Blog

 

25.08.2019

Nowy słodki styl cz.3

[…]

Aleksander [Korbach – główny bohater powieści – przyp. aut.] w żaden sposób nie mógł przywyknąć do nowego miejsca. Za każdym razem, gdy przestępował próg i widział za ogromnym oknem srebro czy fiolet oceanu, myślał: ziszczony sen idioty, w końcu mieszkasz zgodnie z odwiecznymi chorymi radzieckimi wyobrażeniami o życiu za granicą. Jakie to wszystko proste, wystarczy przyłączyć się do mafii i od razu życie zwraca się ku tobie przyrumienioną stroną, morski ozon wywiewa miazmaty mrocznej podświadomości; człowiek zrodzony jest do szczęścia jak ptak do lotu (Szołochow? Gorki?), jak rekin do pływania, jak smok do ziania ogniem. W gruncie rzeczy to samo proponowano mu w Rosji, kiedy to towarzysz Sitnyj ze swymi generałami przy wódeczce i wędzonym łososiu sugerowali, by podwyższyć patriotyczną tonację Błaznów [grupa artystyczna w radzieckiej Rosji – przyp. aut.], aby wzmocnić nasz niepowtarzalny, typowo rosyjski element, uderzyć w tradycyjnych wrogów Rosji - kupców, popów, obszarników. Istota rzeczy jest ta sama: zostań członkiem bandy, a wszystko będzie w porządku.

Tu, w tym kraju [mowa o USA – przyp. aut.] istnieje przynajmniej alternatywa dla totalitarnego monstrum: banda zabawnych oszustów. Być może, człowiek nie jest w stanie wyleźć z gówna bez jakiejś małej oszukańczej alternatywy. Rozsuń wszystkie te szklane drzwi i oddychaj - teraz to twoje miejsce.

[…]

Babilończycy zburzyli Świątynię i podpalili miasto ze wszystkich stron. I padły na mieszkańców Jeruzalem smutek i trwoga. Wielu z nich próbowało uciec po ciemku z miasta i znaleźć schronienie w skałach gór Judei. W owym czasie król Nabuchodonozor wszedł do miasta, gdzie wciąż jeszcze trwały grabieże i mord. Król Judei Zedekiasz został wraz z rodziną wzięty do niewoli. Przywiązano ich do podnóżka babilońskiego tronu polowego. Zedekiasza zmuszono, by patrzył na kaźń swoich dzieci. Potem wyłupiono mu sztyletem oczy i przykuto na łańcuchu do kolumny. Ukazały się tłumy Judejczyków, pędzonych w niewolę biczami i włóczniami.

W tłumie znajdował się pewien rzemieślnik, którego sklepik, położony w wąskiej uliczce u podnóża góry Moriah, został dopiero co rozgrabiony przez żołnierzy babilońskich; zwał się ów rzemieślnik Kor-Bejt, co po hebrajsku oznacza „chłodny dom”. Nagle ujrzał swojego króla w łańcuchach, wyjącego dziko z niepowstrzymanego bólu. Kor-Bejt nie mógł znieść takiego poniżenia.

Wiem, że ów Kor-Bejt był moim przodkiem, mruczał Stanley [Korbach – amerykański miliarder, krewny Aleksandra – przyp. aut.]. Widzę to wszystko jak na filmie, nakręconym dwadzieścia pięć wieków temu. Widywałem już tego Kor-Bejta, a może jakiegoś innego, za każdym razem, kiedy dawano mi morfinę. Widziałem, jak wyciąga skóry z piwnicy swojego „chłodnego domu” i robi z nich ochronne kamizelki i wysokie buty. I oto, teraz gdy modlę się przed operacją, która ma być przeprowadzona na moich organach płciowych, widzę, jak Kor-Bejt wyskakuje z tłumu, wyciąga strażnikowi miecz z pochwy i próbuje przebić króla Zedekiasza, żeby uwolnić go od cierpień. Widzę, jak babilońscy żołnierze odciągają go i wloką do nóg Nabuchodonozora, siedzącego na polowym tronie na zhańbionym tarasie naszej świątyni, w splamionej krwią Zedekiasza i jego dzieci opończy.

„Chciałeś pozbawić go czucia?” - spytał Kor-Bejta Nabuchodonozor i mój przodek niezwykle grzecznie odpowiedział: „Yes, sir”. Król był w mrocznym nastroju w ów dzień triumfu nad Judea. Znał się dobrze na astronomii i miał mniej lub bardziej osobiste związki z Astarte. Na podstawie układu gwiazd wiedział, że bogini nie aprobuje tej krwawej łaźni, ale wiedział także, że nie ma wyboru. Problem ostatecznego znieczulenia nie dawał mu spokoju. Spytał Kor-Bejta, co woli, czucie czy całkowity spokój. „Czucie” - odparł Kor-Bejt, prawdziwy żydowski rzemieślnik. „Rzekłeś” - skinął głową Nabuchodonozor i nakazał, by z jego skóry wycięto porządny bat i batem tym wymierzono mu pięćdziesiąt porządnych uderzeń, nie oszczędzając żadnych części ciała.

[…]

Seks, myślał Stanley, ciekawy fenomen, nieprawdaż? Dlaczego ludzie tak przeceniają całe to spółkowanie? Czemu sądzą, że bara-bara automatycznie daje uczucie bliskości i ciepła? Nie zliczę, ile razy spółkowałem z moją żoną Marjorie, a ani razu nie miałem uczucia bliskości i ciepła. Przespaceruj się pod rozbrzmiewającymi echem sklepieniami klasyki, tam, gdzie włóczył się nasz Sasza, zobaczysz młodzieńca Dantego, wpatrującego się w młodziutką Beatrycze. W momencie spotkania był już mężem Gemmy i głową rodziny, ale myśl o spółkowaniu z nową olśniewającą pięknością nawet nie przemknęła mu przez głowę. To była namiętność innego rodzaju, niepojęta, z innej rzeczywistości i ani jeden seksualny impuls nie nawiedził jego umysłu ani jego ciał jamistych; tak w każdym razie utrzymują wiersze. A my, nie poeci, ale i nie bydło, każdy przejaw pożądania, każdy numer przyoblekamy w jakieś mgliste, nostalgiczne szaty. To, co nazywamy romantyzmem, to najwyraźniej oddalony o lata świetlne odblask prawdziwej miłości. Niezdolni dosięgnąć romantyzmu, pragniemy chociaż bliskości i ciepła.

[…]

Wiem, Stanley, że ustawicznie próbujesz uciec. Bez względu na twoje kolosalne sukcesy finansowe z natury nie jesteś biznesmenem. Cóż, większość ludzi zajmuje się w życiu nie tym, czym powinna, spędza czas na robieniu rzeczy nieodpowiednich, a równocześnie mgliście marzy o jakimś innym życiu, innej pracy i, oczywiście, innych kobietach. Wszyscy są skuci brakiem woli i ten brak woli ma coś wspólnego ze ślepym zaułkiem religii, w związku z pytaniem o wolną wolę i przeznaczenie. Czy warto, żebym próbował coś osiągnąć, skoro wszystko jest z góry zaplanowane?

Inni ludzie, o typie mniej lub bardziej demonicznym, ci, których w literaturze nazywa się bajronistami, rzucają losowi wyzwanie, ale i oni opuszczają ręce, sądząc, że te wyzwania były im z góry przeznaczone. Ty akurat należysz do tego właśnie typu, panie prezesie.

Nie znam, naturalnie, twojego prawdziwego powołania. Możliwe, że jesteś urodzonym artystą albo obieżyświatem, albo kimś w rodzaju „mesjasza”. Używam tego słowa w cudzysłowie i małą literą, ponieważ najczęściej mamy do czynienia z tak zwanymi fałszywymi prorokami. Prawie zawsze są oni ludźmi wybitnymi. Niemało ich również w historii Żydów - od wielkiego Bar Kochby do niezbyt wielkiego Dawida Alroya. Często osiągają taki stopień egzaltacji, że sami sobie wydają się prawdziwymi wysłannikami Boga. Innych po prostu pochłania megalomańska ambicja. Zjawisko to jest równie stare albo równie młode, jak cała ludzka rasa. Niestety, często kosztuje ono bardzo wiele współczesnych tych proroków i mesjaszy, czyniąc spustoszenie w umysłach i na terenach zamieszkanych.

[…]

Odpoczynek jednak zmieniał się dla niej [mowa o Norze, amerykańskiej kochance Aleksandra, Saszy i jej doświadczeniu z nie-grawitacją, czyli nieważkością w kosmosie – przyp. aut.] w coś, czego nie da się opisać. Wyciągnąwszy się i przymocowawszy do łóżka, patrzyła przez malutki iluminator w przeciwną niż Ziemia stronę. Zaczęło jej się zwidywać coś niemożliwego do pomyślenia. Spróbuję to opisać, ale wiedz, że to nawet nie przybliżenie tego, co było. Przede wszystkim dlatego, że zjawiska te nie miały żadnego związku z pojęciami „było-jest-będzie”. Wtedy rozumiała to doskonale, ale kompletnie nie pojmuje teraz. No dobrze, być może mogę nazwać to ogromnymi twarzami albo czymś takim. Wyłaniały się jedna z drugiej, a każda była wcieleniem wszystkich pozostałych. I znikały jedna w drugiej, niby fluktuacje jakiegoś światła, zupełnie jak w trzeciej części Boskiej Komedii [według parafrazy jak u Dantego Alighieri – przyp. aut.], ale bez końca. Teraz nazywam je twarzami, ale to nie były twarze, Sasza; a zresztą, nie da się tego powiedzieć. Czasami zaklinała je: pokażcie się, pokażcie! I wtedy, jakby w odpowiedzi, pojawiły się podobizny aniołów. Tak, Sasza, ze skrzydłami - jakby ludzie, ale ze skrzydłami. Potem wszystko zastąpiło wszechogarniające drżenie. Ona sama była wówczas częścią zachwytu i było w tym wszystko: i koniec, i początek, i pozostawało tylko modlić się - o co, nie pamiętam. Nagle zdała sobie sprawę, że widzi Chrystusa, nie w ludzkiej postaci, a w postaci czegoś niewidzialnego i wielkiego zarazem, jeśli można tak powiedzieć, ale powiedzieć w żaden sposób się nie da.

[…]

Wszystko jest bardzo proste: na tym świecie, gdzie tyle błędnych kół, krążąc, napędza się nawzajem, jeden okrąg otwiera się nagle i wyciąga w linię prostą. I w tej prostocie jednak, tak jak w całej tej pierdolonej dialektyce, kryje się pułapka. Pokutujący „tłusty kot” nie przestaje być mimo to kotem tłustym. Dręczy mnie fakt, że pragnienie, by oddać wszystko innym, może się okazać odwrotną stroną pragnienia, by wszystko zagarnąć dla siebie. Hojność daje ci rozkosz, czyli bądź hojny, a zyskasz samozadowolenie. Chcę mieć obok siebie własną antytezę, bliskiego przyjaciela, który nigdy nie zawaha się powiedzieć mi prosto w twarz: trudniła griesznyj.



powrót ››