Blog

 

27.09.2020

Anioły i demony

[…]

CERN to coś bez porównania ważniejszego niż światowa sieć komputerów. Nasi naukowcy niemal codziennie są autorami cudów. Langdon [historyk sztuki, główny bohater powieści – przyp. aut.] rzucił mu pytające spojrzenie. – Cudów? – Z całą pewnością słowo „cud” nie było używane przez naukowców zajmujących się naukami ścisłymi na Harvardzie. Rezerwowano je raczej dla Wydziału Teologicznego. – Pański głos brzmi sceptycznie – zauważył Kohler. – Sądziłem, że zajmuje się pan symboliką religijną. Nie wierzy pan w cudy? – Nie jestem co do nich przekonany – odparł. Szczególnie jeśli chodzi o cudy dokonujące się w laboratoriach naukowych. – Może rzeczywiście użyłem niewłaściwego słowa. Po prostu starałem się mówić pańskim językiem. – Moim językiem? – Langdon poczuł się nieswojo. – Nie chciałbym pana rozczarować, ale ja badam symbole religijne. Jestem naukowcem, a nie księdzem. Kohler [przewodniczący CERN – przyp. aut.] nagle zwolnił i odwrócił się do niego, a jego spojrzenie odrobinę złagodniało.Oczywiście. Jakież to było uproszczenie z mojej strony. Nie trzeba mieć raka, żeby analizować jego symptomy.

[…]

To jest cząstka Z – Vittoria [adoptowana córka wynalazcy antymaterii – przyp. aut.] pokazała mu delikatny ślad, niemal niewidoczny w całej gmatwaninie. – Mój ojciec odkrył ją pięć lat temu. Czysta energia. Kto wie, czy to nie najmniejszy element budowy materii. Materia nie jest niczym więcej niż uwięzioną energią. Materia jest energią? Langdon przechylił głowę na bok. Brzmi zupełnie w stylu zen.

[…]

Życiowym marzeniem ojca było skorygowanie nauki za pomocą religii – stwierdziła Vittoria. – Miał nadzieję udowodnić, że nauka i religia są dziedzinami, które można całkowicie ze sobą pogodzić. To tylko dwa różne podejścia do poszukiwania tej samej prawdy. – Przerwała, jakby trudno jej było uwierzyć w to, co za chwilę powie. – A ostatnio... ojciec wymyślił sposób, jak to zrobić. Kohler siedział w milczeniu. – Opracował eksperyment, który miał rozwiązać jeden z największych konfliktów w historii nauki i religii. Langdon zastanawiał się, jaki konflikt mogła mieć na myśli. Tyle ich było. – Kreacjonizm – oświadczyła Vittoria. – Spór o to, jak powstał Wszechświat. Aha, pomyślał Langdon. TEN spór. – Oczywiście Biblia stwierdza, że Bóg stworzył Wszechświat – wyjaśniła. – Bóg powiedział: „Niechaj się stanie światłość!” i wszystko, co widzimy, pojawiło się z próżni. Niestety, jedna z podstawowych zasad fizyki głosi, że nie można stworzyć materii z niczego. Langdon czytał o tym pacie. Pomysł, że Bóg stworzył coś z niczego, był całkowicie sprzeczny z uznanymi prawami współczesnej fizyki, toteż uczeni twierdzili, że pod względem naukowym Księga Rodzaju jest absurdem. – Panie Langdon – odezwała się Vittoria, obracając się ku niemu. – Przypuszczam, że znana jest panu teoria Wielkiego Wybuchu. – Tak jakby – Langdon wzruszył ramionami. – Wiedział, że Wielki Wybuch jest akceptowanym przez naukę wyjaśnieniem powstania wszechświata. Niedokładnie to rozumiał, ale zgodnie z tą teorią, punkt o niezmiernie dużej gęstości energii eksplodował, rozszerzając się we wszystkie strony i tworząc wszechświat. Albo coś w tym rodzaju. – Kiedy Kościół katolicki – mówiła dalej Vittoria – po raz pierwszy przedstawił teorię Wielkiego Wybuchu w tysiąc dziewięćset dwudziestym siódmym roku... – Co takiego? – przerwał jej Langdon, który nie zdołał się powstrzymać. – Mówi pani, że Wielki Wybuch to była teoria katolicka? Vittorię najwyraźniej zdziwiło jego pytanie. – Oczywiście. Przedstawiona przez katolickiego mnicha Georges’a Lemaître’a w tysiąc dziewięćset dwudziestym siódmym roku. – Ale ja myślałem... – zawahał się. – Czy tej teorii nie ogłosił czasem Edwin Hubble, astronom z Harvardu? Kohler rzucił mu lodowate spojrzenie. – Znowu ta amerykańska arogancja naukowa. Hubble opublikował swoją teorię w tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku, dwa lata po Lemaîtrze. Langdon spojrzał na niego gniewnie. Ale jest teleskop Hubble’a, proszę pana. Nigdy nie słyszałem o żadnym teleskopie Lemaître’a. – Pan Kohler ma rację – wtrąciła się Vittoria. – To była koncepcja Lemaître’a. Hubble tylko ją potwierdził, dostarczając niepodważalnych dowodów, że Wielki Wybuch był prawdopodobny z naukowego punktu widzenia.

[…]

Tata chciał podnieść naukę na wyższy poziom – ciągnęła Vittoria – i doprowadzić do tego, żeby potwierdzała istnienie Boga. – Z melancholijnym wyrazem twarzy przeczesała ręką długie włosy. – Zabrał się do czegoś, o czym żaden inny naukowiec nawet nie pomyślał. Do czegoś, do czego inni nie mieli nawet możliwości technologicznych. – Przerwała, jakby zastanawiając się, jak wyrazić to, o co jej chodzi. – Opracował eksperyment, którego celem było udowodnienie, że zdarzenia opisane w Księdze Rodzaju były możliwe. Udowodnić Księgę Rodzaju?, pomyślał ze zdumieniem Langdon. Niechaj się stanie światłość? Materia z niczegoKohler przeszył martwym spojrzeniem pokój. – Słucham? – Mój ojciec stworzył wszechświat... całkowicie z niczego. Kohler odwrócił gwałtownie głowę. – Co takiego? – Dokładniej mówiąc, odtworzył Wielki Wybuch. Dyrektor sprawiał wrażenie, jakby miał za chwilę zerwać się na nogi. Langdon całkowicie się pogubił. Stworzenie świata? Odtworzenie Wielkiego Wybuchu? – Oczywiście, zrobił to na o wiele mniejszą skalę – wyjaśniła Vittoria i zaczęła mówić szybciej. – Proces był niezwykle prosty. Ojciec przyspieszył dwie ultra-wąskie wiązki cząstek poruszające się w rurze akceleratora w przeciwnych kierunkach. Gdy osiągnęły ogromne prędkości, zderzył je czołowo, kondensując całą ich energię w jednym punkcie. Osiągnął ogromne gęstości energii. – Zaczęła wyrzucać z siebie ciąg wielkości i jednostek, na co dyrektor coraz szerzej otwierał oczy. Langdon starał się nadążyć myślami za tym, co słyszy. Zatem Leonardo Vetra przeprowadzał symulację punktu skondensowanej energii, z jakiego podobno rozprzestrzenił się wszechświat. – Rezultat – opowiadała dalej Vittoria – okazał się zdumiewający. Kiedy to zostanie opublikowane, wstrząśnie podstawami współczesnej fizyki. – Mówiła teraz powoli, jakby napawając się wagą przekazywanych informacji. – Ni stąd, ni zowąd w akceleratorze, w tym punkcie, gdzie skupiła się energia, zaczęły się pojawiać cząsteczki materii... znikąd. Kohler siedział nieporuszony i tylko w milczeniu wbijał w nią wzrok. – Materii – powtórzyła Vittoria. – Powstającej z niczego. Niesamowity pokaz subatomowych fajerwerków. Miniaturowy wszechświat rodzący się do życia. Ojciec udowodnił nie tylko, że materię można stworzyć z niczego, lecz również, że Wielki Wybuch i stworzenie świata można wytłumaczyć dzięki zaakceptowaniu istnienia ogromnego źródła energii. – Masz na myśli Boga? – zażądał uściślenia Kohler. – Boga, Buddę, Jahwe, osobliwość pierwotną, unifikację. Nazwijcie to sobie, jak chcecie, ale rezultat jest ten sam. Nauka i religia potwierdzają tę samą prawdę: czysta energia jest ojcem stworzenia.

[…]

Religia przypomina język lub ubiór. Pociągają nas zazwyczaj te praktyki, w których byliśmy wychowywani. W końcu jednak wszyscy dochodzimy do tego samego. Mianowicie, że życie ma sens i że jesteśmy wdzięczni za istnienie siły, która nas stworzyła. Langdona zainteresowało jej podejście. – Zatem twierdzisz, że to, czy jesteśmy chrześcijanami, czy muzułmanami, zależy po prostu od tego, gdzie się urodziliśmy? – Przecież to oczywiste. Wystarczy się przyjrzeć rozproszeniu religii na świecie. – Zatem wiara jest sprawą przypadku? – Nie. Wiara jest uniwersalna. Tylko nasze konkretne metody jej rozumienia są arbitralne. Niektórzy z nas modlą się do Jezusa, inni pielgrzymują do Mekki, a jeszcze inni badają cząstki subatomowe. W sumie jednak wszyscy szukamy prawdy, czegoś potężniejszego od nas samych.

[…]

Przypomnij sobie! Vittoria powiedziała do siebie. Przypomnij sobie rozwiązanie tego problemuByła to sztuczka buddyjskich filozofów. Zamiast zmuszać umysł do znalezienia drogi wyjścia z pozornie nierozwiązywalnej sytuacji, prosiła go tylko, żeby sobie ją przypomniał. Założenie, że kiedyś znało się odpowiedź, wywoływało nastawienie, że odpowiedź musi istnieć... co pozwalało uniknąć paraliżującego poczucia bezradności. Vittoria często stosowała tę metodę do rozwiązywania dylematów naukowych, które, zdaniem większości ludzi, nie miały rozwiązania.

[…]

Wiara nie jest od tego, żeby cię chronić. Chronią cię lekarstwa i poduszki powietrzne. Bóg cię nie chroni. Chroni cię inteligencja... wiedza. Zainwestuj swoją wiarę w coś, co da namacalne rezultaty. Kiedy ostatnio ktoś chodził po wodzie? Współczesne cuda są cudami nauki... komputery, szczepionki, stacje kosmiczne... nawet boski cud stworzenia. Materia z niczego... w laboratorium. Kto potrzebuje Boga? Nie! Nauka jest Bogiem.

[…]

Zwycięskie religie – ciągnął Langdon – zazwyczaj przejmują istniejące już święta religii podbijanych, żeby zmiana była mniej gwałtowna. Nazywa się to transmutacją i pomaga ludziom przyzwyczaić się do nowej wiary. Wierni mają święta religijne w te same dni, co dotychczas, modlą się w tym samych świętych miejscach, używają podobnej symboliki... i po prostu zastępują dotychczasowego boga nowym. Dziewczyna, która wcześniej z nim dyskutowała, teraz była już wściekła. – Sugeruje pan, że chrześcijaństwo jest tylko swego rodzaju... przerobionym kultem Słońca! – Absolutnie nie. Chrześcijaństwo nie ograniczyło się do zapożyczeń z kultu Słońca. Na przykład chrześcijańska kanonizacja jest wzorowana na starożytnym rytuale „tworzenia bogów” opisanym przez Euhemerusa [grecki filozof i podróżnik, autor teorii, że bogów stworzono na obraz i podobieństwo do wielkich przodków, bohaterów i dobroczyńców ludzkich – przyp. aut.]. Z kolei „jedzenie boga”, czyli Komunia Święta została zapożyczona od Azteków. Nawet koncepcja Chrystusa umierającego na krzyżu za nasze grzechy prawdopodobnie nie jest wyłącznie chrześcijańska, gdyż poświęcenie się młodego człowieka dla zmazania grzechów swojego ludu pojawia się w najwcześniejszych podaniach związanych z kultem azteckiego Quetzalcoatla.

[…]

Wszyscy czerpiemy korzyści z poczucia obcowania ze świętością, nawet jeśli tylko ją sobie wyobrażamy.

[…]

Nauka wprawdzie przyniosła nam ulgę w chorobach i znojnej pracy oraz dostarczyła urządzeń służących naszej wygodzie i rozrywce, ale jednocześnie stworzyła nam świat, w którym nie ma miejsca na podziw i zdumienie. Nasze zachody słońca zredukowano do długości fal i częstotliwości. Złożoność wszechświata została wtłoczona w równania matematyczne. Zniszczono nawet nasze poczucie wartości wynikające z bycia człowiekiem. Nauka twierdzi bowiem, że planeta Ziemia i jej mieszkańcy są nic nieznaczącym pyłkiem w wielkim schemacie. Kosmicznym zbiegiem okoliczności. – Kamerling [administracyjny zastępca papieża w okresie vacatu i konklawe – przyp. aut.] przerwał na chwilę. – Nawet technologia, która obiecuje nas łączyć, w istocie nas dzieli. Każdy z nas jest obecnie połączony elektronicznie z całym światem, a jednak czujemy się zupełnie samotni. Bombarduje nas przemoc, podziały, rozpady i zdrada. Sceptycyzm stał się zaletą. Cynizm i żądania dowodów są równoznaczne z oświeconym myśleniem. Czy może zatem dziwić, że ludzie czują się obecnie tak przygnębieni i przegrani, jak jeszcze nigdy na przestrzeni dziejów? Czy nauka szanuje jakiekolwiek świętości? Nauka szuka odpowiedzi, sondując nasze nienarodzone embriony, a nawet rozważa dokonywanie zmian w naszym własnym DNA. Rozbija stworzony przez Boga świat na coraz mniejsze kawałeczki w ustawicznym poszukiwaniu znaczenia... a znajduje wyłącznie coraz więcej pytań.

[…]

Przesłanie. Był to akt wiary, z którym nadal nie mogła się jakoś pogodzić. Czy Bóg naprawdę przemówił do kamerlinga? Czuła, że to niemożliwe, ale przecież sama zajmowała się współzależnościami w przyrodzie, badając je z punktu widzenia fizyki. Niemal codziennie była świadkiem zakrawających na cud sposobów komunikacji – bliźniacze jaja żółwia morskiego rozdzielone i umieszczone w odległych o tysiące kilometrów laboratoriach wylęgające się dokładnie w tej samej chwili... albo całe akry meduz pulsujących w takim samym rytmie, jakby kierował nimi jeden mózg. Wszędzie znajdują się niewidzialne linie komunikacji, pomyślała.

[…]

Każdy z nas jest Bogiem, powiedział Budda. Każdy z nas wie wszystko. Musimy tylko otworzyć swoje umysły, żeby usłyszeć swoją własną mądrość.

[…]

Od wieków – przemówił ponownie kamerling – Kościół stał z boku, podczas gdy nauka powoli odbierała religii znaczenie. Deprecjonowała cuda. Uczyła umysł panować nad sercem. Potępiała religię jako opium dla mas. Twierdziła, że Bóg to halucynacje, zwodnicza podpora dla osób zbyt słabych, by pogodzić się z tym, że życie jest bezsensowne. Ja nie mogłem stać bezczynnie, gdy nauka postanowiła okiełznać moc samego Boga! Dowody, mówicie? Tak, dowody ignorancji nauki. Cóż jest złego w przyznaniu, że istnieją rzeczy wykraczające poza naszą zdolność rozumienia? Dzień, w którym nauka laboratoryjnie udowodni istnienie Boga, będzie dniem, w którym ludziom przestanie być potrzebna wiara! – Masz na myśli, że ludziom przestanie być potrzebny Kościół – poprawiła go Vittoria, ruszając w jego kierunku. – Wątpliwości to jedyne, co pozwala wam jeszcze zachować kontrolę. To wątpliwości sprowadzają do was dusze. Nasza potrzeba wiary w to, że życie ma znaczenie. Niepewność człowieka i szukanie oświeconej duszy, która go zapewni, że wszystko to jest częścią większego planu. Ale Kościół nie jest jedyną oświeconą duszą na naszej planecie! Wszyscy szukamy Boga w rozmaity sposób. Czego się boicie? Że Bóg ukaże się w innym miejscu, niż wewnątrz tych murów? Że ludzie odnajdą go we własnym życiu i odrzucą wasze przestarzałe rytuały? Religia się rozwija! Umysł znajduje odpowiedzi, a serce zmaga się z nowymi prawdami. Mój ojciec prowadził te same poszukiwania, co wy! Równoległą drogą! Dlaczego tego nie rozumiesz? Bóg nie jest wszechobecną potęgą spoglądającą na nas z góry i odgrażającą się, że ciśnie nas do ognistej otchłani, jeśli go nie posłuchamy. Bóg jest energią, przepływającą przez synapsy naszego układu nerwowego i komory naszego serca! Bóg jest we wszystkim, co nas otacza!

[…]

Mam nadzieję, że wierzysz w życie po śmierci, Robercie Langdonie. – Vittoria śmiała się, siedząc na nim okrakiem, i przytrzymując go dłońmi, żeby nie mógł się podnieść. W oczach zapaliły jej się złośliwe iskierki. – Prawdę mówiąc – zaśmiał się głośniej – zawsze było mi trudno wyobrazić sobie coś poza tym światem. – Naprawdę? Zatem nigdy nie zaznałeś przeżyć religijnych? Doskonałości momentu cudownej ekstazy? Langdon potrząsnął głową. – Nie, i bardzo wątpię, żebym był kiedykolwiek zdolny do prawdziwie religijnych przeżyć.

Dan Brown, Anioły i demony



powrót ››