10.05.2024

„Był kimś
w-pół-drogi, defektem zaklinowanym
gdzieś
między narodzeniem a wiekiem dojrzałym.”
„Postęp niweczy dźwięki.”
„Jeśli nie czytasz, jesteś kompletnie uwięziony.”
[…]
[STARSZY BRAT] Kiedyś w pewnej rodzinie przyszło na świat dziecko nieprzystosowane do życia. Sformułowanie to, choć niezbyt ładne, trafnie oddawało rzeczywistość wiotkiego ciała i wędrującego, pustego spojrzenia. Wyrażenie „dziecko z wadą” nie oddawałoby sensu, podobnie jak „zdeformowane”, ponieważ kategorie te odnoszą się do przedmiotu, który nie nadaje się do użytku, prędzej na złom. Słowo „nieprzystosowane” oznacza, że dziecko, pozostając poza schematem funkcjonalnym (ręka służy do chwytania, nogi do przemieszczania się), istniało w obrębie życia innych osób – nie do końca w to życie włączone, jednak mimo wszystko w nim uczestniczące, niczym cień w rogu obrazu, który wydaje się intruzem, a przecież realizuje wolę malarza. Z początku rodzina nie zauważyła nic niepokojącego. Niemowlę było nawet bardzo ładne. Matka przyjmowała wizyty znajomych z wioski lub z okolicznych miasteczek. Trzaskały drzwiczki samochodów, goście wyłaniali się z kabin, ostrożnie stawiając chwiejne kroki. Do osady prowadziły wąskie, kręte drogi. Żołądek podchodził do gardła. Niektórzy spośród przyjaciół mieszkali całkiem niedaleko, jednak w górach „niedaleko” nie znaczy nic. Przemieszczanie się z jednego miejsca na drugie wymagało wjeżdżania wysoko, a następnie zjeżdżania. Góry narzucały kołyszący rytm. Na podwórzu domostwa można było mieć czasem wrażenie, że otaczają cię ogromne nieruchome fale zwieńczone zieloną pianą. Kiedy zrywał się wiatr i targał drzewami, brzmiało to jak pomruki oceanu. Podwórze zaś przypominało chronioną przed burzami wyspę. Prowadziły na nie ciężkie, prostokątne drewniane wrota nabijane czarnymi ćwiekami. Specjaliści twierdzili, że pochodzą z czasów średniowiecza i prawdopodobnie zostały wykonane przez przodków obecnych mieszkańców, którzy w tamtej epoce osiedlili się w Sewennach.
[…]
Po trzech miesiącach zauważono, że dziecko nie gaworzy. Przez większość czasu leżało cichutko, chyba że płakało. Czasem można było uchwycić uśmiech, zmarszczenie brwi, westchnienie po wypiciu butelki mleka, drgnięcie, kiedy gdzieś trzasnęły drzwi. I to wszystko. Płacz, uśmiech, grymas, westchnienie, drgnięcie. Nic poza tym. Nie kręciło się. Leżało spokojnie. Nieruchomo – myśleli rodzice, nie mówiąc tego głośno. Nie reagowało na twarze, zawieszone zabawki, grzechotki. Przede wszystkim ciemne oczy nie zatrzymywały się na niczym. Wydawało się, że pląsają swobodnie, po czym spojrzenie uciekało w bok. Źrenice obracały się, jakby śledziły lot niewidzialnego owada, by za chwilę znowu zawisnąć w pustce. Dziecko nie widziało mostu, obu wysokich domów ani podwórza, które od drogi oddzielał bardzo stary mur z rudych kamieni – stał tam od zawsze, tysiąc razy niszczony przez burze albo tabory, tysiąc razy odbudowywany. Nie patrzyło na szorstką skórę gór i ich grzbiety porośnięte niezliczonymi drzewami, między którymi płynął potok. Oczy dziecka ślizgały się miękko po krajobrazie i ludziach. Nie zatrzymywały się na niczym. Pewnego dnia, kiedy dziecko leżało ułożone w leżaczku, matka uklękła. Wzięła pomarańczę. Powoli przesunęła przed nim owoc. Wielkie czarne oczy nic nie dostrzegły. Patrzyły na coś innego. Trudno powiedzieć na co. Matka znów przesunęła pomarańczę, kilka razy. Miała dowód na to, że dziecko widzi źle albo nie widzi wcale. Nikt nie wyobrazi sobie drżenia, jakie przebiega w takim momencie przez serce matki. My, snujące tę opowieść rude kamienie z podwórza, czujemy się przywiązane do dzieci. O nich chcemy mówić. Tkwiąc w murze, oglądamy z góry ich życie. Od tysiącleci jesteśmy świadkami. O dzieciach zawsze się w opowieściach zapomina. Zagania się je jak owieczki, odsuwając na bok, bardziej niż chroniąc. Tylko dzieci bawią się kamieniami jak zabawkami. Nadają nam imiona, bazgrzą na nas, pokrywają nas rysunkami i napisami, malują, przyklejają nam oczka, buzie, włosy z trawy, puszczają nami kaczki, robią z nas bramki albo budują domki i układają tory kolejowe. Dorośli wykorzystują nas do praktycznych celów – dzieci przeobrażają. Dlatego czujemy się do nich głęboko przywiązane. To kwestia wdzięczności. Jesteśmy im winne tę opowieść – każdy dorosły powinien pamiętać, że ma dług wobec dziecka, którym był.
[…]
Brat – starszy – i siostra. Ciemnowłosi, o czarnych oczach, jakżeby inaczej. Chłopiec, spoglądający z wysokości swoich dziewięciu lat, siedział wyprostowany, nieznacznie wypinając pierś. Miał chude mocne nogi tutejszych dzieciaków, całe w strupach i sińcach, nogi, które wiedziały, co to wspinaczka i zadrapania żarnowcem. Instynktownie położył rękę na ramieniu siostry, jakby ją chciał ochronić. Był pewny siebie, ale cecha ta wynikała bezpośrednio ze wzniosłego, romantycznego ideału, który nad wszystko kładzie wytrzymałość, i to odróżniało ową pewność siebie od zadufania. Bezkompromisowy, czuwał nad swoją młodszą siostrą, narzucał sprawiedliwe reguły postępowania licznym kuzynom, a od kolegów wymagał odwagi i lojalności. Wobec tych, którzy nie podejmowali żadnego ryzyka albo mieli jakieś wyjątkowo niskie notowania na jego wewnętrznym mierniku tchórzliwości, nabierał wzgardy, i to nieodwołalnie. Skąd brała się ta jego siła, nikt nie umiałby odpowiedzieć; może to góry wyrobiły w nim swego rodzaju twardość. Nieskończenie wiele razy mogłyśmy się o tym przekonać: ludzie są przede wszystkim dziećmi określonego miejsca i często to właśnie ono jest jakby zapleczem rodzinnym.
[…]
Bardzo szybko rodzice zauważyli, że dziecko nie ma napięcia mięśniowego. Główka opadała mu jak noworodkowi. Zawsze trzeba było ją podtrzymywać. Rączki i nóżki leżały nieruchomo całkiem niewładne. Zagadywane, nie wyciągało rączek, nie reagowało, nie próbowało się porozumieć. Brat i siostra mogli nie wiem jak grzechotać, pokazywać niezliczone kolorowe zabawki – po nic nie sięgało, leżąc ze wzrokiem skierowanym gdzieś w bok. Nieprzytomny, z otwartymi oczami – wyjaśnił Młodszej Siostrze Starszy Brat. To się nazywa martwy – podsumowała rezolutnie dziewczynka, choć miała dopiero siedem lat. Pediatra uznał, że stan dziecka nie wróży nic dobrego. Zalecił tomografię głowy pod okiem wybitnego specjalisty. Trzeba było umówić się na wizytę – opuścić dolinę, by udać się do szpitala. Tam gubimy ich trop; w mieście nikt nie potrzebuje kamieni. Ale możemy sobie wyobrazić, jak rodzice parkują samochód, potem, minąwszy drzwi automatyczne, wycierają starannie buty na długiej macie. W poczekalni, przestępując z nogi na nogę na szarym linoleum, czekają na profesora. Profesor zjawił się, wskazał im gabinet. W ręku miał zdjęcia. Poprosił, żeby usiedli. Jego głos brzmiał łagodnie, kiedy wypowiadał nieodwołalny werdykt. Dziecko będzie rosło, tak. Ale pozostanie niewidome, nie będzie chodzić ani mówić, a kończyny nie będą mu posłuszne, ponieważ mózg nie przekazuje tego, co powinien. Będzie umiało płakać czy pokazać, że jest mu dobrze, ale nic ponadto. Pozostanie na zawsze noworodkiem. A właściwie niezupełnie na zawsze. Głosem, w którym było jeszcze więcej macierzyńskiego ciepła, profesor wyjaśnił rodzicom, że u takich dzieci przewidywana długość życia wynosi niecałe trzy lata.
[…]
Od tej pory wszystko, co ich czekało, miało im przysparzać cierpienia, a to, co znali przedtem, również, tak bardzo żal za beztroską potrafi człowieka pognębić. Znajdowali się zatem na krawędzi, między czasem zamkniętym a straszliwą przyszłością, przy czym i jedno, i drugie przydawało ich bólowi ciężaru. Każde musiało sięgnąć do pokładów dzielności w sobie. Oboje trochę umarli. Gdzieś w głębi ich serc ludzi dorosłych zgasło jakieś światełko. Siedli na moście nad rzeką ze splecionymi dłońmi, każde samotnie i jednocześnie razem. Pod ich stopami ziała pustka. Siedzieli spowici w odgłosy nocy, jak ktoś, kto zarzuca na siebie płaszcz, żeby się ogrzać albo zniknąć. Czuli lęk. Przypłynęły pytania: „Dlaczego my?”. A także: „Dlaczego on, nasz maleńki?”. I oczywiście: „Jak sobie poradzimy?”. Góry objawiały swoją obecność w szumie wodospadów, wiatru, locie ważki. Zbudowane były z łupka, kamienia tak kruchego, że nienadającego się do obróbki. Tworzącego osuwiska. Zazdrość budziła diamentowa twardość granitu czy bazaltu, w położonej bardziej na północ części regionu, albo chłonna porowatość tufu, bliżej Loary. A jednocześnie któż mógł prezentować tyle odcieni ochry? Jaki kamień inny niż łupek sprawiał wrażenie tak nietrwałego, o krok od rozpadnięcia? Albo to bierzesz, albo odchodzisz. Mieszkać tam oznaczało znosić chaos. I teraz, siedząc na moście, rodzice poczuli, że muszą zastosować tę logikę do swojego życia.
[…]
Po wakacjach wrócili do szkoły, spotkali się z kolegami i koleżankami i organizując czas w rytmie wyjść do szkoły i powrotów do domu, zaczęli wieść życie równoległe. I tak święta Bożego Narodzenia minęły niczym niezakłócone. Dla owych rodzin z gór był to ważny moment. Znów trzaskały drzwiczki samochodów; domostwo stawało się miejscem, w którym spotyka się cała dolina. Goście wchodzili na podwórze ostrożnie, po zamarzniętych łupkach, niosąc w torbach wiktuały. Radosne okrzyki zostawiały w powietrzu leciutką mgiełkę. Czerń nieba przybrała odcień metaliczny. Wcześniej dzieci rozwiesiły nad nami sznury kolorowych żaróweczek mających wskazywać drogę; na ziemi ustawiły kaganki. Potem ciepło okutane poszły z latarkami w góry, rozmieszczać w różnych punktach świeczki od podgrzewacza, żeby Święty Mikołaj widział z nieba, gdzie ma wylądować. Ogień raźno trzaskał w kominkach – najmłodszym nie przychodziło do głowy, że może kiedykolwiek zgasnąć. Piętnaście osób tłoczyło się w kuchni, przygotowując gulasz z dzika, terriny [popularna we Francji potrawa, składająca się z różnych mięs z dodatkiem przypraw, ziół i pistacji, zazwyczaj z brandy, którą miesza się z surowym mięsem – przyp. aut.], tarty cebulowe. Babcia ze strony mamy, drobna, ubrana w satynę, wydawała dyspozycje. Przy obwieszonej ozdobami choince kuzyni wyciągali flety poprzeczne i wiolonczelę. Odchrząkiwali, podawali ton. Wielu śpiewało w chórze. Mało kogo można było nazwać pobożnym, niemniej wszyscy znali protestanckie pieśni. Najmłodszym tłumaczono, że – inaczej niż twierdzą katolicy (przez starszych wujków nazywani jeszcze papistami) – nie istnieje piekło, że aby się zwracać do Boga, nie potrzeba księdza, i że należy zawsze zadawać sobie pytania o wiarę. Pomarszczone kuzynki dodawały, że dobry protestant dotrzymuje danego słowa, potrafi znosić ból bez narzekania i nie opowiada o sobie zbyt wiele. „Uczciwość, wytrzymałość, skromność” – podsumowywały, patrząc na dzieci, które bynajmniej nie patrzyły na nie.
[…]
Braciszek był skupiony na czymś odległym, opartym na rytmie, którego nikt nie potrafił przeniknąć. Starszemu Bratu to odpowiadało. Będzie jego oczami. Będzie opisywał mu łóżko i okno, białą pianę potoku, w tle góry, a bliżej wyłożone granatowymi płytkami podwórze, drewniane drzwi, stare mury i nas, kamienie, nasz miedziany poblask, kwiaty wyłaniające się z brzuchatych donic o uchwytach podobnych do uszu. Przy Braciszku odnajdywał w sobie cierpliwość. Przez długi czas chłód w zachowaniu najlepiej pomagał mu opanować lęk. Lubił prowokować zdarzenia, żeby nie musieć na nie czekać. Inni szli za nim urzeczeni tym jego czystym, wolnym od wahań impetem. W rzeczywistości do tego stopnia obawiał się wystawienia na łaskę jakiejś rzeczy, że wolał sam to inicjować. I tak – zamiast bać się zgrai na dziedzińcu szkolnym w czasie przerwy, całkowitej ciemności nocy w górach czy napaści karlików – przejmował nad tym kontrolę. I rzucał się w tłum, w noc, pod sklepienie jaskini zamieszkanej przez karliki, które miotały się na wszystkie strony wystraszone wtargnięciem intruza.
[…]
Kochał nade wszystko niezmąconą dobroć, pierwotną niewinność Braciszka, który miał przebaczenie w naturze: przecież nikogo nie oceniał. Jego dusza nie znała w najmniejszym stopniu okrucieństwa. Zadowolenie sprowadzało się do prostych rzeczy: być czysty, syty, mieć miękką fioletową piżamkę, czuć pieszczotę. Starszy Brat zrozumiał, że ma przed sobą obraz niewinności. Odkrycie to nim wstrząsnęło. Przy Braciszku nie starał się już poganiać życia, w obawie że mu ucieknie. Życie trwało, w zasięgu oddechu, nie budziło ani lęku, ani chęci walki, po prostu było. Z czasem nauczył się rozumieć płacz Braciszka. Wiedział, kiedy oznacza ból brzuszka, kiedy głód, a kiedy niewygodę. Od początku potrafił przewijać brata czy karmić go jarzynowym purée. Stale uzupełniał listę rzeczy do kupienia, a to o nową fioletową piżamkę, a to o gałkę muszkatołową, żeby przyprawiać nią zupki, a to o wodę micelarną. Dawał listę matce, która spełniała polecenie z wyrazem wdzięczności w oczach. Lubił, kiedy Braciszek leży spokojnie, pachnący i ciepło okryty.
[…]
Starszy Brat wciąż traktuje te jodły jako coś niepasującego do otoczenia i nieprzypadkowo kładzie Braciszka właśnie w ich cieniu. Lubi to miejsce. Siada obok Braciszka. Obejmuje rękami kolana. Czyta, a kiedy kończy, nie mówi nic. Niczego nie opisuje. Świat się ku nim skłania. Turkusowe ważki brzęczą, przelatują koło uszu. Olchy zanurzają gałęzie w wodzie, aż powstaje zapora z lepkiego mułu. Drzewa tworzą ściany po obu stronach rzeki i gdyby Starszy Brat miał wyobraźnię, mógłby pomyśleć, że znajduje się w jakimś salonie wyłożonym płaskimi kamieniami, ze sklepieniem z jodeł. Robi parę zdjęć. Tutaj rzeka jest spokojna, tak przejrzysta, że widać kobierzec złotych kamyczków na dnie. Dalej powierzchnia się marszczy i woda spada białymi bąbelkami, które rozbijają się w nieruchomych sadzawkach zwężających się z kolei w wodospady. Starszy Brat słucha tętentu tej rzeki, jej nurtu. Dookoła czuwają mury, w kolorze ochry i zieleni, gałęzie powyginane jak ręce i kwiaty rozsypane niczym confetti. Często towarzyszy mu Młodsza Siostra. Czasem wydaje się, jakby dzieliło ich dwadzieścia lat, nie dwa. Starszy Brat patrzy na nią, jak brodzi w lodowatej wodzie, wciągając brzuch i rozcapierzając palce. Od czasu do czasu przykuca w skupieniu i próbuje chwytać ślizgające się po powierzchni nartniki, wydając okrzyk radości, jeśli jej się uda. Brnie, skacze, buduje tamę z kamieni albo mały zamek. Wymyśla historie; ma wyobraźnię, której jemu brakuje: kij to miecz, a czapeczka żołędzia hełm.
[…]
Układano Braciszka na kanapie, z głową podpartą poduszką. To wystarczyło, aby go uszczęśliwić: słuchał. Starszy Brat poznał przy nim czas próżny, nieruchomą pełnię godzin. Tak samo jak on wszedł w ten czas, zyskując wyjątkową wrażliwość: odbierał (szelest w oddali, chłodniejszy powiew, szmer osiki, której drobne liście obracane wiatrem błyszczą jak plamki cekinów, głębię chwili brzemiennej niepokojem albo wypełnionej radością). Był to język zmysłów, tego, co niepozorne, wiedza milczenia, której nie można było posiąść nigdzie indziej. Dziecko poza normą mające wiedzę poza normą, myślał Starszy Brat. Ta istota nie miała się nauczyć nigdy niczego, a mimo to właśnie ona uczyła innych. Rodzina kupiła ptaszka, żeby Braciszek słyszał świergot. Zaczęto włączać radio. Mówić głośno. Otwierać okna. Wpuszczać do środka odgłosy gór, tak by Braciszek nie czuł się samotny. W domu słychać było szum wodospadów, dzwoneczki i beczenie owiec, szczekanie psów, śpiew ptaków, grzmoty i cykady. Starszy Brat wychodził ze szkoły pospiesznie. Pędził co tchu do busa.
[…]
Braciszek skończył cztery latka. Robił się coraz cięższy – stale rósł. Ubierano go w piżamy przypominające dresy, możliwie najcieplejsze, ponieważ jako istota, która się nie rusza, bardzo marzł. Należało układać go w coraz to innej pozycji, inaczej na skórze pojawiały się czerwone plamy. Leżenie spowodowało również zwichnięcie bioder. Nie bolało go to, ale nóżki miał wygięte. Były chudziutkie i blade, niemal przezroczyste, podobnie jak twarz. Starszy Brat nacierał mu uda olejkiem migdałowym. Postanowił bowiem zająć się dotykiem. Otwierał delikatnie drobne piąstki, zawsze zaciśnięte, by przykładać je do jakiejś powierzchni. Ze szkoły przynosił filc. Z gór gałązki dębu. Muskał mu wnętrze dłoni wiązką mięty, toczył po jego palcach orzechy laskowe. Wciąż do niego mówił. W deszczowe dni otwierał okno i wysuwał rękę Braciszka na zewnątrz, żeby ten poczuł dotknięcie kropel wody. Albo dmuchał mu delikatnie w twarz. Cud powtarzał się często. Usta dziecka rozciągały się w szerokim uśmiechu, któremu towarzyszył słaby głosik wyrażający zachwyt. Zachwyt cielęcy, trochę niemądry. Dźwięki wyłaniały się z milczenia i ulatywały, jakby bardziej przenikliwe, otwarte – muzyka, myślał Starszy Brat. Nie zastanawiał się – inaczej niż rodzice nocą – jakim głosem odzywałby się Braciszek, gdyby mógł mówić, jaki byłby z usposobienia: pogodny czy ponury, domator czy towarzyski, jak patrzyłby, gdyby mógł widzieć. Brał go takim, jaki był.
[…]
Ale, proszę pani, to mój brat – powiedział. Kaszlnęła zakłopotana. Odwróciła się i zawołała dzieci. W pierwszej chwili Starszy Brat nie poczuł ani żalu, ani gniewu. Nie brał pod uwagę wrogości. Ta kobieta mówiła od rzeczy, ot i wszystko. A Braciszek też miał prawo do wytchnienia. Później miało nadejść skrępowanie w obliczu spojrzeń rzucanych w stronę wózka, uczucie wstydu, które Starszy Brat będzie przeżywał jako zdradę w stosunku do Braciszka. Miała się zarysować niewidzialna, ale potężna granica oddzielająca go od nich – silnych swoją zdobywczą normalnością. Oni – to będzie hałaśliwa arogancja rodzin, istot rozpędzonych i rozkrzyczanych, promieniejących życiem, nieświadomych istnienia niekształtnych ciał i zapadniętych podniebień, istot, które wyskakują z samochodów, a nie są wyciągane ze specjalnego siedziska; to biedne smutki kolegów z klasy, którym wszechświat może się zachwiać w posadach z powodu złego stopnia, to uśmiech trudnej do zniesienia uprzejmości czy wręcz litości, takiej, że już lepsza się wydaje odraza. To setki tysięcy drobnych sytuacji skazujących Starszego Brata na samotność. Siłą rzeczy góry jawiły się zatem jako obszar pozbawiony moralności, otwarty, jak otwarte są zwierzęta. Etymologia słowa schronienie, refuge, wskazuje na ucieczkę, fugere.
[…]
Należało znaleźć mu jakieś miejsce. Czy istnieją specjalne placówki, instytucje, domy? pytali rodzice. Były, ale nieliczne. Kraj życzył sobie ludzi silnych, działających jak sprawny mechanizm. Nie lubił odmieńców. Niczego dla nich nie przewidział. Szkoły zamykały przed nimi drzwi, transport publiczny nie był przygotowany, jazda po drogach stanowiła pułapkę. Kraj nie pamiętał o tym, że dla niektórych schody, krawężniki, dziury w jezdni są tym samym co dla innych urwisko, mur, przepaść. A zatem: miejsce przeznaczone dla nieprzystosowanych… Przez otwarte na podwórze drzwi mogłyśmy słyszeć strzępy rozmów, głosy nabrzmiałe niepewnością. W ciągu tych wszystkich lat byłyśmy świadkami chwil samotności takich jak ta. Rodzice byli bowiem sami. Przyzwyczaili się jeździć do miasta, zaliczać maraton spraw urzędowych. Widziałyśmy, jak wychodzą wcześnie rano, idą na mały parking, wsiadają do samochodu. Zabierali ze sobą dwie kanapki, butelkę wody. Wyprawy takie potrafiły im zająć cały dzień. W merostwach, ośrodkach pomocy społecznej, instytucjach rzekomo zajmujących się pomocą rodzinie, ministerstwach jeszcze im dokładano udręki, mnożąc trudności.
[…]
Najchętniej podniósłby się, wyciągnął Braciszka z fotelika i pobiegł łąką, podtrzymując mu ręką kark. W rezultacie, pogrążony w tych myślach, nie odpowiedział na pozdrowienie pań w białych kornetach. Nie wysiadł z samochodu. Nie chciał obejrzeć domu ani się pożegnać. Skupił się na dźwiękach, jak go nauczył Braciszek. Syk otwieranego bagażnika, szuranie ciągniętej torby (czy spakowano fioletową piżamkę, jego ulubioną? A kamyczek z rzeki, gałązkę, coś, co przypominałoby mu góry?), kroki na żwirze, skrzypienie drzwi, cisza, świergot ptaków, których nie znał, znów odgłos kroków, trzask drzwiczek, kaszlnięcie silnika. Przeniósł czarne oczy na łąkę i wrócił do swego życia. Ojciec żartował na temat zakonnic, kuzyni telefonowali, śmiejąc się, jak to rodzina została zmuszona zadawać się z „papistami”. Wszystkim jednak ulżyło, że Braciszkiem ktoś się zajmie. Wszystkim prócz Starszego Brata.
[…]
Poszukał wzrokiem Młodszej Siostry, znalazł ją pośród sportowców ćwiczących na sprzęcie między dwoma drzewami, a tymczasem dobiegło go zdanie, brzmiące mniej więcej tak: „Kochać to nie patrzeć na siebie nawzajem, tylko patrzeć razem w tym samym kierunku”. Zdanie zostało wypowiedziane do mikrofonu przez świadka. Pojawiało się nieodwołalnie w każdej mowie podczas ślubu. Zdaje się, że jego autorem był Saint-Exupéry. Nie znosił tych słów, tak wydawały mu się głupie. Była w nich logika grupy, nie dwóch osób. Co za śmieszny świat, w którym wiąże się miłość z jakimś celem, i jaka szkoda, że nikt nie dostrzega czegoś przeciwnego: kochać to zatonąć w oczach drugiej osoby, nawet jeśli te oczy są ślepe. Czuł się samotny. Rozejrzał się dookoła. Ludzie słuchali przemówienia. Dałby nie wiem co, żeby mieć Braciszka przy sobie. Ułożyłby go na trawie i zatonął w jego spojrzeniu. Przypomniał sobie, jaki szok przeżył, kiedy nauczycielka francuskiego kazała im przeanalizować mit Tristana i Izoldy. Tych dwoje miałoby „patrzeć razem w jednym kierunku”! Zatonęli w sobie nawzajem, właśnie tak, i on, który wolał matematykę niż francuski, miał do tej pary kochanków słabość. Doskonale potrafił zrozumieć, że można gardzić zasadami, jeśli żąda tego potężna miłość.
[…]
Starszy Brat pogrążał się w zadaniach geometrycznych, zagadkach zapisanych bez słów, arytmetyce, która odkrywała przed nim swoje karty niczym zredagowany w pierwotnym języku manuskrypt. Chodziło o przedstawienie dowodu. Było to zajęcie chłodne i uspokajające. Kiedy tylko podnosił głowę znad obliczeń, czuł, jak narasta w nim zaprawiona żółcią, niemożliwa do przewalczenia złość na zakonnice. Więc na powrót zanurzał się w rachunkach. Wiele lat później miał uświadomić sobie, że tamte kobiety również osiągnęły niebywały poziom języka wewnętrznego, infrajęzyka, nabyły umiejętność porozumiewania się bez słów i gestów. Że dawno pojęły tę szczególną miłość. Miłość najsubtelniejszą, tajemniczą, ulotną, opierającą się na wyostrzonym zwierzęcym instynkcie, który przeczuwa, daje, dostrzega uśmiech wdzięczności wobec chwili obecnej bez oczekiwania na jakąkolwiek wzajemność, uśmiech cichego kamienia obojętnego na to, co zdarzy się jutro.
[…]
Każdego dnia przypominał sobie szczęśliwy zaśpiew w łóżeczku z wolutami i czerpał z tego wspomnienia energię. Porzucił matematykę, by słuchać muzyki, chodzić do kina; odkrył przyjemność dyskutowania. Wiedział oczywiście, że nigdy nie stanie się tak zwaną duszą towarzystwa, brakowało mu swobody. Miał zawsze na podorędziu listę tematów do rozmowy, w razie gdyby zapadła cisza, gdyby poczuł się zmieszany w związku z czyimś niedyskretnym pytaniem, poruszony jakąś wypowiedzią, rozmiękczony odprężającą atmosferą. Nie wolno było dać się wzruszyć. W tej sprawie obowiązywał zakaz. Płacił za to nader wygórowaną cenę. Nikt nie potrafił przeniknąć tej bryły lęków, choć zdarzało się, że tracił czujność. Nieraz śmiał się jak szalony, zapominał się, przytrafiła mu się nawet miłostka. To było wszystko, co mógł ofiarować. Kiedy myślał o Braciszku, uśmiechał się. Chłopczyk był co prawda daleko, ale przecież był. Starszy Brat czuł go w pospiesznym wiciu się zaskrońca, w powietrzu pełnym osypujących się białych kwiatów, w nagłym powiewie wiatru. Wydawało mu się, że słyszy poruszenie drzew na obu brzegach rzeki. Piękno miało zawsze wiązać się z długiem wobec Braciszka. Przekonanie to stało się dla niego fundamentem. Nie czuł już świdrującego bólu serca na myśl o spotkaniu z Braciszkiem w czasie wakacji.
[…]
Znajdował się na takim właśnie etapie odrodzenia, kiedy dowiedział się, że Braciszek umarł. Tak cicho, jak żył, podsumowały siostry – z którymi w rezultacie ani razu nie porozmawiał. Wątły organizm Braciszka po prostu nie wytrzymał. Śmierć miała postać ustającego spokojnie oddechu. Zaczęła się epidemia grypy, coraz częściej powtarzały się napady kaszlu i epilepsji, problem z połykaniem narastał, posiłki trwały w nieskończoność. Dał z siebie tyle, ile mógł, radził sobie, mając to, co miał. Można powiedzieć, że sięgnął do swoich rezerw, ale te rezerwy się wyczerpały. Pewnego ranka się nie obudził. Siostry ocierały łzy. Zwłoki czekały na rodzinę w specjalnym pomieszczeniu w głębi, obok pralni. Słychać było zwykłe odgłosy, którym towarzyszyły szepty i stukanie kroków na posadzce. Starszy Brat niczego nie pojmował, działał jak automat. Pomyślał tylko, że pierwszy raz wchodzi do domu, w którym Braciszek spędził tyle czasu. Korytarze pachniały chłodną czystością. Łóżka, ustawione w połowie wysokości ściany, miały zdejmowane barierki. Zauważył brak poduszek i przytulanek, co uznał za słuszne rozwiązanie. Na materacach leżały jasnożółte kocyki. Obrazki na ścianach przedstawiały kaczuszki, kurczaczki i kotki. Pomyślał, że nie było żadnych rysunków, bo żadne dziecko tutaj nie potrafiło utrzymać w ręku kredki. Okna wychodziły na ogród.
[…]
W chwili składania ciała do ziemi ludzie wycofali się, żeby zostawić Starszego Brata samego. Nawet tego nie zauważył. Ostrożnie spuszczono sznury. Gdy trumna zagłębiła się we wnętrzu góry, poczuł przeszywający lęk, tak żywy, że przypominający ukąszenie. Żeby tylko nie było mu zimno. Potem, z oczami utkwionymi w ziemi z wolna pochłaniającej Braciszka, świadom, że żegna się z nim ostatni raz, złożył mu obietnicę, której nikt nie dosłyszał: Pozostawię twój ślad. Profesor, ten, który poinformował ich o diagnozie i opiekował się Braciszkiem przez osiem lat, też był na pogrzebie. Podkreślił, że dziecko żyło o wiele dłużej, niż można się było spodziewać. Jego zdaniem to trwające tyle czasu życie pokazywało, że medycyna nie potrafi wyjaśnić wszystkiego. To z pewnością miłość, którą był otoczony, szepnął do rodziców.
[…]
Podrywa się z łóżka w środku nocy, kark ma wilgotny, głowę pełną obrazów Braciszka. Śni mu się, że bratu coś się stało. Chciałby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Przypomina sobie, że już go nie ma. Nie może się nadziwić, jak świeże jest to wspomnienie, jakby dni w ogóle nie mijały. Jego brat pozostanie na zawsze tym, który umarł wczoraj. Słyszał nieraz, że czas leczy rany. Mierzony według takich nocy, nie leczy niczego. Drąży i zaostrza ból coraz dotkliwiej. To wszystko, co mu pozostało po Braciszku: smutek. Nie może się przed tym smutkiem uchylać; znaczyłoby to stracić Braciszka ostatecznie. Wstaje i idzie coś zjeść. Patrzy przez okno na miejską noc, o wiele cichszą niż noc na wsi. Nie od razu przyzwyczaił się do miasta. Przez długi czas zgrozę budził w nim widok psów prowadzonych na smyczy. Niesamowite wydawało mu się lato bez jakichkolwiek odgłosów, bez cykad i ropuch. W marcu odruchowo wyciągał szyję, wyglądając pierwszych jaskółek, w lipcu nadstawiał ucha, nasłuchując jerzyków. Szukał zapachów: nawozu, werbeny, mięty, i dźwięków: dzwonków owiec, szumu rzeki, brzęczenia owadów, szelestu wiatru na korze. Z czasem przyzwyczaił się do płaskiego terenu, on, który znał tylko stromizny, do ziemi bez odciśniętych śladów i do obcasów kobiet. Nosi w sobie wiedzę nieprzydatną w mieście. Po co mu pamiętać, że kasztanowce nie rosną powyżej ośmiuset metrów nad poziomem morza, że drewno orzecha jest najbardziej sprężyste i najlepiej nadaje się na łuk?
[…]
Rozwinął swoje zdolności matematyczne do tego stopnia, że został dyrektorem finansowym w dużej firmie. Liczby nie mogą zawieść, są godne zaufania, nie kryją w sobie żadnej przykrej niespodzianki. Co dzień rano wkłada ciemny garnitur, wsiada do autobusu z innymi ciemnymi garniturami. Nie przepada za ludźmi, ale ich toleruje. W firmie nie ma specjalnie przyjaciół. Wystarczają mu zwykli koledzy; przynajmniej nie musi jeść lunchu samotnie w kafeterii i czasem bywa zapraszany w niedzielę. Wie, co powinien mówić i robić, żeby nikt nie zwracał na niego uwagi. Nie otacza go ani nieufność, ani sympatia. Mężczyzna po trzydziestce ukryty pośród innych, tak, to mu odpowiada. Ma niemądrą nadzieję, że w ten sposób, jako anonimowa postać w tłumie, zostanie przez los zapomniany i zostawiony w spokoju. I nikt nie rozumie, że dlatego tak dobrze radzi sobie z obliczeniami, wykresami, kolumnami strat i zysków, operacjami bankowymi na wielką skalę, że kiedyś poczuł się wydany na pastwę tego, co nieprzewidywalne. Nikt nie podejrzewa, że za tym urzędnikiem w garniturze błądzi gdzieś swymi czarnymi oczyma niezwykły chłopczyk.
[…]
[MŁODSZA SIOSTRA] Odkąd przyszedł na świat, miała do niego żal. Ściśle biorąc, od kiedy matka przesunęła pomarańczę przed jego oczyma, by stwierdzić, że nie widzi. Okno jej pokoju wychodziło na podwórze, widziała jaskrawą plamę owocu, przykucniętą matkę, słyszała jej cichy głos, miękki i śpiewny, i nic więcej. Pamiętała niecierpliwe granie cykad, odgłos spadającego potoku, szelest drzew poruszanych wiatrem, jednak z całej tej muzyki lata pozostała jej tylko opuszczona głowa matki i pomarańcza w jej dłoni. Zrozumiała, że ta chwila była przełomowa. Skończyło się. Mimo że ojciec starał się udawać pogodę, obiecując im, że jedyni w szkole będą umieli grać w karty brajlem, nie była naiwna. Dobrze widziała cień w spojrzeniu ojca, a przede wszystkim w jego uśmiechu: uśmiechał się wyłącznie ustami, podczas gdy oczy pozostawały bez wyrazu, utkwione w dali. Starszy Brat kupił jednak to wielkie kłamstwo, wynegocjował, że pierwszy przyniesie do szkoły talię tarota w brajlu, obiecał, że zagra tylko z nią. Toteż zaaprobowała sytuację. I teraz rządził Braciszek.
[…]
Wszystko musiało być łagodne, ciepłe, miękkie, jak dla noworodka albo dla starego człowieka. A nie był ani jednym, ani drugim. Był kimś w-pół-drogi, defektem zaklinowanym gdzieś między narodzeniem a wiekiem dojrzałym. Obecny w sposób niewygodny, nie wiedział, co to słowo, gest, spojrzenie. Nie miał zatem możliwości obrony. To dziecko było otwarte. Jego bezbronność budziła strach. I kierowała uwagę w stronę zwyrodniałego ciała. Młodsza Siostra nie znosiła tego zawsze cierpiącego ciała. Nie znosiła przede wszystkim jego zapalenia powiek, gradówki wywołującej czerwone zgrubienia, jak po użądleniu osy. Jeszcze bardziej brzydziła się lepkich kropel, a przede wszystkim ryfamycyny, która jakby natłuszczała oczy. Kiedy Starszy Brat aplikował mu maść i palcem wskazującym powolnym ruchem masował powiekę, wychodziła z pokoju.
[…]
Nagle cofnęła się, wróciła do brata i kopnęła jego posłanie. Nawet nie bardzo się przesunęło (dwie ogromne, ciężkie jak licho poduchy ogrodowe, pierzyny niemal). Braciszek nie zamrugał. Chociaż kopnęła z całej siły. Rzuciła pełne obawy spojrzenie w stronę domu i wybiegła. Nie osądzałyśmy jej. Kim byłyśmy? Przeciwnie. Rozpoznałyśmy właściwą ludziom i zwierzętom starą absurdalną logikę, jakiej na szczęście nie podlegamy: kruchość pobudza do brutalności, tak jakby istota ożywiona chciała wymierzyć karę tej, która dostatecznie ożywiona nie jest. W Młodszej Siostrze zagnieździła się złość. Braciszek ją izolował. Zakreślał niewidzialną granicę między jej rodziną a innymi. Bez przerwy zderzała się z czymś niepojętym: w jaki sposób istota ułomna może wyrządzać takie szkody? Braciszek niszczył, nie robiąc hałasu. Okazywał absolutną obojętność. Przekonała się, że niewinność może być okrutna.
[…]
Starszy Brat, który oczekiwał od innych wytrzymałości, wystarczająco utwardził jej charakter, by stanęła do walki. Zaczęła od zakreślenia własnego terytorium. Kiedy brat czytał, z palcem wsuniętym w dłoń Braciszka, musiała koniecznie im przeszkodzić. Podchodziła do kominka, proponowała, żeby nazbierali jeżyn, zrobili łuk, poszli powspinać się po drailles [z fr. ścieżki wypasu bydła – przyp. aut.], górskich ścieżkach, tak wąskich, że nie mogą się na nich minąć dwie osoby. Starszy Brat grzecznie patrzył na nią pytającym wzrokiem. Absorbowała jego uwagę, zagajała rozmowę, przypuszczała szturm. Narzucała się. Ale Starszy Brat uśmiechał się łagodnie, z przymusem niemal, w taki sposób, że nie miała wątpliwości co do swojego wykluczenia z jego życia. Wracał do książki z palcem wciąż wsuniętym w piąstkę Braciszka, który – on nie – nie wiedział, co znaczy zostać porzuconym.
[…]
Gniew trzymał ją w pionie, dawał jej bezcenną nieugiętość. Był siłą ludzi chodzących. Leżący nie mieli do niego prawa. Gniew pozwalał jej na niemy bunt, na pięści zaciśnięte w kieszeniach, na walenie w poduszkę przed zaśnięciem, w rytuale pełnym złości i niosącym pocieszenie. Kiedy wiatr stawał się oszalałym tygrysem, a góry drżały złą radością w obliczu nadciągającej burzy, ogarniał ją spokój. Podnosiła twarz w stronę antracytowego nieba, wchłaniała przebiegające po trawach napięcie. Miała wrażenie, że rzeka huczy z radości. Czekała na grzmoty i deszcz. Nareszcie czuła się zrozumiana.
[…]
Pewnego dnia matkę odwiedziły mieszkające w mieście przyjaciółki. Braciszek jak zwykle leżał na wielkich poduszkach na ocienionym podwórzu. Atmosfera była miła, ale starzy strażnicy tacy jak my potrafią rozpoznać podskórne napięcia. Matka oczywiście podała coś do picia. Panie zerkały w stronę Braciszka. Wyczuwałyśmy ich skrępowanie. Postanowiły wypytać. Czy jest sparaliżowany? Czy go boli? Czy rozumie, co się do niego mówi? Czy można było przewidzieć jego „chorobę” (takie słowo zostało użyte)? Matka postawiła dzbanek i odpowiadała cierpliwie. Nie, nie ma rozszczepu kręgosłupa, nie odniósł żadnego urazu. Po prostu jego mózg nie przewodzi impulsów. Nie, nie czuje żadnego bólu, poza tym może okazywać emocje płaczem albo śmiechem. I słyszy. A więc jest niewidomy? Tak. Nigdy nie będzie mówił, nie wstanie? Nie. Nic nie było widać na USG? Nie. Zaraził się czymś, jak byłaś w ciąży, w życiu płodowym czy raczej ty byłaś nosicielką? Nie, to genetyczna wada rozwojowa związana z wadliwym chromosomem, której nie można ani przewidzieć, ani leczyć, pojawiająca się u dziecka przypadkowo.
[…]
Wstała, minęła średniowieczne drzwi i poszła w góry. Poślizgnęła się w adidasach na skale, lecz z czerwoną pręgą na łydce wspinała się dalej wąską ścieżką; przycupnęła w gąszczu paproci. W dali widziała trzy szare pnie wiśni, które umarły razem z wieśniakiem. Wznosiły szkielety wśród traw. Dookoła panowała całkowita równowaga. Letni deszcz zwilżył kamienie, tak że wyglądały jak pokryte oliwą. Z ziemi podnosił się aromat, zapach gleby nasiąkniętej wodą i świeżych korzeni. A korzenie zestrajały się z drzewami, stawami, liśćmi i słyszanymi w oddali dzwonkami owiec. Była w tym niezawisła harmonia i nie dawało się tego wytrzymać. Młodsza Siostra poczuła narastające głębokie poczucie niesprawiedliwości. Swoją okrutną obojętnością przyroda przypominała Braciszka. Będzie żywa dalej, kiedy jej samej już nie będzie, wyposażona w owo nieczułe piękno, które niczego nie pojmuje, nawet udręk, jakie przeżywają siostry. Tak, prawa natury z niczego się nie tłumaczą. Wzięła kamień i zniszczyła systematycznie mały zielony dąbek. Sprężyste gałęzie drzewka raz po raz chłostały ją po twarzy, jakby się broniły. Miała na sobie tylko podkoszulek, więc podrapała ręce. Waliła dopóty, dopóki z drzewka nie pozostała leżąca na ziemi miazga liści i gałązek. Krople potu piekły ją w oczy. Gdy zeszła, natknęła się na zbłąkanego psa. Spał pod wiatą naprzeciwko drewutni. Leżał w dziwnej pozycji. Łeb miał przekrzywiony, łapy jakby odcięte od ciała, odrzucone na bok. Spał wykończony upałem, z pewnością nic mu nie dolegało, ale Młodsza Siostra stanęła jak porażona i pomyślała, że odmienność Braciszka jest zaraźliwa. Istoty wokół niej rozlatywały się niczym popsute kukiełki. Wkrótce cały świat będzie zwiotczały i rozregulowany. Przyjdzie dzień, gdy ona sama obudzi się z opadającą głową, ciężkimi kolanami.
[…]
[Babcia – przyp. aut.] Opowiadała o swoim dzieciństwie związanym z hodowlą jedwabników, prowadzoną w ogromnych budynkach bez wewnętrznych ścian i drzwi, tak zwanych magnaneries, wychowalniach. Panowała w nich wysoka temperatura. Składano tam liście i larwy, wyczekując chwili, aż zostaną utkane kokony. „Kokony – wspominała babcia – moje piekło”. Należało je zdjąć ostrożnie i sparzyć larwy, zanim przemienią się w motyle. Młodsza Siostra, zachwycona, usiłowała wyobrazić sobie chrobot stu tysięcy larw pożerających sto tysięcy liści morwy. „Nie próbuj – ostrzegała babcia. – Postęp niweczy dźwięki”.
[…]
Babcia mówiła niewiele. I jak bywa często z ludźmi milczącymi, wyrażała się poprzez to, co robiła. Babcia pozwalała jej być jak inni. Dawała normalność. Wiele lat później Młodsza Siostra, już dorosła, miała powiedzieć kiedyś do przyjaciółki: „Jeśli z jakimś dzieckiem jest problem, trzeba zawsze czuwać nad pozostałymi”. Dodając w myśli: „Ponieważ zdrowi nie robią hałasu, dostosowują się do przewidzianych dla siebie trudnych warunków życia, przyjmują swoją postać utrapień, niczego się nie domagając. Będą strażnikami latarni morskiej, którzy nie znoszą fal, lecz niestety nie potrafią wyrazić sprzeciwu. Będą się kierować poczuciem obowiązku – czuwać w ciemną noc, próbując ani nie marznąć, ani się nie bać. Ale próbować nie marznąć ani się nie bać to nie jest coś naturalnego. Trzeba wychodzić im naprzeciw”.
[…]
W szkole nie przykładała się zbytnio do nauki. Nauczyciele narzekali na jej krnąbrność. Byli zaniepokojeni. Nawet jeśli się ma piętnaście lat – mówili – nie można nosić w sobie tyle złości. Odpowiedziała ostro nauczycielowi francuskiego, który kazał im komentować zdanie Nietzschego, według niej ohydne: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni”. „Nieprawda – wykrzyczała do oniemiałego nauczyciela – to, co nas nie zabije, uczyni nas słabszymi. Coś takiego mógł powiedzieć tylko ktoś, kto niczego nie wie o życiu, czuje się obarczony winą, a w dodatku upiększa cierpienie”. Wypaliła to w sposób tak zaczepny, agresywny, jakby wypowiadała wojnę, że wezwano rodziców. Narastała w niej coraz wyraźniej chęć zemsty. Coś jej podpowiadało, że jeśli ma żyć pośród ruin, to lepiej, jeśli będzie się przyczyniać do ich powstania. Kiedy wróciła od fryzjera z głową ogoloną do połowy, jedynie babcia uznała jej uczesanie za oryginalne. Rodzice popatrzyli na nią wzrokiem pełnym udręki. Starszy Brat niczego nie zauważył.
[…]
Zapaść może czasem przyjmować postać odwrotną do tego, co maskuje. Rozpacz przemienia się w twardość. Tak się właśnie stało. Zaczepność, impulsywność, wrzenie gniewu, wszystkie namiętności, które się w niej tłukły, zniknęły nagle, ustępując miejsca zimnej pustyni. Serce pokryło się warstwą szronu. Ta odrętwiałość przyszła sama. Młodsza Siostra stała się blokiem kamienia. Jej serce zostało wyrwane, już go nie miała, dla niej wszystko było skończone. Zmienił się jej sposób chodzenia. Zauważyłyśmy to od razu. Kroki nie były już pospieszne ani rozedrgane, ale mocne. Poruszała się w sposób pewny, stąpając twardo, na bardziej sztywnych kolanach, z głową podniesioną. Otwierała średniowieczne drzwi z powolną uwagą. Nawet gest odgarniania włosów stracił cechę niecierpliwości, ręka realizowała ścisły plan: ująć kosmyk, zatknąć go za ucho. W ruchach było zdecydowanie, znak wyzbycia się wątpliwości i emocji. Jej metamorfoza znalazła potwierdzenie w wieczór, kiedy ojciec pierwszy raz stracił nad sobą panowanie. Pewno dzieje się tak, że zbyt silny nacisk emocji wyczerpuje zasoby cierpliwości. Od przyjścia na świat Braciszka to ojciec podtrzymywał rodzinę na duchu. Czasem widziałyśmy, jak patrzy na syna w milczeniu, po czym idzie po jego czapeczkę. Najczęściej jednak żartował, okazywał pozytywne nastawienie. Kiedyś w Wigilię spojrzał na jedną małą paczuszkę położoną przed kapciami Braciszka i podsumował: „Okazuje się, że nie ma nic oszczędniejszego niż dziecko niepełnosprawne”. Jego żonę ogarnął szaleńczy śmiech.
[…]
Minęło wiele miesięcy. Nauczyła się działać absolutnie skutecznie, szybko, bez zbędnych słów, zamknięta na emocje. Straciła ostatnie przyjaciółki, ale wcale nie wywoływało to w niej rozgoryczenia. Chociaż ładna, ignorowała pożądliwe spojrzenia, gardziła przynależnością do paczek, zachowując wobec każdego, kto się do niej zbliżał, lodowaty dystans. Wszystko zostało poddane kalkulacji: czy Starszy Brat uśmiechnął się więcej niż dwa razy w ciągu jednego dnia, od jak dawna ojciec nie rąbie już drewna jak furiat, jakie słowa wypowiedziała matka w ciągu ostatniego tygodnia, jakie spojrzenia wymieniono przy stole, czy temat wyborów kantonalnych wywołał reakcję, jaką średnią będzie miała na koniec semestru. Prowadziła rachubę odnowy. Świat został sprowadzony do bilansu liczb zapisywanych w zeszycie. Lewa strona: lista wykreślanych stopniowo problemów, prawa: tematy rozmów przewidziane na następny dzień. Zasypiała z otwartym zeszytem na poduszce.
[…]
Film był ckliwy i źle zdubbingowany. Wcale jej to nie przeszkadzało. W półmroku rozświetlanym ruchliwymi, kolorowymi refleksami zrozumiała nagle, że jej brat nie wyleczy się z Braciszka. Wyleczyć się oznaczałoby zrezygnować z cierpienia zaszczepionego w nim przez Braciszka. Był to jego ślad. Wyzdrowieć znaczyłoby zgubić ten znak, stracić Braciszka na zawsze. Wiedziała odtąd, że więzi mogą mieć różną postać. Wojna jest jedną z nich. Smutek również.
[…]
[NAJMŁODSZY] I oto był. Chłopiec. Najmłodszy. Przyszedł na świat po całym dramacie. Zatem nie miał prawa w niego wierzyć. Był dzieckiem modelowym. Niewiele płakał, dobrze znosił niewygody, oddzielenie od bliskich, burze, nie poddawał się wobec konieczności wysiłku. Był pociechą dla rodziców. Synem doskonałym, który miał wynagrodzić im za poprzedniego. Całe dzieciństwo Najmłodszego naznaczone było piętnem niepokoju związanego z jego rozwojem. Czasem matka pytała go, czy widzi dobrze pomarańczę w misce na owoce w głębi kuchni. „Oczywiście, że widzę pomarańczę” – odpowiadał. Wówczas na twarzy matki pojawiał się uśmiech, który wydawał się jednak przybywać z tak daleka, zza tylu przeżytych smutków, że syn opisywał jej pomarańczę ze szczegółami, byle tylko nie przestawała się uśmiechać. „Wygląda na miękką – mówił – jest ciemna, nie całkiem okrągła, leży równo na jabłkach, boi się, że spadnie, ale jakoś się trzyma”. Matka w końcu zaczynała się śmiać.
[…]
Najmłodszy nie wzrastał sam. Wiedział o tym. Przyszedł na świat razem z cieniem zmarłego. Ten cień wyznaczył ramy jego istnienia. Musiał z tym cieniem żyć. Nie zbuntował się przeciwko narzuconej podwójności. Przeciwnie, włączył ją w swoje życie. A więc przed nim urodziło się i dożyło dziesięciu lat dziecko niepełnosprawne. Nieobecni również należeli do rodziny. Często, wiedziony instynktem niezwykłym jak na jego wiek, budził się w nocy. (W tej rodzinie nikt już nie spał normalnie. Sen był odbiciem cierpień, nosił ich ślad). Wstawał i stwierdzał, że przeczucia go nie myliły. Natykał się na ojca czytającego przed wygasłym piecykiem. Albo na siedzącą na kanapie matkę z pustym wzrokiem, który na niczym się nie zatrzymywał, tylko błądził po różnych przedmiotach. Siadał wtedy obok nich, żeby porozmawiać spokojnie, nieważne o czym. Proponował im herbatę z jeżyn, opowiadał o szkole, o wypadku ciężarówki ze sklepu. Czuwał przy nich, jak się czuwa przy chorym dziecku. Miał świadomość, że nie powinno to być jego zadaniem. Wiedział jednak również, że los lubi odwracać role i że trzeba się dostosować. Nie wiązało się to ani ze specjalnym namysłem, ani z buntem. Tak po prostu sprawy wyglądały. W nim samym była głęboka dobroć. W uśmiechu wywołanym przez promień słońca, jakby adresowanym do nas; wielu uznałoby go za wyraz naiwności – no bo kto się uśmiecha do kamieni? My jednak widziałyśmy w tym szlachetność, szlachetność dobroci, w której jest odwaga otwarcia się, wraz z przekonaniem, jakże cennym, że żaden przykry osąd tej postawy nie naruszy. Siła jego dobroci czyniła go niezależnym, niedostępnym dla głupoty, pewnym własnego instynktu. Tak wyposażony, Najmłodszy spontanicznie zaakceptował osobliwą rodzinę, w której przyszedł na świat, rodzinę poranioną, lecz dzielną, kochaną przezeń nade wszystko. I dlatego przede wszystkim troszczył się o rodziców.
[…]
Łączyła ich więź spokojna i silna. Ich trójka tworzyła kokon, tkając dni, które stawały się blizną. Na jego barkach spoczywało dzieło odrodzenia. Było to zadanie ciężkie i wdzięczne zarazem. Ale takie zostało mu przydzielone. Czasem ojciec mierzwił mu włosy gestem niespokojnej czułości, z szorstkością, pod którą krył się lęk, że on, Najmłodszy, odejdzie – jakby należało go zatrzymać, ponieważ nim się pojawił, istniało tylko cierpienie, a potem nie rysowało się nic. On znajdował się pomiędzy. Przynosił nowe odejście i ciągłość jednocześnie, zerwanie i obietnicę. Miał mniej gęste włosy niż Braciszek. Oczy jaśniejsze. Rzęsy krótsze. Cokolwiek czynił, czuł swoje „mniej”, chociaż to Braciszek był „pomniejszony”. Myślał o tym bez goryczy, ponieważ zmarły brat budził w nim autentyczną życzliwość, ciekawość. Wiele by dał, żeby móc go poznać. Ale było coś jeszcze. Chwile, które Najmłodszy dzielił z rodzicami, należały do niego. Jakby się z nim narodziły. Wolne od jakiejkolwiek pamięci, nie nosiły w sobie śladu tamtego małego widma. Najmłodszy nie czuł się pozbawiony czegoś, co mu się należało.
[…]
Najmłodszy czuł bliskość gór, łączyła go z nimi więź. Wiedział, że niweczą wszystko, co robią ludzie, że tarasy na zboczach osuwają się, a na skałach wyrastają drzewa, niszcząc uprawy. Że góry są nieprzejednane. Ale wiedział też, że w kwietniu trawa usiana będzie żółtymi kroplami jaskrów, w lipcu sójki będą dziobać figi, a w październiku ludzie zaczną się schylać po leżące na ziemi pierwsze kasztany. Zawsze podnosił kamienie świadom, że pod nimi roi się życie. Przejrzał nas, zrozumiał, że nasze łona służą jako kryjówka. Nawet wykopywał w ziemi dziury, głębokości przynajmniej piętnastu centymetrów, i przykrywał je płaskim kamieniem, żeby jaszczurki mogły tam spokojnie składać jaja. Bardzo lubił skulice, ponieważ przestraszone zwijają się w kulkę. Podobał mu się ten odruch, uważał, że jest genialny: w obliczu trwogi zwinąć się w sobie. W rezultacie, myślał, ludzie naśladują skulice. Kiedy znalazł jakąś, widział ciemnoszarą kulkę we wnętrzu swojej dłoni, nie miał odwagi odetchnąć głębiej. Ostrożnie układał owada w wilgotnej ziemi i odchodził na palcach. Czuł bezbrzeżny szacunek dla przyrody. Skały nosiły na sobie ślady zwierząt, niebo było przestworzem dającym schronienie ptakom, rzekę zamieszkiwały przede wszystkim ropuchy, zaskrońce, nartniki i raki. Nigdy nie czuł się samotny. Według niego Braciszek żył o wiele dłużej, niż się spodziewano, po to, aby móc się tą obecnością nacieszyć. Najmłodszemu wydawało się to logiczne. Gdyby dane mu było poznać Braciszka, dzieliłby z nim nastawienie do gór: ich całkowitą afirmację.
[…]
Pod gładką powierzchnią kłębiły się pytania. Kiedy się dowiedzieliście? Co robił mój brat cały dzień, czy jakoś pachniał, czy byliście przybici, co jadł, czy widział, chodził, potrafił myśleć, czy cierpiał, czy cierpieliście? W myślach nazywał Braciszka „mój prawie ja”. Wydawało mu się, jakby miał sobowtóra, kogoś bardzo do siebie podobnego. Kogoś, czyim językiem była wrażliwość. Kto nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy, kto był zwrócony ku sobie. Jak skulica. Tęsknił za nim – co uznał już za szczyt wszystkiego, skoro go nie poznał. Gdyby tak mógł zobaczyć brata, poczuć jego zapach, dotknąć go, tylko raz. Stanąłby wtedy na równi z pozostałymi członkami rodziny i zaspokoił swoją głęboką, szczerą ciekawość. To, że tamten był pod tyloma względami upośledzony, bynajmniej go nie zrażało. Najmłodszy lubił wszystko, co słabe. Ponieważ słabi nie oceniają.
[…]
Uczył się znakomicie. I to mimo że nauka szkolna zbytnio go nie interesowała – uważał, że jest sformalizowana, konwencjonalna, trochę głupia. Poza historią. Historia była jedynym przedmiotem naprawdę przez niego szanowanym. Z łatwością zapamiętywał daty, zanurzał się w jakiejś epoce i wydawało mu się, że potrafi wychwycić jej swoiste cechy, sekrety, mentalność. Szczególnie lubił średniowiecze, a kiedy się dowiedział, że ówcześni ludzie nadawali imiona dzwonom i mieczom, poczuł się zrozumiany, ponieważ on też nazywał kamienie. Tak działa wyobraźnia dziecka: potrafi przyznać nam tożsamość, której bynajmniej nie oczekiwałyśmy, ale której dźwięczny wyraz jak najbardziej doceniamy – Costane, Haute-Claire, Joyeuse [legendarne i historyczne miecze – przyp. aut.] – i dzięki której nasz mur przemienia się w szkolne tableau [narzędzie do wizualizacji danych – przyp. aut.]. Przez całą podstawówkę z niezmiennym upodobaniem poznawał historię, od epoki wikingów po czasy powojenne. Zetknięcie z datą otwierającą jakiś okres budziło w nim ogromną radość, wywoływało poczucie, że oto wkracza do nieznanej krainy. Musiał poznać właściwy jej język, charakterystyczne nawyki żywieniowe, sposób myślenia, funkcjonujące wówczas pojęcie przestrzeni, stosunek do emocji. Historia była podróżą na nieznany kontynent, która jednocześnie znajdowała echo w tym, co go otaczało współcześnie. Czuł się ogniwem łańcucha, zajmował swoje miejsce w niekończącej się farandoli, która przed nim określiła kształt świata. Bardzo mu odpowiadała ta idea: życie człowieka sytuuje się pomiędzy życiem tysięcy tych, którzy zaistnieli przed nim, a innymi, mającymi się dopiero pojawić. Ponieważ wówczas nie był już Najmłodszym. Czasem dotykał nas końcami palców, z nabożeństwem, jakby dotykał śladów pozostawionych przez przodków – i rzeczywiście, kamienie to relikwie. Nie opowiadał o tym nikomu.
[…]
Czuł, że jakaś bariera oddziela go od rówieśników. Z łatwością przenikał drugiego człowieka. Chwytał czyjeś spojrzenie, smutek, nadzieję, poczucie niższości, skrywaną miłość, tajemnicę, lęk. Wyczuwał człowieka węchem, jak wyczuwa zwierzę. Pilnował się jednak, aby zachowywać się w sposób właściwy człowiekowi i przez to uniknąć odrzucenia. Domyślał się: wrażliwcy łatwo się stają ofiarą. Szybko zwrócił uwagę na chłopca w swoim wieku, który trzymał się z boku. Chłopiec ten z pewnością mieszkał w innej dolinie. Albo dopiero niedawno się sprowadził. W każdym razie nikt go nie znał. Obserwował otoczenie obserwujące jego i oceniał ryzyko związane z izolowaniem się od rówieśników. Kiedyś gonił swój szalik, który koledzy zwinęli w kulę i podawali sobie nawzajem jak piłkę. Podskakiwał, wyciągając ręce, ale szalik wzlatywał zbyt wysoko, wreszcie trafił w ręce Najmłodszego. Ten w pierwszej chwili chciał pomóc chłopcu, który już pędził w jego stronę, zrobił jednak na odwrót, podjął grę. Rzucił szalik z całej siły w stronę innej grupki, zmuszając chłopca do półobrotu, który zakończył się poślizgnięciem. Chłopiec nie od razu się podniósł, płacząc z bezsilności, a tymczasem fala złośliwej satysfakcji rozlała się po całym dziedzińcu.
[…]
Siostra tak szybko nauczyła się portugalskiego, wchłonęła tamten świat, czytała, spotykała się, słuchała, znała wszystkie bary w Lizbonie. Chwytała życie i jego dynamikę. Mówiła, że uwielbia pić kawę w kawiarnianych ogródkach, siedzieć niezauważona, obserwować ludzi, ich wyraz twarzy, ich drogi. Tłum ludzki bywa równie nieczuły, obojętny i zajęty wyłącznie sobą jak przyroda. Można cierpieć straszliwie – ani tłum, ani góry nie zwracają na to najmniejszej uwagi. Przez długi czas ta obojętność budziła w niej gniew. Teraz uspokajała. Młodsza Siostra widziała w niej akceptację bez osądzania. Prawa natury nie przepraszają – mówiła – ale też nie potępiają.
[…]
Słowa siostry naciągały w nim powoli. Pozwalał im dojrzeć. Wieczorem, przy stole, patrzył na Starszego Brata innymi oczami. Łagodne gesty, spokój tamtego nabierały nowego sensu. Czy brat mógł do tego stopnia być zajęty Braciszkiem, że niemal nie zauważał jego, Najmłodszego? Pewnego razu, podczas gdy ojciec nalewał im zupy, spytał go niespodziewanie, dlaczego przestał czytać. Brat odpowiedział mu tylko swoim smutnym uśmiechem, ale miał dla niego zawsze wyłącznie to, smutny uśmiech, a Najmłodszy oczekiwał czegoś więcej. Zaryzykował więc: „Tylko jedna litera odróżnia słowa livre i libre, książka i wolny. Jeśli nie czytasz, jesteś kompletnie uwięziony”. Mieliśmy tutaj dziecko, które było uwięzione. Wiele nas nauczyło. Więc nie rób nam wykładu. Najmłodszy wbił wzrok w talerz. Czuł, że wokół tego stołu unosi się duch Braciszka, i nigdy by nie przypuszczał, że duch może mieć taką siłę. W myślach zwrócił się do zmarłego: „Co za moc u kogoś nieprzystosowanego do życia… To ty jesteś czarownikiem”.
[…]
Później, po narodzinach pierwszej siostrzenicy, wrócili do górskich wycieczek. Znów ta sama świeżość poranka, wymięta mapa, wzrok podniesiony ku przełęczy, którą zamierza się zdobyć. Idąc ścieżką przed nim, siostra odpowiadała na pytanie, czy obawiała się, że urodzi dziecko niepełnosprawne. „Dziwne, ale nie – mówiła. – Przede wszystkim dlatego, że z Sandrem wiedzieliśmy jedno: gdyby dziecko miało mieć jakąś wadę, byśmy go nie zatrzymali. A poza tym, jeśli przeżyłeś coś najgorszego, strach się odsuwa. Przeszedłeś przez to, więc to znasz. Wyrobiłeś sobie odpowiednie odruchy, wiesz, jak postępować. Strach rodzi się z tego, co nieznane”. Jej słowa płynęły, pozostając słowami, nie towarzyszyły im obrazy ani dźwięki. Po prostu. Mógł ją wypytywać o nową rolę matki, nowy kraj, nową miłość – wszystko w niej było nowe. Nowość nie rodziła lęku. A tak w ogóle to jak pokonała w sobie obawy, że nie będzie umiała opiekować się niemowlęciem, skąd wiedziała, co trzeba robić? „Pamiętaj, że przez dziesięć lat mieliśmy niemowlaka – tłumaczyła – nawet jeśli nie bardzo się nim zajmowałam. Posłuchaj. Jeśli chodzi o stosunek do drugiego człowieka, we wspomnieniach pozostaje tylko staranie. Rezultat, udany czy nie, liczy się mniej, jest czymś drugorzędnym. Ważne są jedynie wysiłki. Widzisz, rodzice Sandra rozstali się, kiedy był mały. Ojciec był biedny. Mieli tylko jeden pokój. Ale Sandro pamięta wytrzaśnięty nie wiadomo skąd parawan, sklecone ze skrzynek łóżko z materacem z gąbki, troskę ojca o to, żeby stworzyć synowi osobny kącik. Ta troska była warta więcej niż ojciec nieobecny, który zostawia kawior w lodówce. Dla mojego dziecka gotowa byłam podjąć wysiłek, jaki podjęli nasi rodzice. A wtedy wszystko jedno, czy się uda czy nie. Najważniejsze jest co innego: dobrowolne staranie, na którym opierają się przyjaźń, miłość, związek”. W związku z czym nie zamierzała wychodzić za mąż, „ponieważ para niezwiązana ślubem – inaczej, niż usiłuje nam wmówić społeczeństwo – stwarza największą przestrzeń wolności. To jedyna sfera wymykająca się normom, w odróżnieniu od pracy czy relacji społecznych. Spotkasz pary, które kłócą się nieustannie, a są razem przez całe życie, inne, które rozkwitają w spokoju, takie, które chcą mieć dzieci, i takie, które nie chcą, takie, dla których wierność ma znaczenie zasadnicze, i takie, dla których jest nieistotna. Wielu uzna za zwyczajne to, co zdaniem innych świadczy o dziwactwie. I na odwrót. Nie ma żadnej reguły i tyle norm, ile par. Co za pomysł, żeby próbować zamknąć podobną wolność w urzędowym schemacie”.
[…]
Uwielbiał jej słuchać. Uważał, że siostra, jak on sam i ich starszy brat, nosi w sobie tysiąc lat istnienia. Roześmiał się na myśl o dziwnym rodzeństwie, powiedział jej o tym, na co z kolei roześmiała się ona, w każdym razie tak mu się wydawało, ponieważ na ścieżce widział tylko jej plecy. W górach szło się samotnie. Pomyślał, że ludzie tutaj są jak ich ścieżki.
[…]
W relacjach z innymi coraz trudniej mu było ukrywać swoją odmienność. Jak wytłumaczyć komuś, że góry przemierzyły całą Historię, że ta ich stała obecność wstrząsa nim, dając jednocześnie pewność, że zmarli nigdy nie znikają całkowicie? Jak wytłumaczyć, że pulsujące życie gór jest takie samo jak przed wiekami? Że każdy najdrobniejszy ruch zwierząt zawiera w sobie wspomnienie kogoś zmarłego? Byłoby to żądać zbyt wiele. Ludzie, podobnie jak dzikie zwierzęta, instynktownie wyczuwali obcość. Pewnego dnia nauczycielka biologii poprosiła uczniów, aby przynieśli rybę do przeprowadzenia sekcji. Najmłodszy zjawił się więc z plastikowym workiem, w którym trzepotał się pstrąg. Inni uczniowie, którzy wszyscy jak jeden mąż udali się do sklepu rybnego, spojrzeli na niego zdumieni. Nikt nie zrozumiał, że dla niego istnieją tylko ryby żywe. Tworzył słowa. Pasterz zmieniał się w baraniarza, on sam był mirażystą, wśród kolorów pojawiał się różo-niebieski (róż z odcieniem niebieskawego), a w odmianie czasownika występował czas przyszły wewnętrzny. Swoje odkrycia Najmłodszy mógł powierzać wyłącznie Braciszkowi, w jego dawnym pokoju, cichutko, z ręką na materacu w miejscu, gdzie leżała głowa. Wypowiadał słowa i każdy dźwięk stawał się motylem, ćmą, chrysoperlą, maleńkim owadem krążącym wokół białych wolut łóżeczka. Dziękował bratu za ten cud.
[…]
Ponieważ kończył sprawdziany przed czasem – zapamiętywał wszystko, wszystko rozumiał – miał czas wymyślać słowa i zapisywać je ukradkiem w ciszy klasy. Dobre wyniki w nauce ratowały go przed karami. Zupełnie nie miał w sobie ducha rywalizacji, do tego stopnia, że chętnie dawał kolegom odpisywać zadania. I to jego poczucie humoru. Najskuteczniejsza tarcza. Parodiował, żartował, przedstawiał karykaturalnie daną sytuację, umiał śmiać się z samego siebie, tak że na koniec nawet ci bojowo nastawieni składali broń i wybuchali śmiechem. Był więc chętnie zapraszany, nie ominął żadnej imprezy, ale na razie nie chciał zapraszać kolegów do siebie. Miałoby to dla niego posmak świętokradztwa. Czegoż mieli szukać ci profani w królestwie czarowników. Świadomość tego, że jest inny, jeszcze bardziej zbliżała go do Braciszka. Sam się uśmiechał na myśl o tej niewiarygodnej więzi; nie był pomylony. Ale jedno musiał przyznać: tylko rozmawiając ze zmarłym Braciszkiem, był w pełni sobą. To samo odnosiło się do zwierząt. Nigdy nie obawiał się, że jakiś nieuważny karlik zaplącze mu się we włosy. Nie wpadł w panikę, kiedy zobaczył na drodze zabłąkaną ropuchę. Córki siostry na ten widok wrzasnęły przerażone. Ropucha nie ruszała się, ale przy każdym okrzyku jej lśniące oko odrobinę się obracało. Najmłodszy widział wyraźnie, że zgiełk ją niepokoi. Wziął ją za grzbiet i na oczach przerażonych siostrzenic, które mimo wszystko ruszyły za nim, zszedł do rzeki, by włożyć ją do wody.
[…]
Drzewa zostały do połowy wysokości ogołocone z kory przez rwący nurt, który z dzikim łoskotem toczył gałęzie i kamienie, podchodząc pod taras dawnego domu babci. My jakoś się trzymałyśmy. Wiedziałyśmy, że jeden z nas zostanie wyrwany z muru, będzie się toczyć po łupkach miotany wiatrem. Wiatr jest naszym odwiecznym wrogiem. O wiele potężniejszym niż ogień i woda, których się nie boimy. Jedynie wiatr potrafi nas rozbić.
[…]
Najmłodszy miał wrażenie, że znalazł się w grocie. Było tam cicho, panowały półmrok i chłód. Po kamieniach sączyła się woda. Słychać było tylko łomot nawałnicy. W ciemności wyczuł jakąś istotę. Owieczka leżała. Ujrzał jej beżowy bok, nienaturalnie wzdęty, chude nogi i błyszczące racice. Dyszała, wydymając brzuch. Nie mógł się powstrzymać, żeby go nie dotknąć. Był miły. Podobnie jak aksamitne uszy, przebite plastikowym chipem. Zwierzę miało przymknięte oczy. Najmłodszy przesunął delikatnie palcem po okrągłej, sztywnej niemal powiece zakończonej długimi czarnymi rzęsami. Dolna warga owieczki drżała. Jej urywany oddech mieszał się z bębnieniem deszczu. Najmłodszy miał wrażenie, że słyszy tylko jeden dźwięk: odgłos drobnego truchtu. Uchodzące życie, pomyślał. Rozpostarły się przed nim ogromne zasłony, zielone i migotliwe, którymi poruszały czyjeś ręce. Do rzeczywistości przywrócił go głos ojca: Pomóż mi ją stąd zabrać. Ujęli owieczkę za nogi, policzyli do trzech i podnieśli. Ciężka była. Pasterz otworzył tylne drzwi furgonetki. Z boku majaczyła niewyraźna sylwetka czekającego na nich Starszego Brata. Kaptur zakrywał mu twarz. Kiedy wychodzili z młyna, głowa zwierzęcia ześliznęła się z przedramienia ojca i zakolebała w powietrzu. Przez chwilę była ciężkim ciężarem bezwładnego ciała, w groteskowy sposób zamiatając powietrze. Skóra na karku naciągnęła się. Rozkołysali ciało. Kiedy puścili, furgonetka zatrzęsła się. Meteoryzm – powiedział ojciec do pasterza, kładąc ręce na kolanach i łapiąc oddech. Lucerna czy koniczyna? – zastanowił się głośno tamten. W każdym razie meteoryzm. Najmłodszy mógłby podchwycić i docenić to słowo, ale nie słuchał. Patrzył na potężną sylwetkę swego starszego brata w furgonetce. Brat zsunął kaptur. Klęcząc, pochylał się nad oddychającą coraz szybciej owieczką. Miała w kącikach pyska białą pianę. Starszy Brat przysunął się, przywarł czołem do czoła zwierzęcia. Głaskał wzdęty bok. Jasna plama jego ręki podnosiła się i opadała na ciemniejszym tle. Szeptał jakieś niesłyszalne słowa. Najmłodszy przyglądał się uważnie. Brązowe włosy Starszego Brata mieszały się z sierścią zwierzęcia. Miał wrażenie, że ulewa się nasiliła, izolując ich jakby od świata. Mój brat pochyla się nad słabymi, jest na swoim miejscu, pomyślał.
[…]
Przy kolacji Najmłodszy zebrał się na odwagę i z bijącym sercem położył bratu głowę na ramieniu. Starszy Brat znów się nie cofnął. Wtedy matka wzięła telefon i zrobiła im zdjęcie. Wysłała je Młodszej Siostrze. Nachyliła się do ojca i powiedziała cichutko, tak że nikt nie usłyszał: Poraniony, buntowniczka, nieprzystosowany i czarownik. Dobra robota. Wymienili uśmiechy.
Clara Dupont-Monod, Braciszek
Powieść obyczajowa Clary Dupont-Monod – francuskiej dziennikarki i literatki przenosi akcję opowieści do Francji, do podnóży nizinnych południowej część Masywu Centralnego, gdzie też rozciąga się łańcuch górski zwany Sewenny, generalnie rzecz ujmując w koniec ubiegłego wieku po lata dziesiąte naszego wieku. W rodzinie przychodzi na świat niby zdrowe dziecko, ale wkrótce okazuje się, że jest nieodwracalnie i genetycznie upośledzone na tyle też dotkliwie, że jego dni są policzalne. Niemniej jednak jego „nieobecna” obecność na trwale wpływa na rozwój osobowościowy i psychologiczny pozostałych członków rodziny. W cierpieniu i poświęceniu się nad chylącą się ku śmierci słabością fizyczną Braciszka „wykluwają się” partykularne charaktery, które niebawem poniosą nową nadzieję w świat. Opowieść o harcie ducha i odwadze człowieka, który jest zdolnym do niesienia wszędzie uniwersalnych wartości wbrew oczywistościom.