30.12.2024

„co drugie słowo to ciężka łacina”
„Wszyscy ci ludzie byli za starzy,
by zwracać na nich uwagę.”
„Oni fotografują nawet cienie.”
[…]
Dzień, w którym Ten McTamten przystawił mi do piersi pistolet, nazwał zakłamaną suką i zagroził, że mnie zastrzeli, był również dniem, kiedy zginął mleczarz. Zlikwidował go jeden z sankcjonowanych przez państwo oddziałów egzekucyjnych, a mnie ta śmierć w ogóle nie obeszła. Obeszła za to innych, także tych, którzy, jak to się mówi, znali mnie z widzenia, a niekoniecznie z rozmawiania, i tak stałam się tematem rozmów, bo wyszła od nich plotka, choć może raczej od pierwszego szwagra, że miałam z mleczarzem romans i że ja mam lat osiemnaście, a on czterdzieści jeden. Wiedziałam to, nie dlatego, że zginął i było o tym w mediach, po prostu już wcześniej ludzie o tym gadali, języki mełły sprawę miesiące przed strzelaniną, ci od plotek mówili, że czterdzieści jeden lat i osiemnaście to coś obrzydliwego, że różnica dwudziestu trzech lat to rzecz obrzydliwa, że on ma żonę i nie uda mi się zawrócić mu w głowie, a w okolicy było mnóstwo ludzi cichych, niedostrzegalnych, co zawsze na wszystko mieli oko. Najwyraźniej to ja ponosiłam winę za cały ten romans z mleczarzem. Tyle że ja żadnego romansu z nim nie miałam. Nawet go nie lubiłam, a te próby zawarcia bliższej znajomości tylko mnie przerażały i zbijały z tropu. Pierwszego szwagra też nie lubiłam. Nie mógł się powstrzymać od fantazji na temat życia seksualnego innych ludzi. W tym mojego. Kiedy miałam ze dwanaście lat, pierwsza siostra rzuciła swojego wieloletniego chłopaka, bo ją zdradził i na jej orbitę wpadł on. Ten nowy zrobił jej dziecko i od razu się pobrali. Pierwszy szwagier wygłaszał obleśne uwagi na mój temat, odkąd tylko mnie poznał – o moim gniazdku, ciągotce, o mojej pieprzniczce, muszce, myszołówce, ciastku z dziurką, dwóch sylabach – i często używał takich słów, słów o zabarwieniu seksualnym, których nie rozumiałam.
[…]
Nie wiedziałam, czyim jest mleczarzem. Na pewno nie był naszym. Może w ogóle niczyim. Nie zbierał zamówień na mleko. Nic nie miał z mlekiem wspólnego. Nawet go nie rozwoził. I nie jeździł autem z mleczarni. Widywano go w różnych samochodach, często szpanerskich, choć sam szpanować nie próbował. Ja jednak zauważyłam jego i te auta, dopiero, kiedy zaczął się w nich znajdować przy mnie. Wreszcie ta furgonetka – nieduża, biała, taka żadna, zmiennokształtna. Od czasu do czasu widywano go za jej kierownicą. Pojawił się przy mnie pewnego dnia w jednym z tych swoich samochodów, kiedy akurat szłam i czytałam Ivanhoe [powieść szkockiego pisarza Waltera Scotta- przyp. aut.]. Często mi się zdarzało iść i czytać książkę. Nie widziałam w tym nic złego, ale z czasem to upodobanie zostało dopisane do listy dowodów świadczących przeciwko mnie. „Czytanie podczas chodzenia” jak najbardziej znajdowało się w rejestrze wykroczeń. „Ty jesteś od tych, nie? Twój ojciec to ten i ten, zgadza się? A twoi bracia, tamten, siamten i owamten, grali w drużynie hurlingowej, dobrze kojarzę? Wskakuj, podwiozę cię”. Propozycja padła nonszalancko, drzwi od strony pasażera już się otwierały. Gwałtownie ocknęłam się z lektury. Nie słyszałam, jak podjeżdża. I nie widziałam tego człowieka wcześniej, tego kogoś za kierownicą. Wychylił się w stronę chodnika, patrzył na mnie, uśmiechnięty i sympatyczny, w sposób jednoznacznie uprzejmy. Miałam już jednak osiemnaście lat i zdążyłam się nauczyć, że „uśmiechnięty, sympatyczny i uprzejmy” nie wróży nic dobrego.
[…]
W naszej okolicy wszyscy od zawsze wsadzali nos głęboko w cudze sprawy. Fale plotek wzbierały i opadały, przychodziły, odchodziły i ruszały do nowego celu. Nie zwracałam więc uwagi na ten cały domniemany romans. Wkrótce jednak mleczarz pojawił się znowu – tym razem pieszo, kiedy biegałam w parku ze sztucznymi stawami, większym i mniejszym. Byłam sama i tym razem nie czytałam, bo podczas biegania nie czytałam nigdy. A on zjawił się nagle, znów jakby znikąd i ani się obejrzałam, a truchtał przy mnie w jednym rytmie, choć chwilę wcześniej go tam nie było. I ni stąd, ni zowąd okazało się, że biegniemy razem, a z boku to wyglądało, jakbyśmy biegali razem zawsze, i znów zbił mnie z tropu. I miało tak być już przy każdym moim spotkaniu z tym człowiekiem, nie licząc spotkania ostatniego.
[…]
Wygłosił też obserwację, że nigdy nie jadę autobusem z pracy do domu. Wszystko to była prawda. Słońce czy deszcz, ostrzał czy bomba, starcie czy zamieszki, codziennie wracałam z pracy pieszo z nosem w najnowszej książce. Wybierałam dziewiętnastowieczne. Dwudziestowiecznych nie lubiłam, bo nie lubiłam dwudziestego wieku. Kiedy zastanawiam się nad tym z perspektywy czasu, myślę, że mleczarz o tym wszystkim też wiedział. Mówił więc, co miał do powiedzenia, kiedy biegliśmy wzdłuż brzegu górnego stawu, sąsiadującego z mniejszym, przy którym znajdował się plac zabaw dla dzieci. On, ten człowiek, patrzył przed siebie, kiedy do mnie mówił i ani razu nie zwrócił się twarzą w moją stronę. Podczas tego drugiego spotkania o nic mnie nie pytał. Nie sprawiał też wrażenia, jakby czekał na odpowiedź. Nie żebym jakąś mogła mu zaoferować. Wciąż zaprzątało mnie pytanie „Skąd on się tu wziął?”. I dlaczego zachowuje się tak, jakby mnie znał, jakbyśmy się znali, chociaż się nie znamy? Czemu zakłada, że nie mam nic przeciwko jego towarzystwu, chociaż mam? Dlaczego nie mogę po prostu przerwać tej naszej przebieżki i zażądać, by zostawił mnie w spokoju? Tych wszystkich pytań, poza „Skąd on się tu wziął?”, nie miałam jednak wtedy w głowie, zjawiły się dopiero później, i to nie po godzinie czy dwóch. Mam na myśli, że musiały upłynąć dwie dekady. Wtedy, w wieku lat osiemnastu, jako osoba wychowana w społeczeństwie o loncie krótszym od rzęsy, w którym zasady były proste, sądziłam, że jeśli nikt nie narusza przemocą twojej nietykalności cielesnej, jeśli nie kieruje w twoją stronę żadnych jednoznacznych ataków natury werbalnej i jeśli nie posyła ci z najbliższej okolicy prowokacyjnych spojrzeń, to nic się nie dzieje, jak zatem możesz twierdzić, że ktoś cię napastuje, skoro nic się nie dzieje? W wieku osiemnastu lat nie rozumiałam jeszcze, na czym polegają takie zachowania, zachowania, które mają cię osaczyć.
[…]
Znajdowaliśmy się w dwuczęściowym parku w środku dnia. W nocy robiło się tu złowieszczo, choć i za dnia tak bywało. Ludzie niechętnie uznawali za fakt złowieszczość tej dziennej części, bo wszyscy bardzo chcieli mieć choćby jedno miejsce do spędzania czasu. Nie byłam właścicielką tej przestrzeni, co oznaczało, że wolno mu było tu biegać tak samo jak mnie. I tak samo dzieciakom w latach siedemdziesiątych wolno tam było pić alkohol, i tak samo trochę tylko starsze dzieciaki w latach osiemdziesiątych czuły się uprawnione do wąchania tam kleju, i tak samo jeszcze trochę starsi ludzie w latach dziewięćdziesiątych mogli sobie tam wstrzykiwać heroinę, i tak samo w czasach, o których tutaj mowa, funkcjonariusze państwowi mogli chować się w krzakach, aby fotografować zdrajców stanu. Fotografowali również znane i nieznane osoby powiązane z tymi ludźmi i właśnie to się wydarzyło w tamtej chwili. Akurat, gdy razem z mleczarzem mijaliśmy krzew, rozległo się donośne pstryk, a był to krzew, który mijałam wielokrotnie i nigdy nie dobiegały z niego żadne odgłosy. Od razu wiedziałam, że tym razem było inaczej z powodu zamieszania w sprawę mleczarza, a przez „zamieszanie w sprawę” mam na myśli jego związki, przez „związki” zaś rozumiem aktywny opór, a przez „aktywny opór” – działanie wbrew interesom państwa, które to działanie miało bezpośredni wpływ na problemy natury politycznej w miejscu mojego zamieszkania. I tak oto trafiłam do jakiejś kartoteki, znalazłam się na zdjęciu, które wylądowało w teczce z opisem osoby dawniej nikomu nieznanej, lecz teraz identyfikowanej jako powiązana.
[…]
Następnego dnia rano – wcześniej niż zazwyczaj i nie przyznając przed sobą, dlaczego to robię – nadłożyłam drogi i poszłam aż na drugi koniec dzielnicy, skąd pojechałam do miasta innym autobusem. Z pracy wróciłam w ten sam sposób. Po raz pierwszy zrezygnowałam z czytania podczas chodzenia. W ogóle nie wróciłam na piechotę. I wciąż nie chciałam uczciwie sobie powiedzieć, dlaczego. Kolejną zmianą była rezygnacja z zaplanowanego biegania. Nie miałam innego wyjścia, bo a nuż w parku nad wodą zjawiłby się on? Tyle że jeśli biegało się na długie dystanse i traktowało to poważnie, a do tego, jeśli było się z konkretnej frakcji i części miasta, to trzeba było włączyć do swojej trasy parki; w przeciwnym wypadku człowiek miał do dyspozycji jedynie trasę ograniczoną przez geografię wyznaniową, to zaś wiązało się z koniecznością biegania w kółko po dużo mniejszym terenie, żeby wyrobić podobny dystans. Ja wprawdzie uwielbiałam biegać, ale monotonia kręcenia się jak w kołowrotku uzmysławiała mi, że nie uwielbiam tego aż tak bardzo, więc przez całych siedem dni biegania nie było. I wyglądało na to, że żadnego biegania nie będzie już nigdy, ale w końcu przegrałam z wewnętrznym przymusem. Wieczorem siódmego dnia bez biegania postanowiłam wrócić do parku nad jezioro, tym razem w towarzystwie trzeciego szwagra.
[…]
No więc oczywiście go wzięliśmy, podsumował być-może-chłopak. W tym momencie otworzyłam usta, żeby zapytać, co to dokładnie jest blo…, ale on wszedł mi w słowo i powiedział: „Sportowe auto”, być może po to, by mi ułatwić rozmowę. Zazwyczaj się na to nie silił, nie żeby chciał mi robić wbrew, po prostu dawał się ponieść fali własnego entuzjazmu, choć jak zwykle błędnie oceniał kompetencje swojej publiczności, jak zwykle, kiedy publicznością byłam ja, a on mówił o samochodach. Gadał dalej, wykładając techniczne szczegóły co do przecinka i co do kropki, zdecydowanie ponad potrzebę, choć oczywiście bardzo pomocnie. Zdawałam sobie sprawę, że musi skorzystać z mojej obecności, bo bardzo się tym autem ekscytował, a ja byłam jedyną osobą w pomieszczeniu. Oczywiście nie oczekiwał, że zapamiętam wszystko, co mi wykłada, podobnie jak ja nie oczekiwałam, że on spamięta wszystkie zawiłości fabuły Braci Karamazow, Życia i myśli JW Pana Tristrama Shandy [powieść angielskiego pisarza Lawrence’a Sterne’a – przyp. aut.], Targowiska próżności [powieść brytyjskiego pisarza William Makepeace Thackeray’a – przyp. aut.] czy Pani Bovary [powieść realistyczno-psychologiczna francuskiego pisarza Gustave’a Flauberta – przyp. aut.], tylko dlatego że raz, w stanie wielkiego przejęcia, mu je zreferowałam. Nawet jeśli nasz związek należał do kategorii „być może”, a nie do związków prawdziwych, poważnych i do czegoś zmierzających, to każde z nas miało prawo do chwil uniesienia, w których mogło się skupiać na najdrobniejszym szczególe tego, co je porywa, i oczekiwać, że to drugie podejmie przynajmniej taki wysiłek, by jakoś w tym uczestniczyć. Poza tym nie byłam taką zupełną ignorantką. Widziałam już, jak on bardzo się cieszy z zajścia w warsztacie. I że bentley to samochód. Być-może-chłopak skończył opowiadać i przeszedł do zachwytów nad częścią auta leżącą na dywanie w salonie. Stał przy niej i wpatrywał się w metalowe kształty z wielkim, promiennym uśmiechem na twarzy.
[…]
„Wszystko pięknie, sąsiedzie”, oznajmił sąsiad, „wspaniale się złożyło, że masz tu taki, nazwijmy to, klasyczny model sprzętu na kwaterze, i proszę nie myśleć, że próbuję tu na kogoś szukać haka czy coś…” – w tym momencie wszyscy wstrzymali oddech i w napięciu czekali na atak. Aż nadszedł: …ale który z was tam na warsztacie wylosował kawałek z flagą?”. W tamtych czasach i miejscu, kiedy w grę wchodziły problemy polityczne, obejmujące takie rzeczy jak bomby, karabiny, śmierć i okaleczenie, zwykli ludzie mówili: „Ich strona to zrobiła” albo „Nasza strona to zrobiła”, „Ich religia za to odpowiada” lub „Nasza religia za to odpowiada”, wreszcie „Oni to zrobili” albo „Myśmy to zrobili”, kiedy w rzeczywistości chcieli powiedzieć: „Obrońcy państwa to zrobili” albo „Opozycjoniści to zrobili”, czy też „Państwo to zrobiło”. Czasami nawet zdarzało się nam wysilić i powiedzieć „obrońca” albo „opozycjonista”, choć tylko kiedy usiłowaliśmy oświecić kogoś z zewnątrz, bo we własnym towarzystwie nie zadawaliśmy sobie podobnego trudu. Podział na „nas” i „nich” był dla nas drugą naturą: czymś wygodnym, znajomym, zrozumiałym dla wtajemniczonych; zawsze mieliśmy te słowa na końcu języka i nie było trzeba przeczesywać pamięci, mocować się z ugniataniem zdań czy dyplomatycznych uprzejmości. Za sprawą niepisanej umowy – której nikt z zewnątrz nie zdołałby pojąć, chyba że wymagałaby tego jego własna sytuacja – było w sposób oczywisty jasne, że kiedy mieszkańcy używają plemiennych identyfikatorów – „my”, „oni”, „ich wyznania” albo „naszego wyznania” – to nie wszystkich nas i ich należało brać za pewnik. Tak to wyglądało.
[…]
Imiona niedozwolone były niedozwolone z tej przyczyny, że za mocno wiązały się z krajem „za wodą”, i nie miało znaczenia, że niektóre z nich nawet z tego kraju nie pochodziły, że zostały jedynie zasymilowane i przyjęte przez jego mieszkańców. Uważano, że imiona zakazane przesiąkły energią, mocą historii i trwającego od lat konfliktu i są wydestylowaną formą przymusu i nakazów przyniesionych przez tamten kraj do tego, więc oryginalne pochodzenie tych imion nie miało tu nic do rzeczy. Do imion zakazanych należały: Nigel, Jason, Jasper, Lance, Percival, Wilbur, Wilfred, Peregrine, Norman, Alf, Reginald, Cedric, Ernest, George, Harvey, Arnold, Wilberine, Tristram, Clive, Eustace, Auberon, Felix, Peverill, Winston, Godfrey, Hector; Hubert, kuzyn Hectora, również był niedozwolony. Podobnie jak Lambert, Lawrence, Howard, Laurence również, podobnie jak Lionel czy Randolph, bo Randolph był jak Cyril, który z kolei miał za wiele wspólnego z Lamontem, ten zaś miał taki sam rodowód jak Meredith, Harold, Algernon i Beverley. Myles również nie miał prawa wstępu. Takoż Evelyn, Ivor, Mortimer, Keith, Rodney, Roger, Earl, Rupert, Willard, Simon, Sir Mary, Zebedee oraz Quentin, choć może teraz z Quentinem to się pozmieniało za sprawą tego reżysera, któremu się powiodło w Ameryce. Albert też nie miał u nas prawa bytu. Ani Troy. Barclay. Eric. Marcus. Sefton. Marmaduke. Greville. Wreszcie Edgar. A dlaczego? Ano dlatego, że te imiona nie były dozwolone. Clifforda też objął zakaz. I Lesleya. Peverilla nawet dwa razy.
[…]
Cała ta psychopolityczna atmosfera, otoczona zasiekami zasad i lojalności, plemiennej tożsamości, tego, co dozwolone, a co zakazane, nie kończyła się na „ich imionach” i „naszych imionach”, na „nich” i na „nas”, na „naszych ludziach” i na „ich ludziach”, na tych, co „z tamtej części ulicy”, „zza wody”, „zza granicy”. Było wiele innych spraw, do których stosowały się odpowiednie wytyczne. Istniały neutralne programy pochodzące „zza wody” albo „zza granicy”, które oglądało się w tej i w tamtej części ulicy bez dopuszczania się nielojalności wobec żadnej ze stron. Istniały również programy, które jedna ze stron mogła oglądać z czystym sumieniem, a druga odnosiła się do nich z nienawiścią i pogardą. Mieliśmy kontrolerów abonamentu na telewizję, ankieterów spisów powszechnych, cywilów pracujących w otoczeniu nie-cywilnym oraz urzędników, których w jednej części miasta się tolerowało, a którym w drugiej strzelało między oczy za przekroczenie granic dzielnicy choćby o centymetr. Zasady obejmowały też jedzenie i picie. Masło stosowne. Masło niestosowne. Herbata sojuszników. Herbata zdrajców. „Nasze sklepy” i „ich sklepy”. Nazwy miejsc i ulic. Uczęszczane szkoły. Odmawiane modlitwy. Odśpiewywane hymny. Wymowa litery „h” jako ejcz lub hejcz. Miejsce pracy. Oczywiście przystanki autobusowe również. Każda rzecz, jaką się robiło, i każde miejsce, w jakim się przebywało, stanowiły jasną deklarację polityczną, czy się tego chciało, czy nie. Wygląd również był istotny, bo panowało przekonanie, że po samej powierzchowności można poznać, czy ktoś należy do „tych z tamtej dzielnicy”, czy do „naszych z tej dzielnicy”. Do tego dochodziły kwestie stosownych murali, tradycji, gazet, hymnów, „ważnych dat”, paszportów, stosunku do bilonu, policji, władz cywilnych, wojska, organizacji paramilitarnych. W czasach nieodpuszczania nikomu niczego istniała nieskończona liczba przykładów i niuansów powiązań. Pomiędzy nimi rozciągała się strefa spraw neutralnych objętych prawem wyjątku, a w domu mojego być-może-chłopaka doszło do tego, że sąsiad – w obecności wszystkich pozostałych – sprowadził rzecz do jątrzącej symboliki.
[…]
Zorientowałam się więc, bo na samochodach niespecjalnie się znałam, ale na flagach i symbolach już owszem, zorientowałam się, że te klasyczne stare bentleye blowery produkowane w kraju „za wodą” mają wybitą flagę kraju „za wodą”. Z uwagi sąsiada dało się zatem między wierszami wyczytać: co mój być-może-chłopak w ogóle wyprawia, i nie chodziło tylko o to, że bierze udział w loterii, w której mógłby wygrać fragment auta z flagą, ale że w ogóle ciągnie losy o kawałek – z flagą czy bez – tak patriotycznego, przeczącego naszej tożsamości symbolu kraju „za wodą”? Nie zapominajmy o historycznej niesprawiedliwości, orzekł. Nie zapominajmy o sankcjonowanych przez prawo represjach. O praktykach takich i takich, o paktach i układach. O sztucznie wyznaczonych granicach. O wspieraniu korupcji. O aresztowaniach bez zarzutów. O wprowadzonej godzinie policyjnej. O więzieniach bez wyroków. O zakazie spotkań i zgromadzeń. O zakazie prowadzenia dochodzeń. O zinstytucjonalizowanym naruszaniu niepodległości terytorialnej. O wiecznym kiju i marchewce. W imię prawa i porządku. Wszystko to powiedział, choć nie o to mu chodziło. Pod całą tą interpretacją sytuacji z flagą chodziło o to, że flaga „zza wody” to także „flaga z tamtej strony ulicy”. A „z tamtej strony ulicy” w naszych oczach było czymś „zza wody” bardziej niż kraj, który się „za wodą” faktycznie znajdował, wywieszana tam flaga zaś była, jak by nie patrzeć, czymś bliższym i bardziej ostentacyjnym niż miejsce, z którego faktycznie pochodziła.
[…]
To rzekłszy, powtórzył raz jeszcze cały wywód o tym, że niezależnie od tego, jak sławny i cenny byłby obiekt napiętnowany wiadomą flagą, jemu nigdy nie przeszłoby nawet przez myśl uzasadniać, więcej, wyrażać uwielbienie wobec takiego symbolu opresji, tragedii i tyranii, o utracie twarzy i nieprzyjemnym posmaku w ustach nie wspominając, nawet nie tyle w odniesieniu do tego kraju „zza wody”, ile do tamtych „zza ulicy”. A co ważniejsze, dodał, ktoś, kto przynosi wiadomą flagę do dzielnicy radykalnie i stanowczo przeciwnej władzy, mógłby się narazić na oskarżenia o zdradę i kapusiostwo. Tak więc owszem, flagi budziły sporo emocji. Bardzo pierwotnych. W każdym razie tutaj.
[…]
Wiele lat po rozstaniu z być-może-chłopakiem zobaczyłam w telewizji program o ludziach, którzy nałogowo gromadzą różne przedmioty, lecz wcale nie uważają, żeby mieli problem ze zbieractwem, i choć nikt w tym programie nie gromadził części samochodów, nie mogłam nie zauważyć podobieństw między zachowaniem tych osób, na które patrzyłam już w czasach psychologicznego oświecenia, a zachowaniem być-może-chłopaka na długo przed tych czasów nastąpieniem. W programie pokazywali też parę składającą się z niego (zbieracza) i niej (nie zbieraczki). Każde pomieszczenie w domu mieli podzielone na pół – jego połowa dominowała nad całą przestrzenią, rzeczy piętrzyły się od podłogi do sufitu, wypełniały skłębioną masą każdy przydzielony mu centymetr i wreszcie rozlewały się na jej połowę, czego nie dało się uniknąć, bo mężczyzna nie był w stanie się powstrzymać od dokładania nowych przedmiotów, aż wyczerpał całe dostępne miejsce i musiał siłą rzeczy podbierać coraz więcej terytorium kobiecie. W domu być-może-chłopaka nie było mowy o żadnej kompresji czy ograniczaniu, jak w tych programach wiele lat później. Wręcz przeciwnie, on ciągle donosił kolejne rupiecie. Co do mojej reakcji – jakoś tolerowałam zagracone wnętrza i ogólną atmosferę w duchu „Czuj się jak u siebie, tylko uważaj, bo tu bywa ciasno”, kiedy u niego nocowałam, bo uspokajała mnie normalność kuchni i jego sypialni, a także półnormalność łazienki.
[…]
Wreszcie bracia dowiedzieli się od sąsiadów, że rodzice opuścili ich na dobre kilka tygodni wcześniej. Ponoć napisali do synów list, ale zapomnieli go zostawić; przede wszystkim to zapomnieli go w ogóle napisać, więc napisali i wysłali z niezałączonego adresu, gdy pod niego dotarli, nie żeby celowo go nie załączyli, po prostu nie mieli czasu albo nie pamiętali lub w ogóle nie wiedzieli, że powinni to zrobić. Ze znaczka pocztowego wynikało, że list przyszedł nie z kraju „za wodą”, ale z kraju za bardzo, bardzo wieloma wodami. Rodzice zapomnieli też własnego adresu – adresu domu, w którym mieszkali przez dwadzieścia cztery lata od dnia ślubu i jeszcze dwadzieścia cztery godziny przed wysłaniem wiadomości. Ostatecznie zaryzykowali i podali tak, jak kojarzyli, w nadziei, że nazwa ulicy pomoże kopercie dotrzeć na miejsce, no i rzeczywiście pomogła. List odwiedził najpierw domy wszystkich sąsiadów, aż wreszcie trafił w ręce braci. Zawierał wyznanie następującej treści: „Wybaczcie, chłopcy. Z perspektywy czasu i odległości widzimy, że nie powinniśmy byli nigdy mieć dzieci. Teraz będziemy się zajmować już tylko tańcem. Zapewniamy, że nam bardzo przykro – no, ale przynajmniej odczekaliśmy, aż dorośniecie”. Po tym zdaniu chyba coś im zaświtało: „A tych, co jeszcze nie dorośli, mogą odchować do końca starsi – zatrzymajcie sobie wszystko, chłopcy, łącznie z domem”. Rodzice nalegali, by synowie wzięli sobie dom, bo oni go nie chcą; zapewniali, że mają wszystko, czego potrzebują: siebie nawzajem, swoją choreomanię [inaczej: taneczna mania – przyp. aut.] i całe pudła olśniewających strojów. List kończyło zdanie: „Żegnamy Cię, synu najstarszy, i Ciebie, synu drugi najstarszy, i Ciebie, synu młodszy oraz Ciebie, synu najmłodszy, żegnajcie, wszyscy kochani synkowie”, lecz podpis nie głosił „Rodzice”, ani nawet „Wasi życzliwie obojętni matka i ojciec”. Zamiast tego podpisali się „Tancerze”, postawili cztery iksy symbolizujące całusy i od tamtej pory chłopcy nie mieli z nimi żadnego kontaktu.
[…]
A więc ta konkretna ulica, w niewielkiej dzielnicy, była tuż za rogiem i nosiła taką czy inną nazwę w rodzimym miejscowym języku, którym nie umiałam się posługiwać, była też znana jako „boczna gałąź”, czy też „odstająca gałąź”, albo „boczny pęd” w tłumaczeniu na język mi znany. Nigdy nawet tam nie byłam, a teraz być-może-chłopak proponował, żebym się tam z nim przeprowadziła. Odmówiłam, bo – poza troską o mamę i młodsze siostry oraz obawą przed jego zbieractwem, co do którego nie miałam żadnej gwarancji, że w nowym miejscu na ulicy czerwonych latarni nie będzie trwać i się pogłębiać z równą łatwością jak w obecnym domu – miałam jeszcze jedno zastrzeżenie: bałam się, że żadne z nas, w naszym kruchym związku, nie będzie w stanie udźwignąć intymności płynącej ze wspólnego mieszkania. I tak to wyglądało. Za każdym razem. Sugerowałam większą bliskość, żeby posunąć nasz związek do przodu, pomysł odbijał się rykoszetem, a ja zapominałam, że już kiedyś wpadłam na taki pomysł, więc przy następnej okazji być-może-chłopak mi to przypominał. W końcu jednak role się odwracały i to on miał zwarcie neuronów, po którym proponował, żebyśmy byli ze sobą bliżej. Raz po raz doświadczaliśmy zaników pamięci, epizodów jamais vu [objaw psychopatologiczny polegający na błędnym uznaniu znanej sytuacji za nową – przyp. aut.]. Nie pamiętaliśmy, że dawniej coś pamiętaliśmy, i musieliśmy przypominać jedno drugiemu o wzajemnym zapominalstwie i o tym, że bliskość w naszym przypadku się po prostu nie sprawdza, wziąwszy pod uwagę delikatność naszego być-może-związku.
[…]
A więc wizyty w kościele i u zakonników – później również u zakonnic – trwały nieprzerwanie, wzbogacane modlitwami o trzeciej, szóstej, dziewiątej i dwunastej. Każdego popołudnia punktualnie o wpół do szóstej odbywała też dodatkową pokutę za dusze w czyśćcu, które nie mogą już same się za siebie modlić. Harmonogram modlitw dziennych nie przeszkadzał jej w modlitwach porannych i wieczornych, szczególnie teraz, gdy podjęła się próśb o wstawiennictwo sił wyższych w mojej intencji, abym porzuciła romanse z heretykami w służbie wrogim siłom, z którymi, była tego pewna, cudzołożę w różnych „wiadomo jakich” miejscach. „Wiadomo jakich”, czyli darzonych przez nią dezaprobatą faktyczną lub potencjalną, tak na wszelki wypadek. Bywało, że razem ze starszymi siostrami zastanawiałyśmy się, co takiego sama wyprawiała w czasach młodości. A co do jej modłów i wyroków, to stawały się coraz dobitniejsze, coraz nachalniejsze, aż pewnego dnia wystarczyła chwila nieuwagi i wszystko się odwróciło. Nie mogło być inaczej. Swoje wnioski opierała na fałszywych przesłankach – starając się usunąć z mojego otoczenia mężczyzn, którzy nie istnieli nigdy i nigdzie poza jej wyobraźnią – a teraz wyglądało na to, że w końcu wymodliła coś, czego żadna z nas nie chciała.
[…]
I te właśnie kobiety, razem z mamą, najstarszą siostrą, pierwszym szwagrem i wszystkimi miejscowymi plotkarami, zaangażowały się w moją sytuację z mleczarzem. Aż wreszcie, jeśli wierzyć sprawozdaniom młodszych sióstr, pewnego dnia cały oddział sąsiadek przyszedł do nas na rozmowę z mamą. Powiadomiły ją, że spotykam się z mleczarzem, choć dodały też, że mój ukochany jest mechanikiem w warsztacie. Nieco po czterdziestce – ale jednocześnie po dwudziestce. Żonaty i nieżonaty. Z całą pewnością „powiązany”, choć zarazem „niepowiązany”. Działacz służb wywiadu: „Aj, kochana”, klarowały sąsiadki, „taki ten, zawsze w tle, co mu się zleca śledzenie, obserwowanie, nieodstępowanie na krok, trzymanie się jak cień, siedzenie na ogonie, ten, co zbiera informacje na temat celu, a później przekazuje tym od pociągania za spust, a ci…”. „Panie Jezu najsłodszy!”, krzyknęła wtedy mama. „I wy mi mówicie, że moje dziecko ma kontakty z tym człowiekiem!”
[…]
Postanowiłam więc dać mamie dokładnie to, czego ode mnie chciała, czyli zdać jej sprawę ze wszystkiego, co zaszło między mną a mleczarzem. Tak też zrobiłam. Zapewniłam, że z nim nie romansuję, że nigdy nie miałam takiego zamiaru, że to on i tylko on chodzi za mną, próbując mi najwyraźniej narzucić bliższą znajomość. Dodałam, że kontaktował się ze mną dwukrotnie, i opisałam okoliczności każdego z tych spotkań. Zdałam jej też sprawę z rzeczy, które o mnie wiedział – o mojej pracy, rodzinie, o tym, co robię wieczorami po pracy i w weekendy – ale zastrzegłam, że ani razu nie tknął mnie palcem, ani nawet, z wyjątkiem pierwszej rozmowy na ulicy, na mnie nie spojrzał, nadmieniłam też, że nie wsiadłam do żadnego z jego samochodów, chociaż ludzie gadali, że robię to bez przerwy. Zakończyłam wyznaniem, że nie chciałam mówić o tym nie tylko jej, ale i w ogóle nikomu, bo za bardzo się obawiałam przekręcania, przeinaczania i wyolbrzymiania każdego słowa, bo tutaj coś takiego stanowiło normę. Gdybym próbowała się tłumaczyć i przekonywać plotkarzy, straciłabym kontrolę nad sytuacją – na tyle, na ile w ogóle ją miałam. Wybrałam więc milczenie. Nie zadawałam pytań ani na żadne nie odpowiadałam, nie potwierdzałam, nie zaprzeczałam. W ten sposób, ciągnęłam, chciałam utrzymać granicę osłaniającą mnie przed otoczeniem. W ten sposób starałam się chronić i nie oddawać pola.
[…]
Zamiast mnie z nich rozliczać, rozpoczął ostrożny wywód, który, jak się domyślałam, wzbierał w nim już od jakiegoś czasu, na temat mojego czytania podczas chodzenia. Książki, chodzenie. Ja. I chodzenie. I czytanie. Znowu to. „Do mnie mówisz?”, upewniłam się. „Poważnie? Nigdy w życiu ze mną nie rozmawiałeś”. Na co on: „Po prostu tak mi się wydaje, że nie powinnaś tego robić, ani to bezpieczne, ani naturalne, ani o siebie w ten sposób nie dbasz, bo kiedy tak idziesz i czytasz, to się wyłączasz, porzucasz własną świadomość, mogłabyś się równie dobrze wybrać na spacer pośród lwów i tygrysów, wystawiasz się na łatwy cel brutalnych, podstępnych, nieposkromionych ciemnych sił, równie dobrze mogłabyś iść z rękami w kieszeniach…”. „Wtedy chyba nie mogłabym trzymać książ…” „To nie jest śmieszne”, uciął. „Chodzi mi o to, że każdy się może do ciebie zakraść. Podbiec nawet”, podkreślił. „Albo podjechać. Szwagierko droga, na wszystkie świętości! Przecież ktoś może się do ciebie tak po prostu zbliżyć, a ty co, zupełnie nieprzygotowana, w ogóle już nie uważasz, w ogóle się nie wysilasz, żeby zachować czujność i patrolować wzrokiem otoczenie, a jeśli jeszcze czytasz głośno…” „Toż nie wygłupiajmy się! Nie czytam na głos!” To zaczynało już zakrawać na absurd. „Ale jeśli podejmujesz się procedury tak niebezpiecznej jak czytanie podczas chodzenia, odcinasz świadomość, nie uważasz, ignorujesz całe swoje otoczenie…”.
[…]
Żył sobie z klapkami na oczach, zupełnie nieświadomie, co samo w sobie było dziwne, przedziwne. Ja również byłam tego zdania, co oznaczało, że mleczarz – ten ideologiczny marzyciel, posłaniec wizji, ktoś, kto całe życie poświęcił celom, o których mój szwagier, człowiek mieszkający tuż obok, a jednak pochłonięty bez reszty zupełnie nieprzystającymi do sprawy osobistymi bójkami i reżimem ćwiczeń fizycznych, nic nie wiedział – mleczarz z pewnością uznałby taką ignorancję za coś niepokojącego, wręcz sugerującego, że trzeci szwagier nie jest człowiekiem przy zdrowych zmysłach. To zaś prowadzi nas do zagadnienia aberracji umysłowych, a w naszej okolicy dzieliły się one na dwa rodzaje: nieznaczne, powszechnie akceptowane i nie tak nieznaczne, całkiem nie do przyjęcia. Osoby dotknięte tą pierwszą odmianą wpisywały się dość znośnie w społeczeństwo i mowa tu właściwie o wszystkich, łącznie z takimi różnymi, co szli w picie, bójki i zamieszki. Picie, bójki i zamieszki były czymś najzwyklejszym, przyjętym, wręcz koniecznym, tak że trudno byłoby to uznać za aberrację. Równie trudno za aberrację byłoby uznać cały ten repertuar plotek, sekretów i społecznej kontroli, a także gęsto stawianych i ściśle przestrzeganych reguł określających, co w tym miejscu wolno, a czego nie. Lekkie aberracje należało co do zasady znosić i patrzeć na nie przez palce, bo życie toczyło się tam, gdzie człowiek gotów był iść na ustępstwa; nikomu nie można było dać akceptacji na sto procent.
[…]
Jak najbardziej miałam poczucie, że coś zrobił, że coś zamierza, że strategicznie się na coś zasadza. I wydaje mi się – bo skąd w przeciwnym razie te wszystkie plotki? – że mieszkańcy naszej dzielnicy też musieli tak myśleć. Kłopot w tym, że mleczarz ani razu mnie nie dotknął. Przy ostatnim spotkaniu nawet na mnie nie spojrzał. Na jakiej podstawie miałabym zatem twierdzić, że mi się narzuca, że domaga się czegoś nieproszony? Tak to u nas wtedy wyglądało. Wszystko musiało mieć jakiś fizyczny wymiar i dawać się rzeczowo objąć rozumem, żeby móc to uznać za rzecz prawdziwą. Nie mogłam opowiedzieć o mleczarzu trzeciemu szwagrowi nie dlatego, że popędziłby mi na ratunek, pobił człowieka i w odwecie dostał kulkę, przez co cała nasza społeczność by się od niego odwróciła, a wtedy partyzanci z naszej części miasta wzięliby nas wszystkich za gardło. Potem my byśmy wzięli ich, miejscowi odmówiliby ukrywania paramilitarnych, nocowania ich, karmienia, przewożenia im broni. Przestaliby ich też ostrzegać przed zagrożeniem i służyć za doraźne pogotowie chirurgiczne. Incydent doprowadziłby do podziałów, zakończyłby powszechnie szanowane wspólne wysiłki podejmowane w celu obalenia sił wrogiego państwa. Nie. Nic z tych rzeczy. Chodziło o coś o wiele prostszego, o to, że trzeci szwagier nie byłby w stanie uwierzyć, że jeśli coś między dwojgiem ludzi nie dzieje się w sensie fizycznym, to w ogóle ma miejsce.
[…]
A zatem rzecz rozbijała się o książki, tylko o książki, o to całe „chodzenie z książkami”. Postanowiłam zatem wybaczyć szwagrowi tę zupełnie dla niego nietypową krytykę i wybaczyłam, i w tej samej chwili drzewo przy górnym stawie zrobiło nam zdjęcie, kiedy je mijaliśmy. Ukryty aparat pstryknął raz, tylko jedno cyk, cyk sił państwowych, podobne do tego, które rozległo się z krzaka umiejscowionego przy tym samym stawie tydzień wcześniej. No nie, pomyślałam. Tego nie brałam pod uwagę. To znaczy: nie brałam pod uwagę, że teraz państwo zacznie każdego, kto łączy się jakoś ze mną, łączyć z mleczarzem, tak jak z mleczarzem byłam już kojarzona ja sama. W ciągu zaledwie tygodnia od tego pierwszego cyknięcia zostałam cyknięta cztery razy. Raz w mieście, raz, gdy szłam do miasta i dwa razy, kiedy wracałam. Sfotografowano mnie z samochodu, z na pozór nieużywanego budynku i z różnych fragmentów miejskiej zieleni; być może cyknięć było więcej, tylko ich nie zauważyłam. Zawsze jednak rozlegały się akurat wtedy, kiedy mijałam kryjówkę aparatu, więc owszem, wszystko wskazywało na to, że zostałam wpisana w jakąś sieć, może nawet w sieć centralną, jako część zarazy, rebelianckiej plagi.
[…]
„Nie rozumiem”, rzekł. „Czy ten fragment mówi o niebie? Jeśli tak, to dlaczego pisarz nam tego po prostu nie powie? Po co komplikuje sprawę jakimś fikuśnym skakaniem dookoła tematu, skoro wystarczyłoby powiedzieć, że niebo jest niebieskie?” „O, to, właśnie!”, zakrzyknęliśmy, w każdym razie zakrzyknęła część z nas, a ci, którzy, podobnie jak ja, nie dołączyli do chóru głosów i tak w zupełności zgadzali się z tą perspektywą. „Le ciel est bleu! Le ciel est bleu!”, wołali inni. „Wtedy wszystko byłoby jasne. Nie mógł tak po prostu napisać?” Byliśmy wytrąceni z równowagi, bardzo wytrąceni, ale nauczycielka się roześmiała, co często jej się przy nas zdarzało. Robiła to, bo miała w sobie niepokojąco dużo pogody – kolejna rzecz, która mąciła nasz spokój. Kiedy się śmiała, nie wiedzieliśmy, czy powinniśmy jej zawtórować, okazać ciekawość i zainteresowanie, a następnie zapytać, z czego się śmieje, czy może naindyczyć się, obrazić i iść na noże. Tym razem, jak za każdym razem, wybraliśmy noże. „Co za marnotrawstwo czasu i pomieszanie tematów”, narzekała jedna z kobiet. „Skoro ten pisarz nie robi nic, żeby nauczyć nas francuskiego, to nie powinien w ogóle pojawiać się na naszych lekcjach, nawet jeśli jest Francuzem. To są zajęcia z nauki języka obcego, a nie z obciążania nas koniecznością drobiazgowej analizy rzeczy w tym języku, żeby wreszcie dojść do tego, czy chodzi o jakiś wiersz, czy jeszcze inny pomysł. Gdyby interesowały nas figury stylistyczne albo jakieś retoryczne ozdobniki, przez które jedna rzecz reprezentuje inną, podczas gdy ta reprezentowana mogłaby jak najbardziej być od początku po prostu sama sobą, to chodzilibyśmy na zajęcia z literatury angielskiej do tych pomyleńców z klasy obok”.
[…]
Strefa dziesięciominutowa była, wtedy i zawsze, miejscem ponurym, upiornym, prosto z opowieści o „Mary Celeste” [nazwa szkockiego statku, który zyskał rozgłos, gdy został odnaleziony na oceanie opuszczony przez załogę, której nigdy nie udało się odnaleźć – przyp. aut.]. Strefa stanowiła teren okalający rondo. Dominowały tu trzy ogromne rozmieszczone jeden przy drugim w równych odstępach kościoły. Od dawna nieużywane, stały niepotrzebne, zwyciężone, jak puste skorupy, choć poczerniałe wieże nadal wzbijały się ku niebu. W dzieciństwie wyobrażałam sobie, że wszystkie próbują dotknąć się czubkami, połączyć w jeden wielki kapelusz czarownicy, pod którym wszyscy musieliby przechodzić. To było pierwsze, co lata temu zauważyłam w tym niewielkim miejscu. Poza kapeluszem czarownicy znajdowało się tam niewiele budynków, które zresztą też wyglądały na opuszczone, może jakieś biura, kilka domów, niezamieszkane i niezajmowane w żadnym celu, a ludzie, jeśli już się trafiło na kogoś podobnego sobie, spuszczali głowy i przechodzili pospiesznie na drugą stronę. W kręgu znajdowały się cztery sklepy, ale nie zaliczały się do takich prawdziwych, mimo że miały uchylone drzwi, czyste witryny, wywieszone tabliczki z napisem „Otwarte” i sprawiały wrażenie, że życie – może akurat w tej chwili niewidoczne – gdzieś tam w środku jednak się toczy. Nigdy nie widziano, żeby ktoś do nich wchodził ani żeby z nich wychodził; nie było jasne, co się w nich konkretnie sprzedaje. Przed jednym ze sklepów znajdował się też przystanek autobusowy, jedyny w strefie dziesięciominutowej. On też nigdy nikogo nie gościł; nikt tu nie wsiadał i nikt nigdy nie wysiadał. Była też skrzynka na listy, której – nie licząc najmłodszych siostrzyczek, bo one akurat kiedyś wrzuciły do niej jakiś list same do siebie podczas jednego z wielu przedsięwzięć badawczo-śledczych, by sprawdzić, czy dotrze na nasz adres; oczywiście nie dotarł – nikomu nawet by się nie śniło używać do nadawania korespondencji. Wszystkie te zjawiska podkreślały charakter strefy dziesięciominutowej jako miejsca nawiedzonego, przez które należało się po prostu jak najszybciej przemieścić.
[…]
Właśnie dlatego w środowiskach dogłębnie nasączonych lękiem i zgryzotą nie trafiało się wielu promiennych ludzi. W takim otoczeniu, które było też moim otoczeniem, istniało takich ludzi raptem kilkoro. Nauczycielka francuskiego ze szkoły w centrum miasta. Może byłby kimś takim mój być-może-chłopak, gdyby nie ta jego słabość do zbieractwa. Chociaż w mojej okolicy jedyną osobą, co do której wszyscy jednomyślnie się zgadzali, że należy do rzadkiego gatunku osób promiennych, była siostra naszej dzielnicowej trucicielki, dziewczyny od tabletek. Siostra była w moim wieku, czyli młodsza od tej od tabletek i wcale nie było tak, żeby wszyscy chcieli jej nie lubić. Na tym polegała też część problemu – żeśmy jej nie nie-lubili. Rzecz w tym, że trudno było sobie poradzić z zagrożeniem, które stwarzała swoim absolutnym nieopadaniem z sił. Była tak jasna, że wręcz przezroczysta, nietknięta naszym mrokiem, chodziła po naszej ciemności w pełnym świetle. Co jednak dziwne, była w tym wszystkim bardzo zwyczajna. Ale zamiast czerpać nadzieję z tego, kim jest ta osoba i co sobą reprezentuje – szczególnie że pochodziła z naszej dzielnicy, a mimo to zdołała się wybić ponad obowiązujący tu nastrój i myślowe prądy – zamiast uznać: a właściwie to, dlaczego by nie, skoro ona jedna tak potrafi, jeśli jest w stanie chodzić wyprostowana, cała w blasku słońca od zewnątrz i od środka, to czemu my byśmy nie mogli…? Ale nie. Łatwiej było nie podważać swoich możliwości ani nie rozszerzać skarłowaciałej perspektywy, do jakiej jużeśmy się przystosowali, i łatwiej było okrzyknąć siostrę dziewczyny z tabletkami podobną do swojej siostry, to znaczy szaloną na całego, wykluczyć ją z naszych szeregów, uznać za przypadek beznadziejny. Tak więc promienność była niedobra, zbytsmutność tym bardziej, zbytwesołość także, co oznaczało, że człowiek miał nie być w niczym za bardzo i przy okazji także nie myśleć, a przynajmniej nie na pierwszy rzut oka, dlatego też wszyscy trzymali swoje osobiste myśli głęboko i bezpiecznie ukryte.
[…]
Naturalna, a może i nie naturalna, lecz całkiem zrozumiała, byłaby myśl tej dziewczyny czy kobiety: Gdyby tylko jakiś snajper sił oporu zdjął ci teraz łeb z karku celnym strzałem z karabinu, żołnierzu, twoja śmierć nie tylko by mnie nie zmartwiła, ale jeszcze jawiłaby mi się jako rzecz przyjemna, niosąca ulgę, ujmująca, wręcz karmiczna. Taka to więc była nienawiść. Wielka, wielka nienawiść lat siedemdziesiątych. Aby dobrze pojąć ciężar tej nienawiści, należałoby jeszcze odłożyć na bok całą tę mylącą i przyciężką nieadekwatność problemów politycznych oraz wszystkie racjonalizacje i wnioski na ich temat. Jak powiedział kiedyś w telewizji, tyle trafnie, co zwięźle, pewien bardzo zwyczajny człowiek z „tamtej strony ulicy”, który chciał zabić każdą osobę mojego wyznania z mojej okolicy (czyli wszystkie osoby z mojej okolicy) w akcie zemsty za to, że pewien bojownik sił oporu z mojej okolicy przeszedł na drugą stronę ulicy i podłożył bombę, która zabiła wiele osób jego wyznania z jego okolicy: „Niewiarygodne, jakie uczucia siedzą w człowieku”. I miał rację. Niewiarygodne, nawet jeśli to nie my osobiście koniec końców pociągniemy za spust.
[…]
Nie ruszyłam się ja i nie ruszył się on. Staliśmy tak, ani drgnąwszy, bez słowa, aż wreszcie on się odezwał: „Byłaś na Grecji i Rzymie, co?” – i to była jedyna rzecz, w której mleczarz się kiedykolwiek pomylił. Nie żebym nie rozważała Grecji i Rzymu, czyli wieczorowych zajęć z historii Grecji i Rzymu zamiast francuskiego. Bardzo mnie pociągali starożytni – ich nieposkromione emocje, charaktery nieograniczone surowymi regułami postępowania, ich mity, rytuały, cała ta makabra, absurdalne, paranoidalne intrygi i czystki. A do tego jeszcze kapryśne bóstwa i klątwy rzucane za wstawiennictwem prostych ludzi na wrogów, którymi okazywali się najbliżsi sąsiedzi. Wszystko to było bardzo alicjo-w-krainie-czarowe, jak bezwstydni cezarowie żeniący się z jabłoniami i nadający swoim koniom tytuł konsula. Było w tym coś bardzo interesującego, psychologicznego, nienormalnego, co jednak potrafiła zrozumieć normalna osoba o akceptowalnych społecznie odchyłach.
[…]
Z czasem do tej krótkiej listy dołączył jeszcze mleczarz – a zatem zajmowały mnie trzy sprawy, nie dwie. Gdybym umożliwiła jeszcze wstęp całej złożoności spraw zbrojnej opozycji, co zmusiłoby mnie do wypracowania pogłębionej – to znaczy: zbudowanej na przeciwieństwach – opinii na ich temat, musiałabym pomieścić w głowie już cztery sprawy. Do tego dochodziłyby jeszcze problemy polityczne, bo nie mogłabym myśleć o opozycjonistach i nie uwzględniać przyczyny, dla której w ogóle istnieli: a więc pięć spraw. Pięć spraw. Tak to wygląda, kiedy wyważa się drzwi do wewnętrznych sprzeczności. W obliczu tylu niedających się pogodzić rozbieżnych myśli i zjawisk człowiek nie mógłby ręczyć nie tylko za to, co politycznie poprawne, ale i nawet za samego siebie. Stąd ta dychotomia, to wypalanie niuansów, całe to jamais vu, czarne dziury w pamięci, czytanie podczas chodzenia, a nawet moje rozważania, czy nie należałoby zrezygnować z całego obowiązującego kodeksu postępowania na rzecz bezpiecznych zwojów i papirusów dawnych epok. W przeciwnym razie, gdyby w mojej świadomości wybuchły ładunki niezabezpieczonych sił i uczuć, nie wiedziałabym, co robić. Zdawałam sobie sprawę, że oni, opozycjoniści, stanowią konieczność, rozumiałam, skąd się wzięli i dlaczego wziąć się musieli, uwzględniwszy zaistniałą strukturę zalegalizowanych i bronionych przez państwo nierówności. Do tego jednak dochodziła niechęć słuchania, zatwardziały upór, krycie się w okopach burzliwych czasów. Nieuniknione było pogłębianie się szczelin między stronami, a zatem także istnienie opozycjonistów. Co do zabójstw – były codziennością, czyli nie należało się nad nimi rozwodzić.
[…]
Chcesz powiedzieć, że miewam jamais vu i że miewam je często?”, czyli że podobnie jak moja pamięć klasyfikowała jako nieistniejące wszelkie przeszłe próby ustanowienia prawdziwego związku z być-może-chłopakiem, każde podejście do pogłębienia intymności między nami uznając za próbę pierwszą i bez precedensu, tak samo, jeśli wierzyć najstarszej przyjaciółce, doświadczałam złudzenia, jakoby nigdy wcześniej nie zatrzymywały mnie państwowe siły bezpieczeństwa, choć jest czymś najoczywistszym, upierała się ona, że zatrzymują mnie bez przerwy. Z początku były to tylko zatrzymania rutynowe, dla zasady, stosowane wobec każdego, kto wchodzi do strefy kontrolowanej przez opozycjonistów albo ją opuszcza. Teraz jednak – i to nie za sprawą Mleczarza, lecz beznadziejności mojego przypadku – zaczęto mnie zatrzymywać nie dla zasady, lecz o wiele częściej. Przyjaciółka zakończyła swój wykład na temat obserwacji i moich zniknięć w inne wymiary stwierdzeniem, że podobnie jak z pstrykaniem aparatu, w tym przypadku też nie powinnam się ponad miarę przejmować oficjalnie krążącymi interpretacjami mojego zachowania. Jako że stałam się przypadkiem beznadziejnym, znanym z tego, że czyta podczas chodzenia tak, jak normalny człowiek czyta na siedząco, osobą skłonną, wedle miejscowych, czytać od końca do początku, zaczynając od ostatniej strony, a kończąc na pierwszej, by wyprzedzić wszelkie fabularne niespodzianki, bo nie lubię niespodzianek, zwłaszcza że umieszczam zakładki albo zaginam strony nie tam, gdzie przerywam lekturę, lecz w chytrze przypadkowych miejscach, aby zwodzić otoczenie z jakichś pokrętnych, napędzanych paranoją osobistych przyczyn, i jako że mam, wedle zgłoszeń obserwatorów, dziwną skłonność do liczenia różnych rzeczy, takich jak samochody i latarnie, a także odhaczam sobie różne punkty orientacyjne, udając, że udzielam wskazówek niewidzialnym rozmówcom – a wszystko to robię, czytając podczas chodzenia, i jako że nie lubię patrzeć na ludzkie twarze na okładkach książek i płyt, ani nawet na fotografiach i obrazkach, bo wyobrażam sobie, że mnie szpiegują, i wreszcie, jako że upycham po kieszeniach martwe zwierzęta, „to jakie znaczenie ma na tle tego wszystkiego romans z wysoko postawionym członkiem organizacji paramilitarnej”, podsumowała, „i kto by się tym w ogóle przejmował w obliczu takiego wariactwa?”
[…]
W naszej dzielnicy za tych dobrych uznawało się opozycjonistów: to oni byli bohaterami, ludźmi honoru, nieustraszonymi, legendarnymi wojownikami, których wróg znacznie przewyższa liczebnie, lecz oni mimo to ryzykują życiem, walczą o nasze prawa w partyzanckiej walce, nie bacząc na żadne przeciwności. Tak postrzegała ich większość, jeśli nie wszyscy mieszkańcy dzielnicy, przynajmniej z początku, zanim typ idealisty wyzionął ducha, a do typu, który nadszedł po nim, bardziej skłaniającego się ku gangsterce niż partyzantce, ludzie mieli już coraz większe zastrzeżenia. Wraz ze zmianą personelu nadszedł też nowy dylemat nie-opozycjonistów i niezbyt aktywnych politycznie mieszkańców „naszej strony ulicy”. Dylemat ten składał się, po raz kolejny, z wewnętrznych sprzeczności, moralnej mgły, trudności pełnego wejścia w prawdę. Oto prosty człowiek, próbujący żyć jakoś życiem cywila tak przeciętnie, jak tylko pozwalały na to problemy polityczne, został nagle wpędzony w stan dyskomfortu: stracił przeświadczenie o moralnej stosowności środków, którymi nasi strażnicy honoru posługiwali się w walce za sprawę. Nie chodziło tylko o śmierć, o śmierć piętrzącą się stertami, lecz także o rannych, o te zapomniane szkody, o krzywdy i cierpienie bardzo osobiste i prywatne, wyrastające z sukcesów operacji partyzanckiej opozycji.
[…]
Tak więc tak. Nagadała mi znowu. I nie byłam już wstrętną starą panną, co nie chce wyjść za mąż, tylko bez cienia wątpliwości kobietą lekkich obyczajów, z nikim niezwiązaną i niepowiązaną. Jej słowa jednak, słowa obraźliwe i pełne pogardy, nie brały się tak naprawdę z córczynego lepienia w dostępnym materiale, bo to ona sama sobie lepiła historię z materiału, który był jej dostępny. Zakomunikowała mi też przy okazji najnowszą plotkę dotyczącą mnie i mleczarza, nie wiedząc, że przekazuje ją komuś, kto o niczym nie wie. I tak jak mleczarz – jak oni wszyscy – znów dopadła mnie osoba, która znała już odpowiedzi na wszystkie pytania, więc żadnych nie próbowała zadawać i w najmniejszym stopniu nie była ciekawa tego, co mogłaby ode mnie usłyszeć. Ja zresztą nie próbowałam już wyjaśniać, że w dalszym ciągu nic mnie z mleczarzem nie łączy. „Kłamiesz!” – to oskarżenie z ostatniej rozmowy nadal mnie piekło, a ją zapewne w dalszym ciągu dręczyło moje milczenie. Ciskała więc we mnie słowami, a ja nie chciałam przyznać, że mają na mnie jakikolwiek wpływ, choć miały, bo sama zaczęłam dostrzegać różnicę w tym, jak odnosili się do mnie mieszkańcy dzielnicy. I to nie tylko miejscowe plotkary, wciąż rozwijające swoje historie. Teraz obserwowały mnie też miejscowe paramilitarne groupies. I postanowiły złożyć mi wizytę.
[…]
W chwili, gdy minęłam wejście na cmentarz, zatrzymał się przy mnie samochód. I rozległ się głos: „Dobry wieczór! Halo, dobry wieczór? Wszystko w porządku?”. Wtedy się zatrzymałam, bo to nie był mleczarz, tylko ktoś inny. To był prawdziwy mleczarz, bo istniał też prawdziwy mleczarz, ten, co brał zamówienia na mleko, jeździł prawdziwą furgonetką z mleczarni i naprawdę rozwoził mleko w naszej dzielnicy. Był on też jednym z oficjalnych przypadków beznadziejnych w naszej dzielnicy – człowiekiem, co nikogo nie kochał. Mieszkał ulicę od nas, a za przypadek beznadziejny został uznany dlatego, że pewnego dnia wrócił z kraju „za wodą”, gdzie umierał jego brat, i zorientował się, że coś jest nie tak z jego domem. Mieszkał sam. Wyszedł za dom po szuflę węgla i zobaczył, że ktoś kopał w jego ogródku. No więc też zaczął kopać, żeby sprawdzić, co tam się działo. Po jakimś czasie wyszedł na ulicę z naręczem karabinów. Broń była owinięta w ceratę. Wyniósł ją na środek ulicy, rzucił na ziemię i krzyknął: „We własnym ogródku sobie to zakopcie!”, a następnie wrócił i przyniósł drugie tyle. Nosił tak i nosił, bo po karabinach przyszła pora na pistolety, rozmontowane sztucery, worki amunicji i tak dalej, wszystko popakowane w szmaty i ceratę. Wywalał to na ulicę, a kipiał przy tym ze złości i wrzeszczał, aż dostrzegł dzieci, które bawiły się – zanim przekształcił ich krajobraz w zbrojownię – dokładnie tam, gdzie teraz leżała sterta broni.
[…]
Nie udało się jednak udowodnić, że właśnie tak było, wyjaśnił prawdziwy mleczarz. Chodziła taka plotka, bo ludzie tutaj zawsze musieli sobie jakąś wymyślić, bo nie można było tutaj tak po prostu umrzeć, tu już nie można było mieć zwyczajnej śmierci, takiej z przyczyn naturalnych albo spowodowanej nieszczęśliwym zdarzeniem, na przykład upadkiem z okna, a już na pewno nie po tym, jak w dzielnicy doszło do tylu brutalnych zabójstw. Śmierć musi być polityczna, stwierdził prawdziwy mleczarz. Musi w niej chodzić o granicę, czyli o coś zrozumiałego. W przeciwnym razie dopuszczalna była jedynie śmierć nadzwyczajna, dramatyczna, wstrząsająca, na przykład przypadkowy śmiertelny skok dziecka przekonanego, że jest super-bohaterem. Ludzie teraz tego oczekują, wyjaśnił. Tak więc trzyletni szkrab nic a nic nierozumiejący praw grawitacji albo po prostu maluch zostawiony bez opieki w pokoju na górze (bo matka, choć też na piętrze, znajdowała się w innym pomieszczeniu, z którego przestała wychodzić poskładana żałobą i tylko leżała w łóżku, błądząc myślami) popełnił błąd tragiczny, lecz nie dostateczny, żeby ktoś w naszej okolicy musiał przez to zginąć. Życie tutaj, stwierdził prawdziwy mleczarz, musi być przeżywane i tracone w sposób ekstremalny. Dziecko leżące na podwórku znalazła późnym rankiem jedna z jego sióstr.
[…]
Wydaje mi się jednak, że kilkoro nauczycieli kontaktowało się w tej sprawie z mamą. I wzywali ją do szkoły, przypominałam sobie po trochu, na jakieś specjalne spotkania o tym, jak dalej poprowadzić coś tam młodszych siostrzyczek. „Edukacjonalne” – tego słowa ktoś używał, przypomniało mi się. Albo „edukacjonistyczne”. Coś w ten deseń. I przychodzili, ci nauczyciele, do nas do domu, i jeszcze inni jacyś ludzie z branży edukacjonalnej, żeby dalej dyskutować i debatować. Nie jestem pewna, czy mama rozumiała wszystko, co ci eksperci do niej mówili, ale zamierzała poprosić najmłodsze, żeby jej wytłumaczyły, co dokładnie jest napisane w tym liście z akademii dla nieletnich geniuszy, który później dostaliśmy, tylko jeszcze nie miała, kiedy im go pokazać. Co do zwykłych szkolnych sprawozdań z wyników w nauce – nie wiem, czy mama je czytała, czy rozliczała z nich najmłodsze siostrzyczki, ani nawet czy najmłodsze siostrzyczki się przed nią z tego rozliczały. Tutaj oceny i certyfikaty i tak niewiele znaczyły.
[…]
Najmłodsze siostrzyczki nie zdradzały wprawdzie żadnego szczególnego zainteresowania naszymi problemami politycznymi – to znaczy nie ciekawiło ich to w większym stopniu niż, dajmy na to, fonologiczne stopnie artykulacji, egiptologia okresu wczesnego królestwa, niuanse techniki śpiewu, stan wszechświata sprzed momentu uporządkowania, Apoteoza Herkulesa [dzieło – malowidło sufitowe francuskiego malarza doby rokoka François ’a Lemoyne w pałacu wersalskim – przyp. aut.] czy jakiekolwiek inne spośród wielu zajmujących ich umysły indeksów, apendyksów, marginaliów, przypisów końcowych i innych tego rodzaju rzeczy. Dawniej zdarzało się, że wchodziłyśmy ze starszymi siostrami do pokoju i zastawałyśmy najmłodsze siostrzyczki czytające gazety „stamtąd”, takie z wiadomościami, choć miały też pod ręką kilka tabloidów, również „stamtąd”. Nie miałyśmy pojęcia, jak je zdobyły, ale jakoś im się udało i rozłożyły je na widoku na podłodze, w biały dzień. Nigdy wcześniej młodsze siostry takich gazet nie czytały, nie oglądały wiadomości politycznych w telewizji, a przynajmniej nie z autentycznym zaangażowaniem. Zamiast tego przechodziły fascynację Joanną d’Arc. Informowały wówczas całe otoczenie, że nie żywią żadnych ciepłych uczuć do tego kraju „za wodą”, lecz nie ze względu na znane wszystkim historyczne dziedzictwo i władzę tejże historii, przekazywanej z pokolenia na pokolenie, przekształcanej i komplikowanej w próbach jak najszczegółowszego wyłuszczenia wydarzeń, które zaszły w tamtym i w tym kraju, tylko ze względu na ich bardzo w tej sytuacji naturalne przyjęcie strony Francuzów.
[…]
To trzecie spotkanie z mleczarzem nie okazało się końcem historii. Kolejne – zarówno te prawdziwe, jak i te sfabrykowane przez wyobraźnię miejscowych – jak najbardziej się zdarzyły. Podczas tych prawdziwych, podobnie jak w dziesięciominutowej strefie, mleczarz nie udawał, że wpadł na mnie przypadkiem. Nie zgrywał zaskoczenia, nie było żadnego „patrzcie państwo, jaki zbieg okoliczności”. Zamiast tego mówił rzeczy w rodzaju „A, tutaj jesteś” i inne podobnie poufałe zdania tonem nonszalanckim, jakbyśmy się umówili na spotkanie właśnie tutaj. Do takich spotkań dochodziło wszędzie. Skoczyłam do sklepu na rogu, a tam on. Szłam do miasta, a tam on. Kończyłam pracę, a tam on. Zajrzałam do biblioteki, a tam on. Nawet jeśli gdzieś weszłam i wyszłam, a jego nie było, czułam się tak, jakby tam był. Czasem rozpoznawałam też którąś z naszych dzielnicowych czujek i myślałam: Wysłał to dziecko na patrol, żeby mnie obserwowało. Oczywiście najpewniej wcale tak nie było. Dużo bardziej prawdopodobne, że małolat pełnił swoje zwyczajne obowiązki: pilnował ruchów zbrojnych sił państwowych i ewentualnych działań wojskowych, a może nawet miał dzień wolnego. Kłopot w tym, że moje narastające podejrzenia wobec niemal każdego i wszystkiego dowodziły tylko, jak głęboko przedostał się już mleczarz. Zdołał zinfiltrować moją psychikę. Stało się jasne, że te pierwsze trzy spotkania żadną miarą nie były dziełem przypadku, jak sama przed sobą próbowałam udawać. Teraz zaś pojawiał się tu i tam, zatrzymywał mnie, stawał mi na drodze albo równał ze mną krok, jakby to były najzwyklejsze umówione spotkania. Uważałam to za wielką niesprawiedliwość.
[…]
Te bary i kluby to były przybytki niepewne, ryzykowne, a ze względu na problemy natury politycznej – niezbyt liczne. W teorii mógł do nich przyjść każdy, a więc były to miejsca mieszane, stworzone dla wszystkich wyznań. Poza tymi dwiema walczącymi ze sobą istniała też garść innych religii, ale kto by się nimi przejmował. Te śródmiejskie przybytki o charakterze towarzyskim często odwiedzali też ci z tajnych państwowych oddziałów, ci od szpiegowania i infiltracji, skrywający broń i zawsze gotowi zrobić człowiekowi sesję fotograficzną, to zaś oznaczało, że do takich miejsc, do tego typu barów i klubów można było iść na jednego drinka, może dwa, ale nikt nie chciałby się tam upić. Dlatego większość miejscowych, tych zwyczajnych ludzi – takich jak ja i być-może-chłopak, ludzi nieplanujących nic politycznego – zaglądała tam czasami na początek wieczoru, na drinka albo dwa, żeby podziwić się głupocie turystów, a następnie przenieść do miejsc uznawanych za bezpieczniejsze, ulokowanych głęboko w tej czy innej strefie bez wstępu dla obcych. W naszym przypadku to zawsze była jego strefa bez wstępu dla obcych, nigdy moja, bo dzięki temu unikaliśmy zagrożenia w postaci mamy, uzbrojonej w oceniające pytania i plany mojego zamążpójścia. Ostatnio jednak podczas wyjść do śródmiejskich klubów i barów z być-może-chłopakiem łapałam się na tym, że zerkam na boki, upewniając się, czy gdzieś koło nas nie znalazł się mleczarz. Obawiałam się, że mógłby nas obserwować, szpiegować, może nawet robić nam zdjęcia z ukrycia, a niepokoiłam się przede wszystkim dlatego, że bardzo wyraźnie dano mi do zrozumienia, co ten człowiek myśli o moim chodzeniu z być-może-chłopakiem. Ja tymczasem dalej z nim chodziłam, co nie oznaczało jednak, że lekceważę groźby o bombie.
[…]
Oczywiście mogłam nie wiedzieć, dlaczego ktoś funduje mi szarady. Być może były też takie osoby, którym nie zależało na pogrywaniu ze mną, prowokowaniu wzburzenia czy werbalnym wabieniu ku zgubie. Możliwe, że gryzła ich jakaś osobista troska, wobec której czuli się tak po ludzku bezbronnie i o której nie chcieli mówić, ale i tak zależało im, aby w związku z nią uzyskać jakieś wyjaśnienie czy doprecyzowanie od kogoś z zewnątrz. Jednak w przypadku plotkar i fabrykantów pogłosek – a już na pewno w przypadku naszych miejscowych plotkar i naczelnych hiper-fabrykantów – rzecz zawsze sprowadzała się do skrupulatnych analiz, kombinacji, nasłuchiwania wahań, bo opinia publiczna w tym miejscu oddana była władzy domysłów, nie tylko w kwestii tego, co zagraniczne, ale i w sprawach jak najbardziej miejscowych. Tak więc ruszali do ofensywy, uzbrojeni w serie pytań, ale nie były to pytania bezpośrednie, w rodzaju „dlaczego tak?” czy „a co to oznacza?”. Zamiast tego padało: „Bo ten-a-ten powiedział”, „Chodzą słuchy, że” lub „Dotarło do nas, że przyjaciółka córki brata kuzyna naszego wujka, która nie mieszka już w naszej okolicy, mówi, że”. Niektórym zdarzało się nawet sięgnąć po słowo „plotka”, jak w zdaniu: „Plotka głosi, że…”, po czym zaczynali personifikować Plotkę, jakby to nie oni osobiście powołali ją do życia lub powielali. Otwierali usta do pozornie niewinnych pytań i zawieszonych w domyśle zapewnień, licząc, że przekonają i mnie (przez zaskoczenie, strach, może chęć obrony) do otwarcia ust i podsunięcia im jakiejś soczystej, łatwej do rozbudowania odpowiedzi.
[…]
Opowiedziałam jej o państwowej władzy trzymającej mnie pod obserwacją, ponieważ trzyma pod obserwacją jego. Robią mi zdjęcia, ciągnęłam, nie tylko kiedy on mi towarzyszy, ale też, kiedy jestem sama albo z kimkolwiek innym – nieważne, czy się z kimś umówiłam, czy spotkałam przypadkiem. Ciągle pstrykają ukryte aparaty i na kolejne niepowiązane osoby padają podejrzenia, mimo że przecież nic się nie dzieje i dziać nie będzie. Opowiedziałam też o nagłym natężeniu obecności różnych wazeliniarzy, nadskakiwaczy i włazidupów, bo kolejne takie osoby pojawiały się w moim otoczeniu i udawały, że są mi życzliwe, choć to oczywiście nie była prawda. Ku swojemu zaskoczeniu napomknęłam nawet o obleśnym pierwszym szwagrze. Pod koniec jeszcze historia o mamie, jej świętoszkowatych kazaniach i wszystkich świętych z dzielnicy, którzy mieli się za mnie modlić, i o nieuchwytnych podsycaczach plotek, przekręcających wszystko, co usłyszą, i zmyślających rzeczy, których usłyszeć im się nie udało. Wreszcie opowiedziałam o majaczącej gdzieś w przyszłości bombie samochodowej, która może w każdej chwili zabić chłopaka, z którym jestem w być-może-związku. I już. Powiedziałam wszystko. Zamilkłam, wzięłam wielki łyk ze swojej szklanki i opadłam na obitą pluszem ławkę, czując, że mi ulżyło. Zwierzyłam się właściwej osobie. Najstarsza przyjaciółka była właściwą osobą. Już sam fakt, że cała ta opowieść wylała się ze mnie zupełnie organicznie – choć niekoniecznie przy zachowaniu chronologii zdarzeń – stanowił wystarczający dowód.
[…]
„To nienormalne, wypaczone, ostentacyjne w swojej zawziętości zachowanie”, ciągnęła najstarsza przyjaciółka. „Nie ma to nic wspólnego, najstarsza przyjaciółko, z sytuacją, kiedy człowiek w drodze do domu zerka na nagłówki gazety. Rzecz w tym, jak ty to robisz – czytasz książki, całe książki, robisz notatki, sprawdzasz przypisy, podkreślasz całe zdania, jakbyś siedziała przy biurku, w ławce, w jakimś swoim prywatnym gabinecie o zasłoniętych oknach, przy lampie, z kubkiem herbaty i właśnie sobie komponowała jakiś esej, jakąś dyskursywną rozprawę, jakąś dysertację. To bardzo niepokojące. Zwyrodniałe wręcz. Optyczno-iluzoryczne. Wbrew zasadom współżycia społecznego. Wbrew instynktowi samozachowawczemu. Ściągające na siebie uwagę. I po co, skoro wróg czai się za drzwiami, nasza społeczność żyje pod okupacją i wszyscy musimy trzymać się razem, robić swoje, po co w takiej sytuacji ściągać tu na siebie uwagę?” „Zaraz, zaraz”, przerwałam. „Chcesz mi powiedzieć, że on może sobie chodzić po mieście z semteksem [kruszący materiał wybuchowy, potocznie zwany czeskim plastikiem – przyp. aut.] i to jest w porządku, ale jak ja chcę sobie publicznie poczytać Jane Eyre, to już mi nie wolno?” „Nie mówię o tym, że czytasz publicznie, tylko że czytasz podczas chodzenia. To im się nie podoba”, dodała, mając na myśli naszą społeczność i wróciła do tego swojego patrzenia przed siebie. Następnie oznajmiła, że nie jest gotowa wchodzić tu w jakieś amfibolie, ekwiwokacje i gadanie z drugim dnem, jak to robią ci „zza wody”, ale gdybym tylko zadała sobie trud spojrzenia na całą sprawę w szerszym kontekście, to wizja, że semteks na mocy precedensu jest uznawany za coś normalnego, w przeciwieństwie do czytania podczas chodzenia – „czego nikt poza tobą za normalne nie uważa” – z pewnością okazałaby się możliwa jako jedna z logicznych interpretacji.
[…]
Przy całym tym ich monitorowaniu”, ciągnęła, „infiltracji, intercepcji, inwigilacji, rozrysunkach planów każdego pokoju, umiejscowienia każdego mebla i wazonu, a nawet wzorów na tapetach, przy tych listach podejrzanych, profilowaniu geograficznym, podpinaniu i odcinaniu łączy, rebusach, kalamburach, wróżeniu z fusów i – nie zapominajmy – stałej obecności helikopterów, latających nad całym tym wyalienowanym, cynicznym, egzystencjalnie zgorzkniałym krajobrazem, to chyba nic dziwnego, że na każdego mają teczki. Jeśli na kogoś w strefie kontrolowanej przez opozycjonistów takiej teczki by nie było, oznaczałoby to, że taka osoba ma na sumieniu coś bardzo podejrzanego. Oni fotografują nawet cienie. Tutaj rozszyfrowuje się ludzi i rozpracowuje podobieństwo na podstawie cieni i sylwetek”. „Jesteś bardzo spostrzegawcza”. Byłam pod wrażeniem. Przyjaciółka dodała jeszcze, że na pewno miałam swoją teczkę jeszcze przed Mleczarzem ze względu na inne moje powiązania. Już miałam zapytać, o jakie powiązania jej chodzi, ale ona znowu mi przerwała. „Matko, nie wierzę. Co ty masz z głową! Co ty masz z pamięcią! Nie mogę już z tym twoim umysłowym oddzieleniem i oderwaniem od świadomości. Mówię o mnie! O twoich powiązaniach ze mną! Z twoimi braćmi! Drugim bratem! Czwartym bratem!” Pokręciła głową.
[…]
Dziewczyna, a tak naprawdę kobieta, co chodziła i wrzucała ludziom trutkę do szklanek, mnie też podtruła, a ja nie miałam o niczym pojęcia, nawet kiedy po dwóch godzinach od pójścia spać obudziłam się z najniewiarygodniejszym bólem brzucha. Z początku wydawało mi się, że to bardziej dreszcze, wzdrygnięcia, te koszmarne doznania, które dręczyły mnie, odkąd pojawił się Mleczarz. Ale nie. To dziewczyna od tabletek wrzuciła mi coś do piwa. Zdarzyło się to w barze, kiedy rozmawiałam z najstarszą przyjaciółką i kończyłyśmy akurat dyskusję nie o – jak się spodziewałam – Mleczarzu, a o moim statusie przypadku beznadziejnego. Później przyjaciółka wyszła do toalety, a kiedy zostałam sama przy stoliku, ta dziewczyna, co tak naprawdę była kobietą, podkradła się do mnie. Natychmiast oskarżyła mnie o zbrodnie przeciwko ludzkości i o skrajny egoizm; przy okazji też mnie otruła, a zrobiła to wszystko, zanim zdążyłam powiedzieć, żeby spierdalała. „Wstydź się”, rzuciła w moją stronę, lecz nie nawiązywała do mojego romansu z Mleczarzem, jak zakładałam, a zakładałam tak, bo tylko do tego nawiązywali wszyscy, choć nadal to była wyłącznie moja sprawa. Nie, jej chodziło o mój domniemany spisek z Mleczarzem, mający na celu zabicie jej w jakimś innym życiu. Okazało się, że odpowiadam nie tylko za śmierć jej samej, lecz także za śmierć dwudziestu trzech innych kobiet, „z których przynajmniej część zajmowała się zielarstwem”, wyjaśniła, „najniewinniejszym znachorstwem, a część nie zrobiła zupełnie nic”, a dopuściłam się tych zbrodni w czasie, kiedy przebywałyśmy – wszystkie dwadzieścia sześć – w innym życiu. Miała przez to na myśli nasze dawne wcielenia gdzieś w siedemnastym wieku, podała mi dokładne daty i wyjaśniła, że on był lekarzem, ale nie prawdziwym, tylko takim znachorem. Tu zrobiła obrzydzoną minę na samą myśl, że mogłabym się zadawać, powinowacić z tak fałszywym człowiekiem i po kociemu dać mu się udomowić.
[…]
Ten syk przechodził przez cały bar, od jednej osoby do drugiej. Wtedy też wzbierała pijacka panika i każdy, komu w tym tygodniu przypadła w udziale rola strażniczki lub strażnika bezpieczeństwa grupy, biegł do swojego stolika z parkietu, z toalety, z baru, z objęć w ciemnym kącie, z dowolnego miejsca, które w tym momencie zajmował. Zadaniem tych osób było pilnować napojów, ale mimo to nikt już nie zaznał spokoju, bo wszyscyśmy się wyczulali na jej obecność. Trącaliśmy się łokciami, odwracaliśmy, śledziliśmy jej procesję przez klub i koncentrowali na niej całą uwagę, podczas gdy ona snuła się to tu, to tam niczym jakiś duch, upiorna zjawa. Zważywszy na naszą hiper-czujność, można by pomyśleć, że jako większość mieliśmy przewagę, że z łatwością moglibyśmy pokrzyżować jej plany i chronić swoje zdrowie. Kiedy jednak przychodziło co do czego, samotna kombatantka pokonywała nas bez trudu. Nikt nie wiedział, jak ona to robi, ale miała swoje sposoby na wrzucenie nam czegoś do szklanek bez względu na to, czy przy stoliku ktoś czuwał, czy nie. Strażnik stolika, jak każdy mógł zaświadczyć, gnał do wyznaczonego miejsca, zgarniał wszystkie drinki i trzymał je tuż przy sobie, nie wystawiając ich na ryzyko. Aby jak najszybciej przepędzić podtruwaczkę, rezygnowano nawet z pozornej uprzejmości. „Spierdalaj!”, krzyczeli strażnicy stolików, bo – jak później twierdzili – w sytuacji zagrożenia otruciem najlepiej walić prosto z mostu. „Spierdalaj stąd!”, wołali z daleka. „Spierdalaj!” – porzucali wszelkie zasady etykiety. „Spierdalaj!” – osuwali się w odrażającą niegrzeczność. Jednak trochę to trwało, skoro musieli tyle razy rzucić tym słowem w najskuteczniejszą, najgroźniejszą dzielnicową podtruwaczkę wszech czasów, która nie dawała się przepędzić, i można się było spodziewać, że każdy z nich i jeszcze co najmniej jedna osoba z każdej grupy będzie się zwijać z bólu, miotać, zgrzytać, dygotać, skręcać, przyjąwszy garść najróżniejszego rodzaju substancji przeczyszczających, szlochać i błagać z wyczerpania, żeby zabrała ją wreszcie śmierć, żeby to się wreszcie skończyło, i że dojdzie do tego, jeszcze zanim długa noc przejdzie w poranek.
[…]
Byłam chora od prześladowań Mleczarza, od bycia przezeń obserwowaną, od tego, że wszystko o mnie wiedział, czekał, czyhał, odcinał mi drogę ucieczki, a także od śmiercionośności tajemnic, spojrzeń i plotek, wiecznie obecnych w tym miejscu. Tak mama i ja miałyśmy, jak zawsze, cele zupełnie sprzeczne, ale mimo to podjęłam w tamtej chwili jeszcze jedną próbę, bo była to chwila samotna, a ja bardziej niż kiedykolwiek potrzebowałam, żeby matka we mnie uwierzyła, by naprawdę mnie dostrzegła. „Mamo, nie ma żon”, wystękałam. „Ani mężów. Nie płody, nieszemrane ciotki, nie trucizna, nie samobójstwo”. To ostatnie dodałam, aby oszczędzić jej kłopotu, bo zaraz sama zaczęłaby mnie o to wypytywać. „Jak nie, to co się dzieje?”, chciała wiedzieć, a ja, w samym centrum bólu i trucizny, poczułam cudowne ukojenie, jakby spłynął na mnie wielki spokój, bo matka przerwała na chwilę swoje admonicje, by pomyśleć, że może jednak mówię prawdę. Tak łatwo byłoby ją kochać. Czasami widziałam, jakie to byłoby proste. Zaraz jednak czar prysł, a matka wyrwała się z wahań, indagacji, posądzeń i fałszywych oskarżeń, by zawołać najmłodsze siostrzyczki. Wszystkie trzy zdążyły już do tego czasu wstać z łóżka i zebrały się za nami w koszulkach nocnych.
[…]
Dopiero w tamtej chwili zrozumiałam, że dziewczyna od tabletek nie żyje. Mama się martwiła. Powiedziała, że jeśli nie zabili jej opozycjoniści – bo twierdzili, że nie zabili, a nie byłoby żadnego powodu tak twierdzić, gdyby jednak ją zabili, skoro chodzili po całej dzielnicy, zapowiadając, że to zrobią – to mogło oznaczać tylko jedno, a mianowicie, że doszło do zwykłego morderstwa. Zwykłe morderstwa były czymś obcym, niepojętym, bo stanowiły dokładnie taki rodzaj śmierci, do jakiego tutaj nie dochodziło. Ludzie nie mieli pojęcia, jak je traktować, jak je kategoryzować, jak o nich rozmawiać – a to dlatego że żyliśmy w miejscu, gdzie dochodziło wyłącznie do morderstw politycznych. „Polityczne” oczywiście oznaczało wszystko, co miałoby jakikolwiek związek z granicą i wszystko, co dałoby się zinterpretować jako – choćby najmgliściej i najskomplikowaniej, dla reszty świata zupełnie najniemożliwiej – mające związek z granicą. Ale wystarczyło zabić kogoś w celach innych niż polityczne i miejscowi wpadali w zdumienie i popłoch, co z tym fantem zrobić. „Do czego to doszło”, załamywała ręce mama i rzeczywiście ta sytuacja zdecydowanie ją martwiła. „Jeszcze trochę i będziemy tacy jak w tym kraju za wodą. Tam dzieją się takie rzeczy, że nie do wiary. Zwyczajne morderstwa. Rozprzężenie obyczajów. Tam jak kto ma po ślubie romans, to męża czy żony nic to nie interesuje, bo też ma romans – no i po co w ogóle wtedy ślub brać? A ci nie wiedzą, po co ślub brali. I w końcu się rozwodzą albo nawet się w rozwody nie bawią, tylko z własnymi dziećmi się żenią. I robią sobie z własnymi dziećmi dzieci. A potem inne dzieci porywają. Nie da się tam z domu wyjść, żeby się nie potknąć o jakieś przestępstwo seksualne”.
[…]
Opozycjoniści oznajmili, że to nie oni zabili dziewczynę. Później prowadzili dochodzenie, by wywiedzieć się, kto to zrobił. A następnie, powołując się na pilne zobowiązania przy granicy, bardzo wygodnie, gadali ludzie, porzucili całą sprawę. Tyle tylko, że ci ludzie nigdy żadnej sprawy nie porzucali. Na tym była zbudowana cała ich reputacja, z tego byli znani, ze swojego absolutnego nieodpuszczalstwa. Dlatego też miejscowi doszli do wniosku, że to jednak któryś z nich ją musiał zabić. Nie z powodów politycznych, oczywiście, bo ta nagła cisza ze strony paramilitarnych, ich ciche wycofanie, raptowne ucięcie zawziętego, drobiazgowego śledztwa, szczególnie bez zwyczajowego przyznania się do czynów poczynionych, wszystko to świadczyło o tym, że dziewczyna od tabletek nie zginęła z przyczyn politycznych. A więc nie była to śmierć motywowana kwestią granicy. Nie służyła ratowaniu kraju, obronie dzielnicy, ukróceniu aspołecznych zachowań w ich strefie wpływów. To był Mleczarz. To on ją zabił. Tak zwyczajnie, a nie politycznie, zabił ją, a to dlatego – tak najwyraźniej sądzili miejscowi – że nie spodobał mu się jej zamach na moje życie. To mogła być prawda albo nie, lecz budka z frytkami wydała werdykt, że prawda, a ja, otoczona tymi ludźmi, którzy zajęli już jasne stanowisko w sprawie, również tak pomyślałam. Wysokiej rangi miejscowy bohater dopuścił się paskudnego zwyczajnego morderstwa, by pomścić krzywdę zadaną swojej jawnogrzesznej flamie. Nie jestem oczywiście aż tak naiwna: już zrozumiałam, że wielką część życia człowiek przeżywa w obliczu spraw nieco wykrzywionych, wybitych ze stawu, lecz nie niemożliwych do zniesienia, bo skoro tak ten świat wygląda, jakoś to trzeba znosić. Przychodzi jednak taki dzień, kiedy okoliczności – za twoją wiedzą albo i nie, za twoją zgodą albo i nie – zupełnie się zmieniają.
[…]
Po pierwsze, była to sytuacja bez precedensu, bo nie wiedziałam, że być-może-chłopak ma mój numer. Nigdy nie telefonował do mnie do domu, ja nigdy nie telefonowałam do niego, nie miałam jego numeru ani nawet nie wiedziałam, czy w ogóle jakiś numer ma. Telefony nie były w moim życiu czymś mocno obecnym i nie wydawało mi się, żeby mocno obecne były w życiu być-może-chłopaka. Jednym z powodów, dla których trzymałam się dziewiętnastowiecznej literatury, było to, że nie musiałam się dzięki niej interesować współczesnymi rzeczami tego rodzaju: wprowadzającymi napięcie, angażującymi. Nasze ustalenia wyglądały tak, że umawialiśmy się pod koniec ostatniego spotkania i tegośmy się trzymali. Robiliśmy tak po części dlatego, że telefon na ogół traktowało się nieufnie – jako wytwór technologii, anormalny wehikuł komunikacji. Jednak nieufność brała się przede wszystkim z obawy przed lewymi zagrywkami, przed nieoficjalną linią nawiązywania kontaktów, przed państwowymi kampaniami podsłuchowymi. Wskutek tego zwyczajni ludzie nie korzystali z telefonu w celach prywatnych, to znaczy w celach romansowych, ryzykownych. Paramilitarni opozycjoniści naturalnie też nie, ale nie o nich tutaj mówię. Tak więc telefony budziły podejrzliwość; w naszym domu aparat znajdował się tylko dlatego, że był zainstalowany, kiedyśmy się wprowadzili, a mama obawiała się go usunąć z obawy, że ludzie, którzy przyszliby go odłączyć, nie byliby wcale monterami, tylko państwowymi szpiegami infiltratorami w przebraniu. Zabraliby wam telefon, ostrzegały sąsiadki, ale przy okazji podłożyliby parę innych rzeczy służących za dowód, że jesteście w komitywie z opozycjonistami, choć przecież wcale z opozycjonistami w żadnej komitywie nie byliśmy. Mimo że dwóch moich braci należało do opozycjonistów, nasza rodzina była w te sprawy zaangażowana w stopniu przeciętnym, normalnym i nawet bardziej kiedyś niż wtedy, w tym późniejszym czasie.
[…]
Trzeci telefon był do mamy. Zadzwoniła jedna z jej pobożnych przyjaciółek, Jason od Imion, cała przejęta. W pośpiechu wyjaśniła, że coś się wydarzyło tam, gdzie zawsze. Któryś oddział sankcjonowanych przez państwo zabójców zaczaił się i postrzelił prawdziwego mleczarza. Zabrali go do szpitala, a szpital, jak wszyscy wiedzieli – ze względu na jego status wylęgarni kapusiów – w żadnym razie nie stanowił bezpiecznego schronienia dla ludzi cierpiących na dolegliwości polityczne. „Nie miał nic do gadania, przyjaciółko”, wyjaśniła przyjaciółka. „Nie było wyboru. Po prostu go postrzelili i zgarnęli. Ale jak włączysz radio i posłuchasz wiadomości, to się dowiesz, że ich zdaniem on był terrorystą. Wyobrażasz sobie? Prawdziwy mleczarz! Ten człowiek, co nikogo nie kocha! Terrorystą!”. Wtedy zaś, wedle relacji młodszych sióstr, matka wypuściła słuchawkę. Pognała na górę do mojego pokoju i oznajmiła, że musi iść do szpitala, dostać się jakoś do prawdziwego mleczarza. Czy będę miała dość sił, chciała wiedzieć, żeby wstać, zająć się domem i małymi? „On nie żyje?”, spytałam, co mnie samą zaskoczyło, bo nigdy nie byłam osobą zadającą to pytanie. Odparła, że nie wie, ale te ogary piekielne, ci oskarżyciele i łazęgi na cztery strony świata, tam i z powrotem, ze wschodu na zachód, zawlekli go do szpitala, po tym, jak do niego strzelali, lecz nie było jasne, czy Jason chodziło o to, że został zabity, więc przez zabranie do szpitala miała na myśli kostnicę do szpitala przylegającą, czy może miała na myśli, że stracił przytomność, może umierał, więc nie mógł zaprotestować, wyrazić sprzeciwu. A może nie miał nic przeciwko szpitalowi, może nawet nalegał, aby go do szpitala zabrać, bo, jak wszyscy wiedzieli, prawdziwy mleczarz zawsze stawał okoniem i robił to, czego opozycjoniści z naszej dzielnicy zakazywali robić mieszkańcom naszej dzielnicy. „Nie wiem”, powiedziała mama i dodała: „Twierdzą, że on był terrorystą. Przeszukują mu właśnie dom, rozkopują podwórko, szukają pochowanych terrorystycznych artefaktów”.
[…]
„Rzecz w tym, córko, że ja też go chciałam”. Teraz już bez wątpienia mówiła o prawdziwym mleczarzu, o tym, że wszystkie dziewczęta robiły do niego słodkie oczy, przy czym pod pojęciem „wszystkie dziewczęta” kryły się nasze dzielnicowe kobiety od najróżniejszych pobożności, te suplikantki w średnim wieku, ledwie jedno oczko poniżej prawdziwych świętych kobiet, te, które nawet o to jedno by się nie osunęły, gdyby nie podwinęła im się noga, to znaczy, gdyby przytrafili im się po drodze mężczyźni, seks i dzieci. „Pamiętam jak dziś”, ciągnęła mama, „co to było, jak usłyszały, że Peggy postanowiła złożyć święte śluby. Śmiały się, że to wręcz absurdalne, jak im się poszczęściło, w jakim to się wydarza doskonałym momencie, że im Peggy schodzi z drogi, bo kto mógłby im wejść w paradę, jeśli nie ona?” – mamę to złościło, ale złościła ją też Peggy, która przeistoczyła się w byt stuprocentowo kontemplacyjny i ukryta pod habitem, w stanie mistycznych zaślubin z Jezusem, nie odróżniała już prawdziwego mleczarza od innych mężczyzn i nic jej nie obchodziło, co ludzie myślą i gadają. „Nie wiedziałam, co o tym sądzić, bo ona go przecież kochała, wiedziałam, że kochała, a mimo to z niego zrezygnowała i ze wspólnej z nim fizyczności również, bo owszem, córko”, tu mama zniżyła głos, „za naszych czasów w takich sprawach było więcej szacunku i dyskrecji, a mniej emocjonalizmów i niedyskrecji, jak dzisiaj, ale ja wiedziałam, że z nim spała. Tego również się za naszych czasów nigdy, przenigdy nie robiło”.
[…]
Podobnie jak każdy z mojego pokolenia sądziłam, że mówiło się na niego „człowiek, co nikogo nie kochał”, ponieważ się kiedyś rozgniewał i nakrzyczał na dzieci z sąsiedztwa, przez co uznano go za aspołecznego, porywczego, niezdolnego do miłości – bo tak się o nim w dzielnicy mówiło. Poza tym nie zdradzał troski o interesy ogółu, zdążył już pokazać, że nie wspiera wysiłków opozycjonistów. „One tam były dla naszego dobra, te pistolety i karabiny”, mówili sąsiedzi. „Gdzieś przecież chłopcy musieli je schować”. A więc panowała powszechna zgoda w kwestii jego niechęci do współpracy. Miał również skłonność do kłótni, też głównie z opozycjonistami: o grożenie śmiercią dziewczynie od tabletek, o baty spuszczone naszej drugiej siostrze, o próby zamachu na osoby zapraszane do feministycznej szopy na gościnne wykłady o problemach kobiet z całego świata. Kwestionował nawet przestrzeliwanie kolan, pobicia, haracze oraz obtaczanie w smole i pierzu – i to zarówno obtaczanie w smole i pierzu innych, jak i jego samego. Łatwo zauważyć, jakie kłopoty rodzi takie zachowanie, mówili ludzie. Chodził po całej dzielnicy taki niekoncyliacyjny, nietaktowny, surowy, uważny, świadomy i nieustępliwy. Nie ma się co dziwić, że właśnie na tej podstawie moje pokolenie uznało zasadność nadanego mu przydomka „człowiek, co nikogo nie kochał”. Znano go również pod innym przydomkiem: „prawdziwy mleczarz”, ale ten pojawił się dopiero niedawno, kiedy zaistniała potrzeba odróżniania go od tego, w którym ja się ponoć kochałam.
[…]
Co do pierwszego brata, brata najstarszego, to – no cóż – wedle tradycji zakładało się tutaj, że jeśli ktoś z rodziny miałby dołączyć do ruchu oporu, to dołączyłby do niego właśnie pierworodny syn. Wiara ta była tak silna, że kiedy okazało się, że to drugi syn mamy, mój drugi brat, ten, co dołączył, został zabity w strzelaninie z siłami aparatu państwowego, policjanci, którzy przyjechali zabrać mamę na identyfikację ciała, wciąż się mylili i nazywali go jej pierworodnym. Co do faktycznego pierworodnego, mojego pierwszego brata, to nie przyłączył się on do opozycjonistów, tylko pewnej nocy na mieście przewrócił się po pijanemu i złamał sobie rękę. Następnie pojechał do szpitala, twierdząc, że za wypadek odpowiada poluzowana płyta chodnikowa, złożył skargę, w którą uwierzyli ci odpowiedzialni za wierzenie lub niewierzenie w tego rodzaju sprawy, za co z kolei otrzymał ładnych kilka tysięcy. Dał sporą część mamie, a w sprawie kraju i jego problemów politycznych powiedział: „Chrzanić to wszystko, ja stąd pryskam”, i pojechał na Bliski Wschód, by zaznać nieco słońca, ciszy i spokoju. Przed wyjazdem zaproponował, że weźmie z sobą braci, ale drugi i czwarty, głęboko oddani sprawie, odparli, że nie chcą jechać, trzeci zaś odmówił, bo był zakochany w siostrze dziewczyny od tabletek. Pierwszy brat pojechał więc sam i od tego czasu nikt już nic o nim nie słyszał. Tak więc ten brat, brat marnotrawny, postanowił robić swoje. Czwarty brat też obecnie robił swoje. A co do trzeciego brata, to wiadomo było, że wzgardził właściwą kandydatką na żonę, wziął ślub z niewłaściwą i aż do tej chwili nic z tym nie zrobił, i tyle tylko dało się o nim powiedzieć.
[…]
Mogłam wreszcie iść do domu. Zmieniłam plan na wieczór: postanowiłam, że dam najmłodszym siostrzyczkom ciasto. A po cieście pozwolę im się wybrać na poszukiwanie przygód, sama zaś zostanę w domu, wezmę kąpiel z pianą, też zjem ciasto, w wannie, a podczas kąpieli i po niej dokończę Listy perskie [powieść epistolarna francuskiego filozofa i prawnika Karola Ludwika Monteskiusza – przyp. aut.], nie zważając na lekką dezintegrację papieru od zacieków i pary, bo i tak zostało mi do końca ledwie kilka stron. Później zaś, jeśli mama nie wróci do czasu, kiedy trzeba będzie położyć dziewczynki spać, poczytam im trochę Hardy’ego {Thomas, pisarz i poeta angielski – przyp. aut.], bo wciąż były w fazie fascynacji Hardym. Wcześniej przechodziły fascynację Kafką, a po Kafce Conradem, co było o tyle absurdalne, że żadna z nich nie miała jeszcze dziesięciu lat. Czytałam im więc, co chciały, mimo że był to ten wstrętny wiek Hardy’ego, a nie akceptowalny wiek Hardy’ego, no więc zamierzałam im go poczytać na dobranoc, po czym wreszcie, na zakończenie wieczoru, położyć się do łóżka i zacząć lekturę osiemnastowiecznych Rozważań o przyczynach wielkości Rzymian i o ich upadku [rozprawa historyczna Karola Ludwika Monteskiusza – przyp. aut.], które, jako wydane w roku 1734, były właśnie takie, jakie w mojej opinii powinny być wszystkie książki.
[…]
Uderzyłam jeszcze raz, uzupełniając tę za późno pożałowaną uwagę o kolejne odwetowe oskarżenia, których również miałam wkrótce pożałować równie mocno. „Ciebie interesują kawiarki i zachody słońca, a nawet kobiet kawiarki i zachody słońca nie interesują. Zastępujesz ludzi samochodami. Cały dom masz zawalony złomem, zastawiasz pułapki w pokojach i gadasz o litewskich filmach”, na co on odparł: „A ty czytasz podczas chodzenia”. „Oczywiście, teraz to”, prychnęłam, ale on mi przerwał. „Jeszcze nie skończyłem. Podoba mi się, że to robisz, że czytasz, kiedy chodzisz. Jesteś w tym tak po cichu oderwana od rzeczywistości i sądzisz, że nie ma w tym nic dziwnego, że nikt tego nie dostrzega. Ale to jest dziwne, być-może-dziewczyno. To nienormalne. Pozbawione troski o siebie. Jesteś w tym nieustępliwa i niezrozumiała, a w otoczeniu takim jak nasze czyni cię to postacią zawziętą i wypaczoną. Nie chciałem tego mówić, ale skoro ty mówisz takie rzeczy, to i ja powiem. Ty już w ogóle nie przypominasz żywej osoby. Patrzę ci w twarz i mam wrażenie, że wszystkie organy zmysłowe ci obumierają albo już ich w ogóle nie ma i nikt nie zdoła się do ciebie przebić. Zawsze trudno było cię zrozumieć, ale teraz jesteś już zupełnie niemożliwa. Ale może powinniśmy przerwać tę rozmowę, zanim to zajdzie za daleko”.
[…]
Mleczarz, patrząc jak zawsze prosto przed siebie, rzekł: „Wszystko już załatwione. Po sprawie”. Mówił głosem cichym, niespiesznym, nieprzyjemnym. W następnych słowach jednak pobrzmiewał już pewien podziw, a nawet zaskoczenie. „To ci dopiero. Tego bohatera z nożami to się nie spodziewali. Dadzą mu już spokój, zostawią i jego, i całą sprawę. A co do tego drugiego, tego od samochodów – niegdysiejszy obiekt zainteresowań – to nic mu nie będzie. Nie spotkają go żadne konsekwencje w związku z flagą czy donosicielstwem. Nieźle się co do niego pomyliłaś, co? Być-może-chłopak, dobrze kojarzę? Nic się nie martw, królewno. Tu już nie ma się czym martwić”. Nie dodał więcej ani słowa i odwiózł mnie prosto do domu, pod same drzwi, nadal na mnie nie patrząc. To nieodzywanie się przez całą drogę było sprytne, ale nic dziwnego, bo Mleczarz był sprytny. Stworzył w ten sposób doskonałe podłoże, optymalną atmosferę do wygłoszenia ostatnich słów. Wyjechaliśmy z części miasta, w której mieszkał być-może-chłopak, dotarliśmy do przeciwnej, trzymając się stosownej geografii i mijając po drodze wszystkie moje osobiste punkty orientacyjne, następnie jeszcze kilka dróg styku i wreszcie dotarliśmy do mojej okolicy, gdzie zaparkowaliśmy przed drzwiami wejściowymi domu mojej matki, jak każda prawdziwa, oficjalna para. I wiedziałam, że powinnam być w szoku, czuć odrazę albo przynajmniej zdumienie zamiast tego braku najmniejszego zaskoczenia, że siedzę w tej niesławnej furgonetce, kilka centymetrów od tego niesławnego człowieka. Nie miałam jednak wyboru. Nie byłam przygotowana na zaakceptowanie tego, co wszyscy inni zrozumieli bez trudu: od samego początku byłam dla Mleczarza fait accompli [z fr. – fakt dokonany – przyp. aut.].
[…]
Trzykroć w życiu miałam ochotę uderzyć kogoś w twarz i raz chciałam to zrobić pistoletem. Ten raz pistoletem mi się zdarzył, ale dłonią nigdy nikogo nie uderzyłam. Z tych trzech osób, które miałam ochotę uderzyć, jedną była pierwsza siostra, kiedy przybiegła następnego dnia do domu, by mnie powiadomić, że funkcjonariusze aparatu państwa zastrzelili Mleczarza. Była uradowana i cała przejęta, że ten człowiek, którego miała za mojego kochanka, człowiek, który w jej mniemaniu wiele dla mnie znaczył, nie żyje. Otwarcie przyjrzała się mojej twarzy, by sprawdzić, jak to przyjmę, a ja nawet w swej zaciętości – która w sprzeciwie wobec Mleczarza i plotek o mnie i Mleczarzu spętała mnie ciaśniej niż kiedykolwiek – dostrzegałam, jak bardzo ona nie zdaje sobie teraz sprawy ze swojego zachowania. Sądzi, że da mi nauczkę, pomyślałam. Nie ze względu na naszą scenę polityczną i to, co on na niej reprezentował. Nie ze względu na to, co reprezentowali jego zabójcy. To było bez znaczenia. Znaczenie dla pierwszej siostry miało tylko to, żebym nie mogła się cieszyć tym, czego ona już dawno sobie odmówiła. Podobnie jak ona musiałam zadowolić się tym, co się trafi: nie mężczyzną, którego jej zdaniem pragnęłam, kochałam i straciłam, tak jak ona kochała i straciła, lecz jakimś substytutem, który teraz, po Mleczarzu, być może mi się trafi. Wciąż gapiła się na mnie w uniesieniu, daleka od zwykłego stanu żałoby, który od tak dawna jej towarzyszył. Ja jednak nie życzyłam sobie, by przeżywała takie uniesienia moim kosztem. Przestań się tak cieszyć, nie ma tu powodów do radości – chlast! – takim torem podążały moje myśli. Widziałam, że ona czeka na moją reakcję, lecz nie zmieniłam wyrazu twarzy, jak zawsze prawie-nieobecnego, prawie-niedostępnego. Wreszcie, z ledwie cieniem udawanej emocji, ledwie na tyle, by dać do zrozumienia, że przez ułamek sekundy moją uwagę zwrócił jakiś niespodziewany szczegół, powiedziałam: „Wyglądasz, jakbyś właśnie miała orgazm”.
[…]
Wiedziałam tylko, że wypełnia mnie ulga bardziej dojmująca niż kiedykolwiek w całym moim życiu. „Alleluja! On nie żyje” – ogłosiło moje ciało. „Dzięki niech będą, kurwa, niebiosom, alleluja!”, choć to nie te konkretne słowa rozbrzmiały mi wtedy w głowie. Miałam w niej raczej myśl, że może teraz zaznam spokoju, może teraz mi się poprawi, może to będzie koniec ciągłego życia pod hasłem „niech to tylko nie będzie on, błagam, niech to tylko nie będzie Mleczarz”, że nie będę musiała ciągle oglądać się za siebie, spodziewać się, że kiedy skręcę za róg, on zjawi się przy mnie i zrówna ze mną krok, że nie będę już dłużej śledzona, szpiegowana, fotografowana, prześladowana plotkami, otaczana, wyczekiwana. Koniec z rozkazami. Koniec takich kapitulacji jak ta wczorajsza, kiedy całkowicie udręczona i zobojętniała na własny los, wsiadłam do tej jego furgonetki. A nade wszystko nie musiałam się już martwić o to, że były być-może-chłopak zginie od bomby samochodowej. Tak wielka była to ulga, że kiedy stałam w kuchni, trawiąc tę informację ze wszystkimi jej konsekwencjami, pojęłam wreszcie, jak bardzo się w sobie zamknęłam, jak głęboko dałam się temu człowiekowi wepchnąć w starannie zaprojektowaną pustkę.
[…]
Jego śmierć znalazła się więc na pierwszych stronach gazet, lecz nie była to jedyna informacja, którą gazety podchwyciły. Kiedy już go zastrzelili, po tych sześciu pechowcach, którzy nawinęli się wcześniej, do wiadomości publicznej podano również – oprócz szczegółów dotyczących wieku, miejsca zamieszkania oraz tego, czyim był mężem i ojcem – że Mleczarz miał tak naprawdę na nazwisko Milkman. On się nazywał Mleczarz. To był dopiero wstrząs. „Niemożliwe!”, krzyczeli ludzie. „Wydumane jakieś. Dziwne. Śmieszne wręcz, tak się nazywać”. Ale niby czemu miałoby to być takie dziwne, kiedy się nad tym zastanowić? Istnieje przecież mnóstwo nazwisk, które coś znaczą. I pan Rzeźnik nie musi być rzeźnikiem, Kościelny – kościelnym. To samo się tyczy Tkacza, Gracza, Powroźnika, Dzwonnika, Bednarza, Ogrodnika, Garncarza, Rzeźnika, Bartnika, Kościelnego, Kołodzieja, Trutnia i Papieża. Wiele lat później spotkałam pana Postmana, co z zawodu był bibliotekarzem, a nie listonoszem, więc nie ma co się dziwić, takie nazwiska naprawdę się zdarzają. A co do Milkmana i akceptowalności lub też nie akceptowalności tego nazwiska, to co mieliby na ten temat do powiedzenia Nigel i Jason, nasi strażnicy imion? Nie tylko zresztą Nigel i Jason. Co z ich odpowiednikami i odpowiedniczkami pilnującymi imion dozwolonych i zakazanych w innych okolicach i dzielnicach pod rządami opozycjonistów? I co na to różne Roisin i Mary strzegące mieszkańców swoich dzielnic przed imionami zakazanymi po „tamtej stronie ulicy”? Alarmiści tymczasem nadal debatowali nad proweniencją nazwiska Mleczarz. Czy to jedno z naszych? Jedno z ich? Z tamtej strony ulicy? Zza wody? Zza granicy? Czy powinno być dopuszczone? Zakazane? Zapomniane? Wyśmiane? Zlekceważone? Gdzie konsensus? „Nazwisko bardzo nietypowe”, ocenili wszyscy z pewną nerwową ostrożnością i po długich namysłach.
[…]
Ja zaś wróciłam do chodzenia. Do czytania podczas chodzenia już nie. Zaczęłam też znowu biegać. Kiedy dzień po śmierci Mleczarza wróciłam z pracy do domu, aby się przebrać w strój sportowy i iść do domu trzeciego szwagra, zastałam na schodach najmłodsze siostrzyczki, bardzo wystrojone. Miały na sobie moje ubrania, moje buty, moje dodatki, moją biżuterię i makijaż, a do tego jeszcze kilka zaimprowizowanych części garderoby z zasłonek gwizdniętych z saloniku od strony podwórka. Do tego dodały jeszcze parę girland, wianków ze stokrotek, amatorsko udrapowanych falbanek i przedwcześnie wygrzebanych z kartonu łańcuchów choinkowych – wszystko to, jak się domyślałam, było wynikiem improwizacji. Już miałam je zrugać, bo nieraz ostrzegałam, żeby nie grzebały w moich rzeczach. Nie mogłam jednak tego zrobić, bo wszystkie trzy w strojnej toalecie – w mojej strojnej toalecie! – były zajęte rozmową przez telefon.
[…]
Do tego zdarzenia doszło, po tym jak człowiek, co nikogo nie kochał, wyrzucił broń na ulicę, nakrzyczał na dzieci i na sąsiadów, a paramilitarni przyjechali na miejsce i zabrali go wraz z pospiesznie spakowanym arsenałem. Początkowo zamierzali go zabić, nie tylko za naruszenie ich własności, ale i przede wszystkim za to, że tak nonszalancko wywalił wszystko na ulicę, i to w biały dzień. Gdyby dzieciak postawiony na czujce nie zareagował i nie pobiegł ich zawiadomić, jakiś helikopter wojskowy zawisłby wkrótce nad dzielnicą – bo helikoptery sił państwowych miały w zwyczaju przylatywać, zawisać i wszystko obserwować – i broń natychmiast by została dostrzeżona. No więc chcieli zabić człowieka, co nikogo nie kochał, ale nie mogli tego zrobić przez te wszystkie kobiety w nim zakochane. Zazwyczaj były chętne do współpracy i wspierały wysiłki opozycjonistów. Wychodziły tłumnie z pokrywami od koszy na śmieci i gwizdkami, ostrzegając wszystkich, w tym miejscowych działaczy, o nadchodzącym nieprzyjacielu; chętnie zapewniały opozycjonistom zakwaterowanie, dawały cynk, o czym akurat było trzeba, przerywały ciszę nocną, pomagały przewozić broń i oczywiście służyły domową opieką medyczną. Każdy porządny opozycjonista zgodziłby się, że nie ma doświadczenia równego temu, kiedy cię postrzelą, ale masz jeszcze dość sił, by siatką bocznych uliczek i tylnych przebiec do domu jednej z tych kobiet, gdzie wyciągną z ciebie kulę, oporządzą rozerwaną skórę i zaszyją, a gdyby nie było czasu szyć, to pospinają agrafkami do pieluch na tyle gęsto, żebyś zdążył uciec wojskowym, przeszukującym właśnie mieszkanie za mieszkaniem w okolicy. Takiej lojalności nikt by nawet nie wymyślił. Kiedy jednak on rozrzucił ich broń na ulicy, zabrali go do kryjówki, tym razem nie w domu, a w jednym z przykościelnych blaszaków, i to nie na jakieś tam rozwlekłe sądy, tylko na szybki wyładunek i strzał w potylicę. Ledwo jednak zdążyli go wrzucić za próg, pojawiły się te kobiety, które o dziwo wcale nie wszczęły awantury. Po prostu rozbiły obóz na ulicy tuż przed drzwiami i patrzyły na nie w milczeniu.
[…]
Opozycjoniści tymczasem, głęboko zaniepokojeni wizją zasiadania w sądzie kapturowym i debatowania nad wyrokiem w sprawie potencjalnych informatorek, najpewniej własnych matek, obejrzeli ten segment wiadomości, ten wzywający do definitywnego zamknięcia całej sprawy, i po raz pierwszy w historii zgodzili się z propozycją wrogich sił, ogłaszając, że w takim razie oni też są gotowi dać sobie spokój. Policja wypuściła zatem mamę i siedemnaście pozostałych kobiet, a opozycjoniści zostawili je w spokoju. Wszystkie natychmiast popędziły do szpitala, prosto na oddział intensywnej terapii. Tam usłyszały, że stan prawdziwego mleczarza jest stabilny, ale żadna nie może się na razie z nim zobaczyć. „Bardzo nam przykro”, powiedział ktoś z personelu, „ale nie są z nim panie spokrewnione”. Status „małżonki w sensie każdym poza faktycznym” niestety również się nie liczył. Niektóre z małżonek ruszyły zatem z powrotem do domu po wsparcie, by zewrzeć szyki i opracować nowy plan. To wtedy mama wróciła po ciemku do domu i opowiedziała mi dramatyczną wiekową historię z udziałem swoim, Peggy, prawdziwego mleczarza i pozostałych kobiet, zdradzając mi tym samym drugą tajemnicę, tajemnicę niewłaściwego małżonka, którą skrywała przez całe wspólne życie z tatą.
[…]
„Ale mamo, właśnie, że jesteś”, upierałam się. „On właśnie tobą jest zainteresowany, to do ciebie zawsze zagląda na herbatę i tobie zawsze przynosi dodatkowe butelki mleka i różnego rodzaju nabiał, którego na pewno nie rozdaje na prawo i lewo”. Ta uwaga została skwitowana kolejną serią gestów niedowierzania, choć tym razem już mniej zamaszystych, jakby na wpół przekonanych, podszytych nadzieją. Mama oczywiście już dawno zdążyła zapomnieć, jak te sprawy działają i potrzebowała wsparcia. To zaś oznaczało, że muszę być wspaniałomyślna, nie, pragmatyczna, bo prawdę powiedziawszy, nie zaobserwowałam wcześniej, czy prawdziwy mleczarz jest zainteresowany mamą, matką atomowego chłopca czy którąkolwiek z pozostałych. Wszyscy ci ludzie byli za starzy, by zwracać na nich uwagę. Ja po prostu nie chciałam, żeby matka na wstępie się poddała. Oczywiście nie było wykluczone, że prawdziwy mleczarz pomimo najwyraźniej przebudzonej w nim tęsknoty za trwałą relacją o charakterze osobistym, postanowi z żadną z dostępnych kobiet się nie wiązać, a nawet powrócić do dawnych, uniwersalnie uprzejmych stosunków ze wszystkimi, gdy tylko wróci do zdrowia. Ta wizja była jednak zbyt przygnębiająca dla mamy, dla pozostałych ekspobożnych kobiet, a nawet dla mnie, żeby brać ją pod uwagę, więc tego nie robiłyśmy. Dodawałam jej zamiast tego otuchy nieprawdą, choć jeśli poskładać wszystkie fakty, może to wcale nie była nieprawda. „Mama, jesteś ich najpoważniejszą konkurentką. Zawsze od niego słyszę, jak cię lubi, zawsze się o ciebie zapyta”. „Naprawdę?” „Naprawdę”, zapewniłam, choć były to tylko przelotne uwagi. Chociaż wtedy w furgonetce rozmawiał ze mną przecież dłużej, wtedy, co mnie zabrał do domu i zajął się kocią główką, wtedy na sto procent wyraził troskę o mamę. Czyli nie kłamałam i to też jej dodałam, że na sto procent, żeby tak wysoką liczbą podnieść jej morale.
[…]
A więc Tak, ale… znów się obudziło, żeby niwelować wszystkie moje wysiłki i próby podniesienia matki na duchu. Kiedy tylko usiłowałam podbudować ją komplementem, Tak, ale… natychmiast mi przerywało i gasiło miłe słowa negatywną paplaniną. A kiedy Tak, ale… nie było akurat zajęte tak-aleniem, mama przeglądała się w lustrze i ciężko wzdychała. Przypominała elektryczną lampkę. To się włączała, to wyłączała, pstryk, pstryk, raz wizje ponurej śmierci, raz oburzenie. Wreszcie chyba przyszła jej do głowy jakaś nowa myśl. Zmarszczyła brwi i zeszła na dół, wyraźnie poirytowana. „Niektórzy to mają dobrze”, oznajmiła. „Paradują sobie po całym świecie, tańczą w pięknych strojach i sumienie w ogóle im nie ciąży. Wiesz, że ta kobieta z telewizji, ta mistrzyni tańca towarzyskiego, co wygrywa wszystkie turnieje, że ona jest prawie w moim wieku? Otóż tak! No cóż, wszystkie mogłybyśmy tak wyglądać. Jeszcze jak – bez żadnego trudu! Kręcić piruety w świetle reflektorów, całe wypięknione, perłowo uśmiechnięte, w klejnotach i cekinach, i prezentować się jak królowe jeszcze przed wejściem na parkiet. Wszystkie tak byśmy mogły, córko, gdybyśmy zrobiły to, co ona zrobiła, bo wiesz, co ona zrobiła? Porzuciła swoje dzieci, szóstkę noworodków, zostawiła je na tapczanie, podsypała im biszkoptów i tak maleństwa zostawiła, żeby same sobie radziły, bo ją bardziej interesowały bradziażenie się po świecie i najbardziej fascynująca i zachwycająca kariera, jaką świat oglądał. Co to za zachowanie? Która matka by tak zrobiła? Nawet dla chwały, dla zostania najlepszą, najbardziej najlepszą ze wszystkich albo żeby zostać jedną z tych zupełnie bezinteresownych postaci, co pomagają budować pokój i spójność w miejscach o długiej historii nienawiści i przemocy. Tańce, oklaski, sława, prestiż, podziw, chwała i uroda, córko, to jeszcze nie wszystko. Ja bym nigdy nie porzuciła obowiązku, dzieci bym nie zostawiła” – to zaś rzekłszy, mogła płynnie przejść do tematu powszedniości i codziennych obowiązków.
[…]
Zgodnie z obietnicą siostra rzeczywiście zjawiła się po piętnastu minutach i jeszcze dziesięciu. Miała ze sobą całą paczkę ubrań i dodatków stosownych dla modelki i okoliczności, a także trójkę malutkich dzieci: bliźniaki i córeczkę, co oznaczało, że zostawiła męża, by sam sobie lizał rany zadane przez wymiar sprawiedliwości. Natychmiast przejęła kontrolę nad sytuacją, tak jak się tego spodziewałam, i właśnie to było działaniem najstosowniejszym, bo rozumiała się z mamą doskonale, od zawsze były podobnego usposobienia i harmonizowały jedna z drugą; pierwsza siostra potrafiła wypełnić jej żagle wiatrem tak, jak ja nigdy bym nie umiała. Bardzo trafnie rozpoznała też, czego naszej matce potrzeba, więc z miejsca zrobiła ze mnie, młodszych siostrzyczek i swojej trójki maluchów drużynę pomocników, a sama zajęła się uspokajaniem matki i wygłaszaniem najróżniejszych zapewnień. Tak, ale… zostało natychmiast przepędzone – wyniosło się samo, nawet nie próbując przepychanek z pierwszą siostrą. Myśmy zabrali się do działania, przynosiliśmy i dostarczali, co było trzeba, i robiliśmy to chętnie, ze względu na mamę. Ona się w tym czasie ożywiła, uspokoiła i nabrała wielkiej ufności. Pierwsza siostra też nabrała wigoru, jakby uszła z niej spora część zwykłego smutku i żałoby. A więc kiedy mama była już zadowolona, pierwsza siostra zadowolona, młodsze siostrzyczki zadowolone, maluchy zadowolone i ja zadowolona, powiedziałam po jakimś czasie, żeby robiły swoje, a ja zejdę na dół i nastawię czajnik na herbatę.
[…]
W trzecim szwagrze było jednak jeszcze coś, coś powiązanego z tą przedziwną, kolektywnie zdiagnozowaną umysłową aberracją dotyczącą jego zachowania wobec kobiet. Przy całym swoim radykalnym bałwochwalstwie i przekonaniu o świętości wszystkiego, co kobiece, o egzystencjalnej wyższości kobiet, o tajemnicy życia i tak dalej – przy tym wszystkim nie mógł pojąć idei żadnej innej formy przemocy niż ta, którą on nazywał gwałtem. W ujęciu trzeciego szwagra gwałt nie dzielił się na żadne kategorie. Nie było tu miejsca na ekwiwokacje, retoryczną gimnastykę, logiczne wybiegi, na połówki, ćwiartki i trzy czwarte tego czy tamtego. Nie było w tym nic skonstruowanego na potrzeby jakiejkolwiek publicznej prezentacji. W ujęciu trzeciego szwagra sprawa była prosta, gwałt to gwałt. Podbite oczy również pod to podpadały. Oraz wbijanie lufy pistoletu w pierś. Dłonie, pięści, broń palna, stopa, cokolwiek, czego użyła osoba płci męskiej, celowo lub celowym przypadkiem, do wyrządzenia krzywdy osobie rodzaju żeńskiego, liczyło się dokładnie tak samo. NIGDY NIE PODNOŚ PALCA NA KOBIETĘ – gdyby istniała taka koszulka, trzeci szwagier nosiłby ją bez przerwy, ku zażenowaniu całego otoczenia. Wedle jego osobistego kodeksu karnego – i mojego również, przynajmniej zanim społeczność sąsiedzka i Mleczarz się na mnie zasadzili – jedyną miarą przemocy był aspekt czysto fizyczny. Co oznaczało, że żadne wykroczenie inne niż tego rodzaju, inne niż fizyczne – na przykład prześladowanie bez dotyku, śledzenie bez dotyku, osaczanie, przejmowanie terenu, kontrolowanie każdego ruchu drugiej osoby bez kontaktu ciała z ciałem, kości z kością – po prostu nie miało miejsca. Tym bardziej zaskoczyło mnie odkrycie, że spośród wszystkich osób, które usłyszały o podchodach Mleczarza, tylko trzeci szwagier uwierzył, i to bez żadnych wątpliwości, że były faktem.
[…]
Sprawa była zatem zamknięta. Wróciliśmy do rozgrzewki, a wtedy siostra i jej koleżanki, które słuchały naszej wymiany zdań, póki się nią nie znudziły, przeszły między nami w stronę drzwi wejściowych. Siostra rzuciła jeszcze przez ramię: „Ale ty masz ciekawe życie, średnia siostro”, a ja się na nią nie obraziłam, nawet mnie to trochę rozbawiło i wreszcie wszystkie odwróciły się na pięcie i wcisnęły do absurdalnie małego domku trzeciej siostry i trzeciego szwagra. Wkrótce przez okno w salonie zaczęły dobiegać szelesty siatek i torebek, zachwyty nad zdobyczami z całego dnia, pilne dyspozycje w sprawie kieliszków, butelek, popielniczek i Elvisa. My zaś wróciliśmy do rozciągania, aż wreszcie trzeci szwagier zagadnął: „To jak, gotowa?”, na co odparłam: „Pewnie, możemy się zbierać”. Przeskoczyliśmy nad maciupeńkim żywopłotem, bo nie chciało nam się otwierać maciupeńkiej furtki i zaczęliśmy bieg. Odetchnęłam głęboko wczesno-wieczornym światłem i zorientowałam się, że coś właśnie łagodnieje – tak by się to może dało nazwać. Wreszcie uderzyłam podeszwami o chodnik, pobiegłam za szwagrem w kierunku parku przy zbiornikach, wypuściłam z płuc powietrze pełne światła i na jedną ulotną chwilę prawie, niemal się roześmiałam.
Anna Burns, Mleczarz
Powieść polityczno-obyczajowa Anny Burns – północnoirlandzkiej pisarki, nagrodzonej w 2018 roku za swe dzieło literackie Międzynarodową Nagrodą Bookera, przenosi akcję tej opowieści do Belfastu, stolicy skonfederowanej z Anglią - Irlandii Północnej, w bezprecedensowe czasy tzw. wyznaniowej wojny domowej z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Osiemnastoletnia Panna X uwielbia dwie nietypowe czynności: czytanie osiemnastowiecznej i dziewiętnastowiecznej literatury w czasie chodzenia… po ulicach i długodystansowe bieganie ze szwagrem. W rozdartym na wrogie obozy Belfaście takie zachowanie nie uchodzi uwadze wścibskiej społeczności irlandzkiej, a zwłaszcza paramilitarnym grupom wojujących katolików z tzw. Mleczarzem (Milkman’em) na czele. Panna X, jawnie osądzona i osaczona tak przez uliczne plotki, jak i przez zbuntowanego wywrotowca, czy depczące mu po piętach służby państwowe, próbuje przeżyć godnie w świecie pokątnych zabójstw, notorycznej podejrzliwości oraz paranoidalnej nienawiści wyznaniowo-narodowej. Wraz ze śmiercią zastrzelonego przez służby Milkmana otwierają się dziewczynie oczy na świat, w którym już nie panoszy się jątrzący strach o jutro, nie gryzie również ujma na honorze ani więcej nie pali podskórnie czy haniebnie piętno niezrozumienia. Powieść Burns o wyraźnej antywojennej retoryce, może po raz kolejny enty udowadnia, że zwierzęca przemoc silniejszego wcześniej niż później nie znajduje posłuchu w naturze ludzkiej złaknionej zgody i harmonii.