27.11.2021

Życie jest zawsze tak intensywne.
Biorąc czy dając, trwonimy swe moce.
William Wordsworth
[…]
UCIEKINIERKA
Jeszcze trzy lata wcześniej Carla nie zwracała uwagi na ruchome domy. Nawet ich tak nie nazywała. Podobnie jak jej rodzice uważała to określenie za pretensjonalne. Niektórzy ludzie mieszkają w przyczepach kempingowych i tyle. Jedna przyczepa niczym się nie różni od drugiej. Kiedy się tu przeprowadziła, kiedy wybrała takie życie z Clarkiem, zobaczyła sprawy w innym świetle. Zaczęła mówić o „ruchomych domach" i przyglądać się, jak inni je sobie urządzili. Jakie powiesili firanki, jak pomalowali listwy, co sobie dobudowali - patio, dodatkowe pomieszczenia, ambitne tarasy. Nie mogła się doczekać, kiedy sama się tak urządzi.
[…]
Flora była młodym koźlęciem, kiedy Clark przyprowadził ją do domu z jakiejś fermy, dokąd poszedł się targować o koński sprzęt. Właściciele zamierzali zrezygnować z wiejskiego życia, a przynajmniej z hodowli zwierząt. Sprzedali konie, ale nie udało im się pozbyć kóz. Clark słyszał, że koza wprowadza w stajni poczucie spokoju i komfortu, i sam chciał się o tym przekonać. Zamierzali pewnego dnia Florę rozmnożyć, nigdy jednak nie pojawiły się żadne znaki, że już do tego dojrzała. Z początku była ulubienicą Clarka, wszędzie za nim chodziła i nieustannie domagała się jego uwagi. Była zwinna, zgrabna i ruchliwa jak kociak, a jej podobieństwo do prostolinijnej, zakochanej dziewczyny śmieszyło ich oboje. Jednakże w miarę upływu czasu Flora coraz bardziej przywiązywała się do Carli, a jednocześnie stawała się mądrzejsza, mniej płochliwa i nabierała bardziej powściągliwego i ironicznego poczucia humoru. W stosunku do koni Carla zachowywała się opiekuńczo, surowo i po matczynemu, ale jej kontakt z Florą był zupełnie inny; koza nie pozwalała jej na okazywanie poczucia wyższości.
[…]
W domu Sylvia nie miała co robić. Otworzyła okna i pomyślała - z utęsknieniem, które ją zaniepokoiło, ale tak naprawdę nie zdziwiło - że niedługo zobaczy Carlę. Wszystkie utensylia związane z chorobą zostały usunięte. Pokój, który najpierw był sypialnią Sylvii i jej męża, a potem pomieszczeniem, w którym on umierał, posprzątano i urządzono tak, jakby nic się w nim nie zdarzyło. Carla pomogła we wszystkim podczas tych kilku gorączkowych dni między krematorium a wyjazdem do Grecji. Wszystkie ubrania, jakie Leon kiedykolwiek miał na sobie, a także te, których nie nosił, wraz z prezentami od jego sióstr, niewyjętymi nawet z opakowań, włożono na tylne siedzenie samochodu i zawieziono do sklepu z używaną odzieżą. Jego pigułki, przybory do golenia, nieotwarte puszki energetyzującego napoju, który podtrzymywał go na siłach, jak długo jeszcze się dało, kartony sezamków, które w pewnym momencie jadł w dużych ilościach, plastikowe butelki z płynem, który pomagał na bóle pleców, owcze skóry, na których leżał - wszystko to zapakowano do plastikowych worków do wyrzucenia na śmietnik, a Carla niczego nie kwestionowała. Nigdy nie powiedziała: „Może komuś by się to jeszcze przydało?”, ani nie zwróciła uwagi na całe kartony nieotwartych puszek. Wcale się nie zdziwiła, kiedy Sylvia stwierdziła: Żałuję, że zawiozłam ubrania do miasta. Powinnam je była spalić.
[…]
Carla była zupełnie inna. Jeśli w ogóle przypominała Sylvii kogoś z jej wcześniejszego życia, to niektóre dziewczyny ze studiów - inteligentne, ale nie przesadnie, lubiące sport, ale nieszczególnie walczące o pierwszeństwo, wesołe, ale nie hałaśliwe. Szczęśliwe z natury.
[…]
Tego ranka zaabsorbowanie Clarka ruchem drogowym (dojechali do autostrady 401), niepokój o stan ciężarówki, lakoniczne odpowiedzi, zmrużone oczy, nawet lekka irytacja z powodu jej beztroskiego zachwytu - wszystko to niesłychanie ją ekscytowało. Podobnie jak jego nieuporządkowana przeszłość, zaprzysięgła samotność, czułość, z jaką traktował konia i ją, Carl. Widziała go jako architekta ich przyszłego życia, siebie jako brankę, a swoją uległość uważała za coś właściwego i cudownego. „Nie wiesz, co za sobą zostawiasz" - napisała do niej matka w jedynym liście, jaki Carla od niej dostała i na który nigdy nie odpowiedziała. Jednak w tych pełnych drżenia chwilach rannej ucieczki z całą pewnością wiedziała, co za sobą zostawia, choć nie bardzo wiedziała, co ją czeka. Gardziła rodzicami, ich domem, podwórkiem, albumami ze zdjęciami, wakacjami, wyposażeniem kuchni firmy Cuisinart, „toaletą dla pań", garderobami, podziemnym systemem nawadniania trawników. W liściku, jaki napisała, użyła słowa „autentyczny". „Zawsze czułam potrzebę bardziej autentycznego życia. Nie oczekuję, że mnie zrozumiecie".
[…]
Pogoda nadal dopisywała. Na ulicach, w sklepach, na poczcie ludzie witali się, mówiąc, że wreszcie przyszło lato. Trawa na pastwiskach i nawet biedne pobite zboża podniosły się w górę. Kałuże wyschły, błoto zmieniło się w suchy pył. Wiał lekki, ciepły wiatr i wszyscy znowu nabrali chęci do roboty. Dzwonił telefon. Pytano o przejażdżki, o lekcje jazdy. Zgłaszały się letnie obozy, zrezygnowawszy z wycieczek do muzeów. Podjeżdżały mikrobusy pełne niespokojnych dzieciaków. Konie brykały przy ogrodzeniu, uwolnione od derek. Clarkowi udało się kupić wystarczająco duży kawałek pokrycia dachu za niezłą cenę. Cały następny dzień po Ucieczce (tak nazywali autobusową wyprawę Carli) spędził na naprawie zadaszenia areny. Przez kilka dni Carla i Clark machali do siebie podczas wykonywania swoich prac. Jeśli Carla przechodziła blisko męża i nikogo nie było w pobliżu, całowała go w ramię przez cienki materiał letniej koszuli. Ptaki były wszędzie. Czerwonoskrzydłe kosy, sikorki, para gołębi, które gruchały o świcie. Mnóstwo wron i mew znad jeziora na misjach rozpoznawczych, i wielkie sępniki różowogłowe, które siedziały w gałęziach uschłego dębu kilkaset metrów dalej, na skraju lasu. Początkowo tylko siedziały, susząc rozłożyste skrzydła, czasem wzbijały się w górę w próbnym locie, przez chwilę krążyły dookoła, a potem znowu zasiadały, aby słońce i ciepłe powietrze zrobiły swoje. Po jednym czy dwóch dniach odżyły i pofrunęły wysoko, krążąc i opadając ku ziemi, zniknęły nad lasem, by w końcu wrócić na odpoczynek w gałęziach znajomego, nagiego drzewa. Właścicielka Lizzie - Joy Tucker - zjawiła się opalona i w przyjaznym nastroju. Miała już dość deszczu i wyjechała na wakacyjną wędrówkę w Góry Skaliste. Teraz wróciła. - Pod względem pogody idealna pora na powrót - powiedział Clark.
[…]
Potem pani Jamieson pisała, że chyba za bardzo zaangażowała się w życie Carli i błędnie założyła, że jej szczęście i wolność to jedno i to samo. Zależało jej tylko na szczęściu Carli, a teraz przekonała się, że ona - Carla - musi je znaleźć w małżeństwie. Miała nadzieję, że może ucieczka i burzliwe emocje wyzwoliły w Carli prawdziwe uczucia, a może też obudziły w jej mężu świadomość jego prawdziwych uczuć.
[…]
SZANSA
Juliet miała dwadzieścia jeden lat i tytuł licencjata oraz magistra nauk humanistycznych. Z filologii klasycznej. Pracowała nad doktoratem, ale przerwała pracę, aby uczyć łaciny w prywatnej szkole dla dziewcząt w Vancouver. Nie miała przygotowania pedagogicznego, lecz nagły brak nauczyciela w połowie semestru sprawił, że szkoła ją zatrudniła. Przypuszczalnie nikt inny nie odpowiedział na ogłoszenie. Pensja była niższa niż ta, którą otrzymałby wykwalifikowany nauczyciel, Juliet jednak z radością przyjęła jakikolwiek zarobek po latach życia ze skromnego stypendium. Była wysoką dziewczyną o jasnej cerze i drobnych kościach, z jasnobrązowymi włosami, które nawet spryskane lakierem nie utrzymywały natapirowanej fryzury. Wyglądała jak pilna uczennica. Wysoko uniesiona głowa, ładna, okrągła broda, szerokie usta o cienkich wargach, zadarty nos, jasne spojrzenie i czoło często poczerwieniałe z wysiłku lub wdzięczności za docenienie. Jej profesorowie byli nią zachwyceni - zadowoleni, że w dzisiejszych czasach ktoś chce studiować języki starożytne, zwłaszcza ktoś tak uzdolniony - choć jednocześnie się martwili. Problem polegał na tym, że była dziewczyną. Gdyby wyszła za mąż, co mogło się zdarzyć, była bowiem niebrzydka jak na stypendystkę, całkiem niebrzydka, cała jej praca i ich wysiłki poszłyby na marne, gdyby zaś nie wyszła za mąż, przypuszczalnie popadłaby w przygnębienie i osamotnienie, nie mając szans na awans w konkurencji z mężczyznami (którzy potrzebowali go bardziej ze względu na rodziny na utrzymaniu). I nie potrafiłaby bronić swego wyboru filologii klasycznej, akceptować tego, że ludzie uważaliby go za nieważny lub nudny, zignorować tego tak, jak zrobiłby to mężczyzna. Dziwne wybory były łatwiejsze dla mężczyzn, których większość i tak znalazłaby sobie żony. W drugą stronę to nie działało. Kiedy ukazała się oferta pracy w szkole, profesorowie namawiali Juliet, aby ją przyjęła. Bardzo dobrze! Trzeba trochę wyjść na świat. Poznać prawdziwe życie. Juliet była przyzwyczajona do takich rad, choć rozczarowana tym, że słyszy je od tych ludzi, którzy raczej nie sprawiali wrażenia, że sami chętnie poznają prawdziwy świat. W miejscowości, w której się wychowała, jej rodzaj inteligencji był często zaliczany do tej samej kategorii co utykanie czy dodatkowy palec, a ludzie nader skwapliwie wyliczali jej wady - nie umiała szyć na maszynie, zrobić zgrabnej paczki czy w odpowiednim momencie zauważyć, że wystaje jej halka. Nie wiadomo było, co z niej wyrośnie.
[…]
Juliet czytała o menadyzmie. Dodds [autor rozprawy – przyp. aut.] podawał, że rytuały odbywały się w nocy w środku zimy. Kobiety chodziły na szczyt góry Parnas, a kiedy pewnego razu zostały odcięte od świata przez burzę śnieżną, wysłano ekspedycję ratunkową. Niedoszłe menady sprowadzono na dół w sztywnych od zimna ubraniach. Pomimo szału nie odmówiły przyjęcia pomocy. Juliet wydało się to zachowaniem dość współczesnym i stawiało uczestniczki obrzędu w nowoczesnym świetle. Czy uczniowie też tak to ocenią? Raczej nie. Zapewne okażą się odporni na wszelkie próby wciągnięcia ich w zabawę, zaangażowania. A ci mniej odporni nie będą chcieli tego po sobie pokazać.
[…]
Potem stało się coś równie nagłego i mimowolnego jak łzy. Usta Juliet zadrgały. Wzbierał w niej szelmowski śmiech. - Chyba faktycznie przesadziłam. - Trochę. - Sądzi pan, że dramatyzuję? - Nie ma w tym nic dziwnego. - Ale pan uważa to za błąd - stwierdziła, panując nad śmiechem. - Pańskim zdaniem uleganie poczuciu winy to zwykła słabostka? - Myślę, że... Myślę, że to jest mało ważne. Przeżyje pani rzeczy, prawdopodobnie przeżyje pani takie rzeczy, że ta wyda się przy nich drobnostką. Inne rzeczy, które spowodują poczucie winy. - Ludzie zawsze tak mówią, prawda? Do kogoś młodszego? Mówią, och, kiedyś będziesz myśleć inaczej. Przekonasz się. Jakby nie miało się prawa do poważnych uczuć. Jakby się nie było do nich zdolnym. - Uczucia. Ja mówiłem o doświadczeniu.
[…]
Chmur rzeczywiście nie było. Nie było też księżyca, przynajmniej na razie, a gwiazdy tworzyły gęste skupiska, niektóre przyćmione, inne jasne. Jak każdy, kto żył i pracował na statkach, mężczyzna znał mapę nieba. Juliet potrafiła zidentyfikować tylko Wielki Wóz. - To jest początek - powiedział. - Teraz dwie gwiazdy z boku Wozu naprzeciwko dyszla. Ma pani? To są wskaźniki. Proszę iść za nimi, dojdzie pani do Gwiazdy Polarnej. -I tak dalej. Znalazł dla niej Oriona, największą konstelację na północnej półkuli w zimie. I Syriusza, Psią Gwiazdę, o tej porze roku najjaśniejszą gwiazdę na całym północnym niebie. Juliet z przyjemnością słuchała jego wskazówek, ale z równą przyjemnością przejęła instruktorską pałeczkę. Znał nazwy gwiazd, lecz nie znał ich historii. Powiedziała mu, że Ojnopion oślepił Oriona, który jednak odzyskał wzrok, patrząc na słońce. - Został oślepiony, ponieważ był tak piękny, ale z pomocą przyszedł mu Hefajstos. Później i tak zabiła go Artemida i zmienił się w gwiezdną konstelację. Często się zdarzało, że kiedy ktoś naprawdę wartościowy wpadł w poważne kłopoty, zmieniał się w konstelację. Gdzie jest Kasjopeja? Pokazał jej niezbyt wyraźny kształt litery W. - To ma być siedząca kobieta. - I to też stało się z powodu urody - powiedziała. - Uroda była niebezpieczna? - Jeszcze jak. Kasjopeja była żoną króla Etiopii i matką Andromedy. Przechwalała się swoją urodą i za karę wygnano ją na niebo. Andromeda też tu jest, prawda? - To jest galaktyka. Powinna być dziś widoczna. To najbardziej odległy gwiazdozbiór, jaki widać gołym okiem. Nawet kiedy tłumaczył, mówił, gdzie ma patrzeć, nigdy jej nie dotknął. Oczywiście. Przecież ma żonę. - Kim była Andromeda? - spytał. - Była przykuta łańcuchem do skały, ale Perseusz ją uwolnił.
[…]
WKRÓTCE
Juliet przystanęła w drzwiach. - Na pewno uważasz Dona za... głupka - powiedziała Sara. - Ale on jest chory. Na cukrzycę. To poważne. -Tak. - Potrzebuje swojej wiary. - Chytry argument - powiedziała Juliet, ale tak cicho, że Sara chyba jej nie usłyszała i mówiła dalej: - Moja wiara nie jest taka prosta - dodała drżącym głosem (i, zdaniem Juliet, w tej chwili celowo żałosnym). - Nie potrafię jej opisać. Ale to jest - tylko tyle mogę powiedzieć - to jest coś. To jest... cudowne... coś. Kiedy naprawdę się źle czuję... Kiedy się źle czuję, to... Wiesz, co wtedy myślę? Myślę, no, dobrze. Myślę... Wkrótce. Wkrótce zobaczę Juliet.
[…]
MILCZENIE
„Ona mnie zachwyca - mogłaby powiedzieć Juliet. - Chociaż nie jest jedną z tych tańczących i śpiewających entuzjastek słońca, radości i wynajdowania wszędzie dobrych stron. Mam nadzieję, że ją lepiej wychowałam. Ma wdzięk i współczucie dla innych, jest tak mądra, jakby żyła na tej ziemi osiemdziesiąt lat. Jest z natury refleksyjna, nie tak w gorącej wodzie kąpana jak ja. I powściągliwa po ojcu. Jest też anielsko piękna, jak moja matka, i ma włosy blond jak moja matka, ale nie jest tak krucha. Silna i szlachetna. Uformowana, moim zdaniem, jak kariatyda. I wbrew potocznym wyobrażeniom nie jestem o nią ani trochę zazdrosna. Przez cały ten czas, kiedy jej nie było - i kiedy nie miałam od niej znaku życia, ponieważ Równowaga Duchowa nie pozwala na listy i rozmowy telefoniczne - przez cały ten czas żyłam jak na pustyni, a gdy wreszcie przyszła od niej wiadomość, poczułam się jak stary kawałek wyschniętej ziemi, który dostał solidną porcję deszczu". „Mam nadzieję, że zobaczę cię w niedzielę po południu. Już czas".
[…]
Czasami w trakcie wywiadu Juliet czuła, że osoba, z którą rozmawia, ma w sobie pokłady wrogości, niewidoczne przed włączeniem kamery Osoba, której Juliet nie doceniła, którą uważała za głupią, może mieć tego rodzaju siłę. Żartobliwej, ale śmiertelnej wrogości. I wtedy chodzi o to, żeby niczego po sobie nie pokazać, żeby nie odpłacić wrogością. - Mówiąc „rozwój", mam na myśli oczywiście nasz rozwój wewnętrzny - mówi Joan. - Rozumiem - odpowiada Juliet, patrząc jej w oczy. - Penelopa miała w życiu tę cudowną szansę, by poznać interesujących ludzi... Co ja mówię, nie musiała spotykać interesujących ludzi, wychowała się z interesującą osobą, jesteś jej matką, ale wiesz, czasem brakuje pewnego wymiaru, dorosłe dzieci czują, że czegoś im zabrakło... - Och, tak - mówi Juliet. - Wiem, że dorosłe dzieci mają najróżniejsze pretensje.
[…]
Eric powinien ją teraz zobaczyć. Cały czas myślała o nim w ten sposób. Nie dlatego, że jego śmierć nie dotarła do jej świadomości, nie łudziła się ani przez moment. Niemniej jednak stale konsultowała się z nim w myślach, jakby nadal był tą osobą, dla której jej istnienie znaczyło więcej niż dla kogokolwiek innego. Jakby wciąż był tym człowiekiem, przed którym chciała błyszczeć. A także osobą, z którą dzieliła się argumentami, informacjami i zaskoczeniami. Taki miała zwyczaj i działała na tyle automatycznie, że fakt śmierci Erica zupełnie jej w tym nie przeszkadzał. Ich ostatnia kłótnia też nie została całkiem rozstrzygnięta. Juliet ciągle winiła go za zdradę. Kiedy się teraz trochę popisywała, robiła to właśnie dlatego. Burza, odnalezienie ciała, spalenie zwłok na plaży - wszystko to było czymś w rodzaju widowiska, które musiała obejrzeć i w które musiała uwierzyć, ale nie miało ono nic wspólnego z nią ani z Erikiem.
[…]
Czasem w sklepach czy w autobusie ktoś mówił: „Przepraszam, ale skądś panią znam" albo „Czy pani nie występowała w telewizji?". Ale mniej więcej po roku to minęło. Juliet spędzała dużo czasu, siedząc, czytając i pijąc kawę w kawiarnianych ogródkach, i nikt nie zwracał na nią uwagi. Zapuściła włosy. Po latach farbowania na rudo straciły żywy odcień naturalnego brązu i stały się srebrnobrązowe, delikatne i falujące. To jej przypomniało matkę, Sarę. Miękkie, jasne, delikatne włosy Sary, najpierw siwiejące, a potem zupełnie białe. Miała za małe mieszkanie, żeby zapraszać gości na kolacje, i straciła zainteresowanie przepisami. Jadała posiłki, które były pożywne, ale monotonne. Mimo woli utraciła kontakt z większością przyjaciół. I nic dziwnego. Wiodła życie, które bardzo się różniło od jej poprzedniego życia osoby publicznej, energicznej, interesującej, zawsze dobrze poinformowanej. Żyła pośród książek, spędzając całe dnie na lekturze. Czuła się zmuszona pogłębiać i przeformułowywać wszystkie swoje wyjściowe założenia. Często przez cały tydzień nie wiedziała, co się dzieje na świecie.
[…]
NAMIĘTNOŚĆ
Grace [przyp. aut.] Nie umiała wyjaśnić ani nawet do końca zrozumieć, że nie czuje zazdrości, lecz wściekłość. I nie dlatego, że nie może kupić sobie takich rzeczy czy tak się ubierać. Chodziło jej o sposób, w jaki oceniano dziewczyny. Wszyscy ludzie, wszyscy mężczyźni myśleli, że powinny być właśnie takie: piękne, hołubione, rozpuszczone, samolubne, głupie. Taka musiała być dziewczyna, żeby się w niej zakochać. Potem zostawała matką i w sentymentalny sposób poświęcała się dzieciom. Nie była już samolubna, ale równie głupia. Na zawsze.
[…]
- Maury ma niezłomny charakter - powiedziała pani Travers. - Zresztą sama widzisz. Wyrośnie na kochanego, nieskomplikowanego człowieka, jak jego ojciec. Nie jak jego brat. Jego brat Neil jest bardzo zdolny. Nie chcę przez to powiedzieć, że Maury nie jest zdolny, na pewno nie można zostać inżynierem, nie mając w głowie trochę rozumu, ale Neil jest... On jest głęboki. - Roześmiała się ze swoich słów. - „Głębokie niezgłębione oceaniczne groty"... Co ja mówię? Przez długi czas Neil i ja nie mieliśmy nikogo oprócz siebie. Dlatego uważam, że jest wyjątkowy. To nie znaczy, że nie jest fajny. Ale czasami ludzie, którzy są bardzo fajni, bywają melancholijni, prawda? Coś z nimi jest nie tak. No, ale po co się martwić o dorosłe dzieci? O Neila trochę się martwię, o Maury'ego tylko troszeczkę. A o Gretchen w ogóle się nie martwię. Bo kobiety zawsze mają coś - prawda? - co je podtrzymuje na duchu. Coś, czego mężczyznom brakuje.
[…]
Grace, jesteś darem niebios. Postarasz się powstrzymać go dziś od picia, co? Już ty będziesz wiedziała, jak to zrobić. Grace słyszała te słowa, ale nie zwróciła na nie większej uwagi. Za bardzo zaniepokoiła ją zmiana w pani Travers, jakby zwiększenie masy ciała, sztywność ruchów, przypadkowa i dość gorączkowa aura dobrotliwości, łzy zadowolenia płynące jej z oczu. I lekki nalot w kącikach ust, przypominający kryształki cukru.
[…]
A teraz wydało jej się, że w drzwiach widzi swego wuja, zgarbionego i spoglądającego na nią ze zdumieniem, jakby nie widział jej całymi latami. Jakby obiecała, że wróci do domu, a potem zupełnie o tym zapomniała, a on powinien już dawno umrzeć, lecz nie umarł. Usiłowała coś do niego powiedzieć, ale znikł. A ona budziła się, poruszała. Była z Neilem w samochodzie, znowu w drodze. Wcześniej spała z otwartymi ustami i chciało jej się pić. Neil odwrócił się do niej na chwilę i poczuła, nawet mimo wiatru, który ich owiewał, świeży zapach whisky.
[…]
Grace usiadła na huśtawce, zwróconej na zachód. Rozhuśtała się wysoko i patrzyła w czyste niebo - lekko zielone, blado-złote, z jaskrawym różowym brzegiem na horyzoncie. Robiło się zimno. Pomyślała, że to dotyk. Usta, języki, skóra, ciała, uderzanie kości o kość. Rozpalenie. Namiętność. Ale to wcale nie było im przeznaczone. To była dziecinna zabawa w porównaniu z tym, do jakiego stopnia go poznała, jak głęboko w niego teraz wejrzała. Zobaczyła to, co ostateczne. Jakby znajdowała się na brzegu płaskiej, ciemnej tafli wody, która ciągnie się w nieskończoność. Zimna, gładka woda. Widok takiej ciemnej, zimnej, gładkiej wody i świadomość, że nie ma niczego więcej. To nie picie było za to odpowiedzialne. Niezależnie od wszystkiego czaiło się to samo, przez cały czas. Picie, potrzeba picia -to był tylko rodzaj odmiany, jak wszystko inne.
[…]
WINY
Harry [przyp. aut.] Miał nadzieję, że pewnego dnia pan Palagian odtaje i opowie mu historię swojego życia. Harry założył specjalną teczkę z pomysłami na książki i zawsze poszukiwał ciekawych historii. Ktoś taki jak pan Palagian, albo nawet ta gruba, wyszczekana kelnerka, mówił Harry, może nosić w sobie współczesną tragedię czy przygodę, która czeka, żeby stać się bestsellerem. Harry powiedział Lauren, że w życiu chodzi o to, aby iść przez ten świat z zainteresowaniem. Mieć oczy otwarte i dostrzegać możliwości - widzieć człowieczeństwo - w każdej spotkanej osobie. Być świadomym. Jeśli potrafił ją czegokolwiek nauczyć, to właśnie tego. Bycia świadomym.
[…]
SZTUCZKI
A tacy jak Joanna byli pewni, że sztuki Szekspira nigdy nikomu nie mogą się naprawdę podobać, jeżeli więc ktoś od nich jeździł do Stratfordu, to dlatego, że chciał się pokazać w towarzystwie ludzi z wyższych sfer, którzy też wcale się tam dobrze nie bawią, tylko tak udają. Te parę osób w mieście, które lubiło występy sceniczne, wolało jeździć do Toronto, do teatru Royal Alex, kiedy przyjeżdżał jakiś musical z Broadwayu. Robin lubiła mieć dobre miejsce, dlatego mogła sobie pozwolić tylko na sobotnie popołudniówki. Wybierała sztukę, którą pokazywano w jedną z jej wolnych od pracy w szpitalu sobót. Nigdy nie czytała z wyprzedzeniem tekstu i było jej wszystko jedno, czy jedzie na komedię, czy na tragedię. Jak do tej pory nie spotkała jeszcze nikogo znajomego, ani w teatrze, ani na ulicy, i to też jej bardzo odpowiadało. Jedna z pielęgniarek, z którą pracowała, powiedziała kiedyś: „W życiu bym się nie odważyła pójść tam sama", i wtedy Robin zdała sobie sprawę, jak bardzo się różni od większości ludzi.
[…]
Wstyd, straszny wstyd, oto, co czuła. Kobieta bardziej pewna siebie, bardziej doświadczona, odeszłaby z wściekłością. „Olewam go". Robin słyszała, jak jedna kobieta w pracy powiedziała tak o mężczyźnie, który ją porzucił. „Nie można ufać nikomu, kto nosi spodnie". Tamta kobieta zachowywała się tak, jakby wcale nie była zdziwiona. I Robin w głębi ducha też się nie dziwiła, ale winiła siebie. Powinna była zrozumieć te słowa z zeszłego lata, obietnicę i pożegnanie na stacji, jako coś żartobliwego, niepotrzebną uprzejmość wobec samotnej kobiety, która zgubiła torebkę i która sama przyjeżdża do teatru.
[…]
Czyta nazwisko na karcie w nogach łóżka. „Aleksander Adzić". Daniło. Daniel [osoba, która wybawiła Robin przed laty z kłopotu powrotu do domu pociągiem, po zagubieniu torebki – przyp. aut.] . Może to jego drugie imię. Aleksander. Albo ją okłamał, na wszelki wypadek powiedział nieprawdę, czy pół prawdy, od samego początku i prawie do końca. Wraca do biurka i pyta Coral: - Masz jakieś informacje o tym mężczyźnie? - Dlaczego pytasz? Znasz go? - Chyba tak. - Sprawdzę. Zadzwonię. - Nie ma pośpiechu - mówi Robin. -Jak będziesz miała czas. Jestem po prostu ciekawa. A teraz muszę pójść do moich podopiecznych. Praca Robin polega na rozmowach z pacjentami dwa razy w tygodniu i pisaniu raportów na temat tego, jak mijają ich urojenia czy depresje, czy pomagają im lekarstwa i jak na nastroje pacjentów wpływają wizyty ich krewnych lub partnerów. Robin pracuje na tym piętrze od bardzo dawna, odkąd w latach siedemdziesiątych wprowadzono zasadę trzymania pacjentów psychiatrycznych blisko miejsca zamieszkania, i zna wielu z tych ludzi, którzy często wracają na oddział. Poszła na dodatkowe kursy, żeby mieć kwalifikacje do zajmowania się przypadkami psychiatrycznymi, zresztą sama z siebie miała do tego wyczucie. Jakiś czas po tym, jak wróciła ze Stratfordu, nie zobaczywszy do końca Jak wam się podoba, zaczęła się interesować tą pracą. Coś, chociaż nie to, czego się spodziewała, odmieniło jej życie.
[…]
Aleksander Adzić od urodzenia, albo z powodu choroby we wczesnym dzieciństwie, jest głuchoniemy. Jako dziecko nie miał możliwości uczęszczania do szkoły specjalnej. Nie robiono mu testu na inteligencję, ale nauczył się reperować zegary. Nie zna języka migowego. Zależny od brata i najprawdopodobniej tylko on miał do niego emocjonalny dostęp. Apatia, brak apetytu, sporadyczna wrogość, ogólna regresja od momentu przyjęcia. Szokujące. Bracia. Bliźniacy. Robin chce pokazać komuś ten papier, jakiejś władzy. To jest idiotyczne. Nie przyjmuję do wiadomości. A jednak. Szekspir powinien był ją na to przygotować. U niego bliźnięta często są przyczyną pomyłek i nieszczęść. Te fabularne sztuczki mają być środkiem do celu. W końcu tajemnica się rozwiązuje, psikusy się wybacza, prawdziwa miłość czy coś w tym rodzaju wybucha na nowo, a ci, którzy dali się nabrać, udają, że nic się nie stało.
[…]
MOCE
I kogo spotkałam w sklepie? Tessę Netterby, której nie widziałam chyba od roku. Głupio mi, że tak dawno jej nie odwiedzałam, bo kiedyś, jak odeszła ze szkoły, starałam się pozostawać z nią w czymś w rodzaju przyjaźni. Myślę, że jako jedyna szkolna koleżanka. Tessa, cała zamotana w wielki szal, wyglądała jak postać z bajki. Może trochę przyciężka od góry, bo ma szeroką twarz z kręconą czupryną i szerokie ramiona, ale niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu, tylko się uśmiechnęła, ta sama stara Tessa. Spytałam, jak się czuje, zawsze ją o to pytam, odkąd miała długotrwały atak tego czegoś, przez co musiała odejść ze szkoły, kiedy miała jakieś czternaście lat. Ale pytam też dlatego, że nie bardzo jest ją o co zapytać, ona żyje w świecie innym niż my wszyscy. Nie należy do żadnego klubu, nie może uprawiać sportów i nie uczestniczy w normalnym życiu towarzyskim. Wiedzie jakieś życie związane z zupełnie innymi ludźmi i nie ma w tym nic złego, ale nie umiałabym z nią o tym rozmawiać, ona pewno też nie.
[…]
A najgorsze i najgłupsze było to, że w końcu naprawdę dostałam gorączki i rozbolało mnie gardło, siedziałam więc w dużym pokoju przykryta kocem i czytałam starego Dantego. Jutro wieczorem jest spotkanie Klubu Książkowego i będę w ten sposób daleko przed innymi. Kłopot tylko w tym, że niewiele z tego, co przeczytałam, zostało mi w głowie, bo przez cały czas myślałam o tym, że zachowałam się idiotycznie, i ciągle słyszałam, jak Wilf mówi ostrym głosem, żebym nie zachowywała się jak dziecko. Potem zaczęłam dyskutować z nim w myślach i tłumaczyć, że to chyba nic strasznego, jeśli ma się w życiu trochę rozrywki. Wydaje mi się, że jego ojciec był pastorem, może to dlatego? Rodziny pastorów ciągle się przeprowadzają i Wilf nie miał szans, aby dorastać z tą samą grupą kolegów, którzy by się rozumieli i wspólnie żartowali.
[…]
Ollie o sobie by tego nie powiedział. A jednak miał wrażenie - chociaż nie potrafił o tym mówić z pełną powagą - że czeka go coś nadzwyczajnego, że jego życie będzie miało sens. Może to przyciągało Nancy i Ollie'ego do siebie. Różnica polegała na rym, że on szedł naprzód, że nie zgadzał się na mniej, niż się, jego zdaniem, należy. A ona jako dziewczyna musiała się przystosowywać, i już to zrobiła. Ta myśl o nieograniczonych możliwościach, większych niż kiedykolwiek mogły mieć kobiety, nagle go uspokoiła, wzbudziła w nim współczucie dla niej i chęć żartów. Ollie nie musiał się zastanawiać, dlaczego przebywa w towarzystwie Nancy, kiedy wzajemne żarty sprawiały, że czas mijał z błyskotliwym wdziękiem. Woda była pyszna i cudownie zimna.
[…]
Wzgórza w środkowej części stanu Michigan porośnięte są dębowymi lasami. Jedyna wizyta Nancy miała miejsce jesienią roku 1968, kiedy liście dębów już zmieniły kolor, ale wciąż wisiały na drzewach. Nancy była przyzwyczajona do kęp drzew liściastych, a nie do lasów z mnóstwem klonów, które jesienią stają się czerwone i złote. Ciemniejsze kolory dużych dębowych liści, rdzawy i winna czerwień, nie poprawiały jej nastroju, nawet w świetle słońca.
[…]
Nancy spytała o eksperymenty. Większość z nich wykorzystywała karty. Nie zwyczajne karty, lecz specjalne karty percepcji pozazmysłowej ze specyficznymi symbolami. Krzyżem, kołem, gwiazdą, liniami falistymi, kwadratem. Jedna karta z każdym symbolem leżała odkryta na stole, reszta talii była potasowana i odwrócona. Tessa miała powiedzieć, który symbol z tych leżących przed nią był na karcie na wierzchu talii. To był otwarty test dopasowania. Test „na ślepo" wyglądał tak samo, tylko pięć kluczowych kart też było zakrytych. Inne testy o rosnącej trudności. Czasami używano kości do gry lub monet. Czasami wyłącznie wyobrażeń w myślach. Seria obrazów mentalnych, nic na papierze. Obiekt i egzaminujący w tym samym pokoju albo w oddzielnych pomieszczeniach, albo oddaleni od siebie o pół kilometra. Stopień skuteczności Tessy porównywano z wynikami, jakie się otrzymuje na skutek czystego przypadku. Z rachunkiem prawdopodobieństwa, który, jak sądził Ollie, wynosił dwadzieścia procent. W pokoju nie było nic oprócz krzesła, stołu i lampy. Jak w sali przesłuchań. Tessa wychodziła stamtąd wykończona. I wszędzie, gdzie spojrzała, długo potem, widziała te symbole. Zaczęły się bóle głowy. A wyniki nie były jednoznaczne. Podnoszono różne zastrzeżenia, nie pod adresem Tessy, lecz w kwestii możliwej wadliwości badań. Mówiono, że ludzie mają swoje preferencje. Na przykład przy rzucie monetą więcej osób powie „reszka" niż „orzeł". Tak już jest. Ze wszystkim. A do tego dochodzi to, co już powiedział o ówczesnym klimacie, klimacie intelektualnym -traktowano takie badania dość niepoważnie.
[…]
- Mieliśmy też swoje sztuczki. Nosiłem czarny płaszcz... - Ollie, nie żartuj! Czarny płaszcz? - Oczywiście. Czarny płaszcz. Zapraszałem kogoś na ochotnika, zdejmowałem płaszcz i prosiłem, żeby się nim owinął, kiedy Tessa miała już na oczach opaskę, którą zawiązywał jej ktoś z widowni i sprawdzał, czy naprawdę nic nie widzi, i wtedy pytałem ją: „Kogo mam w płaszczu?" albo „Kim jest osoba w moim płaszczu?". Mówiłem „płaszcz". Albo „czarny płaszcz". Albo „Co mam?". Albo „Kogo widzisz?", „Jakiego koloru włosy?", „Wysoki czy niski?". Przekazywałem informacje słowami lub drobnymi zmianami intonacji. Zadając coraz bardziej szczegółowe pytania. Taki był początek. - Powinieneś to opisać. - Miałem taki zamiar. Myślałem o ujawnieniu tego wszystkiego. Potem jednak pomyślałem: „A kogo to obchodzi?". Ludzie chcą być oszukiwani albo nie chcą być oszukiwani. Nie szukają dowodów.
[…]
Tessa milczy. Stoi przed lustrem i przygląda się sobie, a potem, nadal w ciężkim kostiumie, włosach - to peruka - i z ciężkim sercem, chodzi w kółko po pokoju, jakby miała coś do zrobienia, ale nie mogła się za nic zabrać. Nawet kiedy się schyliła, żeby zdjąć Ollie'emu buty, nie spojrzała mu w twarz. A jeśli on zamknął oczy, gdy tylko się położył - Tessa tak myśli - to mógł to zrobić po to, żeby na nią nie patrzeć. Są zawodową parą, razem śpią, jedzą i podróżują, w rytmie swoich oddechów. A jednak nigdy, przenigdy - z wyjątkiem chwil, kiedy jednoczy ich odpowiedzialność przed publicznością - nie są w stanie spojrzeć sobie nawzajem w twarz w obawie, że zauważą coś, co jest zbyt przerażające.
[…]
Nancy, chcąc nie chcąc, staje się duszą towarzystwa. Znajomi na jakiś czas przestają się martwić. Jej dzieci, jak mówią, mają nadzieję, że nie postanowiła Żyć Przeszłością. Ale Nancy widzi inaczej to, co robi, co w każdym razie chce zrobić, jeśli znajdzie czas - to nie tyle życie w przeszłości, ile chwilowy powrót i jeszcze jedno wnikliwe spojrzenie.
Alice Munro, Uciekinierka
Miniaturki opowiadań Mauro to dziś niemal klasyka prozy psychologicznej, daleko głębszej niż mogłoby się wydawać od opowiadań mistrza krótkiej formy Czechowa, ponieważ zupełnie inaczej już w swej powszedniości ukazującej niedosyt relacji międzyludzkich. W rytmie codziennych i niecodziennych wydarzeń u niebohaterskich bohaterów jak w spierzchniętej rysie pojawiają się bowiem kluczowe dlań reminiscencje, subiektywne obserwacje i autorefleksje egzystencjalne z natury tak jakby zbyt mocno doświadczonej przez strach i dojmujące życie.