Blog

 

07.11.2019

Mag cz.1

[…]

- Żaden człowiek nie jest wyspą.
- Pff... Bzdura. Każdy z nas jest wyspą. Gdyby tak nie było, od razu byśmy oszaleli. Między wyspami krążą statki, samoloty, istnieją telefony i telegraf - co sobie życzysz. Ale wszyscy pozostajemy wyspami, które mogą zostać zatopione, zniknąć. Jesteś wysepką, która nie została zatopiona. Więc nie masz prawa być aż takim pesymistą. To niemożliwe.
- Mnie wydaje się możliwe.
- Proszę za mną. - Wstał, tak jakby liczyła się każda minuta. - Pokażę ci najgłębszą tajemnicę życia. Proszę za mną. - Szybkim krokiem ruszył w stronę kolumnady. Poszedłem za nim na górę. Wypchnął mnie na taras,
- Proszę usiąść przy stole. Tyłem do słońca.
Po minucie pojawił się niosąc jakiś ciężki przedmiot owinięty w biały ręcznik. Ustawił go uważnie na środku stołu. Chwilę stał tak, upewnił się, czy patrzę i zdjął zasłonę. Była to kamienna głowa, trudno powiedzieć, mężczyzny czy kobiety. Nie miała nosa. Włosy były w siatce. Ale siła wyrazu polegała na uśmiechu. Triumfalnym uśmiechu, który mógłby się wydać wyrazem zadowolenia z siebie, gdyby nie był tak pełny najczystszej metafizycznej pogody ducha. Oczy były z lekka orientalne, długie, i kiedy Conchis [literacki Mag – przyp. aut.] zakrył ręką usta, widać było, że i te oczy się uśmiechają. Usta były pięknie wykrojone, bezkreśnie mądre i bezkreśnie uśmiechnięte.
- W tym tkwi prawda. Nie w sierpie i w młocie. Nie w gwiazdach i paskach. Nie w krzyżu. Ani w słońcu. Ani w złocie. Nie w Yin i Yang [taoistyczna symbolika pełni człowieczeństwa – pierwiastek męski i żeński w człowieku – przyp. aut.]. Ale w tym uśmiechu.
- W tym uśmiechu jest coś nieubłaganego.
- Nieubłaganego? - Conchis stanął za moim krzesłem i patrzył ponad moją głową. - Prawda. Prawda jest nieubłagana. Ale nie znaczenie prawdy.
- To dlatego, że oni umarli, my wiemy, że żyjemy. Wiemy, że ten świat istnieje, gdyż przy wybuchu gwiazdy giną tysiące takich światów. To oznacza ten uśmiech: że istnieje coś, co mogłoby nie istnieć. - Potem dodał: - Kiedy będę umierał, chciałbym, aby ta głowa stała obok mojego łoża. Chciałbym, aby była ostatnią ludzką twarzą, na którą spojrzę. 

[…]

Jednak w którymś momencie nawiedziło mnie [Nicolasa Ufe - główny bohater tejże powieści, angielski nauczyciel pracujący w Grecji – przyp. aut.] dość dziwne uczucie, wywołane pewnie wczesną godziną, absolutną samotnością i niedawnymi wydarzeniami: czułem, fizycznie czułem, jak to jest być równocześnie kimś młodym i odwiecznym, czułem się jak Ulisses w drodze do Circe, jak Tezeusz udający się na Kretę, jak Edyp szukający swego przeznaczenia [przywoływane postacie homeryckie i mitologiczne – są jak paralele dla stanów emocjonalnych – przyp. aut.]. Nie potrafię tego opisać. Uczucie to nie miało nic wspólnego z literaturą, składały się na nie podniecenie, egzaltacja, świadomość, że wszystko może się zdarzyć. Jakby w ciągu tych ostatnich trzech dni świat powstał na nowo i to wyłącznie dla mnie.

[…]

Był cudowny wieczór, ta typowa dla Grecji nieskończoność nieba roztopiona w zmierzchającym świetle. Góry były szare jak perski kot, a niebo wyglądało jak ogromny nieoszlifowany żółty diament. Przypomniałem sobie podobny zachód słońca we wsi, kiedy to wszyscy siedzący przed tawernami mężczyźni odwrócili głowy w stronę zachodu, zupełnie jakby siedzieli w kinie, a to wymowne niebo było ekranem.

[…]

Powiem ci jedno. Na twoje pytanie istnieje tylko jedna odpowiedź. I udzieliłem ci jej podczas pierwszej wizyty. Powodem, dlaczego coś istnieje, ty, ja, bogowie, jest przypadek. Nic innego tylko czysty przypadek.

[…]

Nie był to list. Króciutki cytat łaciński. Nigdy nie udało mi się dociec, skąd pochodzi. Brzmi z grecka. Myślę, że jest to tekst joński lub aleksandryjski [czyli nieco późniejszy azali hellenistyczny – przyp. aut.]; Utram bibis? Aquam an undam? Co pijesz? Wodę czy falę?

[…]

Ten, kto się chowa, musi mieć kogoś, kto go szuka. Na tym polega zabawa. A ten, kto szuka, nie powinien być zbyt bezwzględny. Ani zbyt spostrzegawczy.

[…]

[dialog Conchisa-Maga z nauczycielem Nicolasem Ufe – przyp. aut.]

- Czy pańska broszura znalazła oddźwięk? [pyta Nicolas Conchisa – przyp. aut.]
- Napisało do mnie wiele osób. Oczywiście nie te, o które mi chodziło. 
- A naukowcy nie?
- Nie.
- Mówił pan, że ma pan dowody.
- Miałem. Ale niełatwe do przekazania. A potem doszedłem do wniosku, że może to i lepiej, iż można je przekazać tylko niewielu ludziom.
- Wybranym przez pana.
- Wybranym przeze mnie. W tajemnicy mieści się pewien ładunek energii. Ktokolwiek szuka, z tej energii korzysta. Wyjaśniając tajemnicę pozbawia się jedynie innych szukających... - podkreślił specjalne znaczenie, jakie miało dla mnie to słowo - ważnego źródła energii.
- Zatem nie chodzi o postęp nauki?
- Oczywiście, że chodzi. Ale problemy techniczne zawsze się w końcu da rozwiązać. A ja mówię o zdrowiu psychicznym gatunku ludzkiego. Ludziom potrzeba zagadek. A nie ich rozwiązania.

[…]

[wrażenia Nicolasa Ufe podczas seansu hipnotycznego zadanego przez Conchisa-Maga – przyp. aut.] 
Nagle ogarnęło mnie dziwne uczucie, że nie patrzę w górę, ale w przestrzeń, w dół, jakbym zaglądał do studni. Potem przestałem być sobą, istniała tylko gwiazda, nie zbliżyła się, ale robiła wrażenie oglądanej przez teleskop, widziałem ją nie jako jedną z gwiazd, ale jedyną, unoszącą się na błękitnoczarnym skrawku przestrzeni, w pustce. Dokładnie pamiętam to uczucie, ten zupełnie nowy obraz gwiazdy - kulki białego światła, wytwarzającej wokoło pustkę, potrzebującej pustki, miałem równocześnie uczucie, że ja jako ja istnieję zawieszony właśnie w tej czarnej pustce. Ja patrzyłem na gwiazdę, a gwiazda patrzyła na mnie. Jakbyśmy się oboje znajdowali na dwóch szalach wagi i ciężar żadnego z nas - o ile może być mowa o ciężarze - nie przeważał w żadną stronę. Trwało to i trwało, sam nie wiem, jak długo, dwie odrębne jednostki zawieszone w pustce, pozbawione uczuć i myśli. Przestały dla mnie istnieć piękno, moralność, boskość, wiedza; jedynym doznaniem była obecność gwiazdy i pustki. Doznaniem wręcz zwierzęcym. […] Wiedziałem, że słowa stanowią kajdany, które nie pozwalają mi ruszyć z miejsca, przypominają mury, ale mury nie pozbawione otworów. Przez nie docierała do mnie rzeczywistość, ale ja nie mogłem przedostać się przez mur, aby w niej w pełni zaistnieć. Ale jest to już późniejsza interpretacja uczuć, które starałem się zapamiętać; nie należy bowiem zapominać, że sam fakt opisu fałszuje opis. Miałem wrażenie, że właśnie ta rzeczywistość jest rzeczywistością najistotniejszą i że mi to sama oznajmia językiem uniwersalizmu; żadnych złudzeń, że obcuję z boskością, że staję się cząstką wielkiej braterskiej społeczności ludzi, nic z tego, czego oczekiwałem przed poddaniem się hipnozie. Nic z panteizmu, nic z humanizmu. Coś znacznie większego i znacznie bardziej skomplikowanego. Uczucie, że rzeczywistość jest nie kończącym się wzajemnym oddziaływaniem. Nie ma dobra i zła, piękna i brzydoty. Sympatii i niechęci. Tylko wzajemne oddziaływanie. Bezkresna samotność jednostki, jej całkowite odosobnienie wydawały się tym samym, co wzajemne oddziaływanie wszystkiego i wszystkich na wszystko i wszystkich. Przeciwieństwa wydawały się jednością, tak bardzo były sobie nawzajem potrzebne. Wszystko było zarazem i nieważne, i niezbędne. Zrozumiałem nagle, tak jakby zrozumienie to nastąpiło za pomocą nie znanego mi dotąd zmysłu, że naprawdę istnieje inność. […] Wydaje mi się, że znów przez chwilę widziałem gwiazdę, gwiazdę taką, jaka naprawdę widniała na firmamencie nad moją głową, ale teraz i była, i stawała się zarazem. Zupełnie jakbym wyszedł jakimiś drzwiami, okrążył dookoła świat i znów wrócił drzwiami - tymi samymi, ale równocześnie innymi.

[…]

Któregoś dnia mówił coś o “nieznanym” jako ważnym czynniku motywacyjnym w całej ludzkiej egzystencji. Chodziło mu o to, że nie wierny, dlaczego przyszliśmy na świat. Dlaczego istniejemy. Dlaczego śmierć? I czy istnieje życie pośmiertne.

[…]

Henrik [postać szalonego Norwega z opowieści Conchisa o swym życiu w młodości – przyp. aut.] był jansenistą [odłam i sekta w kościele katolickim i protestanckim – przyp. aut.], wierzył w Boga okrutnego. Uważał się za wybrańca; Bóg wybrał go, by karać i nękać. Całą młodość harował na drugorzędnych statkach w paskudnym klimacie tylko po to, żeby jego nagroda - raj - została mu odebrana, ledwie zaczął się nią rozkoszować. Nie mógł pogodzić się z tą obiektywną prawdą, że losem rządzi przypadek, że nic wbrew pozorom nie jest umyślną niesprawiedliwością. I nurtowała go ta rzekoma niesprawiedliwość Boga. Nie zgodził się wyjechać do szpitala, by leczyć oczy. Z braku oliwy obiektywności rozżarzona dusza wypalała samą siebie i wypalała jego. Nie zamieszkał w Seidevarre [miejscowość w dalekiej Norwegii – przyp. aut.] po to, by oddawać się medytacjom, lecz po to, by nienawidzić. […] Do tego momentu mój stosunek do życia był, jak mogliście zauważyć, racjonalny i naukowy. Moje podejście do psychiki człowieka było podejściem ornitologa. Myślałem kategoriami gatunków, typowych zachowań, obserwacji. I po raz pierwszy w życiu poczułem, że to nie wystarcza. Zobaczyłem, iż obserwowany przeze mnie człowiek przeżywa coś, czego ani rozum, ani nauka nie są w stanie wytłumaczyć. I pojąłem, że i rozum, i nauka pozostaną ułomne, póki nie potrafią wyjaśnić, co dzieje się w umyśle Henrika. Wiedziałem, że Henrik widzi nad wodą słup ognisty, wiedziałem, że tego ognistego słupa tam nie ma, istnieje on zatem tylko w umyśle Henrika. Ale nagle wszelkie nasze racjonalne rozumowania, wywody i formułki wydały mi się siecią o dużych okach. Ten pasywny potwór - rzeczywistość - przestał być czymś martwym, poddającym się łatwo wszelkim naszym manipulacjom. Nabrał nowego wigoru, otworzyły się nowe możliwości. Rzeczywistość wymykała się z sieci. Możliwe, że między Henrikiem i mną zaistniał telepatyczny kontakt. Nie wiem. 

John Fowles, Mag



powrót ››