11.09.2021

„Szli przez noc pustą, mroczni, po omacku
przez głuche domy Disa, czcze królestwo”
Eneida, VI Księga, Publius Wergilus Maro
[…]
Ta książka nie powstała dla Boga, który zna moje wnętrze, ani dla cieni mych bliskich, które są świadkami wszystkiego i śledzą godziny mojej przytomności i snu, lecz dla ludzi. Żyłam dotąd odważnie i mam nadzieję, że tak samo umrę, odważnie i bez kłamstwa, ale pod warunkiem, że to wypowiem: to ja zabiłam Emerenc. I nie ma tu nic do rzeczy to, że nie chciałam jej zniszczyć, lecz ją uratować.
[…]
Słuchała [Emerenc-dozorczyni, główna bohaterka powieści – przyp. aut.] w milczeniu, jak opowiadam, co miałaby u nas do roboty, i nagle przyszło mi na myśl, że nigdy nie wierzyłam pisarzowi, który w jakimś ubiegłowiecznym arcydziele odnotował, że ktoś ma twarz jak jezioro. Zawstydziłam się, jak zawsze, gdy ośmielałam się zwątpić w klasyków; twarzy Emerenc po prostu nie można było przyrównać do niczego poza gładkim, nieruchomym zwierciadłem wody o świcie. Nie wiedziałam, w jakim stopniu interesuje ją moja propozycja, widać było po niej, że nie potrzebuje ani posady, ani pieniędzy, dla mnie byłoby znakomicie, gdyby się zgodziła, ale ta twarz będąca zwierciadłem jeziora, ocieniona chustką, przywodzącą na myśl teatralny rekwizyt, długo nic nie zdradzała. Emerenc nie podniosła głowy nawet wtedy, gdy wreszcie odpowiedziała: możliwe, że będziemy mogły wrócić do sprawy, bo jeden dom, gdzie pracuje, stał się miejscem nieodpowiednim, mąż i żona piją, dorosły syn się stacza, więc u nich nie zostanie. Jeśli ktoś udzieli nam referencji i przekona ją, że żadne z nas nie jest awanturnikiem ani pijakiem, możemy porozmawiać. Słuchałam osłupiała, po raz pierwszy zdarzyło się, że ktoś żądał o nas referencji. „Byle komu nie piorę brudów" - oświadczyła Emerenc.
[…]
Dbała o nas przez ponad dwadzieścia lat, ale przez pierwsze pięć nasze stosunki były, mówiąc oględnie, mocno ograniczone. Ja jestem kontaktowa, chętnie rozmawiam nawet z obcymi, Emerenc decydowała się jedynie na mówienie o rzeczach najważniejszych, spieszyła się ze starannie wykonywaną pracą, bo zawsze miała jeszcze niezliczone czynności przed sobą. Życie bez reszty wypełniało jej dwadzieścia cztery godziny doby i choć nie wpuszczała nikogo do mieszkania, to właśnie u niej zbiegały się wiadomości, jej sień była niczym hala teleksów, wszyscy o wszystkim jej donosili, o śmierci, skandalu, radości i katastrofie. Pielęgnacja chorych sprawiała jej przyjemność, niemal codziennie spotykałam ją na ulicy z wazą przykrytą tacą, niosła obfity posiłek każdemu, o kim uliczna wieść głosiła, że przydałoby mu się coś pożywnego do zjedzenia. Emerenc zawsze wiedziała, gdzie jest potrzebna, jej osobowość sprawiała, że ludzie bez najmniejszej nadziei odwzajemnienia ich zaufania otwierali się, choć wiedzieli, że w rewanżu dostaną od niej jedynie komunały lub powszechnie znane fakty. Polityka jej nie interesowała, sztuka w ogóle nie, na sporcie się nie znała, słuchała o zdradach małżeńskich, ale nie ferowała wyroków, najchętniej zastanawiała się nad pogodą, bo na jej ewentualne cmentarne wycieczki mogła wpłynąć zapowiedź burzy, której, jak już wspomniałam, bardzo się bała. Prawdę mówiąc, pogoda determinowała nie tylko okazje towarzyskie, lecz także zwykłe jesienne i zimowe dni Emerenc; kiedy przychodziła ostra zima, tyranem dla niej stawały się opady. To ona odmiatała śnieg sprzed niemal wszystkich większych domów w okolicy, nie miała nawet czasu słuchać radia, najwyżej nocą lub o świcie.
[…]
Wie pani, na co zbieram pieniądze? Na kryptę. Będzie wielka jak świat i piękna jak żadna inna, każde okno ze szkła w innym kolorze i będą w niej półki, a na każdej półce trumna. Ojciec, matka, bliźnięta [rodzeństwo Emerenc – przyp. aut.] i ja, a jeśli syn brata Józsiego zostanie taki, jak jest, dwa pozostałe miejsca mogą być dla nich.
[…]
Dała mi Emerenc do zrozumienia, że nikogo nie obchodzi, z jaką to radosną czy tragiczną nowiną wraca człowiek do domu. Nasz neandertalski przodek pewnie właśnie w takiej chwili nauczył się płakać: kiedy po raz pierwszy doświadczył samotności w swoim triumfie nad przywleczonym do domu zwierzem, bo nie miał z kim podzielić przeżyć tej walki, nie miał też komu pokazać ani łupu, ani swych ran.
[…]
Ja też byłam na nią wściekła, ale przy tym domyślałam się, że to, co tu zaszło tego popołudnia [Emerenc na próżno oczekiwała na swoją przybraną córkę, która miała ją odwiedzić z dalekiej emigracji – przyp. aut.], było dla Emerenc jednym wielkim koszmarem, słyszałam jej łkanie i w ciągu tych paru godzin, które upłynęły od jej wyjścia, na tyle otrzeźwiałam, że zaczęłam podejrzewać: problem jest zbyt poważny, żeby warto było pielęgnować nasze urazy. Obraz z pożywiającym się Violą [imię psa przygarniętego przez podmiot liryczny – przyp. aut.] może tylko pozornie był tak idylliczny i uczta Emerenc wyrażała inne mitologiczne uczucie: nie wyglądali oni tam, przy stole, jak nagrodzony dzielny pies i jego pani, lecz jak dwie postacie greckiego mitu na jakiejś straszliwej biesiadzie, a mięso, które pożerał pies, może tylko pozornie było prawdziwą pieczenią, może było nie tylko pożywieniem, lecz sumą niewidocznych włókien i ścięgien, jakąś ofiarą z człowieka, jakby Emerenc karmiła psa swymi wspomnieniami, dobrą wolą i tym kimś, kto nie zjawił się tego popołudnia i zranił w niej to coś najważniejszego, o czym nikomu nie mówiła. Viola był łatwowiernym Jazonem, zaś pod chustką Emerenc - Medei żarzyły się głownie piekieł.
[…]
Podobne uczucie miałam ostatnio w Mykenach przed grobem Agamemnona, jak w ten czerwcowy dzień, kiedy spod sękatych palców Emerenc sypały się ziarenka groszku, i zawróciłam myślą nie tylko w czasie, lecz także w przestrzeni i historii: widziałam nie tylko małą Emerenc ze zmarłym przedwcześnie ojcem, matką rusałką, poległym w Galicji ojczymem i zwęglonymi [przez piorun – przyp. aut.] bliźniętami, lecz także i tę młodą dziewczynę [Emerenc-przyp. aut.], która służyła u pewnego śledczego, możliwe nawet, że u niejednego, bo to mało prawdopodobne, by gospodarz, który wieszał czerwonych, był tym samym gospodarzem, który aresztował białych.
[…]
[O kotach-dzieciach u Emerenc – przyp. aut.]
U bram Myken poruszyły się lwy, obydwa miały żywe, zwierzęce ślepia, po jednym niebieskim i jednym zielonym, i nawet miauczały te mykeńskie lwy.
[…]
Chciałabym wiedzieć, kto nie jest samotny, nawet ten, kto kogoś ma, też jest samotny, tylko jeszcze o tym nie wie.
[…]
Podstawę mojego świata stanowiły książki, moim fachem były słowa, ale nie byłam tak zaślepiona jak Emerenc. Staruszka, choć nigdy tego nie sformułowała i nawet nie wiedziała, co to znaczy antyinteligenckość, była antyinteligentką i tylko uczucia uczyniły wyłom w jej świadomości. Jej wyobrażenie o imperium tak zwanych panów ukształtowało się w nader specyficzny sposób, mianowicie w jej oczach każdy, kto w dawnym bądź nowym ładzie społecznym, zapowiadającym już narodziny socjalplutokracji, nie wykonywał swej pracy dwiema rękami, a zamiast niego pracowali inni, od razu stawał się inteligentem. Własnego ojca, który w początkach wieku był zdolnym rzemieślnikiem, uważała za robotnika, bo jego sylwetka utrwaliła się jej wśród wiórów - to nic, że miał dom, ziemię, sążnie szlachetnego drewna i cenne narzędzia. Emerenc, choć za żadne skarby nie wymówiłaby skompromitowanego słowa „burżuj", była przesiąknięta tym pojęciem. Liczne domy, w których służyła, nauczyły ją tylko poprawnego zachowania, ale nie zmieniły jej mentalności: mężczyźni, którzy nie posługiwali się przy pracy narzędziami, choćby nawet wypełniali najważniejsze funkcje, byli dla niej wszyscy - oczywiście z wyjątkiem podpułkownika, który pilnował porządku - pasożytami, zaś panie wygłaszające rozmaite hasła - darmozjadami, do której to kategorii z początku zaliczała także mnie.
[…]
Patrzyłam za nią [Emerenc-przyp. aut.], zastanawiałam się, dlaczego mnie polubiła, skoro tyle nas różni, nie mogłam pojąć, co jej się we mnie podoba. Wspominałam już, że byłam wtedy młoda, nie analizowałam do końca, jakim to nielogicznym, nieobliczalnym uczuciem jest miłość, a przecież znałam literaturę grecką, która nie przedstawiała nic innego, jak wspólną siekierę połyskującą w splecionych dłoniach namiętności, śmierci i miłości.
[…]
Podczas studiów nie znosiłam Schopenhauera, później zrozumiałam, że muszę przyjąć z jego tez przynajmniej twierdzenie, iż każdy związek uczuciowy stanowi możliwość ataku i że im więcej ludzi dopuszczę do siebie, tym liczniejszymi kanałami może ku mnie napływać niebezpieczeństwo.
[…]
Teraz już nie opierała się przeciw uznaniu, że moja praca ma jakiś sens, choć nigdy nie uznała jej za pełnowartościową; żeby nią nie pogardzać, dorobiła sobie ideologię: pisanie to takie zajęcie jak zabawa, dziecko traktuje to poważnie i choć od tego, co wykonuje z wielkim staraniem, nic istotnego nie zależy, choć jest to tylko zabawa, może się nią naprawdę zmęczyć. Wypytywała mnie o takie rzeczy, których pisarz nie może merytorycznie wytłumaczyć ani dziennikarzowi, ani czytelnikowi, na przykład, jak z niczego, ze słów, powstaje powieść, nie potrafiłam jej wyjaśnić codziennej magii tworzenia, nie można było wyłożyć, jak i skąd na czystym papierze biorą się litery.
[…]
- Ma pani straszny charakter - powiedziała Emerenc. - Nadyma się pani jak żaba i kiedyś jeszcze pęknie. Nic pani nie rozumie, tylko każe swojemu kumplowi z helikoptera, żeby tańczyły drzewa [aluzja do sceny filmowej, na planie filmowym, gdy helikopter nie widoczny w kamerze w ten sposób tworzył „sztuczny” wiatr – przyp. aut.]. Za pomocą oszustwa. Pani nigdy nie pojmie tego, co proste, zawsze chce pani wejść od tyłu, choć furtka jest od frontu.
[…]
Znów zmieniła się jej twarz, była jak twarz człowieka, który w słonecznym blasku stoi na jakimś szczycie i aż się wzdraga na myśl, jak daleką i trudną drogę ma za sobą, tak właśnie spogląda z góry na dolinę, z której przyszedł, a w kościach ma jeszcze znój wędrówki, jej niebezpieczeństwa, przebyte rzeki i lodowce. Było też na tej twarzy współczucie, jakby się litowała: biedni wy, biedni, którzy jeszcze nie wiecie, jaka jest ta droga, wiecie tylko, że o zmierzchu wierzchołki gór wydają się różowe.
[…]
Na uroczystość [wręczenia autorce nagrody im. Kossutha – przyp. aut.] przyszłam od łoża śmierci [po udarze Emerenc-przyp. aut.], nie potrzebowałam lekarza, by zrozumieć, że Emerenc nie wyzdrowieje, i że jest to w pewnym sensie moja wina. Emerenc nie dlatego już nigdy nie będzie zdrowa - krążyło mi po głowie, podczas gdy mówiłam: dziękuję, tak, oczywiście, bardzo, naprawdę - że jej zadziwiający organizm nie byłby zdolny do tego, by przenieść ją jeszcze i przez ten rów z wodą, skoro dogląda jej lekarz i dostaje lekarstwa. Tu chodzi o co innego, coś, z czym nie zdoła sobie poradzić wiedza medyczna, bo nie ma to nic wspólnego z terapią: Emerenc nie zechce tutaj pozostać, bo zniszczyliśmy ramy spajające jej życie, a także legendę jej imienia. Była dla wszystkich przykładem, dla wszystkich pomocą, wzorem, z kieszeni jej wykrochmalonych fartuchów wyfruwały z szelestem niczym gołębie płócienne chusteczki i cukierki w papierkach, była królową śniegu, poczuciem bezpieczeństwa, latem pierwszą czereśnią, stukotem kasztanów jesienią, zimą gorącą dynią, a wiosną pierwszym pąkiem na żywopłocie: Emerenc była czysta i nienaruszalna, ona była nami wszystkimi, tymi najlepszymi, jakimi zawsze chcieliśmy być. Emerenc z wiecznie przysłoniętym czołem i twarzą jak jezioro nigdy nikogo o nic nie poprosiła, od nikogo nic nie potrzebowała, przejmowała na swoje barki nasze ciężary, nie wspominając przez całe życie o ciężarze, jaki sama dźwigała, a kiedy wreszcie mogłaby się odezwać, ja pojechałam do telewizji i pozwoliłam, by ją ujrzano w tej jedynej upokarzającej, zbrukanej chorobą chwili jej życia.
[…]
Emerenc wstydzi się przed tobą i przed ulicą, więc udaje, że nic nie pamięta, bo w ten sposób łatwiej jej znieść, że leżała przed nami w odchodach, ze zdruzgotaną godnością. Ja mam ciebie uczyć, czym jest wstyd, ciebie, która sprowadziłaś na nią nieszczęście, bo w końcu ta cała akcja [wyważenia drzwi do domu ciężko chorej Emerenc-przyp. aut.] to twoje dzieło? Wydałaś ją, tę najczystszą z czystych, wraz z jej tajemnicami, choć powinnaś była jej bronić za wszelką cenę, przecież jesteś jedyną osobą na świecie, na której słowo otworzyła drzwi. Jesteś jak Judasz, zdradziłaś ją.
[…]
Emerenc przez całe swoje życie była jak władca i regulowała swoją pamięć wedle własnej polityki.
[…]
Emerenc uwierzyłaby w to, że ją kocham, gdybym zaakceptowała fakt, że w swej bezsilności skazała się na śmierć, i gdybym nie odsłoniła jej poniżenia patrzącym na nią dotąd z szacunkiem oczom ulicy. Emerenc nie wierzyła w raj, Emerenc wierzyła w chwilę. Kiedy kazałam jej otworzyć drzwi, zawalił się świat i pogrzebał ją. Dlaczego to zrobiłam? Jak mogłam to zrobić? Z tego wszystkiego nie padło ani jedno słowo, ale były między nami niewypowiedziane zdania. - Emerenc - zaczęłam znów. - Gdyby sytuacja była odwrotna, pozwoliłaby mi pani umrzeć? - Oczywiście - odparła sucho. Już obeschły jej łzy. - I nie byłoby pani mnie żal? - Nie. - Ale przecież nie potrafiłabym pani przed niczym uchronić, i tak by się wszystko wydało. Ryba, koty, ekskrementy. - I co z tego? Gdyby mi pani pozwoliła zdechnąć, to niechby się wydało. Co wie, co widzi, co czuje zmarły? To tylko pani sobie wyobraża, że tam, na górze, na panią czekają i że Viola po śmierci też się tam znajdzie, i nawet mieszkanie, i wszystko będzie tak jak teraz, bo anioł zaniesie pani maszynę do pisania i komplet na biurko po pradziadku i ciąg dalszy nastąpi. Pani jest głupia! Zmarłemu już wszystko jedno, zmarły to zero. Jakim cudem sama pani jeszcze na to nie wpadła? Chyba jest pani dość dorosła.
[…]
Moje sny to dokładnie takie same powracające wizje, ja zawsze śnię o jednym i tym samym. Stoję w naszej bramie, u podnóża schodów, przed drzwiami z nietłukącą się szybą (zbrojoną drucianą siatką) w żelaznej ramie i próbuję je otworzyć. Przed domem, na ulicy, karetka pogotowia, iryzujące przez szkło sylwetki pielęgniarzy są nienaturalnie duże, ich obrzmiałe twarze mają wokół świetlne kręgi, jak księżyc. Klucz się obraca. Ale daremnie się zmagam.
Magda Szabo, Zamknięte drzwi
W powieści Magdy Szabo na ulicy peszteńskiej aż dymi od dobrosąsiedzkich przyjaźni, także i tej osobliwej: pomiędzy podmiotem lirycznym a prostą, kobietą wiejską o nazwisku Emerenc. W przeciągającej się zażyłości można ową przyjaźń śmiało nazwać „szorstką” czy może nawet i „męską”. Lecz nikt z postronnych nie wiedział do końca ani do siebie nie dopuszczał jak czasem długie są cienie człowiecze ciągnące się za „burzliwym” w jej wydaniu i napisanym bez słów życiorysem. Emerenc wciąż żyła swoją przeszłością i tą ostatnią chwilą co potem…