24.10.2021

„Bo takie szczęście przytrafia się
tylko wtedy, gdy zaraz
ma się coś utracić”
[…]
Stałem się tym, kim teraz jestem, kiedy miałem dwanaście lat, pewnego mroźnego, pochmurnego dnia zimą roku 1975. Doskonale pamiętam tę chwilę: skulony za rozsypującym się murkiem z gliny, ostrożnie zapuszczam wzrok w zaułek nad zamarzniętym strumieniem. Dawno temu; zdążyłem jednak przekonać się, że nieprawdą jest to, co mówią o przeszłości - że czas leczy wszelkie rany. Nie leczy - rozdrapuje. Teraz wiem, że w ten opuszczony zaułek spoglądam od dwudziestu sześciu lat.
[…]
Ali [ojciec Hassana przyjaciela narratora opowieści Amira – przyp. aut.] cierpiał od urodzenia na paraliż dolnych mięśni twarzy, przez co nie potrafił się uśmiechać i chodził z wiecznie posępną miną. Ta jego kamienna twarz wyglądała najdziwniej, gdy cieszył się lub martwił, bo wtedy radość czy smutek widać było tylko w jego skośnych [mongolsko-hazarskich – przyp. aut.], brązowych oczach. Mówi się, że oczy są oknami duszy; w wypadku Alego było to szczególnie prawdziwe, bo on mógł wyrażać swe uczucia tylko oczyma.
[…]
Autorem sławnego przydomku Baby [ojca Amira – przyp. aut.] Tufan aga, czyli Pan Huragan, był Rahim Chan [przyjaciel rodziny – przyp. aut.]. Celne przezwisko, bo mój ojciec był rzeczywiście jak żywioł. Był to wspaniały, rosły okaz Pasztuna: gęsta broda, kędzierzawa, ciemna czupryna, równie niesforna jak jej właściciel, dłonie tak mocne, że chyba mógłby wyrywać nimi drzewa z korzeniami, i spojrzenie, pod którym „i diabeł rzuciłby się na kolana i błagał o litość”, jak mawiał Rahim Chan. Gdy prawie dwumetrowy pojawiał się na przyjęciach, wszyscy obecni natychmiast zwracali się ku niemu jak słoneczniki ku słońcu.
[…]
Ojciec tworzył sobie świat tak, jak mu się podobało. Tylko ze mną mu się nie udało. Rzecz w tym, że Baba widział świat wyłącznie na czarno lub na biało. I sam decydował, co jest czarne, a co białe. A z kimś, kto myśli w ten sposób, nie sposób żyć bez strachu. A może nawet bez odrobiny nienawiści. […] Baba był tak niezwykłym afgańskim ojcem, liberałem, który żył według swoich własnych zasad, niezależnym umysłem, który pielęgnował tylko te zwyczaje, które mu odpowiadały.
[…]
Każdej zimy w Kabulu odbywały się zawody, czy raczej walki latawców. Dla każdego chłopca z Kabulu ten dzień był najważniejszy o tej porze roku. W wigilię zawodów z emocji nigdy nie mogłem zasnąć. Przewracałem się z boku na bok, puszczałem cienie zwierząt na ścianę, czasem nawet otulałem się kocem i przesiadywałem w ciemności na balkonie. Czułem się jak żołnierz, który nie może zasnąć przed walną bitwą. I całkiem słusznie, bo i w Kabulu walki latawców trochę przypominały wojnę. A skoro wojna, to do boju trzeba się przygotować. Z początku wraz z Hassanem sami robiliśmy sobie latawce. Od jesieni odkładaliśmy kieszonkowe, wrzucając monety do małej skarbonki w kształcie konia, którą Baba przywiózł nam z Heratu. Gdy zaczynały wiać zimowe wiatry, a śnieg padał wielkimi płatami, odpinaliśmy zatrzask pod brzuchem konia. Szliśmy na po pierwsze bazar po bambus, klej, sznurek i papier. Przez następne dni całymi godzinami okorowywaliśmy kawałki bambusa na podłużne i poprzeczne listewki, które oklejaliśmy cienką bibułą - taki latawiec najlepiej pikuje i potem odrabia straconą wysokość. Potem oczywiście zabieraliśmy się do sznurka, czyli tar. Jeżeli sam latawiec miał być bronią palną, to tar, pokryta szkłem linka, była jak wprowadzony do komory nabój. Wychodziliśmy do ogrodu i tam przeciągaliśmy czasem i pięćset metrów sznurka przez mieszaninę zmielonego szkła i kleju. Potem rozwieszaliśmy to wszystko na drzewach, by wyschło. Następnego dnia gotową do boju linkę nawijaliśmy na drewnianą szpulę. Gdy śnieg topniał i rozpoczynały się wiosenne deszcze, każdy chłopiec w Kabulu miał na palcach charakterystyczne, równoległe szramy po całej zimie spędzonej na walkach latawców.
[…]
Zimowe turnieje latawców to stara afgańska tradycja. Wszystko zaczyna się wczesnym rankiem w dniu zawodów, a kończy się dopiero wówczas, gdy na niebie zostaje już tylko jeden, zwycięski latawiec - pamiętam, że któregoś roku turniej przeciągnął się poza zachód słońca. Ludzie gromadzą się na chodnikach i dachach, aby zachęcać do boju własne dzieci. Ulice z kolei napełniają się zawodnikami, którzy szarpią i ciągną za sznurki, z ukosa patrząc w niebo i usiłując zająć jak najlepszą pozycję, by przeciąć sznurek przeciwnika. Każdy zawodnik ma pomocnika - w moim przypadku był nim Hassan - który trzyma szpulkę i wysnuwa sznurek. Kiedyś jakiś przemądrzały Hindus, którego rodzice dopiero co wprowadzili się do naszej dzielnicy, opowiadał, że w jego rodzinnym mieście walki latawców mają ściśle określony zasady. Walczyć wolno tylko na zamkniętym obszarze, a stać trzeba pod kątem prostym do wiatru - mówił dumnie. - A do szkła na linki nie wolno dodawać aluminium. Spojrzeliśmy wtedy na siebie z Hassanem i dostaliśmy ataku śmiechu. Mały Hindus wkrótce dowiedział się o tym, o czym wcześniej przekonali się Anglicy i o czym pod koniec lat osiemdziesiątych mieli się w końcu przekonać Rosjanie: że Afgańczycy to ludzie wolni. Afgańczycy czczą tradycję, lecz nienawidzą zakazów. Podobnie miała się rzecz z walkami latawców. Nasze reguły były proste - żadnych reguł. Puścić latawiec, ciąć przeciwników, wszystkiego najlepszego.
[…]
Stojąc na poboczu, pomyślałem o tym, że dom, w którym upłynęło całe moje dotychczasowe życie, opuściliśmy [po inwazji radzieckiej w 1978 roku – przyp. aut.] tak, jakbyśmy tylko szli gdzieś coś przekąsić: w kuchennym zlewozmywaku zostały talerze po kofta, brudna bielizna w trzcinowym koszu w sieni, niepościelone łóżka, garnitury Baby w garderobie. Na ścianach salonu wciąż wiszą kilimy, regał w gabinecie wciąż ugina się pod ciężarem książek mamy. Ślady naszej ucieczki były bardziej subtelne: zniknęło ślubne zdjęcie rodziców i nieostra fotografia dziadka stojącego z królem Nadirem Szachem nad zastrzelonym jeleniem. W szafach brakuje tylko części ubrań, zniknął też oprawny w skórę notes, który pięć lat temu dostałem od Rahima Chana.
[…]
Ojciec Baba ciągle nie może się przyzwyczaić do życia w Ameryce - powiedziałem, chcąc go usprawiedliwić. Chciałem im powiedzieć, że w Kabulu ułamywało się gałąź z drzewa i to ona służyła za kartę kredytową. Braliśmy z Hassanem patyk do piekarni. Piekarz robił na nim nacięcie nożem, po jednym za każdy nan, który wyciągał z huczącego ognia w piecu tandur. Pod koniec miesiąca ojciec płacił mu za każde nacięcie, i już, nikt o nic nie pytał, nie prosił o dokumenty.
[…]
Nie mówiłam ci Amirze - mówiła dalej Soraja [przyszła amerykańska żona Amira – przyp. aut.], przykładając chusteczkę do oczu - że gdy ojciec wtedy [ucieczce do hippisów – przyp. aut.] po mnie przyjechał, miał ze sobą pistolet. Powiedział... tamtemu... że ma w komorze dwie kule, jedną dla niego, drugą dla siebie, i że jeżeli nie wrócę z nim do domu... Darłam się, wyzywałam go od najgorszych, mówiłam, że i tak mnie nie utrzyma, że życzę mu śmierci. Nowe łzy pojawiły się jej pod powiekami. Naprawdę tak powiedziałam. Że życzę mu, żeby umarł. Kiedy przywiózł mnie do domu, mama mnie objęła. Ona też płakała. Mówiła coś do mnie, ale nie rozumiałam ani słowa, bo przecież była świeżo po wylewie. Ojciec zabrał mnie do mojego pokoju i posadził przed toaletką. Wsadził mi w rękę nożyczki i z całym spokojem kazał mi ściąć włosy. Pilnował, aż skończę. Przez wiele tygodni nie wychodziłam z domu. Kiedy wreszcie zaczęłam się pokazywać, wszędzie słyszałam szepty, albo wyobrażałam sobie, że słyszę.
[…]
[o rządach talibów w Afganistanie – przyp. aut.]
W roku 1998 byłem na meczu na stadionie Gazi. Grał chyba Kabul z Mazar-i-Szarif. A wiesz, że w Afganistanie piłkarzom nie wolno teraz grać w krótkich spodniach, bo to nieprzyzwoite? - zaśmiał się ze znużeniem. - Mniejsza z tym. W pewnym momencie Kabul strzelił gola i mój sąsiad zaczął głośno krzyczeć z radości. A tu nagle podchodzi do mnie młody brodacz, który z kałasznikowem w ręce pilnował naszego rzędu, i wali mnie kolbą w czoło. „Jeszcze raz tak zrobisz, oderżnę ci język, stary ośle!” - Rahim Chan potarł bliznę wykrzywionym palcem. Mógłbym być jego dziadkiem, a musiałem siedzieć, cały zakrwawiony, i jeszcze przeprosić psiego syna. […] W Kabulu strach jest wszędzie: na ulicach, na stadionie, na targach, stał się częścią naszego życia, Amirze ago. Naszym uatan rządzą teraz dzicy ludzie. Niedawno poszliśmy z Farzaną-dżan na bazar po ziemniaki i nan. Zapytała sprzedawcę, po ile ma ziemniaki, on jej nie dosłyszał, bo chyba był głuchy na jedno ucho. Zapytała więc i głośniej, a wtedy podbiegł do nas młody talib i uderzył ją w udo drewnianym kijem. Tak mocno, że upadła. Krzyczał na nią, przeklinał i mówił, że Ministerstwo Popierania Cnoty i Zwalczania Występku nie pozwala, by kobiety mówiły głośno. Potem długo miała na nodze wielki siniak, ale ja mogłem tylko stać i patrzeć, jak bił mi żonę. Bo gdybym stanął w jej obronie, ten pies na pewno z rozkoszą by mnie zastrzelił!
[…]
Był to śliczny chłopczyk, słodki jak miód, usposobienie odziedziczył po swym ojcu Hassanie. Żałuj, że nie widziałeś go z Sanaubar [matka Hassana – przyp. aut.], Amir-dżan. Stał się dla niej pępkiem świata. Szyła mu ubranka, robiła zabawki z kawałków drewna, szmatek i suchej trawy. Gdy chorował, nie spała całymi nocami i pościła przez trzy dni. Paliła za niego isfand w tygielku, aby odczynić; nazar, urok. Gdy Sohrab miał dwa lata, zaczął nazywać ją „Sasa” [nomen omen takie też miałem przezwisko w dzieciństwie – przyp. aut.] . Byli nierozłączni.
[…]
Ojciec Sohraba Hassan zawsze mówił, że krzywdzić nie można nawet złych. Bo oni nie wiedzą, jak być dobrymi. I że czasem zły może zrobić się dobry. - Tego, który cię podobnie jak twego ojca skrzywdził [Assefa – obecnie taliba w Kabulu – przyp. aut.], znałem dawno temu - powiedziałem. - Pewnie się domyśliłeś z naszej rozmowy. Kiedyś... kiedyś, gdy byłem w twoim wieku, chciał mnie skrzywdzić, ale uratował mnie twój ojciec [tak jak ty celując mu z procy w oko – przyp. aut.]. Twój ojciec był bardzo dzielny, ciągle mnie ratował i brał na siebie winę. I dlatego później ten zły skrzywdził nie mnie, tylko twojego ojca [Hassana zadając mu publiczny gwałt na oczach swych kolegów – przyp. aut.]. Bardzo go skrzywdził, a ja... ja nie umiałem uratować twojego ojca tak, jak on uratował mnie[bo stchórzyłem oglądając wszystko, co mu robili zza zaułka – przyp. aut.].
[…]
Podłoga, na której siedzę, staje się powoli częścią mego ciała, oddech mam cięższy, wolniejszy. Chcę zasnąć, zamknąć oczy, złożyć głowę na zimnej, brudnej podłodze. Odpłynąć. Gdy się obudzę, może się okaże, że wszystko, co zobaczyłem w hotelowej łazience, było tylko snem: woda, kapiąca z kranu do czerwonej wody, lewa ręka Sohraba przewieszona przez krawędź wanny, zakrwawiona brzytwa na rezerwuarze - ta sama, którą goliłem się poprzedniego dnia - i jego oczy, wpółotwarte, ale już bez światła. Przede wszystkim właśnie to. Zapomnieć te oczy.
[…]
Chcę do taty. Do mamy. [zabitych przez talibów – przyp. aut.] Do Sasy. Chcę się znowu bawić w ogrodzie z sahibem Rahimem Chanem [którzy już odeszli w sposób naturalny – przyp. aut.]. Chcę do domu. Mojego domu [zajętego przez talibów – przyp. aut.]. Powiódł ręką po oczach. Chcę, żeby było jak dawniej.
[…]
Sohrab w końcu nie zaakceptował mojej propozycji. Ani jej nie odrzucił. Wiedział jednak, że gdy zdjęto mu bandaże i szpitalną piżamę, stał się na nowo jeszcze jednym bezdomnym, hazarskim dzieckiem. Co miał robić? ‘ Gdzie się podziać? W efekcie jego zgoda na wyjazd była tak naprawdę cichym poddaniem się losowi. Nie-przyzwoleniem, a bierną reakcją kogoś, kto jest zbyt zmęczony, żeby o czymkolwiek decydować i w cokolwiek wierzyć. On pragnął tylko tego, by było tak jak dawniej. Tego nie mogłem mu dać. Dałem mu siebie i Amerykę. Oczywiście mógł trafić znacznie gorzej, ale tego nie mogłem mu powiedzieć. Trudno myśleć logicznie, gdy w głowie kłębią się demony.
[…]
Życie to nie hinduski film. Afgańczycy wolą mówić „zendagi migzara”, życie toczy się dalej, bez końca i początku, bez kumjab i nah-kam, zawiązania i rozwiązania akcji – jak powolna, okryta kurzem karawana koczi [wędrujący koczownicy przez Kabul w góry na północy kraju - przyp. aut.].
[…]
Czytałem kiedyś, że w Malezji używają latawców do łowienia ryb -powiedziałem Sohrabowi. Założę się, że o tym nie wiedziałeś. Przywiązują do nich żyłki i puszczają je poza płycizny, bo nie rzucają cienia i nie płoszą ryb. A dawno temu w Chinach dowódcy posyłali latawcami rozkazy dla swych wojsk. Serio. Nie zmyślam.
[…]
Mówiłem ci już, że twój ojciec Hassan najlepiej łapał latawce w całym Uazir Akbar Chan [dzielnica Kabulu – przyp. aut.]? A może nawet w całym Kabulu? - zapytałem znowu, łącząc wolny koniec tar ze sznurkiem przywiązanym do środkowej listewki. -Wiesz, jak inne dzieci mu zazdrościły? Jak biegł za latawcem, nawet nie patrzył w niebo. Ludzie mówili o nim, że goni za cieniem latawca. Ale oni nie znali go tak dobrze jak ja. On za niczym nie gonił. On po prostu... wiedział.
Khaled Hosseini, Chłopiec z latawcem
Wzruszająca powieść Hosseiniego na tle afgańskich przemian lat 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia to opowieść o zaindukowanych wspomnieniach z dzieciństwa, które nie dają spać snem sprawiedliwego. Jedyny ratunkiem wydaje się wyjść im naprzeciw raz jeszcze...