Blog

 

19.03.2019

Córka papieża cz.1

Czasy jak czasy tamte czasy bez mała:

[…]

Na początku wspomnieliśmy już, że ważne epizody z życia Borgiów, a zwłaszcza tych wuja Kaliksta III, ojca Rodriga i syna Cezara, wojownika i kardynała, nieszczególnie dziwiły czy gorszyły ówczesne społeczeństwo. Mówiąc krótko, nie dziwił brak skrupułów w tego typu sprawach, a prywatne, często skandaliczne historie z życia księży, łącznie z samym papieżem i jego najbliższymi krewnymi, uznawano za całkowicie normalne. Kto zatem żyje w najbrudniejszym grzechu, jest człowiekiem, który unika fałszywego wstydu, a więc wzbudza zaufanie. Ówczesne kroniki wspominają o doczesnych perypetiach w samym Watykanie z nonszalancją i bez chęci wywołania skandalu. Kiedy oto jednak na scenę renesansowej historii wkraczają Borgiowie, oklaskiwani przez falangę zwolenników, poczynając od najbliższych krewnych, zainteresowanie krajowej i zagranicznej publiczności staje się naprawdę żywe. I nie mówimy jedynie o rymowanych czterowersowych paszkwilach, gdyż w tej grze na krawędzi kalumnii prezentują się także błazny i poeci satyryczni, ryzykując często, że straszliwie zezłoszczą się na nich polityczni stronnicy Hiszpanów i samych Borgiów, słynących już z bezlitosnych kar, jakie wymierzają oszczercom. Kulminacyjny punkt fantazji o skandalu nadchodzi, gdy pojawia się plotka o kazirodczych miłościach – że Lukrecja została uwiedziona zarówno przez ojca, księcia Kościoła, jak i brata, bezlitosnego wojownika.

[…]

W Rzymie mówią, że Aleksander VI jest w stanie poznać najbardziej tajemne myśli każdego z poddanych w tym mieście w tym samym momencie, kiedy one powstają.

[…]

… postanowiliśmy [Lukrecja z pierwszym mężem – przyp. aut.] wyjechać z Pesaro i wyruszyć aż do Ferrary, gdzie odbywał się wielki jarmark na cześć księcia Herkulesa d’Este. Kiedy dojechaliśmy do miasta, pewnego dnia trafiliśmy na niezwykły, fantastyczny spektakl pełen szalonych scenicznych wynalazków. Przede wszystkim ku naszemu wielkiemu zdziwieniu odkryliśmy, że aktorzy nie mówią, jak zazwyczaj, po łacinie czy w niezrozumiałych dialektach, ale w języku volgare, takim, jakim mówi lud Ferrary, bardzo czystym i eleganckim. Co jednak zadziwiające, zachowania i ruchy postaci były nie ludzkie, lecz wręcz przeciwnie, całkiem zwierzęce, a konkretnie psie. Aktorzy merdali ogonami (przywiązane były sznurkami, którymi poruszali oni sami), wąchali sobie tyłki przy każdym spotkaniu, na powitanie szczekali, lizali się po nosach i szyjach, mężczyźni unosili tylną łapę, jakby zamierzali oddać mocz i od czasu do czasu prezentowali serie umizgów, którym towarzyszyło ocieranie się i skomlenie, a na koniec prawdziwe psie pokrywanie, z samicą pod spodem i samcem na górze. Wszystko przebiegało spokojnie na chodnikach ulic. Nikt się nie dziwił, wszak zwierzęta nie mają wstydu. Każda z postaci nosiła maskę, która przywoływała na myśl jakąś rasę psa. Były tam mastiffy, psy gończe i ozdobne, a chór złożony był z kundli. Aby podkreślić te różnice, komedianci, którzy znajdowali się na przedzie stada, nosili na szyjach obroże z cienkiej skóry ze złoconymi zdobieniami, a kundlom starczyć musiały obroże ze sznura i zardzewiałe łańcuchy. [gdzie– przyp. aut.] to my jesteśmy głównymi bohaterami. Jak się niedawno dowiedziałam, ta dziwna komedia zatytułowana Miasto psów została, jak to przydarza się często pisanym tu tekstom, przetłumaczona na angielski. Pewna trupa chciała wystawić ją w Londynie pod innym tytułem i ze stosownymi zmianami, ale król Henryk VII do tego nie dopuścił i ponoć zamknął w lochach całą trupę, łącznie z suflerem. […] Podczas przedstawienia, które oglądaliśmy, niemal na proscenium bawiły się dzieci. Oszołomione wpatrywały się w najbardziej prostackie, groteskowe sceny. Potem pociągały wielkie płótno, pełniące rolę kurtyny, jakby po to, aby ukryć ten obsceniczny, okrutny świat, który aktorzy odgrywali do tej pory. Później rozbrzmiał śpiew niczym z baśni, a dzieci zaczęły tańczyć, przytulać się i okazywać sobie czystą, niewinną czułość. I to właśnie tam zobaczyłam nas, kiedy byliśmy jeszcze dziećmi, kiedy mieszkaliśmy wszyscy razem i wspólnie się bawiliśmy.

[…]

…w Katalonii, z której pochodzę, istnieje stare powiedzenie: „Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak postąpić w trudnej sytuacji, możesz zapytać czarodzieja, który czyta z kurzych wnętrzności, albo wiedźmy, która wsłuchuje się w puls twoich skroni, jednocześnie wpatrując ci się w oczy, ale najlepiej, uwierz, spytać kogoś, kto czyta w gwiazdach”. Co więcej, jeden z was, to znaczy mistrz Novara [a drugim jest student padwański Mikołaj Kopernik – przyp. aut.] prócz tego, że jest astronomem, jest również astrologiem, to znaczy poznaje przyszłość dzięki rozmowom z gwiazdami.

[…]

Bez wątpienia pamiętacie również edykt Konstantyna, zarówno prawdziwy, jak i sfałszowany. Konstantyn mówi: „Biskupi, którzy głosują za przemianą w Kościół chroniony, zyskują niezwykłe przywileje. Przede wszystkim wkraczają na pozycje godne szacunku i uwagi ze strony władzy, do tej pory niewyobrażalne. Po raz pierwszy, na zakończenie soboru nicejskiego, zyskują wsparcie imperium, prócz prawa do gromadzenia pieniędzy, także w formie podatków, płodne ziemie z przecinającymi je rzekami, pogańskie świątynie zmienione w miejsca katolickiego kultu i na koniec, słuchajcie uważnie, prawo do zatrudniania służby, a w niektórych przypadkach nawet niewolników”. Właśnie w tym momencie możemy już powiedzieć, że chrześcijaństwo odłączyło się wyraźnie od czasów Chrystusa i apostołów, ale także, jak się obawiam, Chrystus oddzielił się od nas. […] – Wiecie, co myślę? Nie sposób zbudować nowego pałacu na fundamentach, które nie są już w stanie utrzymać jego ciężaru. Z pozoru może wciąż wyglądać imponująco, ale to nie do pomyślenia, aby przeobrazić go w coś nowego.

– A co to oznacza? – woła Kopernik. – Że jedynym rozsądnym sposobem będzie zburzenie budynku i rozpoczęcie wszystkiego od nowa?

– Właśnie tak. Mówi się: „Cesarstwo Rzymskie upadło”, ale to, co zostało wzniesione na jego miejsce, jest znacznie gorsze. A dlaczego? Ponieważ ma te same korzenie. A zatem kiedy mówi się: „od nowa”, musi to oznaczać: „od zera”.

– Tak, ale aby podobna operacja się udała, należy zacząć od innej jeszcze zmiany – ogłasza Novara.

– Od jakiej? – pyta papież.

– Ludzi. Jeśli nowi budowniczy dzielą myśli, zwyczaje, zasady i zachowanie z tymi, którzy zostali usunięci, albo jeśli ci sami ludzie przebierają się za reformatorów, zawsze powraca stara śpiewka.

[…]

Przyzwyczajenie do krętactwa i oszustwa nie mogło wszak zostać usunięte jedynie dzięki nowym prawom i reformatorskim zasadom. Papież Rodrigo [Borgia, czyli Aleksander VI – przyp. aut.] zrozumiał już lekcję. Nie warto było nalegać, aby czynić zdatnym do życia zamek z piasku, zbudowany na nadmorskiej plaży, w oczekiwaniu na falę, która zmiecie go razem z jego budowniczymi. Należało jednak działać bardzo ostrożnie i z pewną nonszalancją. Pamiętając, że w polityce zwycięża zawsze ten, kto zwleka: zwlekanie jest bowiem jednym z kluczowych elementów planów, których nie można, a właściwie nie należy wprowadzać w życie.

[…]

Zły znak spada na Aleksandra VI z wysoka. Ogromny żyrandol w salonie spada z sufitu prosto na fotel papieża, który ledwie chwilę wcześniej wstał z niego, żeby podnieść małą, złotą monetę, co wypadła mu z dłoni. Wstrząśnięty papież zdaje sobie sprawę, że kilka milimetrów ocaliło go od śmierci. Kilka milimetrów i moneta. To było jednak tylko pierwsze ostrzeżenie. Następnego dnia Aleksander VI ma rozpocząć audiencję w papieskiej sali, kiedy niebo wybucha hukiem grzmotów i błyskawic, jakby świat się kończył. Po krótkiej chwili rozpętuje się burza niczym w dzień sądu ostatecznego. Dają się słyszeć powtarzające się trzaski, a dachowe wiązary wszystkie spadają w jednej chwili. Pale i słupy wywracają się jeden za drugim. Dwaj kardynałowie rzucają się przez okno, żeby się ratować. Aleksander VI pozostaje nieruchomy w fotelu pod baldachimem, który spada mu na głowę. Wieść o katastrofie roznosi się po całym mieście. Daje się słyszeć desperackie, powtarzające się okrzyki: „Nie żyje! Papież zginął przygnieciony przez dach!”. Ludzie zabierają się do pracy, aby wydobyć ciało papieża i z wielkim zdziwieniem znajdują go na fotelu pod połamanymi łukami baldachimu, zemdlonego, lecz wciąż żywego.

Dario Fo, Córka papieża



powrót ››