Blog

 

18.07.2019

Blady król cz.3

[…]

Nie żeby mnie tam [do różowego pokoju, czyli izolatki – przyp. aut.] zawlekli i wrzucili, i zatrzasnęli drzwi, wszyscy byli całkiem mili. Ale wiesz, jedną z takich dziwnych rzeczy, które masz w psychiatryku, jest to, że stopniowo zaczynasz czuć, jakbyś miał przyzwolenie na mówienie wszystkiego, co myślisz. Wydaje ci się, że to okej albo że może nawet w jakimś sensie oczekują od ciebie, że będziesz świrować i działać bez zahamowań, co początkowo daje wrażenie wyzwolenia i zadowolenie; masz takie poczucie, że odtąd już koniec z uśmiechniętą maską, koniec z udawaniem; co jest przyjemne, tylko że staje się jakby wciągające i niebezpieczne i na dobrą sprawę potrafi człowiekowi zaszkodzić - niektóre zahamowania są dobre, normalne, powiedział, a częścią syndromu, w którym w końcu dochodzi do tego, co się nazywa „umieszczeniem w zakładzie”, jest to, że człowiek czasami trafia do wariatkowa w młodym wieku albo w momencie dużej podatności, kiedy nie jest dostatecznie uformowany czy wytrzymały, i zaczyna się zachowywać w sposób, w jaki myśli, że ludzie u czubków powinni się zachowywać, i zostaje schwytany przez system, system zdrowia psychicznego, i nigdy naprawdę nie wychodzi.

[…]

Z psychozą jest po prostu tak, że człowiek ma tak silne struktury defensywne i wyobrażenia, że nie potrafi się wydostać, stają się dla niego prawdziwym światem i wtedy jest już zwykle za późno, bo zmienia się struktura mózgu. Jedyna nadzieja dla kogoś takiego to leki i mnóstwo różowego dookoła.

[…]

On [salowy w zakładzie psychiatrycznym, przyszły mąż Rand – przyp. aut.] zrobił coś takiego, już tam, w różowym pokoju, gdzie siedziałam na pryczy i świrowałam, o Boże, Boże, tu jest o-d-p-ł-y-w w podłodze, że od razu powiedział mi dwie różne rzeczy o mnie, których nie wiedział nikt poza mną. Nikt. Mówię serio - mówi Meredith Rand - normalnie nie mogłam uwierzyć. Wszystko się zgadzało. [...] Był bardzo bezpośredni - mówi Rand. - Okazało się, że mówienie bez ogródek to coś, czym się szczycił... Jego g-r-a polega na tym, że niczego [nijak vel jak gdyby nic - przyp. aut.] nie odgrywa. Ale odkryłam to dopiero później.

[…]

- Powiedzmy, że jest się ładną dziewczyną i to bycie ładną ma swoje zalety: przysługuje ci specjalne traktowanie, ludzie zwracają na ciebie uwagę i mówią o tobie, a kiedy gdzieś się pojawiasz, prawie czujesz zmianę, jaka zachodzi w pomieszczeniu, i to ci się podoba.

- To jakaś forma władzy - mówi Drinion [kolega z pracy Rand, interlokutor – przyp. aut.].

- Ale jednocześnie masz też mniej władzy - mówi Meredith Rand - bo ta władza, którą masz, jest całkowicie związana z urodą i w końcu zdajesz sobie sprawę, że uroda jest jak pudełko, w którym ciągle siedzisz, albo jak więzienie, że nikt nigdy nie popatrzy na ciebie albo nie pomyśli inaczej niż w związku z urodą.

David Foster Wallace, Blady król, &46



powrót ››