Blog

 

15.08.2019

Nowy słodki styl cz.1

[…]

To nie było wspomnienie. Tamta zimowa chwila po prostu wróciła do niego pośrodku Times Square. Niepostrzeżenie znalazł się nagle w czyśćcu, jakby poza czasem. Zniknął korowód nie kończącego się oszukaństwa, mknących obok, z przeszłości w przyszłość, mgnień. Przypomniał mu się nagrobny napis na cmentarzu w Pieriediełkinie: „I zatopiły nas fale czasu, i jako mgnienie był nasz los”. Czas nie może nas zatopić, czasu nie ma, jeśli nie ma nas. Zatapia nas co innego. Tamto nieoczekiwane mgnienie z dzieciństwa - to nie mgnienie. Zdaje się, że balansuję w jakimś krańcowym punkcie. Jeszcze jedno niemgnienie i naprawdę znajdę się poza czasem. Jeśli jeszcze w nim jestem, to w każdym razie czas drgnął.

[…]

Wszystko, co nie jest dramaturgią, ginie w chaosie. A nawet i dramaturgia, zachwiawszy się nieco, ginie w chaosie. „Fale czasu” nic do tego nie mają. Poza nami nie istnieje żaden czas. Wytrząsamy się ze swojej skóry i wszelki czas się kończy. I przeszłość, i teraźniejszość, i przyszłość. W ogóle ten ruch do przodu - to czysta fikcja. Ruch właściwie odbywa się wspak. Przyszłe mgnienie momentalnie staje się przeszłością. Wszystkie mgnienia bez wyjątku: i szmer listowia poruszanego atlantycką bryzą, i spadająca woda, i nieruchomość kamiennego orła, i wygrzebywanie poziomki z pucharka z lodami, i piosenka Duppertata [dyrektor amerykańskiego domu towarowego Stanley ’a Korbacha – przyp. aut.] - wszystko z przyszłości zmienia się w przeszłość. Mówi się, że jesteśmy zakładnikami wieczności, w niewoli czasu. Nie, jesteśmy w niewoli czegoś innego.

[…]

Goethe po późnym wybuchu libido oddał ludzkie ciało Mefistofelesowi. Mefistofeles kupuje duszę, mając na uwadze tylko jedno - odłączenie jej od ciała. Dusza nie jest mu do niczego potrzebna, chce władać ludzkim ciałem, na tym najwyraźniej polega sens grzechu pierworodnego. Inny filozof zresztą powie, że ciało - to naczynie, które mimo wszystko zamieszkuje dusza, a zatem i ono jest święte. Czy istnieją dusze ze skazą, czy też jest ona z założenia nieskazitelna? A skrzywienie osobowości, czy jego istota polega tylko na starciu ciała z diabłem? Czy nieskazitelność nie uchyla samego pojęcia osobowości? Bezosobowa nieskazitelność wydaje nam się stąd, z ziemskiego padołu, nudna. A może po prostu cofamy się przed niedoścignionym? Przypomnijmy sobie strofy Nieba signore Dantego Alighieri, to nieustające lśnienie radości, nudę w porównaniu z mękami Piekła czy surowością Czyśćca. Modulacje blasku na twarzy Beatrycze mówią wyłącznie o Miłości, ale świat miłości niebiańskiej jest dla człowieka znacznie bardziej niedosiężny niż męki Piekła, gdyż nie ma związku z ciałem. W trzeciej, najbardziej niewiarygodnej księdze Dante nieustannie powtarza: nie pojąć, nie dosięgnąć.

[…]

Dziwne wrażenie niecałkowitej realności. Rozciągnięte mgnienie, o ile istnieje takie pojęcie jak rozciągnięte mgnienie, o ile nie jest ono ciągiem nierozciągniętych mgnień. I czy w ogóle istnieją w przestrzeni jakieś mgnienia, migi, oprócz seryjnych MIG-ów radzieckich sił powietrznych? O co tu chodzi, zwrócił się z pytaniem do swojego chronotopu, w tym momencie jednak znowu wszystko pozaczepiało się o siebie nawzajem i powróciło. Macie więc i cud ziszczony, chwilową restaurację Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej jako politycznej i antropologicznej całości.

[…]

No i pięknie, myślał Aleksander, bez końca włócząc się nad oceanem, od Venice do Pacific Palisades i z powrotem, zostanę sam ze swoim żargonem, jak Owidiusz został ze swoim rzymskim żargonem w krainie Daków. Pewnie i on tak się włóczył nad Morzem Czarnym, a Elegie zaczynały wylatywać mu z uszu w postaci kwiatów i ptaków, i różnobarwnego pyłu, który ulatywał z wiatrem, niestety, nie do miłego sercu i członkowi Rzymu, a w przeciwną stronę, przez Pont, do Kolchidy, do Mescheti, ginąc, zdawałoby się, a w rzeczywistości śpiesząc zapłodnić po tysiącu lat kącik miłości carycy Tamar […]

Od Owidiusza różnię się, być może, tylko tym, że nie stać mnie już na tworzenie płodów, płodzenie twórczości. Co do reszty jesteśmy dość podobni. Jego wygnano w step za Sztukę kochania, mnie na brzeg oceanu za sztukę śmiechu, ale czyż jakakolwiek miłość jest w stanie obejść się bez błazeństwa?

Błazeństwo pomoże nam obu wyleczyć się z przeszłości, powie pan, przyjacielu, ale dlaczego pan tak żałośnie wzdycha, jajogłowy? Nosimy niemal jednakowe obuwie, Publiuszu Nazonie, tyle że pan omotuje rzemyk wokół goleni, a ja wsuwam tylko w pętlę sandałów wielki palec z kruszącym się archeologicznym paznokciem. Zazdroszczę panu chitonu, trzepoce na wietrze, pozwala oddychać całemu ciału, pańskie jaja zażywają świeżego powietrza, podczas gdy moje są ściśnięte szortami. Okazuje się, że pan, czołowy błazen imperium, protoplasta „nowego słodkiego stylu” na tysiąc dwieście lat przed jego narodzinami, nie był we właściwym miejscu. August nie dorósł do rozumienia Metamorfoz ani Saturnaliów, bo nie czytał Bachtina. Wiedział, jak człowiek zmienia się w imperatora czy w trupa, ale nie potrafił dostrzec, jak Jowisz obraca się w byka, a następnie w triumfalny gwiazdozbiór. Mimo wszystko jednak czuł swoim imperatorskim nosem, że sarkazm znamionuje upadek jednej cywilizacji, a górnolotność zwiastuje narodziny drugiej. Może dlatego Dante, tak szczelnie obciągnięty u dołu wełnianymi rajstopami, wybrał na przewodnika nie pana, a Wergiliusza. Proszę mi wybaczyć brak skromności, ale mnie bardziej odpowiadałby pan, choć marzyłem kiedyś o Promieniowaniu Beatrycze. Tysiąckrotnie przepraszam, ale nawet pod pańskim przewodnictwem nie zdołam wyrwać się z tego zaoceanicznego czyśćca, tak samo jak i pan nie zdoła wyrwać się z krainy Daków, pomimo żałosnych listów słanych do Augusta.

[…]

Czy wczoraj tylko mi się tak wydawało, czy naprawdę w pewnej chwili zniknął mój cień? Duchy odróżniały Dantego od siebie, kiedy widziały, że rzuca cień. Na tym świecie jednak każdy rzuca cień. Pedał, który wlókł się za mną po plaży, rzucał całkiem długi. Ale Ameryka nie jest mimo wszystko oryginalnym czyśćcem, to tylko parafraza. Tutaj, być może, jedynie ja nie rzucam cienia. W panice włączał lampkę i dłońmi rzucał na ścianę poruszający się cień koguta.

[…]

Zamknął oczy i wyłączył się, a kiedy znów je otworzył, ujrzał majestatyczne formacje obłoków na tle połyskującego miedzią horyzontu Oceanu Spokojnego. Wszystko to razem tworzyło obraz jego wczesnopionierskiego dzieciństwa. Obłoki imitowały grzebień Himalajów i wzywały na śnieżne przełęcze, za którymi czekały młodego leninowca zapierające dech przygody. Słońce opadało już po trajektorii, a im niżej schodziło, tym dramatyczniejszy był front obłoków i tym bardziej doroślał obserwator, rozparty na tarasie hotelu Cadillac. Głęboki błękit z ognistą obwódką to wczesna młodość Saszy, wzywająca na wyprawę po zachodnią „bonanzę”. Nastoletnia młodość przechodziła stopniowo w dojrzałą, o czym wymownie świadczyły grupy obłoków, akumulujące liliową erotykę. Słońce wykonało swój nieprawdopodobny trick i dotknęło linii morskiego horyzontu. Przed oczami Korbacha zmaterializowała się obecnie gorączka jego karnawału. Cała atmosfera przesycona była „nowym słodkim stylem”, który co chwilę słał świeżo odbite obrazki na butelkową zieleń nieba - rozpierzchłe stadko wielbłądziąt, eskadra bałtyckich żaglowców, wir masek tańczących wokół fontanny. Niestety, niedługo to trwało. Wielbłądzięta szybko zmieniły się w czeredę dziwacznych mieszańców, w dwugłowe i trójuche króliczęta, w podobny do ogona nos krokodyla, w gromadkę odrażających grzybków, w przewrócony pomnik Lenina o rozrosłym zadzie, we wszystkie te oznaki kryzysu wieku średniego, uzupełnione o gnilne piętna sekrecji. Zmierzch gęstniał, łupież wczesnych gwiazd obwieszczał zakończenie koncertu. Ostatni szmaragdowy promień zalśnił niby słowo „koniec” w podrzędnym filmie. Nadchodziła „cicha noc”, ale to było już z innej, bezpowietrznej opery.

[…]

cicho rozmawiali na przykład o różnicy między Egiptem a cywilizacją Mezopotamii. Sumeryjska i egipska koncepcja życia pozagrobowego różniły się od siebie tak rażąco, jak spokojny bieg Nilu z jego dokładnie odmierzanymi wylewami różnił się od chaotycznych, mętnych nurtów Tygrysu i Eufratu. Egipcjanie pośród swoich majestatycznych kamiennych budowli, jak gdyby odnaleźli już harmonię życia wiecznego. Asyryjczycy i Babilończycy w ulepionych z gliny domach, parokrotnie unicestwianych w ciągu życia jednego pokolenia przez nieprzewidywalne wylewy, wierzyli raczej w piekło niż w raj. Danny [mąż Nory, nowej amerykańskiej miłości naszego bohatera Aleksandra Korbacha – przyp. aut.] mówił o Gilgameszu tak, jakby znał go osobiście. Mówił o kosmicznym sensie archeologii. Idąc do ziemi, ludzkość staje się zbiorem obiektów kosmicznych.

[…]

- Według Fiodorowa [rosyjski filozof prawosławny – przyp. aut.] – powiedział - Bóg Wszechmogący oczekuje od każdego pokolenia żywych, czyli od „dzieci powietrza”, że będzie pracować na rzecz wskrzeszenia wszystkich martwych, czyli przywrócenia siłami nauki i technologii obiektów kosmicznych i ezoterycznych do życia. Jego główna idea to przezwyciężenie wrogości przyrody poprzez wskrzeszenie przodków. Rozgwieżdżone niebo mówi nam o oddalonych światach, ale jeszcze więcej mówi nam ono o wielkim poszukiwaniu „ojców” przez łaskę Bożą. […] Za początek sztuki Fiodorow uznaje modlitwę, co uważam za bezsporne, jeśli i taniec uznamy za modlitwę. Potem jednak w jego rozważania nie wiadomo, dlaczego wchodzi ideologia, a nawet coś w rodzaju bieżącej polityki. Fiodorow dzieli sztukę na „teoantropourgiczną” i „antropourgiczną”. Pierwsza polega na odkryciu Boga poprzez wertykalną, modlitewną pozycję i wyraża się w tworzeniu pomnika umarłemu. Druga - to sztuka świecka, z jednej strony budząca lęk, z drugiej - przyciągająca uczuciowo. Modlitwę zastępuje tu wystawa. […] Sztuka ma jeszcze jeden ważny cel. Skierowana jest przeciwko głównemu niebezpieczeństwu, które zagraża nie ze strony przyrody, a czasu. Całkowite unicestwienie jest spowodowane przez bieg chwil, a sztuka usiłuje odwrócić go, uchwycić to, czego uchwycić się nie da. Przed powstaniem sztuki wszystko waliło się w otchłań, teraz wydaje się czasem, że przynajmniej coś niecoś zostaje. Być może właśnie tak przejawia się Duch Święty.

Wasilij Aksionow, Nowy słodki styl



powrót ››