25.02.2023

„nie potrafimy uwierzyć,
że jesteśmy śmiertelni i kiedyś umrzemy.
[…] nie możemy uwierzyć,
że ktoś – niesprawiedliwie i niedorzecznie
– nami pogardza.”
„Są zwierzęta,
na które wszędzie czyhają drapieżniki,
są i takie,
które wszędzie znajdują ofiary.”
[…]
„Widział kto moją córeczkę? Sybilla? Moje dziecko? Mój skarb?”. Krzyk narastał, jakby zbliżał się pochód, a przecież była sama. Szła Camden Avenue w Red Rock, ubogiej dzielnicy Pascayne, na którą składało się dwanaście przecznic leżących blisko siebie między autostradą stanową a rzeką Passaic. Szła w cieniu majaczącego nad nią złowróżbnie mostu Pitcairn Memorial niczym starotestamentowa matka, która poszukuje zaginionego dziecka. Szła, zataczając się w niezdarnym pośpiechu, w zawiązanej niedbale na głowie ciemnoczerwonej chustce, a ubranie wisiało luźno na jej obfitym, pozbawionym talii ciele. Na ulicach Depp, Washburn, Barnegat i Crater byli tacy, którzy rozpoznawali jej twarz, chociaż nie wiedzieli, jak się nazywa, i tacy, którzy znali ją jako Ednettę – Ednettę Frye, jedną z kobiet Anisa Schutta [ojczyma Sybilli – przyp. aut.]. Większość nie była pewna, czy Anis Schutt nadal żył z tą kobietą w średnim wieku i czy w ogóle kiedyś z nią mieszkał. Widzieli ją i obcy, którzy nigdy nie słyszeli o Ednetcie Frye ani o Anisie Schutcie, ale stawali w miejscu na widok bólu malującego się na jej twarzy i błagalnego spojrzenia, na dźwięk niskiego, gardłowego, drżącego głosu: „Czy kto widział moją dziewczynkę? Sybillę?”. Był późny, oślepiająco jaskrawy poranek cuchnący rzeką Passaic – słodkawy, chemiczny odór mieszał się z ostrą, cierpkawą wonią zgnilizny. Poranek, który nastał po ulewnej nocy – na popękanych chodnikach stały kałuże lśniące jak sreberka po czekoladkach. „Sybilla, moja córeczka, widział ją kto?”. Zrozpaczona matka miała przy sobie fotografie, które pokazywała spłoszonym, choć najczęściej życzliwym ludziom; rozmawiała z nimi, wykorzystując coś pozornie przypadkowego – nieupozowane zdjęcia ciemnoskórej dziewczyny o błyszczących oczach, z leciutkim zezem i dziecinnym, szczerbatym uśmiechem. Na niektórych fotografiach dziewczynka miała nie więcej niż jedenaście lub dwanaście lat, na nowszych wyglądała na czternaście. Czarne, bujne i sztywne włosy zaplecione w warkoczyki były zebrane z tyłu nad zmarszczonym czołem i przewiązane jaskrawą wstążką. Gęste rzęsy ocieniały ciemne migdałowe oczy – takie jak u matki. „Sybilla wygląda młodo jak na swój wiek, jest ufna, do każdego się uśmiecha”.
[…]
Były wśród nich i takie, które znały Ednettę od lat – nawet od trzydziestu lub trzydziestu pięciu – jeszcze z czasów, kiedy były dziewczętami i mieszkały w domach komunalnych zbudowanych za Roosevelta, dawno już wyburzonych i zastąpionych przez nieukończoną „esplanadę”, która okazała się długim na pół kilometra pasmem betonu i błota, przerdzewiałych płotów z siatki i połamanych, trzepoczących na wietrze plastikowych znaków UWAGA! BUDOWA. WSTĘP WZBRONIONY. W latach pięćdziesiątych chodziły do podstawówki East Edson i do liceum Pascayne South High. Niektóre z nich poznały Ednettę, kiedy była młodą matką – pierwsze dziecko urodziła, mając szesnaście lat; musiała rzucić szkołę i już nigdy nie wróciła do nauki – lub w tym okresie, kiedy pracowała na pół etatu jako salowa w klinice Polk. Widywały ją, jak wsiadała na przystanku przy Camden do autobusu jadącego na ulicę Clinton: krzepką, wyprostowaną, przystojną kobietę z przerwą między zębami (widoczną, kiedy się uśmiechała), często wybuchającą salwą śmiechu, który sprawiał, że chciało się śmiać razem z nią.I były też te, które kojarzyły Ednettę mniej więcej od dziesięciu lat, od kiedy zamieszkała razem z Anisem Schuttem w jednym z szeregowych domków na Trzeciej Ulicy. Niektóre z tych kobiet znały Anisa Schutta w czasach, kiedy siedział w Rahway, więzieniu o zaostrzonym rygorze, i jeszcze wcześniej, zanim zginęła jego pierwsza żona (nieumyślne spowodowanie śmierci, do tego się przyznał). Te zastanawiały się (być może), dlaczego Ednetta, młodsza od Anisa o co najmniej dziesięć lat, zakochała się w takim człowieku i zdecydowała się na ryzyko, by z nim zamieszkać (razem z trójką swoich małych dzieci).
[…]
Mieszkała w Red Rock przez całe życie, czyli przez trzydzieści jeden lat. Dzielnicę z jednej strony otaczała estakada autostrady New Jersey, z drugiej rzeka. Dzielnica była długa na jakieś dwanaście przecznic, szeroka na cztery: Camden Avenue, Crater, East Ventor i Barnegat. Po zamieszkach z sierpnia 1967 roku („zamieszki” to słowo białych, słowo policji, słowo oskarżenia i osądu, słowo z nagłówków gazet) Red Rock stała się czymś w rodzaju odizolowanej wewnątrz miasta wyspy, ciągiem wypalonych domów, opuszczonych i zabitych deskami budynków, dziurawych jezdni i rozpadających się trotuarów. Właściwie wszyscy mieszkańcy byli ciemnoskórzy, chociaż dawniej (Ada pamiętała to jeszcze z dzieciństwa) widywało się tu różne odcienie skóry. A na Camden Avenue były liczne sklepy i siedziby firm. Chodziła do podstawówki Edson Elementary, która znajdowała się tuż obok jej domu. Do liceum jeździła autobusem na róg Packett i Dwunastej. Skończyła klasę o profilu handlowym i przez pewien czas pracowała w kancelarii szkoły jako urzędniczka i maszynistka. Tamtejsi nauczyciele (biali) namówili ją, żeby zdobyła jeszcze jeden dyplom, i tak znalazła się w Passaic County Community College, gdzie ukończyła wydział anglistyki i pedagogiki. Dzięki temu mogła pracować jako nauczycielka w szkołach publicznych stanu New Jersey – co czasem udawało się jej robić, ale jedynie na zastępstwo. Przekonała się, że zbyt wiele osób jest uprzedzonych do nauczycieli, którzy mają tylko dyplomy dwuletnich college’ów przygotowawczych. Uprzedzenia te skłaniały do zatrudniania nauczycieli z dyplomami wydziału pedagogicznego Uniwersytetu Rutgersa, a to oznaczało (najczęściej, chociaż nie zawsze) nauczycieli białych lub tylko z niewielką domieszką innej krwi. Ada nie dopuszczała do siebie myśli, że te uprzedzenia mogły mieć coś wspólnego również z nią.
[…]
Odwróciła się, żeby sprawdzić, czy nikt za nią nie idzie (na przykład wysocy czarni chłopcy z Dominikany, którzy nie odezwali się do niej ani słowem, chociaż się do nich uśmiechnęła). Przeszła przez zaśmieconą działkę aż do płotu, który ciągnął się nad rzeką. Tutaj nagle poczuła się przytłoczona i oślepiona przez jaskrawe jesienne światło. Szeroka, ołowianoszara rzeka Passaic płynęła rwącym nurtem. Była jak dziwna, żylasto-ażurowa mięsna tkanka, żywa istota obciągnięta skórą, która marszczyła się i drżała w promieniach słońca. Na powierzchni wody tęczowo migotały plamy ropy. Passaic była kiedyś piękną rzeką – Ada [nauczycielka Sybilli, sąsiadka z pobliskich domostw – przyp. aut.] wiedziała to z podręczników – ale od połowy XIX wieku zanieczyszczały ją fabryki i zakłady przemysłowe, które zrzucały do jej wód najróżniejsze substancje: odpady z garbarni, ropę naftową, dioksyny, PCB, rtęć, DDT, pestycydy i metale ciężkie. W górze rzeki usadowił się zakład Occidental Chemical, producent najbardziej jadowitej trucizny wytwarzanej przez człowieka (znanej pod uroczą nazwą mieszanki pomarańczowej). Ponoć teraz, pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach nieco bardziej postępowych, producenci zostali zmuszeni do przestrzegania federalnych i stanowych przepisów dotyczących ochrony środowiska; zaczęło się oczyszczanie rzeki, ale posuwało się powoli, pochłaniając olbrzymie kwoty. Ada sądziła, że kiedy w końcu wyprowadzi się z East Ventor, będzie jej brakowało tej rzeki! Tylko za nią będzie tęsknić, chociaż jest tak zatruta. Od dawna nie wolno było się w niej kąpać, ale chłopcy to robili (także dwunastoletni siostrzeniec Ady, Brandon). Można było ich dostrzec w letnie dni, jak skaczą z rozpadającego się nadbrzeża. Większość ryb padła; jeśli jakieś przeżyły, trzeba było mieć nie po kolei w głowie, żeby je jeść, jednak prawie codziennie, praktycznie każdego ranka, znajdowali się ludzie, którzy łowili ryby w rzece Passaic – najczęściej starsi czarni mężczyźni, którym zwykle towarzyszyło kilka kobiet.
[…]
A potem ją zobaczyła. Dziewczynkę. Leżała na brudnej podłodze piwnicy, niedaleko wejścia, na boku, twarzą do Ady, na kawałku brezentu, jakby ktoś ją tu zawlekł i porzucił. Wyglądało na to, że jest związana, nadgarstki i kostki u nóg miała ułożone za plecami. W usta chyba ktoś wcześniej wepchnął jej jakąś szmatę, którą udało się jej wypluć; głowa była owinięta kawałkiem materiału lub ścierki – dziewczyna zdołała częściowo to z siebie zsunąć. Włosy uwalane błotem i czymś cuchnącym – kałem? Ada zaczęła się krztusić i wymiotować. Po chwili już krzyczała: O Boże, Boże! Mój Boże! Dziewczynka miała trzynaście lub czternaście lat. Na brudnej podłodze wyglądała jak dziecko. Ada była przerażona, przekonana, że dziewczynka umiera – i że ona będzie świadkiem jej śmierci. Zmarnowała tyle czasu i przyszła za późno, a dziewczynka dygotała spazmatycznie, jakby miała drgawki. Ada przykucnęła obok niej, ale obawiała się jej dotknąć. Jakie ma obrażenia? Czy to atak padaczki? Adzie wydawało się, że na brezencie jest krew – całkiem sporo krwi – tak jak i na podłodze. Pomyślała, że dziewczynka została w jakiś sposób okaleczona. Musi mieć połamane kości, pęknięty kręgosłup, Ada mogłaby przysiąc, że tak właśnie jest. Na pewno twarz była opuchnięta i posiniaczona, oczy podbite. Ciemna krew zakrzepła na nosie, który chyba był złamany. Tak młodo wyglądała, jak dziecko! Ubranie podarte, zakrwawione. Małe nagie piersi pokryte jakimiś obrzydliwymi gryzmołami. Ktoś w okrutny sposób przywiązał jej za plecami nogi do rąk.
[…]
Mówili, że mnie zabiją, jak komuś powiem, Słodki Jezu, pomóż mi, tak mnie skrzywdzili, a następnym razem będzie jeszcze gorzej, mówili, skrzywdzą mamę i moją małą siostrzyczkę, i każdego czarnucha, tam, gdzie mieszkam, mówili, że wszystkich zamordują. Myśleli, że umrę, zostawili mnie w tym miejscu, żebym umarła, mówili, zjedzą cię robaki, ty wstrętna czarna pizdo, zasługujesz na śmierć, bo jesteś taka BRZYDKA. Chyba słyszałam, jak mówili, że leżą tam inni martwi czarni, śmiali się, że mnie tam ciągną, bo myśleli, że nie przeżyję w tej piwnicy, mówili, umrzesz tu, a robaki objedzą cię do kości, nikt cię nie rozpozna, kiedy zrobią swoje. Mieli białe twarze, a jeden taką odznakę, jaką noszą nasze gliny albo policjanci stanowi, i mieli broń, jeden z nich wsadził we mnie lufę, potwornie bolało i strasznie płakałam, aż powiedział, ty czarna pizdo, przestań ryczeć, bo pociągniemy za spust, twoje wnętrzności wytrysną i zmieszają się z twoimi murzyńskimi kudłami. I śmiali się, ciągle się śmiali. Śmiali się, jakby byli na haju, jakby palili crack. Wyczułam zapach. Ci gliniarze z Pascayne konfiskują crack i potem sami go palą, dlatego im odbija i zabijają czarnych, a ich biali szefowie mówią tylko, dajcie nam procent i róbcie, co se chcecie. Złapali mnie od tyłu, jak wracałam ze szkoły, w uliczce za myjnią samochodową na Camden, wsadzili mi na głowę jakiś worek z płótna, jak kaptur, próbowałam wrzeszczeć, ale nie mogłam złapać tchu, myślałam, że już po mnie, mama, mama, krzyczałam, aż wepchnęli mi szmatę do gardła, o mało się nie zatchnęłam, Jezu. To było w furgonetce, policyjnej, chyba włączyli syrenę, śmiali się, że gliniarze mogą włączać syrenę, kiedy tylko chcą, pojechali pod most, słyszałam echo, poznałam je, bo bawiliśmy się tam, jak byliśmy dzieciakami, przykładaliśmy ręce do ust i krzyczeliśmy, tak jak gołębie, takie głośne gruchanie, a echo wracało, i woda kapała z góry, tylko teraz nie słyszałam echa, biali się śmiali, kopali mnie po kolei, bili, dusili, gwałcili pistoletami i palcami, mówili, że nie wsadzą swoich kutasów w brudną, paskudną, czarną pizdę, spuszczali mi się na twarz, a jak to robili, to mówili, łykaj, ty durna czarna dziwko, nie wiem, ile razy, nie wiem, ilu ich było, nie widziałam, może pięciu, chyba pięciu – mieli białe twarze – jeden miał odznakę, świeciła się jak psu jajca, odznaka naszych glin albo tych stanowych, i śmiali się ze mnie, mówili, że nikt nie uwierzy murzyńskiej brudnej piździe, tylko im, uczciwym białym ludziom.
[…]
I ta okolica nad rzeką, East Vendor i Depp, te przecznice na wschód od Camden Avenue. „Teren wysokiej przestępczości” – tak określały te rejony gazety. W sierpniu 1967 roku w Newark wybuchły potężne zamieszki, a pożary i plądrowanie sklepów rozlały się i na tę dzielnicę, która potem nie wróciła już do dawnego stanu. Dwadzieścia lat później wschodnia część Camden Avenue, na odcinku ośmiu, dziesięciu kilometrów, nadal wyglądała jak teren działań wojennych: zabite deskami witryny sklepów, zniszczone i opuszczone domy, wypalone szkielety budynków, zaśmiecone puste działki i tablice z niezdarnymi odręcznymi napisami DO WYNAJĘCIA i NA SPRZEDAŻ, które wyglądały, jakby wisiały tu od lat. Często zdarza się, że wzywają nas za późno i ofiara strzelaniny zdążyła się już wykrwawić na ulicy i umrzeć. Niemowlę udusiło się albo zostało śmiertelnie poparzone, bo ktoś wylał wrzątek z garnka stojącego na kuchence. Albo miało tak silny wstrząs mózgu, że nic nie można było zrobić. Albo zdarzył się „wypadek z gazem”. Albo dziecko znalazło broń (naładowaną) i chciało się pobawić z młodszą siostrą. Albo facet wrócił do domu nie w porę. Albo jakiś handlarz narkotyków popełnił błąd (to zdarzało się często). Albo ktoś przedawkował (to też zdarzało się często). Albo zapalił się piecyk olejowy. Albo rzucony niedbale niedopałek wywołał pożar. Albo jakaś kobieta połknęła środek do odtykania rur i położyła się do łóżka, by umrzeć. Albo jakiś młodzieżowy gang ostrzelał inny młodzieżowy gang. Albo czyjś pitbul wściekł się z głodu, zaatakował, zacisnął szczęki na nodze i nie chciał puścić pokruszonych kości, dopóki policjant nie wypalił mu w głowę ze służbowej broni.
[…]
Na tle dwóch dorosłych kobiet Sybilla wyglądała na kruchą, drobną istotę. Jej twarz sprawiała wrażenie, jakby dziewczyna była upośledzona; malowała się na niej dziwna mieszanina strachu, skrępowania, obawy i buntu. Wydawało się, że dostrzega przede wszystkim swoją matkę, a nie zwraca uwagi na nieznaną jej policjantkę w cywilu. Między matką a córką wyczuwało się silne napięcie, powietrze było naelektryzowane jak przed burzą i Iglesias [inspektor miejscowej policji – przyp. aut.] wiedziała, że nie powinna się wtrącać w to, co je łączy. Bądź dzieli. Zapytała dziewczynę, czy nie czuje się skrępowana i czy jest na siłach odpowiedzieć na kilka pytań. Potem, jeśli lekarze pozwolą, będzie mogła pójść do domu. Ofiara agresji przypomina zranione zwierzę. Kiedy starasz się jej pomóc, możesz spowodować, że poczuje się gorzej. Możesz zostać zaatakowany. Sybilla? Słyszysz mnie? Nazywam się Ines, Ines Iglesias. Chcę z tobą porozmawiać. Iglesias delikatnie ujęła dłoń Sybilli. Dziewczyna zareagowała, jakby dotknął jej wąż – wyrwała rękę i gwałtownie zaczerpnęła powietrza, wydając z siebie przeciągły jęk. „W jej zachowaniu jest coś dziecinnego i irytującego”, pomyślała Iglesias. Ale chciała wierzyć, że ta dziewczyna został okrutnie zraniona.
[…]
„Związana i zostawiona na pewną śmierć. Dziewczyna Frye’ów, ma tylko czternaście lat. Pobita, zgwałcona, wysmarowana gównem i zostawiona na pewną śmierć w jakiejś fabrycznej piwnicy. Mówią, że to byli biali gliniarze. Obwozili czarną dziewczynę w furgonetce, którą prowadził glina. Aresztowali ją pod pretekstem, że jest dziwką, i wykorzystali ją jak jakąś seksualną niewolnicę, a potem wysmarowali gównem, wypisali paskudne słowa na jej ciele i wyrzucili ją, zostawili, żeby zdechła. Ale przeżyła, uratowano ją, uratowała ją jej nauczycielka! Nie umarła i teraz opowiada, co zrobiły jej białe gliny; zobaczymy, co skurwiele teraz zrobią, czy potrafią sami się ukarać”. W Red Rock zaczęto o tym gadać. W sklepikach, w barach, knajpkach z grillem przy Camden Avenue, Penescott, Mentor i Dwunastej Ulicy. W szeregowych domkach z czerwonobrunatnego piaskowca przy Trzeciej, Czwartej, Piątej i Szóstej i w czynszówkach przy East Ventor, Crater i Depp. W kilku wieżowcach na osiedlu mieszkań socjalnych Earla Warrena blisko rzeki przy Dwunastej Ulicy, z zapiaszczonymi podłogami holów, psującymi się windami, ciemnymi klatkami schodowymi, korytarzami i wielkimi dziedzińcami, zdewastowanymi jak ziemia, nad którą szalały biblijne plagi. W salonach fryzjerskich i kosmetycznych, sklepach z perukami, punktach sprzedaży alkoholu, spożywczakach, lombardach, biurach poręczeń majątkowych i jedynej w Red Rock aptece, na skrzyżowaniu Camden i Freud, gdzie ciągle hulał wiatr (ponura sieciówka Walgreens z wąskimi korytarzami i nisko zawieszonym wytłaczanym blaszanym sufitem; mieli ją zlikwidować do końca roku). W opiece społecznej hrabstwa Passaic, w centrum medycznym Polk, w placówce świadomego rodzicielstwa Planned Parenthood, w outlecie z używanymi meblami, w ośrodku charytatywnym Goodwill i na zniszczonych przystankach autobusowych na ulicach Camden, Trenton, Crater, Jersey i West River. W sąsiedztwie Piątego Komisariatu Policji Pascayne przy Piątej Ulicy i na bocznych przecznicach zastawionych biało-zielonymi radiowozami i furgonetkami (stały tam nieruchomo niczym groźna formacja wojska). W podcieniach mostu Pitcairn prężącego grzbiet nad rzeką, biegnącego równolegle do mostu kolei tranzytowej (ten zaś wznosił się obok wyniosłej estakady zasłaniającej dużą część wschodniego nieba nad Red Rock). W czynszówkach z piaskowca (wyglądały, jakby zostały zbudowane w jakimś brzydkim małym miasteczku z zamierzchłej epoki), których sylwetki przecinały widoczną w tle krętą jezdnię autostrady. Na Hicks Square, w Polk Plazza, na zachwaszczonej ziemi niczyjej (zaśmieconej butelkami, puszkami, styropianem, strzykawkami narkomanów, zużytymi kondomami przypominającymi skurczone ślimaki) graniczącej w Washburn z rzeką Passaic, gdzie władze miejskie planowały założenie parku.
[…]
Wszyscy wiedzieli, że Sybilla Frye nie chodzi do szkoły, tylko siedzi w domu. Po tym, kiedy rozeszła się wieść, że znaleziono ją w fabryce Jersey Foods, nie pojawiła się w liceum Pascayne South High, gdzie uczęszczała do drugiej klasy. Dyrekcja szkoły wiedziała, że już wcześniej chodziła w kratkę – kłopoty z frekwencją trwały od początku semestru jesiennego, po Święcie Pracy obchodzonym w pierwszy poniedziałek września. Podobnie było rok wcześniej. Wypytywany przez władze o napadniętą dziewczynę dyrektor liceum nie kojarzył ani jej, ani tego, żeby nauczyciele wspominali o Sybilli Frye. Klasy w Pascayne South High były przepełnione, uczniowie nie zawsze siedzieli w przypisanych im ławkach, a wychowawczyni Sybilli we wrześniu poszła na zwolnienie lekarskie. W tym czasie nauczyciele na zastępstwie mieli na głowie ponad trzydziestu uczniów z tej klasy; żaden nie pamiętał dobrze Sybilli Frye i oczywiście nie był w stanie udzielić o niej bliższych informacji. Koleżanki i koledzy z klasy też nie chcieli o niej mówić, najwyżej stwierdzali ogólnikowo: „Sybilla nie chodzi do szkoły, coś się jej stało”.
[…]
Gdzie jest Sybilla? Mówią, że Sybilla leży w jakimś szpitalu. Mówią, że Sybilla jest w areszcie. Siedzi w poprawczaku. Nie, nie siedzi w poprawczaku, przecież ona jest ofiarą. Kuzynka Sybilli, Martine, i niektóre z jej koleżanek z sąsiedztwa zaglądały do niej do domu, ale za każdym razem pani Frye je odprawiała. „Sybilli tu nie ma. Idźcie sobie”. Martine była w wieku Sybilli, chodziły do tej samej klasy w Pascayne South High. Niektóre plotki o jej kuzynce były tak wstrętne, że musiała zatykać sobie uszy i uciekać. Bocznymi uliczkami podeszła na tyły domku, w którym jej ciotka, Ednetta Frye, mieszkała razem z tym mężczyzną, Anisem Schuttem. Pomyślała, że może uda się jej zajrzeć przez okno i sprawdzić, czy Sybilla jest w środku, ale Ednetta opuściła rolety do samego parapetu. Martine sądziła, że gdyby jej kuzynka Sybilla nie żyła, ona na pewno by o tym wiedziała. Powiedziałoby to jej takie wywołujące ciarki uczucie, podobne do tego, które ogarnia cię, kiedy wyobrażasz sobie, że ktoś chodzi po twoim przyszłym grobie.
[…]
Kuzynki były w tym samym wieku, tego samego wzrostu i wagi, więc Martine doznała szoku, kiedy objęła Sybillę i poczuła, jaka tamta jest chuda. Kurwa, kto cię tak skrzywdził, dziecinko? Jezu, Martine! Ciszej! Sybilla wyrwała się z jej objęć. Musiała po cichu zamknąć okno, żeby prababcia nie usłyszała ich i nie nakryła. Pearline Tice miała swoje lata, ale zachowała bystry wzrok i wyczulony słuch. Ludzie mówili o niej z podziwem: „Tej kobiety nikt nie nabierze”. Miała siedmioro dzieci, dwadzieścioro jeden wnuków i więcej prawnuków, niż ktokolwiek mógł zliczyć; były rozsiane nie tylko po całym stanie New Jersey, ale też po całym kraju. Dobrze się czujesz, Sybilla? Tak. Chyba jeszcze nie umieram.
[…]
Dziewczynom z sąsiedztwa było cię żal, ale myślały też: cokolwiek cię spotkało, sama sobie jesteś winna. Chłopcy nie chcieli mieć z tobą nic wspólnego. A jeśli już, to chodziło im po głowach coś bardzo nieprzyjemnego. Martine? Co oni, kurwa, wygadują? Martine zauważyła, że oddech kuzynki był przyspieszony i głośny, jakby gardło wypełniała jej flegma. Sybilla miała rozpaloną skórę i brakowało jej tchu, jakby biegła, a nie leżała w łóżku, zamknięta w dusznym małym pokoju. No, że karetka zawiozła cię do Świętej Anny. Ktoś znalazł cię w niedzielę rano, jak wykrwawiałaś się na śmierć, pchnięto cię nożem i zostawiono, żebyś umarła, w piwnicy fabryki konserw. Ale to pewnie nieprawda? Nie, nie pchnięto mnie, przynajmniej nie nożem. Sybilla skrzywiła się i roześmiała. Poderwała dłoń i dotknęła brody, jakby śmiech spowodował, że zabolała ją twarz. Martine nie wiedziała, czy Sybilla ma uszkodzoną szczękę – była tak spuchnięta. Martine wybiła sobie kiedyś szczękę, kiedy upadła na schodach w domu, w którym wtedy mieszkali.
[…]
Martine szturchnęła Sybillę, nie mogąc doczekać się odpowiedzi, ale kuzynka, ciężko oddychając przez nos, powiedziała tylko to, co powtarzała innym: Wracałam ze szkoły we wtorek, uliczką obok myjni samochodowej. Szłam sama, a ktoś zaszedł mnie z tyłu i zarzucił mi na głowę takie coś, jakby kawał brezentu. Przewrócił mnie, jakbym była jakimś wściekłym kundlem, i wciągnął do furgonetki. A tam był biały gliniarz, widziałam odznakę, i pięciu innych białych gliniarzy. Albo sześciu. Właśnie tak. Sybilla umilkła. Martine nie czuła się na siłach, by naciskać na kuzynkę, która mówiła bez emocji i wyzywająco.
[…]
Pani oficer, jak to możliwe, że jest pani jedną z nich? Przecież musi pani wiedzieć, że policjanci z Pascayne to rasiści, którzy zachowują się podle w stosunku do czarnych, jeśli wiedzą, że ujdzie im to płazem. Nadal traktują nas jak zwierzęta, zabijają nas tak samo jak w czasie zamieszek w sześćdziesiątym siódmym. Może zginęło nas ostatnio trochę mniej, dlatego nazywają to postępem. Jak Sybilla powie, co jej zrobili, już nigdy nie będzie bezpieczna w Red Rock. Ani jej matka, ani nikt z jej rodziny. Nasz pastor powiedział, że jeśli będzie świadczyć, znajdzie się w niebezpieczeństwie. Trudno jej będzie wrócić do szkoły, gdzie wszyscy o niej gadają. Mówi pani, że są funkcjonariusze tacy jak pani, którzy chcą jej pomóc. Ale nigdy nie znajdą tych, co to zrobili, dobrze o tym wiemy. Żaden biały gliniarz nigdy nie zostanie aresztowany za to, że skrzywdził czarną dziewczynę. Zamiast tego są pewnie przenoszeni do jakiejś innej komendy, gdzieś do jakiegoś południowego hrabstwa w New Jersey, gdzie nadal działa Klan. Pani Tice się roześmiała. Ciągle dotykała ręki Iglesias w jakiś dziwny, poufały sposób. Pani Tice, jeśli nic nie zrobimy, temu, kto skrzywdził Sybillę, ujdzie to na sucho. Jeśli napastował ją seksualnie, znów to zrobi. Albo zrobią. Pani Tice spoważniała i powiedziała ponuro: Tak, proszę pani. Znowu to zrobią. I nikt ich nie powstrzyma.
[…]
W szkole podstawowej Edson koleżanka, która uczyła przyrody w ósmej klasie, wzięła Adę na bok i ostrzegła ją, że „sytuacja” Sybilli Frye nie jest najlepszym tematem do rozmów; kiedy Ada zapytała dlaczego, usłyszała wymijającą odpowiedź: W tej historii może być coś nie tak, Ada. Nikt niczego nie wie na pewno. Nie tak? O co ci chodzi? O to, co ta dziewczyna opowiada. I co mówi jej matka. To, co słyszeliśmy… To wszystko trudno potwierdzić. Oczywiście, że to trudno potwierdzić. Dziewczyna jest zbyt przerażona, by złożyć zeznanie na policji, przecież gwałcicielami byli biali gliniarze. Ada Furst zwykle nie wypowiadała się z taką pasją na żaden temat. Zwykle nie czuła się tak sfrustrowana i zdezorientowana, jakby lada chwila mogła wybuchnąć płaczem. No cóż, chyba nie chcesz, żeby ludzie myśleli, że rozmawiasz z uczniami o Sybilli Frye. Musisz zachować obiektywizm… Zachowuję! Przecież jestem obiektywna. Ada odeszła obrażona i dotknięta. Nie mogła ścierpieć, że jej czarni koledzy i koleżanki są tak zahukani.
[…]
Ada zawsze uważała, że integracja jest najważniejszym celem społecznym dla czarnych Amerykanów. Traktowała jak bohaterów pastora Martina Luthera Kinga, Rosę Parks, Bookera T. Washingtona, Medgara Eversa, trzech działaczy z ruchu obrony praw człowieka zamordowanych w Missisipi w 1964 roku, prezydenta Johna F. Kennedy’ego, prokuratora generalnego Roberta Kennedy’ego i prezydenta Lyndona Johnsona… Najważniejszym wydarzeniem w jej życiu było uchwalenie ustawy o prawach obywatelskich wiosną 1964 roku, kiedy miała osiemnaście lat, i walka prezydenta Johnsona o przyjęcie tej ustawy z opozycją prawicowych, rasistowskich senatorów z Południa. W tym czasie w liceum Pascayne pracowała czarna nauczycielka nauk społecznych, która na swoich lekcjach zajmowała się głównie tą właśnie sprawą i miała olbrzymi wpływ na uczniów, zwłaszcza tych poważnie myślących, jak Ada Furst. Ada pamiętała, jak wielkie podniecenie zapanowało w Red Rock, kiedy w końcu uchwalono tę ustawę. Lyndon Johnson stał się ogólnie wielbionym bohaterem, ciągle też pamiętano o Johnie F. Kennedym, który został zabity za wspieranie czarnych obywateli. A potem zamordowano pastora Kinga, a następnie Roberta Kennedy’ego i Malcolma X za ich wiarę w sprawiedliwość społeczną. I był jeszcze Medgar Evers, który zginął jako jeden z pierwszych. Nauczycielka nauk społecznych powiedziała, że znajomość własnej historii dodaje sił. A jeśli się o niej zapominało, siły słabły. Kiedy Ada była młodą dziewczyną, babcia opowiadała jej o czasach, gdy zakłady przemysłowe nad rzeką Passaic zajmowały się głównie wyrobem tkanin. I jak w latach trzydziestych setki strajkujących z Pascayne chciało przemaszerować przez most, gdzie czekała na nich policja w hełmach i z pałkami; i jak policjanci otworzyli ogień do bezbronnych robotników. To było jak wojna – na czele robotników stali komunistyczni działacze ze związków zawodowych, a policja broniła praw właścicieli fabryk. Strajk oznaczał stan wyjątkowy, policja miała prawo strzelać; strzelać, żeby zabić. Podobnie jak podczas zamieszek rasowych w Pascayne w 1967 roku, tylko w tych dawnych czasach biali gliniarze bili, strzelali i zabijali białych imigrantów: Polaków, Węgrów i Ukraińców. Murzyni zazwyczaj nie uczestniczyli w tych wydarzeniach, chyba że jako łamistrajki, cynicznie wynajęci przez zarządy fabryk. Była to praca nie tylko niebezpieczna, ale też tymczasowa – kiedy strajk ustawał, żadnemu z łamistrajków nie pozwalano wstąpić do związku, a tylko członek związku mógł dostać pracę. Babka Ady znała czarnych mężczyzn, którzy zostali zabici lub okaleczeni w czasie walk podczas strajków z lat trzydziestych. Ada uważała, że dziadek miał szczęście, że nie znalazł się wśród ofiar.
[…]
Jeśli pójdziesz na policję i wniesiesz oficjalną skargę, a myślę, że tak powinnaś zrobić, Ednetto, będą musieli rozpocząć śledztwo. A przynajmniej będą musieli udawać, że to robią. A wtedy może się to przedostać do mediów i sprawa stanie się głośna. Ale jeśli tego nie zrobisz, policja nie zareaguje. Będą utrzymywać, że nie mają wystarczających dowodów i nie mają świadka, który chce z nimi współpracować. Mogą nawet wiedzieć, kto tak okropnie skrzywdził twoją córkę, ale nie rozpoczną śledztwa. Nie możemy tolerować takiego bezprawia w naszej społeczności, to jest rok 1987, a nie 1967. Kobieta z Duszpasterstwa dla Potrzebujących mówiła szybko, jakby beształa Ednettę. Zrzędliwa Murzynka o niezbyt ciemnej skórze, która miała głos spikerki radiowej lub prezenterki z telewizji. A może była z Krajowego Stowarzyszenia Postępu Ludzi Kolorowych? A może była prawniczką? Wszystkie one w ten sam sposób potrafiły besztać Ednettę Frye, jak jakiegoś głupka z Południa, którego trzeba uświadamiać o jego prawach.
[…]
Ednetta zmarszczyła czoło na znak, że słucha, i powiedziała przytłumionym, jękliwym głosem: Proszę pani, przecież nikt nie spodziewa się sprawiedliwości po tych rasistowskich gliniarzach i prokuratorach. Skończyłoby się na tym, że Sybilla miałaby jeszcze większe kłopoty, więcej by o niej gadali i coraz bardziej grozili. Cała jej rodzina miałaby problem. Już teraz w szkole nauczyciele dziwnie na nią patrzą; ona nie chce tam chodzić i to ja będę za to odpowiadać. Ci biali gliniarze (Bóg jeden wie, ilu ich jest i jak wysoko siedzą) mogą podjechać tu przed nasz dom i ostrzelać nam okna, tak jak w sześćdziesiątym siódmym. Mogliby tak zadręczyć Sybillę, że uciekłaby z domu – w takim jest stanie! Mogą i mnie szykanować. No i Anis, policja ciągle go zatrzymuje, przeszukuje, pyta, gdzie mieszka, gdzie jedzie. I udają, że nie wiedzą, z kim mają, do cholery, do czynienia. Anis powiedział, że pewnego dnia wyciągnie broń i rozwali głowy kilku glinom. Załatwi sobie broń i rozpęta piekło. Prawniczka przez chwilę patrzyła na Ednettę w milczeniu. Pani Frye, to chyba nie jest najlepsze rozwiązanie. Nie można nic takiego robić ani nawet o tym myśleć. Czy pan Schutt to pani mąż? Tak, to mój mąż. Chyba pani nie chce, żeby sprowokował policję? W Red Rock i bez tego panuje wystarczające napięcie. Sugeruję, by pozwoliła pani Krajowemu Stowarzyszeniu Postępu Ludzi Kolorowych zająć się tą sprawą. Zawiozę panią na komendę, nie rejonową, ale główną, przy ulicy Flint, po drugiej stronie rzeki. Myślę, że to lepszy pomysł niż wizyta w komendzie w Red Rock. Tam pani córka wniesie formalne oskarżenie o napaść, ciężkie uszkodzenie ciała i gwałt. Przedstawi dowody ze szpitala. Może ma pani rację – tutejsza policja nie przeprowadzi poważnego dochodzenia. Ale w New Jersey są też inni funkcjonariusze, na przykład ci z policji stanowej. Jeśli to zbrodnia na tle rasowym – a tak bez wątpienia jest, biorąc pod uwagę rasistowskie obsceniczne napisy na ciele pani córki [napisane gównem CZARNA KURWA – KUK KLUX KLANN - przyp. aut.] – powinno się tym zająć FBI.
[…]
Chyba po raz pierwszy ktoś przysłał tu kwiaty. Kiedy Sybilla dostrzegła, że Ednetta osunęła się na fotel, jakby nogi odmówiły jej posłuszeństwa, uspokoiła się i sięgnęła po wizytówkę, która wpadła do zlewu. Mamo, kto to, kurwa, jest ten wielebny Marus C. Mudrick? Czy to nie ktoś tak sławny jak Martin Luther King? Ednetta potakująco skinęła głową. Czego jakiś sławny wielebny chce od ciebie, mamo? Nie ode mnie, Sybilla. Od ciebie. Była zdecydowana odmówić. Ale z jakiegoś powodu się zgodziła. Sybilla powiedziała: „Nie! Kurwa, nie ma mowy, mamo”. A jednak z jakiegoś powodu również się zgodziła. Uzgodniono, że Ednetta Frye i jej córka Sybilla pojadą limuzyną do biura Duszpasterstwa Opieki Stanu New Jersey, które mieściło się w Newark przy Czwartej Ulicy. Prowadzony przez kierowcę ubranego w służbowy strój lincoln town car, czarny i lśniący jak karawan, zawiózł przestraszone matkę i córkę (które wystroiły się jak na niedzielną mszę) do domu z czerwonej cegły, który w dawnych czasach był zapewne miejską siedzibą jakiegoś członka Partii Federalnej.
[…]
Pewnie zastanawiacie się, siostry, dlaczego flaga jest opuszczona do połowy masztu? Jest tak opuszczona na stałe, by upamiętnić tysiące zlinczowanych czarnych kobiet i mężczyzn. Taka jest historia Stanów Zjednoczonych, ta niewypowiedziana historia. To, co ci się przydarzyło, siostro Sybillo, to też rodzaj linczu; różnica polega na tym, że przeżyłaś i możesz wskazać swoich oprawców, i dopilnować, by sprawiedliwości stało się zadość. – Marus Mudrick urwał, widząc, że jego słuchaczki siedzą jak urzeczone. Czy napawał je trwogą? Czy były zawstydzone? Dlatego że przywoływał swoim sposobem mówienia i zachowania coś, o czym zupełnie zapomniały? A może chodziło o zwykłą kobiecą nieśmiałość, niepokój towarzyszący spotkaniu z samcem alfa? Kiedy ktoś traktuje cię niesprawiedliwie i okrutnie, twój instynkt podpowiada ci, by się poddać, nadstawić drugi policzek. Ale takie zachowanie jest sprzeczne z planami, jakie Bóg żywi względem czarnych ludzi. Jezus powiedział: „Nie pokój wam przynoszę, ale miecz”. To jest Jezus, jakiego muszą naśladować czarni. Nasz brat męczennik, wielebny King, dobrze wiedział, podobnie jak Gandhi, że nie można odpowiedzieć siłą na siłę, kiedy twój przeciwnik może cię zabić. Twoja strategia musi być inna, należy postępować pasywnie, bez użycia przemocy. Taki sposób działania nie sprzyjał obrońcom swobód obywatelskich, którzy byli mordowani lub bici na Południu we wczesnych dniach naszej krucjaty. Ale taki był ich sen, który z czasem się ziścił. Śpiewaliśmy, że zwyciężymy, i do pewnego stopnia nam się to udało. Jednak nie można walczyć pasywnie – bez użycia przemocy – z takim wrogiem jak Hitler. Taki człowiek cię zniszczy. Strategie należy modyfikować w zależności od sytuacji i zmieniających się czasów. Lata sześćdziesiąte to była walka, która pod pewnymi względami należy już do przeszłości. W 1987 roku, stawiając czoła przeciwnikowi, zastosujemy inną strategię. Oczywiście niedługo możemy znów zorganizować marsz, możemy znów demonstrować na ulicach, ale na początek musimy wykorzystać przeciwko białym ich własną broń – media.
[…]
Mój brat, poważany prawnik i specjalista w zakresie swobód obywatelskich, Byron Mudrick, będzie pracował razem ze mną przy tej krucjacie w imię sprawiedliwości. Kiedy spotkamy się następnym razem, Byron będzie miał do was kilka pytań. Jeśli Sybilla nie ma ochoty rozmawiać na temat tego wstrząsającego doświadczenia, nie będzie musiała tego robić. Jesteśmy tu po to, by ją chronić, a nie onieśmielać. Wszystkie pytania, na które muszę poznać odpowiedzi, mogę zadać tobie, siostro Ednetto. To wystarczy. Obiecuję osłaniać ciebie i twoją córkę od wszelkiego niebezpieczeństwa. Będziemy nadzorować kontakty Sybilli; jest nieletnia, padła ofiarą gwałtu i nie musi być poddana przesłuchaniom. Nie będzie musiała odpowiadać na pytania policji, składać zeznań ani przysięgać na Biblię. Właśnie tak biali ludzie starają się nas onieśmielić. Odwołamy się do sądu opinii publicznej, a nie do nazistowsko-rasistowskiego sądu świń, w którym czarny nie znajdzie sprawiedliwości, chyba że wydrze ją siłą z dupy białasa. – Z wyczuciem godnym telewizyjnego komika wielebny wypowiedział te słowa z zabawnym akcentem wkurzonego czarnego ulicznika.
[…]
Byron poczuł zawrót głowy, jakby kroczył wąską kładką nad przepaścią. On też miał córki – najstarsza miała szesnaście lat, najmłodsza jedenaście. Ubóstwiał je i drżał o ich bezpieczeństwo, bowiem świat, w którym żyły – mimo pewnego postępu w ostatnich dwóch dekadach – był zdeprawowany i rasistowski. W swojej pracy prawnika często miał do czynienia ze skutkami rasizmu – bezpośrednimi i pośrednimi (ponieważ ofiary nietolerancji, nie mogąc zrozumieć przyczyn swojej niedoli, raniły się nawzajem niczym torturowane i głodzone zwierzęta). Reprezentował niezliczonych klientów, nad którymi znęcali się biali gliniarze – wśród tych spraw bezpodstawne aresztowania były drugorzędnym problemem. Wiedział, jak gliniarze (nie wszyscy, ale wielu) traktowali kolorowe kobiety, które nie mogły się im przeciwstawić. Na myśl, że jego córki mogłyby się stać ofiarami tak strasznej przemocy, robiło mu się niedobrze. Dosłownie. Zadał Marusowi proste pytanie: czy wierzy tej dziewczynie? Marus odpowiedział: tak. Wierzy jej. A mimo to Byron schwycił brata za łokieć. Obok niego był „starszy” i większy z braci Mudricków, Marus, ze swoją gładką, urodziwą twarzą, dostojny jak tłustawy Budda. Byron nachylił się do brata w geście, na jaki mogła sobie pozwolić jedynie najbliższa osoba, i zajrzał mu w oczy. Jesteś pewien, Marus? Tak. Mówi prawdę, jestem tego pewien.
[…]
Dla wielebnego oburzenie stanowiło łatwopalne paliwo, które wzniecało podobne uczucie u jego słuchaczy. Rozemocjonowanym, drżącym głosem opisywał „nazistowsko-rasistowskie białe okropności”, które w poprzednim miesiącu spadły na „czarne dziecko, Sybillę, kiedy wracała ze szkoły do domu” w Pascayne w stanie New Jersey, czego nigdy nie opisano w żadnej gazecie ani nie poinformowano o tym w żadnym programie informacyjnym. „Bezwstydne tuszowanie faktów”, „bojkot białych”, „kneblowanie prawdy” na polecenie z samej góry. „Niektórzy mówią nawet o tym, że gubernator New Jersey jest w zmowie z szefami policji z Pascayne i policji stanowej”. Niczym zielonoświątkowy kaznodzieja, na przemian gwałtowny i wyciszony, namiętnie gestykulował upierścienionymi dłońmi, a w wielkich czujnych oczach pojawiały się łzy. Wielebny Marus Mudrick nie przestawał zaskakiwać i roznamiętniać słuchaczy, aż Sybilla, szlochając, ukryła twarz w dłoniach, a pani Frye zaczęła ją pocieszać, tak jak pociesza się małe dziecko. Wszystkie spojrzenia skoncentrowały się na nich – kochającej, opiekuńczej matce i dotkniętej nieszczęściem, znieważonej córce. Wśród widzów było kilku fotografów, których zachęcano do robienia zdjęć. Być może niektórzy słuchacze dziwili się, że dziecko, ofiara gwałtu, zostało wystawione na widok publiczny i tak fotografowane, ale nikt nie zwrócił na to uwagi ani tym bardziej nie zaprotestował. To, co miało być ukryte, będzie teraz ujawnione.
[…]
Nie rozumiesz, bracie. Jestem przywódcą. Ludzie zwracają się do mnie po nadzieję i ja im ją daję. Krucjata Sprawiedliwości dla Sybilli Frye jest tylko jednym z rozdziałów w heroicznym życiu Marusa Mudricka. Być może ważnym rozdziałem, a może i nie. Nie wiemy jeszcze, jak daleko nas to zaprowadzi. Jak to nas? A co z dziewczyną? Jest uosobieniem tego, jak bezczeszczą i upokarzają czarnych. Ta dziewczyna to idealna czarna ofiara. Cóż, jeśli wkrótce nie dostarczy nam więcej informacji i nie opisze dokładniej swoich napastników, niewiele będziemy w stanie zrobić dla tej idealnej czarnej ofiary. Jej matka popełniła straszny błąd, zabierając ją ze szpitala przed dokończeniem badań. Nie udało się potwierdzić gwałtu.
[…]
Powiedział im, że tu nie jest bezpiecznie. W wynajętym zniszczonym szeregowym domu przy Trzeciej Ulicy. W piętrowym bliźniaku, gdzie zamieszkała z Anisem Schuttem tuż przed tą aferą w klinice Polk, po której musiała odejść z pracy i zwrócić pieniądze, chociaż ich nie ukradła (Sybilla była wówczas malutka). „Te szczęśliwe czasy. O Boże”. W Red Rock, w dzielnicy, w której mieszkała przez całe życie, też nie było bezpiecznie. Tam, gdzie mieszkali jej przyjaciele i rodzina. I Anis Schutt. Wielebny wyjaśnił ponuro: chodzą słuchy, że policja z Pascayne zamierza zlikwidować ją i jej córkę. Możliwe, że chcą to zrobić przed świętami Bożego Narodzenia. Jeśli kobiety pozostaną w swoim domu, będą jak żywe tarcze – przyjedzie snajper z jednostki SWAT, po cywilnemu, i nawet się nie zorientują, kiedy to się stanie.
[…]
Byli na trzecim piętrze ratusza w Pascayne, w departamencie do spraw rodziny. Tego ranka, czternastego grudnia 1987 roku, Sybilla Frye siedziała za stołem w pokoju przesłuchań i składała oficjalne zeznanie przed funkcjonariuszką policji z wydziału do spraw nieletnich w Pascayne. Zidentyfikowała żółtowłosego gliniarza, który ją zgwałcił i brał udział w pobiciu czwartego października 1987 roku. Sybilla nie była pewna, gdzie doszło do napaści. Byron Mudrick uczulił ją, by mówiła, że najprawdopodobniej trzymano ją w jakimś pojeździe przypominającym furgonetkę policyjną. Pojazd nie przemieszczał się daleko, przez większość czasu stał gdzieś zaparkowany. (Byron Mudrick wyjaśnił Sybilli, że chodzi o ustalenie jurysdykcji. „W przeciwnym wypadku będą mogli twierdzić, że przestępstwa nie dokonano w tym hrabstwie, i zwalić winę na kogo innego”). Oprócz Byrona i Sybilli w pokoju byli jeszcze jej matka Ednetta i wielebny Marus Mudrick. Siedzieli z tyłu, pod ścianą pomieszczenia bez okien. Byron Mudrick, który był doradcą prawnym Sybilli, dużo lepiej wpływał na jej samopoczucie niż wielebny Mudrick, który (jak jej się wydawało) nigdy na nią nie patrzył. Byron mówił łagodnie, uśmiechał się tak, jak powinien to robić jej prawdziwy tata, gdyby kiedykolwiek go znała. (Anis Schutt, jej ojczym, miał uśmiech twardy jak stal. Nigdy nie miała ochoty patrzeć na ten grymas, w którym odsłaniał żółte zęby). Sybilla była taka wdzięczna Byronowi Mudrickowi! Nalegał, aby jego „młodociana klientka” spotkała się z funkcjonariuszami policji i prokuratorem okręgowym hrabstwa Passaic w biurze ratusza, a nie w komendzie głównej policji, która znajdowała się po drugiej stronie ulicy, żeby uniknąć koszmarnego scenariusza – przecież ofiara gwałtu może przypadkowo natknąć się na innych, niezidentyfikowanych jeszcze napastników.
[…]
Adwokat Byron Mudrick zadeklarował w wywiadzie dla lokalnej stacji telewizyjnej: „Moja klientka jest gotowa przejść próbę na wariografie i ujawnić przed światem spisek, który zawiązano przeciwko niej. Ale tylko jeśli test zostanie przeprowadzony uczciwie i obiektywnie, a nie pod dyktando rasistów. A to niełatwe w Pascayne”. Ednetta powiedziała Sybilli, że wszystko będzie dobrze. Nikt nie zażąda od niej, by podłączona do przewodów elektrycznych poddawała się jakimś paskudnym testom. Obie, matka i córka, zaczynały rozumieć sposób mówienia prawników – kiedy mówili coś publicznie, niekoniecznie musiała to być prawda. Fakt, że prawnik powiedział coś otwarcie, świadczył (najprawdopodobniej), że nie mówi szczerze. Wielebny Mudrick zabronił im oglądać w telewizji wywiady, których udzielał z Byronem (chyba że specjalnie wyrazi na to zgodę). Jednak pewnego popołudnia pod koniec stycznia Sybilla zobaczyła przypadkiem braci Mudricków rozmawiających o Krucjacie w jednym z nowojorskich kanałów. Poczuła się oszołomiona i zakręciło się jej w głowie, kiedy usłyszała, jak wymieniają jej nazwisko. I to tyle razy. I jeszcze te fotografie, jej i Jerolda Zahna… (W tym czasie Sybilla już uwierzyła, że dwudziestosiedmioletni Jerold Zahn był tym żółtowłosym gwałcicielem). Nie była przygotowana, że padnie pełne wątpliwości pytanie: „Dlaczego ktoś miałby uwierzyć waszej klientce lub wam? Policja twierdzi, że nie było badania na okoliczność gwałtu, nie ma dowodów, że do niego doszło”.
[…]
W pewnej chwili w dramatycznym geście podarł „niegodny dowód szantażu, pozew wystawiony przez urząd prokuratora okręgowego w celu zastraszenia jego i jego brata, adwokata Byrona”. Kiedy przyjechali dziennikarze i ludzie z telewizji, którzy nie zdążyli na to przedstawienie, wielebny Mudrick powtórzył je dla nich – podarł inną kartkę papieru i rozsypał jej kawałki na wietrze. Został nagrodzony oklaskami przez część (czarnoskórych) dziennikarzy, kiedy napiętnował „kłamliwą, ohydną, brudną, nieuczciwą zmowę nazistowsko-rasistowsko-białej policji z Pascayne i prokuratury hrabstwa Passaic, mającą na celu ukrycie przed opinią publiczną tożsamości gwałcicieli Jerolda Zahna i Julia Ramosa. Mataczą, chcą ukryć nikczemne porwanie, pobicie i zgwałcenie młodej czarnej dziewczyny, którą pozostawiono na pewną śmierć w brudnej fabrycznej piwnicy po drugiej stronie rzeki”. W mroźnym powietrzu z ust wielebnego Mudricka wydobywały się obłoczki pary. Między zgromadzonymi ludźmi, wśród których byli też biali, znaleźli się i tacy, którzy kwestionowali słowa wielebnego ostrzej niż zazwyczaj. Jeden z nich, wysoki, biały, potargany awanturnik w brudnej kurtce z kapturem, kilka razy starał się przerwać wielebnemu, oskarżając go, że podżega do nienawiści rasowej i bogaci się na tym. Krzyczał: Pamiętaj, co się stało z wielebnym Martinem Lutherem Kingiem! Jak się nie zna własnego miejsca, to trzeba za to zapłacić, wielebny Marusie Mudricku! Pewnego dnia, być może – powtarzam, być może – to ty będziesz musiał zapłacić…
[…]
Dziewczyno, otwórz oczy, spójrz na mnie. Musiała być z tym chłopakiem, to pewno dlatego. Z tym Jayceem Handlerem, o którym bez przerwy gada. Ten chłopak, który szturcha jej córkę w żebra, jakby to był jakiś dobry dowcip. Anis nie lubi, jak dziewczyna wagaruje, i ludzi, z którymi się zadaje. Mówił, że w końcu zajdzie w ciążę. „Netta, nie żartuję. Jeśli ta dziewczyna okryje nas hańbą, nie będzie nam do śmiechu, wiesz o tym”. Ludzie nie wiedzieli, że Anis poważnie traktował rodzinę. Przejmował się dziećmi. Patrzył na Ednettę, jakby wyrządzała Sybilli krzywdę, bo nie potrafiła nad nią zapanować. Powiedziała Anisowi, że chłopak siedzi w więzieniu; tak myślała, słyszała, że zamknęli go w Mountainview. Mówiono, że może nie wyjdzie stamtąd żywy, bo ma tam wrogów. Ale tak się nie stało. Zamiast tego Sybilla pojechała do Jayceego z jego siostrą Shirley, a Ednetta nic o tym nie wiedziała. Dziewczyna ma dopiero czternaście lat! No tak, niedawno miała urodziny, czyli już piętnaście. Ednetta dowiedziała się o odwiedzinach (poniewczasie), powinna więc była się domyślić, że Anis też o tym wie. Co gorsza, Sybilla nie przyszła na noc do domu, bo bała się Anisa, a kiedy wróciła z podkulonym ogonem, popiskując jak bezpański pies, już na nią czekał. Wiedziała, że musi ją ukarać. Ostrzegała ją nieraz, tak jak i inne dzieci, że jak nie będą go szanować, to spotka je kara. Ta jej najstarsza córka ciągle pyskowała za jego plecami, nawet jak nic nie mówiła, tylko milczała, ale on dobrze o tym wiedział. Ten jej zez, jakby bez przerwy z niego szydziła. „Pierdol się, ty dupku, gówno cię obchodzi, co robię”. To nie była wina Anisa, to ona go sprowokowała. Ednetta była przekonana, że właśnie tak to się stało. Sybilla dygotała w ramionach matki.
[…]
[po udanym zamachu nożownika na pastora Marusa Mudricka w rolę kolejnego „opiekuna” Sybilli wcielił się prorok czarnych - Czarny Książę Leopald Quarrquan - który stworzył „sektę” swoich wyznawców – przyp. aut.]
„Tym samym chrzczę cię w imieniu Proroka i nadaję imię Aasia Muhammad”. Klęczała na ołtarzu Pierwszej Świątyni Królestwa Islamu w Newark w New Jersey, a Czarny Książę przyjmował ją na łono jej nowej wiary. Drżała i ledwo ośmielała się oddychać, oczy utkwiła w posadzce, wpatrywała się w stopy Czarnego Księcia, niewielkie, obute w skórzane trzewiki, które wystawały spod skraju białej jedwabnej szaty. Ceremonia w świątyni była długa. Nieliczne zgromadzenie wiernych szeptało modlitwy i wypowiadało stosowne formuły w języku, którego nie rozumiała, ale który ją zachwycił. Kilka razy zakręciło się jej w głowie, pewnie z powodu postu i dlatego, że poprzedniej nocy spała tylko kilka godzin. No i z podniecenia. Tak jak stałaś się teraz Aasią, tak też jesteś i nadzieją. Jesteś teraz naczyniem nadziei.
[…]
W więzieniu zmienił imię. Odrzucił stare, „białe” imię i przyjął nowe, pochodzące z czarnej Afryki – Leopaldo Quarrquan. Każdego dnia wstawał o świcie, a w zimie znacznie przed świtem, nigdy nie później niż o szóstej rano. Przestrzegał ścisłej diety; jadł niewiele: owoce, jarzyny i zboża. Brzydziła go sama myśl o wieprzowinie czy innym nieczystym pożywieniu, jak chociażby owoce morza. Nie tolerował narkotyków i większości leków – by je przyjmować, wierni musieli prosić o specjalne pozwolenie. Nie pił alkoholu ani nawet napojów gazowanych, które były też zabronione dla jego wyznawców, nie uznawał kostek lodu do schładzania płynów. Żył jak asceta i często się modlił – rozciągał się na ziemi na swoim modlitewnym dywaniku i całkowicie zatapiał się w modlitwie. Robił to z taką gorliwością, że wpadał w trans i nikt nie śmiał zbliżyć się do niego w tych świętych dla niego chwilach. Był konsekrowanym wojownikiem Boga: twierdził, że miał wizję, w której sam Prorok włożył mu w dłoń miecz pobłogosławiony przez Allacha. Czarny Książę nie mógł się ożenić, pogardzał bowiem „zwierzęcym życiem”. Nie był zwykłym obywatelem, „cywilem”, nie płacił podatków – ani federalnych, ani stanowych – bo nie miał żadnych dochodów. Jakakolwiek współpraca ze świeckim rządem była sprzeczna z porządkiem ustanowionym przez Królestwo Islamu. By uniknąć aresztowania i szykan ze strony izby skarbowej, zeznania podatkowe Leopalda Quarrquana wypełniał i wysyłał jeden z jego adiutantów. Pieniądze, którymi dysponowało Królestwo Islamu, pochodziły prawie wyłącznie z dziesięciny płaconej przez wiernych; tylko czasami wpływały większe sumy od czarnych celebrytów, sportowców i biznesmenów. Nawet czarni niebędący wyznawcami Królestwa Islamu wspierali je pieniężnie, zwłaszcza mieszkańcy tych okolic, gdzie miało ono wpływy i władzę i gdzie prowadzenie małego biznesu mogło zależeć od jego przychylności.
[…]
Anis zobaczył, że w bocznych uliczkach gliny wznoszą barykady. Jeśli chciało się przejść przez ulicę, trzeba było obejść cały budynek. Ale gliniarze i tak wrzeszczeli na przechodniów. Jeśli rodziny przypadkowo się rozdzieliły, zabraniali nawet małym dzieciom prześlizgnąć się przez barykadę. (Anis widział płaczące maluchy i ich matki po przeciwnej stronie zasieków. Poczuł niesmak – taka kobieta musi być cholernie głupia, pijana albo naćpana, żeby wyprowadzać dzieci na ulicę w takiej chwili). To było normalne w Red Rock i Pascayne. Jeśli nie zniszczysz miejsca, w którym mieszkasz, nie zdemolujesz go i nie spalisz, nikt za cholerę o ciebie nie zadba. Ale jeśli to zrobisz, będziesz musiał mieszkać w gruzach. Nie da się wygrać, Anis dobrze o tym wiedział. Marsz Dziesięciu Tysięcy szedł w imię sprawiedliwości, ale także, by uczcić to, że jego uczestnicy są czarni. Anis nie mógł powstrzymać się od śmiechu; bawiło go, że niektórzy ludzie wierzyli w cokolwiek. Żałował, że przegapił początek marszu. Domyślał się, że Czarny Książę i jego ogoleni na łyso ochroniarze są na czele pochodu. Może i Sybilla maszerowała razem z nimi? W białych kobiecych szatach i tej muzułmańskiej chuście na głowie? Jeśli tak, to pewnie obok niej były te ubrane na biało siostry. Ale nie Ednetta, ją przegonili. Gdyby Anis czekał na nią na chodniku, musiałaby przejść tuż obok niego, inaczej nie byłby pewien, czy to ta sama dziewczyna. Takie były zwyczaje Królestwa Islamu, kazali swoim kobietom ubierać się „skromnie”. Domyślał się, że nawet nie podniosłaby na niego oczu, tak jak na żadnego innego mężczyznę stojącego na chodniku. „Sybilla, nie chciałem cię tak bardzo skrzywdzić. Wiesz o tym.
[…]
Te i wiele innych spraw obudziły w nim gniew. Był jak małe niebieskie kółeczko płomyków na palniku kuchenki, które – kiedy gwałtownie przekręciło się kurek do oporu – przemieniały się w buchające, gorące żółte płomienie. Rozmawiał z kimś, nie pamiętał, to mogła być Netta albo ktoś nieznajomy, albo kumpel w pracy, albo może jedno z dzieciaków, ale sposób, w jaki ta osoba skrzywiła się czy wytarła nos… Anis zrozumiał, że coś się dzieje. Sybilla zawsze starała się prześlizgnąć obok niego, przesunąć się bokiem na schodach i to wystraszone zezujące spojrzenie, to jej dziwaczne lewe oko sprawiło, że wpadł we wściekłość. Dolała oliwy do ognia, kiedy zachichotała, żeby pokazać mu, że się go nie boi. A przecież się bała. Wkurwiło go, że jego pasierbica i reszta dzieciaków bały się go jak wcielonego diabła, a on przecież starał się być dla nich miły. Cholera, musiały wiedzieć, słyszał, jak Netta im mówiła, że to Anis utrzymuje dom, ale bały się go bez względu na to, czy był dla nich miły, czy pijany w trupa i miał ochotę roztrzaskać je o ścianę. Za każdym razem, kiedy wsiadał do samochodu i jechał, nie przekraczając dozwolonej prędkości, bo nie chciał, żeby gliniarze go zatrzymali, widział ich, widział śledzące go bez przerwy oczy glin. „Pierdolony czarnuch, nie ma jaj, żeby nas zamordować. Myśli, że o niczym nie wiemy”. Wyśmiewali się otwarcie z Anisa i innych czarnych na ulicach. Gliniarzy jarało, że ich nienawidzą, podniecało ich, że mieszkańcy Red Rock marzą o tym, by ich pozabijać, ale nikt nie ma dość odwagi.
[…]
Jedno było jasne: musi zabić wroga. Ale jeżeli zabije jednego wroga, a reszta pozostanie przy życiu, to oni zabiją jego. Anioł Gniewu ochrzanił go za tchórzostwo. Mamrotał do siebie i przeklinał, kiedy wrzucał cuchnące śmieci na pakę ciężarówki. Miał tak wściekłą minę, że reszta mężczyzn wolała się trzymać z daleka od Anisa Schutta. Zobaczył radiowóz na ulicy i znieruchomiał. Zacisnął palce w śmierdzących rękawicach, tak bardzo chciał schwycić ich za gardło. Umysł miał zaćmiony. Wpadł wczoraj do pubu Blue Star, a potem obudził się gdzie indziej. Z powrotem do śmieciarki. Ten fetor, nawet zimą, kiedy śmieci zamarzały! Niczym nie dało się zabić tego smrodu, przesiąkały nim włosy, ubrania i płuca. Kiedy zobaczył wtedy radiowóz, bał się, że zemdleje. Już raz wypadł z ciężarówki na ulicę, ludzie krzyczeli do kierowcy, żeby się zatrzymał, podnieśli go na nogi, ledwo co widział, jakby ktoś oślepił go migającym światłem, ale zebrał się w sobie i powiedział, że nic mu nie jest. „Jezu, pomóż mi, muszę zabić kilku z nich. Bo inaczej oni zabiją mnie i moje dzieci. Jezu, daj mi znak. Jak mogę to zrobić, by uspokoić swoje serce?”.
[…]
Biali gliniarze leżeli na ziemi. To się stało w mgnieniu oka. Anis uniósł broń w geście triumfu i ekstazy, celował do każdego, kto się zbliżał; wystrzelił już ostatnią kulę, ale ciągle naciskał na spust, przesuwając pusty bębenek, i nawet kiedy sam został trafiony, nie widział, gdzie podziała się ta ostatnia kula. Z zamkniętymi oczami przeczołgał się po chodniku za maskę swojego samochodu. Wszystko się pomieszało, wydawało mu się, że jest na końcu ślepej uliczki Ventor, tej nad rzeką; może uda mu się dopełznąć do doków, pełno tam niezłych kryjówek, wszyscy chłopcy dobrze je znali; schowa się w jednej z tych wielkich rur, w które wślizgiwał się, gdy był mały; nie jest zbyt długa, widać prześwitujący po drugiej stronie przyćmiony krąg światła, można się tam schować. Ciągle do niego strzelali! Wrzeszczeli na niego i do siebie, w ich krzykach nie było słów, jedynie czysty dźwięk, jak ryk rozwścieczonych zwierząt. Rewolwer wypadł mu z ręki. Ciągnie za sobą tę bezużyteczną nogę, a ma złamany kręgosłup. Muskularne ramiona, potężny kark. Otoczyli go półkolem, strzelają; przykucnęli, każdy celuje, żeby zabić. Przycisnął twarz do oberwanej drucianej siatki ogrodzenia, a jego tułów i wyciągnięte ramiona… To był koniec Ventor, nie mógł już pełznąć dalej, nie przedostanie się do doków, nad rzekę, do wielkich pustych rur. Anis Schutt umrze tutaj, rozciągnięty na zardzewiałym ogrodzeniu jak zwierzę, które odczołgało się od stada, by umrzeć pośród zesztywniałych, podartych gazet, resztek styropianu, śmieci schwytanych w drucianą sieć ogrodzenia. Ale nawet tam czekał, aż ktoś postawi mu but na karku. „Napastnik trafiony! Wykończcie go”.
Joyce Carol Oates, Ofiara
Obyczajowa powieść Joyce Carol Oates – amerykańskiej pisarki, eseistki i poetki przenosi nas do Stanów Zjednoczonych, tej Ameryki prowincjonalnej położonej w stanie New Jersey na północno-wschodnim wybrzeżu, generalnie w koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Nastoletnia uczennica Sybilla Frye zostaje brutalnie zgwałcona i sponiewierana przez rasistowskich „stróżów porządku” w środowisku „białej” większości, w obojętnej ciżbie ludzkiej wciąż wrogiej „kolorowym” mniejszościom etnicznym. Na kanwie, której późniejsze i coraz bardziej dramatyczne wydarzenia w powieści ledwie nam podszeptują, że w oczach drugiego człowieka prawie zawsze jesteśmy masą co plastycznie w rękach niecierpliwych ma osobowość jedynie niedoskonałą…