
Ignacy Józef Bojanowski urodził się 18 sierpnia 1869 roku, w Humięcinie, w powiecie ciechanowskim, jako czwarty z rodzeństwa Paulina i Julii ze Świętochowskich. W dzieciństwie dał się poznać, jako nieznośny, pełen temperamentu i życia chłopak, którego nie należało spuszczać z oczu. Podobnie jak starszy brat Michał uczył się w gimnazjum płockim, znanym z rusyfikatorskich zapędów. O ile w naukach ścisłych, w tym zwłaszcza w matematyce wykazywał się nieprzeciętnymi zdolnościami, o tyle z rosyjskim zupełnie sobie nie radził. Od całkowitej kompromitacji uratował go przychylny mu nauczyciel, który polecił wyuczyć się na pamięć tzw. „sławiestnosti”, czyli wszystkich oficjalnych tytułów przysługujących członkom rodziny carskiej. Idąc za radą, Ignacy dokładnie opanował politycznie poprawną materię, dzięki czemu pomyślnie zdał maturę.
Po maturze, Paulin zmierzał posłać młodszego syna za starszym na studia rolnicze do Instytutu Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa w Puławach. Jednak niepokoje studenckie i relegowanie z uczelni Michała skłoniły go do zmiany decyzji. Ostatecznie stanęło na tym, że Ignacy podjął fakultatywne studia rolnicze na Uniwersytecie w Lipsku. Nie mniej jednak udało mu się skończyć profil z wyróżnieniem.
Po studiach, dumny z syna Paulin rozpoczął starania o zakup ziemi, o osadzenie adepta na swoim. Jakby na zawołanie trafił się majątek z gorzelnią, ale zapobiegliwy ojciec pomny zasady, że nie rozpija się własnego narodu zrezygnował z okazyjnej schedy. Wkrótce uwagę jego przykuł majątek Zawady, którego dziedzic Stanisław Schür, już od dawna chciał się pozbyć, wręcz nosił się z zamiarem zlicytowania. Zanim jednak do tego doszło, Paulin zapożyczając się u lichwiarza w Mławie nabył dobra na korzystnych warunkach. W zamian za spory upust zapewnił też odstępne, jeden, duży pokój z jadalnią, który wraz z dożywotnią rentą przekazał sprzedającym. Niebawem, także i pan Schür widząc, co się święci przyjął posadę u hrabiego Łubieńskiego, zaś córkę Zofię wydał za nowego dziedzica – Ignacego Bojanowskiego.
Młodzi nie za długo cieszyli się pozostawioną im ojcowizną. W 1896 roku, został poczęty Bartek († 1986), a w roku później Paulinek, który szybko powiększył grono aniołków. Matka Zofia nie mogąc pogodzić się ze tą stratą namówiła Ignacego na sprzedaż majątku i przeprowadzkę do pobliskich Jarlut, niedawno nabytych przez szwagra Michała. Ale i tutaj zmarł kolejny synek Janek, więc młodzi postanowili znowu pójść na swoje.
W kwietniu 1899 roku, Ignacy nabył od Stanisława Starzyńskiego, majątek ziemski w Grudusku o areale 634 ha. Starzyński, ekonomista nie rolnik, adept paryskiej Szkoły Nauk Politycznych gospodarował oszczędnie, ekstensywnie, z licznymi ugorami, uprawą rzepaku, chowem owiec i niewielką plantacją buraków. Przy małych nakładach osiągał nawet dość znaczne przychody. Po sobie zaś, pozostawił spichrz murowany, stodołę i oficynę. Poprawił też budynki mieszkalne i skompletował inwentarze hodowlane. W Grudusku na świat przyszło dalszych troje dzieci, w 1900 – Zosia (†1987), potem Władek, który zaraz wyzionął ducha oraz na końcu, w 1907 – Ignaculek (†1964). W sumie spośród sześciorga uchowała się tylko trójka. Jedną z pierwszych trosk Ignacego były trudne warunki życia gruduskich robotników, niekiedy po dwie rodziny musiały mieszkać w tej samej izbie. Natomiast, obok po sąsiedzku mieściło się aż sześć rodzin drobnych handlarzy, pochodzenia żydowskiego, którzy dzierżawili po dwie, trzy izby. Jeszcze zanim pobudował dziesięciorak, w ciągu czterech lat powymawiał mieszkania dotychczasowym najemcom, wprowadzając własnych pracowników rolnych. Niebawem, obok dziesięcioraka stanęły czworaki, po czym budynek po gorzelni przerobiono na pomieszczenia, co całkowicie rozładowało nadmierne zagęszczenie. Do dawnej karczmy, pobudowanej jeszcze w 1717 roku, Ignacy wprowadził kooperatywę, czyli sklep kolonialny, spółkę figurującą pod nazwą Stowarzyszenie Pieniężne. Pobudował też ochronkę, gdzie musiał uciec się do wybiegów z cukierkami i kokardami, aby przyciągnąć nieufne dzieci, następnie budynek pod mleczarnię, remizę strażacka i szopę na lokomobile.
Nie mniej trudne stało się zdobycie zaufania u ludzi, przełamanie stereotypów wyrobionych jeszcze za poprzedników. Chłopi zaś byli nienawistni, siedzieli w kieszeni u Żyda, który z tzw. obligami przychodził do dziedzica po zapłatę za służbę w imieniu dłużnika. Na co Ignacy nie tylko pogonił wydrwigroszy, a wręcz nakazał, żeby po pobory zgłaszali się jedynie biorący pracę. Jeszcze długo po wsi chodziły słuchy, że dziedzic układa się z dziedziczką, stąd też tyle śmiesznych przedsięwzięć. Nierzadko też rzucano kamieniami w dziedziczkę, gdy ta wracała z kościoła. Powoli jednak stosunki się normowały, zwłaszcza, gdy rozjątrzone chłopstwo poczuło korzyści płynące z pasji dziedzica. Na rok przed osiedleniem się, w Grudusku pojawiły się pierwsze kółka oświatowe, na razie tajne, które kolportowały pisma i książki o patriotycznej treści. Niebawem, ochronkę przemianowano na szkołę powszechną, zaś pierwsi adepci rozpoczęli akcję uświadamiającą na własną już rękę. I na nic zdały się częste, niezapowiedziane kontrole carskich wizytatorów, którzy odjeżdżali z kwitkiem, bo dzieci wiedząc, co się święci milczały i monotonnie klepały rosyjskie pacierze. Następnie, za przykładem starszego brata Michała, Ignacy powołał do życia Spółkę Handlową Rolniczą, co stała się zarzewiem kółka rolniczego o regionalnym zasięgu. Potem, nie mniej udanie zainicjował pierwsze, gruduskie Kasy Pożyczkowo-Oszczędnościowe.
W 1905 roku, w czasie rewolucyjnych zamieszek, Ignacy opowiedział się za wprowadzeniem języka polskiego do urzędowania i za spolszczeniem szkół, za co ukrywał się przed władzami carskimi poza granicami powiatu. W tym samym roku, założył Stowarzyszenie Rolnicze w Przasnyszu. Od samego też początku, brał udział w pracach Gubernialnego Towarzystwa Rolniczego w Płocku. W charakterze zastępcy zasiadał w Komisji Rewizyjnej przy Towarzystwie Wzajemnego Kredytu, późniejszym Spółdzielczym Banku Mieszczańskim w Ciechanowie.
Największym jednak sukcesem stała się plantacja buraka cukrowego, która nie dość, że ogromnie podniosła kulturę rolną i zwiększyła intensywność gospodarstwa, to jeszcze przyczyniła się do wydrenowania większości pól. W Grudusku uprawę rozpoczęto z chwilą zapewnienia przez cukrownię Krasiniec, że założy skład i postawi wagę. Jednak w 1895 roku z powodu kryzysu, jaki dotknął cukrownie został on zamknięty. Toteż w pierwszym roku gospodarzenia, Ignacy cały zbiór buraka (14 ha) musiał odstawić do odległego Obrębca, ponoć z niemałym trudem, po zniszczonej szosie. W 1900 roku cukrownia Ciechanów uruchomiła swój skład w Grudusku. Początkowo zakontraktowane buraki zabierała albo wprost po bocznej drodze końmi do Ciechanowa albo po mocno nadszarpniętym bruku do Mławy ku kolei. Nic, zatem dziwnego, że plantacja w Grudusku rozwijała się z roku na rok coraz lepiej. W 1905 roku cukrownia wybrukowała drogę do Gruduska, co ułatwiło nie tylko pobór buraka, ale stało się impulsem do zwiększania uprawy. Z drugiej zaś strony zadbano, aby na mokrych ziemiach plony z kwintala nie ulegały ciągłym wahaniom. W 1906 roku, cukrownia złożyła plantatorom propozycję sfinansowania melioracji. Idąc za ciosem, jeszcze w tym samym roku, Ignacy podpisał umowę na wydrenowanie pól na nadzwyczaj dogodnych warunkach. Cukrownia sfinansowała całkowicie przedsięwzięcie, za to przez trzy sezony potrącała sobie zainwestowaną sumę z należności od dostarczonego surowca, nie licząc przy tym żadnego procentu. Na polach drenowano w ugorze lub koniczynie, po której szła ozimina, a następnie buraki. W ten sposób w majątku wydrenowano 336 ha ziemi. W 1914 roku cukrownia położyła też tory pod kolejkę wąskotorową Ciechanów-Grudusk. W tym też roku, Ignacy posiał najwięcej buraka, który obrodził na prawie 100 ha z przeciętnym plonem 350 q z ha. Niestety, nie dostarczono go już na czas do Ciechanowa. Wojna światowa przyniosła wielkie straty. Grudusk przechodził z rąk do rąk, 11 razy zajmowali go Niemcy, kiedy indziej znowu Rosjanie. Linia obronna rosyjska biegła tak, że pierwsze okopy stały w podwórzu i ogrodzie, niemieckie zaś nieopodal na polach. Na tych pozycjach walki toczyły się prawie pół roku, po których Grudusk przedstawiał obraz nędzy i rozpaczy. Ani jednego człowieka, budynki zrównane z ziemią. W najlepszym stanie uchował się czworak, ale i on lada chwila groził zawaleniem. Na polach pleniły się chwasty, osty i mlecze sięgały wysokości człowieka. Z ziemi wystawały dreny poprzerywane głębokimi okopami, zdewastowane urządzenia rolnicze nie nadawały się już do użytku. Słowem – pozostała zdziczała ziemia i gruzy domostw, na których harcowały otumanione koty.
Po przejściu frontu, w 1916 roku, Ignacy przystąpił do odbudowy. Początkowo klecił budki z desek wyciągniętych z okopów, potem postawił budynki lepsze. Na szczęście doskonała koniunktura na ziemniaki, które zresztą obsiewano się i zbierano ręcznie, pozwoliła utrzymywać się przy swoim. Na razie, Ignacy wiązał koniec z końcem, ale po ponownym uruchomieniu kolejki z Ciechanowa, w 1922 roku, dochodowa plantacja buraka znowu ruszyła, szybko też stanęła na przedwojennym poziomie. W czasie wojny, oprócz spraw z własnego podwórka Ignacego pochłaniała praca społeczna. Jeszcze zanim Grudusk stał się teatrem działań wojennych, pełnił funkcje publiczne w Powiatowym Komitecie Obywatelskim. Potem, w charakterze sekretarza asystował powstawaniu Rady Opiekuńczej Powiatu Ciechanowskiego. Nie mając zaś pod ręką miejscowych placówek przewodniczył Radzie Opiekuńczej w Gimnazjum Filologicznym w Mławie. W tym samym charakterze, występował w kole gruduskim Polskiej Macierzy Szkolnej. W Gminnej Komisji Szacunkowo-Rolnej kierował pracą osób, oszacowywujących ogrom strat wojennych. Po reaktywowaniu się kółek rolniczych, od października 1916 roku, zasiadał też w Zarządzie Okręgowego Towarzystwa Rolniczego w Ciechanowie. Ignacy Bojanowski nie lubił doktrynerstwa, ideologii i wszelkich prospołecznych myśli politycznych, kierował się własną wolą, miał swoisty sposób postępowania. Nie mniej jednak z „wybuchem” niepodległości, jeszcze tego samego dnia, przystąpił do Ligi Narodowej, która miała zaszczepiać w sercach myśl narodowodemokratyczną. Z jej ramienia, jako działacz i delegat społeczny, w Wyszogrodzie zorganizował polskie władze po rozbrojeniu znienawidzonego okupanta. Jeszcze raz Ignacemu przyszło się zmagać z wojenną pożogą. Tym razem Grudusk najechały sowieckie hordy Gay-beja, ale obecność ta nie poczyniła tak wielkich szkód, jak wojna. Jednak przemarsz armii czerwonej opóźnił zbiory, po czym zboże w stogach i na pniu zaraz wyrosło. Za to inwentarz żywy poszedł pod nóż może za wyjątkiem 6 koni i kilka krów, co ocalały dzięki zapobiegliwości garstki pracowników.
W okresie międzywojennym, nadal działał czynnie społecznie. W 1919 roku został członkiem Zarządu Powiatowego Związku Ziemian. W Grudusku założył Mleczarnię Spółdzielczą, jako członek Rady Nadzorczej w Kasie Spółdzielczej udzielał kredytów budowlanych oraz stanął na czele Dozoru Szkolnego. Ufundował też ze środków własnych Dom Starców w Przasnyszu. W 1928 roku zakończył drenowanie pól powołując specjalną Spółkę Wodną pod nazwą Grudusk. Choć wkrótce Spółka popadła w niezłe tarapaty, powszechny kryzys nie podciął jej wiary w lepsze jutro. Tuż jednak przed wojną, Ignacy poniósł jeszcze jedną stratę, ponoć najdotkliwszą ze strat. W 1937 roku, odeszła na zawsze, jego ukochana żona Zofia pozostawiając wdowcem, w stanie, który nosił w sercu do samego już końca. W czasie wojny obronnej 1939 roku, Ignacy przebywał w Warszawie, gdzie sam na własnej skórze przeżył kolejny, wojenny dramat. Po kampanii wrześniowej, gruduskie ziemie znalazły się w Rejencji Ciechanowskiej, w granicach nowej III Rzeszy. Niebawem, nastał niemiecki zarządca, Ignacemu zaś pozostało rządcowanie we własnym majątku. Na szczęście Niemcy zarzucili pomysł utworzenia na rozległych gruntach poligonu wojskowego, ale stało się to tylko na skutek zapobiegliwości nowego administratora, który przekonał wojskowych o wysokiej kulturze rolnej podległej mu placówki. W 1945 roku, o Grudusk znowu toczyły się walki. W czasie zmasowanego natarcia szrapnel zranił Ignacego w głowę, tuż jednak za uchem. W piwnicy gruduskiego dworku zaopiekowała się nim służąca, Kazimiera Kaniowska, która nożem usunęła odłamek z głowy. Po przejściu frontu, Ignacy nadal musiał się ukrywać, tym razem poszukiwały go nowe władze, nieprzychylne dziedzicom, których podejrzewano o kolaborację, miano za ciemiężycieli. I choć cała wieś wiedziała, gdzie się ukrywa, nikt solidarnie nie zdradził się ani słowem. Niebawem, gdy Ignacy doszedł do siebie, przyjechał po niego najmłodszy syn Ignaculek i zabrał ze sobą do Łodzi. Po ucieczce z Gruduska, z końcem marca 1945 roku, opuszczony majątek przeszedł pod Zarząd Państwowy, pod opiekę Komitetu Folwarcznego. Z czasem grunta te rozparcelowano, zaś z reszty utworzono Państwowe Gospodarstwo Rolne, którym pozostało niemal do dziś.
Po kilku latach, Ignacy przeniósł się do stolicy, do swej córki, z męża Mierzyńskiej. W roli sędziwego, nobliwego pana z laską widywało się go z wnuczkami, jak spacerował do miejsc zielonych, cichych i spokojnych, pachnących ukochanym Gruduskiem. Słabł też z każdą chwilą, ale odszedł dopiero w lutym 1956 roku kończąc swe jakże pracowite życie.
Z usposobienia Ignacy jawił się jowialnym, dobrodusznym i prostym w obejściu człowiekiem. W poglądach zaś nad wyraz demokratycznym, pozwalał własnym dzieciom wychowywać się z folwarcznymi, przy stole pospołu jadał z prostymi, po parku zezwalał chodzić do woli.
„Tygodnik Ciechanowski” z 25 kwietnia 2006 roku, str. 14, 16