16.10.2021

„Tylko pijacy rozumieją mowę róży"
Abu Nuwas
[…]
Przede wszystkim uważam, że moi rozmówcy są w błędzie. Znam tutejszych chrześcijan i wiem, że ich religia mówi, iż śmierć wcale nie jest złem. Ale każdy z powracających kupców twierdzi to samo: chrześcijanie z Zachodu w czasie żałoby przywdziewają czarne szaty. Sądzę, że to piękny zwyczaj. Zwyczaj, który głęboko przemawia do mego serca, tak bardzo obawiającego się śmierci. Wciąż jednak pamiętam starą pieśń mówiącą: „Prawdziwą barwą żałoby jest biel; jakaż żałoba jest smutniejsza niż biel moich włosów". Jestem starym człowiekiem. Opuścili mnie przyjaciele z wyjątkiem jednego, najlepszego, najbardziej ukochanego, a jednak zdradziłem go, ryzykując nawet życie.
[…]
Książę, ona [Szemselnehara – nałożnica kalifa Bagdadu – przyp. aut.] jest piękną kobietą, ale istnieje wiele pięknych kobiet. Uroda wzbudza nie miłość, lecz coś... coś całkiem innego... - Chciałem powiedzieć „coś niższego", ale poskromiłem język; mówiąc mężczyźnie, że jego uczucia nie są poważne, sprawiłbym jedynie, że jeszcze bardziej by się w nich utwierdził. Chciałem jeszcze powiedzieć, że za kilka miesięcy zapomni o tej kobiecie, ale też ugryzłem się w język. Kogo bawiłyby takie bzdury?
[…]
Doszedłem do wniosku, że Bóg nie zniszczył wieży Babel za pomocą wichury i trzęsienia ziemi. Bóg zesłał szatana, najpiękniejszego z aniołów, dając mu instrukcje, jak ma tę wieżę wybudować. Budowniczowie przestudiowali ją, przedyskutowali i przystąpili do robót. Sztuka ta jednak im nie wyszła. Najwyraźniej źle zrozumieli instrukcje. Zaczęli się kłócić, podzielili się na sekty, wybuchła między nimi bójka spowodowana odmienną interpretacją; i to właśnie stanowiło pomieszanie języków. Ale byli i inni, którzy tamten wieczór spędzili w domach, gdzie po całym dniu ciężkiej pracy ponownie przestudiowali instrukcje. Stworzyli modele wież wysokich do kolan. I jedynie ci właśnie, jak sądzę, byli szczęśliwi.
[…]
Zarówno moja żona, jak i ja [Abu al.-Hasan – aptekarz i alchemik – główna postać powieści – przyp. aut.] doskonale wiedzieliśmy, że namiętności i burzliwe życie sławione przez starodawne pieśni i legendy są nie dla nas. Nie szukaliśmy miłości. Nauczyłem żonę, by mniej dbała o własne korzyści i przyjemnostki, a na względzie miała głównie moje zyski i moją próżność; zarówno jako kupca, który wymagał pomocy, jak i człowieka nauki. Potrzebowałem żony wykształconej. W mojej rodzinnej wiosce niewiele osób umiało czytać, a już na pewno żadna niewiasta. Fatimie nauka zawsze przychodziła z trudem; matka nie nauczyła jej nawet grać na jakimkolwiek instrumencie. Kiedy czytała surę otwierającą Świętą Księgę, sylabizowała tak, że wydawało się, iż każde następne słowo stanowi dla niej wielkie odkrycie. Wybuchała płaczem i całowała mnie po rękach, a mnie w mojej próżności bardzo łechtało to dumę. A jednak byliśmy dla siebie bardzo bliskimi osobami, tak jak tylko mogą być sobie bliscy ludzie prości. Nie stać mnie było na to, by zamknąć żonę w haremie; pracowaliśmy ramię w ramię. Fatima, która w opinii swojej matki była nieskończenie głupia, znała się na aptekarstwie lepiej niż połowa uczonych z sułtańskiego Domu Mądrości, założonego przez kalifa.
[…]
Według religii każdemu z nas nieustannie towarzyszą dwa anioły; tego popołudnia śniłem o nich. We śnie z oddali ujrzałem siebie. Siedziałem sztywno w gondoli płynącej najpierw jednym kanałem, następnie drugim. Zawiły szlak zdawał się nie mieć końca, ale wiedziałem, że zmierzam prosto do pałacu Szemselnehary. Nie było żadnego wioślarza, gładkiej toni wody nie przecinały inne łodzie. Byłem sam, towarzyszyły mi tylko dwa anioły unoszące się nad moją głową. Mówią, że anioł po prawej stronie zapisuje nasze dobre uczynki; ten po lewej - złe. Ale w moim śnie tylko jeden z tych aniołów wszystko zapisywał, przemieszczając się nade mną to z lewej, to z prawej strony. Drugi natomiast zanosił się śmiechem. Popatrzyłem w górę, ale nie ujrzałem już moich niebiańskich towarzyszy. Byłem sam.
[…]
Aranżowanie małżeństw zawsze jest lepsze. Jeśli mężczyzna poślubia kobietę z miłości, jego oczy są ślepe, nie dostrzega wszystkich wad żony; aż do chwili, kiedy miną pasje i namiętności. Wtedy dopiero zaczyna żyć z prawdziwą kobietą, kobietą z krwi i kości, która bardzo odbiega od ideału, jaki mężczyzna sam sobie stworzył. I przeważnie cała idylla kończy się fatalnie. Natomiast kiedy żonę wybierają rodzice i mężczyzna nawet nie widzi jej przed ślubem, jego oczekiwania względem żony są realistyczne. Mądrzy rodzice wybierają młodemu człowiekowi kobietę, której wady i zalety uzupełniają wady i zalety młodego małżonka. Młody mężczyzna widzi je wyraźnie i jest z góry na nie przygotowany. Kiedy wreszcie pojawia się miłość, jest to miłość do rzeczywistej kobiety, upartej, zabobonnej, czy jaka tam ona jest.
[…]
Kiedy anioły zapisujące uczynki ludzkie kończą indagacje, następuje pierwszy osąd. Niektórzy mędrcy, całe życie spędzający na studiowaniu Świętej Księgi, twierdzą, że ludzie błogosławieni pozostają z Adamem w najniższym Niebie do czasu, aż Izraif [u Arabów anioł śmierci – przyp. aut.] zadmie w trąby ogłaszające Dzień Ostatni. Inni z kolei twierdzą, że jedynie święci i męczennicy dostępują tego zaszczytu. Pozostali błogosławieni, całe zastępy wiernych, którzy prowadzili cnotliwe życie, przebywają w pobliżu swych grobów w oczekiwaniu na koniec czasu. Wtedy dopiero będą mogli przekroczyć most dzielący ich od Raju.
[…]
Twierdzą, że Bóg jest wszędzie; to jego świadoma wola sprawia, iż wszystko istnieje. Wspomniałem już, że moja wiara jest mniej niż słaba i w tej chwili wcale nie czułem obecności Boga. Istniałem tylko ja. Istniałem w papugach, żółwiach i trzepoczących skrzydłach ptaków; chwiałem się wraz z płaczącą wierzbą i każdym z jej listków. Pędziłem z wiatrem. Rumieniłem się wraz z dziewicą, słysząc odgłosy miłosnych uniesień, ale rumieńce na mojej twarzy nie wynikały ze wstydu, lecz z upojenia spełnieniem. Nie było ważne, jak bardzo oddaliłem się od swej żony, jak mało znały mnie moje własne dzieci i to, że moi najbliżsi przyjaciele niebawem mnie utracą. Byliśmy jednym; oni mną, a ja nimi.
[…]
Następnego dnia, jeszcze przed wezwaniem na poranną modlitwę [muezzina – duchowny islamu – przyp. aut.], obudziła mnie czyjaś dłoń spoczywająca na moim ramieniu. Należała do anioła śmierci. Leżąc na plecach w ogołoconym przez rabusiów salonie, owinięty w wełniany dywan, który pożyczyłem od swych służących, popatrzyłem szeroko rozwartymi oczyma na Izraila; jego powiewne szaty były bielsze od samej śmierci. Z ukrytej pod zawojem głowy spoglądały na mnie czujnie bezlitosne oczy; umarłem, skalany grzechem.
[…]
O świcie książę [perski – przyp. aut.] i Szemselnehara uciekną z miasta. Wkrótce potem przyjdą po mnie żołnierze [kalifa – przyp. aut.]. Jeśli naprawdę istnieją dwa anioły stróże zapisujące moje uczynki, to, nieustannie trzepocząc skrzydłami, odlatują; kiedy ponownie pojawia się Izrail, księgi są już zamknięte. Pojawiają się inni aniołowie i zaczynają studiować księgę. Lecz jeśli naprawdę istnieje anioł śmierci, jakie imię wyszepcze mi do ucha? Abu al-Hasan nie jest moim prawdziwym imieniem. Kiedy się urodziłem, obyczaj nakazywał nadać dziecku imię rodziny, w której się urodziło, oraz nazwę ulicy, przy której przyszło na świat. Miało to chronić przed czarami; wiedźmie wystarczyło znać twoje prawdziwe imię, by rzuciła na ciebie urok, należało je zatem chronić przed obcymi. W przypadku chłopców słówko Abu oznacza nazwę ulicy. Abu Nuwas... Abu Becr... Abu al-Hasan. Obecnie w Mieście Pokoju większość rodziców nadaje swoim dzieciom imię ulicy tylko dla czystej formalności. Rodzice księcia nazwali swego syna: Abu al-Hasan, ale nigdy nie ukrywali jego prawdziwego imienia - Ali.
[…]
Dla mistyków tego typu rozważania nie istnieją; dla nich istnieje wyłącznie Bóg. Każdy człowiek i wszystko, co jest, będzie istnieć zawsze; tak więc, skoro wszystko jest Jednością, wolna wola nie ma najmniejszego znaczenia. A prawdziwa wiara służy jedynie rozwianiu zwodniczej, gęstej mgły otulającej nasze głowy, tak byśmy mogli dostrzec Boga w każdym stworzeniu i w każdej rzeczy, która Jego jest. W tej kwestii Święta Księga jest jedynie narzędziem, ale narzędziem drogocennym. Napisano bowiem: siedziba Boga jest zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie, toteż niezależnie, w którą stronę świata odwrócisz swe oblicze przy modlitwie, ujrzysz Jego twarz. Jego tron - mówią najcudowniejsze wersety - rozciąga się na całe Niebiosa i na całą ziemię. I niestrudzenie utrzymuje wszystko w idealnej równowadze. Tron Boga znajduje się w sercu każdego człowieka - mówi Prorok. Wejrzyj w swoje wnętrze - mówią mistycy. Odnajdź Go, a wtedy będziesz miał w sercu cały wszechświat. Niektórzy utrzymują, że ta sztuka im się udała. Prywatnie kalif czytywał mistyków.
[…]
Czy słyszałeś o wyimaginowanej uczcie, jaką Dżafar wydał żebrakowi? Żebrak pojawił się u wrót pałacu wielkiego wezyra, gdzie akurat stał główny rządca pałacu Dżafara. Wiedział dobrze, jak jego pan lubi niespodzianki, i żebrak bardzo go zainteresował. Mimo schludnego wyglądu rzeczywiście sprawiał wrażenie umierającego z głodu. Jego wytworna mowa budziła zapewne wśród jego współbraci odrazę i pogardę; inni żebracy z pewnością nienawidzili kogoś, kto wyraźnie ich przewyższał. „Pan mój - oświadczył rządca - jest człowiekiem bardzo mądrym i szczodrym. Zaprowadzę cię do niego. Jeśli naprawdę jesteś tak prawy, na jakiego wyglądasz, da ci o wiele więcej niż kęs czerstwego chleba". Żebrak pokłonił się nisko. „Jestem waszym najwdzięczniejszym sługą, panie mój". Rządca wprowadził żebraka do głównego holu i po prostu zaanonsował: „Panie, masz gościa". Następnie opuścił hol, choć jestem głęboko przekonany, że schował się za którymś z filarów i uważnie wszystko obserwował. Żebrak leżał plackiem na progu drzwi, wtulając twarz w podłogę. „Powstań, przyjacielu. Powstań i zbliż się". Żebrak dźwignął się z ziemi, podszedł do Dżafara, który ze skrzyżowanymi nogami siedział na kobiercu, i znów uderzył głową w posadzkę. „Niech Bóg ma cię w nieustannej pieczy, najszlachetniejszy panie – powiedział żebrak. - Bóg, który jest miłosierny dla tych, którzy okazują miłosierdzie dla swych poddanych. Za Jego wolą skazany zostałem na skrajne ubóstwo i muszę żebrać o kawałek chleba. Choć wzdragałem się przed taką natarczywością, twój łaskawy sługa, panie, zaprowadził mnie przed twe oblicze - co uznałem za zuchwalstwo z mojej strony - lecz jeśli jesteś rozgniewany za moje nagłe wtargnięcie przed twój majestat, cała wina spada na mnie. Ale, panie mój, od wczoraj nic nie jadłem. Jeśli podarujesz mi trochę chleba lub kilka miedziaków, spotka cię wielka nagroda w następnym życiu. Wszak Święta Księga mówi:
Czy widziałeś tego,
który za kłamstwo uważa religię?
To jest ten,
który z pogardą odpycha sierotę,
który nie zachęca do nakarmienia biednego. .
Biada modlącym się, którzy są niedbali w swojej modlitwie, którzy tylko
chcą być widziani, a odmawiają wspomożenia.
Dżafara zdumiała zarówno przemowa żebraka, jak i skromność jego prośby. Zauważył również jego nędzną, lecz czystą odzież, wychudłą z głodu twarz i żałosny błysk oczu. Ten żebrak naprawdę zasługiwał na współczucie. „Jak to? - powiedział Dżafar. - W tym największym mieście na świecie człowiek taki jak ty głoduje? Czuję zawstydzenie, choć jestem wielkim wezyrem Jego Wysokości. Dobrze uczyniłeś, przychodząc do mnie. Wyświadcz mi tę łaskę i usiądź, a ja zaproszę cię na wieczerzę". Żebrak obsypał go tysiącem błogosławieństw i tysiącem innych prócz tych, które już wypowiedział. „Służba, przynieść wodę i misę! - zawołał Dżafar. - Dziękuję!" Oczywiście nikt się nie pojawił. Wielki wezyr wyciągnął ręce, zaczął pocierać dłońmi, a następnie nimi potrząsać. Po chwili zagarnął rękami powietrze, jakby sięgał po ręcznik. „Nie krępuj się, przyjacielu - powiedział. - Ktoś tak schludny jak ty z pewnością również zechce obmyć dłonie". „Dzięki, dzięki, najdostojniejszy panie, i wybacz mi moją bojaźliwość" - odpowiedział żebrak, po czym zaczął odtwarzać pantomimę Dżafara. „Służba, podajcie pierwsze danie... ooo, dziękuję! Przyjacielu, oderwij pierwszy kawałek chleba i zjedz go ze smakiem! Niewolnik, który piecze ten chleb, kosztował mnie pięćset dinarów". - Dżafar, z uśmiechem na twarzy, wyciągnął w stronę gościa puste ręce. „Hmmm, wyśmienity, pachnie cudownie, mój panie. Hmmm! - Gość zaczął poruszać szczękami, przełykając jedynie ślinę. - Twój niewolnik wart był tego wydatku co do ostatniego miedziaka". „Cieszę się, że ci smakuje - odparł Dżafar, wskazując na nieistniejące talerze. - Przejdźmy do bardziej treściwych dań. Nie krępuj się, przyjacielu. Nigdy i nigdzie nie posmakujesz tak delikatnego mięsa jagnięcia!" Obaj łapczywie pochłaniali wyimaginowaną pieczeń, żuli pachnący, wymyślony chleb, przełykali ślinę i wychwalali umiejętności kucharza. „Jestem rad, że jedzenie ci smakuje - odezwał się wielki wezyr - ale jak na człowieka, który od wczoraj nie miał nic w ustach, jesz jak ptaszek. Błagam, pofolguj sobie". Dżafar zażądał z kolei gęsi pieczonej w occie i miodzie, z rodzynkami, grochem i figami. „Powstrzymaj swój apetyt, przyjacielu. Czeka nas jeszcze tyle dań. Nie podołasz wszystkiemu" - powiedział wielki wezyr. „Panie mój, nie mogę - odparł żebrak, blady wprost z głodu. - Ta gęś jest wręcz wyśmienita". Na stół wjechały cztery kolejne wymyślone dania, a po nich danie główne: jagnię pieczone z orzeszkami pistacjowy- mi. „Przyjacielu, nalegam, byś to danie zjadł z moich własnych rąk" - oświadczył gospodarz i zaczął karmić nieszczęsnego żebraka garściami pełnymi zwykłego powietrza. „Smakowite, smakowite, mój panie!" - wołał gość. Dżafar polecił podać gulasz. „Coś niebywałego! - wykrzyknął żebrak. - W lepszych czasach miałem dobrego kucharza, ale z twoim, najdostojniejszy, nie mógłby iść w zawody. Ilekroć wbijam zęby w mięso, czuję ambrę, goździki, gałkę muszkatołową, imbir oraz różne zioła, których nawet nie potrafię rozróżnić. Każda z tych przypraw tak doskonale komponuje się z innymi, że wręcz wybija swój smak ponad inne. Mistrzostwo, wasza wysokość!" Kiszki nieszczęśliwca były tak skurczone z głodu, że wydawały bulgoczące dźwięki. Ale żebrak klepał się tylko z zadowoleniem po brzuchu, udając, że są to odgłosy przejedzenia. „No co, przyjacielu, najadłeś się? - spytał z zadowoleniem wielki wezyr. - Zatem pora na wety. Służba... ale, ale... czy naprawdę najadłeś się już do syta? Sądzę, że odeszła cię cała bojaźliwość i wciąż jeszcze jesteś głodny". „Wasza dostojność, panie mój, trudno mi wysłowić twą gościnność i chciałbym coś jeszcze zjeść, ale naprawdę już nie mogę". „Nalegam, przyjacielu... spróbuj choć jedno ciasteczko". „Najłaskawszy z łaskawych, panie mój i władco, wybacz niegodnemu słudze, ale skosztuję jedynie trochę orzechów. Nigdy jeszcze nie widziałem tak dużych". Żebrak zaczął symulować rozgniatanie orzechów. „Po sutym posiłku nie ma jak dobry puchar wina - oświadczył Dżafar. - Służba, przynieść czerwone!" „Panie mój - sprzeciwił się tym razem żebrak. - Proszę o łaskę wybaczenia, ale muszę odmówić; religia zabrania mi picia wina". „To nieuprzejmie mówić gospodarzowi, że jest mniej religijny od gościa" - zauważył Dżafar. „Panie mój, masz rację i wybacz mi moje kłamstwo zadane w dobrych intencjach. To nie religia, ale rozwaga każe mi odmówić. Mam bardzo słabą głowę i obawiam się, że po jego wypiciu mógłbym dopuścić się wielu karygodnych czynów". „Bzdura! Koniecznie musisz się ze mną napić". „Cóż, panie, skoro nalegasz..." Dżafar odkorkował nieistniejącą flaszę i rozlał wino do nieistniejących pucharów. Żebrak przez chwilę kontemplował trzymane w dłoni powietrze. „Cóż za cudowny karmazynowy kolor, panie mój. - Powąchał wyimaginowany trunek. - Hmmm, przechowywałeś go, panie, w dębowych antałach. Wyczuwam w nim też woń wiśni i cynamonu. - Pochylił się lekko w stronę gospodarza. - Pozwól, władco mój, że wzniosę toast za twoje zdrowie i pomyślność". Wziął łyk, posmakował, po czym duszkiem wychylił nieistniejący kielich. Dżafar ponownie napełnił puchary. Żebrak łapczywie wypił wino, po czym szeroko się uśmiechnął. „Coś wspaniałego, chłopie! - wykrzyknął. - Wprost niebywałe!" - A kiedy kompletnie zbity z tropu jego odezwaniem się Dżafar pokręcił głową, gość dodał: - O co chodzi, stary byku? Mówię prawdę. Daj spokój, to najlepsze wino pod słońcem. No, polej jeszcze! - Klepnął poufale Dżafara po plecach. - O co chodzi, przed Bogiem wszyscy jesteśmy równi, prawda? Pij ze mną, durniu! No, pij!" Powiedziawszy to, klepnął Dżafara w twarz. Wielki wezyr zerwał się na równe nogi. „Oszalałeś! - wrzasnął. - Czy mam wezwać straż?" Żebrakowi wyraźnie zrzedła mina. „Wybacz, najdostojniejszy, błagam o zmiłowanie, ale ostrzegałem, że mam słabą głowę. Masz tego dowód. Wiedziałem, że tak będzie, zatem proszę pokornie o wybaczenie mej słabości". W tej chwili wielki wezyr objął serdecznie żebraka. „Przyjacielu, ktoś o takich talentach jak twoje zdarza się nieczęsto. Mam nadzieję, że uda mi się przekonać ciebie, byś wstąpił do mnie na służbę. Ale najpierw zjedzmy coś, tym razem naprawdę".
[…]
Dopóki mnie [Szemselnehary – przyp. aut.] nie spotkał, książę pędził szczęśliwe i beztroskie życie, prawda? Sama już nie wiem, czego się bardziej boję: czy tego, że mnie porzuci [po ucieczce do Hiszpanii – przyp. aut.], czy tego, że spotka go tam jakaś krzywda. Szemselneharo, sądzę, że sprawujesz nad nim większą władzę, niż ci się wydaje. Powiem więcej, władzy tej nie utracisz nawet wtedy, gdy posiwieją ci włosy i zaczną wypadać zęby.
Daniel Horch, Anioł o stu skrzydłach
Powieść Horcha osadzona w realiach kalifatu bagdadzkiego z początku dziewiątego wieku, czaruje tysięczną baśnią, bo nie inaczej że z jednej nocy. A może to wszystko jest i prawdą, iż szlachetność bohaterów opowieści: kalifa, aptekarza-alchemika, księcia perskiego i Szemselnehary okrywa nieutulona moc co skręca niczym cierpienie w tej Krainie Zimnego Piękna.