Blog

 

16.01.2021

Słup ognia

[…]

Ebrima [czarnoskóry, jeniec wojenny z Senegalu – przyp. aut.] nie wierzył w ukrzyżowanego Boga. Udawał jednak, bo dzięki temu życie było prostsze, i choć został ochrzczony, wiedział swoje. Europejczycy nie mieli pojęcia, że wszędzie dookoła są duchy: w ciałach mew, zachodnim wietrze i drzewkach pomarańczowych. Najpotężniejszym z nich był bóg rzeki; Ebrima wiedział o tym, bo wychowywał się w wiosce nad brzegiem rzeki. Ta rzeka była inna i nie miał pojęcia, ile tysięcy mil dzieli go od domu, ale bóg pozostał ten sam. Wszedłszy do wody, wymamrotał święte słowa i czując, jak ogarnia go spokój, pozwolił wspomnieniom wynurzyć się z głębi umysłu. Przypomniał sobie ojca – silnego człowieka, którego brązową skórę znaczyły czarne blizny po wypadkach z płynnym metalem. Wspominał matkę, jej nagie piersi, kiedy plewiła ogródek warzywny, i siostrę trzymającą w ramionach niemowlę – siostrzeńca Ebrimy, który wyrośnie na mężczyznę. Nikt z nich nie znał nazwy miasta, w którym on wiódł swe niewolnicze życie, ale wszyscy czcili tego samego ducha. Bóg rzeki pocieszał Ebrimę w jego smutku. A gdy rytuał dobiegł końca, ofiarował mu ostatni podarunek: siłę. Ebrima wyszedł z rzeki – na jego ciele perliły się krople wody – i zobaczył, że słońce stoi już wysoko na niebie. Wiedział, że jeszcze przez jakiś czas będzie cierpliwie znosił swój los.

[…]

Reszta klasztoru obróciła się w ruinę. Główne drzwi były zamknięte, jednak ściany skruszały i na tyłach starej kuchni znaleźli stertę gruzu, po której udało im się wejść do środka. Wszystko wskazywało na to, że nie byli tu pierwsi. Ned [Willard – sekretarz Królowej Elżbiety, szef tajnych służb Królowej – przyp. aut.] zobaczył ciepłe jeszcze popioły niedawno zagaszonego ogniska, porozrzucane obgryzione kości i gnijący bukłak na wino; ktoś spędził tu noc, prawdopodobnie kochankowie urządzili sobie schadzkę w ruinach klasztoru. Wśród murów unosiła się woń rozkładu, a wszystko dookoła upstrzone było ptasimi i mysimi odchodami. – I pomyśleć tylko, że mnisi zawsze dbali o porządek – odezwała się posępnie Alice [matka Neda – przyp. aut.], rozglądając się. – Nic nie jest trwałe, z wyjątkiem zmian. I rozkładu, pomyślał Ned i nagle, nie wiedzieć czemu, poczuł zniecierpliwienie. Teraz wszystko to należało do jego rodziny. Mogło powstać z tego coś naprawdę pięknego.

[…]

W swoim krótkim życiu nigdy nie widziałem czegoś równie przerażającego. Nie wiedziałem, jak to możliwe, że ludzie są zdolni do takich rzeczy, i nie rozumiałem, jak Bóg im na to pozwala. Moja matka powiedziała coś, co na długie lata utkwiło mi w pamięci: „Człowiek, który żyje w przekonaniu, że zna wolę Boga i jest gotów za wszelką cenę ją wypełnić, jest najniebezpieczniejszym człowiekiem na świecie”. Kiedy zgromadzeni na placu ludzie zaczęli rozchodzić się do domów, ja zostałem. Wzeszło słońce, lecz jego promienie nie padały na kopcące zwęglone resztki, które pozostały w zimnym cieniu katedry. Myślałem o sir Williamie Cecilu [zaufany, Królowej Anglii Elżbiecie – przyp. aut.] i naszej rozmowie o Elżbiecie, którą odbyliśmy w dwunastym dniu świąt Bożego Narodzenia. Powiedział mi wówczas: „Elżbieta wielokrotnie mi powtarzała, że jeśli zostanie królową, zadba o to, by żaden Anglik nie stracił życia przez swoje poglądy. Myślę, że warto zawierzyć takim ideałom”. W tamtym czasie wydawało mi się to jedynie pobożnym życzeniem. Jednakże po tym, co właśnie zobaczyłem, zacząłem się zastanawiać. Czy to w ogóle możliwe, by Elżbieta pozbyła się dogmatycznych biskupów takich jak Julius i położyła kres scenom takim jak ta, której właśnie byłem świadkiem? Czy możliwe było, że nadejdą czasy, gdy ludzie różnych wyznań przestaną się mordować?

[…]

Kiedy Margery [Fitzgerald, arystokratka o poglądach katolickich – przyp. aut.] miała dziewięć lat, oświadczyła, że zamierza zostać zakonnicą. Była pełna podziwu dla pobożnego życia, jakie wiodła jej stryjeczna babka, siostra Joan, która mieszkała na najwyższym piętrze domu z ołtarzem i różańcem. Joan była dostojna, niezależna i miała w życiu cel. Za rządów Henryka VIII [króla Anglii – przyp. aut.] zlikwidowano wszystkie klasztory żeńskie i męskie i królowa Maria Tudor [poprzedniczka na tronie Elżbiety, ultrakatoliczka – przyp. aut.] nie zdołała ich przywrócić. Margery nie dlatego jednak porzuciła swoje ambicje. Prawda była taka, że kiedy weszła w wiek dojrzewania, wiedziała, że nie będzie potrafiła żyć w celibacie. Lubiła chłopców, nawet jeśli zachowywali się niepoważnie. Imponowała jej ich odwaga, siła, poczucie humoru i lubiła czuć na sobie ich pożądliwe spojrzenia. Nie przeszkadzało jej nawet to, że nie dostrzegali rozmaitych subtelności i nie rozumieli aluzji. Pociągała ją ich prostolinijność, zwłaszcza w świetle tego, że dziewczęta bywały takie nieszczere.

[…]

Ebrima często myślał z nostalgią o wiosce, w której się urodził. Gdyby mógł cofnąć się w czasie, być może nie zostałby jeńcem wojennym, nie trafiłby do niewoli i pędziłby spokojne, pogodne życie w tej odległej od wielkiego świata osadzie. Takie refleksje napełniały go zwykle smutkiem. Wiedział jednak, że nie może wrócić ani do tamtych czasów, ani do tamtego miejsca, choćby dlatego, że nie miał pojęcia, jak tam trafić. Chodziło jednak o coś jeszcze. Wiedział już zbyt wiele. Niczym Ewa z mitu, w który wierzyli chrześcijanie, zjadł owoc z drzewa poznania i nie mógł wrócić do rajskiego ogrodu. Mówił po hiszpańsku i francusku, posługiwał się też miejscowym dialektem brabanckim, ale od lat nie wypowiedział ani słowa w mandinka [język, narzecze ludów afrykańskich – przyp. aut.]. Wieszał w swoim domu obrazy olejne, uwielbiał słuchać muzyków odtwarzających skomplikowane utwory, pijał tylko najlepsze wina. Był innym człowiekiem.

[…]

Pierre [Aumande, fanatyk katolicki u boku francuskich Gwizjuszów – przyp. aut.] rozejrzał się po sklepie. Rzeczywiście, nie było tu żadnych książek, tylko księgi rachunkowe jak ta, która właśnie leżała przed Sylvie, oraz mniejsze notesy zwane livres de raison [z francuskiego – księgi rozumu, najczęściej o rachunkowości – przyp. aut.]. Być może jej ewangeliczny zapał przygasł, gdy zobaczyła ojca płonącego na stosie – na to właśnie zawsze liczył Kościół. Czasami jednak takie egzekucje przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego, a męczeństwo zabijanych heretyków stawało się inspiracją dla kolejnych. Może ta kobieta poświęciła życie kontynuowaniu misji ojca i miała gdzieś ukryty magazyn z nielegalnymi księgami. Mógł kazać ją śledzić, by się tego dowiedzieć. Niestety, jego wizyta była dla niej przestrogą, więc z pewnością podjęłaby szczególne środki ostrożności.

[…]

Pod rządami protestantów Wielkanoc zamieniła się w szare, nudne święto. Nie przenoszono już ulicami Kingsbridge [miasto w południowej Anglii – przyp. aut.] relikwii świętego Adolfa [z Osnabruck w Niemczech, święty kościoła katolickiego, biskup – przyp. aut.] podczas kolorowej procesji. W katedrze nie wystawiano misteriów. Zamiast tego na dziedzińcu karczmy Bella codziennie występowała trupa aktorska, odgrywająca sztukę zatytułowaną Everyman. Protestanci nie rozumieli, że ludzie potrzebują w kościele barw i pompy. Czterdziestopięcioletnia Margery nie uważała już, że protestantyzm jest zły, a katolicyzm idealny. Liczyła się dla niej przede wszystkim różnica między tyranią i tolerancją, między ludźmi, którzy próbują narzucić swoje poglądy wszystkim innym, a tymi, którzy szanują wiarę swoich oponentów.

[…]

Jack [syn Margery – przyp. aut.] zamyślił się na chwilę, rozważając jej słowa. Był w tym cudownym wieku, gdy wszystko wydaje się możliwe. Chciała jednak, by mimo wszystko zachowywał się przyzwoicie w New Castle [Nowy Zamek na posiadłości ziemskiej rodziny hrabiowskiej – przyp. aut.]. – Bądź miły – powiedziała, gdy zbliżali się do celu. – Nie kłóć się ze stryjem Bartletem. Jedziesz tam, żeby zawierać przyjaźnie, a nie robić sobie wrogów. – Rozumiem. Nie była wcale pewna, czy wziął sobie jej zalecenia do serca, ale zrobiła wszystko, co mogła. Dziecko zawsze będzie tym, kim jest naprawdę, a nie tym, kim my byśmy chcieli, pomyślała.

[…]

Jack wyszedł, a Ned spojrzał za okno na wspaniałą zachodnią część fasady katedry. Z tego miejsca widział tylko wejście na cmentarz, gdzie leżały Sylvie [pierwsza, protestancka żona Neda – przyp. aut.] i Margery. Nie zajrzał do książki. Czuł się dobrze ze swoimi myślami. Ostatnio często w zupełności mu wystarczały. Jego umysł był jak dom, który wyposażał przez całe życie. Stołami i łóżkami były pieśni, które umiał śpiewać, sztuki, które oglądał, katedry, które widział, książki, które przeczytał po angielsku, francusku i łacinie. Dzielił ten niewidzialny dom ze swoimi bliskimi, żywymi i zmarłymi: z rodzicami, bratem, kobietami, które kochał, dziećmi. Były tam pokoje gościnne dla ważnych postaci, takich jak Francis Walsingham, William i Robert Cecil [urzędnicy Królowej Anglii Elżbiety – przyp. aut.], Francis Drake [korsarz angielski – przyp. aut.] i oczywiście królowa Elżbieta. Byli tam też jego wrogowie – Rollo Fitzgerald [ultrakatolicki ksiądz angielski, brat Margery – przyp. aut.], Pierre Aumande Gwizjusz, Guy Fawkes [słynny zamachowiec na życie Jakuba II Stuarta – przyp. aut.] – którzy teraz nie mogli już zrobić mu krzywdy. Obrazy na ścianach przedstawiały chwile, gdy był dzielny albo sprytny, albo miły. Czyniły z domu szczęśliwe miejsce. A złe rzeczy, których się dopuścił, kłamstwa, które rozpowiadał, ludzie, których zdradził, i chwile, gdy zachowywał się tchórzliwie, zapisane były brzydkimi literami na ścianie przybudówki. Jego pamięć tworzyła bibliotekę domu. Mógł wyjąć każdą z książek i natychmiast przenieść się w inne miejsce i czas: do szkoły w Kingsbridge z okresu niewinnego dzieciństwa, do pałacu Hatfield w ekscytującym roku 1558, na brzegi Sekwany w krwawą noc świętego Bartłomieja [rzeź protestantów w Paryżu – przyp. aut.], na kanał La Manche podczas bitwy z hiszpańską armadą [w czasie próby inwazji na Anglię – przyp. aut.]. Co ciekawe, postać Neda, żyjąca w tych historiach, nie pozostawała taka sama. Czasami wydawało mu się, że całkiem inna osoba uczyła się łaciny, inna uległa urokowi młodej księżniczki Elżbiety, jeszcze inna pchnęła nożem mężczyznę bez nosa na cmentarzu kościoła Saint– Julien– le– Pauvre [w Paryżu – przyp. aut.], a jeszcze inna obserwowała, jak płonące okręty rozbijają szyk galeonów u wybrzeży Calais [w czasie potyczki na morzu z niezwyciężoną armadą hiszpańską – przyp. aut.]. Ale oczywiście były to tylko różne wersje jego, właściciela domu. A pewnego dnia, już niedługo, ten dom runie jak inne stare budynki, a potem, całkiem szybko, wszystko obróci się w proch. Z tą myślą osunął się w sen.

Ken Folett, Słup ognia



powrót ››