Blog

 

19.07.2019

Blady król cz.4

[…]

Co było chore i właściwie myślę, że wiedział, że coś takiego się ze mną dzieje, wiedział już wtedy, jak bardzo ważny się dla mnie stał, więc to mu dawało większą możliwość nacisku czy więcej amunicji, kiedy mówił, żebym skończyła pieprzyć, zwykle ja siedziałam na schodach prowadzących na Czwórkę [oddział „lżej chorych” psychicznie – przyp. aut.] , a on

[Ed – salowy, przyszły mąż Rand – przyp. aut.] leżał na plecach na półpiętrze poniżej, ze stopami ułożonymi na stopniach, tak że przez cały ten czas patrzyłam na jego podeszwy, w butach takich jakby z Kmarta, plastikowych, i to „dorośnij" było mówione w znaczeniu teraz, natychmiast, i żebym przestała być dzieckiem, bo mnie to zabije. Powiedział, że wszystkie dziewczyny, które przewijają się przez Zellera [gwarowa nazwa tego akurat psychiatryka – przyp. aut.], są takie same i żadna z nas nie ma najmniejszego pojęcia, co znaczy być dorosłym. Co było totalnie protekcjonalne z jego strony i zwykle absolutnie nie powinno się czegoś takiego mówić osiemnastolatce. Więc mieliśmy o to małą sprzeczkę. On twierdził, że bycie dziecinnym to nie to samo co bycie dzieckiem, bo, mówił, patrz, jak prawdziwe dziecko głaszcze kota albo jak słucha historii, a przekonasz się, że to przeciwieństwo tego, co my wszystkie robimy tutaj... w Zellerze.

[…]

tylko poważnie zaburzone albo autystyczne dzieci nie znają tej dziecięcej radości, za to na późniejszych etapach życia i w okresie dojrzewania zdarza się, że ktoś rozstaje się z tą dziecięcą wolnością i uczuciem pełni, pozostaje natomiast kompletnie niedojrzały. Niedojrzały w takim sensie, że czeka albo chce, żeby ktoś w rodzaju takiego magicznego tatusia czy wybawcy zjawił się na jego drodze i dostrzegł go, i naprawdę go poznał, i zrozumiał, i troszczył się tak, jak rodzice troszczą się o dziecko, i ocalił. żeby cię ocalił przed tobą. Też często ziewał i uderzał butami o siebie, i przyglądałam się, jak podeszwy schodzą się i rozchodzą. Powiedział, że tak się objawia niedojrzałość u młodych kobiet i dziewcząt; u mężczyzn wygląda to trochę inaczej, ale tak naprawdę chodzi o to samo, czyli pragnienie, żeby ktoś odwrócił twoją uwagę od tego, co straciłeś, i ustawił cię, jak trzeba, i uratował. To dosyć banalne, to jak z podręcznika lekarza, więc pytam go, czy to jest ten mój zasadniczy problem? A on [Ed – przyp. aut.], że nie, że to zasadniczy problem każdego i powód, dla którego dziewczyny mają taką obsesję na punkcie urody i tego, czy zdołają się komuś spodobać i wzbudzić w nim wystarczająco dużo miłości, by ta osoba je uratowała. Moim zasadniczym problemem, powiedział mi, związanym z zasadniczym problemem, o którym ci właśnie powiedziałam, jest ta mała urocza pułapka, którą na siebie zastawiłam, dzięki której nigdy nie będę musiała dorosnąć i będę mogła pozostać niedojrzała i w nieskończoność oczekiwać, że ktoś mnie uratuje, ponieważ nie będę w stanie się przekonać, że nikt nie może mnie ocalić, ponieważ zamknęłam sobie drogę do tego, o czym jestem tak przekonana, że tego potrzebuję i mi się należy, co pozwala mi zawsze czuć złość i żyć z przekonaniem, że tak naprawdę mój problem polega na tym, że inni nie widzą i nie kochają mnie prawdziwej, tak jakbym chciała, więc zawsze będę miała swój problem do noszenia, trzymania i głaskania i będę sobie wyobrażać, że to mój prawdziwy problem.

Dawid Foster Wallace, Blady król, &46

Dzieciństwo bywa monochromatyczne pozostając tu i ówdzie bez analizy doświadczeń wprawdzie na kolejnym jego etapie nabywa się tęsknoty za dorosłym rozróżnianiem, czyli za systemem infantylnie rozumianym w proporcji co najwyżej zero-jedynkowej to jednak przejście w stan dojrzały tak zwaną dorosłość niczym w trójkącie bermudzkim wymaga czynnej waloryzacji sine qua non między tym co zwie się k-o-n-s-u-m-p-c-j-ą, tym co również znaczy s-m-a-k-o-w-a-n-i-e-m a tym co wciąż pozostaje u dziecka bez względu na wiek jedynie z-a-c-h-ł-y-ś-n-i-ę-c-i-e-m (s-i-ę) pięknem t-r-a-w-i-ą-c-y-m ducha, ale i urodę ciała.



powrót ››