Blog

 

19.01.2020

Klub Dantego

[…]

- No, ale cała ta idea podróżowania przez zaświaty, opisy kar piekielnych… Jakież to wszystko drastyczne! I jeszcze ten niestosowny tytuł: Komedia. To jest średniowieczne, scholastyczne i… - … katolickie! - Lowell [amerykański poeta – przyp. aut.] wszedł Hillowi w słowo. - Czy to właśnie ma pan na myśli, czcigodny panie rektorze? Czy Dante [Alighieri – włoski poeta i dramaturg epoki późnego średniowiecza – przyp. aut.] jest nazbyt włoski i nazbyt katolicki dla Harvardu? Hill z szelmowskim uśmiechem uniósł swe siwe brwi. - Musi pan wszak wziąć pod uwagę, że takie okropne wyobrażenia Boga mogą być nieprzyswajalne dla naszych protestanckich uszu. Po prawdzie, do tłumu irlandzkich papistów snujących się wzdłuż portowych nabrzeży i gnieżdżących się na przedmieściach Bostonu Lowell był nastawiony równie nieprzyjaźnie jak członkowie Korporacji [harvardzkiej – przyp. aut.]. Lecz pomysł, aby traktować genialny poemat jako swego rodzaju watykański edykt… - Tak, my raczej potępiamy ludzi na wieczność, nie informując ich o tym uprzejmie. A Dante nazywa swoje dzieło commedia, mój drogi panie, ponieważ napisał je po włosku, prostym, plebejskim językiem, a nie po łacinie, jak również dlatego, że w przeciwieństwie do tragedii jego fabuła kończy się szczęśliwie: poeta wznosi się do nieba. Zamiast próbować napisać wielki poemat na podstawie tego, co było dlań obce i sztuczne, Dante wysnuł go z własnego życia!

[…]

Podczas gdy doktor [Holmes – pisarz i członek Klubu Dantego – przyp. aut.], szukając sobie jakiegoś zajęcia, przyglądał się licznym notablom obecnym na pogrzebie, spojrzenia wielu żałobników kierowały się w jego stronę, on sam bowiem należał do grona osobistości znanych jako ‘Nowoangielscy Święci’ lub ‘Poeci Kominkowi’. Niezależnie od nadawanego im miana byli oni najważniejszym ugrupowaniem literackim kraju. Nieopodal państwa Holmesów James Russell Lowell, poeta, profesor i redaktor, leniwie podkręcał długiego wąsa, dopóki Fanny Lowell nie pociągnęła go za rękaw. Po drugiej stronie stał J. T. Fields, wydawca największych poetów Nowej Anglii. Jego pochylona głowa i broda tworzyły razem doskonały trójkąt, co miało zapewne nadać jego postaci wyraz zadumy, silnie kontrastujący z anielsko-różowymi policzkami i wdziękiem jego młodej żony. Lowell i Fields nie znali sędziego [pierwszej ofiary szaleńczego zabójcy bostońskich notabli – przyp. aut.] bliżej niż Holmes, lecz uczestniczyli w uroczystości z szacunku dla statusu Healeya i jego rodziny (z którą Lowellowie byli ponadto daleko spokrewnieni).

[…]

Holmes usiadł pod wysokim drzewem za swoim domem, rozmyślając o ‘najświetniejszych literatach Nowej Anglii’ z reklamy Fieldsa w ‘New York Tribune’. Ich Klub Dantego. Lowell miał misję - wprowadzić poezję Dantego do Ameryki, Fields - własne plany wydawnicze. Tak, bez wątpienia, sprawy akademickie i biznesowe były w Klubie obecne. Lecz dla Holmesa sukces Klubu polegał na tym, że dzięki wspólnym zainteresowaniom łączył on grupę przyjaciół, z których posiadania doktor był niezmiernie rad. Holmes ponad wszystko uwielbiał swobodną paplaninę i ów szczególny rodzaj wigoru, jaki wstępował w nich, gdy wspólnie analizowali poezję Dantego. Klub był uzdrawiającym stowarzyszeniem - po doświadczeniach ostatnich lat, które nagle wszystkich ich postarzyły - jednoczącym Holmesa i Lowella, po tym jak podzieliły ich odmienne opinie na temat wojny [secesyjnej a zatem wojny domowej w Ameryce Północnej – przyp. aut.], wiążącym Fieldsa z jego najlepszymi autorami w pierwszych latach działalności bez partnera Williama Ticknora, łączącym Longfellowa ze światem zewnętrznym - lub przynajmniej z niektórymi jego ambasadorami o bardziej literackich upodobaniach. Doktor nie miał jakiegoś szczególnego talentu do przekładów. Dysponował niezbędną dozą wyobraźni, lecz nie potrafił, tak jak Longfellow, otworzyć się w pełni na głos innego poety. Jednak w narodzie prowadzącym tak skromną wymianę myśli z zagranicą Oliver Wendell Holmes był rad uznawać siebie za znawcę Dantego, choć bardziej za d a n t e j c z y k a niż d a n t o l o g a [a zatem bardziej za wyznawcę niż za erudytę – przyp. aut.].

[…]

Dantejskie Piekło jest częścią naszego świata w takim samym stopniu, w jakim stanowi ono część świata podziemnego, i nie powinno się go unikać, lecz raczej konfrontować się z nim - stwierdził Lowell. - W naszym życiu bardzo często sondujemy jego głębię. Siła poezji Dantego znajdowała największy oddźwięk wśród niekatolików, teologia autora bowiem musiała budzić pewne zastrzeżenia wierzących. Lecz czytelnikom mniej biegłym w kwestiach doktrynalnych wiara Dantego zdawała się tak doskonała, tak bezkompromisowa, że czuli się zmuszeni przyjąć jego poezję do serca. To dlatego Klub Dantego budził obawy Holmesa: doktor lękał się, że zapoczątkuje on nowe Piekło, uprawomocnione samym literackim geniuszem poetów. Obawiał się, że on sam, po życiu spędzonym na ucieczce przed diabłem z ojcowskich kazań [ojciec Holmesa był pastorem – przyp. aut.], będzie temu częściowo winny. […] Dante śmiał uczynić z siebie niemal boskiego herosa, przekształcając własną ułomną osobowość dzięki mocy poezji. Dla swego dzieła florentyńczyk poświęcił dom, życie rodzinne i miejsce w łajdackim mieście, które tak ukochał. W ubóstwie i samotności stworzył swój naród; pokoju mógł doświadczyć tylko w wyobraźni.

[…]

Dante napisał swój poemat w trójwersowych strofach - terza rima [po włosku – tercyna – przyp. aut.] – w których wiersz środkowy rymuje się z pierwszym i trzecim zwrotki następnej, co nadaje im dynamiczny charakter […] Dante wędrował przez poszczególne rejony Piekła, podążając w ślad za swym uwielbianym przewodnikiem, rzymskim poetą Wergiliuszem. Po drodze poznawał los każdej z grup grzeszników, wyróżniając jednego lub dwóch, aby przemówili do świata żywych. - Ten las [początkowe strofy Boskiej Komedii – przyp. aut.] musi w którymś momencie pojawić się w koszmarach każdego z czytelników Dantego - stwierdził Lowell. - Dante pisze tak, jak malował Rembrandt: pędzlem zanurzonym w mroku, a za oświetlenie służy mu blask ognia piekielnego.

[…]

- ‘Nel mezzo del cammin di nostra vita’. W połowie drogi poprzez podróż n a s z e g o życia - powtórzył Lowell… N a s z e g o życia. Już od pierwszego wersu poematu Dantego m y s a m i zostajemy wciągnięci w podróż, ruszamy wraz z nim na pielgrzymkę i musimy zmierzyć się z naszym piekłem równie uczciwie i otwarcie, jak mierzy się z nim Dante. Wielka i trwała wartość Komedii leży w tym, że jest ona autobiografią ludzkiej duszy. Być może w tym samym stopniu waszych dusz i mojej duszy, jak duszy Dantego.

[…]

Na półpiętrze wisiała reprodukcja portretu młodego Dantego pędzla Giotta [włoski wtedy florencki malarz, prekursor Renesansu w sztuce – przyp. aut.]. W miejscu jednego oka poety widniała dziura. Giotto namalował swój fresk we florenckim Palazzo Bargello, lecz przez stulecia był on pokryty wapnem i zapomniany. Teraz pozostała tylko litografia [technika graficzna zbliżona do druku płaskiego – przyp. aut.] zniszczonego malowidła. Dante pozował do tego portretu, zanim dosięgły go bóle wygnania i wojna z losem; był wówczas cichym wielbicielem Beatrycze, młodzieńcem średniego wzrostu, o smagłym, melancholijnym, zamyślonym obliczu. Miał duże oczy, orli nos i wysunięty do przodu podbródek. Łagodna linia jego twarzy była niemal kobieca. Młody Dante, jak mówią legendy, rzadko odzywał się nie pytany. W czasie, gdy kontemplował coś szczególnie mu miłego, nic nie było w stanie go rozproszyć. Podobno, gdy znalazł kiedyś rzadką książkę w jednym z antykwariatów w Sienie [miejscowość w Toskanii – przyp. aut.], spędził cały dzień na ławce, czytając ją, nie spostrzegłszy nawet, że tuż obok odbywa się uliczna fiesta, grają muzykanci i pląsają kobiety.

[…]

Starsze ode mnie twory nie istnieją,

Chyba wieczyste - a jam niespożyta!

Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją…

[Boska Komedia, Piekło, Pieśń III, wers 7]

[…]

Czym jesteśmy, / Jesteśmy: związkiem mężnych serc, osłabłych / Pod ciężkim czasu i losu brzemieniem, / Silnych pragnieniem, by się z losem zmagać, / Szukać, znajdować, wędrować - zrobił pauzę - do końca’ [cytat z Boskiej Komedii – przyp. aut.]. - Szukać - szepnął Lowell w zamyśleniu, po kolei, metodycznie badając twarze towarzyszy [klubowiczów – przyp. aut.] i zatrzymując wzrok na Holmesie - wędrować, znajdować…

[…]

fraza Dantego w istocie pokazuje, iż częścią contra passo [w dosłownym tłumaczeniu z włoskiego – przeciw-cierpienie, rodzaj udręki kary piekielnej po śmierci człowieka dającej wyraz jego grzechowi popełnianemu za życia – przyp. aut.] Szymoniaków [symonia – kupczenie godnościami i urzędami – przyp. aut.] jest to, że zostają pogrzebani do góry nogami, z pieniędzmi, które w sposób niegodny zgromadzili za życia, umieszczonymi p o n i ż e j i c h g ł ó w. Z pewnością Dante mógł myśleć o słowach, jakie święty Piotr wypowiedział do Szymona Maga: ‘Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą ‘. W tej interpretacji jama, w której tkwi grzesznik u Dantego, jest jego wieczną sakiewką [nawiązanie do śmierci drugiej ofiary bostońskiego seryjnego zabójcy – przyp. aut.].

[…]

Ignavi [grzesznicy z języka włoskiego – przyp. aut.] z Pieśni trzeciej nie wybierali za życia ani dobra, ani zła, przeto wzgardziło nimi zarówno Niebo, jak i Piekło. Trafiali zatem do przedsionka Piekła. Ponieważ niegdyś tchórzliwie odmówili działania, ich nagie cienie unosiły się teraz w powietrzu, podążając za pustym [w domyśle białym – przyp. aut.] proporczykiem. Bez przerwy kąsały ich muchy i osy, a krew cieknąca z ran zadawanych przez owady mieszała się z solą ich łez, stanowiąc pokarm dla gromadzących się u ich stóp ohydnych robaków. Jeszcze więcej much i robactwa lęgło się na ich gnijących ciałach. Zarówno muchy, osy, jak i czerwie odnaleźć można było na ciele Artemusa Healeya [sędziego, pierwszej ofiary seryjnego zabójcy, który okazał tchórzostwo w czasach pierwszej abolicji rasowej przed wojną secesyjną – przyp. aut.].

[…]

Te cienie, które, jak mówi Wergili, ‘bez hańby żyły i bez części’ [chodzi o grzech obojętności a zatem tzw. umywania rąk w sytuacjach skrajnych – przyp. aut.], muszą pozostać zapomniane po śmierci, gnębione bez końca przez najmarniejsze spośród marnych stworzeń. Na tym właśnie polega ich contrapasso, ich wieczna kara.

[…]

- Wiesz, mój chłopcze, jest taka opowieść u Boccaccia [włoski malarz, prekursor Renesansu w sztuce – przyp. aut.] o kobiecie, która mijała dom w Weronie, gdzie zatrzymał się Dante podczas swego wygnania. Zobaczyła poetę po drugiej stronie ulicy i wskazała go innej kobiecie, mówiąc: ‘To jest Alighieri, człowiek, który odwiedza Piekło, kiedykolwiek chce, i przynosi wieści od zmarłych’. A druga odparła: ‘To bardzo możliwe. Czy nie widzisz, jaką ma poskręcaną brodę i ciemną twarz? To pewnie z powodu gorąca i dymu!’.

[…]

[wypowiedź Pietro Bachiego, nauczyciela włoskiego w Harvardzie – przyp. aut.]

Americani z Bostonu zbudowali sobie Kartaginę, kraj zamożny, lecz pozbawiony kultury, którego przeznaczeniem było zniknąć bez śladu. Co Platon powiedział o mieszkańcach Argigentum [miasto na południowym wybrzeżu Sycylii – przyp. aut.]? Ci ludzie wznoszą takie budowle, jakby byli nieśmiertelni, a jedzą, jakby mieli zaraz umrzeć.

[…]

[wypowiedź przyszłego rektora i członka Korporacji Harvardzkiej Emersona – przyp. aut.]

Pamiętaj, że tylko wtedy, gdy geniusz przeszłości wcieli się we współczesną moc, spotkamy pierwszego prawdziwie amerykańskiego poetę. Spotkamy też gdzieś pierwszego prawdziwego czytelnika, wychowanego raczej na ulicach niż w Ateneum [czyli w przenośni w zaciszu nobliwego lekturzenia – przyp. aut.]. Podejrzewa się, że duch Amerykanina jest lękliwy, skory do naśladownictwa, oswojony, a duch uczonego przyzwoity, leniwy, zgodny. Umysł naszego kraju, przywykły, by mierzyć nisko, żywi się sam sobą. Bez czynu uczony nie jest jeszcze człowiekiem. Idee muszą działać poprzez kości i ramiona dobrych ludzi, inaczej to tylko mrzonki.

[…]

Leczenie jest żywym procesem – doktor [Holmes – przyp. aut.] zwrócił wzrok ku swoim słuchaczom – i pozostaje pod wielkim wpływem stanów psychicznych. Często stwierdzano, że taka sama rana otrzymana w bitwie leczona była z powodzeniem u zwycięskich żołnierzy, lecz okazywała się śmiertelna u pokonanych. Tak jawi się nam sfera pośrednia między nauką a poezją, którą tak zwani rozsądni ludzie zajmują się bardzo niechętnie.

[…]

Gdy studiował w Ecole de Medecine [z francuskiego wyższa szkoła medyczna – przyp. aut.] w Paryżu, widział raz combats des animaux [z francuskiego krwawy pokaz walki zwierząt – przyp. aut.], czyli barbarzyński pokaz buldogów, które walczyły z sobą i rozszarpywały przywiązane do słupa zwierzęta: wilka, niedźwiedzia, dzika, byka i osła. Holmes wiedział nawet wówczas, w czasach zuchwałej młodości, że nigdy nie wyzwoli swej duszy z piętna kalwinizmu [odłam religii chrześcijańskiej – przyp. aut.], niezależnie od tego, jak wiele wierszy napisze. Ciągle kusiło go, by uwierzyć, że świat jest tylko pułapką zastawioną na słabego człowieka, by schwytać go w sidła grzechu. Ale grzech, jak sądził, był tylko niezdolnością niedoskonałego bytu do przestrzegania doskonałego prawa. Dla jego przodków wielką tajemnicą życia była obecność grzechu, dla doktora Holmesa była nią obecność cierpienia.

[…]

Był rok 1300. ‘W życia wędrówce, na połowie czasu’, poeta, zwany Dantem, obudził się w głębi ciemnego lasu i stwierdził, że jego życie ‘zeszło z niemylnej drogi’. James Russell Lowell lubi mówić, panie oficerze [Rey – pierwszy w Ameryce czarnoskóry oficer policyjny – przyp. aut.], że my wszyscy wchodzimy dwa razy do ciemnego lasu, raz gdzieś w połowie życia i później, gdy spoglądamy za siebie w chwili śmierci…

[…]

Dante napisał, że największym nieszczęściem jest wspomnienie dawnej szczęśliwości, ale był w błędzie, w wielkim błędzie - myślał Lowell. - Nie ma szczęścia większego niż nasze, smutne i pełne żalu. Holmes miał rację. Radość i smutek to siostry, w dodatku bardzo do siebie podobne; gdyby było inaczej, nie przynosiłyby obie łez.

[…]

Dante jest pierwszym poetą chrześcijańskim, pierwszym, którego cały system myślowy jest zabarwiony czysto chrześcijańską teologią. Ale jego poemat jest nam bliski z jeszcze jednego powodu. To prawdziwa historia bliźniego, o wodzonej na pokuszenie, oczyszczonej i ostatecznie triumfującej ludzkiej duszy. Naucza, jak pokornie służyć smutkowi. Komedia to pierwszy okręt, jaki kiedykolwiek odważył się wpłynąć na ciche morze ludzkiej świadomości, by znaleźć nowy świat poezji.

[…]

To obowiązek poety, mówić o najtrudniejszych chwilach tak samo uczciwie jak o wesołych, ponieważ czasami tylko przechodząc przez najmroczniejszą ciemność znajdujemy światło. Tak jak Dante.

[…]

Dante był pierwszym człowiekiem, który postanowił stworzyć poemat, czerpiąc materiał wyłącznie z własnego życia, i który uznał, że utwór epicki nie musi opowiadać o losach wielkiego bohatera, ale może dotyczyć kogokolwiek. Doszedł również do wniosku, iż droga do Nieba wiedzie nie przez zaświaty, lecz przez ten świat.

[…]

Dante mając dwadzieścia pięć lat, tyle samo co wielu naszych chłopców, walczył w szeregach gwelfów [stronnictwo polityczne we Florencji – przyp. aut.] pod Campaldino i pod Kaproną [miejscowości toskańskie – przyp. aut.]. Sięga do tych doświadczeń w Piekle, by opisać przerażające męczarnie potępionych. Ostatecznie jednak poeta został wygnany nie przez wrogich mu gibelinów, ale wskutek podziału wśród gwelfów. - Następstwa florenckiej wojny domowej wpływają na jego wizję Piekła i poszukiwania odkupienia - kontynuował Holmes. - Przypomnijcie też sobie, jak Lucyfer podnosi rękę na Boga i jak w swoim upadku z nieba najjaśniejszy z aniołów staje się źródłem wszelkiego zła, począwszy od Adama. To fizyczny upadek Lucyfera drąży otchłań w ziemi, owe lochy, w których Dante rozpoznaje Piekło. Tak więc to wojna stworzyła szatana. Wojna stworzyła Piekło: guerra [z języka włoskiego wojna – przyp. aut.]. Dobór słownictwa u Dantego nigdy nie jest przypadkowy. Śmiem twierdzić, że układ zdań, z którymi mamy do czynienia, wskazuje wyraźnie na pewną hipotezę: morderca jest weteranem wojennym.

[…]

Dante - przypomniał Lowell - który został wygnany ze swego domu, zaludnił Piekło florentyńczykami, a nawet członkami własnej rodziny. Opuściliśmy wielu żołnierzy, którym pozostały jedynie pokrwawione mundury i nasze górnolotne słowa. To ludzie wypędzeni ze swego poprzedniego życia jak Dante, pozostali wierni samym sobie. Zważcie, jak niewiele czasu dzieli zakończenie wojny [secesyjnej – przyp. aut.] od pierwszego morderstwa. Zaledwie parę miesięcy! Tak, panowie, to zdaje się pasować. Wojnę toczono w imię abstrakcyjnej wartości, jaką jest wolność, ale żołnierze walczyli na konkretnych polach i frontach, zorganizowani w regimenty, kompanie i bataliony… W poezji Dantego działania mają w sobie coś szybkiego, stanowczego, niemal militarnego.

[…]

Lucyfer nie był znawcą Dantego, był tylko jego p a r a f i a n i n e m. Morderca mógł dokonać kolejnego mordu tylko po usłyszeniu kazania o karze. Pewnego razu pastor Greene wygłosił kazanie, którego podstawą była Pieśń jedenasta, ta, w której Wergiliusz i Dante siedzą na murze, aby przywyknąć do odrażającego zapachu wyziewów piekielnych, i omawiają strukturę Piekła z precyzją dwóch inżynierów. Nie ma tam opisu żadnej konkretnej kary i nie popełniono wtedy żadnego morderstwa! Tydzień później Greene zapadł na zdrowiu i nie pojawił się na spotkaniu naszego Klubu. Nie wygłosił też kazania [w kościele dla weteranów wojennych – przyp. aut.]. I znów: żadnego morderstwa!

[…]

W odróżnieniu od innych młodych ludzi, Benjamin Galvin [weteran wojenny, seryjny morderca – przyp. aut.] nie interesował się polityką. Nie czytał broszur agitacyjnych ani gazet piszących o tym, czy należy głosować na tego lub innego politycznego hochsztaplera, albo jak ta czy inna partia lub legislatura stanowa wypowiada się w kwestii secesji bądź pojednania. Rozumiał jednak mówców, którzy deklarowali, że zniewoloną rasę trzeba uwolnić, a winni muszą zostać przykładnie ukarani. I zrozumiał też, że być może nigdy już nie wróci do domu, do swojej młodej żony. ‘Jeśli nie wrócę, dzierżąc w dłoni sztandar Unii, wrócę owinięty w niego’ - taką przysięgę składali rekruci.

[…]

Chodząc [po wojnie – przyp. aut.] ulicami Bostonu, Galvin często miał uczucie, że ktoś go śledzi. Zatrzymywał się nagle i rozglądał dookoła, wytrzeszczając oczy w przerażeniu, lecz nieprzyjaciel zawsze znikał za rogiem lub krył się w tłumie. ‘Diabeł jest szalony, a ja się raduję… ‘Przez większość nocy sypiał z siekierą pod poduszką. Pewnego razu podczas burzy zbudził się i zaczął grozić Harriet [swej żonie – przyp. aut.] strzelbą, oskarżając ją o szpiegowanie na rzecz rebeliantów. Resztę nocy spędził na warcie, stojąc w strugach deszczu na podwórzu, w pełnym umundurowaniu. Innym razem zamknął ją w pokoju i strzegł jej, wyjaśniwszy, że ktoś próbuje ją porwać. Harriet nalegała, by Benjamin poszedł do lekarza. Doktor stwierdził u niego dolegliwość znaną jako żołnierskie serce - palpitacje spowodowane udziałem w bitwie. Harriet zdołała przekonać męża, by udał się do jednego z domów pomocy żołnierzom, które, jak zrozumiała z opowieści innych żon weteranów, opiekowały się mężczyznami mającymi kłopoty z odnalezieniem się w powojennej rzeczywistości. Benjamin posłuchał jej rady i odwiedził jedno z takich miejsc. Usłyszał tam kazanie George’a Washingtona Greene’a, w jego duszy zagościł promień światła, nieobecny w niej już od dawna. Greene opowiadał o człowieku nazwiskiem Dante Alighieri, pochodzącym z dalekich stron; o człowieku, który r o z u m i a ł. On również był niegdyś żołnierzem, potem stał się ofiarą wielkiego podziału między stronnictwami swojego zhańbionego miasta, a następnie nakazano mu odbyć podróż w zaświaty, aby mógł uczynić ludzkość lepszą. Żaden rozlew krwi w Piekle nie był przypadkowy, każda osoba zasługiwała na karę, jaką wyznaczał jej Bóg w swej miłości. Z jakąż doskonałą precyzją każde contrapasso - jak wielebny Greene nazywał kary piekielne - odpowiadało każdemu grzechowi każdego mężczyzny i każdej kobiety na ziemi po wsze czasy, aż do dnia Sądu Ostatecznego! Galvin rozumiał gniew, jaki czuł Dante wobec mieszkańców swojego miasta, zarówno przyjaciół, jak i wrogów, którzy znali tylko to, co materialne i fizyczne, przyjemność i pieniądze, i nie widzieli zbliżającego się sądu. Słowa kaznodziei wciąż tkwiły w jego głowie. Za każdym razem, gdy opuszczał kaplicę, czuł się o dwie stopy wyższy.

Matthew Pearl, Klub Danego



powrót ››