Blog

 

02.10.2021

Jaskinia filozofów

Księżyc był kobiecą piersią.

Palec chmury zbliżał się do sutka.

Księżyc był waginą, a wyostrzona chmura

próbowała weń wniknąć.

[…]

Bogowie są czasami niesprawiedliwi – powiedział [Herakles Pontor – główny bohater opowieści i ateński Tropiciel Tajemnic – przyp. aut.]mimowolnie, bo tak też w duchu uważał. Nie mów o nich, Heraklesie… Och, nie wymawiaj słowa: bogowie! – usta Etis [matka „zamordowanego” Tramacha, jej syna – przyp. aut.] drżały z gniewu – To właśnie bogowie wpili swe kły w ciało mojego syna i uśmiechali się, wyrywając i zjadając jego serce, wdychając z rozkoszą ciepły zapach krwi! Och, nie, nie mów o bogach w mojej obecności!  Heraklesowi wydało się, że Etis na próżno próbuje uspokoić swój głos, który teraz przeszedł w donośny krzyk, tłumiąc wszelkie inne odgłosy. Niewolnice odwróciły się i patrzyły na swoją panią; nawet Elea zamilkła i słuchała matki z nabożnym szacunkiem.

[…]

Eidesis – wyjaśniłem [mówi podmiot liryczny, czyli „tłumacz” greckiego dzieła – przyp. aut.] to technika literacka wymyślona przez starożytnych pisarzy greckich po to, by umieścić w utworze jakiś klucz, tajne, ukryte przesłanie. Polega ona na tym, że w tekście powtarzają się metafory albo słowa, które, wyizolowane przez uważnego czytelnika, utworzą ideę albo obraz niezależny od tekstu oryginalnego. Arginus z Koryntu na przykład, uciekłszy się do eidesis, ukrył całkowicie kompletny opis dziewczyny, którą kochał, w długim wierszu z pozoru poświęconym polnym kwiatom.

[…]

A co o mnie mówią? Że Tropiciele Tajemnic umieją czytać w ludzkich twarzach i w wyglądzie rzeczy, tak jakby to były zapisane stronice. Że znają język pozorów i potrafią to tłumaczyć.

[…]

Nie tropię przeszłości, jeżeli nie mogę jej zobaczyć: tekst, przedmiot, twarz – to coś, co mogę zobaczyć, ty zaś mówisz mi o wspomnieniach, o wrażeniach, o.…opiniach! Jak mam się nimi kierować? Mówisz, że od miesiąca twój uczeń [Tramach – przyp. aut.] wydawał się „czymś zmartwiony”, ale co oznacza słowo „zmartwiony”? – gwałtownie podniósł rękę. Zanim wszedłeś do tego pokoju, też mógłbyś powiedzieć, że jestem zmartwiony widokiem tej szczeliny. Potem przyznajesz, że widziałeś strach w jego oczach... Strach! Czyżby ten strach wyryty był w jego źrenicach znakami jońskimi? Czy mamy strach wypisany na czole? Czy to taka sama rysa jak ta na ścianie? Tysiąc różnych uczuć mogło wywołać to spojrzenie, które ty przypisałeś wyłącznie strachowi! Wiem, com widział. Tramach był przerażony – odparł dotknięty Diagoras [platończyk, nauczyciel filozofii i geometrii w szkole Akademicos Platona – przyp. aut.].

[…]

To było dziecko – wyszeptał nagle Diagoras, jakby odpowiadał na jakieś postawione przez Heraklesa pytanie. – Nie osiągnął jeszcze wieku młodzieńczego. Jego spojrzenie było czyste. Sama Atena zdawała się polerować jego duszę... Nie obwiniaj się dłużej. W tym wieku szuka się także rozrywek. Diagoras po raz pierwszy oderwał wzrok od ciemnego traktu i spojrzał na Tropiciela z lekceważeniem. Nie rozumiesz tego. W Akademii wychowujemy młodych ludzi tak, by kochali mądrość ponad wszystko i odrzucali niebezpieczne przyjemności, które wiodą jedynie ku korzyściom ulotnym i krótkotrwałym. Tramach wiedział, co to cnota, miał świadomość, że jest ona nieskończenie bardziej przydatna i korzystna niż rozwiązłość... Jak mógł nie przestrzegać tego w praktyce?

[…]

W tej wizji ona była mu obca, a on robił rzeczy niebywałe: tańczył na przykład na ośnieżonych szczytach Parnasu, odziany jedynie w skórę jelonka; jego ciało poruszało się nieświadomie, prawie bezwolnie, niczym kwiat w rękach dziewczyny, chwiejąc się niebezpiecznie na śliskim skraju otchłani. W tej wizji mogła ona rozpalić swoje włosy i biczować nimi groźnie zimne powietrze. Mogła też przechylić płonącą głowę do tyłu, tak że gardło rysowało się na szyi niczym łodyga lilii; mogła krzyczeć, jak gdyby wzywała pomocy Dionizosa Bromiosa o jelenich stopach, albo zaintonować szybki pean w nocnej oreibasia, niekończącym się rytualnym tańcu, wykonywanym przez kobiety na szczytach gór w zimowe miesiące. Wiadomo, że wiele z nich umiera z zimna lub zmęczenia, ale nikt nie może temu zapobiec; wiadomo też, choć żaden mężczyzna nigdy tego nie widział, że przy takich tańcach kobiety trzymają w rękach groźne, szaleńczo jadowite żmije, i wiążą ich ogony równie pięknie, jak dziewczyny wiją wianki z białych lilii; podejrzewa się, choć żaden mężczyzna nie wie tego na pewno, że w owe niebezpieczne noce szybkiego tętna bębnów kobiety są samą nagością, połyskującą krwawo w płomieniach ognia i soku z winogron, a ich stopy zostawiają spieszne i śmiałe ślady na śniegu, jak raniona przez myśliwca zwierzyna, głuche na głos rozsądku, który, niczym młoda dziewczyna o smukłym, spowitym w biel ciele, próżno żąda zakończenia rytuału. „Pomocy!” – rozlega się słaby jęk, lecz to na nic, bo niebezpieczeństwo dla tancerek jest jak cudowna lilia na drugim brzegu rzeki: żadna z nich nie oprze się pokusie, by szybko po nią popłynąć, nie prosząc nikogo o pomoc, i zerwać kwiat, i trzymać go. „Uwaga! Niebezpieczeństwo!” – ostrzega słaby głosik, ale lilia jest zbyt piękna, by dziewczyna go posłuchała.

[…]

Opowiedziałem ci – odparł Diagoras – co zdołałem ujrzeć oczami myśli, które potrafią dostrzec Ideę samą w sobie. Nie lekceważ ich pochopnie, Heraklesie. Wyjaśniłem ci już, że my też jesteśmy zwolennikami rozumu, wierzymy jednak, że istnieje coś wyższego niż rozum, a jest to właśnie Idea sama w sobie: światło, przy którym wszystkie istoty i rzeczy istniejące na tym świecie są ledwie marnymi cieniami. Czasem mit, baśń, wiersz albo sen mogą pomóc nam ją opisać. Niech będzie, ale twoje Idee same w sobie na nic mi się nie zdadzą, Diagorasie. Ja [Herakles vel Herkules Pontor – przyp. aut.] poruszam się po obszarze, gdzie wszystko mogę zobaczyć na własne oczy i wydedukować własną logiką.

[…]

Twoje słowa, Tropicielu Tajemnic – odezwał się Diagoras – są jak szybkie, niebezpieczne strzały, które trafiają mnie w pierś. Przysiągłbym na bogów, że Tramach darzył mnie całkowitym zaufaniem. Ależ, Diagorasie – Herakles pokręcił głową – powinieneś porzucić te szlachetne poglądy, jakie zdajesz się mieć na rodzaj ludzki. Zamknięty w tej swojej Akademii, nauczając matematyki i muzyki, przypominasz mi złotowłosą dzieweczkę z duszą jak lilia biała, cudownie piękną, ale bardzo naiwną, taką, co to nigdy nie wyszła za próg gynaikeion, a przy pierwszym kontakcie z mężczyzną krzyczy: „Ratunku, pomocy, on zaraz mi coś zrobi!”.

[…]

Krwawią nam rany, Diagorasie – odparł Herakles Pontor, który jako dobry Ateńczyk brał udział w gwałtownych debatach Zgromadzenia i był nieśmiałym wielbicielem polityki. – W rzeczywistości nasze pragnienie, by Teby wyzwoliły się spod spartańskiego jarzma, oznacza, że chodzi nam o Ateny. Pobito nas, owszem, ale zniewag nie wybaczamy.  A co spowodowało klęskę? Nasz własny, absurdalny system demokratyczny! Gdybyśmy zezwolili, żeby rządzili nami najlepsi, a nie lud, teraz bylibyśmy imperium...  Wolę małe zgromadzenie, gdzie można krzyczeć do woli, niż ogromne imperium, gdzie musiałbym milczeć – odparł Herakles i niespodziewanie zaczął żałować, że nie ma w pobliżu żadnego skryby, bo wypowiedziane zdanie zdało mu się niezwykle trafne. A czemuż to masz milczeć? Mógłbyś mówić, gdybyś znalazł się wśród najlepszych. I niby dlaczego nie miałbyś się o to postarać?  Dlatego że wcale nie chcę być wśród najlepszych, za to chcę móc mówić. Ale nie chodzi o to, czego ty, Heraklesie, chcesz albo nie chcesz, tylko o dobro Miasta. Komu powierzyłbyś na przykład ster łodzi? Większości marynarzy czy temu, kto najlepiej opanował sztukę nawigacji?  Naturalnie, temu ostatniemu – powiedział Herakles. I po chwili dodał. – Ale tylko i wyłącznie wtedy, gdyby pozwolił mi wypowiadać się w czasie rejsu. Wypowiadać się, wypowiadać się! – obruszył się Diagoras: – A na cóż ci wolność wypowiedzi, jeżeli nawet nie próbujesz z niej korzystać? Zapominasz, że wolność wypowiedzi polega między innymi na tym, że wolno mówić wtedy, kiedy ma się na to ochotę. I pozwól mi, Diagorasie, że właśnie się do tego zastosuję i skończę w tym miejscu naszą rozmowę, najbardziej bowiem na świecie nie cierpię marnowania czasu i choć sam niezbyt dobrze rozumiem, na czym to polega, to dyskusja polityczna z filozofem bardzo mi na to wygląda. Czy bez trudu zrozumiałeś moją wypowiedź?

[…]

Cóż ci mogę powiedzieć, Heraklesie [mówi Krantor, przyjaciel Heraklesa – przyp. aut.]? Cóż ci mogę powiedzieć o cudach, jakie widziałem, o rzeczach niebywałych, jakich mój rozsądek Ateńczyka nie chce przyjąć do wiadomości, a które moje oczy Ateńczyka widziały? Pytasz o wiele spraw, a ja nie wiem, co odpowiedzieć; nie jestem książką, choć pełno we mnie przedziwnych historii. Zwiedziłem Indie i Persję, Egipt i królestwa Południa za Nilem. Zwiedzałem groty, gdzie żyją ludzie-lwy, i nauczyłem się okrutnego języka węży, które myślą. Brodziłem po piaskach oceanów, które otwierają się i zamykają pod stopami niczym drzwi. Obserwowałem czarne skorpiony piszące na glinie swe tajemne znaki. I widziałem, jak magia sprowadza śmierć, jak duchy zmarłych przemawiają przez członków rodziny i na jak nieskończenie wiele sposobów demony ukazują się czarownikom. Przysięgam ci, Heraklesie, że poza Atenami jest świat. Świat nieskończony.

[…]

A jakie teorie cię pociągają? Jak żyć. Jak żyć? Krantor przytaknął, nie przestając kontemplować pucharu. Jak żyć to nie żadna teoria. Żeby żyć, wystarczy, żebyś żył – zaprotestował Diagoras. Nie: trzeba nauczyć się żyć.

[…]

Ateńczycy... – mruknął tak cicho, że Diagoras w pierwszej chwili nie dosłyszał. W miarę jednak jak mówił, podnosił stopniowo głos, jak gdyby zbliżał się do rozmówcy skądś z daleka i coraz gwałtowniej nań napierał: – Wszystko jedno, jak długo człowieka tu nie ma, zawsze tacy sami! Ateńczycy... Z tym waszym upodobaniem do gry słów, do sofizmatów, do tekstów, do dialogów! I ten wasz sposób uczenia się, z tyłkiem przylepionym do ławki: słuchacie, czytacie, odgadujecie słowa, wynajdujecie argumenty i kontrargumenty w niekończącym się dialogu! Ateńczycy... Z jednej strony ci, co uczą się i słuchają muzyki, z drugiej – ci daleko liczniejsi, ale rządzeni przez tamtych, ci, co cieszą się i cierpią, nie umiejąc nawet czytać i pisać... – podniósł się nagłym ruchem i podszedł do jednego z okienek w ścianie, przez które dochodziły głośne odgłosy lenajskich rozrywek. – Posłuchaj tego, Diagorasie... Oto prawdziwy lud ateński. Jego historia nigdy nie zostanie wyryta na stelach nagrobnych ani nie zachowa się spisana na papirusach, na których wasi filozofowie notują swoje wspaniałe myśli... To lud, który prawie nie mówi: parska, ryczy, niczym rozszalały byk – odszedł od okna. Diagoras dostrzegał w jego ruchach coś dzikiego, coś niemal drapieżnego – stado, które je, pije, kopuluje i bawi się w przekonaniu, że poddaje się boskiej ekstazie! Posłuchaj go! Jest na zewnątrz.  Są różne rodzaje ludzi, podobnie jak różne gatunki wina, Krantorze – zauważył Diagoras. – Ten lud, o którym mówisz, nie umie zrobić właściwego użytku z rozumu. Ludzie, którzy to potrafią, należą do wyższej kategorii i powinni właściwie... Użytek z rozumu! Cóż wam przyjdzie z rozumu! To rozum podpowiedział wam wojnę ze Spartą? Albo wygórowane ambicje waszego imperium? Perykles, Alcybiades, Kleon, ludzie, którzy przywiedli was do zguby – czy oni też robili właściwy użytek z rozumu? A teraz, po klęsce, cóż wam pozostało? Używać rozumu ku chwale przeszłości? Mówisz, jakbyś nie był Ateńczykiem – obruszył się Diagoras. Wyjedź z Aten, to i ty przestaniesz nim być! Ateńczykiem można być tylko w murach tego absurdalnego miasta! Pierwsze, co odkrywasz po wyjeździe stąd: nie ma jednej prawdy, każdy ma swoją własną. A im dalej, tym szerzej otwierasz oczy i widzisz jedynie czeluść chaosu.

[…]

Ja wierzę wyłącznie w to, co mogę zobaczyć – odparł Herakles z ogromnym spokojem. Dedukcja to inny sposób widzenia spraw. Wyobrażam sobie świat pełen ludzi takich jak ty. Krantor zamilkł i uśmiechnął się, jak gdyby naprawdę to sobie wyobrażał. – Sądzę, że byłby przeraźliwie smutny. Byłby milczący i dobrze zorganizowany – odparł Herakles – a smutny byłby świat platończyków: ci ludzie chodziliby po ulicach, nie patrząc na ziemię, z zamkniętymi oczami i myślami krążącymi wokół tego, co niewidzialne.  Obaj się roześmiali; raptem Krantor odezwał się dziwnym głosem:  Tak więc najlepsze rozwiązanie to świat ludzi takich jak ja. Herakles śmiesznie uniósł brwi: Jak ty? W pewnym momencie poczuliby chęć, by włożyć w ogień rękę bądź nogę, albo walić głową w mur. Mielibyśmy same kaleki. A kto wie, czy jedni nie okaleczaliby drugich... Bez wątpienia – przyznał szybko Krantor – faktycznie tak się dzieje codziennie we wszystkich światach. Na przykład rybę, którą mi dziś podałeś, okaleczyliśmy naszymi ostrymi zębami. Platończycy wierzą w coś, czego nie widzą, ty – w to, co widzisz... Ale wszyscy okaleczacie ryby i zwierzęta, żeby móc je zjeść. Albo słodkie figi.

[…]

W Akademii uważamy, że teatr to wulgarna sztuka naśladowcza – powoli odpowiadał Diagoras. Otwarcie zabraniamy naszym uczniom bywania na przedstawieniach, nie polecamy uczestnictwa w nich. Platon uważa... Właściwie wszyscy uważamy, że większość poetów jest nieco nieostrożna, że dają oni zły przykład młodzieży, pokazując, jak szlachetni bohaterowie ulegają nikczemnym nałogom. Prawdziwy teatr według nas to nie byle jaka rozrywka ku uciesze gawiedzi. W idealnym państwie Platona... – Ależ, Diagorasie, Ateny się bawią, kiedy my myślimy – westchnął głośno Herakles. – Wiele jest jeszcze rzeczy, których my w ogóle nie zauważamy, za to lud uwielbia: głupie rozrywki, niebywałe obrzędy, irracjonalne zajęcia. Sam nigdy nie ruszasz się poza Akademię, a ja poza własny umysł, co na jedno wychodzi, lecz Ateny, mój drogi Diagorasie, nie są naszym wyobrażeniem Aten.

[…]

Tak, jestem przewodnikiem dla wielu efebów [mówi Menechmos – artysta-rzeźbiarz ateński – przyp. aut.]... Myślisz może, że nasza młodzież nie potrzebuje przewodników, Heraklesie? Czy może...może świat, który mają odziedziczyć, jest przyjemny? Rozejrzyj się wokół! Choćby nasza ateńska sztuka... Jaka sztuka? Dawniej posągi pełne były mocy. Naśladowaliśmy Egipcjan, którzy zawsze byli o wiele mądrzejsi! A teraz co robimy? Projektujemy jakieś geometryczne formy, postaci po prostu są zgodne z Kanonem! Zatraciliśmy spontaniczność, siłę, piękno... Mówisz, że pozostawiam moje rzeźby nieukończone, i to prawda... A domyślasz się czemu? Bo nie potrafię stworzyć rzeczy zgodnej z Kanonem!  A teatr! Dawniej teatr był orgią, w której uczestniczyli sami bogowie! A w co się przeistoczył za Eurypidesa? W tanią dialektykę, by zadowolić gusta szlachetnych mędrców ateńskich! – Kling! – Teatr jako skłaniająca ku refleksji medytacja, a nie krwawe święto! Sam Eurypides przyznał to na starość – przerwał pracę i z uśmiechem zwrócił się do Heraklesa – po czym radykalnie zmienił zdanie... Stary Eurypides porzucił filozofię – ciągnął po chwili – i poświęcił się tworzeniu prawdziwego teatru! – Kling! – Pamiętasz jego ostatnie dzieło? – i z szaloną satysfakcją, jak gdyby słowo to było drogim kamieniem, który właśnie odkrył w rumowisku, wykrzyknął: – Bachantki! Owszem – dał się słyszeć inny głos – Bachantki! Dzieło szaleńca! – Menechmos odwrócił się do Diagorasa, który w podnieceniu krzyczał tak, jakby milczenie, które dotychczas zachowywał, kosztowało go zbyt wiele wysiłku. – Eurypides na starość stracił talent, jak to się zdarza niejednemu, a jego teatr uległ degradacji w sposób niepojęty! Szlachetne podwaliny jego racjonalnego ducha, poszukującego z zapałem w wieku dojrzałym Prawdy filozoficznej, z upływem czasu zanikły... a jego ostatnie dzieło stało się, podobnie jak u Ajschylosa i Sofoklesa, ohydnym śmietnikiem, gdzie roi się od chorób duszy i leją się strumienie niewinnej krwi! – zaczerwieniony od emocji Diagoras przebijał Menechmosa wzrokiem. – A filozofia! – ciągnął Menechmos - Przypomnijcie sobie Heraklita! „Bez sprzeczności nie ma istnienia”! Tak twierdził filozof Heraklit! Czy może filozofia też się nie zmieniła? Kiedyś to była siła, napęd! A teraz? Czym jest teraz filozofia? Czystym intelektem! Kiedyś... co nas intrygowało? Materia rzeczy! Tales, Anaksymander, Empedokles! Kiedyś zastanawialiśmy się nad materią! A teraz? Nad czym się teraz zastanawiamy? – i deformując groteskowo głos, dodał: – Nad Światem Idei! Idee istnieją, pewnie, ale istnieją gdzie indziej, z dala od nas! Są doskonałe, czyste, dobrotliwe i użyteczne [oraz moralne – przyp. aut.]!

[…]

Pracujesz nad piękną rzeźbą, Menechmosie. Kogo wyobraża? Nosi nazwę: „Tłumacz”. Człowiek ten usiłuje rozwiązać tajemnice tekstu napisanego w innym języku, nie zauważając, że słowa prowadzą jedynie do nowych słów, a myśli do nowych myśli, Prawda natomiast pozostaje niedościgniona. Czyż nie jest to właściwy obraz tego, co wszyscy czynimy? Nie zrozumiał Diagoras zbyt dobrze tego, co starał się wyjaśnić rzeźbiarz, że jednak nie chciał pozostać dłużny, pozwolił sobie na komentarz. To przedziwna figura. Co ma na sobie? Ubranie nie wygląda mi na greckie... Menechmos nic na to nie odpowiedział. Przyglądał się tylko z uśmiechem własnemu dziełu. Mogę się przyjrzeć z bliska? Tak – zezwolił łaskawie Menechmos. Filozof podszedł do podwyższenia i wspiął się na nie po jednej z drabinek. Jego kroki zadudniły na brudnym drewnie platformy. Podszedł do rzeźby i zaczął ją oglądać z profilu. Człowiek z marmuru, pochylony nad stołem, trzymał kciukiem i palcem wskazującym cienkie pióro; oblegały go roje papirusu. Co to za strój, zastanawiał się Diagoras. Coś w rodzaju dopasowanego płaszcza... Bez wątpienia strój cudzoziemski. Przypatrzył się uważnie pochylonemu karkowi, wypukłościom pierwszych kręgów, doskonale oddanym – co musiał przyznać – gęstym puklom włosów okalających z obu stron głowę, uszom o niebywale grubych małżowinach...

[…]

Prawdą jest, że Apollo pozwolił mi [Filotekst z Chersonezu – pisarz grecki – przyp. aut.], od czasu do czasu, wydedukować, czym może być przyszłość, i że istotnie mam wrażenie, iż kobiety i mężczyźni będą wykonywać te same prace, tak jak proponujesz w Dialogach. Nie sądzę natomiast, by miały pojawić się cudowne rządy i złota władza, pracująca na korzyść Miasta... Dlaczego? – zapytał Platon z nieukrywanym zaciekawieniem. – W dzisiejszych czasach rzeczywiście niełatwo sobie wyobrazić, by mogła zaistnieć tego rodzaju władza. Ale w dalekiej przyszłości, po upływie setek, a może tysięcy lat... czemu nie? Bo człowiek nie zmienił się i nigdy się nie zmieni, Platonie – odparł Filotekst. – Bez względu to, jak nam przykro to przyznać, człowiek nie pozwala, by kierowały nim niewidzialne i doskonałe Idee, ani nawet racjonalne myśli, tylko impulsy, odruchy, irracjonalne pragnienia...

[…]

Od dość dawna członkowie tej Akademii platońskiej wiedzą, że poznanie jakiegokolwiek przedmiotu składa się z pięciu poziomów albo elementów: najpierw idzie nazwa przedmiotu, potem jego definicja, obraz, dyskusja intelektualna, wreszcie przedmiot sam w sobie – prawdziwy cel poznania. Ale literatura dochodzi tylko do dwóch pierwszych poziomów: nazwy i definicji. Słowo pisane nie jest obrazem, a zatem nie potrafi osiągnąć trzeciego poziomu. Słowo pisane nie myśli, nie może zatem także dojść do dyskusji intelektualnej. Tym bardziej, rzecz jasna, nie da się nim dojść do ostatniego poziomu – Idei samej w sobie. Dlatego więc książka opisująca nasze poznawanie rzeczy nie jest możliwa do napisania.

[…]

Pamiętam twoje stwierdzenie Heraklesie: „Są w życiu takie dziwne miejsca, w których ani ty, ani ja nigdy nie byliśmy”. I tak jest... Żyjemy w dziwnym świecie, Heraklesie. W świecie, gdzie nic nie może być całkowicie wyjaśnione i całkowicie zrozumiałe. W świecie, który czasami nie rządzi się prawami logiki, tylko prawami marzeń lub literatury... Sokrates, wielki zwolennik rozumu, zwykł twierdzić, że demon, duch, budzi w nim czasami prawdy najgłębsze. A Platon uważa, że szaleństwo, w pewnym stopniu, to tajemny sposób, by dotrzeć do poznania. I to się teraz dzieje ze mną: mój demon – albo moje szaleństwo – mówią mi, że twoje wyjaśnienie jest fałszywe.

[…]

Antys [kolega Tramacha z Akademii platońskiej – przyp. aut.] i Yasintra [nierządnica z Pireusu – przyp. aut.] oskarżali Menechmosa... Ale nawet sam Menechmos wydawał Menechmosa na śmierć! Bez wątpienia oszalał... Ale skoro tak, oszalał niedawno. Nie zachowywał się jak szalony, kiedy umówił się z Tramachem w lesie, z dala od miasta. Ani wtedy, gdy zainscenizował rzekome samobójstwo Euniosa. W obu przypadkach zachowywał się z wyjątkową przebiegłością, jak godny przeciwnik inteligentnego Tropiciela, a teraz... Teraz wszystko wskazuje, że już mu na niczym nie zależy! Dlaczego? Czegoś brakowało w tej przemyślanej w szczegółach hipotezie. Czegoś... właściwie wszystkiego. Cudowna budowla rozumowania, struktura dedukcji, harmonijne rusztowanie przyczyn i skutków... Mylił się, mylił się od samego początku, a co go najbardziej wzburzało, to pewność, że rozumował prawidłowo, nie pomijając żadnego istotnego szczegółu, że przeanalizował – razem wzięte i każdy z osobna – wszystkie elementy tej zagadki... W tym właśnie kryło się źródło zżerającego go niepokoju! Jeżeli rozumował prawidłowo, to czemu się mylił? Czyżby rzeczywiście, jak to sugerował jego klient Diagoras, istniały prawdy irracjonalne?

[…]

Och, ta literatura! – rzekł [podmiot liryczny, czyli tłumacz greckiego dzieła – przyp. aut.]. Czytać, przyjacielu, nie znaczy rozmyślać samotnie; czytanie jest rozmową. Ale to dialog platoniczny. Twój rozmówca jest czyjąś ideą. Ale nie ideą niezmienną: podczas rozmowy zmieniasz ją, bierzesz na własność, wierzysz w jej niezależne istnienie... Książki ejdetyczne [z kluczem – przyp. aut.] wykorzystują tę właściwość, by pozastawiać sprytne pułapki... które mogą... nawet przyprawić o szaleństwo.

[…]

Uważał [mówi Etis do Heraklesa – przyp. aut.], że Spartanie nie są przynajmniej obłudni: prowadzili wojny i nic ich nie kosztowało przyznawanie się do tego, wręcz napawało ich to dumą. Rzeczywiście współpracował z tyranią Trzydziestu [rządy spartańskie w Atenach – przyp. aut.], ale nie było to jakieś poważne uchybienie. Jego [mowa o mężu Etis – przyp. aut.] błąd polegał na tym, że ufał bardziej innym niż sobie... aż większość „innych” skazała go na śmierć przed Zgromadzeniem... Chociaż może popełnił i poważniejszy błąd: wierzył, że to królestwo inteligentnych nieboszczyków, tych zwłok, które myślą i rozmawiają, może ulec transformacji przy wprowadzeniu zwykłych zmian politycznych – rozległ się jej głuchy, pusty śmiech. – I w to samo wierzy naiwny Platon! Ale wielu nauczyło się, że nie da się nic zmienić, jeśli najpierw nie zmienimy się my sami! Tak, Heraklesie Pontor: dumna jestem z wiary, jaką wyznaję! Dla umysłów takich jak twój religia, która oddaje hołd najdawniejszym bogom przez rytualne poćwiartowanie wiernych, jest absurdem, wiem o tym i nie zamierzam przekonywać cię, że nie... Ale czy istnieje jakakolwiek religia nie będąca absurdem? Sokrates, wielki racjonalista, znieważał je wszystkie, dlatego go skazaliście! Jednakże przyjdą czasy, że zjedzenie kogoś, kogo kochasz, zostanie uznane za akt litości! A co! Ani ty, ani ja nie doczekamy tego, ale nasi kapłani zapewniają, że w przyszłości pojawią się religie wielbiące bogów torturowanych i poćwiartowanych! Któż to wie? Może nawet najbardziej uświęcony akt adoracji będzie polegał na zjadaniu bogów!

[…]

Istotnie przez wiele lat usiłowałem [mówi podmiot liryczny, czyli tłumacz greckiego dzieła – przyp. aut.] dowieść, iż Platon miał rację, twierdząc, że Idee istnieją – przyznał – i że dlatego świat jest dobry, rozumny i sprawiedliwy. I wierzyłem, że w książkach eidetycznych znajdę na to dowód. Nigdy mi się to nie udało, ale też nie przeżyłem wielkiego rozczarowania... aż kiedyś znalazłem rękopis Jaskini, schowany i zapomniany, na półce w jakiejś starej bibliotece... – przerwał i jego wzrok zagubił się w ciemnościach celi. – Na początku tekst mnie zachwycił. Dostrzegałem jak ty, subtelne wizje, jakie w sobie krył: zręczną nić przewodnią w postaci prac Herkulesa, dziewczynę z lilią. Byłem coraz bardziej pewny, że wreszcie znalazłem książkę, której szukałem przez całe życie...

[…]

Przez wiele lat podróżowałem, mówiłem ci przecież – odrzekł Krantor ze spokojem. – Wróciłem jednak do Grecji o wiele wcześniej, niż ci się zdaje, i zwiedziłem Trację i Macedonię. To wtedy nawiązałem kontakty z sektą. Określa się ją na wiele sposobów, ale najpowszechniej używana nazwa to Lykajon. Tak bardzo zaskoczyło mnie istnienie na ziemi Greków idei tak dzikich, że natychmiast stałem się ich wiernym wyznawcą. Cerber! Cerber, dosyć już! Przestań szczekać! I zapewniam cię, że nie jesteśmy sektą szaleńców, Heraklesie. Nikomu nie czynimy krzywdy, chyba że zagrożone jest nasze własne bezpieczeństwo. Odprawiamy nasze obrzędy w lasach i pijemy kyon. Oddajemy się w pełni pewnej odwiecznej sile, która teraz nosi imię Dionizosa, ale to nie jest bóg, nie można jej wyrazić wizerunkiem ani słowami... Co to takiego? Sami nie wiemy! Wiemy tylko, że spoczywa gdzieś w głębi człowieka i wywołuje gniew, pożądanie, ból i rozkosz. Taka jest moc, którą czcimy, Heraklesie, i dla niej się poświęcamy. Dziwi cię to? Wojny też wymagają wielu ofiar i nikogo to nie zaskakuje. Różnica polega na tym, że my decydujemy, kiedy, jak i dlaczego umieramy! – Tak, sam Eurypides! Poznał naszą religię i przyłączył się do nas. Wypił kyon [napój narkotyczny – przyp. aut.] i został poćwiartowany przez braci z sekty. Wiesz, że legenda głosi, iż zmarł, bo rozszarpały go psy... ale w ten właśnie symboliczny sposób opisuje się w Lykajonie ofiarę. A Heraklit, filozof z Efezu, który uważał, że przemoc i niezgoda są nie tylko potrzebne, ale wręcz niezbędne dla ludzi! Też się mówi o nim, że został pożarty przez sforę psów, a on także należał do nas.

[…]

Mylisz się, Krantorze [mówi Herakles – przyp. aut.]. Nie jest to tajemnica, którą Ludzkość pragnęłaby poznać. Nie wierzę w proroctwa ani w przepowiednie, ale gdybym miał coś przewidywać, powiedziałbym, że Ateny staną się kolebką nowego człowieka. Człowieka, który będzie walczył oczami i inteligencją, a nie rękoma, a tłumacząc teksty przodków, będzie się z nich uczył. Jedyna przemoc, jaką przewiduję, pozostanie w wyobraźni – ciągnął Herakles. – Kobiety i mężczyźni będą czytać i pisać, a gremia mądrych tłumaczy będą odcyfrowywać i wydawać dzieła naszych współczesnych. A przetłumaczywszy tekst pisany, dowiedzą się, jaki był świat wtedy, gdy nie rządził rozum. Nie zobaczymy tego ani ja, ani ty, Krantorze, ale człowiek zmierza ku Rozumowi, a nie ku Instynktowi...

[…]

[mówi podmiot liryczny, czyli tłumacz greckiego dzieła – przyp. aut.]

Opierając się na własnym wierszu, Filotekst z Chersonezu ułożył eidetyczne obrazy Jaskini filozofów. Oba utwory zostały zainspirowane prawdziwymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Atenach w owej [pospartańskiej – przyp. aut.] epoce, szczególnie zbiorowym samobójstwem członków pewnej sekty bardzo podobnej do tej, jaką tu się opisuje. To ostatnie wydarzenie miało duży wpływ na Filoteksta, który widział w takich przypadkach dowód na to, że Platon się myli: ludzie nie wybierają zła z powodu niewiedzy, lecz wiedzeni instynktem, czymś niewiadomym, co tkwi w każdym z nas i czego nie da się objąć rozumem ani wyjaśnić słowami... Ale historia przyznała rację Platonowi! – wykrzykuję energicznie. – Ludzie w naszych czasach są idealistami i poświęcają się rozmyślaniu, lekturze i rozszyfrowywaniu tekstów. Wielu z nas jest filozofami czy tłumaczami. Wierzymy mocno w istnienie Idei, których nie odbieramy zmysłami. Najlepsi z nas rządzą w miastach. Kobiety i mężczyźni pracują, w tych samych dziedzinach, i mają te same prawa. Na świecie panuje pokój. Przemoc całkowicie zanikła i...

[…]

[mówi podmiot liryczny, czyli tłumacz greckiego dzieła – przyp. aut.]

i… Jaskinia filozofów jest owocem zakładu między Filotekstem a Platonem. Filotekstowi zadanie wydawało się niezmiernie trudne: jak tu stworzyć dzieło, które będzie zawierało owe pięć platońskich elementów wiedzy? Dwa pierwsze są proste, o ile pamiętasz: nazwa to nazwa rzeczy, po prostu, a definicja to wszystko to, co o danej rzeczy mówimy. Te dwa elementy znajdują się w normalnym tekście. Ale trzeci element nasuwał już pewien problem: jak tu stworzyć obrazy, które nie będą po prostu definicjami, kształtem rzeczy i czymś poza słowem pisanym? Wtedy to Filotekst wymyślił eidesis... Eidesis to wynalazek Filoteksta. Dzięki niej obrazy zyskiwały swobodę, niezależność... nie wiązały się z tym, co było napisane, tylko z fantazją czytelnika. Jakiś rozdział mógł kryć na przykład lwa albo dziewczynę z lilią...

Jose Carlos Somoza, Jaskinia filozofów

Wielowątkowa powieść Somozy jest daremną próbę identyfikacji czytelnika z tożsamością powieściopisarską, a może nawet ostrzeżeniem skierowanym ku nazbyt uważnemu czytelnikowi, że granice poznania sensu lub bezsensu tego, co autor chce nam przekazać są wciąż niebezpieczne jak tęgie bywają miny czy pokrętne zasieki. Bo głębokość rozumienia jest jak sen co wnika niczym nóż niepostrzeżenie i rozcina świadomość człowieka.



powrót ››