07.11.2021

I cieplej mi się robi na sercu,
gdy pomyślę, że w tej szarości,
magmie zakrzepłej, cieście zakalcowatym
są, żyją, dorastają – bogowie jak ludzie.
[…]
[o wyprawie trzech przyjaciół na Olimp w końcu XIX wieku i o zejściach w nieznane nikomu jaskinie bogów olimpijskich – przyp. aut.]
Od tego momentu opowieść starego doktora sprawiała wrażenie baśni z tysiąca i jednej nocy. Schultz opowiedział przyjacielowi dokładnie, co znaleźli na samym dnie pieczar. Zresztą, sam nie spenetrował ich do końca. Kolejne wyprawy były z konieczności krótkie, natomiast królestwo ukryte we wnętrzu świętej góry niezmierzone. Werner nie miał pewności, co było jawą, a co konfabulacją. Bo czy możliwe mogło być wszystko? Grobowe komory i złociste sarkofagi, pokryte przezroczystymi płytami z nieznanej substancji, przypominającej szkło, pod którymi zdawali się drzemać piękni ludzie niezwykłej harmonii, jakby zaprojektowani przez Fidiasza czy Praksytelesa? A te stosy dziwacznych przyrządów niejasnego przeznaczenia, rzeźby w niespotykanym w starożytności stylu, o uproszczonych kształtach i płynnych liniach, dalekich od ideałów antycznych. Poza tym, odkryli tam dziesiątki złotych tabliczek, pokrytych nieznanymi hieroglifami i młodszym pismem linearnym.
[…]
Może, jednak kiedy trzy lata temu zmarła nasza mama, a nekrolog ukazał się w „Życiu Warszawy”, po paru dniach przyszedł ze Szwajcarii pokaźny przekaz na moje nazwisko. Nadawca pozostał nieznany. Ale wiesz, przez te wszystkie lata zastanawiałem się nad motywem postępowania tamtej dziewczyny. Poszła ze swoim chłopakiem do lasu, więc cel był dość oczywisty, w trakcie prawdopodobnie zmieniła zdanie i wzywała pomocy, nie zrobiła nic, kiedy bójka przybrała tragiczny obrót, wreszcie oskarżyła swego wybawcę o morderstwo... Nieludzkie. Ale jeśli popatrzymy na to wszystko jak na zwierzęce odruchy samicy, rzecz staje się trochę jaśniejsza. Tak, mój drogi, kobiety trzeba traktować jak luksusowe zwierzątka. Trzymać krótko i na dystans.
[…]
Czytałem, czytałem. I powiem ci wprost, wiersze są akademicko poprawne. Tylko że bez jaj. Bo widzisz, sztuka nie polega na jubilerskim składaniu wyrazów, sztuka to życie, amok, ekstaza. Trzeba wejść w rynsztok, ubabrać się po uszy, splugawić, a wtedy objawi ci się sacrum. Chcesz zobaczyć gwiazdy, wskocz do studni!
[…]
„Wyhodować nadczłowieka? Czyste szaleństwo? Ale ileż wynalazków nie do wiary dokonało się w naszym XX stuleciu? – pisał Garny. O wiele bardziej niepokojące jest, że trwający już blisko sześćdziesiąt lat proces udało się utrzymać w kompletnej tajemnicy. Gdyby nie ucieczka doktora Sandlera, nikt w świecie nie miałby pojęcia, że gdzieś w Alpach znajduje się kwatera rodzinnej organizacji, od blisko wieku prowadzącej niezwykły, niebezpieczny eksperyment, zakładający wyhodowanie człowieka o talentach równych mitycznym herosom, półbogom, a może nawet samym bogom...”
[…]
Do zajęć Sandlera należało jedynie badanie pewnych egzemplarzy doświadczalnych, analiza materiałów statystycznych, układanie testów sprawdzających „boskość”... Niewiarygodne! Jak przeprowadzano te testy, że nikt o nich się nie dowiedział? W uśpieniu, pośrednio, na odległość. Członkowie Rodziny dysponowali niezwykłymi talentami parapsychologicznymi. Z zeznań Sandlera wynika, że doświadczalnych egzemplarzy są setki i to na wielu kontynentach. Inżynieria genetyczna? O niczym takim „doktor Reiner” nie wspominał. Był tylko wykonawcą, pionkiem, badał skutki, nie przyczyny. Zresztą, jeśli plan zrodził się pod koniec XIX wieku nikt nie wiedział o możliwościach manipulacji genetycznych.
[…]
[alternatywna prehistoria mitologii greckiej – przyp. aut.]
Zagłada każdej cywilizacji jest katastrofą. Upadek superkultury zwanej Etea nie miał sobie równego we wszechświecie. Zgasło wielkie, dobroczynne słońce, planety-matki zmieniły się w martwe bryły żużlu, a oni, bogaci tysiącleciami rozwoju, wielowieczni, nieomal równi Temu, Który Naprawdę Stworzył To Wszystko, musieli szukać ratunku na rubieżach Galaktyki. Musieli gnać w maleńkich awaryjnych stateczkach poza znane konstelacje i mgławice, poza życiodajne słońca, których promienie dawały im nieśmiertelność. Czyż mógł przynieść satysfakcję fakt, że ich wrogowie również zginęli, że dobro i zło utonęły wspólnie w wirze zagłady? Marzenie o kulturze wszechświata, kulturze Piękna i Dobra oddaliło się tak bardzo, że ostatni z ocalałych utracili wiarę. Zresztą, w co mogli wierzyć? Ich kobiety – dawczynie życia – zginęły co do jednej, a autogeneza bez zbawczych promieni „I”, których źródło zniknęło, stała się niemożliwa. Żeglowali więc swymi stateczkami, ponadczasowi, prawie nieśmiertelni, zrozpaczeni. Z czasem, kiedy niemożliwe okazało się odtworzenie rozbitego świata, każdy począł sam szukać swej kosmicznej wyspy, aby na niej spróbować uratować choć część siebie, ową odrobinę wiecznego światła, zanim ta wypali się w nich do końca. Urr [inaczej Uranos – przyp. aut.] nie był pierwszym, który skierował się ku trzeciej planecie pojedynczego słońca. Jedynej tak podobnej i jednocześnie niepodobnej do jego Ojczyzny. Wiedział, że zaglądali tu przed nim inni, być może trwali nadal w rozmaitych zakątkach życiodajnego globu, pełnego lazurowych mórz, zielonych lasów i ośnieżonych gór. Kiedy znalazł się na orbicie, pożegnał swój wielowiekowy statek i wyfrunął z kokonu kadłuba maleńkim ładownikiem. Przekroczył granicę. Nie miał odwrotu. Nie wybierał miejsca starannie, z pomiarów jednak wiedział, że osiąść musi wśród gór wysokich, ale niezbyt mroźnych, których rozrzedzone powietrze przypominało atmosferę Tej, Która Nie Istnieje.
[…]
W przypadku mitów relacje przekazywane z pokolenia na pokolenie zostały utrwalone dopiero wówczas, gdy język pisany wyrugował pieśń-skarbnicę, kiedy pamięć, zastępowana przez protezę pisma, marniała jak niestrzyżony żywopłot. Dłużej pamięć plemienna ostała się jedynie wśród ludów Oceanii, wśród nieznających pisma Dogonów czy niektórych plemion indiańskich. W wypadku „tabliczek olimpijskich” jesteśmy w szczęśliwszym położeniu. Mamy źródło bezpośrednie. Szkoda, że bez chronologii. Zapewne we właściwym czasie uczeni ustalą, kiedy miała miejsce ucieczka kosmitów, kiedy rozpoczęto genetyczne uszlachetnianie rodu ludzkiego i planową hodowlę homo sapiens. Kiedy wreszcie Uranos pojął za żonę Gaję, dając w osobach Kronosa i Tytanów pierwsze pokolenie półbogów-półludzi?
[…]
Z zapisków Karla Wallenhoffa vel Altenbacha. (...) Chociaż wielu prowadzących pamiętniki twierdzi, że czyni to dla siebie, nie mam zamiaru grzeszyć nadmiarem skromności twierdząc, iż piszę jedynie dla własnej przyjemności lub z myślą o swych potomkach. Żywię niewzruszoną nadzieję, że gdy dotrzemy do brzegu nowego świata, owe zapiski (mnie wśród żeglarzy dawno już nie będzie) czytane będą z równym zainteresowaniem, jakim cieszyłby się „Dziennik pokładowy Noego”, „Kronika dinozaurów”, czy (tout proportion gardez) „Wspomnienia Pana Boga”. Nie zamierzam się ani usprawiedliwiać, ani chwalić, ale paru faktów przemilczeć nie mogę, choćby po to, żeby zaspokoić ciekawość potomnych, ciekawość, kto wie, czy nie najbardziej ludzką z ludzkich cech. Żałuję, że nie prowadziłem systematycznego dziennika, dziś bowiem, acz wiek nie mąci jeszcze mej pamięci, łatwiej przychodzi mi przywoływać fakty niż przypominać ówczesne myśli, nadzieje i pragnienia. Perspektywa służy narracji, szkodzi psychologii. Dziś, kiedy znam dorobek Freuda, lepiej mogę rozumieć własne rozterki, a kilkadziesiąt lat historii XX wieku powiedziało o człowieku więcej niż poprzednich kilkadziesiąt stuleci. (...)
[…]
[o wyprawie do jaskiń bogów olimpijskich – przyp. aut.]
Dyskrecja Dunstalla wynikała z dwóch powodów. Ogłoszenie, że idziemy szukać Zeusa, naraziłoby nas na żarty i drwiny ze strony naukowców i czytelników gazet. Z drugiej zaś strony woleliśmy nie ryzykować, że ktoś zechce nas ubiec. (...) Jeszcze nie opadł pył po kamiennej lawinie, na zawsze kryjącej pałace bogów i nieszczęsnego Dunstalla, kiedy mój umysł zaczął pracować ze wzmożoną szybkością. Schultz lamentował, obwiniając się odpowiedzialnością za śmierć sir Herberta, ja, zazdrosny o przyszłą sławę, kupiłem sobie przysięgę zachowania naszych odkryć w tajemnicy do czasu, gdy pierwszy opublikuję sprawozdanie. Przez dwa miesiące w hoteliku w Stambule Schultz ślęczał nad złotymi tabliczkami. Najpierw z części słownikowej opanował alfabet Niebieskich (starszy od jakiegokolwiek ze znanych, łącznie ze słynnym dyskiem z Faistos). Był to alfabet pośredni między hieroglifami a literami, w sumie dość prosty, a zarazem tak precyzyjny, że aż dziw bierze, iż nie przyjął się wśród ludzi. Oddawał bowiem nie tylko rzeczywistą wartość wyrazu, ale i jego zabarwienie emocjonalne.
[…]
Za jeden z najważniejszych talentów mojej Sary [Altenbach – przyp. aut.] – choć nie wzięliśmy ślubu, zawsze uważałem ją za żonę – trzeba uznać zdolność wykrywania nadprzyrodzonych cech w ludziach zgoła szarych i nie rzucających się w oczy. Fakt wykrycia u pewnego amsterdamskiego kelnera dwudziestu pięciu procent genu U napełnił mnie zdumieniem. Sam w stupunktowej skali uranowskiej miałem jedenaście procent, a Sara trzydzieści trzy. Wielu Czytelników będzie zadawać sobie pytanie, w jaki sposób potrafiliśmy sterować życiem, dokonywać eksperymentów z ludźmi często bardziej utalentowanymi, wyżej „procentowymi” niż my? Czyżby intuicja nie ostrzegała ich przed nami, czy nikt nie domyślił się naszej działalności? Cóż, większość z naszych laboratoryjnych myszek nie zdawała sobie w pełni sprawy ze swych umiejętności, a niektórzy zmarli, nie zorientowawszy się wcale, że są „inni”. Wychowanie, nawyki dnia codziennego, rutyna obyczajów – wszystko to stanowiło, zwłaszcza w owych czasach, skuteczny pancerz nie pozwalający na poznanie samego siebie. Niektórzy podejrzewali, że coś z nimi jest nie tak, ale woleli ukrywać, tłumić swe zdolności niż je rozwijać. Wyjątek stanowili zawodowi uzdrawiacze i media, ale jak napisałem powyżej, akurat większość spośród nich stanowili hochsztaplerzy.
[…]
[warszawskie wspomnienia Adama Szareckiego – przyp. aut.]
Pod koniec lat siedemdziesiątych sprzedałem drewniak pod sosnami, dzięki chodom Waldka otrzymałem ładne, dwupoziomowe mieszkanie na Ursynowie z dużą pracownią. Raz, gdy wracałem z jakiejś oficjałki w Centrum Zdrowia Dziecka, skręciłem w stronę mej dawnej posesji. Powitał mnie warkot spychaczy, pył kruszonych tynków... Nowy inwestor zaordynował rozbiórkę rudery. Płot już obalono, spychacze plantowały tereny dawnych komórek i bieda-garaży. Z samego domu trzymał się jeszcze tylko lewy narożnik, drewniana galeryjka upadła już na ziemię. Z gruzowiska wystawały dwa kominy, na których, jak na przekroju geologicznym, widać było ślady po kolejnych malowaniach – błękit dzieciństwa spędzanego u babci, w którym zapach żywicy przeplatał się z woniami konfitur, ukrytych w spiżarce. Ciepła żółć, pamiątka po osobistym remoncie przeprowadzonym razem z Waldkiem, róż dziecinnego pokoju Łukasza. Przez głowę przeleciały mi te wszystkie lata. Nagle poczułem się przerażająco stary, przegrany. I tak samotny, jakby w całej galaktyce istniała tylko jedna bliska mi istota, ten umierający, dobijany przez ekipę rozbiórkową dom. Zresztą, była to prawda. Mój ojciec umarł, a Irena wyjechała gdzieś na drugi koniec Polski, z matką i panem Czarkiem nie potrafiłem znaleźć wspólnego języka. Owszem, przychodziłem do nich na niedzielne obiady, oddawałem rzeczy do prania, uczyłem małego Albinka angielskiego, czasem Czarek pomógł mi przy samochodzie. Matka, choć chwaliła się przyjaciółkom moimi artykułami i moimi wyjazdami, przy mnie nieustannie narzekała, uważając, że przy moich możliwościach powinienem zrobić znacznie większą karierę.
[…]
Sny... kolorowa podszewka banalnej zazwyczaj egzystencji. Lufcik do własnej podświadomości, azyl prawdy. A zarazem teatr grozy i udręki. Majaki senne odgrywały zawsze w życiu Heleny [przyszłej żony Adama Szareckiego – przyp. aut.] dużą rolę. Jednocześnie od najmłodszych lat utwierdzały w niej poczucie odmienności. Potrafiły być mroczne, pełne niewyraźnych konturów, ledwie ćmiących żarówek, kroków ciężkich, jakby stawianych na płynnym asfalcie. Te najwcześniejsze, wielokrotnie powtarzalne – wysokie skaliste szczyty, pałacowe pomieszczenia i ludzie o anielskich twarzach. Kiedy w szkole poznała grecką mitologię, ze zdumieniem odnajdywała w rzeźbach Fidiasza i Praksytelesa postacie z dziecinnych majaków. Jak to było możliwe? Śnić mitologię, zanim się ją poznało.
[…]
[ Adam o sobie – przyp. aut.]
W dzieciństwie wierzyłem w Boga, w duszę nieśmiertelną. Potem zwątpiłem. Ateizm był wygodniejszy, życie bez spowiedzi mniej kłopotliwe. Oczywiście, zafascynowanie „naukowym poglądem na świat” nie trwało długo. Z pojawieniem się pierwszych siwych włosów nadszedł czas refleksji. Potem wybrano polskiego papieża. Obserwowałem transmisje z jego pielgrzymki, kręciłem się pamiętnego czerwcowego dnia wokół placu Zwycięstwa. Chciałem cieszyć się euforią tłumu, uwierzyć, że „zstąpi Duch i odmieni oblicze Ziemi”. Ale byłem jako ten nieszczęsny kandydat na ucznia. Niegotowy, by porzucić wszystko i pójść za Panem. Tym bardziej, że potrzebowałem pewności, niedomniemania, że być może On jest. Owszem, w chwilach załamania lub zagrożenia próbowałem się nawet modlić, przypominając sobie zapomniane słowa. Ale potem ganiłem własną zabobonność. Tak jest do dziś. Egzystuje we mnie dwóch ludzi. Dni należą do tego pierwszego, który w felietonach przycina „świętoszkom” z „Tygodnika Powszechnego”, i śmieje się w redakcji z żartów o Papieżu... A w nocy ten drugi zderza się z pustką i pytaniami bez odpowiedzi: Co po mnie pozostanie? Ani dzieci, ani duszy... Żeby chociaż twórczość.
[…]
Ja, Adam skromny gryzipiórek, stanę się ważnym trybem w nadzwyczajnym eksperymencie. Mam tylko przekonać Łukasza [swego domniemanego a porwanego przez terrorystów syna – przyp. aut.] do współpracy. Przedstawić sytuację. Pomóc w odkryciu kryjówki przestępczych kreatur, prowadzących zabawę w stwórców – niejakich Altenbachów... Czy mi się uda? Niezależnie od wyniku, zdobędę wspaniały materiał na powieść. Nigdy nie słyszałem o bardziej frapującym temacie. Podobno takich geniuszy jak Łukasz jest więcej. Żyją sobie wtopieni w szary tłum. Nie zauważeni, zwykli ludzie. Niczym u starego Wellsa – „Ludzie, jak bogowie”... Czy raczej, „Bogowie jak ludzie”. Mocne!
[…]
Dalszy ciąg zapisków Karla Walenhoffa. Cholerna starość. I tak żyję już dłużej niż przeciętni ludzie. Dobiegam osiemdziesiątki. Umysł mam ciągle jasny. Tylko nadzwyczajnym zdolnościom mych potomków zawdzięczam przeżycie ciężkiego zawału. A cel ciągle jeszcze tak daleko. Kiedy w nasze zacisze wtargnęły wieści o pierwszych bombach atomowych, pojąłem, że musimy się śpieszyć... Coraz więcej jest szaleńców. Kto wie, jak będzie wyglądał świat za trzydzieści, czterdzieści lat. Czy w ogóle będzie? Im szybciej zakończymy nasz eksperyment, tym większe szanse ratunku. To jest wyścig. Nawet kilku Neouranosów potrafi zahamować tragedię, powstrzymać czyjś palec przed naciśnięciem guzika. Starcze marzenia? Współpracownicy zarzucali mi ateizm. Czy raczej panteizm. Ponoć pragnę sprowadzić Tych, w których wierzyły lub wierzą miliardy ludzi, do rangi kosmicznych dziwolągów, wprawdzie trochę lepszych od nas, ale znowu nie tak bardzo. Czy Bóg Izraela to kosmita El? Tego nie wiem. Ale wydaje mi się, że Bóg istnieje, Jeden, Wielki, Niepodzielny. Niestety daleki. To siła dobra przepajająca Wszechświat. Bóg, w którego również wierzyli Przybysze. Wierzę i kocham go, jak kocha się światłość i prawdę, matkę i Ziemię. I sądzę, że Uranos z kolegami, a w pewnym stopniu i ja, jesteśmy tylko narzędziem urzeczywistnienia Jego wyroków. Nieśmiałymi pośrednikami sprawy. (...)
[…]
Imponowała mu [Gray’owi vel po polsku Szareckiemu – bratowi Adama a terroryście w oddziałach służ specjalnych – przyp. aut.] wiedza Altenbacha. Jego wiecznie młodzieńcza ciekawość, z jaką odnosił się do świata. I do własnych nadzwyczajnych cech, kumulowanych z każdym pokoleniem ich dynastii. Próbował tłumaczyć boskie talenty prawami nauki. Lub odkrywać nowe. Siłą sprawczą jest skoncentrowana myśl, czy jak kto woli, umiejętnie kontrolowana energia biologiczna. Kto potrafi ją skupić i zastosować, posiada nieomal absolutną władzę nad materią – wyjaśnił. – Weźmy najprostsze doświadczenie z elektromagnetyki, pole elektryczne porządkuje żelazne opiłki, układa je we wzory. Podobnie jest ze skoncentrowaną myślą. Tyle że nie da się znaleźć jednej prostej formuły. Umysł ludzki jest nie tylko siłownią i komputerem. Fala biologiczna to raczej warkocz kilku fal, z których jedna, boska, nie da się wytłumaczyć naszą normalną fizyką. Dziedzictwo Uranosa? Niekoniecznie, być może owa cecha pojawiła się podczas eksperymentów innych kosmitów z przedstawicielami homo, jeszcze nie sapiens. Zresztą, w wiązce fluidów wydzielanych przez zwierzęta też znajdziemy pierwociny tego promieniowania. Na razie nie potrafimy ująć go w matematyczny wzór, może nawet nigdy nie będziemy umieli. W każdym razie wiemy, że odpowiednio skoncentrowana myśl może zmienić strukturę ciał. Materia jest o wiele bardziej plastyczna, niżby się wydawało, chociaż patrząc od strony atomowej, powinna być jeszcze podatniejsza. Przecież atom to pustka – małe jądro i jeszcze mniejsze elektrony. Niektórych dziwią bezkrwawe operacje szamanów filipińskich. Ale czy to takie dziwne? Dam prosty przykład: mamy lód z zatopionym weń kamieniem. Można lód rozbić i kamień uwolnić, ale można również go stopić...
[…]
Prześwietliliśmy cię na wylot – odparł Peter. – Życie zrobiło ci dużo złego, ty chciałeś brać na nim odwet. Pragnąłeś mu pokazać, co potrafisz. Stąd Legia Cudzoziemska, służba dla KOMÓRKI. Tak naprawdę nigdy nie zabijałeś dla przyjemności. Wykonywałeś zawód, do którego masz wrodzony talent. Ale w gruncie rzeczy chciałeś zawsze żyć normalnie, mieć zwyczajną rodzinę, poświęcić czas córce [Evelyn – przyp. aut.], może mieć kolejne dzieci. Być porządnym człowiekiem. I właściwie nim jesteś.
[…]
Co za zadziwiająca przemiana – mawia o Szareckim stary bywalec SPATiF-u, Maliński. Zmieniła się również Helena, rozkwitła. Koleżanki z Instytutu Historii na Rynku Starego Miasta twierdzą, że nabrała ochoty do życia. Zrobiła się szalenie zazdrosna o Adama. Nie zarzeka się, gdy pytają ją, czy przypadkiem rodzina się nie powiększy... I to jest wszystko prawda. Z małym wyjątkiem. Adam Szarecki to w istocie Alfred, uciekinier, były agent KOMÓRKI. Wędrowiec, który jak Odys po latach straceńczej tułaczki nareszcie odnalazł Itakę i Penelopę. Ja.
Marcin Wolski, Bogowie jak ludzie
Wczesna powieść Wolskiego to opowieść z pogranicza fantasy i thrillera politycznego z niemałą domieszką niemagicznego realizmu wyjętego jako żywo z czasów przaśnego i polskiego komunizmu. Bo nawet „w zapominanej epoce zszarzałego Szareckiego” wiecznie w uszach dzwoni mit o potędze i nieśmiertelności człowieka, którego zmaterializować w żadnej strukturze nie sposób…