabym się oparzyć w dłoń. Moglibyśmy to wszystko powtórzyć, powiedziałam, ale on nie był pewny, w czym miałoby pomóc powtórzenie dnia, który i tak powtarzał się sam z siebie.
[…]
W tym pokoju nie było niczego domowego. Był znajomy, ale nie domowy i nie wiem, czy mam dom. Nie jest nim już dom w Clairon, po którym Thomas przemieszcza się według swojego wzorca, w którym z pewnością odwiesił swój przemoczony płaszcz w sieni i chodzi w tę i we w tę po schodach i podłogach. Moim domem nie jest pokój, który wychodzi na ogród, na jabłoń i stertę drewna. Moim domem nie jest szary budynek przy rue de l’Ermitage. Nie przynależę. Mieszkam w osiemnastym listopada. Wprowadziłam się w listopadowy dzień, ale teraz pragnę z niego wyjść. Nie chcę już w tym uczestniczyć. Przygotowuję się do wyskoczenia z osiemnastego listopada. Usiadłam przy stole w pokoju. Jem pastylki miętowe z siedemnastego listopada. Z czasu, gdy dni następowały po sobie. Szesnasty, siedemnasty, osiemnasty. Dziewiętnasty. Usiłuję u-spójnić czas, dotrzeć do dziewiętnastego. Piszę zielonym długopisem i myślę o dziewiętnastym listopada: podejdź bliżej, dziewiętnasty, wejdź do środka.
[…]
Wyobrażam sobie nowy osiemnasty listopada, ale nie wiem, jak go można odróżnić od starego. Wyobrażam sobie, że pogoda się zmieni. Ale czy zrobi się cieplej czy zimniej? Niespodziewane przelotne opady? Wyobrażam sobie przełamanie, zmianę. Ale jak powstanie? Wydarzy się, gdy najmniej się jej będę spodziewać, czy konieczna jest uważność, skupienie? Czy mam się wsłuchiwać, węszyć czy wczuwać albo wpatrywać? Nie wiem. Sprawdzam szczegóły. Jestem czujna i gotowa. Czekam, szykuję się, aż czas się wypełni, a do tej chwili: cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość.
[…]
Trudno jest być cierpliwą, jeśli się nie wie, na co się czeka. Trudno dostrzec różnicę w plątaninie spraw tego dnia. Dokądkolwiek pójdę, wszystko jest takie samo. Te same sklepy z tymi samymi klientami. Ten sam przepełniony kosz na śmieci przy wejściu do parku blisko rue Renart, gdzie trzy torebki po burgerach i karton po pizzy z czerwonymi literami wypadły z kosza i ułożyły się pod ławką. Te same sery w sklepie specjalistycznym w dalszej części ulicy, gdzie dwie tabliczki z nazwą obróciły się na swoich serowych kręgach jak baletnice wykonujące piruety na osobnych scenach. Pomalowane na zielono drzwi z graffiti w niecodziennym jasnoniebieskim kolorze, które przedstawia kobietę czekającą ze stopą opartą o próg i wzrokiem przeczesującym ulicę i drugą – z torbami na zakupy w obu rękach, usiłującą dać znak, że tu zmierza; podnosi dłoń, ale torba jest zbyt ciężka, więc tylko nieznacznie nią majta w powietrzu.
[…]
Co miałoby się wydarzyć, pomyślałam, czy będę wiedzieć, gdy się wydarzy? Gdy czas się wypełni? Musiałam szybować w koło, dreptać w miejscu. Wkroczyłam w swój dzień. Ten sam dzień, ale wydawał się przyjazny. Otwarty i pełen możliwości, nasycony szczegółami i wydarzeniami, i ruchem, który mógł zmienić kierunek w każdej chwili. Miałam dzień, który powinien jakoś pójść, i za nim podążyłam. Nie było planu. Był szkic, wedle którego mogłam iść, płynnie, powściągliwie. Nie było celu, nie było zdobyczy, którą należało upolować. Nie byłam kołującym drapieżnym ptakiem, żadnym sępem, rekinem, szykującym się do skoku kotem. Nie stałam na czatach. Chodziło o co innego. Byłam w podróży. W drodze do domu, pomyślałam. Podróżowałam z biletem bez określonej daty powrotu, bez planu podróży. Podróżowałam przez uliczne szczegóły, w nasyconym uniwersum drobnych zdarzeń, w gąszczu przedmiotów, zajść i odczuć, które ułożyły się, opierając się jedno o drugie w mojej pamięci. Tak wiele rzeczy, kolorów. Tak wiele szyldów, sklepów, ludzi, tak wiele przedmiotów w sklepach, tak wiele klamek na tak wielu drzwiach, tak wiele butów, które wędrowały ulicami, tak wiele płaszczy, tak wiele fryzur, tak wiele guzików na tak wielu płaszczach, tak wiele szwów w tak wielu butach, w tak wielu ubraniach, tak wiele elementów w tak wielu krawężnikach, tak wiele szczegółów, wir przedmiotów, drobnych detali na tych przedmiotach, wszystko to, co zebrałam z ulic osiemnastego listopada, warstwa po warstwie, tak wiele, że moja świadomość musi je upchać obok siebie – ale przechodziłam przez to wszystko z niezwyczajną lekkością i pomyślałam, że to dziwne, że można przepłynąć tak bez trudu przez świat, który jest tak zwarty.
[…]
Gdy wspomniałam o wizycie u Marie w sklepie mojego pierwszego osiemnastego listopada: o tym, że kupiłam sesterc, który teraz powrócił do sklepu i znajdował się w pudełeczku na ladzie, nastrój się zmienił i w momencie, gdy skończyłam opowieść o zakupie monety, Philip sięgnął po pudełeczko, rzucił szybkie spojrzenie na Marie, włożył sesterc do torebki z pudełeczkiem i całą resztą i mi go dał. Tak jakby mógł przywrócić porządek rzeczom, jeśli udałby, że mi wierzy. Albo pozbyć się tego wszystkiego, gdybym wyniosła sesterc ze sklepu. Przyjęłam torebkę. Było tak, jakbyśmy nagle odkryli, że coś się nie zgadza. Że staliśmy w sklepie i piliśmy szampana, że nadal byliśmy ubrani w płaszcze, ale nikt nie wykonał najmniejszego gestu, żeby zdjąć okrycia wierzchnie albo usiąść. Żadne z nas nie wiedziało, co powinniśmy powiedzieć albo zrobić. Nie mieliśmy wyjaśnień ani rozwiązań, a chwilę później stałam za drzwiami z torebką w ręce. Philip wymamrotał coś o tym, że musimy się spotkać. Jutro, powiedział. Ale sesterc miałam zatrzymać.
[…]
Znowu łatwiej oddychało mi się dzięki rześkiemu powietrzu na zewnątrz, spokojnymi krokami przemierzałam wieczorny zmrok. Torebka z sestercem cicho szeleściła i słyszałam własne kroki na chodniku, ale poza tym rejestrowałam wokół siebie tylko miejski ruch uliczny, kulisę dźwiękową. Miałam poczucie pustki, ale odczuwałam też ulgę w tej pustce, dobrze znany wieczór, szkic niezbyt bogaty w szczegóły. Było coś uwalniającego w tym braku detali, braku wyobrażeń i scenariuszy, uważności i zagęszczenia. Gdy wróciłam do hotelu, odłożyłam torebkę z sestercem na stole w pokoju, a gdy chwilę potem się rozebrałam i usiadłam na łóżku, położyłam monetę obok siebie w torebce, z całą resztą, nie rozpakowawszy jej. Usiadłam na łóżku z kartkami papieru przed sobą i poczułam, jakby w moim osiemnastym listopada zrobiła się dziura. Jakby pojawiła się droga wyjścia – ale nie jest to już jedno z tych wyjść, jakie sobie wyobrażałam. Nie wiem, co się wydarzy. Nie da się zrobić nic poza czekaniem i sprawdzeniem, co przyniesie noc. Osiemnasty listopada dobiega końca. Minął rok i jestem gotowa zrobić miejsce dla dziewiętnastego. Pozwalam, żeby dzień stał otworem. Podążam za nim. Płynę z nim tam, dokąd się wybiera. Pozwalam się nieść prądowi. Teraz płynę. Zanurzam się.
Solvej Balle, O objętości czasu
Współczesna i będąca na krótkiej liście nominatek do nagrody Bookera powieść obyczajowa Solvej Balle – duńskiej pisarki zatrzymuje zapętlając czas w cykliczno-statycznej opowieści na dniu 18 listopada umiejscawiając przy tym wydarzenia w Republice Francuskiej, w północnej jej części, we fikcyjnej wiosce Clairon-sous-Bois; czasem-w-stagnacji akcja odbywa się znowu w stołecznym Paryżu, do którego „wyrwana z kontekstu, ale nie z swej pamięci” postać powieściowej Tary Selter jeździ na te same aukcje i do kilku wciąż niezmiennych antykwariatów. Usilne próby przerwania tego zaciętego w czasie przeznaczenia przez małżonków Tarę i Thomasa Selterów spełzają na niczym stając się przekleństwem czy też mocniej i swoistą karmą, na którą wiarygodnie poskarżyć się może jedynie mitologiczny Syzyf. Opowieść Balle można rozpatrywać w szerszej perspektywie przypowieści, w której jednak - poza grą wyobraźni - nie ma już miejsca, a w zasadzie czasu na rzeczową puentę…