07.08.2021

„Kiem tylko zechcesz być, to będziesz
Będziesz tem, kiem sobie sam zamarzysz”
[…]
„W imię Boga Miłosiernego, Litościwego!… - słowa inwokacji, które wypowiedział z rękami złożonymi przed sobą niczym księga, przyniosły mu częściowo ulgę, ale w większej mierze niepokój - … Chwała Bogu, Panu światów… - ale tu Heidelberg [gdzie studiował medycynę kaszmirski dziadek Salima – przyp. aut.] wkradł się w jego myśli; oto Ingrid, przelotnie jego Ingrid, wyśmiewa to klepanie wersetów w stronę Mekki; a oto ich przyjaciele, Oskar i Ilse Lubin, anarchiści, parodiują jego modlitwę swymi antyideologiami - … Miłosiernemu, Litościwemu, Królowi Dnia Sądu… - Heidelberg, gdzie obok medycyny i polityki nauczył się, że Indie, niczym rad, zostały odkryte przez Europejczyków; nawet Oskar żywił podziw dla Vasco da Gamy, co właśnie w końcu kazało się Aadamowi Azizowi odsunąć od przyjaciół, ta ich wiara, że on jest niejako wynalazkiem ich przodków - … Oto Ciebie czcimy i Ciebie prosimy o pomoc… - a więc mimo ich obecności w swoich myślach usiłował dotrzeć ponownie do swej dawnej jaźni, która odrzucała ich wpływy, lecz pojęła wszystko, co miała pojąć, na przykład pokorę, rozumiała, co robi teraz, kiedy ręce wiedzione dawnym wspomnieniem poderwały się w górę, kciuki zatkały uszy, palce się rozcapierzyły, a on sam padł na kolana - … Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, których obdarzyłeś dobrodziejstwami… - Ale nic z tego, czuł się schwytany wpół drogi, w potrzasku między wiarą i niewiarą, a przecież to tylko szarada - … nie zaś tych, na których jesteś zagniewany i nie tych, którzy błądzą.” Dziadek pochylił czoło ku ziemi. Zgiął się niżej, a ziemia, osłonięta dywanikiem, wybrzuszyła się ku niemu. I wtedy nadeszła pora grudy. W chwili gdy reprymendy udzielali mu Ilse-Oskar-Ingrid-Heidelberg oraz dolina-i-Bóg, gruda ziemi rąbnęła go w sam czubek nosa. Spadły trzy krople. Rubiny i diamenty. Wtedy to dziadek, podnosząc się z kolan, powziął postanowienie. Wstał. Zwinął cygaro. Zapatrzył się w przeciwległy brzeg jeziora. I raz na zawsze utknął wpół drogi, niezdolny czcić Boga, którego istnienia nie potrafił bez reszty odrzucić. Na znak trwałej przemiany: owa dziura.
[…]
Doktor Aziz, usadowiwszy się pośród kwiecistych zasłon i woni kadzidła, odrywa się myślami od pacjentki czekającej po drugiej stronie jeziora. Cierpki monolog Taiego [przewoźnika przez jezioro srinagarskie w Kaszmirze – przyp. aut.] wdziera się w jego świadomość, wywołuje poczucie tępego wstrząsu, zapach niczym z oddziału urazowego wypiera woń kadzidła… starzec jest najwyraźniej oburzony, owładnięty niezrozumiałym gniewem, skierowanym na swojego dawnego akolitę lub ściślej, co dziwniejsze, na jego neseser. Doktor Aziz usiłuje nawiązać rozmowę. - Jak tam twoja żona? Ludzie wciąż gadają o twoim worku pełnym złotych zębów? - Próbuje odnowić starą przyjaźń; ale Tai już się rozkręcił i wyrzuca z siebie potok inwektyw. Neseser z Heidelbergu aż drży pod strumieniem obelg. - Przebrzydła torba ze świńskiej skóry z samej Zagranicy, pełna cudzoziemskich sztuczek. Torba wielkiego pana. Ale jeżeli ktoś złamie rękę, nastawiacz kości nie będzie mógł jej owinąć liśćmi przez tę torbę. Teraz człowiek musi spokojnie patrzeć, jak jego żona leży przy tej torbie i jak kraje się ją nożem. Ładna mi historia, nie wiadomo, co ci cudzoziemcy ładują naszym chłopcom do głów. Powiadam: to ci dopiero paskudna historia. Ta torba powinna się smażyć w piekle razem z jądrami bezbożników.
[…]
Proszę mi wierzyć, rozpadam się. Wcale nie mówię tego w przenośni ani nie jest to gambit otwierający melodramatyczne, okrężne, pożałowania godne błaganie o litość. Po prostu stwierdzam, że zaczynam pękać jak stary dzban - moje biedne ciało, jedyne w swoim rodzaju, nieurodziwe, sponiewierane przez natłok historii, poddane drenażowi z góry i z dołu, okaleczone drzwiami, spluwaczkami w-ciemię-bite jęło rozłazić się w szwach. Krótko mówiąc, dosłownie się rozpadam, na razie powoli, chociaż widać już oznaki przyspieszania tego procesu. Proszę tylko o jedno: musisz się pogodzić (tak jak ja się godzę) z faktem, iż w końcu się rozprysnę na (około) sześćset trzydzieści milionów drobin anonimowego, skazanego na niepamięć prochu. Nim więc zapomnę, postanowiłem przelać wszystko na papier. (Stanowimy naród, który łatwo zapomina.) Zdarzają się chwile strachu, lecz szybko mijają. Lęk niczym puszczający bańki zwierz morski wychyla łeb, żeby zaczerpnąć tchu, kłębi się na powierzchni, w końcu jednak daje znów nura w odmęty. Przede wszystkim muszę zachować zimną krew. Żuję betel i odpluwam do tandetnej mosiężnej miski, oddając się prastarej grze w plucie-do-celu - jest to zabawa Nadira Chana, który nauczył się jej od starców z Agry… dzisiaj można kupić nawet taką pan-rakietę, która poza czerwieniącym dziąsła miąższem orzechów betelowych zawiera spowitą w liść ulgę w postaci kokainy. Ale to już byłoby oszustwo. … Te oto arkusze papieru zalatują łatwo rozpoznawalnym zapachem ćatni [wyśmienita potrawa hinduska w kolorze pasikonika, sic! – przyp. aut.]. Nie będę zatem dłużej taił: ja, Salim Sinai, posiadacz najwrażliwszego organu węchowego w dziejach ludzkości, oddaję się w swoich ostatnich dniach przyrządzaniu kondymentów na wielką skalę. „Co? - może się ktoś żachnąć z trwogą. - Kucharz? Zwykły chansama? Jakże to?” Przyznaję, że takie połączenie zdolności kulinarnych i językowych trafia się nader rzadko, ale mnie się trafiło. Wprawia cię to w zdumienie; proszę jednak zrozumieć, że nie jestem byle kucharzyną, co to zarabia dwieście rupii miesięcznie, tylko szefem własnej kuchni; pitraszę pod migoczącym szafranowozielonym okiem mojej prywatnej neonowej bogini. Moje ćatni i kasaundi licują, a jakże, z moimi nocnymi gryzmołami - we dnie przy kotłach marynaty, w nocy zaś nad tymi kartami poświęcam się bez przerwy wielkiej sztuce konserwacji przetworów. Chronię pamięć, tak jak i owoce, przed dewastacyjną siłą zegarów. […] - Rzeczy, a nawet ludzie, mają tendencję do przenikania się nawzajem - wyjaśniam - podobnie jak różne smaki przy gotowaniu. Na przykład stary Aadam przesiąknął samobójstwem Ilse Lubin, które rozlało się w nim kałużą, dopóki nie zobaczył Boga. Tak samo we mnie wsączyła się przeszłość - peroruję z przejęciem - … nie można jej więc lekceważyć…
[…]
Wspomnienie zbutwiałej fotografii (być może dzieła tego samego biednego obitego artysty, co omal nie przypłacił życiem fotogramów naturalnej wielkości): Aadam Aziz, rozpalony gorączką optymizmu, podaje rękę mężczyźnie pod sześćdziesiątkę, impulsywnemu, żwawemu jegomościowi, któremu kosmyk siwych włosów spada na czoło niczym niegroźna blizna. To Mijan Abdullah, Koliber. - Widzi pan, doktorze sahibie, trzymam kondycję. Chciałby mnie pan walnąć w brzuch? Proszę bardzo. Jestem w idealnej formie. - … Na zdjęciu fałdy luźnej białej koszuli zasłaniają brzuch, a dłoń dziadka nie jest bynajmniej zaciśnięta, tylko ginie w ręce byłego kuglarza.) Tuż za nimi, wpatrzona dobrodusznie przed siebie, stoi rani Kuch Nahin, z białymi plamami na twarzy, dotknięta chorobą, która przelała się w historię i wybuchła na ogromną skalę tuż po uzyskaniu niepodległości… - Jestem ofiarą - szepcze rani fotografowanymi, nieruchomymi ustami - nieszczęsną ofiarą międzykulturowych trosk. Moja skóra uzewnętrznia internacjonalizm mego ducha.
[…]
Codziennie wybierała jeden fragment Ahmeda Sinai [ojca Salima – przyp. aut.] i skupiała się na nim całym swoim jestestwem, dopóki się z nim całkiem nie oswoiła; potem czuła wzbierającą tkliwość, która przeradzała się w uczucie, a na ostatku w miłość. Tym sposobem pokochała jego nazbyt tubalny głos, dudniący w bębenkach usznych, od którego aż dostawała drgawek; także i tę osobliwość, że co dzień rano, zanim się ogolił, był w dobrym nastroju, po czym nieodmiennie stawał się srogi, nadęty, oficjalny i obcy; jego sępie oczy ukrywające jej zdaniem wewnętrzną dobroć za ponurym, mglistym spojrzeniem; dolną wargę sterczącą dalej niż górna; niski wzrost, przez co zabronił jej chodzić na wysokich obcasach… „Mój ty Boże - mówiła sobie w myślach - w każdym mężczyźnie znalazłoby się milion różnych rzeczy do kochania!” Ale się nie zrażała. „Któż zresztą zdoła - dumała w skrytości ducha - poznać bez reszty drugiego człowieka?”, dalej więc uczyła się kochać i podziwiać jego upodobanie do smażeniny, talent do cytowania poezji perskiej, bruzdę gniewu między brwiami… „W takim tempie - rozumowała - zawsze u niego znajdę coś nowego do kochania; czyli nasze małżeństwo nigdy nie zwietrzeje.”
[…]
Jeżeli przypadek nie istnieje; a w takim razie Musa [służący w domie Ahmeda Sinai, ojca Salima – przyp. aut.] - mimo swego podeszłego wieku i służebności - był zaledwie bombą zegarową tykającą cicho w oczekiwaniu wyznaczonej pory; a w takim razie powinniśmy albo - zdjęci optymizmem - wiwatować na stojąco, bo skoro wszystko jest zaplanowane z góry, życie nas wszystkich bez wyjątku ma pewien sens i oszczędza się nam lęku przed świadomością własnej daremności, braku przyczyny, albo możemy - owładnięci pesymizmem - poddać się tu i teraz, pojmując bezcelowość myśli decyzji czynu, gdyż wszelka nasza myśl nic i tak nie zmieni; wszystko potoczy się tak, jak nam jest sądzone. Gdzież tedy miejsce na optymizm? W przeznaczeniu czy w chaosie? Czy mój ojciec był więc opty-czy pesymistą, kiedy matka oznajmiła mu nowinę (którą poznała już cała okolica), a on odpowiedział: - Przecież mówiłem ci, że to tylko kwestia czasu. - Jak widać ciąża matki była przeznaczeniem; jednakże moje narodziny wiele zawdzięczały przypadkowi. - To tylko kwestia czasu - powiedział ojciec, najwyraźniej zadowolony; ale wedle moich doświadczeń czas jest chwiejnym przedsięwzięciem, nie ma co na nim polegać. Można na nim nawet dokonać podziału: zegary w Pakistanie wyprzedzą o pół godziny swoich indyjskich pobratymców…
[…]
- Przyłóż tu rękę, to go poczujesz… o, czujesz?… Wielki, silny chłopak; nasz okruszek księżyca.
[…]
…w Katedrze Św. Tomasza, panna Maria Pereira [piastunka Salima – przyp. aut.] dowiaduje się, jakiego koloru jest Bóg. - Niebieskiego - twierdzi żarliwie młody ksiądz. - Wszelkie dostępne dowody, moja córko, wskazują na to, że nasz Pan Jezus Chrystus miał najcudowniejszy, krystaliczny odcień błękitu nieba. Drobna kobietka zamilkła na chwilę za drewnianą kratą konfesjonału. Napięta, pełna zadumy cisza. Po czym: - Jak to, ojcze? Przecież ludzie nie są niebiescy. Na całym Bożym świecie nie znajdzie się niebieskich ludzi! Zdumieniu małej kobietki towarzyszy zaskoczenie księdza… bo nie powinna tak reagować. Przecież sam biskup powiedział: - Z nowymi konwertytami bywają problemy… kiedy pytają o kolor, prawie zawsze… należy budować mosty, mój synu. Zapamiętaj sobie - tako rzekł biskup - Bóg jest miłością; a hinduski bóg miłości, Kryszna, zawsze ma na wizerunkach niebieską skórę. Mów im, że Bóg jest niebieski; stworzy to pewien pomost między dwiema religiami; pojmujesz, ostrożność nie zawadzi; ponadto niebieski to kolor neutralny, unika się w ten sposób spornych kwestii koloru, pomija się czerń-biel: tak, wierz mi, że ten właśnie kolor należy wybrać.
[…]
Ile to rzeczy ludzi pojęć przynosimy z sobą na ten świat, ile możliwości, a zarazem ograniczeń tychże możliwości! - One to bowiem były rodzicami dziecka urodzonego z wybiciem owej północy [godziny ogłoszenia niepodległości Indii, a także secesji Pakistanu – przyp. aut.], przy czym każde dziecko północy miało ich co najmniej po tyle samo. Pośród rodziców owej północy: klęska planu Misji Rządowej; determinacja umierającego M.A.Dżinnaha, który pragnął dożyć ustanowienia Pakistanu; był więc gotów na wszystko, byle tego dokonać - tego samego Dżinnaha, z którym mój ojciec, jak zwykle przegapiając właściwy zakręt, nie chciał się spotkać; Mountbatten ze swym niezwykłym pośpiechem i z żoną, amatorką kurzych piersi; i wielu wielu innych - Czerwony Fort i Stary Fort, małpy i sępy upuszczające ludzkie ręce, biali transwestyci, nastawiacze kości, treserzy mangust i Śri Ramram Seth, który wygłosił zbyt dużą przepowiednię. No i marzenie ojca, żeby przeredagować Koran, też miało swoje miejsce; podobnie jak pożar magazynu przedzierzgnął go z handlarza imitacją skóry we właściciela nieruchomości; a także ten fragment Ahmeda, którego Amina nie umiała pokochać. Żeby zrozumieć jedno jedyne życie, trzeba połknąć cały świat. Od razu ci to mówiłem.
[…]
- Trzeba panu wiedzieć, przyjacielu, że też pochodzimy z nie byle jakiego rodu. Methwold [ostatni angielski właściciel, posiadłości nieopodal Bombaju, miejscu dzieciństwa Salima – przyp. aut.] słucha: przekrzywił głowę, w kremowej pole marynarki tkwi czerwona róża, przedziałek schowany pod kapeluszem z szerokim rondem, zawoalowany błysk rozbawienia w oczach… Ahmed Sinai, zaprószony whisky, inspirowany poczuciem własnej pychy, zapala się do tego wątku. - Jeżeli chodzi o ścisłość, płynie w nas mogolska krew. - Doprawdy? - zaciekawia się Methwold. - Chyba pan żartuje. Na co Ahmed, nie mając odwrotu, musi brnąć dalej. - Wprawdzie z nieprawego łoża, ale zawsze mogolska. W taki to sposób trzydzieści godzin przed moimi narodzinami ojciec dowiódł, że i jemu tęskno do fikcyjnych przodków… tak oto wymyślił na poczekaniu naszą genealogię, która w późniejszych latach, kiedy whisky rozmyła mu kontury pamięci, a butelki pełne dżinnów zamąciły do reszty w głowie, zmiotła wszelkie ślady rzeczywistości… tak też, żeby dowieść swych racji, wprowadził w nasze życie pojęcie klątwy rodzinnej.
[…]
Nie, nie jestem potworem. Nie można mi też zarzucić oszustwa. Podsuwałem wskazówki… ale jest coś o wiele ważniejszego. Mianowicie: kiedy w końcu odkryliśmy przestępstwo Marii Pereiry [polegające na domniemanej vel wydumanej podmianie dzieci – przyp. aut.], wszyscy uznaliśmy, że to niczego nie zmienia! Nadal byłem ich synem, a oni moimi rodzicami. Ponosząc coś w rodzaju zbiorowej klęski wyobraźni, zrozumieliśmy, że najzwyczajniej ani myślimy wyplątywać się z własnej przeszłości… gdybyś zapytała mojego ojca (nawet jego, mimo wszystkich tych wypadków!), kto jest jego synem, za nic w świecie nie pokazałby na nie domytego chłopaka z iksowatymi nogami, syna akordeonisty. Chociaż ten Siwa miał z czasem wyrosnąć na bohatera. A zatem: były kolana i nos, nos i kolana. W istocie, jak nowe Indie długie i szerokie, wszyscy braliśmy udział w jednym śnie: rodziły się dzieci, które tylko po części były potomstwem swoich rodziców - dzieci północy były zarazem dziećmi czasu: płodzonymi, ma się rozumieć, przez historię. Takie rzeczy się zdarzają. Zwłaszcza w kraju, który sam jest poniekąd snem.
[…]
Wskazujący palec rybaka: niezapomniany główny punkt obrazka wiszącego na rozlewającej się błękitem nieba ścianie Willi Buckingham [posiadłości Ahmeda Sinai koło Bombaju – przyp. aut.], tuż nad niebieściuchną kołyską, w której jako dzieciątko Salim, dziecko północy, spędziłem najwcześniejsze dni. Młody Raleigh Methwold - i kto jeszcze? - siedział, oprawny w drewno tekowe, u stóp starego, sękatego, łatającego sieć wilka morskiego – miał że on sumiaste wąsy? - którego prawa ręka wyciągnięta przed siebie sięgała ku wodnistemu horyzontowi, a jego płynące opowieści marszczyły się na powierzchni zasłuchanych uszu Raleigha Methwolda - i któż jeszcze? Bo na obrazku z całą pewnością był jeszcze drugi chłopiec, siedział w pozycji lotosu w zapinanej od góry do dołu tunice z żabotem… i tu nachodzi mnie wspomnienie: pewnych urodzin, na które dumna matka oraz nie mniej dumna aja wystroiły dziecko z gargantuicznym nosem w taki właśnie żabot, w taką właśnie tunikę. W błękitnym pokoju pod wskazującym palcem siedział krawiec i kopiował strój angielskich milordów…
[…]
- Patrzajcie, bap-re-bap! Pani patrzy! Widzisz, Mario! Ten malec nawet nie mrugnie! Oczy były zbyt błękitne: błękitem Kaszmiru, błękitem podmieńca, błękitem brzemienia niewylanych łez, zbyt błękitne, żeby mrugać. Kiedy mnie karmiono, oko mi ani drgnęło; kiedy dziewicza Maria sadzała mnie sobie na barana i wołała: - Uf, Jezuniu, jaki on ciężki! - bekałem bez jednego mrugnięcia. Kiedy Ahmed Sinai kuśtykał z rozwalonym paluchem do mojej kołyski, lgnąłem do jego sterczących warg z życzliwym wejrzeniem i bez zmrużenia powiek…
[…]
Każda gra kryje w sobie morał; a gra w węże i drabiny jak żadne inne zajęcie wyraża odwieczną prawdę, że na każdą drabinę, po której trzeba się wspiąć, przypada jeden wąż czyhający tuż za rogiem; każdego zaś węża wynagrodzi nam jakaś drabina. Nie jest to wszak zwykła sztuczka z marchewką-na-kiju; bo gra zakłada niezmienną dwoistość rzeczy, bliźniacze istnienie wzlotów i upadków, dobra i zła; litą racjonalność drabin uzupełnia magiczna pokrętność węży; przeciwwaga szczebli i kobr stanowi metaforę wszelkich przeciwieństw: Alfy i Omegi, ojca i matki; w niej zawiera się wojna Marii i Musy oraz biegunowość kolan i nosa… dość jednak wcześnie w życiu odkryłem, że grze brakuje jednego istotnego wymiaru, mianowicie dwuznaczności - jak bowiem wypadki zaraz wykażą, z drabiny można też się obsunąć w dół, a wspiąć się ku zwycięstwu dzięki jadowi węża… Aby jednak na razie nie komplikować spraw, odnotowuję, że gdy tylko matka znalazła drabinę ku zwycięstwu w postaci szczęścia na wyścigach, życie nie omieszkało jej przypomnieć, iż w rynsztokach tego kraju nadal się roi od węży.
[…]
Poza bieliźniarką, otoczony ludźmi, którzy rzekomo posiadali miażdżąco wyraźne poczucie celowości, zakopywałem się w bajkach. Hatim Tai i Człowiek-Nietoperz, Superman i Sindbad pomogli mi przebrnąć przez wiek bliskodziewięciu lat. Kiedy chodziłem po sprawunki z Marią Pereirą - zatrwożony jej umiejętnością określenia wieku kurczaka jednym rzutem oka na jego szyję, samą determinacją, z jaką wpatrywała się w oczy jaskółek morskich - przeistaczałem się w Aladyna podróżującego po baśniowej pieczarze; kiedy obserwowałem służących, gdy odkurzali wazony z namaszczeniem tyleż majestatycznym, co niezrozumiałym, wyobrażałem sobie, że czterdziestu rozbójników Ali Baby kryje się w tych pokrytych kurzem amforach; kiedy gapiłem się, jak sadhu Puruszottama zżera w ogrodzie woda, zamieniałem się w ducha lampy, z reguły unikając tym samym straszliwego poczucia, że ja, jako jedyny człowiek na tym świecie, nie mam pojęcia, kim powinienem być ani jak powinienem postępować. Cel nachodził mnie, kiedy wystawałem przy oknie zapatrzony na Europejki pluskające się w nadmorskim basenie o kształcie mapy.
[…]
Rzeczywistość zależy od punktu widzenia; im bardziej się człowiek oddala od przeszłości, tym bardziej wydaje mu się ona konkretna i wiarygodna - kiedy się jednak dochodzi do teraźniejszości, nieuchronnie wydaje się ona coraz bardziej nieprawdopodobna. Proszę sobie wyobrazić siebie w dużej sali kinowej, z początku siedzisz z tyłu, ale stopniowo, rząd po rzędzie, przesiadasz się do przodu, aż nosem prawie dotykasz ekranu. Stopniowo twarze gwiazd rozmywają się w tańczącą kaszę; drobne szczegóły nabierają groteskowych rozmiarów; złudzenie pryska - lub raczej widać wyraźnie, że samo złudzenie jest rzeczywistością… przeszliśmy od 1915 do roku 1956, a więc znajdujemy się dużo bliżej ekranu.
[…]
Rzeczywistość miewa metaforyczne treści; przez co wcale nie traci na realności. Urodziło się tysiąc jeden dzieci; zaistniało tysiąc jeden możliwości, które nigdy przedtem nie otworzyły się w jednym miejscu, o jednej porze; a zarazem tysiąc jeden ślepych zaułków. Zależnie od punktu widzenia dzieci północy mogą uosabiać różne rzeczy: można w nich widzieć ostatni przejaw staroświeckości i zacofania naszego podszytego mitami społeczeństwa, którego porażka była nader pożądana w kontekście modernizującej się dwudziestowiecznej gospodarki; lub też prawdziwą nadzieję na wolność, która została raz na zawsze zniweczona; tylko pod żadnym pozorem nie wolno ich uważać za dziwaczny wykwit błądzącej, chorobliwej wyobraźni. Nie: ni jedno, ni drugie, nie jest chorobą.
[…]
- Nawet Mahomet - przypomniałem - z początku uważał się za szaleńca: sądzicie, że nigdy nie rozważałem i takiej myśli? Ale Prorok miał swoją Chadidżę, swojego Abu Bakra, który upewnił go co do autentyczności jego Powołania; nikt go podstępem nie oddał w ręce lekarzy-od-pomyleńców. - Teraz już zielone ćatni przepełniało je myślami sprzed lat; ujrzałem, jak na ich twarze wypełza poczucie winy i wstydu. - Bo co to jest prawda? - rzuciłem retoryczne pytanie. - Co to są zdrowe zmysły? Czy Jezus wstał z grobu? Czyż hindusi nie przyznają, Padmo [opiekunka vel słuchaczka naszego narratora – przyp. aut.], że cały świat jest niejako snem; że Brahma wyśnił, a właściwie nadal śni, wszechświat; że widzimy tylko mgliście przez tę zasłonę snu, czyli maję. Maja - tu uderzyłem w wyniosły, mentorski ton - to wszelka iluzja; zwodniczość, pozór i ułuda. Zwidy, fanasmagorie, miraże, hokus-pokus, rzekoma postać, bytów: wszystko to składniki mai. Skoro twierdzę, że pewne wypadki miały miejsce, w co wam, pogrążonym we śnie Brahmy, trudno uwierzyć, to kto z nas ma rację? Dołóżcie sobie ćatni - dodałem uprzejmie i sam nabrałem pokaźną repetę. - Pyszne.
[…]
Człowiek podejmuje wielkie ryzyko, kiedy próbuje narzucić innym swój punkt widzenia.
[…]
…A teraz ja, Salim Sinai, zamierzam wyposażyć na moment ówczesnego siebie w dar przewidywania poniewczasie; wbrew jednościom i konwencjom pięknej sztuki pisania, obdarzam tamtego siebie świadomością tego, co miało nastąpić, tylko po to, żeby mógł sobie pomyśleć: „O, wieczyste przeciwieństwo tego, co w środku i tego, co na zewnątrz! Albowiem człowiek w środku nie jest wcale jednolity, nie jest bynajmniej homogeniczny; kłębią się w nim różne różności, toteż raz jest tym, a za chwilę kim innym. Z drugiej strony, ciało jest homogeniczne jak mało co. Niepodzielne niczym jednoczęściowy garnitur, święty przybytek, czy jak tam kto woli. Ze wszech miar należy zachować tę całość. Ale utrata palca (zapewne przepowiedziana przez wskazujący palec rybaka Raleigha), nie mówiąc już o ubytku włosów na głowie, zachwiała równowagę. Wkraczamy zatem w taki stan rzeczy, któremu niewiele brakuje do rewolucji; a jego wpływ na historię musi wywołać nie lada wstrząs. Jak się raz odkorkuje ciało, Bóg jeden wie, co z niego wyskoczy. Naraz człowiek staje się inny niż dotychczas; świat zmienia się tak, że rodzice mogą przestać być rodzicami, a miłość przerodzić się może w nienawiść. I, zważ proszę, że to tylko wpływ na życie osobiste. Konsekwencje zaś dla sfery życia publicznego, jak się wkrótce okaże, są - były - będą nie mnie głębokie.
[…]
… - Bracia i siostry! - nadaję głosem umysłu równie niekontrolowanym, jak jego fizyczny odpowiednik. - Nie możemy do tego dopuścić! Nie możemy zezwolić, żeby rozdarł nas odwieczny podział na masy-i-klasy, kapitał-i-pracę, ich-i-nas! Musimy - nawoływałem gorąco - stać się trzecim żywiołem, musimy stworzyć siłę, która schwyci ten dylemat za rogi; bo tylko przez własną odmienność, odnowę, zdołamy spełnić obietnicę naszych narodzin! - Miałem zwolenników, i owszem, a pośród nich niezrównaną Parwati-czarodziejkę; czułem jednak, że mi się wymykają zaabsorbowani własnym życiem… tak jak i ja, prawdę mówiąc, byłem zaabsorbowany własnym. Zupełnie jakby nasz wspaniały Kongres [Dzieci Północy – przyp. aut.] spadł do roli kolejnej zabawki z dzieciństwa, jakby długie spodnie niweczyły to, co stworzyła północ… - Musimy uchwalić program działania - wzywałem - nasz własny plan pięcioletni, a jakże! - Ale w tle tego żarliwego apelu dudnił rozbawiony śmiech mojego największego rywala; i zaraz Siwa [konkurent vel alter ego Salima w KDP – przyp. aut.] we wszystkich naszych głowach przygadywał szyderczo: - O nie, zamożniaczku; żaden trzeci żywioł nie istnieje; są tylko pieniądze-i-nędza, majętność-i-niedostatek, prawo-i-lewo; tylko i wyłącznie ja-przeciwko-światu! Świat to nie idee, zamożniaczku; świat to nie miejsce dla marzycieli ani dla ich marzeń; świat, mały Smarku, to rzeczy. Rzeczy i ich wytwórcy trzęsą światem; spójrz na Birlę, Tatę i na wszystkich możnych: wytwarzają rzeczy. Bo kraj kręci się wokół rzeczy, nie wokół ludzi. Dla rzeczy Ameryka i Rosja wysyłają pomoc; tymczasem pięćset milionów głoduje nadal. Kiedy się ma rzeczy, dopiero można marzyć; kiedy się ich nie ma, człowiek staje do walki.
[…]
Musiałem w końcu dojść do wniosku, że Siwa, mój rywal, mój brat-podmieniec powinien dostać zakaz wstępu na forum mojego umysłu; z powodów, sam przyznaję, nikczemnych. Lękałem się, że odkryje to, czego z pewnością nie umiałbym przed nim zataić - tajemnicę naszych wspólnych narodzin. Siwa, dla którego świat składał się wyłącznie z rzeczy, dla którego historia znajdowała jedyne wyjaśnienie w ustawicznej walce jednostki-z-tłumem, dochodziłby niewątpliwie swoich praw z tytułu urodzenia; zdjęty strachem na samą myśl o tym, że mój antagonista z iksowatymi nogami zajmie moje miejsce w błękitnym pokoju mego dzieciństwa, a ja będę zmuszony opuścić jak niepyszny piętrowy pagór i zamieszkać w ruderach na północy miasta; odrzuciwszy myśl, iż proroctwo Ramrama Setha było przeznaczone dla syna Winkiego, że to do Siwy pisał premier i że Siwie rybak wskazywał morze… przykładając, słowem, znacznie większą wagę do mojego jedenastoletniego synostwa niż do więzów krwi, postanowiłem, że moje niszczycielskie, porywcze alter ego nigdy więcej nie weźmie udziału w coraz bardziej kłótliwych obradach Konferencji Dzieci Północy; że będę strzegł swojej tajemnicy - do niedawna tajemnicy Marii Pereiry - całym swoim jestestwem.
[…]
Jak tworzyliśmy rewolucję: generał Zulfikar [pakistański wuj Salima – przyp. aut.] określał ruchy wojsk; ja zaś symbolicznie przestawiałem pieprzniczki. W szponach czynno-metaforycznego trybu powiązań przesuwałem solniczki i sosjerki z ćatni: ten pojemnik z musztardą to kompania A, obsadza Pocztę Główną; tu dwie pieprzniczki po obu stronach łyżki wazowej, czyli kompania B zajęła lotnisko. Trzymając w rękach los narodu, przestawiałem przyprawy i sztućce, zdobywałem puste salaterki po birjani za pomocą szklanek, ustawiając wokół dzbanków z wodą straże w postaci solniczek. A kiedy generał Zulfikar przestał mówić, marsz zastawy stołowej również się zakończył. Ajub Chan rozparł się jakby wygodniej w krześle; czyżby puścił do mnie oko, czy to tylko moja wyobraźnia? - w każdym razie naczelny dowódca powiedział: - Świetnie, Zulfikar; pierwszorzędna robota. W ruchach pieprzniczek i tym podobnych tylko jedno naczynie pozostało nie podbite: dzbanuszek do śmietanki ze szczerego srebra, który w naszym stołowym przewrocie reprezentował głowę państwa, prezydenta Iskandara Mirzę; przez trzy tygodnie Mirza pozostał prezydentem [do czasu przewrotu wojskowego w Pakistanie – przyp. aut.].
[…]
Amina [matka Salima – przyp. aut.] zaczęła go więc namawiać na emigrację do Pakistanu, gdzie już mieszkały jej zachowawcze siostry i dokąd jej matka miała się przenieść po śmierci męża. - Zaczniemy wszystko od nowa - nęciła go. - Dźanam, będzie cudownie. Co nam tu zostało na tym zapomnianym od Boga pagórze? Toteż w końcu Willa Buckingham przeszła w szpony kobiet Narlikara; a moja rodzina, spóźniona o przeszło piętnaście lat, przeprowadziła się do Pakistanu, Kraju Czystych. Ahmed Sinai niewiele po sobie zostawił; istnieją metody transferu pieniędzy z pomocą międzynarodowych spółek, a ojciec te metody znał. I chociaż smutno mi było opuszczać rodzinny Bombaj, cieszyłem się z wyprowadzki z miasta, w którym czaił się gdzieś Siwa niczym sprytnie ukryta mina lądowa. W lutym 1963 roku opuściliśmy wreszcie Bombaj; w dniu naszego wyjazdu zaniosłem stary blaszany globus do ogrodu i zakopałem go między kaktusami. A w nim: list od premiera i czołówkowe wielkie zdjęcie niemowlaka z podpisem: „Dziecko Północy”… Może to i nie są święte relikwie - nie ważę się porównywać tych błahych pamiątek mojego życia z włosem Proroka w Hazratbalu czy z ciałem świętego Franciszka Xaviera w Katedrze Bom Jezusa - ale to wszystko, co mi pozostało z przeszłości: zdruzgotany blaszany globus, zbutwiały list, zdjęcie. Nic więcej, nawet srebrna spluwaczka mi się nie ostała.
[…]
Wczesne próby porządkowania: usiłowałem sklasyfikować zapachy pod względem koloru - bieliznę osobistą w gotowaniu i farbę drukarską gazety „Daily Dźang” łączył jeden odcień niebieskości, z kolei stare drewno tekowe i świeże bździny były podobnie ciemnobrązowe. Samochody i cmentarze plasowały się wspólnie w kategorii szarości… istniała też klasyfikacja-względem-wagi: zapachy wagi piórkowej (papier), wonie wagi koguciej (pachnące mydłem ciała, trawa), w wadze półciężkiej (pot, królowa nocy); szahi-korma i smar rowerowy należały w moim systemie do wagi lekko półciężkiej, a gniew, paczuli, zdrada i łajno występowały w wadze ciężkiej odorów świata. Miałem też system geometryczny: krągłość radości i kanciastość ambicji; wyróżniałem zapachy eliptyczne, a także owalne i kwadratowe… jako leksykograf nosa penetrowałem Bunder Road i PECHS; jako botanik łowiłem wonie niczym motyle w siatkę swoich włosów nosowych. Eh, te cudowne podróże sprzed narodzin filozofii!… Albowiem wkrótce zrozumiałem, że jeżeli moja praca ma przedstawiać jakąkolwiek wartość, musi nabrać wymiaru etycznego; oraz że jedyne istotne rozgraniczenia polegają na nieskończenie subtelnym stopniowaniu zapachów dobra i zła. Uprzytomniwszy sobie nadrzędny charakter moralności, zwietrzywszy, że zapachy dzielą się na święte i świeckie, wymyśliłem w samotności wycieczek skuterowych naukę etyki węchowej. Święte: zasłony parda, mięso halal, wieże muezzinów, dywaniki modlitewne; świeckie: zachodnie płyty gramofonowe, wieprzowina, alkohol. Zrozumiałem wtedy, dlaczego mułłowie (święci) za nic nie wejdą do samolotu (świeckiego) w wigilię Id al-Fitr, dlaczego wzbraniają się przed samym choćby wejściem do pojazdu, którego tajemny odór stanowi antytezę boskości, gdyż chcą zadbać o to, by ujrzeć nowy księżyc. Poznałem zapachową rozbieżność islamu i socjalizmu, oraz sprzeczność nie do pogodzenia między wodą po goleniu członków klubu Sind a smrodem ubóstwa żebraków sypiających na ulicy u wrót tegoż klubu… wszelako coraz bardziej utwierdzałem się w ohydnej prawdzie - a mianowicie, że niezbyt mnie nęcą wszelkie świętości czy też dobro, nawet kiedy takie wonie otaczają moją siostrę podczas jej śpiewu; natomiast fetor rynsztoku pociągał mnie nieodparcie. Miałem przy tym szesnaście lat; coś mi tam drgało poniżej pasa w białych płóciennych spodniach; a w żadnym mieście, w którym kobiety zamyka się pod klucz, nie brakuje prostytutek. Kiedy Dżamila śpiewała o rzeczach świętych i o miłości-do-ojczyzny, ja zgłębiałem bezbożność i pożądanie. (Pieniędzy miałem pod dostatkiem, w ojcu bowiem wraz z miłością odezwała się hojność.) Opodal wiecznie nieukończonego Mauzoleum Dżinnaha podrywałem ulicznice. Przychodzili tam też inni młodzieńcy, uwodzili młode Amerykanki, po czym zabierali je do pokoi hotelowych albo na baseny; ja zaś wolałem zachować niezależność i płaciłem. W końcu wyniuchałem kurwę nad kurwami, której dar odzwierciedlał mój własny. Nazywała się Tai Bibi i utrzymywała, że ma pięćset dwanaście lat. Za to jak pachniała! Roztaczał się wokół niej najsoczystszy aromat, jaki kiedykolwiek wpadł Salimowi w nozdrza; a miał on w sobie coś urzekającego, jakiś powiew majestatu historii… toteż Salim wyznał owej bezzębnej istocie: - Co mi tam wiek; liczy się ten twój zapach.
[…]
Na półce stoi uroczyście dwadzieścia sześć słoików marynaty; dwadzieścia sześć specjalnych przetworów, a na każdym stosowna nalepka opatrzona schludnym równiutkim napisem […] Dwadzieścia sześć słoików pobrzękuje już dziarsko, kiedy przejeżdżają tędy pociągi osobowe w żółto-brązowiejącą dal; na moim biurku dźwięczy natrętnie pięć pustych słoików, przypominając mi o moim nie dokończonym przedsięwzięciu. Ale teraz nie mogę się rozwodzić nad pustymi słoikami; noc jest dla słów, zielone ćatni musi więc czekać na swoją kolej.
[…]
Skrawki pamięci: nie tak powinno się komponować punkt kulminacyjny. Gdyż kulminacja powinna narastać, aż osiągnie himalajski szczyt; mnie zaś zostały tylko strzępy, toteż podryguję do własnego kryzysu niczym pajac na zerwanych sznurkach. Inaczej to sobie umyśliłem; może jednak opowieść pod koniec to nie ta sama opowieść, którą się rozpoczęło. (Dawno temu w błękitnym pokoju Ahmed Sinai improwizował zakończenia baśni, których oryginalnych epilogów sporo wcześniej zapomniał; Mosiężna Małpka i ja poznaliśmy najrozmaitsze wersje podróży Sindbada, przygód Hatima Tai… gdybym zaczął od nowa, czy też skończyłbym gdzie indziej?) No cóż: muszę się zadowolić strzępami i skrawkami: jak napisałem przed wiekami, sztuka polega na wypełnianiu pustych miejsc, w myśl tych nielicznych wskazówek, które się posiada. Większość wydarzeń istotnych dla naszego życia rozgrywa się na ogół pod naszą nieobecność; muszę więc polegać na wspomnieniu podejrzanej niegdyś teczki akt z wiele mówiącymi inicjałami; oraz na innych szczątkowych czerepach przeszłości, poniewierających się w moich zagraconych sejfach pamięci niczym potłuczone butelki na plaży… Na podobieństwo strzępów pamięci po kolonii kuglarzy fruwały arkusze gazet, gnane wichrem zamarłej północy.
[…]
…Drogie Dzieci [Północy – przyp. aut.]. Jak wam to powiedzieć? I o czym tu mówić? Moja wina, moja hańba. Chociaż dopuszczam też usprawiedliwienia: nie biorę na siebie winy za Śiwę. Najrozmaitszych ludzi zamyka się pod klucz, czemu więc niby nie nas? A poczucie winy to złożona sprawa, bo czyż wszyscy razem i każdy z osobna nie ponosimy niejako odpowiedzialności - czyż nie mamy przywódców, na jakich sobie zasłużyliśmy? Ale bez usprawiedliwień. To moje dzieło, moje. Drogie dzieci: moja Parwati nie żyje. Moja Dżamila znikła. Jak wszyscy. Znikanie to najwyraźniej kolejna właściwość powtarzająca się w moich dziejach: Nadir Chan znikł z podziemia, zostawiając za sobą liścik; Aadam Aziz też znikł, zanim moja babka wstała, żeby nakarmić gęsi; a gdzie się podziewa Maria Pereira? Ja się ulotniłem w koszu; Lajla natomiast czyli Parwati zrobiła paf bez pomocy zaklęć. No i my tutaj, którzy zniknęliśmy-z-powierzchni-ziemi. Klątwa znikania, drogie dzieci, najwidoczniej się w was wlała. Nie, w kwestii poczucia winy stanowczo odmawiam szerszego spojrzenia; zbyt blisko jesteśmy tego-co-się-dzieje, dystans jest tu niemożliwy, może później analitycy powiedzą, dlaczego i po co, biorąc pod uwagę tendencje ekonomiczne i sytuację polityczną, teraz jednak siedzimy zbyt blisko ekranu, film się rozpada na kropki, stać nas tylko i wyłącznie na sądy subiektywne. A zatem subiektywnie spuszczam głowę ze wstydu. Przebaczcie, drogie dzieci. Nie, nie oczekuję od was przebaczenia.
[…]
Trzeba myśleć o przyszłości. Miodowy miesiąc mamy spędzić w Kaszmirze. W gorącej spiekocie determinacji Padmy uderza mnie szalona myśl, bo przecież nie da się tego wykluczyć, że Padma może dzięki fenomenalnej sile woli zmienić zakończenie mojej opowieści, że pęknięcia - i sama śmierć - mogą się ugiąć wobec potęgi jej nienasyconego osamotnienia… „Trzeba myśleć o przyszłości” - przestrzegła mnie - i może (pozwalam sobie pomyśleć po raz pierwszy od chwili rozpoczęcia niniejszej opowieści) - może to i racja! Nieskończoność nowych zakończeń kłębi mi się w głowie, brzęczy jak owady-na-upale… - Pobierzmy się, mój panie - zaproponowała, aż mole podniecenia zafurczały mi w środku, jak gdyby wypowiedziała kabalistyczną formułę, jak gdyby padła jakaś przerażająca abrakadabra i uwolniła mnie od przeznaczenia - lecz rzeczywistość nagli. Miłość nie zwycięża wszystkiego, chyba że w bombajskich filmach dźwiękowych; trzask chrzęst zgrzyt nie ulegną zwykłej ceremonii; a optymizm to choroba.
[…]
Zrozum, że kiedy człowiek przestaje się ciekawić nowościami, to otwiera drzwi Czarnemu Aniołowi.
[…]
(A obok jeden pusty słoik.)
Proces wnoszenia poprawek powinien trwać bez ustanku, bez końca; proszę nie myśleć, że jestem w pełni zadowolony z efektów swojej pracy! Pośród moich utrapień: nazbyt cierpki smak w tych słoikach, które zawierają wspomnienia o ojcu; niejaka dwuznaczność w posmaku miłosnym „Dżamili Śpiewaczki” (Specjalna receptura nr 22), która może prowadzić osoby nie spostrzegawcze do wniosku, że wymyśliłem sobie całą historyjkę z zamianą niemowląt, aby usprawiedliwić kazirodczą miłość; pewne nieprawdopodobieństwa w słoiku z nalepką „Incydent w skrzyni na bieliznę” - marynata ta bowiem nasuwa pytania, na które brak jasnych odpowiedzi, takie jak: Dlaczego dopiero wypadek pozwolił Salimowi nabyć swoich mocy? Większość dzieci nabyła ich bez takich ingerencji… Albo w „Rozgłośni Wszechindyjskiej” i innych fałszywie brzmiąca nuta w harmonii zapachów: czy wyznanie Marii wywołałoby doprawdy wstrząs u prawdziwego telepaty? Czasem w marynatowej wersji historii Salim jakby za mało wie; kiedy indziej wie za dużo… tak, muszę poprawiać to i poprawiać, udoskonalać i jeszcze raz udoskonalać; nie starcza jednak ani czasu, ani sił. Obowiązek nie każe mi rzec nic więcej ponad to jedno uparte zdanie: Tak było, bo tak właśnie było. Pozostaje jeszcze kwestia samych przypraw. Subtelności kurkumy i kminku, delikatność kozieradki, kiedy użyć dużego (a kiedy małego) kardamonu; miriady dopuszczalnych efektów czosnku, garam masali, cynamonu w laseczkach, kolendry, imbiru… nie mówiąc już o aromatycznych właściwościach okazjonalnego pyłku ziemi. (Salim uwolnił się już od swej obsesji czystością.) Jeżeli chodzi o przyprawy, godzę się z nieuchronnymi wypaczeniami procesu marynowania. Marynowanie wszak zapewnia nieśmiertelność: ryby, jarzyny, owoce wiszą zabalsamowane w zalewie octowej; niewielkie odstępstwo, nieznaczna intensyfikacja smaku to przecież drobiazg, prawda? Sztuka polega na zmienianiu stopnia, nie zaś jakości smaku; a nade wszystko (w moich trzydziestu i jednym słoiku) na nadawaniu kształtu i formy - innymi słowy, sensu. (Napomykałem o swoim strachu przed bezsensem.) Może pewnego dnia świat zakosztuje marynat historii. Może dla niektórych podniebień okażą się one nazbyt ostre, może ich zapach kogoś obezwładni, może wyciśnie z oczu łzy; żywię jednak nadzieję, iż da się o nich powiedzieć, że mają autentyczny smak prawdy… że mimo wszystko stanowią akty miłości. Jeden pusty słoik… jak tu zakończyć? Szczęśliwie: Marią w jej tekowym fotelu na biegunach i synem, który zaczął mówić? Pośród przepisów i trzydziestu słoików z tytułami rozdziałów na etykietkach?
[…]
Tak, wezmą mnie pod but i zadepczą, liczby maszerują jeden dwa trzy, czterysta milionów pięćset sześćset, redukują mnie do okruchów niemego pyłu, tak jak, wszystko w swoim czasie, zdepczą mojego syna, który nie jest moim synem, a także jego syna, który nie będzie jego synem, a następnie jego syna, który nie będzie jego synem, aż do tysiąc pierwszego pokolenia, aż tysiąc jeden północy złoży swoje potworne dary, aż umrze tysiąc jeden dzieci, albowiem przywilejem i przekleństwem dzieci północy jest być zarówno panami, jak i ofiarami swoich czasów, poświęcić życie osobiste i dać się wchłonąć niszczycielskiemu wirowi ciżby, nie zaznawszy ni życia, ni śmierci w pokoju.
Salman Rushdie, Dzieci Północy
Autobiograficzna powieść Rushdiego wcale nie stroni od poetycznego za-biegania. Bowiem niemal magicznie zabiega nowatorskimi środkami kolejnego wyrazu o zindywidualizowany charakter zakręconych w potocznej codzienności wydarzeń życiowych, by potem zmienić od zawsze ustalony przeznaczeniem charakter użytkowy przedmiotów, w końcu też rozgrzać do czarodziejskiej białości współistotne naszej egzystencji z grubsza lub „grubsze” przemyślenia natury ko-egzystencjalnej. Może właśnie, a właśnie, że przede wszystkim udowadnia sobie (nam?), że i samoistnego w swoim „ja” człowieka jest równie trudno sklasyfikować, że to co widzimy w innym jest poniekąd li jedynie naszą projekcją, że nie jest nade wszystko tym, co jest zarazem w Nim-człowieku-i-prawdą-i-nie-prawdą w notorycznym czasie teraźniejszym.