Blog

 

15.10.2026

Kochanek bez stałego adresu

„Nieporozumienia wyślizgiwały się

 jak węże z kosza Kleopatry”


„Był to już

– zdecydowanie –

dom, ognisko,

home sweet home.”


„Obecnie każda miłość jest możliwa.

Na tym polega nuda”


„Idzie w piękności swej jak noc”

                Jerzy Lord Byron

[…]

Mr Silvera, obojętny na te iluzje, opada na swoje miejsce; długie nogi wyciągnięte w poprzek przejścia między fotelami, życzliwy uśmiech w gotowości. Z profilu jest to mężczyzna około czterdziestki, wysoki i szczupły, z wyraźnie zarysowaną głową jak z medalionu, lekko zaokrąglonymi plecami sportowca – na przykład zapalonego tenisisty, który w pewnym momencie, z jakiegoś powodu całkowicie przestał grać – lub też szachisty, przygiętego długimi rozmyślaniami nad gońcem. Jego smukłe, delikatne i nerwowe dłonie przywodzą na myśl pokera i ruletkę, ale również świadczą o umiejętnym obchodzeniu się z porcelaną, pergaminem, instrumentami muzycznymi oraz damskimi pończochami, jedwabiem i koronkami, a także wymagającymi zapięciami naszyjników. Człowiek niezwykły, który wykonuje z łagodnością (po stoicku) zawód trochę dla niego nieadekwatny, niewystarczająco ambitny. Przewodnik. Pilot wycieczek i animator turystyki. Zazwyczaj wybierają młodszych, pozostałe dwie grupy z lotu Z 114 mają za przewodników dziewczynę, która ciągle się śmieje, oraz przysadzistego parobka z jasnoblond kosmykiem na oczach.

[…]

Lot Z 114 miał dwa międzylądowania, w Brukseli i w Genewie, skąd zabrał dwie pozostałe grupy. W Genewie dosiadło się jeszcze troje pasaże? rów z listy oczekujących, których loty do Wenecji i Aten zostały odwołane: dwóch greckich biznesmenów i jedna Włoszka, która teraz siedzi na wysokości Mr Silvery, po drugiej stronie przejścia. Stewardesa o szerokich biodrach szybko przemierza to przejście, szuka ostatnich papierowych kubków na wynos, a Silvera prędkim ruchem pod? ciąga swoje długie nogi, uśmiecha się do niej. Ale ona pozostaje nadąsana, pogrążona w miłosnych knowaniach lub, co bardziej prawdopodobne, w swych frustracjach działaczki związkowej. Silvera usztywnia nieznacznie ramiona, przesuwa odrobinę swój uśmiech, a Włoszka po drugiej stronie przejścia go odwzajemnia. Skończyły się – mówią do siebie ich psotne, zrezygnowane oczy – czasy, w których pasażerowie byli traktowani z szacunkiem, jak w luksusowym hotelu, i z troskliwością godną przedszkola. Lecz z drugiej strony czego można oczekiwać przy takich pasażerach, tego rodzaju turystach? I tak dobrze, że za kwotę, jaką wydali, zostaną dowiezieni do Wenecji. Samolot dotyka ziemi, hamuje z wściekłym świstem, zwalnia wzdłuż brzegu laguny. Well – mamrocze Mr Silvera, wstając – well... Wysoki wzrost wydaje się dawać mu pewną nieokreśloną przewagę, zniwelowaną jednak przez wytartą tweedową marynarkę i małe wypalone dziurki z przodu trencza, który wkłada. Ciągle śmiejąca się dziewczyna jest już zmęczona swoją grupą; jasnowłosy parobek przypomina swemu najliczniejszemu stadu o dyscyplinie i zachowaniu spokoju. Well – wzdycha Mr Silvera, zdejmując torbę. Zauważa, że również jego włoska sąsiadka stara się dosięgnąć swojej walizki; zdejmuje ją dla niej i podaje rycerskim gestem. Thank you – mówi kobieta. Ach – mamrocze Mr Silvera, patrząc w dal.

[…]

Teraz jest sam na pomoście i patrzy na lagunę jak książę, kondotier, który wreszcie objął ją w posiadanie; albo przeciwnie, który się z nią żegna, który stracił ją na zawsze. Jedna z motorówek odrywa się od brzegu, zakreśla na wodzie elegancką parabolę i szybko kieruje się ku Wenecji wśród krzyku mew. Obok flagi na rufie, po raz ostatni stoi Włoszka z lotu Z 114, stoję ja. Ach – mamrocze Mr Silvera. I nie odpowiada na moje pożegnanie, nie podnosi dłoni, a jego trencz łopocze jak zniszczony szary sztandar na listopadowym wietrze. Tak go poznałam, tak go zobaczyłam po raz pierwszy i (jak sądziłam) ostatni.

[…]

Stary boy Tommaso, który ściąga windę z surowością i powagą szambelana obsługującego mongolfierę Ludwika XVI, stwierdza jakby do siebie: „Coraz piękniejsza”. Takie zdanie świadczy o tym, że zna się na swoim zawodzie, ale daje też do zrozumienia, że jest to tłumaczenie na język grandhotelowy ulicznego „niezła laska!” albo jeszcze mniej wyszukanego wyrażenia, wychodzącego z jego zużytych lędźwi (czy rzeczywiście aż tak zużytych?). Rzuciłam okiem mimochodem w rozległe, wszechobecne, złocone lustra i stwierdziłam, że one też dobrze wykonywały swój zawód. Zobaczyłam (i zaraz skatalogowałam, nie zapomniawszy o „pięknej ramie w stylu współczesnym”) Portret młodej kobiety, który można przypisać „Mistrzowi toskańskiemu lub umbryjskiemu z początków ’500”, z wpływami Botticellego i Lippiego z jednej strony a Perugina z drugiej. Raffaellino del Garbo? Pomijając „ensemble de voyage” szkoły franko-japońskiej (Isseymiyake), sportretowana kobieta prezentowała wyraźne podobieństwa z różnymi Madonnami tego artysty oraz z jasnowłosą i powabną Damą z profilu, którą Berenson (a za nim mój przyjaciel Zeri) przypisuje mu w kolekcji baronowej Rothschild w Paryżu. Portret tym bardziej satysfakcjonujący, że ponieważ Raffaellino, lub ktoś za niego, łaskawie ominął AETATIS SUAE XXXIV, wiek można z pewnością ustalić na XXX lub nawet mniej. Na gęstych dywanach spotykamy Japończyków, którzy przesuwają się w ciszy dwójkami jak pensjonarki. Sami mężczyźni, wszyscy w ciemnych ubraniach.

[…]

Wysłuchałam z oczekiwanym rozczarowaniem (rozczarowanie w tym zawodzie jest normą), że trzecia jest nadal w porządku, ale nie w porządku są obrazy: inni już widzieli tę zachwalaną „kolekcję Zuanich” i uznali ją za kiepski zbiór kiczu. Autentycznie siedemnasto- lub osiemnastowieczny, ale kicz. Kto to oglądał? Teraz to już w sumie wszyscy. Przysłali nawet kogoś od Konserwatora Zabytków, ale już wiadomo, że nie będą stawiać żadnych warunków, wydaje się, że to naprawdę słabe, „obrazy do wystroju wnętrz”, jak powiedzieli. Jedynym nadal zainteresowanym jest Palmarin. Chciałam cię o tym uprzedzić w Paryżu, ale już wyleciałaś. W każdym razie skoro już tu jesteś, może zechcesz sama rzucić okiem? Niech będzie. Rzucę okiem.

[…]

Hiperbole, których ciągle używa, powiedziane tym jego trochę chrypliwym głosem i idealnie płaskim, roztargnionym, pobieżnym tonem, prawie zawsze mnie rozśmieszają. To złośliwy plotkarz z długim ozorem, okrutny obrabiacz tyłków, ale nigdy nie działa przeciwko mnie, bo ja znam jego sekret i mogę go szantażować. Kiedyś zaskoczyłam go, gdy ciągnął ciężką walizę pewnej starej niemieckiej turystki, która nie mogła sobie poradzić na mostku, w okolicach Frari. Próbował się wykpić, wzdychając: No cóż, gdy miałem osiem lat, zgwałcił mnie pewien harcmistrz. Nie, mój drogi, mam cię w garści. Uśmiechnęłam się bezlitośnie. Teraz wiem, że masz serce. Jego kamienica przy Ruga Giuffa, zawsze pełna wielobarwnych gości, to być może najmniej daleki obraz dawnej Wenecji.

[…]

W każdej grupie jest zawsze jakaś nastolatka, która zakochuje się w Mr Silverze, zawsze ze dwie staruszki o niespożytej energii, zawsze jakieś kłótliwe małżeństwo, zawsze hipochondryczka, zawsze pedant wiedzący wszystko i niezadowolony ze wszystkiego, zawsze jakiś wścibski plot? karz. To tak jak podróżowanie z próbkami produktów, myśli Mr Silvera, który w swojej podróżniczej karierze był także komiwojażerem handlują? cym fantazyjną biżuterią. Zmieniają się od czasu do czasu kamienie, wzory, metale, ale naszyjniki są zawsze naszyjnikami, broszki broszkami. W swojej roli przewodnika zahaczył o Wenecję parę razy, ale miasto zna dobrze, bo był w nim wcześniej w okolicznościach mniej powierzchownych. O tych innych swoich Wenecjach Mr Silvera jednak nigdy nie mówi, przechowuje je skrupulatnie osobno, nie korzysta z nich w swojej aktualnej pracy. Mógłby pokazać swojej dwudziestce-ósemce jakiś mniej oczywisty pałac, wzbogacić dzwonnicę jakąś anegdotą, położyć nacisk na któryś ogród, naświetlić historię pewnej kopuły, ale trzyma się niezbędnego minimum: most Scalzich, kanał di Cannaregio, Fondaco dei Turchi, Ca’ d’Oro, most Rialto... Pomija wybrzeże del Vin i, po chwili wahania, także pałac Bernardo.

[…]

Małe dębowe drzwi, które były tylko małymi dębowymi drzwiami wstawionymi u stóp wysokiej, wąskiej fasady chaotycznie pokrytej wszelkimi możliwymi wyblakłościami weneckiej czerwieni, mogły być jedynie wejściem do trzech niskich izb z rzemieślnikiem w środku, naprawiają? cym żelazka pod gołą żarówką. Rozchwiane drewniane okiennice były kiedyś zielone. Każde okno okalały obramowania z poszarzałego porowatego kamienia. Cały skwer, z tuzinem domów bez wyrazu, sprawiał wrażenie sflaczałego i bezużytecznego, od dawna atroficznego mięśnia. Oczywiście prawdziwe wejście musiało znajdować się od drugiej strony, nad kanałem, pomiędzy zgniłymi słupami, gdzie dawniej cumo? wała „rodowa” gondola. Dziś jednak nikt już nie może sobie pozwolić na takie luksusy; to znaczy żaden wenecjanin. Paru bogatych obcych – mediolańczyków, Amerykanów czy Szwajcarów – kultywuje te historyczne ekstrawagancje przez kilka sezonów, potem je porzuca dla praktyczniejszej motorówki albo na powrót zaczyna korzystać z małych dębowych drzwi. Gdy dzwoni się dzwonkiem, odnosi się zawsze wrażenie, że nie działa on od miesięcy, a wręcz że cała instalacja jest od dekad nieczynna. Żadne dzwonienie ani brzęczenie nie dotarło do naszych uszu, gdy Chiara nacisnęła nowoczesny plastikowy prostokąt, pod którym widniało nazwisko Zuanich wypisane na maszynie. Ale dzwonek na pewno zadzwonił w naj? bardziej intymnym zakątku budynku, podrywając na równe nogi starą, przygłuchą gospodynię, która teraz, powłócząc spuchniętymi nogami, sunęła ciemnymi korytarzami...

[…]

Jedne z drzwi prowadziły na korytarz o bardzo niskim sklepieniu, wzdłuż którego ciągnęły się liczne okienka. Potem był składzik ze stosami krzeseł i taboretów, z plątaniną połamanych nóg i podartych oparć. I w końcu za kotarą z ciężkiej tkaniny w kolorze pchlim, podziurawionej przez mole, schodziło się po dwóch stopniach i zakręcając ostro, wchodziło do kolejnego przedpokoju, bez okien i świetlików, słabo oświetlonego przez mały żyrandol pośrodku i umeblowanego długim stołem i dwiema ławkami z malowanego drewna. Wokół, na ścianach pokrytych żółtym tynkiem i pooranych siecią zakurzonych pęknięć, były zawieszone obrazy z kolekcji, około trzydziestu, rozmieszczone w jednym lub w dwóch rzędach, zależnie od wielkości, choć w sumie były dość jednorodne, od kilkudziesięciu centymetrów do maksymalnie jednego metra wysokości.

[…]

Nic nadzwyczajnego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. A jednak, także na pierwszy rzut oka, mniej rozczarowujące niż informacje Chiary pozwalały przypuszczać. Późni, a nawet bardzo późni naśladowcy Tycjana i Giorgionego, Tintoretta i Veronesego, Bassana w trzecim pokoleniu, ale wśród nich mógł się ukrywać, kto wie, utalentowany i pracowity Padovanino, Pietro Liberi – oszust, ale czasem z polotem – kapryśny Pietro della Vecchia lub jakiś inny, całkiem niezły imitator wielkich szesnastowiecznych malarzy. Dziś to malarstwo trzeciego gatunku, sprzedawane bez wahania przez marszandów jako „wenecka sztuka złotego wieku” na dalekich i niezbyt wybrednych rynkach, odzyskiwało pewną wartość – pomiędzy trzydziestoma a sześćdziesięcioma, a nawet osiemdziesięcioma milionami – na najbardziej wyspecjalizowanym rynku włoskim. Na aukcji Fowke’s we Florencji para „Giorgionów” zrewidowanych i poprawionych przez della Vecchię, kilka tycjanowskich piękności pędzla Forabosca sprzedano by na pniu. Jednak już przy drugim okrążeniu, nawet bez potrzeby dodatkowego oświetlenia, cała ta efektowna siedemnastowieczna twórczość przebrana za wiek szesnasty zaczęła się jawić, przez to przebranie, taka, jaka była. Mdły Zbiór manny i przerysowana, mechaniczna Ekstaza św. Andrzeja, nieporządne Męczeństwo św. Szczepana pośród dwóch rozwianych, chaotycznych Wniebowstąpień; bujne i upiększone albo sine i drewniane portrety Dam i Dżentelmenów; nabrzmiałe i czerwonawe nagości Wenus i Zuzann w kąpieli na tle krajobrazów w kolorach porcelany, ponury Mucjusz Scewola przy ołtarzu, pomiędzy rozwodnionymi Madonnami z Loreto, del Parto, del Latte; wszystkie te brzydactwa zdradzały, że to nie pochodzenie renesansowe, ale ujęcie w stylu rokoko czy wręcz neoklasycznym przez niewyrafinowanych czeladników, że to efekt już wówczas okrzepłego weneckiego upodobania do podrabiania, plagiatowania, oszustwa. Jedyną rzeczą, jaką można było podziwiać w zbiorze, była koherencja wyboru kolekcjonera, prawdopodobnie kupca, który stał się bogaty, pra? dziadka czy innego przodka aktualnej babci, który przy tworzeniu „arystokratycznej galerii” kierował się żelazną bigoterią estetyczną oraz bez? brzeżną czcią do tego, co „antyczne”, nie mniej zresztą niż wrodzonym poczuciem oszczędności.

[…]

Handel antykwaryczny kwitnie na ruinach, cierpieniu i śmierci, powiedziała mi uroczyście i chrypliwie stara Mandelbaum, gdy kiedyś ją odwiedziłam w słynnym mieszkanku na półpiętrze przy avenida Quintana, w Buenos Aires. Ale Chiara nie piła nigdy herbatki z Mandelbaum, nie widziała jej nigdy z papierosem czarnym jak tych parę zębów, które jej pozostały, i nie chce przyznać, że w naszej pracy działamy, szczerze mówiąc, trochę jak szakale. Co więcej, w przeciwieństwie do tego, co ona nazywa moim cynizmem, sama chętnie odziewa się w szaty misjonarskie, wkłada szlachetną togę sędziego opiekuńczego, jak gdyby elementy kolekcji, które rozprzedajemy, były małymi Murzynkami lub Azjatami uratowanymi od masakry i głodu, jak gdyby chodziło o umieszczenie ich wyłącznie w świetnie wyposażonych muzeach, u właścicieli galerii o nieposzlakowanej uczciwości, kolekcjonerów o świetnej reputacji, a nie u innych, których interesuje tylko własny zysk.

[…]

Chiara jest wspaniałą osobą i całkiem niezłą współpracowniczką i informatorką, ale żyje tymi – nazwijmy to – emocjami namalowanymi dwa wieki później. Jej akty litości, entuzjazmu, oburzenia, zachwytu mają w sobie coś z kiczu, są częścią jej zatłoczonej rupieciarni emocjonalnej. Także „wielka pasja”, która przywiodła ją do Wenecji i kazała tu zamieszkać, według mnie nie sprawiała wrażenia autentycznej. Spotkała, nie pamiętam już gdzie, tego niemieckiego malarza neo-coś tam albo post-coś tam, zostawiła męża i małe dzieci, przyjechała z tym swoim Uwe tutaj szukać domu na jednej z wysp laguny, nie znalazła i teraz mieszka w głębi Giudekki, na trzecim piętrze, z artystą, który niczego nie sprzedaje, nie ma wystaw, nie staje się nikim i według mnie już nawet nie maluje. Ona go utrzymuje, bo jest bogata z domu i trochę zarabia u mnie. Istnieją setki, tysiące innych tego typu związków w Wenecji: duńskie rzeźbiarki, angielscy kompozytorzy, holenderscy fotografowie, meksykańskie poetki, gwatemalscy powieściopisarze, wszyscy w parze z ja? kimś towarzyszem sztuki i miłości, którego utrzymują lub który utrzymuje ich. Zostawili „wszystko” (co najczęściej oznacza nic), aby przyjechać i przeżyć swój sen w najbardziej romantycznym mieście świata. I nie zapominają o tym ani na chwilę; chcą, tak jak turyści, uzyskać „zwrot” do ostatniego grosza – zapłacili, żeby tu być i Wenecja musi im odpłacić za te ich pieniądze w sugestiach i inspiracjach, różnych egzaltacjach, sublimacjach.

[…]

Śledziłyśmy go przez okno wystawowe, jak krążył z uśmiechniętym Japończykiem pomiędzy komodą, lustrami, drewnianymi figurkami, inkrustowanymi stolikami. Jest dobrze trzymającym się ponad-sześćdziesięcioletnim mężczyzną średniego wzrostu, o lekko zaokrąglonych kształtach i rzadkich blond włosach przyczesanych do czaszki i rozdzielonych szerokim, sztywnym przedziałkiem. Ma nadzieję że w ten sposób, a także za pomocą jasnych oczu, nabierze wyglądu Niemca lub Szweda, czyli narodowości wzbudzających zaufanie. W wyniku tych wysiłków wydaje się starym aktorem operetkowym, grającym rolę barona rogacza – brakuje mu tylko monokla. Jako antykwariusz nie ma szczególnie nosa ani środków, które pozwoliłyby mu na wielkie interesy. Jeżeli jakaś transakcja jest dla niego zbyt poważna, raczej szuka dla siebie roli pośrednika i informatora, ale ma wówczas skłonność do pełnego nadziei fantazjowania: wszędzie widzi niesamowite możliwości, niesłychane okazje, które dwadzieścia dziewięć razy na trzydzieści okazują się rozdmuchaną bańką. Jako że jednak z tej jego wylewności czasami coś naprawdę wychodzi, Chiara utrzymuje z nim kontakty i mimo wszystko czasami daje mi o czymś znać. Nigdy nie wiadomo – powiedziała mi także tym razem przez telefon, zdając relację o willi w Padwie. Największym minusem jest to, że Palmarin nie przechodzi nigdy do sedna, dopóki wcześniej nie zabawi cię opowieściami o prywatnych sprawach połowy Wenecji, łącząc je ze sobą za pomocą zwrotu „à propos”, w którym widzi prawdopodobnie szczyt naturalności, kwintesencję umiejętności dyplomatycznych, z których słynęła Republika.

[…]

Niewiele dalej, na wybrzeżu Giardini, pośród ciemnych zarysów mniej? szych łodzi, przycumowany jest piękny biały statek, z oświetlonymi wszystkimi pomostami i oknami, z zaświeconymi wszystkimi lampami, z tysiącem żaróweczek, które wznoszą się, błyszcząc, dwoma rzędami aż do anteny sygnalizacyjnej. Na wysokim dziobie wyróżnia się nazwa zapisana magicznymi greckimi literami. Basilissa tou Ioniou – ogłasza o kyrios Silvera, wskazując odpowiednim gestem Królową Morza Jońskiego, Regina dello Jonio, the Queen of the Ionian Sea, la Reine de la Mer Ionienne, przed którą stoi jeszcze wiele grup czekających na zaokrętowanie (grupa blond parobka z paszportami w dłoniach właśnie wchodzi przez trap). Ale poza statkiem i laguną, poza Adriatykiem i samym Morzem Jońskim z jego zieloną perłą, Korfu, ten gest przywołuje jeszcze bardziej sugestywne zakątki, aż po Kretę, Rodos, do wspaniałego Cypru, które Imperial Tours pokazuje rejsowiczom w ramach niezrównanej oferty all inclusive. Wenecja ze swymi gondolami i gołębiami była zaledwie wstępem, zwykłym, choć przepięknym preludium. Prawdziwa podróż zaczyna się teraz.

[…]

Jest jakaś willa koło Padwy, pewnego markiza De Bei, który, jak się wydaje, chce sprzedać wszystko, aby obsypać klejnotami i futrami swoją bardzo chciwą przyjaciółkę. Wydaje mi się to dziwne. To jest człowiek bardzo chciwy, a jego skąpstwo bije na głowę moje i jakoś sobie tego nie wyobrażam, żeby mógł obsypywać klejnotami kogokolwiek. Poza tym potrafi sam świetnie zadbać o swoje interesy, prawdziwy spryciarz, chociaż wygląd ma nędzny. Wygląda jak niedopałek rozgnieciony przez kogoś bardzo nerwowego. Hm, no nie wiem, był widziany w Cortinie z tą lisicą i.… ale dowiem się więcej jutro. Teraz powiedz, kto przyjdzie na kolację. Albo nie, poczekaj, ja spróbuję ci powiedzieć, i to bez informatorów. Zamieniam się w słuch. No więc: francuski historyk, który pisze książkę o użyciu artylerii w wojnie z Chioggią, prezes Fitzpatrick Memorial Fund, który sponsoruje wielką wystawę krzesła weneckiego, austriacki wiolonczelista, bardzo młody blondyn, sponsorowany przez ciebie, i twoja kuzynka Cosima, która przyprowadzi ze sobą w ostatniej chwili jakiegoś godnego uwagi, tymczasowego towarzysza. Wszystko źle. Spotkasz niemieckiego historyka sztuki, który prowadzi badania na temat modelek weneckich w późnym renesansie, prezesa Craig Foundation, który sponsorował renowację kilku sufitów w pałacu Priuli Tron, młodego choreografa z Florencji o wspaniałych czarnych lokach, który jest tutaj, aby zdobyć sponsoring Biennale dla swojego baletu karnawałowego, i moją siostrzenicę Idę, która w ostatniej chwili przyprowadzi ze sobą australijskiego powieściopisarza.

[…]

Ile słów zostanie wypowiedzianych przy stole podczas kolacji, a później po przejściu do salonu albo do ogrodu? Tysiące, setki tysięcy, może milion. Tak czy owak, ogromna produkcja. A ile zbytecznych, bo jak dobrze pójdzie, pamięć zatrzyma najwyżej parę zdań, kilka ripost, jakąś wiadomość, bezużyteczną plotkę o Marrakeszu, a i tak na bardzo krótko. Deprymująca myśl: jeśli by pominąć pamiętną część Ostatniej Wieczerzy, to musi się dojść do wniosku, że także tych trzynastu biesiadników powiedziało sobie po aramejsku mnóstwo różnych rzeczy bez znaczenia, które już po godzinie wyparowały w nicość. Nas było tylko ośmioro do produkcji słów, głównie włoskich, wokół stołu Raimonda, i teraz nie pamiętałabym już ani jednego, gdybym w międzyczasie nie zapragnęła odtworzyć tego czasu, szukając w absurdalny sposób potwierdzeń, poszlak, przeczuć, zapowiedzi. Wydaje mi się, że mogę odjąć od całego rachunku zaproszenie mojego sąsiada z prawej, prezesa Craig Foundation, na wielki koktajl organizowany kolejnego dnia pod odrestaurowanymi sufitami pałacu Priuli Tron. Była to (tak jak zaproszenie Cosimy na pojutrze) jedna z tych zbyt abstrakcyjnych i oczywistych towarzyskich okazji, by mogła cokolwiek zapowiadać. Z całej reszty zachowuję obraz, dla którego spontanicznie nasuwa mi się określenie: lagunowy. Nie tyle ponownie słyszę, ile widzę raz jeszcze od krewetek po bażanty, płaską równinę banałów na temat Wenecji, że się zapada, że się wynurza, że jest brudniejsza albo bardziej turystyczna, albo bardziej martwa lub żywsza niż rok, pięć lat temu. Ale ukazują się też wy? raźne wyspy. Bunt, zresztą też banalny, protegowanego Raimonda, który chciał się naszym kosztem wyróżnić na tle plebsu. W Nairobi, mówił trochę nosowy, rozdrażniony głosik kędzierzawego choreografa, w Nairobi mówi się bardzo niewiele o Nairobi. Także w Madrycie, Singapurze czy Los Angeles rzadko się zdarza, żeby grupa osób siedzących razem przy stole wybrała Madryt, Singapur czy Los Angeles jako temat do konwersacji. Natomiast tutaj, w Wenecji, która przecież jest malutkim miastem z mniej niż setką tysięcy mieszkańców, wszelkie rozmowy kończą się zawsze na Wenecji. To całkowicie narcystyczne miasto, zauważył ktoś inny. Nie, po prostu miasto, w którym nie ma przypadkowych turystów, ludzi, którzy tu przyjechali z powodów, które nie miałyby nic wspólnego z Wenecją, zaprotestował inny. Tak, tak, o to chodzi, potwierdził kędzierzawy. To tak, jakby znaleźć się w holu jakiegoś banku czy szpitala: wiesz z góry, że wszyscy obecni my? ślą wyłącznie o kontach bankowych, kroplówkach, że porozmawiają z tobą wyłącznie o spadku kursu dolara, o wzroście poziomu cholesterolu. Nie będzie niespodzianek, mają to wypisane na twarzach.

[…]

Moje ostatnie „normalne” godziny wydają mi się teraz nieskończenie odległe, myślę o nich, jakbym oglądała zdjęcia z dzieciństwa w rodzinnym albumie. Czy to ja piję tę ciemną herbatę w łóżku, ponownie dzwoniąc do Rzymu, aby porozmawiać z mężem (którego znowu nie ma i który kazał powiedzieć, że nie wróci przed wieczorem)? Czy to ja rozmawiam z Londynem, a potem odbieram telefon od Palmarina (dziś nici z willi, coś pechowo wypadło, ale moglibyśmy wrócić do tematu wieczorem na koktajlu Craig Foundation)? Czy to ja reaguję grymasem niezadowolenia na tę dwuznaczną, żeby nie powiedzieć wysoce podejrzaną zmianę? Ja, właśnie ja, zrzucam gazety z łóżka, myśląc: co za nudy, co za strata czasu i co teraz zrobię z tymi pustymi godzinami? Pytanie w Wenecji niewybaczalne. Ale ja nigdy nie potrafiłam korzystać dla własnych celów z przerw, przestojów. Tracę wtedy cierpliwość, czuję się nieswojo. Znam masę ludzi, którzy funkcjonują odwrotnie, dla których życie toczy się radośnie „pomiędzy”, potrafią wykorzystać nie? oczekiwaną okazję, łapią uciekającą chwilę. Jako że moje życie polega na ciągłym szukaniu i rozpoznawaniu, i w miarę możliwości łapaniu w locie rzadkości, wyjątku, może w nieunikniony sposób czuję się zbita z tropu, niezdolna do jakiejkolwiek inicjatywy, kiedy napięcie opada. Wspominam o tym, żeby powiedzieć, że wyszłam potem z hotelu pchana wstydem – ale i z pewnymi wyrzutami sumienia, że nie zostałam w pokoju, żeby napisać przynajmniej dwa obowiązkowe listy – i ruszyłam na ślepo pośród gołębi, powłócząc metaforycznie nogami. W rzeczywistości trudno było mi dostosować krok, zazwyczaj zmierzający do celu i energiczny, do dziwnego stanu kobiety bez obowiązków. W takich sytuacjach myślę o ciuchach, co też jest w sumie na wpół pracą, bo bardzo rzadko motywem jest dla mnie radosny impuls zrobienia zakupów, a najczęściej chodzi o pewnego rodzaju dokładną weryfikację, najeżoną obliczeniami i porównaniami. Nosi się dłuższe? Nosi się krótsze? Wraca czerwień. Szary już przebrzmiał.

[…]

Pamiętam nieodwołalnie te postaci jak z fresku. Trzech ewidentnych weneckich adwokatów. Turystyczna rodzinka wyjadaczy lodów. Dwójka nastolatków ze słomkami w szklance. Obładowana kobieta, może z Mestre albo z jakiejś wyspy, z wielkimi torbami na siedzeniu obok, która ro? biła awanturę wycieńczonej córce. I szukając ponad kręgiem uśmiechniętych Japończyków, ponad parą surowych i wyczerpanych północnych małżonków, mój wzrok w końcu skrzyżował się z jego. Tak właśnie, w najbardziej podstępny sposób, bez niczego, co mogłoby mi nasunąć myśl o nadzwyczajnym zbiegu okoliczności, o „znaku”, o szczególnej interwencji losu, tak właśnie ponownie go zobaczyłam. Podniósł się zaraz z cieniem ukłonu i zarysem gestu zaproszenia (każdy jego ruch, ale to zauważyłam później, miał jakby jakość embrionalną, może symboliczną, czegoś co – nie było to wiadomo – właśnie się zaczęło albo właśnie miało się skończyć, zniknąć). Szukała pani miejsca? – powiedział po włosku. Stał w odległości trzech lub czterech metrów i wydawał się naprawdę bardzo wysoki pośród tych siedzących ludzi. Czy pan nie miał być na Korfu? – zapytałam go, nie ruszając się. Ach... – powiedział Mr Silvera.

[…]

Zna się pani może także na starych monetach? Nie, nie, numizmatyka to odrębna gałąź, zajmuje się nią Mr Armitage. Chciałem tylko mieć pojęcie, ile może być warta, według pani. Wzięłam z ociąganiem monetę, bo nagle wszystko się zmieniło: miałam przed sobą podłego oszusta, handlarza podróbkami, który łapał w locie okazję – wykorzystując majętną, przypadkowo spotkaną kobietę – który zamierzał opowiedzieć smutną historię swojego życia. Oto kim naprawdę był Mr Silvera. Co najmniej naiwny, żeby nie powiedzieć głupi, jeśli myśli, że dam się złapać. Żałosne. Jako moneta wydaje się ładna – powiedziałam, obracając ją. Miała średnicę dwóch lub trzech centymetrów, a na odwrocie była przekreślona krzyżem, natomiast obrazek na awersie przedstawiał lwa z San Marco ze swoją książką. Ale srebro, na pewno niskiej próby, było zbyt poczerniałe, aby można było rozróżnić coś jeszcze. A pan nie wie zupełnie, co to jest? Wiem doskonale – powiedział Mr Silvera. To srebrny półdukat wenecki, zwany „półdukatem z krzyżem”, który rozpoczęto bić w 1650. Fałszywy. Znów wszystko się odwróciło. Podróbka? I pan pozwolił sobie ją wcisnąć, jak któryś z pana turystów? Nie, nie – uśmiechnął się eksoszust. Nie kupiłem jej, miałem ją przy sobie od bardzo dawna i o ile wiem, teraz jest to już pewna rzadkość. Falsyfikat, ale falsyfikat z epoki, wybity przez fałszerzy z 1650 roku. Pani wie to lepiej ode mnie, czas nadaje wartość wszelkim rzeczom.

[…]

No to ją pani podaruję. Ogromnie zażenowana, czując się niezręcznie także przez monetę, którą trzymałam w prawej ręce, zbliżyłam rękę do torebki z przekonaniem, że „prezent” był w rzeczywistości zachętą do odwzajemnienia, miłym (i niestety niezbyt szczęśliwym) „proszę mi dać, ile pani uważa”. Ale on powstrzymał mnie gestem, który mówił „proszę nawet o tym nie myśleć”, i nie wiedziałam, co zrobić. A dlaczego chce mi ją pan podarować? – zapytałam. A tak. Gra znowu się odwróciła, ale w swym zdumieniu wiedziałam, że te szybkie metamorfozy nie miały w sobie nic intencjonalnego, nie miały na celu zrobienia na mnie wrażenia, wprawienia w zakłopotanie, okazania wyższości. Wykluczywszy również myśl, że Mr Silvera należał do tragicznej kategorii osób chcących wzbudzić zainteresowanie, pozostawało jedno wyjaśnienie: to ja czegoś tu nie rozumiałam. Na pamiątkę – uściślił. Oddałam mu do ręki monetę i powodowana impulsem powiedziałam coś, czego nie powinnam, czego nigdy nie powiedziałam obcemu człowiekowi.

[…]

Mr Silvera nie wie, co myśleć o tym spotkaniu, nie potrafiłby powiedzieć, czego oczekuje po tej nieznajomej. Zgodnie z zasadami nie powinien oczekiwać niczego. Wczoraj wieczorem zostawił swoje nieuporządkowane i wędrowne zajęcie, ma w najbliższych planach na pewno trochę odpoczynku, przerwę. A te weneckie wakacje (o których wie tylko, że są nadużyciem i że mogą trwać bardzo krótko) jawią mu się także jako szczęśliwa okazja do samotności. Jest w nim też jednak zrozumiałe pragnienie poddania się biegowi rzeczy, dążenie do swobodnej i mechanicznej bierności jak korek w kanale: unoszący się, wynurzający, chętny sprzymierzeniec raz gondoli, motorówek i dryfujących skrzynek na owoce, raz zmurszałych murów i schodów śliskich od glonów. Dlatego też to niespodziewane zdarzenie na placu San Bartolomeo jest dla niego przyjemne. Przypadkowość spotkania wydaje się odpowiadać jego kondycji człowieka spieszącego się i nieustabilizowanego, który sam w pewnym sensie jest przypadkowy. Albo jeszcze le? piej – jest człowiekiem unoszącym się na powierzchni. To znaczy kimś przyzwyczajonym, by przyjmować (i zostawiać) takimi, jakie są osoby, które spotyka na swoim kursie wędrowca. Ale nagła propozycja dotycząca monety coś chyba znaczy, chyba wskazuje na pewną preferencję, jakiś minimalny wybór z jego strony. Wybór, który bez wątpienia nawiązuje do tej pierwszej, króciutkiej chwili bliskości w samolocie. Również i wtedy nie mogły mu umknąć szczęśliwe połączenia istniejące pomiędzy kośćmi policzkowymi, nosem, podbródkiem, ustami, czołem, oczami kobiety siedzącej teraz obok niego, odwróconej lekko w bok. Ogólnie: jej uroda. Którą (to też od razu było widać) traktowała jak bardzo lekki szal, opuszczony na oparcie krzesła i tam zapomniany. To jednak również nie wyjaśnia wszystkiego. Szczególnie nie wyjaśnia, dlaczego Mr Silvera, który w pewnym momencie powinien się jednak pożegnać i odejść, zostaje na placu San Bartolomeo, by okazać zainteresowanie Giovannim Antoniem da Pordenone (weneckim szesnastowiecznym malarzem, na którego temat kobieta przeniosła rozmowę, gdyż odkryła go niedawno). Zatrzymują go swobodne, otwarte, spontaniczne zachowania przypadkowej towarzyszki, która ze swej strony sprawia wrażenie, jakby za moment miała przerwać dywagacje, wstać, pożegnać się i zniknąć na zawsze w gęstych zaułkach Wenecji.

[…]

Nie mówię tego przez kurtuazję. „Jedyna” w sensie dosłownym. Sama. Single. Ale ja jestem mężatką. Mr Silvera potrząsa głową, wyjaśnia, że nie o to chodzi. Kobiety, z którymi ma do czynienia w pracy, mogą być ładne lub brzydkie, młode lub stare, sympatyczne lub wstrętne, ale zawsze jest ich więcej niż jedna. Ni? gdy nie mniej niż sześć lub siedem, czasami dwanaście, piętnaście... I powolutku, spotykając je zawsze w ten sposób, w końcu nabywa się spojrzenia kolektywnego, mnogiego, na temat tego, kim jest kobieta. Stworzeniem... mnogim? Właśnie. Jak któraś z hinduskich bogiń, wie pani? Z dwudziestoma czterema czerwonymi rękami, pięćdziesięcioma pięcioma paznokciami z odpryśniętym lakierem, dwoma tuzinami napuchniętych kostek i wielką liczbą pończoch z zaciągniętymi oczkami. Pojedyncza śmieje się. Czyli potwór – podsumowuje. Ogląda swoich dziesięć paznokci bez skazy, których sam Raffaellino by jej pozazdrościł, i znów się śmieje. Ściska sobie po kolei nadgarstki, jakby chciała się upewnić, że są tylko dwa.

[…]

I na chwilę wszystko staje na granicy równowagi, jak gdyby moneta sprzed chwili dopiero teraz doleciała na wierzchołek paraboli swojego lotu. Potem – tak, jedno z dwojga znów musiało wygrać (chociaż nie wiadomo które), bo nieznajoma słyszy rzuconą mimochodem propozycję wizyty w krużgankach klasztoru Santo Stefano, z freskami Pordenonego z około 1530 roku. Nie wiedziałam, nigdy ich nie widziałam. To alegorie, aniołki, bohaterowie biblijni... Raczej w złym stanie, mówiąc prawdę. Prowadzi pan tam swoich turystów? Nigdy. To nie są rzeczy nadające się dla liczby mnogiej. Wstają i kierują się pomiędzy kolory miasta, falując bok przy boku, ale tak jak gdyby już za moment pusta puszka, wiosło, słupek pomalowany na niebiesko mogły ich rozdzielić z łatwością i ostatecznie.

[…]

Pamięta pani, co on powiedział? Nie... Albo może tak, myślę, że tak... Ja, podczas naszej rozmowy w kawiarni, nie mówiłam mu zwyczajowych komplementów na temat jego perfekcyjnego włoskiego, nie zadawałam zwyczajowych pytań, jak się go nauczył i tak dalej. Ale spróbowałam przejść z włoskiego na angielski, a potem na francuski (jedyne języki, w których mówię bez problemu), z niejasnym zamiarem zmuszenia go, żeby się odkrył, w jakiś sposób wy? stawił. Próba absurdalna, bo nawet nie wiedziałam, jaki był jego język ojczysty. Holenderski czy niemiecki, czy może portugalski? W końcu zapytałam go po drodze, wydaje mi się, że to było wtedy, gdy przechodziliśmy koło sklepu ze starymi książkami. Film, przewijany szybko do tyłu, stawia nas przed starą księgarnią Libreria della Màndola, gdzie na wystawie, pod kartką z napisem FOREIGN BOOKS, tomy pozostawione przez pokolenia obcokrajowców tłoczą się w zakurzonych i poliglotycznych rzędach. Tak – potwierdzam, wskazując na nasze odbicia w szybie wystawowej i na mój gest w stronę kartki – tam go o to zapytałam. Zapytałam też, w jakich językach mówi. Ale odpowiedział wymijająco. Jego rodzina była mieszana; odpowiedział, że dorastał w różnych krajach, u krewnych, którzy mówili po trochu we wszystkich językach, a ze swoim talentem naśladowczym (opowiedział mi, że przez krótki czas był aktorem i występował z Teatrem Brooklyn na tourze po Wschodnim Wybrzeżu) w końcu stał się rather babelic, tak powiedział, raczej babeliczny.

[…]

Wysiedli na przystanku Arsenale, idą przez ciche i prawie opuszczone nabrzeże kanału San Martino, potem przez labirynt uliczek, które prowadzą ich niespodziewanie z powrotem, na plac Bandiera e Moro. Ona zauważa, że w tych okolicach zawsze ostatecznie dociera się na ten plac, je? żeli ktoś nie zna dobrze drogi. Mr Silvera obejmuje na moment z powrotem swój urząd przewodnika, aby ją poinformować, że kiedyś plac nazywał się della Bragola. Nazwa zachowała się potem dla kościoła, ale prze? kształcona w Bragora. San Giovanni in Bragora, no tak – mówi jego towarzyszka. Ale wie? działa to dobrze, wiedzieli to dobrze oboje, że wysiadłszy przy Arsenale, dotrą w okolice San Giovanni in Bragora. Gdzie – choć trudny, jak się zdaje, do znalezienia – mieści się hotelik, w którym on wynajął pokój, gdy wczoraj porzucił Basilissę. Ruszają przez calle del Pestrin, potem znów w kierunku San Martino. Ach, proszę, widzi pani? Tam jest – mówi on, skręcając w małą uliczkę. Uliczka kończy się zielonkawymi stopniami, które schodzą do wody wąskiego kanału. Po prawej jest podniszczona brama z szyldem: „Pensjonat Marin”.

[…]

Pomimo że mam, jak to się mówi, pewien temperament, zawsze byłam kobietą raczej powściągliwą, przezorną, zdecydowanie niełatwą do poznania w sensie biblijnym. Dlatego fakt, że jak to też się mówi, „oddałam mu się” – oddawałam przez dwie godziny z rzędu, w tym nędznym pokoiku, na tym wąziutkim łóżku – po mniej niż dwóch godzinach znajomości, po? winien był mi się wydać niesłychany. Wręcz koniec świata. I nie mówię, że nie wydał mi się taki, że o tym nie pomyślałam, gdy wracaliśmy w kierunku wybrzeża Schiavoni. Byłam wręcz tak pogrążona w zdumieniu, że kiedy tylko po wyjściu z uliczek znaleźliśmy się znów na placu Bandiera e Moro, zdałam sobie sprawę z czegoś jeszcze dziwniejszego. Szliśmy, trzymając się za ręce, stwierdziłam oszołomiona, rozczulona, niedowierzająca. To znaczy – niedokładnie trzymając się: to on, idąc trochę przede mną, prowadził mnie za rękę jak dziewczynkę. Ale było to i tak niewiarygodne, sytuacja, w której nie przyszłoby mi do głowy się znaleźć z nikim innym; ale z nim wydała mi się od razu tak całkowicie zwyczajna, że nawet nie zwróciłam na to uwagi.

[…]

Umyliśmy je w małej fontannie i wyszliśmy na wybrzeże jeszcze oświetlone słońcem, usiedliśmy na stopniach Santa Maria della Pietà. Przed nami wyspa i dzwonnica San Giorgio błyszczały czystą elegancją; Lido, po lewej, wyciągało swoją podłużną i wycieniowaną twarz; woda i niebo były perłowe, winogrona pyszne. Z szeregu gondol, które wpływały do rio dei Greci, dotarły akordy mandoliny. Święty Boże – pomyślałam nagle – ale to wszystko nie stało się przypadkiem z winy...? Z powodu uroku, który...? Bo jesteśmy w.…? Niemożliwe. Pomimo że czułam się bardzo młoda i bardzo piękna, nie byłam już, albo nie byłam jeszcze, w takim wieku mentalnym, by dać się uwieść Wenecji-perle laguny, Wenecji-miastu-kochanków, Wenecji-inspiracji-Byrona-Browninga-Ruskina-Turnera-Boningtona-Barrèsa-Manna-d’Annunzia, nie licząc Bernarda Berensona. Przede wszystkim nie byłam takim typem osoby. A dowodem na to był fakt, powiedziałam sobie, wspominając w myślach wczorajsze ulotne dyskusje u Raimonda, że wcale nie chciało mi się płakać nad Wenecją-najechaną-przez-tłumy-i-zredukowaną-do-poziomu-pizzerii, nad Wenecją ze swoim buzującym pubem Harry’s Bar i pozerskimi imprezami, z absurdalnymi i okropnymi wystawami, obscenicznym, odgrzewanym karnawałem. Byłam profesjonalistką, która do Wenecji przyjeżdżała często w sprawach służbowych, bez uprzedzeń ani złudzeń na temat miasta, i która tylko przez przypadek akurat tutaj (ale czy byłam pewna, że w Gallarate albo powiedzmy w Bethnal Green sprawy potoczyłyby się tak samo?) straciła dla kogoś głowę.

[…]

Nie, ale spóźnilibyśmy się na statek – powiedział, wracając do typowej dla niego, trochę staromodnej galanterii – a ja nie mógłbym podziwiać ciebie w takiej ramie. W tym zachodzie słońca też wyglądasz pięknie. Po bardzo długim kanale Pellestriny statek poruszał się powoli i w prawie całkowitej ciszy. Muskaliśmy domy i ogrody wybrzeża. Po lewej procesje pali i fantastyczna seria wraków – porzuconych łodzi i barek, pomostów ze zbutwiałego drewna, starych, na wpół zatopionych łodzi – ograniczały przestrzeń obszarów połowów. Dalej, tam, gdzie kolory powoli ciemniały i gasły, wyspa zmniejszała się do wąskiego, ciemnego pasa piasku, wzdłuż którego ciągnęły się Murazzi. Kiedy dotarliśmy przed Chioggię, lampy portowe już się świeciły od strony morza i od strony laguny. Przepłynęliśmy basen portowy, by zacumować na placyku Vigo z jego starą kolumną.

[…]

Mr Silvera spaceruje po Chioggii i chociaż czeka na godzinę, o której autobus zawiezie go do Lido, jego krok nie jest leniwy ani opieszały; to krok kogoś, kto nie ma czasu do stracenia. Rytm mógłby przypominać kadencję starożytnych oddziałów piechoty maszerujących w kierunku dalekiego jeszcze frontu albo też cierpliwy, uparty chód tłumu pielgrzymów zdążających w stronę sanktuariów gdzieś za górami, rzekami, lasami. Ale w Mr Silverze jest innego rodzaju lekkość, zresztą trudno go sobie wyobrazić wcielonego w te pułki albo wmieszanego w te tłumy. Zajmuje raczej pozycję z boku, na zewnątrz, samotny bohater na drugim planie, który akurat przemierza tę samą drogę, ale podążając swoją równoległą trasą przez pola. Główna ulica Chioggii ma może kilometr długości. Mr Silvera idzie pod niskimi portykami, gdzie obok woni ryby, morza, rozciąga się prawie nieprzerwany rząd sklepów z oświetlonymi witrynami. Mamy z trojgiem dzieci, pary koleżanek, źle ogoleni starcy wchodzą po małe sprawunki, wychodzą z bochenkami chleba, zeszytami, mielonym mięsem dla psa. To skromne wieczorne mrowisko nie pozostawia nigdy Mr Silvery obojętnym, gdziekolwiek zdarzyłoby mu się je obserwować. Wie dokładnie, do znużenia, że takie życie nigdy nie będzie w jego zasięgu, a jednak w podobnych momentach pozwala sobie, w formie może nie pragnienia, ale chwilowej, przelotnej fantazji, na przygaszoną egzystencję zakotwiczoną w przygaszonym miasteczku – nieważne, czy we Włoszech, w Meksyku, w Finlandii, na Ukrainie. Zatrzymać się, schować, nie być dostępnym dla nikogo, wplątać się na zawsze w labirynt drobnych i zawsze takich samych zdarzeń, wyjść po mleko, pogadać ze sprzedawcą owoców, wynieść na podwórko worek ze śmieciami. Dwoje młodych narzeczonych, o ile już nie mąż i żona, dyskutując żywo, wychodzi ze sklepu, przed którym ustawione są grube rulony wielokolorowych wykładzin. We wnęce bardzo ciasnego baru mężczyźni w wełnianych beretach piją i krzyczą. Z apteki oślepiająco białej od neo? nów i plastiku wychodzi kobieta, która kilka metrów dalej wchodzi do warsztatu szewskiego bez szyldu. Załączony piecyk elektryczny stoi obok regału, na którym równo stoją podzelowane buty.

[…]

Głośny, bulgoczący śmiech podążał za mną od grupki do grupki i chociaż zdawałam sobie sprawę, że jego źródłem byłam ja sama, to moje gardło wydawało się nie poddawać już kontroli. Albo lepiej, to ja nie miałam najmniejszego zamiaru go kontrolować. Pijana miłością, pomyślałam, zabierając drugie Bellini z tacy krążącego kelnera. I chlup: obfity, bulgoczący łyk. Przemykałam często, jakby przypadkiem, przed jednym czy drugim ogromnym oknem i patrzyłam na światła domów naprzeciwko i na ich niespokojne odbicia w kanale. Ta woda pode mną, była może ta sama, która parę godzin wcześniej ustępowała przed dziobem statku do Chioggii... W pewnej chwili prawie przerwałam Mr Micocciemu, aby zapytać, czy laboratoria firmy chemicznej Craig nie odkryły sposobu na odróżnienie, rozpoznanie tych cząsteczek tak głupio identycznych. Spotykałam po parę razy wszystkich w tej mieszaninie fal, w tym walcu, który tylko ja czułam. W dali kędzierzawy choreograf, w stylu Caravaggia, w towarzystwie wysokiej afrykańskiej dziewczyny o płomiennych włosach; w przeciwnym kącie powieściopisarz z Toronto rozmawiający z dwoma księżmi; i Chiara, która wychodziła mi naprzeciw w dwukolorowej, zielono-różowej chmurze, długiej do ziemi.

[…]

Ale mogło być już za późno, pomyślałam, zbiegając klatką schodową. Taki człowiek, bez zobowiązań, bez więzów, bez pracy (albo ze zobowiązaniami, z więzami, z pracą, których nie znałam), mógł zniknąć dosłownie w jednej chwili, biorąc pod uwagę tych parę rzeczy, które miał do spakowania do jednej walizki... Dwie motorówki czekały zacumowane, ale były zarezerwowane dla jakichś absurdalnych oficjeli, bezsensownych osobistości. Już miałam się rzucić wpław w czarne wiry, kiedy podpłynęła taksówka, z której wysiedli kolejni zaproszeni goście. Uśmiechnęłam się do taksówkarza jak na fresku Pisanella księżniczka Trebisondy uśmiecha się do Świętego Jerzego, który uratował ją przed smokiem. Powiedziałam, aby najpierw podpłynął na chwilę do mojego hotelu. Tak jest – powiedział po żołniersku święty rycerz. W pokoju wrzuciłam do torby koszulę nocną, jakieś kosmetyki i parę ubrań, gdyby przypadkiem David zaproponował mi nad ranem wyruszenie nie wiadomo dokąd. Z Mr Silverą wszystko było możliwe. Zbiegłam z powrotem szybka jak wiatr.

[…]

Obudziłam się bez stanów pośrednich i snów na jawie, całkowicie świadoma. I zaraz zdałam sobie sprawę, że moje nocne emocje mnie nie opuściły, wcale nie odeszły, ale po tym, jak wykonały swego rodzaju obrót astronomiczny, pokazywały mi teraz swoją twarz dzienną, czyli praktyczną, kompromisową, użyteczną, lecz jednak mającą nade mną tę samą absolutną władzę. Ledwie otwarłam oczy, a już dyktowano mi podstawową zasadę: nie trać ani minuty, nie marnuj ani chwili. Całkowicie świadoma, zastanowiłam się nad całą sytuacją. O mężczyźnie, który spał obok mnie, oddychając niezauważalnie, na? dal, w nieufnym świetle poranka, wiedziałam tylko tyle, że może wyjechać za parę, bardzo niewiele dni i że potem są niewielkie szanse, żebyśmy się znów zobaczyli, usłyszeli. Jedyną inną informacją – albo obietnicą – jaką od niego wydobyłam, było to, że będziemy mieć czas, żeby się pożegnać i że w żadnym wypadku nie odejdzie bez uprzedzenia. Jeśli chodzi o tajemnicę, która się za tym kryła, wyczerpałam już jeśli nie wszystkie hipotezy możliwe do wyobrażenia, to przynajmniej te prawdopodobne: począwszy od możliwości, że nie było żadnej tajemnicy i że David Silvera był zwyczajnie osobą, która postanowiła nie dać się usidlić żadnej kobiecie. Albo że, przeciwnie, został już usidlony przez inną. Albo że jest zaangażowany w jakieś interesy, handel, przemyt wątpliwej natury. Albo że był wręcz (choć to wydało mi się zbyt powieściowe, zbyt fantazyjne) agentem służb izraelskich w trakcie misji i tutaj, w Wenecji, czekał na coś lub na kogoś: sygnał, telefon, rozkaz.

[…]

Jakakolwiek hipoteza przyszłaby mi do głowy, wiedziałam dobrze, że nie będę mogła jej w żaden sposób zweryfikować. Oczywiste było, że mój mystery man nie kochał mówić o sobie, być może z tego prostego powodu, że jak wielu mężczyzn, uważał wszelkie szczegółowe wyjaśnienia za nudne i zbędne, a ja na pewno nie będę go osaczać niedyskretnymi pytaniami. Co więcej, musiałam absolutnie unikać stawiania sobie samej tych pytań. Wiedzieć, nie wiedzieć, co to zmieniało? Próżna ciekawość, czysta strata czasu. A nie było chwili do stracenia. Wielkie pytanie, na które teraz trzeba było odpowiedzieć, brzmiało raczej: jak spowolnić, wykorzystać maksymalnie czas? Całkowicie świadoma, widziałam dwie możliwości. Pierwsza to samotna wyspa – w tym sensie, że opuścilibyśmy te gołe i deprymujące ściany i zamknęlibyśmy się w ścianach mojego hotelu, w dwupokojowym apartamencie ze wspólnym salonem, który można będzie łatwo przerobić na Tahiti, na Bora-Bora, na jedną z tych opuszczonych wysp laguny, gdzie Chiara chciałaby się osiedlić ze swoim Uwe. Żadnego wychodzenia, żadnych gazet, wyłączony telewizor i informacja na recepcję, żeby nie przekazywać żadnych połączeń. Całkowicie obecni i dostępni dla siebie nawzajem, dzień i noc, minuta po minucie, dopóki wszystko trwało. Ale – poza tym, że dla niego takie przebywanie tylko we dwójkę, jak rozbitkowie, mogłoby być trochę przytłaczające i że rola nimfy Kalipso adorującej i zabawiającej nie przekonywała mnie do końca – istniało niebezpieczeństwo, że z rajskiej wyspy wpadniemy do celi śmierci, gdzie oboje będziemy wyłącznie nadstawiać uszu, słuchając kroków kata rytmicznie poganiającego tykania zegara.

[…]

Nie da się udowodnić Luigiemu ani komukolwiek innemu, że naprawdę wykonał w jego stronę ten milimetrowy grymas pozdrowienia, ten opiłek uśmiechu, ale Oreste Nava zarejestrował jedno i drugie, niezawodnie, i wie, co to oznacza. Ten człowiek, kimkolwiek jest, to osoba, która wszędzie czuje się jak w domu, tutaj czy pod mostem na Sekwanie lub w ja? kimś klubie przy Piccadilly albo w rozklekotanym wagonie indyjskich ko? lei, to osoba, która może poradzić sobie bez niczego, która nigdy się nie skarży, że pada deszcz albo że jest za gorąco, która nie robi scen, bo gin and lime jest ciepły, która nigdy nie podnosi głosu, która prosi cię o po? moc i daje napiwek, lekko wzruszając ramionami, gestem na poły ironicznym, a na poły prawie czułym – przy czym żadnego nie można udowodnić – gestem kogoś, kto jest przyzwyczajony, by traktować życie jak loterię, w której role mogłyby być bez problemu odwrócone. Człowiek nie światowy, ale ze świata, ktoś, kto nie musi niczego udowadniać, także mający swój album, bogaty, cenny, jedyny i także świadomy, że nie przyda się on nikomu, że zniknie na zawsze w jakiejś wiosce nad Morzem Śródziemnym, nad Bałtykiem, nad Oceanem Indyjskim. Człowiek, który wie. Człowiek jak kiedyś.

[…]

Nie znam się na tych sprawach – mówi, a jego głos wydaje się pod? trzymywać piórko unoszące się w powietrzu – ale może warto byłoby pójść i obejrzeć tę lekceważoną kolekcję jeszcze raz. Ale była już oglądana na wszystkie strony przez wielu specjalistów, nawet przez Konserwatora. Już od ponad tygodnia wszyscy na nią patrzą. No właśnie. Czasami najlepsze kryjówki... Słynna historia skradzionego listu? Tak, też, ale on nie o tym myślał, mówi Mr Silvera. Fakt, że stara właścicielka chce sprzedać tak tanio, a podstępna Federhen chce kupić, przy? pomniał mu słynną historię rabina Schmelke. Znasz – mówi – rabina Schmelke z Nikolsburga? Nie. Szybko, opowiadaj. No więc ten rabin, wyjaśnia Mr Silvera, miał w zwyczaju rzucać pieniądze przez okno wszystkim przechodzącym żebrakom. Dlatego pewnego razu, gdy nie było pieniędzy, włożył rękę do klejnotów rodzinnych i rzucił pewnemu starcowi pierwszy pierścionek, na jaki trafił. Dlatego żona zrobiła mu okropną awanturę, bo kamień w tym pierścionku był wart fortunę. Dlatego rabbi Schmelke wychylił się przez okno i zaczął krzyczeć, żeby odszukać tego starca. A gdy go znaleziono, krzyknął do niego: „Właśnie się dowiedziałem, że ten pierścionek jest wart fortunę! Uważaj, żeby go za tanio nie sprzedać!”. Wspaniała historia, mówi z nawrotem podziwu, z ekstatycznym uniesieniem kobieta, która jest z Mr Silverą. Dlatego ostatecznie, z podwójnym błogosławieństwem E.A. Poego i rabina Schmelke, zostawi się w spokoju Ca’ d’Oro z godnymi podziwu freskami Pordenonego i wróci się do dębowych drzwi z przystojnymi odźwiernymi (którzy zresztą, kto wie, czy nie są w zmowie z Federhen i Palmarinem na szkodę starej Zuanich), aby ponownie sprawdzić, czy po? między kiczowatymi obrazami nie skrył się gdzieś jakiś Tycjan.

[…]

To ja zauważyłam gwóźdź, ale na pewno nie mogę uznać tego za swoją zasługę. Gdyby to zależało ode mnie, niczego bym nie zauważyła. Mój pomysł, żeby wrócić do tego lodowatego pomieszczenia, pomiędzy ciemne koszmarki kolekcji, tak naprawdę nie miał na celu szukania ukrytego arcydzieła. Arcydzieło mogło tam też być i moja żywa sympatia do rabina Schmelke kazała mi mieć nadzieję, że tak jest. Tyle że jedyną sprawą tak naprawdę godną zbadania, w ciemnościach i w świetle, w środku i na zewnątrz, był dla mnie sam Mr Silvera. Był jakby obrazem namalowanym przez autora nieznanego, ale wybitnej jakości, który dostałam do przestudiowania, określenia epoki i szkoły, dotarcia do właściwego autorstwa. Ale jak długo jeszcze będę go mogła zatrzymać? Zastaliśmy tylko jednego z wnuków, drugi wyszedł na miasto ze swoją dziewczyną, która przyjechała z Mediolanu, wyjaśnił ogolony, otworzywszy nam drzwi. W mojej pamięci był ładniejszy, bardziej mniam, mniam, a teraz jego świeżość przywodziła mi na myśl główkę sałaty, zroszoną i bez smaku. Zaprowadził nas do pomieszczenia bez okien, zaświecił dwie lampy punktowe i zostawił nas samych. Musiał, powiedział, wracać na dół, by się uczyć. Był to trop przemawiający za jego niewinnością, powiedziałam do Davida. Gdyby było coś, czego mieliśmy nie odkryć, chłopak zostałby z nami, by sprawdzać każdy nasz ruch i spojrzenie. Ale mogło być tak, że ani on, ani brat nic o tym nie wiedzieli. Tak jak mogło być odwrotnie, że ta demonstracja nonszalancji była wystudiowana, na pokaz, aby nie wzbudzać żadnych podejrzeń.

[…]

Wszystkie obrazy były na płótnie i żaden nie miał ramy (pewnie je straciły przy słynnych przenosinach w 1917 roku), dlatego z łatwością zdejmowałam je ze starych, zardzewiałych gwoździ i oglądałam także z tyłu. Lniane płótno z dawnej epoki – jak z czasów hipotetycznego Tycjana albo przynajmniej Palmy Starszego, których szukaliśmy – od razu można od? różnić od płótna osiemnastowiecznego, o ile nie zostało ponownie obciągnięte płótnem; i tak samo rama, jeśli nie została wymieniona. Podczas gdy ja zajmowałam się badaniem technicznym, David przechadzał się jak turysta i przyglądał się sam, tak jak go prosiłam. Dopiero po zakończonym obchodzie miał mi powiedzieć, czy któryś z obrazów, z jakiegoś powodu, wzbudził jego podejrzenia. Nie chciałam na niego w żaden sposób wpływać, powiedziałam mu bez dalszego tłumaczenia. Nie mogłam mu wyznać, że liczyłam na jego węch laika, tak jak w kasynie gracz używający systemów i pozbawiony szczęścia przesądnie ufa nowicjuszowi. Ale czy Mr Silvera był rzeczywiście takim laikiem, jeśli dwadzieścia lat temu już tu był, by przyglądać się freskom w Santo Stefano? Patrzyłam, jak przechodzi od jednego do drugiego kiczowatego pejzażu, portretu, tematu biblijnego czy mitologicznego, z nieszczęśliwym wyrazem twarzy, który pokrywał się co do milimetra z nudą, skoncentrowaną pustką i bez? wartościowością obrazów. I musiałam się wziąć w garść, żeby od razu nie rzucić wszystkiego i nie pobiec go znów objąć, zabrać stamtąd. Już miałam odwiesić całkowicie nieprawdopodobny Sąd Parysa – w takim sensie, że Parys, stojąc przed trzema kobietami takimi jak te, powinien był odwrócić się na pięcie i uciec – kiedy zorientowałam się, że David, wręcz przeciwnie, nie ruszał się z miejsca, w którym stanął już jakiś czas temu. Czyżby coś odkrył? Odwróciłam głowę nieznacznie i ostrożnie, aby go nie rozpraszać w tej kontemplacji. Patrzył na popiersie o niewielkich rozmiarach, około 40×30 centymetrów, na którym z tej odległości nie mogłam rozróżnić niczego oprócz bezbarwnej twarzy na ciemnym tle i rodzaju żółtawej plamy u dołu po lewej. Potem przypomniało mi się, że portretowany był młodzieńcem już w połowie łysym, o ciężkich rysach twarzy, owiniętym w ciemny płaszcz, który zauważyłyśmy z Chiarą przede wszystkim ze względu na surową i dyletancką drętwotę drapowania. Plama u dołu po lewej była zło? tym polem jakiegoś nieznanego mi herbu rodowego, w środku którego, o ile dobrze pamiętam, widniały dwa skrzyżowane kłosy. Nic więcej, co mogłabym pamiętać, nie usprawiedliwiało dłuższego postoju Davida, który w pewnej chwili przeszedł do kolejnego obrazu – pompatycznej, groteskowej Świętej Rodziny – ale potem wrócił do Portretu Szlachcica i patrzył na niego jeszcze przez chwilę, zanim zakończył swój obchód.

[…]

Zdałam sobie nagle sprawę, że moim zaufaniem do jego laickiego nosa zbyt go zachęciłam i w konsekwencji przeze mnie się wygłupił. To prawda, że – starałam się jakoś zaradzić – płaszcz mógłby być i z szesnastego wieku, ale... Nie – powiedział zażenowany także i on – nie wydał mi się tycjanowski ani żaden inny. Wydaje mi się fałszywy. To znaczy namalowany teraz. Popatrzyłam na niego zdumiona, obejrzałam ponownie obraz, podniosłam przypadkowo oczy na ścianę, z której go zdjęłam, i w tym właśnie momencie zauważyłam gwóźdź. Albo lepiej: nie dokładnie gwóźdź, który był stary i zardzewiały tak jak pozostałe, ale zauważyłam, że wokół niego nie było, jak przy pozostałych, tej aureoli rdzy, którą każdy stary gwóźdź pozostawia po latach na każdej starej ścianie. „Podrzutek!”, pomyślałam, czerwieniejąc już nie z zażenowania, ale ze wstydu. Myślałby kto, że laik. Obojętnie, czy obraz był prawdziwy, czy fałszywy, David poszedł prosto do jedynego obrazu naprawdę wątpliwego, naprawdę odstającego od kolekcji. Po zdjęciu także Świętej Rodziny i pozostałych płócien sprawdziłam, że jedynym gwoździem bez aureoli był gwóźdź od Szlachcica i zorientowałam się, że również prostokątny ślad na ścianie był inny. Ktoś się postarał, by rozjaśnić tynk za obrazem, ale różnica rzucała się w oczy. Nie było wątpliwości, że brodawkowaty osobnik był tam od niedawna.

[…]

I chwilę potem znów poczerwieniałam, bo naciskając paznokciem kąt pomalowanej powierzchni, uzyskałam niepodważalny dowód, że nie chodziło tu o autentycznego Tycjana ani o autentyczny kicz, ale o autentyczną „fałszywkę namalowaną teraz”, tak jak powiedział David. Chociaż pęknięcia z domniemanego osiemnastego wieku wydawały się idealnie oryginalne, nacisk paznokcia pozostawił ślad na powierzchni jeszcze miękkiej, zamalowanej nie więcej niż kilka tygodni wcześniej. Ale ty – wyjąkałam zawstydzona, upokorzona, przechodząc od bezbrzeżnego podziwu do nowych bezbrzeżnych podejrzeń (jaki tam Mossad, jaki tam podrywacz: Mr David Silvera, eks-przewodnik turystyczny, eks-wędrowny aktor, eks-wędrowny sprzedawca sztucznej biżuterii, był w rzeczywistości super-ekspertem wysłanym w tajemnicy do Wenecji przez jakieś wielkie amerykańskie muzeum?) – ale jak ty to zauważyłeś? Ach... – powiedział, jak można było się po nim spodziewać. Później, gdy wracaliśmy w stronę hotelu i gdy miał czas na wymyślenie jednej z tych swoich historii, wyjaśnił mi, że rozpoznał w łysym młodzieńcu niejakiego Fuggera, którego spotkał w Wenecji przy innej okazji, i że na tej podstawie przekonał się, że obraz jest fałszywy. Ale nie miał zielonego pojęcia, dlaczego został on dodany do kolekcji. Jeśli chodzi o ostrzeżenie rabina Schmelke, hm, powiedział skruszony, również rabini mogą się mylić.

[…]

Korpulentna para z Hamburga z 219, która także w Wenecji kultywuje zwyczaj Früh stück o 12.30, wraca, a oczy lekko błyszczą jej od pinot grigio i obfitych porcji zjedzonego bigoli. Odebrawszy klucz, kieruje się na popołudniową drzemkę, która pomoże także w strawieniu nadmiaru Tintorettów i Tycjanów podziwianych aż do oślepnięcia. Młody Luigi biegnie wezwać dla nich windę z nadzieją na napiwek, nie dostaje go i odwracając się z grymasem do Oresta Navy, pociera opuszkiem palca wskazującego o kciuk, żeby zaznaczyć antyfrastycznie ohydne skąpstwo tej dwójki. Portier odpowiada, rozkładając ręce na tyle, na ile trzeba, by okazać pogodzenie się z losem. Ale dobrze wie, że dla tych nowych pokoleń pogodzenie się nie istnieje: albo natychmiastowi zdobywcy nagrody, albo pogardzani przegrani. Albo arogancki rechot triumfu, albo wściekłe jęki rozczarowania. Wypadałoby, żeby on, Oreste Nava, wyjaśnił, że pogodzenie się z losem to nie archaizm na użytek księży i kobiecin, ale delikatna sztuka poruszania się pośród szorstkich zakończeń wszystkiego i niczego, jedyna joga zdolna rozwijać inteligencję, jedyne karate pozwalające dojrzeć, a więc i przeżyć ciosy, które i tak na ciebie spadną po drodze. No i ewentualnie spojrzenie na śmierć bez robienia pod siebie ze strachu. Ale są to pojęcia złożone, rozgałęzione, a przełożone na słowa przez Oresta Navę brzmiałyby w jego własnych uszach bardzo mało przekonująco, jak chaotyczne kazanie wygłaszane przez zramolałego starca.

[…]

Kto mu to powiedział, co on o tym wie? Oreste Nava odpowiada, machając otwartą dłonią przed oczyma, co oznacza odganianie irytującej muchy. Biedny chłopak, niezdolny patrzeć dalej niż na długość własnego członka, nie podejrzewa w najmniejszym stopniu, że w pewnych momentach życia, w pewnych sytuacjach, pomiędzy pewnymi osobami, „te sprawy” stają się „całkiem inną sprawą”. Jaką dokładnie? Trudno, niezmiernie trudno, wręcz nie da się powiedzieć. Czoło Oresta Navy się marszczy, jego usta rozwierają się w platonicznym uśmiechu, jego pamięć przeszukuje bardzo stare drżenia, rozproszone muzyczne miękkości, błyszczące pajęczyny, wodniste refleksy, zapachy, konstelacje. W pewnych chwilach, z pewnymi kobietami (nie więcej niż z jedną, dwiema) ma się ważenie, że „te sprawy” robi się z niebiosami i oceanami, z całym wszechświatem, planetami, kometami, spadającymi gwiazdami. Tak właśnie. I że swój udział mają też mrówki, liście, kamienie. Żadne tam kopulowanie. To były tak bardzo inne sprawy, że w jakiś sposób stawały się wręcz nadmiarowe, nie trzeba było ich robić. I jednocześnie kobiety (jedna, maksymalnie dwie), z którymi nie trzeba było ich robić, były też jedynymi, z którymi naprawdę warto było je robić... Niezbadane tajemnice, zagadki, od których kręci się w głowie.

[…]

Tu popełniłam drugi błąd. Przez szalony strach, że zacznie mi opowiadać (na moją szaloną prośbę) o swoich dawnych i obecnych miłościach, sama zaczęłam mówić, gwałtownie, bez ładu i składu. Z tego, co powiedziałam, pozostało mi pomieszane i desperacko negatywne wspomnienie nieskoordynowanej pływaczki płynącej pod prąd. „Wszystko” to, co chciałam wypowiedzieć, zredukowało się do jakiejś absurdalnej opinii o Królu Learze widzianym w Coimbrze, o Madame de Staël, o przyjęciu, które wydałam miesiąc wcześniej w Rzymie, i do paru ciężkawych anegdot z dzieciństwa: o śmierci czarnego pieska, o cioci z Anglii, która sypiała w boksie obok swoich koni, o nieciekawej koleżance ze szkoły, która robiła mi nieciekawe, dokuczliwe żarty. Słyszę jeszcze raz mój klekoczący głos, który mówi o mnie, podnosi się bez ładu i składu, bez porządku, bez harmonii, bez sensu. To jest kobieta zdolna do konkurowania z wszystkimi innymi kobietami, do rzucenia wyzwania piramidom? To jest życie? Frustruje mnie pomysł – ale to właściwie nie pomysł, to jakby blizna po pomyśle – że tak okropnie zdradziłam siebie samą. Ani nie pociesza mnie fakt, że nie tylko moje, ale każde życie jest takie: mrowiąca, nieobliczalna ofensywa, która potem, po postawieniu pod ścianą, zmienia się w bezbarwne strugi.

[…]

W rzeczywistości nie przeczytał ani nie przeczyta ani wiersza, bo w jego szczególnym stanie „najnowsze wiadomości” już dawno przestały go interesować. Czasami wkłada do kieszeni jakiś dziennik czy tygodnik zabrany z fotela w samolocie albo z przedziału w pociągu czy z holu hotelowego, ale tylko po to, by go przejrzeć później ze słabym zainteresowaniem, w innym miejscu, jak rodzaj pamiątki, która opiera się zmianom niesionym przez kolejne dni. Natomiast nic nie wydaje mu się nudniejsze i bardziej przestarzałe niż poranny dziennik. Ale chętnie angażuje się w tę grę, tak jak i w pozostałe jej gry, które go wzruszają i bawią. Pozwoli sobie przyszyć zwisający guzik do swetra. Pójdzie poszukać czegoś przyzwoitego do ubrania na wieczór. Będzie towarzyszył ważnej damie na przyjęciu w domu tej idiotki, tej głupiej Cosimy.

[…]

Weneckie getto, które dało nazwę gettom na całym świecie, dziś niewiele się różni od reszty miasta. Jego schole różnych obrządków – włoskiego, sefardyjskiego, aszkenazyjskiego – mieszają się z pozostałymi budynkami; sklepów egzotycznie hebrajskich nie widać, a jeśli zdarzy się zobaczyć postać z długą brodą i w czarnym kapeluszu z szerokim rondem, to z dużym prawdopodobieństwem jest to amerykański rabin na turystycznej pielgrzymce. To wiedziałam i to myślałam, gdy taksówka bulgotała cicho po tych smutnych, przywiędłych małych kanałach, które przywodzą na myśl zmarszczki ukryte za dumną fasadą liftingu. Nigdy nie byłam w getcie specjalnie, przechodziłam tamtędy parę razy przypadkiem i tyle, co tam było do zobaczenia, widziałam. No dlatego, że teraz był David, oczywiście. Po Chioggii wydawało mi się, że nic, co widziałam bez niego, się nie liczy albo wręcz nie istnieje. Należało wydobyć wszystko z otchłani przed-miłosnej i zweryfikować, sprawdzić: od jeziora Costanza po sklepik przy rue Lepic na Montmartre, od zachodniej Kanady po ten ogródek za San Celso w Mediolanie. Szaleńcza kontrola. Muszę odpowiedzieć, że już nie wiem, już nie rozróżniam, nie mogę ni? czego wykluczyć, wszystko wydaje mi się retrospektywnie przypadkowe i zarazem celowe, niewinne i rozmyślne, zarówno z jego strony, jak i z mojej. Może powodowało mną też pragnienie sentymentalne – i całkowicie pozbawione sensu – zobaczenia Davida, powiedzmy, w jego środowisku, w jego świecie, tak jakby mógł istnieć jakiś szczególny związek pomiędzy nim a weneckim gettem, jak gdybym – wysiadając z motorówki przy moście delle Guglie – oczekiwała na tłum kupców, lichwiarzy, kabalistów, dzieciaków, kobiet w długich ciemnych sukniach, wybiegających im na spotkanie, prowadzonych przez rabbiego Schmelke lub przez Jakuba Izaaka, Widzącego z Lublina, wygrażających im we wszystkich narzeczach i dialektach diaspory.

[…]

A jednak dodał, że w żargonie judeo-wenecjańskim, już około połowy XVI wieku, na getto mówiło się cha zèr. Tak? Cha zèr... – powtórzyłam. I podniosły mnie na duchu, pocieszyły mnie inne ciekawe informacje, do których nie omieszkałam dodać moich fantastycznych skojarzeń. Do? wiedziałam się, że na mocy dekretu Republiki wspólnota musiała utrzymywać chrześcijańskiego trębacza, który każdego wieczoru dawał sygnał do zamknięcia bram, oraz czterech strażników, którzy przez całą noc patrolowali w gondoli kanały graniczne getta (i zobaczyłam Davida w długim płaszczu, który wychylał się z okna, wskakiwał do łódki i w ciszy prześlizgiwał się w kierunku kto wie jakich zgromadzeń). Że poza gettem mieszkańcy byli zobowiązani do noszenia żółtego beretu (z przerażeniem zobaczyłam Davida w tym upokarzającym nakryciu głowy), chociaż w praktyce niewiele osób przestrzegało tego obowiązku (ach, całe szczęście). Że żydowscy lekarze byli bardzo cenieni i mieli prawo do wychodzenia i przychodzenia, kiedy i dokąd chcieli, i nikomu się nie śniło ich zatrzymywać (ponure nocne patrole kłaniały się Davidowi i jego czarnej walizeczce). I wreszcie, że wraz z przybyciem Napoleona w 1797 roku, bramy zostały wyważone, porąbane na części i spalone, a ludność cieszyła się z tego wydarzenia wokół drzewa wolności. Także niektórzy rabini, wiedzeni entuzjazmem, tańczyli radośnie ze wszystkimi (David nie, on, stojąc na rogu ulicy, kontemplował tę scenę – uśmiechnięty, ale zdystansowany). Naiwnie fantastyczne skojarzenia, jasne. Ale teraz już nie wiem, już nie rozróżniam. Czy to pusta i melancholijna dzielnica chciała ode mnie trochę kolorowego wkładu? Czy miłość sprawiła, że byłam tak podatna na sugestię? Albo może to znowu Mr Silvera inteligentnie mną „manewrował”, wywołując te obrazy głosem, pauzami, zawahaniami?

[…]

Dekret, wyjaśnił mi David, dotyczył „marranów”, w których widziano wszędzie dwuznaczność, oportunizm, rozdwojenie. Nieszczęśnicy ci, nawróceni z konieczności lub wyrachowania, byli pod ścisłą kontrolą Repu? bliki, która podejrzewała ich o sekretne praktykowanie dawnej religii. Padali ofiarami szpiegów, donosicieli, szantażystów, nie byli kochani przez nikogo, byli niczym dla wszystkich, nawet dla samych siebie. I zobaczyłam go, zdrajcę, renegata, marrana, skradającego się wzdłuż murów, kryjącego się w cieniu bram, podczas gdy z okien kobiety o hebanowych oczach i odświętni starcy patrzyli na niego z nieskończoną pogardą. I prawie przyszło mi do głowy, że może naprawdę on, David Silvera, dzisiaj, był zdrajcą, że może stąd pochodzi cała ta jego skłonność do uników, czyniąca z niego mystery mana. Człowiek podwójny. Podwójny agent. Może nawet tak naprawdę nie Żyd. Ktoś, kto przenika do świata z fałszywym paszportem, zdolny do wszelkich nadużyć, wszelkich zwrotów w tył. I desperacko nieszczęśliwy. Spojrzałam na niego. Wydawał się rozbawiony. Co go tak śmieszyło? Myślałem o tych chrześcijanach, którzy za Nerona czy Dioklecjana nie czuli się na siłach, żeby dać się zjeść przez lwy. Byli na pewno i tacy, prawda? Nikt o nich nigdy nie mówi, o tych nie-bohaterach, nikt ich nie upamiętnia pomnikiem, ulicą. A przecież niewiele by trzeba, taki adres nie brzmiałby źle: Plac Nie-męczenników Chrześcijańskich 18/A.

[…]

Za mostkiem nad kanałem plac Nowego Getta był smutny i szary; obszerna porysowana patelnia. Poszliśmy usiąść na ławce i David pocałował mnie delikatnie, i powiedział, że wśród wielu zakazów stawianych Żydom był także zakaz bzykania się z chrześcijankami, choćby były prostytutkami. A kara? W zależności od wielkości skandalu. A na przykład nas dwoje? Wysoko urodzona dama? Hm, mąż wysłałby ją na trochę do klasztoru. Co za nudy. A ty? Sześć miesięcy albo rok więzienia plus nie wiem ile cekinów mandatu. Jakieś dzieci biegały szybko i z krzykiem jak kolorowe mewy, kopiąc piłkę pomiędzy kilkoma gołymi drzewami. David podniósł z ziemi czerwoną ulotkę, która ogłaszała wyprzedaż torebek i walizek w okolicach Rialto. Tak mniej więcej wyglądały, powiedział, kwity lichwiarzy z getta, czerwone lub zielone, lub żółte. Tłum biednych Wenecjan wypełniał co? dziennie plac, przynosząc do trzech lombardów – tam w dole pod długim portykiem – swoje złote i srebrne przedmioty i wracając do domu z takimi kolorowymi karteluszkami wystawianymi przez żydowskich wampirów. Ale żydowskie wampiry wcale nie miały ochoty być wampirami – dokładali do interesu, błagali nieustannie rząd, aby zwolnił ich z tego niewdzięcznego i rujnującego zadania. Lecz rząd ciągle odmawiał, pożyczki dla biednych były problemem społecznym i Żydzi mieli się zająć jego rozwiązaniem, nawet ze stratą dla siebie. Jeżeli nie, nie będzie pozwolenia na pobyt, nie będzie przedłużenia „condotty”[z wł. umowa pomiędzy Wenecją a Żydami, regulująca zasady i warunki za? mieszkiwania przez Żydów w mieście – przyp. tłum.].

[…]

Życie – nie tylko Żydów, ale wszystkich, także moje – było właśnie takie: tymczasowe, zagrożone, zawieszone na włosku, zawsze, z chwili na chwilę możliwe do anulowania. Może właśnie to próbował mi powiedzieć, a ja nie byłam w stanie zrozumieć? Że nie ma bezpieczeństwa nigdy i dla nikogo, nigdy korzeni w żadnym miejscu, że nawet cha zèr niepewnie unosił się na wodzie i też mógł sobie odpłynąć nie wiadomo dokąd, podryfować w stronę Korfu, Izmiru, Antiochii, Konstantynopola, look, look, Mr Silvera? Piłka potoczyła się z wolna w stronę człowieka w kurtce, który wyjął ręce z kieszeni, przygotowując się do strzału. A więc to dlatego Żydzi byli zawsze znienawidzeni i prześladowani? Bo zaprzeczali iluzji trwania, marzeniu o stabilizacji, byli wcieleniem nie? odwracalnego tranzytu wszystkich rzeczy po tej ziemi? Także miłości. Po pierwsze miłości.

[…]

Kolejnym celem jest stary sklep w pobliżu Lista di Spagna. Cel przyjemny albo taki się wydawał przed wizytą w getcie. Jest to sklep z używaną odzieżą, od dawna znany Mr Silverze, i jak wynika z szybkiego śledztwa przeprowadzonego przez hotel, nadal działający. Nie do pomyślenia, nie do przyjęcia byłoby, gdyby Mr Silvera stawił się na dzisiejszej kolacji w nowym ubraniu. Przed pójściem w stronę żałobnego smokingu, jeszcze fabrycznie sztywnego, w stronę tragicznego, seryjnie nieskazitelnego garnituru, trzeba spróbować obrać ścieżkę, nazwijmy to, antykwaryczną, z nadzieją na znalezienie ubrania niewyglądającego na nadmiernie zużyte, przestarzałe, dziwaczne, jednak ze szczyptą przeszłości, patyną historii godnej Mr Silvery. Radosne zadanie, przyjemna zabawa w dekorowanie ciała. Ale po wizycie w getcie atmosfera się zmieniła, głos Mr Silvery, gdy tak idą w stronę nieodległej Lista di Spagna, brzmi w jego uszach w sposób przesadnie ożywiony, jak głos kogoś, kto chce za wszelką cenę uniknąć ciszy. I nie tylko zabraniali im drukować własne książki, ale też od czasu do czasu im je palili, robili wielkie płonące stosy tekstów talmudycznych na placu San Marco.

[…]

Chodzi o to – zastanawia się Mr Silvera, gdy przechodzą przez plac San Geremia – że powierzchowność to trudna do uprawiania sztuka, szczególnie z taką kobietą jak ta, która ma silne poczucie tego, co niewypowiedziane. Zresztą niesprecyzowanie, niewyjaśnienie, niewypowiedzenie zaczyna ciążyć także Mr Silverze, udawanie w rodzaju „jak gdyby nigdy nic” zmusza także i jego do coraz większego wysiłku. W ostatnich godzinach było z jego strony parę drobnych ustępstw, spowodowanych z pewnością zmęczeniem, ale dających się wyjaśnić także – nie ma co zaprzeczać – uczuciami, które Mr Silvera żywi do towarzyszki. Aby wynurzyć się z tej acqua alta, wody emocjonalnie niebezpiecznie wysokiej, i postawić stopy z powrotem na gruncie bardziej beztroskim i frywolnym, Mr Silvera chwyta ją pod ramię (gest czuły, ale także symboliczny) i wypytuje o tę kobietę od kolacji, o tę Cosimę. Kobieta – spieszy z wyjaśnieniem – zamężna i rozwiedziona dwukrotnie, powszechnie widywana zeszłej zimy w towarzystwie wpływowego dziennikarza od ekonomii, ale aktualnie przechodząca kryzys tożsamości, a więc bardziej niż zwykle poszukująca stałości, bardziej niż zwykle zaangażowana w organizację swych uroczystych kolacji na cześć kogoś ważnego, jakiejś Osobistości cieszącej się oficjalnym uznaniem. Trochę naiwna, a także trochę głupia, ale w sumie sympatyczna. Stara przyjaciółka. To znaczy nie do końca przyjaciółka, ale w sensie...

[…]

Stary Żyd (nazywał się Mendes, Abram Mendes!) zmarł, sklep został przejęty przez jego wnuczkę, która miała już dwa takie same sklepy w Nowym Jorku i która w krótkim czasie zmieniła także i ten lokal w sukces. Kobieta znająca się na rzeczy, mająca wyczucie mody, rynku, potrafiąca zarządzać także z daleka. Dziewczyna, która wyjaśnia te sprawy, jest wysoka, chuda, ma długie czarne włosy, ściągnięte bezlitośnie na karku jak u tancerki operowej. Na jej twarzy, w ten sposób ogołoconej i wypchniętej do przodu, odbija się dramatyczna surowość, której jednak przeczy miły uśmiech, miękki wenecki akcent, z którym przedstawia odwiedzającym różne bogactwa thrifterii. Cała jedna ściana zajęta jest przez wystawę masek i nakryć głowy we wszystkich kolorach, posrebrzanych, pozłacanych, pomalowanych, z masy papierowej, z satyny, drewna, aksamitu, futra, o diabolicznie groteskowych kształtach; delikatnie kwiatowe, pogrzebowo anatomiczne.

[…]

Nie chodziło o zabawianie jakiegoś tam zwykłego bufona, premiera, prezydenta, prezesa korporacji czy kogo tam jeszcze. Chodziło o decyzję, by podjąć definitywnie z honorami Mr Davida Silverę, wędrującego bohatera agencji Imperial Tours, w jego odzyskanych szatach boskiego Ulissesa. To było celem tak szerokiego forum bóstw, od Cosimy jako nimfy Kirke po srogiego boga Navę i jego podczaszego Luigiego... po kulawego Hefajstosa pod postacią Cesarina... po kłótliwą parę bóstw afrykańskich... i po mnie samą w charakterze nieszczęsnej nimfy Kalipso... i wszelkich półbogów, wszelkich półbogiń zaproszonych na dzisiaj.

[…]

Mr Silvera śmieje się na tyle, na ile trzeba, z tego, co wydaje się zło? śliwą plotką powtarzaną za plecami pani domu, a jest natomiast sygnałem dopuszczenia do kręgu równych, mądrych, pozbawionych iluzji znawców ludzkich słabości. A żeby pokazać, że zrozumiał, prześlizguje się z lekkością od perfidii do pobłażania, zauważa, że pragnienie, aby posiadać po bokach drzwi dwóch „Maurów” z krwi i kości zamiast z drewna i gliny, to w gruncie rzeczy oznaka świeżości, sympatycznej naiwności, kaprysu dziewczynki, która pedantycznie dba o swój domek dla lalek. Oczy rozmówcy błyszczą z wdzięczności. Ależ tak, ależ tak! Cosima tego nie wie, ale jej największy czar polega właśnie na tym. To kobieta, która uważa się za praktyczną, realistkę, przebiegłą, twardą, a która, przeciwnie, żyje w niekończącej się bajce, w świecie zaludnionym przez alegoryczne figury: Głód, Nadzieję, Braterstwo, Epidemię, Kapitał, Rozwój. Kobieta prosta, tajemniczo nieśmiała, roztargniona, która tymi abstrakcjami chroni się przed zderzeniem z Faktami z Życia. Przejście do psychologii zostaje dokonane, wszelkie trujące opary plotki się rozpierzchły.

[…]

Może już go nie bawiłam, już się mną znudził. Przypomniał mi się pewien kolega, antykwariusz z Paryża, któremu z każdą nową kobietą wystarczała jedna noc, czasem pół popołudnia, aby poczuć przenikającą nudę, znużenie absolutne, metafizyczne, jak u samobójcy. Jak tylko sprawa się kończyła, wyznał mi, wychylał się z łóżka i w miejscu wykładziny widział kosmiczną pustkę, przepaść. Casanova musiał być taki. I lord Byron. I d’Annunzio. Oto co robił David Casanova w dwudziestym wieku. Szybki podróżnik odwiedzający damskie ciała, kobiecy turysta. Nie wulgarny, oczywiście, nie brutalny macho czy radosny wesołek (ale tamci też tacy nie byli). Łagodny, delikatny, o nieodpartym uroku, z tym swoim uśmiechem pełnym melancholii i pogodzenia z losem; rodzaj uśmiechu, za którym pobiegłaby także Wniebowzięta Madonna, rzuciwszy się głową w dół z chmur Tycjana. Tyle że pogodzenie było przeznaczone dla mnie, taki mały plan, ostrzeżenie: uważaj, skarbie, bo ja się szybko nudzę, będziesz musiała się z tym pogodzić. To był bez wątpienia jeden z najbardziej sugestywnych kościołów w Wenecji. Zniszczony, zrównany z ziemią, została tylko rudera, tu z tyłu nad kanałem dei Servi – mówił z uczuciem mój sąsiad z lewej. To okropne! – odpowiedziałam z równym uczuciem. Jaki kościół? Frari z Matką Boską Wniebowziętą w środku? I kiedy, dlaczego? Nie słuchałam, nic mnie to nie obchodziło. To ja byłam zrównana z ziemią. Jadłam tak, jak się karmi kogoś innego, chorego, obojętna na „historyczne” danie, które na kartoniku z menu opisano w złotej ramce: „Paw na nowo odziany, nadziewany drozdami, z przystawką z ma ca roni po murarsku”. Na kolacjach u Cosimy zawsze znajdowało się jakieś delikatne na? wiązanie do filologii gastronomicznej, za każdym razem inne, złowione w starych książkach o kuchni regionu Veneto. (W tym przypadku była to książka Bartolomea Scappiego, a paw – bardzo twardy – był „na nowo odziany” w takim sensie, że włożyli mu z powrotem ogon, natomiast „macaroni” to był rodzaj klusek po piemoncku). I tak jak zawsze, była też do tego obfita przystawka pytań od profanów i wyjaśnień od filologów i gastronomów, odniesień historycznych do sklepów i do handlu szafranem, imbirem, kolendrą, do via delle Spezie, do karaweli i galeonów, Magadazo (albo Mogadiszu), do Kalkuty, Moluków, look, look, Mr Silvera...

[…]

Bardzo wysokim poziomie? Przecież według plotek zebranych przez Vasariego to właśnie ta trójka uśmierciła Pordenonego! I być może to właśnie tam, w tym Casino, w gęstwinie drzew dyskutowany był i przygotowywany plan, załatwiana trucizna, zabójca... Zobaczyłam, jak David oddziela się od cienia gigantycznego platana, prześlizguje się do wnętrza przez boczną bramkę. Co on tam robił, w szesnastym wieku? Zobaczyłam posiwiałego, zakatarzonego Tycjana, jak wręcza mu fiolkę, którą David ukrywa w kieszeni. Zobaczyłam Aretina, jak wyciąga do niego z grymasem uśmiechu aksamitną sakiewkę pełną fałszywych srebrnych monet. Obraz, ciemna, wielka szpetota dwa metry na trzy, wynaleziona przez Palmarina w jakiejś willi w Ferrarze, którą teraz Federhen wyśle do Afryki Południowej albo Ameryki Południowej; na drugim planie, na stole były ostrygi, dzbanki i owoce, Sansovino i Bembo wychylali głowy zza adamaszkowej zasłony, pies dalmatyńczyk spał w kącie. Po Napoleonie, oczywiście – powiedział głos na końcu stołu. Z szesnastego wieku do dziewiętnastego. Zniszczony kościół, zrównany z ziemią, nie wiadomo, jak zmartwychwstał i teraz sypał się na obrus z herbami wraz z innymi ruinami, które posypały się po przyjściu Francuzów i zamknięciu klasztorów, po konfiskacie dóbr kościelnych, rozwiązaniu zakonów. Santa Maria dei Servi był tylko jednym z wielu. Ale także całe pałace zniknęły, całe kolekcje sztuki zostały sprzedane, zaginęły.

[…]

Oreste Nava uznaje beznamiętnie winę, którą się przed chwilą splamił. Z sosjerką w dłoni znalazł się za plecami roześmianej pani siedzącej na prawo od Mr Silvery dokładnie w chwili, gdy Mr Silvera kończył pogadankę po chińsku. Chińsku-chińsku, nie w pidżyn, którego wspomnienie Oreste Nava zachował z dawnych lat w Singapurze. Pani domu natychmiast chciała wiedzieć, o co chodzi. O wiersz, a raczej piosnkę Szycing – wyjaśnił po angielsku pan Wang – a pani Wang nie pamiętała jej słów, więc jej szanowny sąsiad był tak uprzejmy, że je wyrecytował. Jak pani szanowni goście wiedzą – dodał pan Wang – Szycing czy też Księga Pieśni była zbiorem bardzo starych chińskich wierszy spisanych przez samego Konfucjusza, dwa tysiące pięćset lat temu. Informacja zrobiła ewidentnie wrażenie na pani domu i na wszystkich obecnych, a prośba do pana Silvery o szybkie tłumaczenie na włoski rozpostarła na stole obrus ciszy, pulsującego oczekiwania. Byłoby ciężkim niedociągnięciem, poważnym brakiem wrażliwości, wtrącenie się w takim momencie z sosjerką, choćby z najlepiej wycyzelowanego srebra.

[…]

Zdecydowałam, że im przeszkodzę. Odpowiadałam bardzo głośno mojemu adoratorowi, wybuchałam śmiechem, czasem zachęcającym, czasem posępnym i reagowałam na jego delikatne propozycje (na temat nie wiem jakiej serii książek o sztuce, rubryki antykwarycznej w jednym z jego czasopism), jakby mnie prosił o usługi szesnastowiecznej kurtyzany. „Ja bym widziała jakąś kolumnę na temat najważniejszych aukcji”, „Jestem uczciwą dziewczyną, proszę mnie nie zawstydzać, wielce szanowny avogador! [z wł. wysoki urzędnik w państwie weneckim – przyp. aut.]” Biedaczysko z coraz bardziej różowymi odstającymi uszami, coraz bardziej się nakręcał, nie wiedział, o co chodzi. Rozmowa niepotrzebna, nie tylko absurdalna, bo w przerwach słyszałam, że oni ciągnęli dalej, jak gdyby nigdy nic. Zdecydowałam, że ich zawstydzę. Poszłam usiąść na kanapie przysuniętej do przeciwległej ściany, pod Porwaniem Europy (Veronese i uczniowie) i zaczęłam otwarcie, uparcie się w nich wpatrywać. Cały czas stali, odwróceni profilem, mówił ciągle on. Ona dosłownie piła z jego ust, wpatrywała się w niego z dołu do góry i czasami coś mówiła, może uwagi czy pytania. Spuszczała głowę, parę razy dodała do tego ręce, raz dotknęła jego przedramienia. Bardzo rozemocjonowana, zaangażowana. Albo lepiej, pochłonięta. On robił coś, czego nigdy u niego nie widziałam – momentami kołysał się powoli w przód i w tył, ręce w kieszeniach marynarki, kciuki na zewnątrz. Nigdy jednak się nie uśmiechał. I nie odwracali się nigdy w stronę salonu, w moją stronę.

[…]

Pełne zaangażowania zaloty w następstwie gromu z jasnego nieba wydawałyby się najbardziej prawdopodobną hipotezą i ewidentnie o tym myślą wszyscy widzowie. Ale podczas czterech lub pięciu razy, kiedy zdarzyło się (przez czysty przypadek), że Oreste Nava przechodził koło okna, nie usłyszał ani jednego słowa, które pozwalałoby myśleć o awansach. Zza zasłon dobiegło na przykład nazwisko Rembrandta, typowe dla rozmowy o sztuce. Później imię świętego Pawła, znak, że rozmowa poszła w kierunku religii. Potem znów nazwa miejscowości turystycznej, Antiochia. A to nazwisko niejakiego Fuggera, prawdopodobnie wspólnego znajomego. Padło pytanie kobiety o wyścigi rydwanów w Bizancjum, czyli skok w historię starożytną. Ale to nic nie znaczy, zastanawia się Oreste Nava, kierując się ze srebrną tacą w stronę okna, absolutnie nic nie znaczy. Uwodzenie biegnie tysiącami dróg, tysiącami serpentyn, tysiącami fałszywych szlaków do celu. Tylko powierzchowny młodzieniec, taki jak Luigi, upiera się, aby podążać zawsze i tylko prostą drogą, ignorując znacznie ciekawszą, emocjonującą i ostatecznie satysfakcjonującą ścieżkę prowadzącą do damy przez Rembrandta i Bizancjum. Z odpowiednio dozowanym pochrząkiwaniem Oreste Nava zagląda do wnęki okiennej i zapewne wsuwa czekoladki pomiędzy dwa przypuszczalne gołąbki. Pani domu przez chwilę się w nie wpatruje, jakby były wielkimi brązowymi insektami pochodzenia pozagalaktycznego, potem podnosi na Oresta Navę dwoje niewidzących oczu; potem, no proszę, rozpoznaje go, uśmiecha się do niego zdziwiona, patrzy przez jego ramię na salon, który porzuciła na tak długi czas.

[…]

Nie ma księżyca, nie ma gwiazd, ale wenecka noc może się obyć bez tych kosmicznych ozdób, ma swój znacznie bardziej wyszukany zestaw romantyczny, ma tak dużo wzdychających urządzeń, tyle pieszczotliwych aparatów, że Mr Silvera i jego towarzyszka, w krytycznym momencie wyjścia z pałacu Cosimy, natychmiast zostają przez nie uwiedzeni. Już w sposobie, w jaki Mr Silvera czuje się brany pod ramię, wyczuwa brak wyrzutów albo przejęcie w posiadanie, a jej głowa znajduje instynktownie miejsce na jego ramieniu, ich kroki z łatwością zaczynają współbrzmieć, a napięcia i zgrzyty tego wieczoru powoli się uspokajają, łagodnieją w powietrzu pachnącym scirocco, w cichej, dokładnej, szlifującej pracy wody o kamienie, w mglistych odmianach cienia pomiędzy ukrytymi budynkami. I tak w ciszy wchodzą pod wąski portyk i wychodzą na malutki placyk dell’Abbazia, który pojawia się jak nieoczekiwany prezent, nagroda przeznaczona wyłącznie dla nich dwojga, stara sztuczka starego miasta, powtarzana miliony razy w kronikach miłosnych, a jednak wciąż działająca. W ciszy zatrzymują się pomiędzy dwiema świętymi fasadami, parą posągów, dwoma kanałami skrzyżowanymi pod kątem prostym, które okalają plac, i w końcu Mr Silvera, cały czas w ciszy, rozpościera jak koc swój płaszcz na schodach przed kościołem Santa Maria Valverde i oboje siadają, by zadowoleni kontemplować ten intymny teren – Adam i Ewa w ogrodzie Eden o powierzchni może stu metrów kwadratowych, ale w całości wykonanym ludzką ręką.

[…]

E: – Proszę się nie zajmować rozróżnianiem i własnymi słowami krótko nakreślić obraz całości. O ewentualne uściślenia poproszę, jeśli będzie trzeba.

K: – Zgoda. A więc: Silvera, niespokojny i krytyczny temperament, wy? słany przez rodzinę na studia talmudyczne, szybko je porzuca, m.in. pod wpływem Spinozy, którego spotyka w Rijnsburgu. Ale zrozumiejmy się dobrze, nie spotyka go naprawdę. Tylko przejeżdżając przez Rijnsburg, gdzie Spinoza mieszkał...

F: – Proszę pani, już mówiłem, że sam będę prosił o ewentualne uściślenia. Proszę mówić dalej.

K: – Wysłany na studia talmudyczne, jak mówiłam, porzuca je, by studiować sztukę dramatyczną i równocześnie znajduje zatrudnienie w małym teatrze w Brooklynie, który objeżdża Wschodnie Wybrzeże, jak jest napisane w moim podręczniku na stronie 72.

G: – Dobrze, ale proszę kontynuować własnymi słowami, a nie powtarzać jak papuga słowa z podręcznika!

K: (poirytowana) – Jak pan sobie życzy. A więc on... To znaczy, porzuciwszy także zawód wędrownego aktora dla bardziej dochodowego za? jęcia komiwojażera, nadal jeździ po różnych krajach: czasem jako przedstawiciel firmy od fantazyjnej biżuterii, jak mówi podręcznik na stronie 16, czasem jako sprzedawca encyklopedii, jak wnoszę z jego rozległej znajomości wszelkich obszarów wiedzy.

H: – Dobrze. Doceniam to pani wnioskowanie.

K: (zachęcona) – Z faktu, że opuszczając Królową Morza Jońskiego, zabrał ze sobą fundusz awaryjny Imperial Tours, wnioskuję także, że poprzez zmiany zawodów i życie z dnia na dzień jego poczucie moralności się wypaczyło... zboczył, nie mówię, że z prostej drogi, bo jego droga nie była nigdy „prosta”, ale odszedł od zasad, które jednak po? winny zawsze...

E: – Słusznie. Mogłaby pani opisać mi etapy tego odchodzenia?

K: – Hm, może zaczęło się od fałszywej monety, której nie potrafił wcisnąć nikomu innemu, więc w końcu podarował ją mnie.

[…]

K: – Tak, ale i tak to wykluczam, bo zupełnie nie pasuje mi to do osoby.

E: – W jakim sensie?

K: – W takim sensie, że Silvera, pomimo wszelkich możliwych po? tknięć, to dżentelmen! A szewc... to bez sensu, nie mogę...

E: – Dlaczego myśli pani tak snobistycznie i – niech mi będzie wolno to powiedzieć – prowincjonalnie o jego bliskim środowisku. Wśród ludzi bardziej otwartych i bez uprzedzeń zawody rzemieślnicze, jak szewc czy kowal, stolarz, nie tylko nie mają ani nigdy nie miały w sobie nic poniżającego, niestosownego, ale także często współistnieją z innymi studiami i przeróżnymi zajęciami kreatywnymi. Wie pani, że Spinoza, jakiekolwiek byłyby jego relacje z Silverą, robił okulary?

K: – Tak, ale co innego optyk (zresztą Spinoza, o ile wiem, przycinał soczewki przede wszystkim do mikroskopów i teleskopów), a co innego...

E: – No to weźmy Hansa Sachsa, słynnego poetę-szewca, przyjaciela Dürera i Lutra, który studiował równocześnie łacinę, grę na flecie i naprawianie podeszew i zainspirował Wagnera do napisania Śpiewaków norymberskich. Albo szewc z Drezna, który gościł Goethego w 1767 roku, stając się modelem Żyda Wiecznego Tułacza, a później samego Fausta. Albo cieśla Shi, czczony przez całą chińską starożytność!... A syn cieśli z Nazaretu, który nauczył się i też wykonywał zawód ojca? Nie powie mi pani, że z tego powodu nie był dżentelmenem?

K: – Mój Boże, Chrystus to jedno...

E: – A Silvera drugie? Do pewnego momentu, proszę pani. Do pewnego momentu. Ale przejdźmy do kwestii języka albo raczej niezliczonej liczby języków, których Silvera miał się nauczyć w życiu.

[…]

Ale on, choć dostarczył wielu informacji i wskazówek bibliograficznych, zdecydowanie odmówił osobistej wypowiedzi o tym przypadku. Dla Kościoła, powiedział, głosy o istnieniu Żyda takiego i takiego, przeklętego przez Jezusa na Drodze Krzyżowej, nie miały podbudowy historycznej. Legenda być może narodziła się ze względu na przypisanie Żydowi, o którym się mówi – ale w formie przekleństwa, wyroku – dwuznacznej obietnicy nieśmiertelności ziemskiej poczynionej przez Jezusa apostołowi Janowi, a opowiedzianej przez samego Jana na końcu jego Ewangelii. O hipotetycznym szewcu Ahsverze – który za to, że odmówił Jezusowi odpoczynku na progu swego zakładu, został skazany na to, by „nie mógł umrzeć” i by musiał się tułać i wędrować aż do dnia Sądu Ostatecznego – nie było natomiast żadnych pisemnych świadectw. Ale Kościół, wtrąciła się rozgorączkowana Cosima, nie mógł jednak wykluczyć... Kościół niczego nie wykluczał, powiedział ojciec mechitarysta przez telefon. Jego zasadą jest dziś jednak maksymalna ostrożność. Nie żyjemy już we wczesnym średniowieczu (kiedy legenda zaczęła się rozprzestrzeniać po Europie) ani nawet w czasach Paulusa von Eitzen, biskupa Szlezwiku, który spotkawszy w Hamburgu tułającego się Żyda o imieniu Ahasverus, ślepo uwierzył w jego opowiadanie i rozpowszechnił nowe szczegóły na jego temat, nadawszy mu przydomek Ewige Jude („Wieczny Żyd”), który we Włoszech i innych krajach jest znany jako „Żyd Wieczny Tułacz”. Historię tę podjął potem Goethe, Potocki, von Chamisso, Lenau, Hamerling i liczni inni autorzy, aż do popularnej powieści Eugène’a Sue. Ale z ciągłymi nowymi dodatkami i zaktualizowanymi interpretacjami: jakby powoli, powoli, były szewc zmieniał tę opowieść, aby stała się ona zrozumiała, do przyjęcia – dla współczesnych słuchaczy. Francuz Edgar Quinet (ten sam, którego imieniem nazwano Boulevard i stację metra za Gare Montparnasse) zrobił nawet z tej opowieści rodzaj dziennika: Dzienniki autobiograficzne, w których tułający się Żyd jawił się jako symbol nie tylko swojej wędrownej i niespokojnej rasy, ale także całej ludzkości w nieustannej, niepewnej drodze. Ale z Chrystusem – chciała się dowiedzieć Cosima przez telefon od mechitarysty – jak to było naprawdę? Czy to możliwe, że Mr Silvera, wcielenie uprzejmości i tolerancji (choć czasem pełny niesłychanego uporu, o czym świadczył epizod z con sommé), zatrzasnąłby drzwi przed nosem wycieńczonemu Nazarejczykowi, chwiejącemu się pod ciężarem krzyża, który prosił go tylko, aby mógł chwilę odpocząć na jego progu?

[…]

Raimondo nie mógł przełknąć ani kropli swojego screwdrivera, tak bardzo drżał. Tak, ale streszczaj się, przejdź do sedna, proszę... – błagał. A więc: freski, jak wiadomo, z czasem się zniszczyły i dziś został z nich prawie nieczytelny fragment (Nagi) w Akademii. Portret na płótnie trafił w ręce Vasariego, który opowiada, że przechowywał go w swojej „książce z rysunkami”. Następnie zaginął po nim wszelki ślad, aż około połowy XIX wieku ktoś w Alte Pinakothek zidentyfikował go jako portret młodzieńca w futrze, przypominający stylem Giorgionego. Tylko że ten portret ma wymiary 70 na 53 centymetry. A wydaje ci się możliwe, żeby płótno o takich wymiarach było tym samym, o którym Va? sari mówi, że trzymał w swojej „książce” mierzącej maksymalnie 45 na 30 centymetrów? Nie – zgodził się biedaczyna – nie wydaje mi się to możliwe. No właśnie. Dlatego w 1871 roku Cavalcaselle nie zgadza się z tą identyfikacją i przypisuje płótno z Monachium Palmie Starszemu... To samo w roku 1926 twierdzi Berenson, natomiast inni badacze wspominają Manciniego albo Carianiego... Badania zaginionego portretu powracają... Aż pewna włosko-niemiecka antykwariuszka bez skrupułów, ale z wy? ostrzonym spojrzeniem, zauważa u arystokratycznej rodziny z Vimercate koło Mediolanu mały portret młodzieńca, kiepsko odrestaurowany, ale wydaje się jej, że pod poprawkami malarskimi rozpoznaje rękę mistrza z Castelfranco. Na herbie młodzieńca znajdują się dwie lilie, które Anita Federhen – tak nazywa się antykwariuszka – szybko rozpoznaje jako lilie Fuggerów, natomiast nieobyci, niewykształceni właściciele zawsze je brali za lilie Medyceuszy. A gdy już zidentyfikowała lilie, to jak mogłaby nie zdecydować się na natychmiastowy zakup? Federhen...

[…]

Wyszliśmy, wychodzą, wychodzimy, wychodziliśmy, wyszli w najbardziej bezwzględny listopad. Czas tych ostatnich godzin przeplata się, miesza, osoby się rozłączają, nikną bezosobowo w szarościach jesieni, wracają, by się dopasować, rozdzielić, przemierzyć każda z osobna wyblakłą strukturę miasta. Z wielkiego porannego deszczu pozostały wszędzie mokre kałuże, a same kanały wyglądały na napuchnięte, nabrzmiałe, jakby i one wychlusnęły z rynien. Na ulicach było bardzo niewiele osób. Ja nie wiem, on nie wiedział, my nie wiedzieliśmy, dokąd pójść, żaden plan nie był już możliwy, żadna minuta nie była nic warta, była wręcz niechęć do oszczędzania minut, powrót do mojej dawnej niechęci, żeby wykorzystywać przerwy, przestoje, tak jakby czasowi, wstrętnemu taksówkarzowi, ktoś powiedział wyniośle: proszę zatrzymać resztę, cóż mam niby zrobić z tymi drobnymi. Ale jaka wyniosłość, moje dziecko, jaki taksówkarz, gdy Czas znów na? brał swoich wymiarów kolosalnych, piramidalnych, a ty tutaj, mikroskopijna, nierozpoznawalna postać, spacerująca pomiędzy opcjami w równym stopniu ulotnymi: zaspokoić wreszcie ciekawość (ale czy Ca’ d’Oro był otwarty po południu?) i rzucić okiem na freski Pordenonego czy wrócić do hotelu, by spróbować spoconych pożegnań cielesnych, albo odwiedzić ponownie miejsca już wystrzelone w odległą przeszłość, jak plac San Bartolomeo, calle della Màndola albo jeszcze (nawet to przyszło mi do głowy) pójść do kina, przeżyć w cieniu dowolnej historii koniec naszej. Ale chociaż nie weszliśmy do tego opustoszałego lokalu, w którym kasjerka czytała książkę, a mężczyzna ubrany na brązowo czekał, stojąc, aż ktoś, podając mu bilet do przedarcia na pół, zdejmie go na chwilę z piedestału nudy; chociaż ten chwilowy obraz był już dziesięć lub dwadzieścia kroków za nami, ja, nie mając nic, by go odeprzeć, pozwalałam, by mną zawładnął, by rozwinął się w ulotnych szczegółach: tak, oto kasjerka pod? nosi wzrok znad książki, oto mężczyzna sprawdza bilety, odchylona zielona zasłona, puste rzędy krzeseł w ciemności (nigdy nie będę w kinie z Mr Silverą!), a w głębi na ekranie, look, look, przemykają vaporetta, ulice, wyspy i place, i nagie splecione ciała, trzy dni w Wenecji, namiętność na lagunie, niemożliwa miłość: nasz film.

[…]

Pomysł był taki jak zwykle, dziecinny i wariacki: dodać jeszcze ten kościół do mostów i kanałów, balustrad i narożników, do pakietu miejsc „widzianych z Davidem”, do których mogłabym potem wracać melancholijną chciwością pamięci. Ale zaraz po przekroczeniu progu wydał mi się pomysłem nieudanym. Wnętrze było imponujące, bogate, oświetlone bez oszczędzania przez okazałe żyrandole, wiele świeczek wotywnych, ale też pełne ciemnych obszarów, ponurych wnęk, rozmytych zakamarków. Był to typ kościoła, który zawsze najbardziej lubiłam (z wyjątkiem krótkiego okresu „franciszkańskiego”, około czternastego roku życia), ale który teraz, przy Davidzie, robił na mnie całkiem inne wrażenie. Efekt pomniejszenia, pomyślałam najpierw, patrząc na ludzi wokół mnie. Było ich sporo: klęczących na klęcznikach, zwyczajnie siedzących, wychodzących, wchodzących, stojących i podziwiających jakiś obraz, po? sąg. I wszyscy wydawali się mali w porównaniu z tymi monumentalnymi kolumnami, tymi starymi sklepieniami. Czyli znów deprymujący efekt piramid. Znowu wpakowałam się w to samo. Natomiast potem (chociaż tak się tylko mówi: „potem”; wszystko ukazywało mi się albo kręciło w głowie symultanicznie) kościół zrobił na mnie traumatyczne wrażenie oddalenia – w takim sensie, że David, tu w środku, znów stawał się Mr Silverą albo Mr Bashevim, albo jak tam się nazywał, się nazywa, nazywałby się zawrotnie w przyszłości. Znów stawał się przeklętym szewcem z legendy. I choćby „informatorzy” Raimonda zrewidowali i poprawili niektóre szczegóły, choćby na początku była sprzeczność jedynie metod, jakieś rozbieżności między „kolegami”, to i tak mężczyźnie obok mnie „legenda” narzucała dalszy marsz bez odpoczynku aż do dnia Sądu Ostatecznego.

[…]

Ciepło jej dłoni przenika do ramienia Mr Silvery przez wyświecony tweedowy rękaw, a on odwzajemnia się drobnymi znakami akceptacji, wdzięczności, gdy od jednej do kolejnej stacji krzyżowej suną w imponujący głąb świątyni. Ale jest też w tym czułym cieple rodzaj współczucia, który trudniej jest mu zaakceptować. Z pewnością nie z powodu dumy. Taką samą niechęć Mr Silvera odczuwa do symboli odwagi, nie-strudzenia, heroicznej wytrwałości, które inni zechcieli mu przypisać. On sam nie tak widzi swój nomadyzm i swoją samotność. On nie rości sobie prawa do symbolizowania zwycięstw ani porażek, chwały ani upokorzeń – myśli, kiedy idą wzdłuż nawy w stronę przepięknej, połyskującej apoteozy w czerwieni i złocie, która dominuje w tle. I wydaje mu się, że ponownie słyszy głos bez emfazy, zdystansowany, stłumiony głos mężczyzny, którego gościem był pewnego wieczoru, w Rijnsburgu... Ale imponujące dźwięki organów wynurzają się teraz za ich plecami, toczą się burzliwie między ciemnymi kolumnami, wyginając się, uderzają o masywne mury, odbijają się majestatycznymi grupami od sklepień. Wy? daje się, że to sam głos wielkiego kościoła, zdolny pochłonąć każdy inny dźwięk, a pobożna kobieta, która jest z nim, ściska mu mocniej ramię, jakby chciała go pocieszyć, ochronić. Ach, uśmiecha się do niej miło Mr Silvera. Jakby chciał jej powiedzieć, że spośród wszystkich głosów brzmiących z głębi wieków i tysiącleci, jedynym, jaki jeszcze do niego dociera, jest głos Bezimiennego Kaznodziei? „Marność nad marnościami” – mówi Kaznodzieja – „marność nad marnościami... Ja, Kaznodzieja, syn Dawida, byłem królem w Jerozolimie i widziałem wszystkie dzieła, które mają miejsce pod słońcem. I proszę: wszystko to marność i rozczarowanie”.

[…]

She walks in beauty, like the night... Ach, Mr Silvera, jeszcze Byron! Jakby nie dość było czucia, że umieram, twoich piramid i niepomnej pani, rabina Schmelke i starego domu w Rijnsburgu... Nigdy więcej w żadnym miejscu na świecie nie zdarzy mi się być, kiedy niebo ciemnieje i smuga konstelacji zaczyna swój obieg, nigdy więcej nie będę mogła zobaczyć nocy inaczej niż jako magicznej figury, która idzie albo lirycznie kroczy w swym pięknie; nigdy więcej nie będę mogła pójść cała w klejnotach na przyjęcie, wyjść w szalu na taras, przechadzać się po plaży przy pełni księżyca, nie słysząc głosu z nutą melancholii, z nutą ironii Mr Silvery, który zrównuje mnie z tym pięknem. She walks in beauty...

[…]

Wynurzają się z powrotem z wiru, z płomiennej zapaści i dopiero wtedy zaczynają rozróżniać przez łodyżki na wpół opuszczonych rzęs biel po? duszki, a potem nawet haft o nieregularnym wzorze; a po chwili okazuje się, że ta biel jest szarawa i że haft jest źle wykonany. Poza tym widoczność zapewnia raczej słabe źródło światła po lewej stronie, w którego bez? pośrednim sąsiedztwie można za to rozróżnić muszlę – pustą, ale upstrzoną śladami papierosów. Trochę wyżej, na ścianie pokrytej tynkiem w nieokreślonym kolorze, coś między skórką od ziemniaka a przypieczonym chlebem, wykwita też gwóźdź, na którym nic nie wisi. Teraz można stwierdzić, że źródło światła składa się z małego abażuru, podtrzymywanego przez chromowany wspornik, stojący na trapezowatej półce z czarnego plastiku. Na dole damski but zostaje szybko zidentyfikowany, ale odłożony trochę dalej; dwuznaczna serpentyna, która połyskuje w cieniu, zdradza z opóźnieniem swoją naturę narzuty na łóżko z żółtej satyny, zdartej z impetem ze swojego miejsca i porzuconej niedbale na linoleum. Powoli, zmysłowo zaczynają nabierać kształtu leniwe spirale myśli, miękkie, intymne zakłopotania co do tego, kto jest kim, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz ty w tym jeszcze bardzo mocnym uścisku. Długa blizna znów staje się wyczuwalna, gdy tylko dłoń ją delikatnie muśnie. Grzbiet, cały tułów leży nieruchomo, zmęczony, żeby nie powiedzieć wy? czerpany, i wywołuje błogie i trochę pełne winy podsumowanie – w ciągu dwóch i pół dnia nieszczęśnik, zarówno po południu, jak i w nocy, i jeszcze teraz, musiał, a także chciał, zgoda...

[…]

Ale nie ma wdzięczności. Wzrok prześlizguje się, idzie dalej, błądzi za? smucony po salonie, zatrzymuje się w końcu na drzwiach windy. I minutę później księżniczka jest na górze w 346, a Oreste Nava zdmuchuje szary pył z fotela, zastanawiając się, co się stało. To tylko kłótnia czy ostateczne zerwanie? No chyba nie przyjeżdża mąż? Albo może odwrotnie, ona jest załamana, bo zdecydowała się powiedzieć wszystko mężowi i go zostawić. A może raczej chodzi tu o żonę, której on nie chce zostawić. Nie mówiąc o tym, że mógł odkryć, że już się nie kochają, albo zrezygnować, bo ich miłość nie miała przyszłości... Burzliwe hipotezy, dramatyczne dylematy. I udręki, zmartwienia, zazdrość, żale, wyrzuty sumienia... Paląc swoje cygaro, Oreste Nava z przymkniętymi oczami śledzi między dalekimi przepaściami echo skrytych niepokojów i wstydów, lodowatych lub pachnących oczekiwań przy murach miasta i mętnie wyczuwa, że i tak było warto, że to były prawdziwe uczucia, prawdziwe przygody, prawdziwe ryzyko. Że to było życie.

[…]

Wznosiło się ono tam, za Giardini, przy teraz zasypanym bagnie i Mr Silvera odszukuje z pewną precyzją słomę, jedyną lampę naftową, zapach człowieka, głos – ale nie słowa – Greka, który wyszedł z tego samego więzienia co on, a teraz leży obok niego. Odnajduje i odsuwa inne statki, angielski żaglowiec bez masztów, szereg bizantyjskich trirem, na które nakłada się we wspomnieniach rząd wagonów towarowych. Kopie na bok bukłak, zardzewiały hełm, oddala karawanę wielbłądów, usuwa komin, ciężarówkę Dodge, targ gdzieś na Ukrainie. Odsuwa intensywne, błyszczące oczy hinduskiej prostytutki. Odsuwa kolorowe welony, długie pobrzękujące naszyjniki i niesforne guziki cienkiego, miękkiego, czerwonego kozaka. Szuka na ciemnym strychu swojej pamięci mniej ciemnego kąta, aby złożyć w nim tę ostatnią pamiątkę: dwa malutkie chodaki z drewna i brokatu na bardzo wysokiej podeszwie, jak te, które wkładały dawne weneckie damy, aby wychodzić na ulicę. Ach, myśli. Ach, mamrocze Mr Silvera, patrząc, jak znikają latarnie Giardini, a potem oddalają się, gasną ostatnie światła Sant’Elena, Sant’Erasmo, Lido. Podczas gdy oddalają się także, daleko na nabrzeżu, chodaki shikse, która chciałaby, gdyby mogła, pójść z nim, podążać z nim aż do dnia Sądu Ostatecznego.

Carlo Fruttero, Franco Lucentini - Kochanek bez stałego adresu

Powieść obyczajowo-detektywistyczna włoskiego duetu literackiego, dziennikarskiego i redakcyjnego Fruttero i Lucentini umiejscawia akcję opowieści w Republice Włoskiej w sławetnym mieście dożów weneckich w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Znana i rzymska arystokratka zwana też przez miejscowych Principessą, będąca również znawczynią prawdziwej sztuki przede wszystkim zaś malarstwa włoskiego poznaje w Wenecji tajemniczego pilota wycieczek zagranicznych Pana Silverę, którego ostateczna tożsamość do samego końca pozostaje zagadkową, choć ze wskazaniem na pochodzenie żydowskie nawiązujące do spersonalizowanej legendy o Żydzie jako Wiecznym Tułaczu. Wszech-intensywność obustronnej relacji pomiędzy zawieszonymi w czasie kochankami doprowadza do cennego, a więc i demaskującego odkrycia w dziedzinie wielkiej sztuki, w którym to odkryciu uznawane za autentyczne dzieło Wielkiego Mistrza okazuje się zręcznym falsyfikatem. Powieść duetu pisarskiego przede wszystkim opisuje piękno romantycznej Wenecji, także jej burzliwą historię z pierwszym gettem żydowskim w Europie oraz niebezpiecznym weń życiem publicznym nacechowanym potęgą morską i kolonialną prężnego państwa kupieckiego. Co ciekawe kluczy w warstwie metaforycznej właśnie wokół idei ciekawości osobowościowej jako swoistej przynęty dla rozbudzania w sobie nawzajem fascynacji emocjonalno-intelektualnej.     



powrót ››