16.11.2019

[…]
Bo wiesz, ludzie teatru poza sceną są zwykle dość niemądrzy i powierzchowni. A Maurice [Conchis, czyli książkowy Mag – przyp. aut.] ... […] że jego jedyną pasją jest wiedzieć i rozumieć, że marzy o tym, żeby rozszerzyć granice ludzkiego poznania... Udowodnić pewne teoretyczne założenie. Że nasza wiedza zakłóciłaby przebieg eksperymentu. Znów powtarzam dosłownie. I przytoczył mnóstwo analogicznych przypadków. Mówił, że w pewnym sensie będzie to przeniesienie w inny wymiar metody Stanisławskiego [Konstantina, rosyjskiego także teoretyka teatralnego – przyp. aut.]. Improwizacja rzeczywistości, bardziej realnej niż rzeczywistość. Miałeś być kimś, kto idzie za tajemniczym głosem, kilkoma głosami, przez las alternatywnych możliwości - które same nie wiedzą..., bo to my nimi jesteśmy... na czym polega alternatywa. I następna paralela: przedstawienie bez udziału autora i bez widzów. Sami aktorzy.
[…]
[opinia Nicholasa o zagadkowym zachowaniu Maurice’a Conchisie – przyp. aut.]
Wydaje mi się, że tkwi w niej klucz do zagadki. Chodzi o miejsce tajemnicy w życiu. Żeby niczego nie uważać za oczywiste. Świat, w którym nic nie jest pewne. I chyba taki właśnie świat próbuje tutaj stworzyć. Obsadziwszy siebie w roli Boga.
[…]
[Swobodne a zatem filozoficzne dociekania o egzystencji człowieka w świecie Nicholasa – przyp. aut.]
To ponure złudzenie, wiara, że spowodowane przez nas cierpienie powinno nas uszlachetnić, a przynajmniej sprawić, że odtąd nigdy już nie zachowamy się podle, doprowadzały do samousprawiedliwienia; przekonanie, że cierpienie w jakiś sposób uszlachetnia życie, zatem zadawanie bólu, według tej postawionej na głowie algebry równałoby się uszlachetnieniu, a w każdym razie wzbogaceniu życia. Dzięki tej charakterystycznej dla dwudziestego wieku ucieczce od treści do formy, od istoty sprawy do jej pozorów, od etyki do estetyki, od aqua [z łac. woda – przyp. aut.] do unda [z łac. fala – przyp. aut.], udało mi się stępić ostrze oskarżycielskiego bólu.
[…]
[Maurice Conchis-Mag o swych przeżyciach drugo-wojennych – przyp. aut.]
W czasie wojny, kiedy miałem dużo czasu do rozmyślań i nie mogłem szukać rozrywek w gronie przyjaciół, przyszedł mi na myśl nowy gatunek teatru. W którym przestałby istnieć podział na aktorów i widzów. Znikłaby scena i znikła widownia. Nie istniałaby ciągłość ani czasu, ani miejsca. Akcja byłaby płynna, określony byłby tylko punkt wyjścia i finał. Wszystko, poza tym zależałoby od uczestników. Artaud, Pirandello i Brecht, każdy na swój sposób, mieli dość podobne pomysły. Ale nie mieli ani odpowiednio silnej woli, ani dostatecznej ilości pieniędzy, a pewnie także i czasu, żeby dojść równie daleko. Nie potrafili zrezygnować z widzów. […] Zawsze istniał we mnie pewien konflikt. Między pociągiem do tego, co tajemnicze i do tego, co da się objąć myślą. Z początku przeważyło to ostatnie. Wielbiłem to jako lekarz. Jako racjonalista i jako socjalista. Ale stwierdziłem, że próba unaukowienia rzeczywistości, określenia jej, dokonywania na niej wiwisekcji jest tym samym, co zabieranie z atmosfery powietrza. Wytwarzając próżnię eksperymentator umiera, bo sam znajduje się wewnątrz tej próżni. […] Mężczyźni uwielbiają wojnę, ponieważ podczas wojny mogą udawać ludzi serio. Nie muszą się bać, że zostaną wyśmiani przez kobiety. I mogą sprowadzić kobiety do roli przedmiotu. Na tym polega podstawowa różnica między płciami. Mężczyźni widzą przedmioty, kobiety ich wzajemne relacje. Kobiety wiedzą, czy przedmioty potrzebują się nawzajem, kochają, pasują do siebie. Kobiety widzą wszystko w innym niż mężczyźni wymiarze i dla każdej prawdziwej kobiety wojna jest czymś odrażającym i absurdalnym. Powiem ci, czym naprawdę jest wojna. Psychozą spowodowaną nieumiejętnością zrozumienia wzajemnych zależności. Nieumiejętnością ustosunkowania się do naszych bliźnich. Do naszej ekonomicznej i historycznej sytuacji. A przede wszystkim do nicości. Do śmierci.
[…]
[urywki z rozmów między: Nicholasem Urfe a siostrami-bliźniaczkami – Lily i Rose w scenerii greckiej i posiadłości Maurice’a Conchisa, czyli – Bourani – przyp. aut.]
… na czym polega humor. Jest manifestacją wolności. Tam, gdzie jest wolność, pojawia się uśmiech. Nie istnieje on tylko w totalitarnym świecie. Na koniec człowiekowi udaje się uciec, tylko gdy staje się ofiarą, czyli, kiedy odkrywa, że wymykając się można się wymknąć. Przestaje się istnieć, przestaje się być wolnym. Oto czego nie rozumie większość naszych bliźnich. Ludzkość będzie to musiała stale na nowo odkrywać. […] Jesteś kimś, kto nie wie, na czym polega wolność. Im lepiej się wie, co to wolność, tym mniej jest się wolnym. […] W naszych doświadczeniach nie ma takich “przewidywań”. Można narzucić człowiekowi wiele uczuć, ale nie pociąg fizyczny. Czy odrazę. Spojrzała na kamyki. - Widzisz, Nicholas, wszystko polega na improwizacji, nie na robieniu planów. Można by powiedzieć, że szczur ma tyleż możliwości, co człowiek prowadzący doświadczenie. I sam może dyktować, którędy prowadzą ścieżki labiryntu. Tobie to się także zdarzyło, choć może sobie tego w pełni nie uświadomiłeś.
[…]
…że wolność oznacza dla mnie [dla Nicholasa – przyp. aut.] swobodę zaspokojenia osobistych pragnień i ambicji. Przeciwstawiał jej wolność pełną poczucia odpowiedzialności za swoje czyny; była to stara koncepcja wolności, znacznie dawniejsza od egzystencjalistycznej, podejrzewałem, że chodzi tu o imperatyw moralny, o teorię zbliżoną do teorii chrześcijańskiej, a nie o koncepcję polityczną. Zastanowiłem się nad ostatnimi latami mojego życia, było ono nieustanną pogonią za indywidualizmem, której uległo całe moje pokolenie po ograniczeniach i konieczności dostosowania się w latach wojny, była to nasza ucieczka przed społeczeństwem w głąb samych siebie. Wiedziałem, że nie mogę odpowiedzieć na jego oskarżenie i że nie uda mi się obronić pretendując do roli ofiary historii, która zmusiła mnie do zajęcia egoistycznej postawy. Tak jakby ugodził mnie bandillerą [kolorowe i kolczaste kije używane w walkach byków – przyp. aut.] czy też wsadził na plecy demona - obarczył mnie wiedzą, której bynajmniej nie pragnąłem.
[…]
Maurice całe życie poświęcił studiom nad symptomami urojeń ludzi psychicznie chorych. Psychiatria coraz bardziej zaczyna się interesować odwrotną stroną medalu. Dlaczego ludzie zdrowi są zdrowi, dlaczego nigdy nie mylą swych urojeń, przywidzeń, fantazji z rzeczywistością. Trudno, żeby eksperyment miał sens, jeśli powiedziałoby się z góry zdrowemu królikowi doświadczalnemu, że wszystko, co usłyszy, będzie próbą zwodzenia go. Pewnie uważasz, że jeśli chodzi o etykę lekarską, to kroczymy po linie nad przepaścią. Mamy jedno usprawiedliwienie, nasze zdrowe ofiary, takie jak ty, pomogą kiedyś w uzdrowieniu bardzo chorych i nieszczęśliwych ludzi. I to znacznie bardziej, niż możesz sobie wyobrazić.
[…]
[wypowiedź fikcyjnego profesora Ciardi na „procesie” Nicholasa, gdzie jednocześnie i spętany i niemy występował w charakterze najpierw oskarżonego, potem sędziego a na koniec i kata – przyp. aut.]
“Nie zgadzam się z poglądami, że sam przedmiot naszego eksperymentu jest pozbawiony znaczenia. Uważam, że należy przewidywać, iż za jakieś dwadzieścia lat nastąpi na Zachodzie okres trudnego dziś do wyobrażenia dobrobytu. Od dawna już utrzymuję, że groźba katastrofy nuklearnej wpłynie zbawczo na Europę Zachodnią i Amerykę. Po pierwsze wywoła wzmożenie produkcji, po drugie zapewni trwały pokój, po trzecie dostarczy nieustannego poczucia zagrożenia, którego, według mego zdania, brakowało Europie przed ostatnią wojną, co przyczyniło się do wybuchu tej wojny. Choć groźba wojny do pewnego stopnia osłabi dominującą rolę, jaką z natury rzeczy odgrywa płeć żeńska w pokojowym, oddanym poszukiwaniu przyjemności społeczeństwie, przewiduję jednak, że tacy mężczyźni z fiksacją fazy oralnej - których przedstawicielem jest przedmiot naszego eksperymentu - będą w tym okresie stanowili większość. Wchodzimy w amoralną erę, w której wszystko będzie dozwolone, w której samozadowolenie w formie wysokich zarobków i szerokiego asortymentu towarów konsumpcyjnych stanie się udziałem, jeśli nie wszystkich, to przeważającej większości. W takiej epoce typowa osobowość jednostki musi nabrać cech autoerotyzmu, stać się, mówiąc językiem medycznym, auto-psychotyczna. Jednostka taka dzięki ogólnym warunkom ekonomicznym znajdzie się w podobnej sytuacji co przedmiot naszego eksperymentu - nie będzie bezpośrednio narażona na nękające człowieka plagi; głód, nędzę, złe warunki mieszkaniowe itd. Zachodni homo sapiens stanie się homo solitarius. Choć nie czuję osobistej sympatii dla naszego pacjenta, jest on dla mnie jako dla socjopsychologa, bardzo interesującym przypadkiem. Potwierdził bowiem moje przewidywania: jego osobowość wygląda tak właśnie, jak może w naszym stuleciu wyglądać osobowość człowieka o dość dużej inteligencji, pozbawionej umiejętności analitycznych, człowieka, który jest ignorantem w sprawach nauki. Jego przypadek udowadnia, że współczesny system ocen nieuznających trwałych wartości nie jest w stanie wyposażyć człowieka tak, aby mógł wypełnić swoją rolę w procesie ewolucji.”
[…]
Przyszło mi [Nicholasowi Urfe – przyp. aut.] na myśl, że przez uśmiech [Maurice Conchis, czyli Mag – przyp. aut.] rozumie zupełnie coś innego niż ja, że ironia, bezlitosność, które zawsze w jego uśmiechu wyczuwałem, stanowiły istotę tego uśmiechu. Że dla niego uśmiech był czymś zasadniczo okrutnym, ponieważ okrutna jest także wolność, ponieważ to swoboda wyboru sprawia, że przynajmniej częściowo jesteśmy odpowiedzialni za to, co jest w nas okrutnego. Zatem uśmiech jest nie tyle postawą wobec życia, co wcieleniem okrucieństwa życia, okrucieństwa, którego nie możemy uniknąć, bo na nim polega ludzka egzystencja. Zatem jego “naucz się uśmiechać” nie miało nic wspólnego ze “znoś to z uśmiechem” Smilesa. Znaczyło raczej “Naucz się być okrutnym, naucz się być oschłym, naucz się sztuki życia”. Bo nie mamy wyboru. Nie możemy wybierać ani sztuki, ani roli. Gramy zawsze Otella [postać z tragedii Williama Szekspira pod tym samym tytułem – przyp. aut.]. I niezmiennie jesteśmy Jazonem [czyli bohaterską postacią z mitologii greckiej uosabiającą nasze marzenia – przyp. aut.].
[…]
Bo czymże byłem [Nicholas wciąż o sobie – przyp. aut.]? To, co za sprawą Conchisa o sobie usłyszałem, było bliskie prawdy. Odrzuciwszy freudowski żargon procesu musiałem przyznać, że przez całe życie obracałem rzeczywistość w fikcję, uciekałem od rzeczywistości, zachowywałem się zawsze tak, jakby ktoś trzeci był obecny i stawiał mi stopnie za dobre lub złe zachowanie - bóg podobny do powieściopisarza, do którego zwracałem się jak wymyślona przez niego postać, która chce się spodobać, nie lubi być lekceważona, stara się dostosować do tego, czego - jak przypuszcza - bóg-pisarz oczekuje. Tę pijawkową odmianę superego wyhodowałem sobie sam, kultywowałem ją starannie i to ona odbierała mi wszelką swobodę ruchów. Była moim despotycznym władcą, nie obrońcą. I kiedy to nareszcie zrozumiałem, było już za późno o całą śmierć.
[…]
Istnieje stara ludowa piosenka grecka, która powiada: “Ten, kto kradnie dla chleba, jest niewinny, ten kto kradnie dla złota, jest zbrodniarzem”.
[…]
[Bajka znaleziona w notesie Lily, córki Maurice’a Conchisa – przyp. aut.]
Książę i czarodziej
Dawno, dawno temu żył sobie młody książę, który nie wierzył w trzy tylko rzeczy. Nie wierzył w księżniczki, nie wierzył w wyspy, nie wierzył w Boga. Bo tak go nauczył jego ojciec, stary król. A że we włościach ojca nie było ani księżniczek, ani wysp, ani Boga, młody książę łatwo w to uwierzył. Ale któregoś dnia uciekł z pałacu. Wybrał się do sąsiedniego kraju. I tam, ku swemu wielkiemu zdziwieniu, zobaczył z brzegu morza wyspy, a na nich jakieś dziwne, niepokojące istoty, których nawet w myśli nie ośmielił się nazwać. Kiedy szukał łodzi, podszedł do niego jakiś mężczyzna w wieczorowym stroju.
- Czy to naprawdę są wyspy? - spytał książę.
- Oczywiście, że wyspy - odparł mężczyzna we fraku.
- A te dziwne, niepokojące istoty?
- Są to najprawdziwsze, autentyczne księżniczki.
- Czyżby zatem miał istnieć także i Bóg! - zawołał książę.
- Jestem Bogiem - odparł z ukłonem mężczyzna we fraku.
Młody książę, jak mógł najszybciej, powrócił do domu.
- Zatem wróciłeś - powiedział jego ojciec, król.
- Widziałem wyspy, widziałem księżniczki, widziałem Boga - oświadczył książę tonem pełnym wymówki.
Na królu nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.
- Nie istnieją wyspy ani księżniczki, ani Bóg.
- Widziałem na własne oczy.
- Jak wyglądał Bóg?
- Bóg miał na sobie frak.
- Z podwiniętymi rękawami?
Książę przypomniał sobie, że istotnie - rękawy były podwinięte. Król uśmiechnął się.
- Jest to strój czarodzieja. Zostałeś wystrychnięty na dudka.
Słysząc to książę szybko udał się do sąsiedniego kraju i poszedł na brzeg, gdzie znów spotkał tego mężczyznę w wieczorowym stroju.
- Ojciec mój, król, powiedział mi, kim jesteś - zawołał z oburzeniem książę. - Oszukałeś mnie, ale już mnie więcej nie oszukasz. Teraz wiem, że nie są to prawdziwe wyspy ani prawdziwe księżniczki, bowiem ty jesteś tylko czarodziejem.
Mężczyzna uśmiechnął się.
- To nie ja cię oszukałem, mój chłopcze. W królestwie twego ojca wiele jest wysp i wiele księżniczek, ale ojciec rzucił na ciebie czar i nie jesteś w stanie ich dojrzeć.
Zamyślony książę wrócił do domu. Kiedy zobaczył ojca, spojrzał mu prosto w oczy.
- Ojcze, czy to prawda, że nie jesteś prawdziwym królem, tylko czarodziejem?
Król uśmiechnął się i zawinął rękawy.
- Tak, synu. Jestem tylko czarodziejem.
- Zatem ten mężczyzna na brzegu jest Bogiem?
- Nie, synu, on także jest czarodziejem.
- Muszę znać prawdę, muszę wiedzieć, co jest prawdą, a co czarami.
- Nie ma prawdy poza czarami - oświadczył król.
Księcia ogarnął smutek.
- Zabiję się! - powiedział.
Król za pomocą czarów przywołał śmierć. Śmierć stanęła w drzwiach i skinęła na księcia. Księcia przeszedł dreszcz. Przypomniał sobie nierzeczywiste, lecz piękne wyspy, nierzeczywiste, lecz piękne księżniczki.
- W porządku - powiedział. - Jakoś to zniosę.
- Widzisz, mój synu - uśmiechnął się król - teraz ty także stajesz się czarodziejem.
[…]
[o posągu stojącym na terenie posiadłości Conchisa, Maga, wyłowionym przez niego z głębin morskich – przyp. aut.]
Posejdon - pełny majestat, płynący z doskonałego opanowania, doskonałego spokoju, doskonałego przystosowania się - stał nachylony nad swoim boskim morzem; Grecja, ten wieczny, niezgłębiony, najdzielniejszy, bo najczystszy kraj, gdzie nawet w południowej godzinie wyczuwało się tajemnicę. Może to właśnie ten posąg stanowił istotę Bourani, jego omphalos [z grec. pępek, w domyśle zwłaszcza świata – przyp. aut.] - nie dom, Ziemia, Conchis czy Lily, ale ta milcząca postać, łaskawa, wszechmocna, choć pozbawiona możliwości działania, która po prostu była i obecnością swoją nadawała wszystkiemu kształt.
[…]
[podróż Nicholasa Urfe do Włoch, do kolegi, który przed nim nauczał języka angielskiego w szkole greckiej – przyp. aut.]
Czekając na pociąg znów zacząłem pić. Jakiemuś mężczyźnie w barze udało się wytłumaczyć mi, że na wierzchołku tego wzgórza koloru indygo pod zielonkawocytrynowym niebem miał swoją farmę poeta Horacy. Wzniosłem zdrowie wzgórza Sabiny, jeden Horacy wart jest dziesięciu świętych Benedyktów, lepszy jeden wiersz niż dziesięć tysięcy kazań. Dużo później zdałem sobie sprawę, że akurat w tym wypadku Leverrier [ten właśnie kolega Nicholasa – przyp. aut.] byłby skłonny się ze mną zgodzić; bo on także wybrał wygnanie, bo bywają chwile, kiedy i milczenie jest wierszem.
[…]
Gdyby był tu Maurice [wypowiedzi londyńskiej małżonki Maurice’a do Nicholasa Urfe – przyp. aut.], to by jasno powiedział, że seks nie różni się niczym od innych radości życia. Że stanowi tylko część - i to nie najważniejszą - tego, co nazywamy miłością. Najważniejszą jest zaufanie, które żywi do siebie nawzajem dwoje ludzi. Ich porozumienie. Może tu chodzi o ich umysły lub ich dusze. Jak pan woli. Prawdziwą niewiernością jest ta, która ukrywa przed partnerem niewierność czysto fizyczną. Bo jedyną rzeczą, która nie powinna zaistnieć między dwojgiem ludzi związanych miłością, jest kłamstwo. […] Maurice powiedział mi kiedyś, gdy zadałam mu podobne pytanie, że każda odpowiedź jest zawsze formą śmierci. […] Nicholas, kiedy ktoś próbuje, choćby częściowo, odtworzyć sztucznie tę tajemniczą celowość rządzącą naszym życiem, musi wykroczyć poza konwencje wymyślone przez ludzi po to, żeby tę celowość odwrócić. Nie oznacza to, byśmy uważali, że w normalnym życiu należy tych konwencji nie przestrzegać. Bynajmniej. Są one fikcją, jednak fikcją pożyteczną. Ale w zabawie w boga wychodzimy z założenia, że w rzeczywistości wszystko jest fikcją, żadna fikcja nie jest niezbędna.
[…]
Ziarenko nadziei, sam fakt istnienia wystarczają, by zapewnić przyszłość antybohatera; zostawcie go, mówi nasze stulecie, zostawcie go na skrzyżowaniu dróg historii, zostawcie go jego dylematom, ma wszystko do stracenia, a zyskać może tylko to, co traci; pozwólcie mu zostać przy życiu, ale niczego mu nie obiecujcie; my też tylko czekamy w naszych samotnych pokoikach, w których nigdy nie dzwoni telefon, czekamy na jakąś dziewczynę, na jakąś prawdę, czekamy, aby powróciła rzeczywistość, którą utraciliśmy snując próżne sny, czekamy, by powiedzieć, że ten powrót jest kłamstwem. W labiryncie nie ma środka. Koniec jest tylko końcem zdania, arbitralnym cięciem nożyc: Benedickowi udało się na koniec pocałować Beatrice [z opery Benedykt i Beatrycze – przyp. aut.], ale co stało się w dziesięć lat później? I co następnej wiosny zdarzyło się w Elsynorze [miejsce w Danii a zatem akcji „Hamleta” według Williama Szekspira – przyp. aut.]? A więc dziesięć kolejnych dni. Ale to, co zdarzy się w następnych latach, jest milczeniem, jeszcze jedną tajemnicą.
John Fowles, Mag