Blog

 

01.08.2019

Sapiens. Od zwierząt do bogów

[…]

szczęście jest rodzajem subiektywnego wrażenia (przyjemności bądź sensu) i że aby ocenić czyjeś szczęście, wystarczy zapytać daną osobę, jak się czuje. Dla wielu z nas taki sposób wydaje się logiczny, ponieważ religią panującą naszych czasów jest liberalizm. Liberalizm uświęca subiektywne uczucia jednostek i poczytuje je za najwyższe źródło pewności i uzasadnienia. Co jest dobre, a co złe, co jest piękne, a co brzydkie, co być powinno, a co nie — wszystko to warunkowane jest przez to, co każdy z nas czuje.

Liberalna polityka opiera się na przekonaniu, że wyborcy wiedzą najlepiej i że nie potrzeba żadnego Wielkiego Brata [nawiązanie do orwellowskiej pseudo-postaci z powieści „Rok 1984” – przyp. aut.] mówiącego nam, co jest dla nas dobre. Liberalna ekonomia opiera się na przekonaniu, że klient ma zawsze rację. Liberalna sztuka twierdzi, że nie to ładne, co ładne, ale co się komu podoba. W uczniach i słuchaczach liberalnych szkół i uniwersytetów kształtuje się umiejętność samodzielnego myślenia. „Nie gadaj, tylko rób”, zachęcają nas reklamy. Filmy akcji, przedstawienia teatralne, opery mydlane, powieści i chwytliwe piosenki pop nieustannie nas indoktrynują: „Bądź wierny sobie”, „Słuchaj siebie”, „Idź za głosem serca”. Klasycznym podsumowaniem tego poglądu jest maksyma Jean-Jacquesa Rousseau: „Co zdaje mi się dobrym — jest dobre. Co zdaje mi się złym — jest złe”.

Ludzie, którzy od kołyski wychowują się na takich sloganach, łatwo dochodzą do przekonania, że szczęście to uczucie subiektywne i że każda jednostka najlepiej wie, czy jest szczęśliwa, czy nie. Pogląd ten jest jednak ograniczony do liberalizmu. Na przestrzeni dziejów większość religii i ideologii twierdziła, że istnieją obiektywne miary dobra, piękna i pożądanego stanu rzeczy, a do uczuć i preferencji zwyczajnego śmiertelnika odnosiła się podejrzliwie. Przy wejściu do świątyni Apollina w Delfach pielgrzymów witała taka oto inskrypcja: „Poznaj samego siebie”. Sugerowała ona, że przeciętny zjadacz chleba tak naprawdę nic o sobie nie wie i dlatego nie wie, na czym polega prawdziwe szczęście. Freud zapewne zgodziłby się z tym twierdzeniem [że pod płaszczykiem tej sakramentalnej niewiedzy kryją się zawistne popędy autodestrukcyjne u człowieka – przyp. aut.]

[…]

Buddyzm utrzymuje, że szczęście nie jest ani subiektywnym doznaniem przyjemności, ani subiektywnym poczuciem sensu życia — szczęście jest raczej wolnością od pogoni za subiektywnymi odczuciami. Według nauki buddyjskiej większość ludzi przywiązuje olbrzymią wagę do swoich uczuć, uznając przyjemne doznania za szczęście, a doznania nieprzyjemne za cierpienie. Z tego powodu ludzie pragną doświadczać kolejnych doznań przyjemnych i unikać uczuć nieprzyjemnych. Grubo się jednak mylą. Prawda jest taka, że nasze subiektywne odczucia pozbawione są jakiejkolwiek istoty czy też znaczenia. Są tylko ulotnymi wibracjami, nieustannie się zmieniającymi niczym fale oceanu. Bez względu na to, czy doznajemy przyjemności, czy bólu, czy czujemy, że nasze życie jest pozbawioną sensu farsą, czy też kosmicznym dramatem przesyconym ponadczasowym znaczeniem — wszystkie nasze odczucia są tylko ulotnymi wibracjami.

Kiedy tym przepływającym przez nas falom przypisujemy nadmierne znaczenie, stajemy się bez reszty nimi pochłonięci, a nasz umysł popada w niepokój i niezadowolenie. Za każdym razem, kiedy odczuwamy przykre doznania, cierpimy. A nawet kiedy odczuwamy przyjemność, nasz umysł jest niezadowolony, ponieważ pragnie, by owo przyjemne uczucie potęgowało się, albo obawia się, że zniknie. Pogoń za tymi subiektywnymi doznaniami jest męcząca i pozbawiona sensu i oddaje nas we władzę szalonego tyrana. Źródłem cierpienia nie jest uczucie bólu, smutku czy nawet bezsensu — jest nim raczej pogoń za subiektywnymi doznaniami, która sprawia, że znajdujemy się w stanie ciągłego napięcia, zagubienia i frustracji.

[…]

Wyobraźmy sobie człowieka, który od wielu lat stoi nad brzegiem morza, łapiąc pewne „dobre” [przyjemnie liżące stopy – przyp. aut.] fale i starając się nie dopuścić do ich rozpadu, jednocześnie odpychając od siebie „złe” [zimne jak tępy dotyk – przyp. aut.] fale, aby nie znaleźć się w zasięgu ich oddziaływania. Dzień w dzień mężczyzna ów stoi na plaży, doprowadzając się na skraj obłędu tą Syzyfową pracą. W końcu przysiada na piasku i po prostu pozwala, by fale swobodnie przypływały i odpływały. W końcu odnalazł spokój!

[…]

Niestety, panowanie homo sapiens na Ziemi jak dotąd nie przyniosło niczego, z czego moglibyśmy być dumni. Podporządkowywaliśmy sobie otoczenie, zwiększaliśmy produkcję żywności, budowaliśmy miasta, ustanawialiśmy imperia, tworzyliśmy dalekosiężne sieci handlu. Czy zmniejszyliśmy jednak skalę cierpienia na świecie? Ogromne przybory mocy sprawczej rodzaju ludzkiego niekoniecznie poprawiały byt jego poszczególnych [zabiedzonych – przyp. aut.] przedstawicieli i przeważnie przynosiły innym zwierzętom ogrom [niewyobrażalnych – przyp. aut.] cierpień.

Na przestrzeni ostatnich kilku dekad osiągnęliśmy w końcu realny postęp pod względem warunków bytowych człowieka, ograniczając głód, choroby i wojny [doprawdy? – przyp. aut.]. Niemniej jednak położenie innych zwierząt pogarsza się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, a poprawa losu ludzkości jest zbyt świeża i krucha, by można było mieć co do niej jakąś [nawet względną – przyp. aut.] pewność.

Co więcej, pomimo niezwykłych zdolności, jakimi rozporządza człowiek, wciąż nie wiemy, jakie są nasze cele i wydajemy się nie mniej sfrustrowani jak wcześniej. Przesiedliśmy się z dłubanek na żaglowce, z żaglowców na parostatki, z parostatków na promy kosmiczne, lecz nikt nie wie, dokąd zmierzamy. Dysponujemy niespotykaną dotąd potęgą, ale nie mamy pojęcia, co z nią zrobić. Co gorsza, wydaje się, że ludzie są bardziej nieodpowiedzialni niż kiedykolwiek wcześniej. Własnym przemysłem wybiwszy się na bogów, kierujemy się wyłącznie swoją wolą [„swoją” – przyp. aut.]. W rezultacie siejemy spustoszenie pośród naszych zwierzęcych kuzynów i w otaczającym nas eko-systemie, poszukując jedynie własnej wygody i przyjemności, lecz nigdy nie znajdując [w niej ostatecznej – przyp. aut.] satysfakcji.

Czy jest coś bardziej niebezpiecznego [między nami – przyp. aut.] niż niezadowoleni i nieodpowiedzialni bogowie, którzy [sami w pogłębiającym się osamotnieniu - jeden obok drugiego – przyp. aut.] nie wiedzą, czego chcą?

 

Yuval Noah Harari, Sapiens. Od zwierząt do bogów, Rozdział XIX i Posłowie



powrót ››