23.08.2019

[…]
Jakimi dziwnymi jesteśmy stworzeniami! Tak dziwnie jesteśmy cieleśni, mamy tyle organów tak dokładnie do siebie pasujących. Dlaczego nie stworzono nas w jakiś inny, mniej poplątany, bardziej powietrzny, bardziej eteryczny sposób? Dlaczego jest tak, że wyraz najwyższej miłości nie może zostać osiągnięty bez wtykania określonego wyrostka (po angielsku nazywa się to shoot, prawda?) w określone wydłużone zagłębienie? Dlaczego nie może się to odbywać w jakiś mniej zwierzęcy sposób, powiedzmy poprzez zetknięcie pewnych powierzchni, oddychanie usta-usta? Stanowimy kombinację dziwnych dla oka procesów. Wszystko, co jemy, choćby było najsmaczniejsze, zmienia się w gówno, które wychodzi z nas przez otwór położony tuż obok organu miłości. Cóż to jest, jeśli nie skutek grzechu pierworodnego? Może pierwotna koncepcja była inna, ale potem na jakiś czas została zawieszona? I my, nieszczęsne twory, jesteśmy właśnie dziwnymi fantomami tego „jakiegoś czasu”, który bez nas nie istnieje?
[…]
Przy sąsiednim stoliku młody oficer nerwowo przysłuchuje się rozmowie poetów. Jego oczy, zamglone uczuciem, patrzą na scenę. Pojawia się tam jego miłość. Jest bosa, w greckiej tunice. Ku zachwytowi audytorium tańczy taniec hetery i śpiewa ryzykowną piosenkę. Ktoś posyła jej bukiet róż. Ona jedną z róż rzuca Błokowi [rosyjski poeta doby symbolizmu – przyp. aut.]. Ten z uśmieszkiem łapie różę, wstawia ją do kielicha z szampanem i odsyła z powrotem. Oficer powstrzymuje łzy.
Biała noc, puste ulice, iluzoryczne kontury miasta. Poeci, mężczyźni i kobiety, powoli idą w kierunku Newy. Wśród nich znajduje się Błok, młody oficer i tancerka, którą żartobliwie nazywa się tu „Pomylona Psyche”. Grupa dochodzi do nabrzeża i przysiada na marmurowych schodach, prowadzących w dół ku niespokojnym wodom. Nieskończony zachód dręcząco rozwija swój dramat na skłonie bałtyckiego firmamentu. Oczarowani zaszyfrowanymi znakami niebios, poeci medytują w milczeniu. Oficer wyciąga ukradkiem rękę i usiłuje dotknąć dłoni ukochanej koniuszkami palców. Ta, zirytowana, przysuwa się bliżej Błoka.
Poeci zaczynają kolejno czytać wiersze o Wiecznej Kobiecości i Apokalipsie. Błok milczy i pali. Następnie wstaje, kłania się i przywołuje fiakra. Nie mówi do tancerki ani słowa, ta jednak idzie za nim i wskakuje do dorożki. Oficer rzuca się za nimi, ale bez skutku, dorożka zniknęła bez śladu. Jakiś życzliwy podpowiada mu nazwę hotelu, do którego Błok zazwyczaj wozi zakochane w nim dziewczęta.
Pod koniec białej nocy oficer oddaje do siebie śmiertelny strzał w parku przed niewielkim hotelem. Ślicznotka wychodzi wcześnie, żeby zdążyć do pracy: jest telefonistką w centrali. Widzi martwego młodzieńca i pada przed nim na kolana, jak w świątyni. Błok patrzy na tę scenę z okna. Wydaje mu się, że sam jest w agonii po śmierci tego człowieka, którego zobaczył po raz pierwszy.
[…]
[Impresja autora książki o Dantem i jego wizjach poczętych w Boskiej Komedii a zaczerpniętych z autentycznych przeżyć człowieka zadżumionego Aligheriego będącego vel stojącego nad krawędzią śmierci – przyp. aut.]
Dante miota się w gorączce, nieprzytomny. Nie widzi, że nie jest sam w opuszczonej leśnej strażnicy. Kobieta w czarnym odzieniu stara się złagodzić jego cierpienie. Zmienia mokre ręczniki na czole i próbuje napoić go mlekiem. On jednak znów uchodzi w straszny las Pieśni Pierwszej. Wpatruje się w przerażające sploty konarów, gałęzi, sękatych, powykrzywianych pni, jak gdyby usiłował dostrzec, co tam przebija przez ciemność. Wreszcie wyłania się stamtąd jeszcze jedno widzenie zabłąkanego dantejskiego ducha.
Dante, uwolniwszy się od tego widzenia, nadal błąka się pośród mrocznego lasu. Wokół niego krążą pantera, lew i wilczyca, widma upiornego snu. Dante miota się, przerażony i w tym momencie dostrzega samotną sylwetkę Wergiliusza, ulubionego starożytnego autora. Wergiliusz został posłany przez Beatrycze, by pomógł Dantemu przejść poprzez kręgi Piekła, Czyściec i stanąć przed nią w Raju.
Dante, z płonącą szczęściem i miłością twarzą, z pełnym zaufaniem postępuje za swoim przewodnikiem. Powoli schodzą stromą ścieżynką, wiodącą zboczem wzgórza, która doprowadza ich do żlebu, mogącego równie dobrze być wrotami Piekła. Wergiliusz zwleka chwilę, po czym, popatrzywszy na Dantego, który w odróżnieniu od martwych wciąż jeszcze rzuca cień, w swojej majestatycznej surowości podejmuje schodzenie w dół. Dante idzie za nim pełen oczekiwania i nadziei. Znikają.
Tymczasem ciało Dantego skręca się konwulsjach dżumy. Podobna do Beatrycze kobieta w czarnym odzieniu siedzi przy jego łóżku. Płacze: obiekt jej marzeń, dumny poeta, który uczynił z niej przedmiot kultu Boskiego Piękna, umiera. Moglibyśmy uwierzyć, że to Beatrycze, gdybyśmy nie widzieli wcześniej jej pogrzebu. Kto jednak, oprócz Beatrycze, może tak namiętnie wyrazić miłość Dantego? Aby uciec od jego adoracji, wyszła niegdyś za mąż za człowieka przeciętnego, Simone dei Bardi. Niestety, poczciwy obywatel był mało ekspresyjny w małżeńskim łożu, a jej namiętność do Dantego rosła z dnia na dzień. W końcu zrozumiała, że z tego nieustannego grzechu jest tylko jedno wyjście - śmierć. Jako gorliwa katoliczka nie mogła podnieść na siebie ręki, postanowiła więc zainscenizować własny pogrzeb, a potem zniknąć i spędzić resztę życia w całkowitej izolacji, w odległym miejscu, w lasach Urbino. Mąż jako prawdziwy przyjaciel był wtajemniczony w jej cierpienia, jednakże wkrótce po fałszywym pogrzebie on również znika bez śladu. Długie lata Beatrycze żyła samotnie, incognito, na tej właśnie górze, gdzie znalazła niedawno w opuszczonej strażnicy bliskie śmierci ciało Dantego.
W czasie, gdy wspominamy wraz z nią te smutne sprawy, zauważa ona nagle, że ukochany nie umiera, tylko po prostu śpi. Kryzys minął, oddech jest równy, na policzki wrócił rumieniec; poeta uśmiecha się przez sen i od czasu do czasu szepcze zwrotki wierszy. Beatrycze uświadamia sobie, że w każdej chwili może on otworzyć oczy i zobaczyć ją. Ogarnia ją przerażenie na myśl, że jej nie pozna, bo uroda przeminęła z biegiem lat. Ale i to, że zostanie rozpoznana, wydaje się jej niemożliwe do przyjęcia, ponieważ wyda się jej tajemnica i zostanie pozbawiona „słodkiej męki”. Na minutę przed jego powrotem do przytomności opuszcza strażnicę.
On budzi się i rozgląda. Nie może rozpoznać mrocznego schronienia, gdzie omal nie pokonała go straszliwa choroba. Strażnica zmieniła się w przytulny, ciepły domek: w kominie trzeszczą drwa, na podłodze leży wielki, puszysty dywan, stół jest obficie zastawiony winem, chlebem, serem, jarzynami. Chwiejąc się z osłabienia, dosięga stołu, opróżnia jednym haustem szklankę wina i widzi przygotowany najwyraźniej dla niego atrament, gęsie pióro i plik dobrego bolońskiego papieru. Zapomniawszy o jedzeniu, zaczyna zapisywać w formie pieśni coś niecoś z tego, co pozostało w jego ludzkiej świadomości ze spotkań z Wergiliuszem i Beatrycze poza granicami tego świata.
[…]
Dziwię się, dlaczego darwinowska teoria ewolucji i idea Stworzenia są uważane za tak dalece nie do pogodzenia, a nawet jakby wykluczające się nawzajem pojęcia.
Wydaje mi się, że zasadnicza sprzeczność między dwoma przeciwstawnymi obozami polega na różnicy rachunku czasowego. W Starym Testamencie czas mierzy się tysiącleciami - sześć i coś tam tysięcy lat od dnia stworzenia świata według kalendarza judaistycznego - podczas gdy teoria ewolucji operuje milionami i setkami milionów lat. Z jakiegoś powodu nie bierze się tu pod uwagę jednej sprawy: lata biblijne są z natury rzeczy alegoryczne, to znaczy poetyckie, podczas gdy lata ewolucjonistyczne ściśle związane są z fizyką, z rachunkiem obrotów Ziemi dookoła Słońca. Przyjąwszy to, możemy założyć, że biblijne tysiące to znacznie więcej, niż fizykalne miliony.
Mówiąc „więcej”, uciekam się do najprostszego z uproszczeń. Pojęcie „lat”, biblijnych i fizycznych, zostało dane nam, żywym, byśmy mogli się jakoś przystosować do tego peryferyjnego kawałka Niepojętego, w którym przyszło nam egzystować.
Akt Stworzenia, który usiłujemy pojąć (wybacz nawias, Teofilu, ale mówiąc „my”, mam na myśli mojego stryjecznego brata czwartego stopnia, Saszę Korbacha), miał miejsce w „przestrzeni” (no, w jaki sposób moglibyśmy się tu obejść bez nawiasów i cudzysłowów?), w przestrzeni, gdzie nie było ani czasu, ani powietrza. Pierwotny zamysł był całkiem inny i zupełnie niepojęty dla nas, dzieci powietrza i czasu. Zamysł ten pozostawiono nam wyłącznie w postaci nieśmiałego wspomnienia, które określamy słowem „raj”.
Nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie Pierwotnego Zamysłu, możemy jednak sobie wyobrazić, że gdzieś na peryferiach nastąpiło odchylenie, być może w rezultacie tego, co nazywamy walką Dobra i Zła. Przyszedł moment Pokusy - wszelka alegoria jest tu stosowna, wąż, jabłko, nagość (być może odzież nie była Adamowi i Ewie potrzebna w substancji innej niż powietrze) - a w ślad za nim Grzech Pierworodny oraz Wygnanie z Raju, to znaczy z Pierwotnego Zamysłu. Nastąpiło stwarzanie „z błota” czy „z prochu”, czyli z pierwotnej mieszanki pierwiastków z węglem i tlenem.
Moglibyśmy powiedzieć, że Pokusa i Wygnanie nastąpiły w tym samym czasie, gdyby czas istniał, ale tak nie było. Czas to właśnie Wygnanie, to on stworzył ten nasz świat, sferę śmiertelnych. Czas-Wygnanie stworzył biologię - albo może vice versa, a najprawdopodobniej stworzyły się nawzajem - i w ten sposób DNA możemy uważać za formułę wygnania z Raju. Rzecz jasna, świat istot żywych nie mógłby istnieć, no i nie mógłby być stworzony bez substancji powietrza i jej pochodnych, ziemi i wody. Powietrze, woda i ziemia uformowały składniki wszystkiego, co żyje, a w konsekwencji umiera. Natychmiast pojawił się czas. Zaczął się rachunek Wygnania.
[…]
- Wszystkie nasze {mitologiczne czy nie – przyp. aut.] Andromedy, Perseusze i potwory istniały, istnieją i będą istnieć, dopóki istnieje ten świat i odbija nasz strach, nadzieję na osiągnięcie błogostanu i humorystyczny gest. Z boskiego sensu człowiek tworzył karnawał bóstw i bohaterów na obraz i podobieństwo swoje. Arystoteles, panowie włóczędzy, był nie tak znów prosty, choć nie wyrzekał się pogaństwa. Wiedział, że Bóg jest niedosiężny, i zdawał sobie sprawę, że zaludniający Olimp tłum to skrojone przez człowieka na własną miarę próby dosięgnięcia Niedosiężnego.
Judaizm heroicznie wyrzekł się politeizmu, ale i on nie był w stanie trzymać się czystej Niedosiężności, jako że jest ona dla człowieka niemożliwa do zniesienia. Prorocy-pośrednicy - Abraham, Jakub, Mojżesz, Jonasz w brzuchu wieloryba - to ludzkie wyobrażenia boskości.
[…]
[Mowa o pewnym wykopalisku archeologicznym w Judei – przyp. aut.]
Tam, w dole, leżał on sam [widział w nim niejako vel dosłownie siebie samego - Aleksandra Korbacha – przyp. aut.]. Było to jego własne, szczupłe i muskularne ciało, i nawet paznokieć dużego palca prawej stopy był kopią jego własnego, kiedyś nazwanego archeologicznym. Najważniejsze polegało jednak na tym, że Zeew Kor-Bejt [rzemieślnik-garbarz, mityczny praprzodek rodu Korbachów – przyp. aut.] miał twarz Aleksandra Korbacha. Jedynie nad lewym kącikiem ust odsłonił się kawałeczek ciała i widoczna była kość, cała reszta była idealną kopią rysów i kształt łysej czaszki, i odstające uszy, i rozciągnięte małpie usta, i powieki, zaciśnięte, jak gdyby w śmiechu, od dwóch tysięcy lat na gałkach ocznych. Oddalając się i przybliżając, majaczyła przed nim oszołamiająca maska błazeńskiego śmiechu, kropka w kropkę taka sama, jaka pojawiała się u niego samego w momentach teatralnego natchnienia. I on sam obecnie oddalał się i przybliżał, oddalał i przybliżał. I nagle poczuł, że dotyka czegoś na razie niepojętego. Znaczy, że to ja, znaczy, że to ja sam, znaczy, że to ja sam tu byłem, znaczy, że to ja sam tu byłem w osobie tego pieśniarza Saszy Korbacha, myślał. I odpływał, i przypływał, i odpływał.
Aksionow Wasilij, Nowy słodki styl