Blog

 

07.07.2019

Blady król cz.1

[…]

Sen: widziałem rzędy twarzy w skróconej perspektywie, nad którymi blade emocje pełgały jak światło odległego ogniska. Spokojna beznadziejność dorosłości. Złożony żal. Jedna czy dwie, te najbardziej żywe, wyglądały lepiej w swej nijakości. Na wielu innych nie gościł żaden wyraz, jak na twarzach z monet. Z brzegu [snu – mój dopisek] pracownicy biurowi uwijali się przy niekończących się drobnych czynnościach związanych z wysyłką poczty, przy układaniu w skoroszyty, sortowaniu, a twarze mieli beznamiętnie ptasie, pełne bezrozumnej energii, jaką można obserwować u owadów, roślin, ornitofauny. Sen sprawiał wrażenie trwającego długie godziny, jednak po przebudzeniu ręce Supermana (ten zegar dostałem w prezencie) były w tej samej pozycji co poprzednio, gdy sprawdzałem.

[…]

W toku psychoterapii po zajściu z moim własnym synem dokonałem swobodnego skojarzenia z moją prezentacją na lekcji poświęconej Ważnym Książkom, o Achillesie i Hektorze, w jedenastej klasie – i przypomniałem sobie, jak wówczas jasno sobie uzmysłowiłem, że moja rodzina to Achilles, mój brat to tarcza Achillesa, a ja to pięta rodziny, ta jej część, którą moja mama mocno ściskała, pozbawiając boskiej mocy, oraz że to rozpoznanie pojawiło się w trakcie mojej prezentacji i zniknęło tak szybko, że nie zdążyłem go zatrzymać, choć przez długi czas w okresie dojrzewania i wczesnej dorosłości myślałem o sobie w kategoriach pięty czy nogi – kiedy przyganiałem sobie w duchu, miało to postać nazywania siebie samego nogą, a poza tym rzeczywiście stopy, buty, skarpetki i kostki innych ludzi jako pierwsze zwracały moją uwagę w ich postaciach. Mój ojciec natomiast był tym pokonanym, acz nieugiętym wojownikiem [jako szeregowy pracownik municypalny – przyp. aut.], ścieranym na proch każdego dnia w batalii, której bezcelowość stanowiła część jej wyniszczającej mocy. Umiejscowienie mojej matki w ciele i rynsztunku Achillesa pozostaje niejasne [choć nazwanie jej włócznią wciąż pozostaje zbyt lapidarne w swej prostocie jako dookreślenie – przyp. aut.]

[…]

Ci młodzi mężczyźni okazywali się najgorsi, niektórzy byli prawdziwymi służbistami, przygnębionymi i zgorzkniałymi, ponieważ idealizm, który ich do nas przywiódł, nie miał najmniejszych szans w starciu ze skamieniałą biurokracją Systemu Oświaty w Columbus ani z ospałą bezwolnością dzieci, które pragnęli zainspirować (czytaj: zindoktrynować) miękkim liberalizmem (słowo „pokój” odmieniali przez wszystkie przypadki), którego skuteczne zaszczepienie byłoby tylko repliką i pomnikiem wzniesionym ich własnej postawie; dzieci, które tymczasem siedziały pogrążone w sobie i instytucjonalnej nudzie, której nie potrafiły nazwać, ale która do cna zdążyła zatruć ich dusze.

David Foster Wallace, Blady król 



powrót ››