15.01.2025

„Są przecież ograniczone.
A co, jeżeli świat
wokół nas jest zupełnie inny,
niż próbują nas o tym przekonać
nasze niedoskonałe zmysły?”
„Są rzeczy,
których jeszcze nie poznaliśmy.
Trudno o nich powiedzieć
cokolwiek,
a tym bardziej że nie są
racjonalne.”
„Nasz świat
może być tylko cieniem
rzucanym przez zjawiska
czterowymiarowe
na ekrany naszych zmysłów”
„Nieśmiertelne
są tylko rzeczy bardzo
małe albo bardzo duże.
Atomy są nieśmiertelne
i galaktyki są nieśmiertelne.”
„kiedy światło traciło
swoje minuty regularnie,
jak niedbały młynarz,
któremu z dziurawego worka
wysypuje się ziarno”
„dusza to jest to, co
w nas najsłabsze.
W twoich chorobowych symptomach
jest twoja dusza.”
[…]
Młody człowiek garbi się i szuka w kieszeni chusteczki. Palce dotykają przez chwilę miejsca, gdzie w kieszeni pod materiałem płaszcza kryje się paszport. Jeżeli skupimy na moment uwagę, zobaczymy pełen fantazji charakter pisma jakiegoś galicyjskiego urzędnika, który starannie wypełnił rubryki dokumentu: Mieczysław Wojnicz, katolik, student Politechniki Lwowskiej, urodzony 1889, oczy niebieskie, wzrost średni, twarz pociągła, włosy jasne. Ów Wojnicz przemierza teraz halę główną dworca w Dittersbach [dawniej wieś, dziś dzielnica Wałbrzycha – przyp. aut.], które leży niedaleko Waldenburga [dziś: Wałbrzycha – przyp. aut.], idzie niepewnie przez ponure wysokie pomieszczenie, w którym na najwyższych gzymsach zapewne mieszka echo, i czuje, jak bacznie lustrują go czyjeś oczy zza okienek kasowych w poczekalni. Sprawdza na wielkim zegarze godzinę – późna, to ostatni pociąg z Breslau [dziś: Wrocławia – przyp. aut.]. Waha się chwilę, a potem wychodzi przed budynek dworca, żeby od razu dać się objąć szerokimi ramionami nierównej, poszarpanej linii górskiego horyzontu. Jest połowa września, lecz tutaj, co przyjezdny zauważa ze zdziwieniem, lato już dawno minęło i na ziemi leżą pierwsze opadłe liście. Ostatnie dni musiały być deszczowe, bo lekka mgła wypełnia jeszcze krajobraz niemal szczelnie, robiąc wyjątek tylko dla ciemnych linii strumieni. Czuje w płucach, że jest wysoko, to dobrze dla jego zmęczonego chorobą ciała. Wojnicz stoi na schodkach dworca, oglądając podejrzliwie swoje obuwie na cienkich skórzanych podeszwach – będzie musiał pomyśleć o zimowych butach. We Lwowie kwitły jeszcze astry i cynie, i nikt w ogóle nie myślał o jesieni. Tutaj zaś wysoki horyzont sprawia, że jest ciemniej, a kolory wydają się bardziej jaskrawe, prawie wulgarne. W tym momencie ogarnia go dobrze znana melancholia, właściwa ludziom przekonanym o swojej rychłej śmierci. Czuje, że ów świat wokół to dekoracja namalowana na papierowym ekranie, że mógłby wsadzić palec w ten monumentalny pejzaż i wywiercić w nim dziurę prowadzącą prosto w nicość.
[…]
Gorbersdorf [obecnie Sokołowsko w powiecie wałbrzyskim – przyp. aut.] – odzywa się nagle woźnica głosem chłopięcym, nieoczekiwanie wysokim. Ale Wojnicz niczego nie widzi, niczego oprócz gęstej ściany ciemności, która bezceremonialnie odrywa się całymi płatami od zboczy gór. Dopiero wtedy, gdy oczy przyzwyczają się do niej, wyłania się nagle przed nimi wiadukt, pod którym wjeżdżają do wsi, a za nim ogromna bryła budynku z czerwonej cegły, i zaraz inne, mniejsze zabudowania, i ulica, i nawet dwie gazowe latarnie. Budynek z cegły okazuje się kolosem, rośnie w oczach, a ruch pojazdu wydobywa z ciemności szeregi oświetlonych okien. Światło w nich jest brudnożółte. Wojnicz nie może oderwać oczu od tego niespodziewanego tryumfalnego widoku i jeszcze długo się za nim ogląda, aż ten utonie w ciemności, jak ogromny parowiec. Bryczka skręca teraz w boczną wąską dróżkę wzdłuż strumienia, mija mostek, na którym koła wzniecają hałas przypominający odgłosy wystrzałów. W końcu staje przed sporym drewnianym budynkiem o przedziwnej architekturze, która przywodzi na myśl dom z zapałek – tyle tam werand, balkoników i tarasów. W oknach pali się przyjemne światło. Pod oknami pierwszego piętra widnieje piękny napis szwabachą wycięty z grubej blachy: Gästehaus für Herren [z niem. – pensjonat dla panów – przyp. aut.].
[...]
Wilhelm Opitz – bo tak się przedstawia mężczyzna, wskazując na swoją pierś palcem – przykrywa go wełnianym pledem i z jakichś rąk, które pojawiają się na chwilę w szparze drzwi, odbiera kubek z gorącym, smakowitym rosołem. Gdy Mieczysław pije małymi łyczkami, Wilhelm Opitz podnosi palec do góry (Wojnicz zdaje sobie w tym momencie sprawę, jak istotną częścią Wilhelma jest ten palec) i mówi miękką, nieco zabawną niemczyzną: Pisałem profesorowi Sokołowskiemu, żeby zrobić panu przerwę w Breslau. To zbyt długa i męcząca podróż. Mówiłem. Rosół rozlewa się przyjemnym ciepłem po ciele Wojnicza i biedak nawet nie wie, kiedy zasypia. Towarzyszymy mu jeszcze chwilę, słuchając jego spokojnego oddechu, cieszy nas, że jego płuca się uspokoiły. Naszą uwagę przyciąga teraz cieniutka jak ostrze smuga światła, która wpada do pokoju z korytarza i zatrzymuje się na porcelanowym nocniku pod łóżkiem. Pociągają nas szpary między deskami podłogi – i tam znikamy.
[…]
Mieczysław Wojnicz składał się z przypadłości, w których najlepiej orientował się nawet nie on sam, lecz jego ojciec, January Wojnicz, emerytowany urzędnik i ziemianin. Zarządzał tymi przypadłościami z wielkim znawstwem, powagą i taktem, traktując powierzone mu mienie w postaci syna z wielką odpowiedzialnością i – to jasne – miłością, aczkolwiek pozbawioną wszelkiego sentymentalizmu i tych wszystkich „babskich uczuć”, których tak nienawidził. Jedną z owych przypadłości, w której kształtowaniu brał pewien udział, były przesadne obawy syna o to, czy nie jest, aby podglądany. Tak więc młody Wojnicz wiele uwagi poświęcał cudzemu wzrokowi, sprawdzaniu, czy nie śledzi go gdzieś zza węgła, z kąta, przez okno, w którym zagięła się zasłona, przez dziurkę od klucza. Ostrożność i podejrzliwość ojca przerodziły się w obsesję syna. Miał poczucie, jakby cudzy wzrok był czymś lepkim i przywierał do niego niczym miękki i ohydny otwór gębowy pijawki. Dlatego zawsze w każdym pomieszczeniu, w którym miał spędzić noc, uważnie oglądał zasłony w oknach, zatykał dziurkę od klucza kulką papieru, sprawdzał ewentualne otwory w ścianie, szpary pomiędzy deskami, zaglądał nawet pod obrazy. W pensjonatach i hotelach podglądanie nie jest znowu takie nierzeczywiste – kiedyś, gdy zatrzymali się z ojcem w Warszawie w hotelu podczas jednej z tych zdrowotnych wizyt u specjalisty, młody Wojnicz odkrył regularną dziurkę w ścianie, nieudolnie zamaskowaną bogatym wzorem tapety, i oczywiście zakleił ją kulką z chleba, a kiedy rano próbował dociec, skąd i kto mógłby obserwować gości, odkrył, że za ścianą jest służbowa klatka schodowa, używana przez obsługę hotelu. A jednak! Więc nie miał obsesji. Ludzie się podglądają. Uwielbiają to, patrzeć na człowieka, kiedy nie jest tego świadomy. Oceniać, porównywać. Taki podglądany człowiek staje się bezbronny, staje się niczego nieświadomą, bezsilną ofiarą.
[…]
Przed sobą miał sprytne urządzenie – coś w rodzaju stolika bez nóg. Jego spód stanowiła poduszka wypchana grochem – w ten sposób z łatwością układała się na kolanach piszącego. Najpierw powstały dwie cyfry, tworząc „13”, potem prosta kreska i krzyżyk „IX”, a za nim kolejne cztery cyfry składające się na „1913”. Następnie z zawijasów wyłonił się napis „Gorbersdorf”, kilka razy pogrubiony. Ze szczególnym namaszczeniem został potraktowany umlaut. Potem ołówek ruszył po papierze równo i wytrwale. Grafit trzeszczał, papier uginał się pod krągłymi kształtami liter. Pokój był skromny, ale urządzony wygodnie. Dwa okna wychodziły na ulicę i rzeczkę przed domem, jednak widok przysłaniały robione szydełkiem niciane zasłonki. Pod jednym z okien stały okrągły stolik i dwa wygodne, tapicerowane, nieco już wytarte krzesła, prawie fotele – miły kącik do czytania, gdyby kto chciał. Na lewo od drzwi znajdowało się łóżko o drewnianym, pięknie zdobionym wezgłowiu, przy nim – szafa. Toaletkę ulokowano na prawo od drzwi. Ściany pokryto tapetą z tkaniny w szerokie jasnoniebieskie pasy i sprawiały one, że pokój wydawał się wyższy i przestronniejszy, niż w istocie był. Na ścianie wisiały ryciny z egzotycznych stron: stado zajęcy i stado hien.
[…]
Ku swojemu zaskoczeniu Wojnicz znalazł jednak gazetkę po polsku i wzrok cudownie od razu zrelaksował się na wyrazach ojczystego języka:
Na Śląsku pruskim o ćwierć mili od granicy Czech, o 11 mil na południowy zachód od Wrocławia, w długiej dolinie ciągnącej się ze wschodu na zachód pomiędzy Riesengebirge [z niem. - Karkonosze – przyp. aut.] i Adlergebirge [z niem – Góry Orlickie – przyp. aut.] leży w powiecie waldenburskim nad rzeczką Sztejną urocza wioska Gorbersdorf, słynna od lat kilkudziesięciu jako stacja klimatyczna górska dla chorych piersiowych. Poziom Gorbersdorfu jest wzniesiony na 570 metrów nad powierzchnią morza, w pasie, który nauka lekarska nazywa „wolnym od suchot”. Otaczające go góry dosięgają 900 metrów. Osłaniają one wieś i jej zakłady lecznicze od wiatrów, które dochodzą tu osłabione; stąd panuje w Gorbersdorfie cichość powietrza jak rzadko w której dolinie.
Dalej nie czytał, ale złożył broszurkę na pół i wsunął ją do kieszeni. Teraz jego uwagę przyciągnęła przeszklona gablota, gdzie stało ludzkie torso wykonane z drewna – bez głowy, rąk i nóg, z otwartą klatką piersiową i brzuchem, prezentowało narządy wewnętrzne pomalowane na różne kolory. Wojnicz podszedł do drewnianego kadłubka, żeby przyjrzeć się płucom. Były gładkie i czyste, wypolerowane, lśniące od lakieru. Przypominały mięsiste płatki monstrualnego kwiatu albo grzyby, które porastają korę drzew. Jak cudownie dopasowały się do rozmiaru piersi, jak pogodziły swoją powietrzną naturę z klatką żeber. Oglądał je uważnie, próbując zajrzeć pod spiczasty rożek, gdzie dochodziły do innych, pozwijanych narządów w rozmaitych kolorach. Mimo wszystko jednak był rozczarowany, spodziewał się może czegoś nowego, czego jeszcze nie wiedział. Rozwiązania tajemnicy. Dlaczego jest chory. A dlaczego inni nie.
[…]
Pod nami znajduje się wielkie podziemne jezioro, które sprawia, że jest tutaj cieplej niż gdzie indziej. To powietrze jest bogate w tlen, ale nie ma wiatru. Choroby płucne i epidemie nigdy nie były znane miejscowej ludności, uwierzy pan? Nikt tu nigdy nie chorował na płuca. A dodatkowo wysokość położenia pozostaje w granicach niezbędnych dla leczenia chorób płucnych, bo znowu nie przyspiesza zbytnio pracy serca, jak to bywa w miejscowościach leżących powyżej dziewięciuset metrów nad poziomem morza. Rośnie tu las jodłowy, który nasyca powietrze ozonem, a ozon odgrywa kluczową rolę w odnawianiu krwi i całego organizmu. Samo oddychanie zatrzyma proces rozpadu pana młodych płuc. Każdy oddech jest leczniczy, niech pan to tak postrzega. Niech pan sobie wyobrazi, że z każdym oddechem wpływa w pana płuca czyste światło. Doktor patrzył na Mieczysława przez szkła okularów, które powiększały jego ciemne oczy w niepokojący sposób. A oprócz tego mamy tu jeszcze inne atrakcje. Pan musi się tylko podporządkować, poddać reżimowi leczenia. Niech się pan poczuje jak w wojsku. […] Przyspieszony puls i przyspieszona akcja serca powodują przyrost objętości mięśnia sercowego i tworzy się silna muskulatura tego organu; często u mieszkańców wspomnianych regionów dochodzi nawet do hipertrofii serca, a więc do zjawiska odwrotnego niż u chorych na gruźlicę. Drogi młodzieńcze – zakończył swój wykład doktor Semperweis. To jest cała nasza recepta. W Europie Środkowej strefa wolna od gruźlicy zaczyna się na wysokości mniej więcej czterystu pięćdziesięciu metrów. Do tego stały nadzór lekarza, który reguluje dietę. Ponadto ruch na świeżym powietrzu. Leczy nas sama natura. Doktor Semperweis wyciągnął kartkę papieru i w punktach wypisał zalecenia, komentując je głośno lekko już znudzonym głosem: Co najmniej sześć tygodni, a najlepiej kilka miesięcy. Spacery dobrane indywidualnie dla pacjenta, koniecznie po trasach o różnym nachyleniu, po drodze muszą być ławki w małych odległościach, żeby się nie męczyć. Umiarkowane leczenie zimną wodą. I to właśnie panu pomoże. W medykamentach umiar. W razie silnych odruchów kaszlu zalecam powstrzymywanie kaszlu w miarę możliwości, a gdy się nie da go powstrzymać, należy popijać drobnymi łykami zimną wodę lub wodę sodową z gorącym mlekiem. Gdyby doszło do krwawienia z płuc, nie daj Boże, stosujemy tutaj woreczki z lodem na serce i płuca oraz zastrzyki z morfiny. Przy silnych atakach, z dusznością i osłabieniem, podajemy najpierw mocny środek pobudzający, na przykład szampan. Tak, niech się pan nie boi szampana i alkoholu w ogóle. Ale bezwzględnie w niedużych ilościach. Pijaństwo jest surowo zabronione! W przypadku gorączki najpierw robi się pomiary co dwie godziny, aby gorączkę potwierdzić. Pocenie nocne zwalcza się skutecznie wieczornym spożyciem mleka z dwiema, trzema łyżeczkami koniaku lub nalewki. Siostra Sydonia Patek wszystko panu wyjaśni i pokaże.
[…]
Wojnicz wracał do pensjonatu z niedużym zeszytem, w którym odtąd miała być zapisywana jego historia leczenia, i rozważał to, co mu powiedział doktor Semperweis. Najważniejszy w kuracji jest reżim. Wstaje się wcześnie, bardzo wcześnie rano. Mierzenie temperatury. Zapisanie w kajecie. Przed śniadaniem, które jada się między siódmą a ósmą, obowiązuje gimnastyka, po śniadaniu spacer i po drodze ewentualne kąpiele metodą księdza Kneippa oraz zabiegi. Spacery ustaloną trasą. Drugie śniadanie o dziesiątej – zawsze świeży chleb z masłem i mleko. Leżakowanie na jednym z wielu tarasów. Obiad między dwunastą trzydzieści a trzynastą trzydzieści (zupa z mięsem, treściwe danie mięsne z warzywami, potem deser i kompot; w niedzielę podaje się zamiast kompotu coś słodkiego, ciasto albo słodkie danie mączne). Po obiedzie koniecznie kawa w ogrodzie zimowym albo w pawilonach. Znowu leżakowanie, ponownie spacer, lecz trasa popołudniowa musi być inna od wcześniejszej. Podwieczorek około szesnastej- szesnastej trzydzieści i kolacja o dziewiętnastej – mięso na ciepło z ziemniakami, do tego bezwzględnie szklanka mleka. Wieczorem znowu termometr i kilka zdań w kajecie o samopoczuciu. Dużo snu. Żadnych ekscytacji. Dobre treściwe jedzenie. Dużo mięsa, mleka i owczego sera. Wojnicz zdecydował się na obiady i śniadania w kurhausie [z niem. - Dom Zdrojowy – przyp. aut.]; kolacje miał jadać w Pensjonacie dla Panów. Tak mu poradzono. Kiedy przeprowadzi się do kurhausu, weźmie tam resztę posiłków. Gości wzywa się na nie sygnałem trąbki. Rozpierały go podniecenie i dobre chęci, był to ten rodzaj euforii, który przychodzi, kiedy zaczyna się coś nowego, coś, co zwiastuje nieodwołalnie nowy początek, kiedy człowiek odcina się od starego i puszcza w niepamięć to, co było. Teraz nawet surowy i ironizujący Semperweis wydawał mu się heroldem zmiany.
[…]
Spod tej części garderoby wystawała biała koszula, dość rozchełstana, z urwanym guzikiem, z którego została tylko nitka, kołnierzyk tej koszuli zaś był teraz wyciągnięty wysoko pod samą brodę, lecz na tyle niedokładnie, że Mieczysław dostrzegł na szyi sinoczerwoną pręgę, szokującą na tle białej skóry. W końcu musiał to zrobić – spojrzeć wyżej, na twarz. Ze zgrozą ujrzał półprzymknięte oczy, a pod rzęsami cieniutki paseczek lśniącej gałki ocznej. Skręcona głowa była odwrócona w jego stronę, jakby chciała coś wyznać. Na ustach, wąskich i nieco już sinych, zauważył ślad uśmiechu – wydał mu się on zupełnie nie na miejscu, jakby ironiczny. Spod górnej wargi wystawały koniuszki zębów, całkiem suche. I jeszcze – twarz pokrywał drobny jasny meszek, jak puch. Stał skamieniały, prawie nie oddychał. Właściwie od razu rozpoznał, że to ta kobieta, która przyniosła mu rano śniadanie. Wtedy zapamiętał tylko trzewik, który rozsunął drzwi. I obfite, ściśnięte gorsetem kształty. Nic więcej. Dopiero tu, po śmierci, można było zobaczyć tę kobietę w całości. Powiesiła się – powiedział Willi Opitz, stając w drzwiach. Wojnicz drgnął, przestraszony niskim, donośnym głosem gospodarza. Opitz oznajmił to takim tonem, jakby stwierdzał jakieś karygodne zaniedbanie, wydarzenie nie do przyjęcia. Lecz głos mu drżał. Niech się pan nie denerwuje. Zaraz zjawią się tu ludzie z kostnicy i zabiorą ciało. Rajmund po nich pobiegł. Wojnicz nie wiedział, co powiedzieć. Język wysechł mu na wiór, na gardle czuł obręcz. Kiedy to się stało? – spytał tylko. Kiedy? Teraz, no, godzinę temu. Poszedłem do niej na górę, kiedy nie zeszła odebrać warzyw od dostawcy. Wisiała. Odciąłem ją. Idź do siebie, chłopcze. O, są już z kostnicy.
[…]
[Ojciec – przyp. aut.] Oddał go do szkoły z internatem, ustaliwszy przedtem wszystkie warunki z dyrektorem szkoły, panem Szumanem. Niestety, młody człowiek, zwany wtedy przez ojca i stryja „Mieczysiem”, długo nie zabawił w owej instytucji z powodów, które potem wobec znajomych ojciec nazywał „wrażliwością” i „pewnym niedostosowaniem”, co dla chłopca było zupełnym upokorzeniem, a dla ojca rozpaczliwą próbą znalezienia sensu w tej całej rozczarowującej sytuacji. Według starego powiedzenia: „Nie ma złego, co by na dobre nie wyszło”, Mieczyś uczył się w domu z zatrudnionym na stałe nauczycielem, jednym, drugim i trzecim, co kosztowało ojca sporo pieniędzy i nerwów, nauczyciele bowiem należeli do najbardziej chimerycznego gatunku istot – nic im się nie podobało i wiecznie mieli jakieś pretensje. Ojciec uważał, że wszystkim klęskom narodowym, jak i niepowodzeniom wychowawczym winne jest zbyt miękkie wychowanie, które niesie ze sobą babskość, czułostkowość, bierność zwaną dziś modnie „indywidualizmem”. Tego nie lubił. Liczyły się męstwo, energia, praca społeczna dla ogółu, racjonalizm, pragmatyzm... Szczególnie lubił słowo „pragmatyzm”.
[…]
Wojnicz szedł, przyglądając się bogatym fasadom eleganckich domów, a gdy poznał je wszystkie, zajął się zbieraniem najwcześniej opadłych liści. Pierwsze poczerwieniały klony jawory, których rosło tu dużo, i kilka tulipanowców. Wojnicza tak pochłonęło wyszukiwanie najpiękniej ubarwionych liści, że zapomniał o tym, co zdarzyło się w Pensjonacie dla Panów. Bo nie powiedziałyśmy jeszcze o zielniku, który leżał wciąż w jego walizce, ale który wkrótce zyska swoje stałe miejsce na stoliku nocnym i odtąd będzie często oglądany. Wojnicz od razu postanowił, że będzie zbierać liście tutejszych drzew – ich kolory były tak oszałamiające, jak to zdarza się tylko w górach. Niektóre gatunki oczywiście można by znaleźć i we Lwowie, na przykład klon (który jest mistrzem kameleonowatości listowia), czy nawet buk, którego granica występowania pokrywa się właściwie z tą niezwykłą przestrzenią zwaną Europą: może powinien znaleźć się w jej ewentualnym herbie. Inne rośliny więdły już, przekwitały, więc było jasne, że Wojniczowy zielnik uzupełnią tylko liście drzew – rozpoczynał się festyn opadania, jakby bliskość śmierci uruchamiała w owych drzewach zapasy niezwykłej energii, które jednak zamiast iść na podtrzymanie życia, pozwalały im świętować umieranie.
[…]
Wojnicz przedstawił się wszystkim zdawkowo, bo wydawało mu się, że powaga chwili nie pozwala na więcej. Starał się też nie dawać współtowarzyszom powodu, żeby go zaczepiono. Prezentacji dokonano przed zajęciem miejsc. A teraz Rajmund podawał półmiski ze sztuką mięsa. Po lewej stronie Mieczysława siedział Herr August, August August, bowiem rodzice w przypływie anarchistycznego poczucia humoru dali mu na imię tak samo, jak brzmiało jego nazwisko. Był to profesor greki i łaciny, człowiek o zadziwiająco północnych rysach jak na kogoś, kto urodził się Jassach w Rumunii, o nasmarowanych brylantyną włosach i wypielęgnowanych rękach. Miał na sobie przyzwoity jasnoszary surdut, a pod szyją seledynowy fular. Lekki zarost potrzebował już brzytwy, pewnie profesor z powodu zamieszania dzisiaj się nie ogolił. Następne miejsce zajmował ów sztywny breslauer, Walter Frommer, zapięty pod szyję, z monoklem w oku. Raz po raz wyciągał śnieżnobiałą chustkę z wyszytym monogramem i przecierał nią pocące się czoło. Lekkie rumieńce na bladych policzkach świadczyły o gorączce; a może wcale nie – może pan Frommer był po prostu przejęty sytuacją. Jako że nie jadał mięsa, na jego talerzu, jedynym już zapełnionym, leżała kupka ziemniaków polanych masłem, obok której błyskało wesoło sadzone jajko. Obok Frommera stało krzesło gospodarza, Opitza – wciąż puste. Czekali na niego niepewni, jak będzie się manifestowała jego żałoba. Dalej siedział Thilo von Hahn, student z Berlina, bardzo szczupły i blady. Jego wysokie, wypukłe czoło pokrywały, tak jak u Frommera, kropelki potu. Miał szkliste od gorączki oczy, które zdawały się odbijać wszystko, co widzą. Chłopak patrzył w talerz, w kawałek mięsa, jakby była to nie rzecz do zjedzenia, ale coś wprost z kosmosu, co zjawiło się tutaj przed chwilą, na zasadzie jakiejś magicznej sztuczki. Thilo od czasu do czasu rzucał Wojniczowi pełne nadziei spojrzenie, sugerując jakąś generacyjną zażyłość. Mieczysław nie bardzo wiedział, jak na nie odpowiedzieć. Przenosił wzrok obok, na postawnego mężczyznę z burzą siwych włosów, którego od razu w myślach nazwał Siwym Lwem – był to Longin Lukas z Królewca, który mówił o sobie „dżentelmen”, ściągając policzki, jakby był kiperem i smakował właśnie jakieś wcale nieoczywiste wino o niewiadomym pochodzeniu. Miło było na niego patrzeć – wyglądał jak okaz zdrowia, dobrze zbudowany, z pełną męską piersią, nie chciało się wierzyć, że mógł chorować. Trudno było przy tym określić jego wiek. Miał na sobie tweedową angielską marynarkę i ręcznie robiony pulower z grafitowej wełny – wszystko to wydawało się wysłużone i zapewne pamiętało lepsze czasy.
[…]
Uważam, drogi przyjacielu – tu zwrócił się do Opitza – że nie powinniśmy się czuć w jakikolwiek sposób winni, że nie powstrzymaliśmy tej osoby przed... że nie zapobiegliśmy... Mówi się, że przecież tylko kiedy pozostajemy w sferze racjonalnej, możemy działać racjonalnie. Tam, gdzie cudze motywacje wymykają się rozumowi, nie pozostaje nam nic innego, jak zachować spokój. Dziękuję, profesorze. Dobrze pan to ujął – powiedział Willi Opitz, gniotąc widelcem ziemniaki. Mogę panów pocieszyć. Badania naukowe wykazały, że kobiecy mózg funkcjonuje zupełnie inaczej, a nawet ma inną budowę – odezwał się Walter Frommer. Przede wszystkim jest to kwestia rozmiaru, a zarazem uwypuklenia innych sfer. Tam, gdzie u mężczyzny mieści się wola, u kobiety mamy pożądanie. Tam, gdzie mężczyzna ma rozumienie liczb i ogólnie struktur, u kobiety znajduje się macierzyństwo... To prawda, mózg kobiety jest i nie da się temu zaprzeczyć, bo tak wykazują obiektywne badania, po prostu mniejszy – przerwał autorytarnie Siwy Lew z ustami pełnymi jedzenia. Swoją drogą, gdy czasem rozmawia się z kobietami – ciągnął zapięty pod szyję Walter Frommer – można odnieść wrażenie, że odpowiadają sensownie i myślą tak jak my. A to jest złudzenie. One imitują – słowo „imitują” podkreślił szczególnie – nasz sposób komunikacji i niektóre, trzeba przyznać, są w tym bardzo dobre. Czyli imitują... – zawahał się Opitz, jakby myślał o czymś bardzo konkretnym. One nawet nie wiedzą, że udają. To odruch, instynkt.
[…]
Stał przed nim Thilo, drobny, dyszący, w porządnej, drogiej piżamie, jakby właśnie wybierał się do łóżka. W jego narożnym pokoju panował mrok, małe okna zasłonięto firankami i dodatkowo zakryto szarym malarskim płótnem. Tylko trzecie okienko było odsłonięte tak, że światło latarni z ulicy w całości padało na odwrócone od drzwi blejtramy [artystyczne ramy malarskie – przyp. aut.]. Pachniało tu farbami, terpentyną i czymś jeszcze, jakby perfumami, czymś delikatnym i ulotnym, może mydłem o woni nieokreślonych kwiatów. Co kolega powie na lukrecjowe cukierki? – zapytał szeptem von Hahn. Jego podkrążone jasnoniebieskie oczy były szkliste i odbijały światło z okna podzielonego na czworo szprosami, przez co – tak się wydało Wojniczowi – chłopak miał w oczach krzyże. Lukrecjowe cukierki? – zdziwił się Wojnicz. Spodziewałby się raczej wódki. Albo nie. Po co miałby się Willi dowiedzieć, że jesteś u mnie. Cicho, sza. Podniósł palec do ust. Wojnicz widział, że Thilo ma gorączkę, jego dłoń wczepiona w rękaw gościa lekko drżała. Próbował delikatnie wyzwolić się z uścisku. Proszę, usiądź – powiedział tamten spokojniej, jakby się zreflektował, że przestraszył Mieczysława, i puścił jego rękaw. Usiedli, Wojnicz w jedynym fotelu, a Thilo na łóżku. Nie wiem, jak tę sprawę przedstawić, żeby nie wydać się kimś, kto ma kłopot z nerwami. Ale powiem ci, kolego, że trafiłeś w paskudne miejsce. Tutaj ciągle ktoś umiera. No cóż, jesteśmy w sanatorium... Choroby piersiowe i gardlane leczą się ciężko... Nie to miałem na myśli. Ona się nie powiesiła, wiesz? Co ty mówisz? Wojnicz poczuł nieprzyjemne zmieszanie, już bowiem polubił tego młodego człowieka. Tutaj morduje się ludzi.
[…]
Wojnicz zapytał teraz o Lukasa i Augusta, uznawszy, że sytuacja dojrzała do plotek. Dobre gagatki – z ożywieniem odpowiedział Thilo. Widać było, że lubi mówić o innych. Stwierdził, że ani jeden, ani drugi nie ma pieniędzy i są tu zdani na łaskę rodzin, August siostry, a Lukas chyba córki. Czasami miał wrażenie, że Lukas jest tak podejrzaną postacią, iż musi to być szpieg rosyjski, który został tu wysłany na leczenie. Podobno wcale nie nazywa się Lukas, tylko Łukasiewicz i co najmniej w połowie jest rodakiem Wojnicza. Uważał też, że nie wszyscy tutaj są naprawdę chorzy, niektórzy tylko udają, żeby uciec od życia albo się ukryć. Poczekał na efekt, jaki wywrą jego słowa, po czym ostrzegł Wojnicza przed Augustem. Co ci mam mówić? To człowiek pijawka. Mieczysław próbował się dowiedzieć, o co chodzi, ale Thilo był już przy Frommerze. Frommer okazał się teozofem i spirytystą i wszędzie widział duchy. Lukas mówił mu, że Frommer jest bardzo chory, ale Thilo przyznał, że nigdy nie widział go kaszlącego. Przyjeżdżał tu regularnie na kilka tygodni, potem wracał do swojego wilgotnego miasta Breslau, skąd znowu wracał po kilku tygodniach zrelaksowany, wypoczęty.
[…]
Potem stanęła mu jeszcze przed oczami oparta o biurko strzelba doktora Semperweisa, co przywołało obrazy z czasu, kiedy ojciec i stryj uczyli go strzelać. Polowali na bażanty, dziwne ptaki, które wyrywały się spod nóg i z terkotem wzlatywały ciężko w górę. Ich niezdarność budziła złość; chciało się pomyśleć, że same ponoszą winę za własną śmierć. Nie było trudno je ustrzelić, stryjowi udawało się to często. Mieczyś jednak był dość oporny w tym zabijaniu, celował zawsze centymetr w lewo, drobne oszustwo, bażanci dystans, jak to sobie nazwał, ruch niezauważany ani przez stryja, ani przez ojca, oni woleli strzał nazywać „nieudatnym”. Bażanci dystans był strategią oporu podobnie jak milczenie, znikanie w odpowiednim momencie, usuwanie się z oczu. Niby bierze udział w narzuconej grze, a jednak jakoś jej umyka. Lekkie przesunięcie muszki, niedostrzegalne dla innych, niweczy całe przedstawienie.
[…]
Martwił się, czy ma spodenki właściwe do kąpieli, co będzie, kiedy przyjdzie mu rozebrać się do naga i czy zniesie długie leżakowanie. I jaka to niespodzianka przygotowana przez Opitza czeka na nich przy okazji spaceru w góry. Czy jego buty wytrzymają te wędrówki – chyba trzeba będzie napisać ojcu, że musi kupić nowe, a to spory wydatek. Te wszystkie sprawy zaabsorbowały jego umysł, wciągnęły świat do środka, do tej wielkiej, chaotycznej przestrzeni, jaką każdy człowiek nosi w sobie niczym wielki niewidzialny bagaż, który wlecze się ze sobą przez całe życie, nie wiadomo po co. Własne ja.
[…]
Wojnicz dostrzegł jedną wyróżniającą się postać: wysoka smukła sylwetka, proste plecy, jasne włosy wymykające się pojedynczymi kosmykami spod ogromnego kapelusza, z pewnością niepasującego do powściągliwej architektury i wystroju świątyni. W jakimś sensie ten kapelusz był w tym skromnym przybytku skandalem i może dlatego przyciągał całkowicie uwagę Wojnicza. Ze swojej perspektywy widział tylko czubek nosa jego właścicielki i piękną linię wysokich kości policzkowych. Na butelkową w kolorze suknię narzucona została miodowa pelerynka. Mieczysław długo nie mógł oderwać wzroku od tego zjawiska – sam nie wiedział, co go tak wabiło: owa smukła kobieta czy zestawienie kolorów. Obie te rzeczy budziły w nim nieopanowaną tęsknotę za czymś znanym, a jednak zupełnie nieokreślonym; wydawało mu się, że kiedyś znajdzie na to słowo, ale na razie ono jeszcze nie istniało. Pastor właśnie skończył pozdrowienie liturgiczne z powitaniem i pod wysklepiony sufit świątyni popłynął śpiew, całkiem udany, prawie jakby to był wyćwiczony dobrze chór.
[…]
Baba, żaba, diabeł trzeci to rodzone dzieci. Mały Wojnicz usiłował zgłębić sens tego porzekadła, ale nie miał pojęcia, co właściwie jego umundurowany i niezwykle precyzyjny w wyrażaniu się stryj chciał poprzez nie wyrazić. Jakiś związek kobiety z żabą i diabłem? Ta wilgotna, mroczna trójca zabierała kobietę z wytapetowanych porządnych mieszczańskich sypialni, ciągnęła ją w las, po igliwiu, w podmokłe rejony torfowisk, gdyż okazywało się, że trójca ta jest rodzeństwem, pochodzi z tej samej czeluści w głębi lasu, gdzie ani nie dochodzi ludzki głos, ani nie dociera oko i gdzie zgubi się każdy podróżny. Cóż, takich lasów nie było w okolicach Lwowa, chyba dopiero gdzieś na Wołyniu albo na zboczach karpackich gór. Łatwiej mu było wyobrazić sobie, co wspólnego może mieć Gliceria z żabą niż z diabłem, choć diabła nigdy nie widział i prawdę mówiąc, nie wierzył weń. „Ludowe bajki”, mawiał jego ojciec. Jeśli chodzi o żabę, to i owszem: była gruba i niekształtna, a ufartuchowione spódnice jeszcze bardziej deformowały jej postać. Gdyby tak przysiadła w kucki w kuchni na podłodze, gdyby tak podniosła głowę – tak, byłaby podobna do żaby.
[…]
Za tą bramą rozpościerał się właściwy Gorbersdorf i cała dolina usadowiona ponoć nad wielkim podziemnym jeziorem, między górami gęstymi, choć niezbyt wysokimi. To dlatego pan August mówił, że mieszkają w butelce lejdejskiej [przyrząd do gromadzenia ładunku elektrycznego, będący pierwszym kondensatorem – przyp. aut.], w której mieszają się różne wibracje i powstaje z nich elektryczny prąd. Cmentarz w Langwaltersdorfie [dziś Unisław Śląski – przyp. aut.] był stary i ciasny, nieobliczony zapewne na zmarłych z sanatoriom, którego tu jeszcze nie było, gdy zakładano nekropolię; zaraz zabraknie na nim miejsca. Leżał przy smukłym kościele prawie na skrzyżowaniu dwóch wybrukowanych dróg, z których jedna wiodła do Waldenburga, a druga szerokim, jasnym płaskowyżem przez Nieder Wüstegiersdorf [dziś Głuszyca – przyp. aut.] do Glatzu [dziś Kłodzko – przyp. aut.]. Cmentarz nie przypominał tych, które Wojnicz znał z Polski. Nieprzyzwyczajony był do takiej skromności i braku ostentacji. Na Wschodzie wyglądało to zupełnie inaczej – groby były pokaźne, każdy inny, wiele miało bogate wykończenia, figury. Od dziecka poruszały go najbardziej te z płaczącym aniołem, może dlatego że grób jego matki taką właśnie figurą został opatrzony. Ojciec zamówił ją na domniemane życzenie syna, choć ten jeszcze nie umiał go wyrazić, bo był zbyt mały. Ojcu Mieczysia Wojnicza rzeczywiście mogło się wydawać, że syn zechce takiego anioła na grobie matki, która umarła kilka miesięcy po porodzie, osłabiona wysiłkiem sprowadzenia na świat dziecka i jakąś trudną do wytłumaczenia melancholią. Teraz dla Mieczysława pamięć matki na zawsze związała się z tym kamiennym smukłym aniołem przyklękłym w geście głębokiej rozpaczy, która nie przystoi istotom niebieskim.
[…]
Wojnicz samotnie spacerował między grobami, czytając nazwiska zmarłych. Po drugiej stronie głównej alei kończyła się dominacja trzech nazwisk: Fischer, Opitz, Tilch. Tam pod wyniosłym krzyżem zaczynała się kwatera sanatoryjna – tu pojawiała się rozmaitość, bo nagrobki znacząco różniły się od siebie. Niektóre z nich miały wyryty krzyż prawosławny, a inne tworzyła nieduża płyta bez symboli religijnych, ustawiona na sztorc w odwrotnym niż reszta kierunku. I nazwiska – głównie niemieckie, ale i francuskie, a potem, o! polskie, całkiem sporo czeskich i szwedzkich. Śmierć była zdecydowanie kosmopolitką.
[…]
W górskiej dolinie rozpostartej nad tonią podziemnego jeziora nastał spokój i choć nigdy tu nie wiało, teraz nie dało się odczuć nawet najmniejszego powiewu, jakby świat wstrzymał oddech. Późne owady przysiadły na badylu, skamieniał szpak wpatrzony w jakiś zaprzeszły ruch wśród kępek pietruszki w ogrodzie. Rozciągnięta między krzakami jeżyn pajęczyna przestaje drgać i napina się, próbując usłyszeć dochodzące z kosmosu fale, woda rozgaszcza się w plesze mchu, jakby miała tam zostać na zawsze, jakby miała zapomnieć o swoim drugim imieniu - że płynie. Dla dżdżownicy to napięcie świata jest wskazówką, by poszukać sobie schronienia na zimę, już planuje parcie w głąb ziemi, pewnie mając nadzieję, że odnajdzie tam ukryte głęboko ruiny raju. Krowy, które przeżuwają żółknące już trawy, także zastygają w bezruchu, zatrzymują się na chwilę ich wewnętrzne fabryki życia. Wiewiórka patrzy w cud orzecha i rozumie, że jest on czystym, skondensowanym czasem, że jest także i jej przyszłością ubraną w tak dziwną formę. I wszystko w tym krótkim momencie definiuje się na nowo, od nowa wyznacza swoje granice i cele, na chwilę rozmyte kształty znów zwierają się w sobie.
[…]
Osada wypalaczy drewna, którą mijali w głębi lasu, robiła nieprzyjemne wrażenie. Wokół stosów tlących się brewion rozlewało się grząskie błoto pełne kory, szyszek, gałęzi, jakby zdarto skórę lasu i jątrzono ranę. Węglarze mieli ciemne, osmolone twarze, patrzyli na nich ponuro. Opitz wymienił uścisk dłoni z jednym z nich i pokazał głową w stronę swoich wycieczkowiczów. Czekano na Thila, który szedł z trudem i co chwilę przystawał, żeby złapać powietrze. Wojnicz zatrzymywał się razem z nim. Thilo z wisielczym humorem ignorował swój stan i rwanymi zdaniami opowiadał mu o zaletach malarstwa pejzażowego. Wojnicz czuł wręcz fizycznie, jak ciężko tamtemu oddychać. Pejzaż... jest wielką... tajemnicą... bo w istocie... powstaje... w oczach... patrzącego – mówił z trudem. Dodał, że jest czymś w rodzaju projekcji wewnętrznych stanów patrzącego. I że należałoby się zastanowić nad tym, czy to, co widzimy, w rzeczywistości nie może wyglądać zupełnie inaczej.
[…]
Jednym z tematów zapalnych było zniknięcie Mona Lisy. Dwa lata temu ktoś włamał się do Luwru i wyniósł obraz jak bagietkę. W rocznicę kradzieży gazety znowu rozpisywały się o tym wydarzeniu, bo ślad po Giocondzie zaginął. To wydarzenie podzieliło towarzystwo na dwa obozy. Thilo i pan August twierdzili, że jest to niepowetowana strata pewnego symbolu cywilizacyjnego, jednego z tych dzieł sztuki, które są osiami kultury i wokół których organizujemy się duchowo tudzież społecznie, i że ludzkość ma obowiązek te dzieła chronić nade wszystko. Pan August, wypowiadając się w tej sprawie, uderzał w ton szczerego uniesienia, wydawało się, że wszystkie jego słowa zaczynają się od wielkiej litery, a jego wargi, chcąc dobrze je wymówić, obarczone niejako ciężarem inicjałów nabrzmiewały i wilgotniały od śliny, tak że przy każdym P lub B pan August rozpylał drobinki śliny, pełnej zapewne tajemniczych wciąż prątków Kocha. Opitz zaś i Lukas oskarżali ich o histerię i przesadę, twierdząc, że są ważniejsze sprawy niż Mona Liza i że choć doceniają Leonarda jako artystę, to jednak nie powinno się dzieł sztuki wynosić na taki piedestał. Poza tym, twierdzili, Mona Liza jest tylko portretem jakiejś kochanicy, na dodatek z lubieżnym uśmieszkiem, wzbudzającym w nas pewną nieczystą przyjemność („O nie! We mnie nie wzbudza!” – odciął się August). I nie jest warta tej uwagi, którą się jej poświęca. Dzieła sztuki powinny także edukować, przybliżać przeszłość. Tu Lukas szczególnie się podniecał, a jego głos robił się wtedy szczekliwy – zmieniał temat i wszczynał z kolei krucjatę przeciwko sztuce nowoczesnej, którą uważał za prymitywną i pozbawioną wszelkich przymiotów. Tutaj popadali w takie zacietrzewienie, że wszyscy musieli się zatrzymać i wsparci na swoich kosturach spędzili na tym postoju więcej czasu, niż powinni. Lecz co było robić, kiedy Thilo musiał stanąć w obronie sztuki nowoczesnej, usiłując wykazać Lukasowi jego niekompetencję, zaściankowość i zły gust. A na dodatek ograniczenie umysłowe, czego oczywiście nie wyrażał wprost, ale w jego głosie pojawiała się wtedy zjadliwa ironia, to zaś jeszcze bardziej złościło Lukasa. W końcu oberwało się samej Monie Lizie. Że nieładna; że, ogólnie, atrakcyjność kobiet często polega na tym, iż udają, jakby skrywały jakąś tajemnicę, i to właśnie tak przyciąga do nich mężczyzn. Lecz w gruncie rzeczy jest to tylko udawanie i skrywanie pustki umysłowej. Tutaj emocje opadły i wyglądało na to, że przynajmniej w tej kwestii wszyscy się ze sobą zgodzili. Opitz zarządził zatem dalszy marsz. Gdy ruszyli pod górę, musieli się skupić na kamienistej ścieżce, szli więc w milczeniu. Wykorzystał to Lukas: Kobieta reprezentuje miniony i niższy etap ewolucji, tak pisze pan Darwin, a on ma tu przecież coś do powiedzenia. Kobieta jest jakby – Lukas szukał właściwego słowa – ewolucyjnym guzdrałą. Podczas gdy mężczyzna poszedł już do przodu i nabył nowych umiejętności, kobieta została w dawnym miejscu i nie rozwija się. Dlatego kobiety bywają często upośledzone społecznie, nie potrafią same dać sobie rady i zawsze muszą się wspierać na mężczyźnie. Muszą robić na nim wrażenie. Manipulacją, uśmiechem. Uśmiech Mony Lizy to symbol całej strategii ewolucyjnego radzenia sobie. Uwieść i zmanipulować.
[…]
W końcu, jak zawsze, zabawę trochę popsuł Thilo, który podrzucił ciekawą hipotezę, podobno z Francji, że Mona Lisa przedstawia nie kobietę, ale ukobieconego przyjaciela Leonarda, jako że powszechnie wiadomo, iż artysta wolał kolegować się z mężczyznami niż z kobietami. Teza ta wywołała pełen politowania uśmieszek Lukasa oraz niemą satysfakcję pana Augusta. Następnie Lukas, wyraźnie zmęczony, zawrócił do głównego wątku, wygłosił zjadliwą krytykę sztuki nowoczesnej, kończąc słowami: Dobre w sztuce jest tylko to, do czego jeszcze nie dobrali się ci skretyniali maniacy lokomotywy, śruby i tego ich futuryzmu. Słowo „futuryzm” wypowiedział z najwyższą pogardą.
[…]
Kiedy w końcu dotarli do celu, poczuł się nieco rozczarowany. Spodziewał się czegoś bardziej spektakularnego, a tu Opitz pokazywał im z dumą jakieś dziury w ziemi zarośnięte mchem i jagodnikiem. Rajmund rozścielił pledy i rozlał do blaszanych kubków lemoniadę, serwując do niej małe maślane bułeczki. Miejscowi mówią o tych dziurach „usta czarownic” – powiedział Opitz, ale potem dodał, mrużąc śmiesznie oczy, że właściwie powinno się je zwać dupami czarownic, bo w czasie wielkich upałów czy wielkich mrozów dobywa się z nich świszczące powietrze. Śmiał się tylko Lukas. Nauka mówi coś zgoła odmiennego – odezwał się Frommer, który na wycieczkę ubrał się wyjątkowo elegancko i zamienił sztywny biały kołnierzyk na jedwabny czarny fular (wyglądał teraz jak urzędnik domu pogrzebowego). - Różnica temperatur w głębi ziemi i na powierzchni powoduje powstawanie ruchów powietrza, które wydobywając się z dziur, świszcze i gwiżdże.
[…]
Dołączył więc do półleżących na pledach mężczyzn, którzy z kubkami pełnymi Schwärmerei [nalewka o właściwościach halucynogennych, z grzybków-kołpaczych i piołunu – przyp. aut.] w dłoniach omawiali kwestie podań o czarownicach. Siwy Lew twierdził, że pierwszy raz wspomniał o czarownicach Apulejusz [z Madaury, rzymski pisarz, filozof i retor – przyp. Aut.] w Metamorfozach, lecz pan August upierał się, że pisał o nich już Arystofanes w Żabach. Batrachoi – powiedział, popisując się swoją greką – to znaczy żaby. Z akcentem na ostatnią sylabę. Jest tam taka rozmowa, kiedy Dionizos z Ksantiaszem po przebyciu jeziora Acheruzja znajdują się na pustkowiu i widzą coś dziwnego [co ma spiżową nogę, a drugą z łajna – przyp. aut.].
[…]
W tej cerkwi – czasami tam zaglądał – namalowany był pewien anioł, którego widok sprawiał mu szczególną radość. Nazwał go sobie nawet Aniołem Czteropalcym, ignorując wypisane obok imię: Gavril – malarz bowiem tak przedstawił jego wyciągniętą w geście błogosławieństwa dłoń, że wydawała się pozbawiona kciuka, a i serdeczny palec był krótszy. Małemu Mieczysiowi przynosiło jakąś dziwną ulgę patrzenie na ową niedoskonałość w doskonałości. Anioł przez ten mały uszczerbek był mu bliższy, żeby nie powiedzieć – stawał się ludzki. Ujęty w ruchu, mocno stojący na ziemi, w zielonej połyskliwej szacie (tak, były na niej bliki światła), z widocznym jednym skrzydłem, ale nie z piór, jak u gęsi, lecz jakby utkanym z setek drobnych koralików, podbitym na dodatek czerwienią, anioł z trzciną w dłoni. Wydawał się czymś zajęty, zaaferowany. O aniołach mówiło się „ten anioł”, ale przecież i to wydawało się oczywiste, że Czteropalcy był wyłączony z tych brutalnych podziałów i miał własne, oddzielne miejsce, swą anielską płeć, swój boski rodzaj.
[…]
Łacinnik, drobniutki i nieco śmieszny pan Amborski, pożyczał mu własne książki, z których najbardziej upodobał sobie Wojnicz Metamorfozy Apulejusza. Było to stare wydanie w serii Bibliotheca Scriptorum Graecorum et Romanorum Teubneriana, lecz okazało się lekturą zbyt trudną dla kogoś, kto dopiero uczył się łaciny. Dlatego dobry pan Amborski wynalazł mu niemieckie tłumaczenie Augusta Rodego i tę podarowaną mu wersję Mieczyś Wojnicz znał prawie na pamięć i lubił czytać tam, gdzie otworzył. Była to jedyna książka, którą ukochał i nigdy nic potem nie zrobiło na nim tak wielkiego wrażenia. Łotrzykowska historia nieszczęśnika zamienionego w osła w jakiś sposób pasowała do niego samego. Lucjusz wydawał mu się bliski, choć różnił się oczywiście od niego odwagą, poczuciem humoru i ciekawością świata. Był bohaterem, ale uśmiechał się z kart książki krzywo, ironicznie, kontestując swoje bohaterstwo, świadomy swojej śmieszności. Mieczyś chciał być taki jak Lucjusz: sprytny, bezczelny, pewny swego, mógłby nawet pogodzić się z naiwnością, okazywała się ona bowiem dobrą cechą – prowadziła zawsze w nieoczekiwane miejsca, w zaułki życia, gdzie można było doświadczyć niespodziewanej, a nawet gwałtownej przemiany. Zmienić się i stać się nierozpoznanym, a mimo wszystko wewnątrz pozostać sobą, tym prawdziwym. Bo najwyraźniej była jakaś zewnętrzność i wewnętrzność. To „wewnętrzne” ubierało się w to „zewnętrzne” i odtąd tak było postrzegane przez świat. Lecz skąd to „wewnętrzne” mogło czuć taką niewygodę w tym „zewnętrznym”? - myślał Mieczyś. Przygody Lucjusza wydawały mu się śmiertelną torturą, ponieważ ciągle wisiała nad nim groźba, że nie zdoła powrócić do swojej postaci, że umrze jako osioł, więc jego prawdziwa natura, jego wewnętrzny byt nigdy nie zostaną rozpoznane! Dramat ten przeżywał bardzo silnie, choć oczywiście nikomu się z niego nie zwierzył. Lucjusz wydawał się nie przejmować swoją sytuacją tak bardzo jak chłopiec czytelnik, tkwił sobie na horyzoncie jego świata ze swoim szelmowskim, ironicznym uśmieszkiem jako osioł i jako człowiek jednocześnie, wierząc, że znajdzie kiedyś swój krzak róży i przemiana dokona się za sprawą najpotężniejszej bogini. Kiedy Wojnicz zaczął studia, Lucjusz został zepchnięty gdzieś na peryferie jego umysłu, wypierany przez kanciaste wzory matematyczne, techniczne rysunki, przez iksy i ypsylony, przez logarytmy i tabele. Ale ten stary niemiecki przekład Metamorfoz Wojnicz zabrał ze sobą do sanatorium i leżał teraz przy jego łóżku, choć nie miał jeszcze czasu, żeby go sobie poczytać.
[…]
[August August – przyp. aut.] Mój ojciec był austriackim urzędnikiem, a urodził się w Jassach – wywnętrzał się. Matka pochodziła z Bukowiny, ale była Austriaczką. Lecz cóż to znaczy, skoro jej rodzice mieli posiadłości na Węgrzech i czuli się Węgrami. A znowu ja... trudno powiedzieć. Językowo rzecz biorąc, myślę po niemiecku i rumuńsku. I po francusku oczywiście, jak każdy Europejczyk. Uważał, że moda na państwa narodowe jest przejściowa i źle się skończy: sztuczne dzielenie ludzi według tak marnych kategorii jak miejsce, gdzie się urodzili, nie odpowiada skomplikowaniu sprawy identité [z fr. tożsamość – przyp. aut.]. W ogóle do mnie nie przemawia to pojęcie: „naród”. Nasz cesarz, pański i mój, mówi, że istnieją tylko „ludy”, narody to wymysł. Paradoks polega na tym, że państwa narodowe jak kania dżdżu potrzebują innych państw narodowych, jedno państwo narodowe nie ma racji bytu, jego istotą jest konfrontowanie się i różnienie się. Prędzej czy później prowadzi to do wojny. […] Kiedy szedł po deptaku, miało się wrażenie, że się skrada, lekko przy tym ciągnął za sobą nogi, jakby natrafiał na nieoczekiwany opór powietrza. Tak chodzą ludzie, którzy pomimo wrodzonego poczucia niepewności zbudowali sobie ciężką pracą solidne przekonanie o swojej wyjątkowości i wartości. Drogi Mieczysławie – jego imię wymawiał miękko i z trudnością, jak dziecko – czy zgodzi się pan ze mną, że człowiek istnieje tylko w języku? Wszystko poza językiem jest zwierzęce i niezróżnicowane. To język sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Dlatego ja się biedzę nad każdym zdaniem, każde słowo musi mieć właściwie miejsce. Moim hobby jest badanie związków frazeologicznych i krytyczny do nich stosunek, bo każdy taki związek jest jak zgrubienie mięśni, jak zakwas, który trzeba rozbić, żeby organizm naszego ducha był giętki i mógł działać sprawnie. I rzeczywiście pokazał mu kieszonkowy tom oprawiony w granatowe płótno: Słownik frazeologiczny języka niemieckiego.
[…]
Opitz przy każdej okazji powtarzał, że właściwie jest Szwajcarem. Jego matka była Szwajcarką, a o ojcu nigdy nie wspominał, jakby pomijając tę drugą połowę swojego dziedzictwa i jakby samo przez się było zrozumiałe, że to matka nadała mu tożsamość narodową. Szwajcar brzmiało dumnie, zwłaszcza że brat tej matki Szwajcarki służył w gwardii papieskiej – Opitz miał nawet na pianinie oprawione jego zdjęcie, bardzo niewyraźne, na którym rzucały się w oczy dziwaczny ubiór i oryginalne, ciemne nakrycie głowy, nie zaś sam wuj. Trudno było na te zapewnienia o szwajcarskości jakoś zareagować, szczególnie że Wojnicz nie miał żadnego zdania o Szwajcarach, ale w tym ciągłym jej przywoływaniu pobrzmiewała w głosie Opitza wyraźna duma; stawiał się on tym faktem ponad nimi wszystkimi, był jakoś rasowo – to słowo coraz śmielej wchodziło do ich rozmów - lepszy. Owo szwajcarzenie niecierpliwiło biednego Augusta, który był przecież internacjonałem i sam nie wiedział dokładnie, kim jest, jakby go te sprawy zupełnie nie interesowały.
[…]
Lukas pochodził z Królewca. Jego ojciec był zruszczonym Polakiem (podobno nazywał się po prostu Łukasiewicz), a matka Rosjanką z matki Niemki. W domu mówili po rosyjsku i po niemiecku. Ojciec dorobił się majątku na handlu syberyjskim w jakiejś polskiej spółce równie szybko, jak potem go stracił, dlatego Lukas miał Polaków za słabych i chwiejnych. Popadli w biedę, a po śmierci tego nieudacznika matka wróciła do Tuły i wyszła za urzędnika, który był na tyle zamożny i wielkoduszny, że posłał pasierba na studia do Królewca. Lukas mówił o sobie „filozof”, ale Frommer powiedział Wojniczowi, że w rzeczywistości był nauczycielem historii w gimnazjum męskim. Ożenił się młodo i młodo owdowiał. O córce, która opłacała mu kurację, nigdy nie mówił. Pędził żywot regularny i zdrowy, nie licząc alkoholu i cotygodniowych partyjek karcianych, kiedy grano na tak małe stawki, że nie dało się tu mówić o żadnym hazardzie. Jak się Wojnicz dowiedział z rozmów, mieszkał na parterze, w oszklonej przybudówce z osobnym wejściem. Przez to jego pozycja była nieznacznie wyższa, a na pewno nieco inna. Osobne wejście zapewniało mu taki rodzaj wolności, jakiego inni mogli mu tylko pozazdrościć. Wprawdzie było to wejście od niezbyt ładnego podwórka i nie oferowało specjalnego widoku, ot, zbocze zalesionej góry, ale Siwy Lew celebrował swój przywilej – co wieczór po kolacji wzdychał i rzucał ponad głowy innych: „No cóż, pora iść d o s i e b i e”. […] Miał manierę przerywania swoim rozmówcom. Było w tym nie tylko zniecierpliwienie wobec innych, które stanowiło coś w rodzaju podstawowej siły napędzającej jego egzystencję. Niecierpliwił się, bo wszystko odstawało od jego wyobrażeń i oczekiwań, jakby to, co myślał o świecie, pochodziło z innych rejonów ducha, wyższych i o niebo lepszych. Zresztą od młodości miał przekonanie, że jest wyjątkowy, a świat jakoś nie potrafi się z tym pogodzić. Wszystko w nim mówiło: ja już wiem, od dawna wiem to, co chcesz powiedzieć. Z biegiem lat dołączało się do tego poczucie, że przeżył więcej niż inni – fakt ten dawał mu wielką satysfakcję, ale i zatrzaskiwał go w samym sobie, Lukas umacniał się bowiem w przekonaniu, że szkoda czasu na wchodzenie w jakiekolwiek interakcje z innymi, jako że oni i tak nic z tego, co powie, nie zrozumieją i niczego ciekawego się od nich nie dowie. Trwał więc w pełnym wyższości przeświadczeniu, iż jest istotą z gruntu tragiczną.
[…]
Wielki gmach sanatorium było widać jak na dłoni prawie z każdego miejsca w Gorbersdorfie. Jego mury z czerwonej cegły pięknie lśniły w jesiennym słońcu, a ostre wieżyczki, które udawały gotyk, skojarzyły się od razu Wojniczowi z igłą gramofonu, wydobywającą z płyty nieba ukryte w nim dźwięki. Gdzieś bardzo daleko grzmiało. Ogromny budynek wyglądał dość absurdalnie w tej głębokiej dolinie, wśród niezamożnych domostw tutejszych mieszkańców oraz kilku okazałych willi uzdrowiska rozrzuconych na zboczach, wybudowanych jakby na zapas jako części osady, która dopiero tutaj powstanie w przyszłości. Jego smukła bryła i intensywna barwa sprawiały wrażenie, że jest atrapą ustawioną tutaj tuż przed przyjazdem Wojnicza w niewiadomym celu, być może jako element scenografii przedstawienia, które ma się wkrótce rozpocząć. Szedł główną ulicą, pustą jeszcze o tak wczesnej porze i choć pogoda w ostatnich dniach trochę się popsuła, maszerował dziarsko, chyba z uśmiechem na twarzy, bo jacyś mężczyźni ładujący worki na wóz również uśmiechali się do niego szeroko. Miasteczko było tak schludne i ładne, że przypominało rysunek z puszki pierników, które dostał kiedyś od stryja – śliczne kształtne domy, a w oknach koronkowe firanki, w drzwiach piękne klamki, przed domami płotki, kwiatki, szyldziki, wszystko zadbane i odsprzątane, do tego stworzone dokładnie na rozmiar człowieka - najlepsza ilustracja tak kłopotliwego dla Polaka słowa „gemütlich“ [z niem. – przytulny – przyp. aut.]. Kilka domów zbudowano z myślą o kuracjuszach, szczyciły się więc ozdobnymi balkonami, wykuszami i tarasami, niektóre w szwajcarskim stylu, z drewnianymi, pięknie zdobionymi gankami i werandami. Fascynowały go rozrzucone w parku kurhausy. Najstarszy, zwany Weises Haus, liczył dwadzieścia pokoi i był pierwszym budynkiem całego zakładu przyrodoleczniczego, założonego przez szwagierkę doktora Brehmera, która bez powodzenia próbowała tutaj w połowie XIX wieku uprawiać wodolecznictwo. Doktor Brehmer przejął go od niej jako młody człowiek i udało mu się wyleczyć w nim kilkoro pierwszych pacjentów. Walter Frommer rzeczowo uzupełniał wiedzę Wojnicza o Gorbersdorfie i to on potwierdził rewelacje Augusta, że Brehmer starał się o koncesję państwową na rozbudowę zakładu, ale nie chcieli mu jej dać z powodu jego komunistycznej przeszłości. Bliżej ulicy stał wielki Altes Kurhaus [z niem. - Stary Dom Zdrojowy – przyp. aut.] – otwarty w 1863 roku, liczący czterdzieści pokoi. Powstały później Neues Kurhaus [z niem. – Nowy Dom Zdrojowy – przyp. aut.] użyczał pacjentom z całego świata aż siedemdziesiąt pokoi, a w piwnicy północnego skrzydła mieścił inhalatorium i prysznice do kąpieli leczniczych w zimie. Oba budynki zostały zręcznie połączone przeszklonym pasażem, w którym urządzono ogród zimowy i czytelnię.
[…]
W Villi Rosa, którą Wojnicz sobie szczególnie upodobał w czasie spacerów, były pokoje dla lżej chorych. To tutaj, jak się zdaje, mieszkała kobieta w kapeluszu. Powyżej willi znajdowała się świątynia ku czci Humboldta z jego popiersiem; za życia Brehmera w lecie w niewielkiej muszli niedaleko owej świątyni odbywały się koncerty. Podobało się Wojniczowi, że oprócz tych pięknych i wystawnych obiektów dla zamożniejszych kuracjuszy Gorbersdorf miał także Volksheilstätten-Abteilung, czyli oddział leczniczy dla ludu – miejsca dla gorzej sytuowanych pacjentów, z dala od głównego terenu, rozrzucone po wsi w prywatnych domach. I gdyby nie to, że czekał na wolne miejsce w głównym kurhausie, sam mógłby się do takich osób zaliczać. Wszystko to przypominało mu trochę Truskawiec, gdzie pojechał kiedyś z ojcem do wód, tyle że było większe i solidniejsze. Na krótkim deptaku prowadzącym do sanatorium przyglądał się kuracjuszom – jasne kapelusze, parasolki od słońca, garnitury, które można byłoby umieścić gdzieś pomiędzy kategoriami odświętne i codzienne, może taka właśnie była sanatoryjna moda. Ludzie poruszali się tu również w trybie sanatoryjnym, wolniej niż najwolniejszy spacer u niego we Lwowie, ponieważ idąc szybciej, natychmiast przemierzyliby tę wieś wzdłuż i wszerz i musieliby kilka razy chodzić tymi samymi trasami, a tak zatrzymywali się co kilka kroków i rozmawiali, strzelając oczami w kierunku współkuracjuszy, a więc nie umknął im żaden detal stroju, żadna nowa twarz nie mogła zostać niezauważona. Każda nowinka krawiecka, każdy gest, każda fryzura musiały zostać spostrzeżone i odpowiednio skomentowane. Rosjanie trzymali się zdecydowanie osobno, wyróżniali się przy tym strojem, przesadnie odświętnym. Niektórzy byli tu z całymi rodzinami na krótszy lub dłuższy pobyt, ale wtedy mieszkali w willach na stoku Buchbergu, gęsto zalesionej góry, i wiedli życie ludzi zdrowych. Widać też było wysokich Skandynawów, bladych i ponurych. Kilka razy Wojnicz słyszał język polski, ale nie wyrywał się, aby dać to po sobie poznać. Polacy chodzili grupkami, byli albo nienaturalnie cisi, albo przesadnie hałaśliwi.
[…]
Godziny spędzane na leżakowaniu wydawały się Wojniczowi śmiertelnie nudne, dopóki nie nauczył się z nich korzystać jako z czasu tylko dla siebie, stosownego do myślenia. Zauważył, że człowiek, kiedy intensywnie uczestniczy w życiu, nie ma czasu na myślenie i przyjrzenie się wszystkiemu dokładnie, choćby w wyobraźni. Dlatego przez pierwsze dni kładł się zawsze obok Thila, wiedząc, że ten i tak natychmiast zapadnie w drzemkę, a nawet będzie leciutko pochrapywał. Wtedy w głowie Wojnicza odbywała się wielka praca – zamieniał doznania w doświadczenie, budował sens tego, co go otaczało. Nigdy nie udało się mu przeczytać nawet jednej strony, choć wydawało się to łatwe. Opanowywał go za to jakiś stan dziwnego spokoju, w którym myśli płynęły przez jego umysł swobodnie, wyłaniając się nie wiadomo skąd i odchodząc nie wiadomo, dokąd, zastępowane przez inne. Nie był to z pewnością sen, lecz i nie była to zwykła świadomość na jawie. Wyglądało na to, że pomiędzy jednym a drugim stanem istnieją pewne niedoceniane pokłady owych myśli, którymi nie można wprawdzie sterować, ale da się je wprawiać w ruch, byle potem pozwolić im podążać swoimi ścieżkami. Gdyby Wojnicz był obyty z praktyką autorefleksji i introspekcji, którą na kolejnym spotkaniu polecił mu doktor Semperweis, z pewnością mógłby zauważyć, jak powstają myśli i jaka jest ich natura – to smugi doznań niesione przez czas niczym babie lato, poruszane przez wiatr, pasma drobnych reakcji, które układają się w przypadkowe ciągi spragnione sensu. Lecz ich natura jest ulotna i niestała, powstają i znikają, zostawiwszy po sobie wrażenie, że coś się naprawdę wydarzyło i że braliśmy w tym udział. I że to, w czym tkwimy, jest stabilne i pewne. Że istnieje.
[…]
Dowiedział się, że cerkiew zbudował pewien bogaty rosyjski pacjent dla swych ziomków, by mieli się, gdzie modlić w czasie kuracji. W tej chwili mogli już to robić w świeżo ukończonym budynku, który pomimo pięknych nowych ścian z cegły i tak wyglądał jakoś staro. Dopiero w środku gość orientował się, że przestrzeń jest nieduża – być może zbyt mała na coraz większe fale prawosławnych chorych. Ale i zbór protestancki był w Gorbersdorfie niezbyt wielki, jakby przecząc zasadzie, że jak trwoga, to do Boga. Żeby jak najlepiej przygotować wnętrze do jego sakralnej funkcji, bogaty mecenas zatrudnił malarza, który przyjechał skądś ze świata, ale zaraz wplątał się w romans z kuracjuszką i uciekli razem daleko od zazdrosnego męża, pozostawiając puste ściany. Szybko okazało się też, że wspomniany mecenas po śmierci swej chorej żony stracił serce do Gorbersdorfu i wycofał fundusze, mówiąc Bogu: za późno, sprawa nie jest już aktualna. W każdym razie tej niedużej budowli towarzyszył zawsze jakiś skandal czy skandalik – a to nieprzyzwoicie bogaty fundator, a to niepasujące do niczego dziwactwo, a to malarz, teraz zaś wszyscy opowiadali sobie o ikonie ufundowanej przez kogoś incognito, mającej ponoć wielką wartość artystyczną, przez co zastanawiano się, czy cerkwi nie zamykać na potężne kłódki albo wręcz czy nie otoczyć jej ochroną. Podobno nie był to podarunek, ale ktoś oddał w depozyt tę dziwną ikonę i uchodziło za mus towarzyski, żeby się tam udać w niedzielę, aby po raz kolejny przedyskutować sprawę Emerencji. […] Kobieta z niemowlęciem siedzi na kolanach innej kobiety, nieco większej, solidniejszej, w ceglastej sukni, z ręką uniesioną jakby do pozdrowienia. Lecz i ona siedzi na kolanach jeszcze większej kobiety. Ta ma ciemną, pomarszczoną twarz i przenikliwe spojrzenie. Rozkłada lekko ręce, tak że jej ciemny, prawie czarny płaszcz okala dwie mniejsze postaci i dziecko. Podszewka płaszcza jest ciemnoniebieska i widnieją na niej gwiazdy, księżyc oraz słońce. Tłem dla tego szeroko rozpostartego płaszcza jest złoto, światłość wiekuista, lux perpetua. Twarze Marii i Dzieciątka namalowano różowawą farbą, są świeże i żywe, patrzą śmiało na widza; Dzieciątko zdaje się wręcz doń mrugać. Twarz Anny, nieco smaglejszą, cechuje napięcie, jakby wyczuwała w całej tej sytuacji zagrożenie albo jakby bała się powiedzieć za dużo. Emerencja zaś wygląda na cierpiącą, malarz za pomocą cieniutkiego pędzelka pokrył ją drobnymi zmarszczkami, przez co wydaje się jakaś roślinna. Wojnicz pomyślał, że we wzroku pomarszczonej starej kobiety było coś nieprzyjemnego. Brrr – odezwał się pan August – widzicie? Przeczytajcie sobie, kto umie, co tam napisane. Oczywiście nie żadna Święta Emerencja, to miano zachodnie, ale Panagija, Prześwięta. Prababka Zbawiciela, matka Świętej Anny, babka Marii. Linia po kądzieli. Często obrazy przedstawiające w ten sposób genealogię Chrystusową tytułowane są Święta Anna Samoczwarta. […] Czegóż się Wojnicz dowiedział, zanim jeszcze mógł dopchać się bliżej i odważyć na odwrócenie wzroku od perorującego Augusta? Że jest to rzadki motyw malarski, prawie nieobecny. Że w prawosławiu to jedyna znana taka ikona (co do tego zgodzili się obaj: August i Thilo). Że w średniowieczu był popularnym motywem także na Zachodzie, ale z czasem zanikającym, może nawet usuwanym ze świątyń. Że nawiązuje do legendy, wedle której siedemdziesiąt siedem lat przed narodzeniem Jezusa prorok Archos z góry Horeb ujrzał młodą dziewczynę niezwykłej urody, a potem miał sen, w którym z jej ciała wyrasta drzewo o pięknych owocach, ale jeden z nich jest najpiękniejszy. I powiedział tej młódce, że będzie miała wspaniałego potomka. Że August oceniłby wiek ikony na jakieś dwieście lat (Thilo twierdził, że sto pięćdziesiąt), a to z powodu charakterystycznego odcienia złota w tle i sposobu malowania dłoni, a może uszu? – tego Wojnicz dokładnie nie zrozumiał. I tak dalej, i tak dalej... Prawdę mówiąc, ikona zrobiła na Wojniczu dość przygnębiające wrażenie. Była ciemna, gęsta, jakby splątana od ciał trzech kobiet, które przechodziły jedno w drugie i z tej plątaniny wyrastały tylko głowy otoczone aureolami. Brakowało tu owej klasycznej powagi, z jaką pisze się ikony. W tej było coś dramatycznego, nadmiarowego, nieszczęsnego. Mrok i złoto. Proste linie i esy- floresy. Złote było tło, grawerowane w jakąś skłębioną gęstwinę liści i giętkich łodyg. Na tym tle umieszczono grupę postaci – w centrum Dzieciątko w ciemnoczerwonej szatce, drobne i chorowite, trzymające wielkie dorodne jabłko, które było zbyt różowe, jakby ugotowane, a jego Matka, właściwie jeszcze dziewczynka, wydawała się blada i wymizerowana, jakby macierzyństwo przerosło jej siły. Ona z kolei siedziała na kolanach kobiety o wiele od niej większej, dostojnej, o poważnej dojrzałej twarzy, całej w granatach i srebrze. Ale i ona wydawała się zmartwiona. Te trzy osoby siedzące sobie nawzajem na kolanach... jest w tym coś nieprzyzwoitego – pomyślał Wojnicz – jakaś przesada, która zakrawała na dowcip. Tak, wyobrażał sobie, że w końcu znajdzie się taki widz, który roześmieje się w poczwórną twarz tej specyficznej skłębionej grupie ciał, wybuchnie śmiechem, zamiast zachować powagę właściwą dla kogoś, kto przyszedł do świątyni bożej. Mieli rację niektórzy, kiedy mówili, że ta dziwaczna ikona nie jest w cerkwi stosowna, zarówno przez swą bizarną poczwórność, jak i przez ową Emerencję, która wydawała się tak brzydka i straszna, wiedźmowata nawet, jakby nie pasowała do niczego i znalazła się tu przypadkowo albo z powodu złośliwości artysty. Nikt chyba nie chciał na nią patrzeć. Wszystkie oczy kierowały się raczej na Dzieciątko i jego młodziutką Matkę – z troską, a może już nawet z rodzącą się chęcią udzielenia pomocy i wsparcia.
[,,,]
Gdy podszedł bliżej, dyskusja się wyklarowała i wróciła do ikony. ...nie pozwala mi to przestać myśleć o tym, że kobieta wprawdzie została wyposażona przez naturę w wielką moc rodzenia, ale zupełnie pozbawiona kontroli nad tą mocą. Zawsze musi ją w tym wspierać coś większego, jakieś naturalne prawo, jakiś porządek społeczny, jakiś moralny ład. Tym jest Emerencja! – dziobał powietrze August. ...bo ciało kobiety należy nie tylko do niej, ale do ludzkości – to już mówił Lukas, trochę rozdrażniony, że nie wypili jeszcze jednej kolejki. Jako że rodzi, jest własnością ogólną, ta jej zdolność do rodzenia nie może być traktowana jako jej cecha pry-wa-tna – podkreślił to słowo, po czym odkłonił się grzecznie jakiejś mijanej parze. Będąc sobą, kobieta jednocześnie należy do nas wszystkich. Tak, ma pan rację – odezwał się nagle Frommer, pochylając się do przodu, jakby wypatrywał na trotuarze prawdziwków. Jej podmiotowość i przedmiotowość zarazem dotyczą także jej ciała, to oczywiste. Ale mnie chodzi o pewne cechy umysłowe i duchowe kobiety. Co pan ma na myśli? – chciał się grzecznie dowiedzieć pan August. W sensie filozoficznym nie możemy traktować kobiety jako podmiotu całościowego, skończonego, jakim jest mężczyzna sam z siebie. To sprawia, że kobieta może się rozwijać i zachować swoją tożsamość w przestrzeni mężczyzny. To on nadaje ramy jej tożsamości. Ale wtedy będzie traktowana jak przedmiot! – zaniepokoił się Thilo. Przed nimi nagły powiew wiatru skręcił kupkę liści w małą powietrzną trąbę, trąbkę, piszczałkę zaledwie. To prawda, to trzeba przyznać, jak przedmiot. Nikt jednak nie jest na tyle głupi, żeby nie uznawać pewnego stopnia kobiecej podmiotowości. Kiedy patrzy się w twarz kobiety, to należy przyznać, że jest jednak czymś osobnym, zindywidualizowanym i podmiotowym. Prawda? Z drugiej jednak strony jej ciało, a więc i ona sama, należy do wszystkich, gdyż jest naczyniem, z którego biorą się ludzie, więc ciało kobiety, jej brzuch, jej macica, należy do ludzkości. A co to znaczy „do ludzkości”? – odezwał się naburmuszony Lukas. To znaczy do kogo? Przypomina mi to socjalistów, gdy mówią o „własności państwa”. Państwa, czyli czyjej? Urzędników?
[…]
Wojnicz zatem wyobraził sobie cały Gorbersdorf jako bajkę – bajkę, która dzieje się na obrazku zdobiącym pudełko od pierniczków. Można było pomyśleć wszystko, nie bać się, że w konsekwencji ujrzy się coś nieprzyjemnego czy nie do przyjęcia. Ta zabawa Wojnicza przypominała trochę robienie zielnika: zasuszanie każdego doświadczenia, wklejanie go do kolekcji i przyglądanie mu się jak okazowi. Coś musi się tutaj dziać każdego roku w listopadzie, na pewno jest to jakiś rodzaj niebezpiecznych sportów. Zobaczył narciarzy, jak zjeżdżają po kolorowych liściach stromymi szlakami na łeb na szyję. A potem skoczków, którzy z pomocą lian przeskakują z drzewa na drzewo niczym jego Pan Pląs. Albo znowu muskularnych pływaków, którzy półnago skaczą na głowę do stawu. Musi zapytać Opitza, a najlepiej doktora Semperweisa, ten będzie wiedział najlepiej. Tak, zrobi to, bo czyż Thilowi na tym bardzo nie zależy? Zrobi to dla niego. Wyobraził sobie, jak jeżdżą obaj po zamarzniętym stawie na łyżwach. Thilowi powiewa szalik, a on sam ma czapkę z pomponem. Nagle pod Thilem załamuje się lód, chłopiec wpada do wody, a na powierzchni zostaje tylko ten jego szalik. Poczuł ogromne zmęczenie i otworzył oczy. Zobaczył, że Thilo spokojnie śpi, więc wzrok Wojnicza powędrował po wykutych w żelazie barierkach w stronę części leżakowni, gdzie odpoczywały kobiety. Miał nadzieję, że ujrzy tam jakimś cudem ogromny kapelusz ozdobiony sztucznymi kwiatami i tiulem. Ale przecież ona raczej nie nosiła go tutaj, gdzie chorzy ludzie czyszczą swoje biedne płuca cudownym górskim powietrzem, zabijającym swym tajemniczym składem owe tajemnicze maleńkie istoty, którym przecież niczym nie zawinili, i nie rozumieją ich zaciętej wrogości – prątki Kocha.
[…]
Kiedy Wojnicz przyjechał, wciąż mówiono o katastrofie lotniczej, niemożliwej do wyobrażenia, która zdarzyła się kilka dni wcześniej tu, na Śląsku. Był to dla panów powód, żeby pokłócić się przy stole o to, czy potrzebny jest ludzkości postęp techniki i czy ofiary, jakie on zbiera, to konieczna cena, jaką trzeba zapłacić (August), czy może działa tu ludzka hybris, która nieszczęśliwie wchodzi w alians z chaosem i kiedyś doprowadzi ludzkość do upadku (Lukas). Ludzie zawsze będą płacić za swoją ciekawość i chęć ulepszania świata, to jest wpisane w nasze przeznaczenie – twierdził Frommer – lecz postępowi musi towarzyszyć rozwój ludzkiego ducha. Tu pokazał gazetę, z której można się było dowiedzieć, że niejaki Roland Garros dokonał przelotu samolotem nad Morzem Śródziemnym. Albo że człowiekowi udało się wyskoczyć ze spadochronem z lecącego samolotu i bezpiecznie wylądować. Tego typu wiadomości budziły w Wojniczu niepokój, jakiś wewnętrzny świąd – oto tyle się dzieje gdzieś w świecie, a on tu siedzi zamknięty i chory. Traktował jednak swoje zamknięcie w Pensjonacie dla Panów w towarzystwie tych mężczyzn i ogólnie w dolinie Gorbersdorfu jako lekcję cierpliwości, która ma mu się potem przydać, gdy wróci do normalnego życia. Dyskusje toczone przy Schwärmerei między Lukasem, Augustem i - rzadziej – Frommerem (ten miewał momenty kompletnego stuporu i milczenia) mogły być dla niego bardzo pouczające. W końcu jego ojciec i stryj nigdy nie wyprawiali się intelektualnie tak daleko, co najwyżej omawiali bieżącą politykę i to, co o niej pisano w gazetach, a zwłaszcza wszystko, co dotyczyło spekulacji, kiedy następca tronu obejmie rządy i czy stary cesarz abdykuje, czy umrze. I zawsze interesowały ich zachowania Rosji, tego nieobliczalnego sąsiada, traktowanego nieufnie, z podejrzeniem o jakieś ukryte motywacje w każdym politycznym posunięciu. Polubił słuchać Augusta (o którym myślał zawsze „Herr August”), który, obok charakterystycznego dziobania powietrza złożonymi dłońmi, czasami, w chwilach podniecenia, robił gest, który przypominał teatralne rwanie włosów z głowy. Na twarzy Lukasa pojawiał się wtedy ironiczny uśmieszek politowania. Wojnicz zauważył jednak, że często nawet najbardziej gorące dyskusje kończyły się raczej niespodziewanie, bez żadnych konkluzji. Panowie nagle milkli, jakby zmęczyło ich samo mówienie; co najwyżej któryś próbował jeszcze rzec coś w rodzaju „Taaa, więc tak to wygląda...” albo „Tak że tak...”, co miało niby kończyć dysputę w miejsce podsumowania, po czym ich wzrok zapadał się do wewnątrz, jakby przypomniały się im jakieś ważne sprawy, zmartwienia spychane dotąd w głęboki cień.
[…]
Bo kaszel Augusta na przykład wcale nie pasował do jego mizernej postury, był potężny i głęboki. Dochodził jakby z tuby ciała, z najgłębszego miejsca, brzmiał barytonowo, jaskiniowo, wydawało się, że zostawia po sobie echo. Wojnicz zastanawiał się często, jak przystało na inżyniera, skąd w niedużych przecież płucach tego człowieka tak silny rezonans, jakby niewielkie, ale foremne ciało pana Augusta było niczym gitara, na której choroba wygrywa swoje akordy. Frommer z naprzeciwka kaszlał sucho, szczekliwie. Te dźwięki rozsypywały się po budynku kaskadowo, jakby ktoś rzucił na podłogę zerwane z szyi korale – najpierw wypełniały korytarz, a potem rozchodziły się klatką schodową w dół, do salonu i w górę, na poddasze. Przebijały się do pokoju Mieczysława krótkimi seriami tak sugestywnie, że mimowolnie czekał na następną turę. To był tak zwany suchy kaszel, podsuszany dodatkowo przez papierosy, pozbawiony soków, wszelkiej wilgotności, podobnie jak całe ciało Waltera Frommera. Zdawało się czasami Wojniczowi, że Frommer, poruszając się, szeleści, że pod schludnym czarnym niemodnym surdutem zwanym szlusrokiem ma pakuły zamiast mięśni. Zupełnie inaczej kaszlał biedny Thilo. Zza ściany jego pokoju dochodził odgłos bulgoczący, dźwięk gnijącej materii, odwiecznej fermentacji, jakby w retortach ciała chłopca gotowały się mokre miazmaty, jakby odzywała się jakaś pradawna materia o konsystencji błota, z którego miliony lat temu wyłaniało się życie. Thilo odkrztuszał ogromne ilości flegmy i Wojnicz, chcąc nie chcąc, kibicował mu przez ścianę, bo nie było to łatwe. Czasami Thilo próbował kilka razy pozbyć się zalegającej w jego chorych płucach wydzieliny i udawało mu się to, gdy traciło się już nadzieję. Wtedy do uszu Wojnicza dochodził dźwięk jakby darcia, pękania i potem chlupot, i zaraz stęknięcie pełne ulgi. W blaszanym koszu, który wynosił Rajmund sprzed drzwi pokoju Thila, żeby według zaleceń sanatoryjnych zmieszać jego zawartość z trocinami i spalić, Wojnicz kilka razy widział ligninę ze śladami krwi – to zestawienie bieli i czerwieni zawsze szokowało, było dla wzroku jak cios. Longina Lukasa słychać było nawet z przybudówki, bo dodawał zawsze do swojego kaszlu dźwięk taki, jakby musiał wykonywać ciężką pracę, jakby cierpiał z wysiłku. Ten dźwięk był dość wysoki, właściwie dyszkant, było w nim coś z niejasnej pretensji, tak że człowiek, słysząc go, mimowolnie czuł się winny.
[…]
Mój ojciec chciał, żebym był wojskowym – powiedział Wojnicz, przyglądając się pracy kolegi. Żartujesz! Zawsze mnie śmieszą mundury – odrzekł Thilo, patrząc na ruchy swojego pędzla, malującego sześciany i kule: był to ulubiony motyw jego „abstrakcji”. – I te epolety, ordery, cały system znaków, żeby przypomnieć, jak bohaterskich czynów dokonał ich nosiciel, jaki był ważny. Te rangi, hierarchie i w końcu niewygoda munduru, to zaprzeczenie ubrania, sztywne i niewygodne. A im brudniejsza wojna, tym mundur bardziej paradny. Ten cały sztafaż dotyczy nawet guzików. Godła państwowe na guzikach, wyobrażasz sobie? Jakby trochę przesunąć punkt widzenia, leciutko, od absurdu w stronę rozsądku – tu Thilo zaczął śmiesznie poruszać głową – to mundur jest kompletnie zadziwiającym przebraniem. Cóż takiego robią ci mężczyźni w mundurach? Zabijają. Czym się szczycą? Przemocą. Jesteś pacyfistą. Jestem. A ktoś o zdrowych zmysłach chciałby zabijania?
[…]
Okazałem się jednak chorowity i słaby. Ojciec był zapewne rozczarowany, co? A jakże. Wtedy w jego głowie ukuł się inny plan. Że skoro nie można do armii, nawet fantomowej, to niechże jego syn stawi się do innej służby. Sam wybrał mi studia. Miałem odtąd studiować dla Ojczyzny, żeby podnieść jej stan cywilizacyjny na wyższy poziom, bo obecny to zacofanie i prymitywizm. Mawiał, że dopóki nie zrobi się porządku, nie unowocześni miast i nie ucywilizuje wsi, nie wytępi ciemnoty i analfabetyzmu, dopóty nie da się zbudować zdrowego społeczeństwa. Miał rację. Więc zacząłem studiować w Dreźnie to, co chciał. Podobało ci się? – Thilo spojrzał teraz na niego uważnie i jak się wydało Wojniczowi, ze współczuciem. Czułem się tam zagubiony. Takie miasto jak Drezno nie sprzyja studiom technicznym. Lepiej by było studiować sztukę, jak ty, ale sam wiesz, obywatelom nieistniejących państw nie wypada zajmować się czymś tak ulotnym.
[…]
Gdyby Polacy zajęli się pszczelarstwem, mogliby się stać wielką potęgą gospodarczą, miód jest bowiem bardzo cennym surowcem, nie tylko nadającym się bezpośrednio do spożycia, ale też służącym do produkcji innych artykułów spożywczych, kosmetyków i leków; z uli pozyskuje się też naturalny wosk. Pożytki płynące z pszczelarstwa były rzeczą, co do której zgadzali się z ojcem po raz pierwszy w życiu. Propagowanie pszczelarstwa. Apioterapia. Produkowanie miodowej nalewki. Maść z wosku pszczelego na reumatyzm. A January Wojnicz dodawał jeszcze, że najlepiej by było, gdyby Polacy nie tyle stali się pszczelarzami, ile samymi pszczołami. Pszczoły – jakież to cudowne społeczeństwo, jaka harmonia i współodpowiedzialność. Tego instynktu Polakom brakuje i dlatego dali się rozszarpać na trzy części, teraz zaś tkwią w niewoli jak muchy w bursztynie, z rozdziawioną gębą, zamarły lud. Gdyby tak mieli królową i gdyby ona ustanowiła na wieki porządek, w którym skrzętność i pracowitość stanowiłyby największe cnoty! I było jeszcze coś, czego Mieczysław oczywiście nigdy przy ojcu nie ośmieliłby się powiedzieć, ten bowiem był zawsze poważny, gdy mówiono o Polsce, o Polakach, twarz mu wtedy marsowiała, czoło się marszczyło w zmartwieniu i trosce. Ale młody Wojnicz uważał, że potrzeba im wszystkim słodyczy, rozkosznej przyjemności, tej „apetyczności”, która rozlewa się w ustach i która smakuje ziołami, kwiatami i słońcem. Jeśli nie brakowałoby mu śmiałości, mógłby powiedzieć ojcu: gdyby Polacy jedli więcej miodu, odmieniłoby to cały kraj.
[…]
Może to pana zainteresuje, co powiem. To matki – kontynuował – zarażają dziecko nadmierną emocjonalnością, co sprzyja potem wielu chorobom i słabości ducha, a przede wszystkim wewnętrznemu zniewieścieniu. Zmienna i zawsze niestała kobieta nie potrafią wykształcić u dziecka świadomości, że świat jest naszym wyzwaniem, że jego prawa są twarde, a jego porządek wymaga od nas solidnej postawy, mocnego stania na nogach i nieulegania jakimś majaczeniom. Mówi pan, jak mógłby mówić mój ojciec, gdyby tylko... – zawahał się, a Semperweis nadstawił ucha. Gdyby co? – zapytał z zaciekawieniem. Gdyby w ogóle mówił o mojej matce. A nie mówi? Pan ma zapewne bliski kontakt z matką, stąd taka pańska, jak by tu rzec, delikatność. W kilku zdaniach Wojnicz opowiedział swoją rodzinną historię. No cóż, przykre, że umarła – stwierdził doktor – co wcale nie znaczy, że nie jest winna. Zostawiła pana, kiedy najbardziej jej pan potrzebował! Ale powiem panu, drogi panie Wojnicz, że i ja zostałem wychowany praktycznie bez kobiet. To znaczy bez innych kobiet, bo z matką jestem bardzo blisko. Będzie miała teraz niedługo osiemdziesiąte urodziny. Ale ona jest absolutnie specjalną kobietą. Tak, tak... Czasami myślę... – tu doktor Semperweis zawahał się i postanowił zmienić temat. Człowiek może sam siebie poznać właśnie dzięki psychoanalizie, tej nowej nauce. Psychologia nieświadomości jest dziś jedyną drogą do uzyskania prawdziwych odpowiedzi na prawdziwe pytania. Czy pan analizuje swoje sny? Wojnicz zamrugał zaskoczony. Niewiele mi się śni. A tutaj już zupełnie nic, bo całą noc gołębie gruchają na poddaszu. Gdyby się panu śniły jakaś woda, jakieś żaby, mokre i, o, na przykład jaskinie, to mogłoby znaczyć, że ma pan kompleks własnej nieobecnej matki... Wojnicz przypomniał sobie żabę siedzącą na stercie kartofli. Otrząsnął się niezauważalnie. Należałoby wtedy wzmocnić swoją męskość, przeciwstawić się tej rozmiękczającej energii. Tego panu potrzeba, Wojnicz! Musi pan zabić w sobie swoją matkę, która pana opuściła... Ona umarła, nie muszę jej zabijać – poprawił go Wojnicz. Nawet jeżeli tak było, to pana opuściła, i to właśnie odbiera panu siłę. Żeby sobie nadrobić jej brak, utożsamia się pan z nią niebezpiecznie, stąd ta pańska zniewieściałość, ta miękkość.
[…]
Patrzcie, tam – powiedział nagle Rajmund dziwnym, jakby ochrypłym głosem i zarechotał. Tam leży. Ale duża. Wojnicz nie od razu zrozumiał, co ma przed sobą i dopiero po chwili dopatrzył się w niewielkim wzniesieniu na poszyciu leśnym niepokojącego, dziwnie znajomego kształtu. Podeszli obaj bliżej - Rajmund cały czas chichotał - i wtedy Mieczysław upewnił się, że to kształt ludzki. Przeszedł go nieprzyjemny dreszcz, poczuł alert, taki jak wtedy, gdy dostrzega się bliźniego w niebezpieczeństwie. Była to jednak kukła utworzona z mchu, patyków, zeschłych igieł, próchna obrośniętego delikatną koronką grzybni. Głowa, całkiem zgrabnie wysklepiona, miała twarz z huby, w którą wbito szyszki jako oczy, a w jej miękkim materiale wywiercono otwór ust. Cienkie witki naśladowały długie włosy rozsypane wokół. Postać miała rozrzucone na bok ręce i nogi, a między nogami – to od razu przyciągało uwagę każdego patrzącego – znajdowała się ciemna, wąska dziurka, tunel w głąb tego organicznego leśnego ciała. Były też piersi z kamieni z namalowanymi na nich jakimś sokiem sutkami i szerokie biodra. Brzuch złożono z miękkiego mchu. Wojnicz całym sobą poczuł jakieś wewnętrzne poruszenie, ogarnęło go mocne wrażenie odrealnienia, które sięgnęło mu do gardła, tak że musiał kilka razy przełknąć ślinę, choć jeszcze nie wiedział, na co patrzy. Rajmund zaśmiał się ochryple, a obaj mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Wojnicz patrzył zafascynowany na tę śródleśną anomalię, na przekroczenie zwykłego porządku rzeczy. Komuś zajęło sporo czasu ułożenie tego kształtu, ni to ludzkiego, ni to roślinnego. Musiał go długo obmyślać i przygotować zawczasu materiały. Kamienie na piersi skądś przyniesiono, były to otoczaki, więc pochodziły ze strumienia gdzieś na dole.
[…]
Wojnicz starał się unikać wszelkich spotkań z rodakami. Po pierwsze, uważał, że lepiej jest ćwiczyć niemiecki, niż marnować energię na swojskie pogaduchy. Po drugie, Polacy go drażnili. Drażniła go ta ich stadność, bo ciągle się do siebie garnęli, sklejali się w towarzyskiego gluta, który przemieszczał się w tę i we w tę po deptaku, zajęty sobą, pozornie pewny siebie, ale w gruncie rzeczy pełen kompleksów i wstydliwego poczucia niedopasowania. Tworzyli ruchomy pępek świata, zajęty tylko sobą, ślepy na wszystko, co wokół. Czasem, gdy go mijali, zawsze w grupie, dopadały go słowa, które wprawiały go w zakłopotanie, mimo że przecież były niewinne: „aczkolwiek”, „całuję rączki”, „pan wybaczy”. Sprowadzały go z powrotem do Lwowa, choć uciekł tak daleko i był już prawie wolny. Drażniła go starannie ukrywana niepewność Polaków, maskowana na wszelkie sposoby, gotowa raczej zamienić się w brawurę niż dać się odsłonić. Najczęściej widywał trzech mężczyzn zawsze chodzących razem, w podobnym wieku, ubranych nieco niedbale, choć dobrze. Akcent ich świadczył, że mogli być z Warszawy. Najstarszy, z lekka korpulentny i łysawy pan w okularach, wyglądał na nauczyciela i tak sobie o nim myślał Wojnicz. Drugi, nieco starszy od Mieczysława, wychudzony i kasłający – ten mógłby być każdym: studentem, urzędnikiem, rezydentem w jakimś dworku przy bogatej rodzinie... I wreszcie trzeci, brodaty, nieduży człowiek, który wspierał się na lasce, a drugą ręką zawsze gwałtownie gestykulował. Czasem dołączały do nich dwie panie, obie w brzydkich żakietach nieokreślonego koloru – wtedy towarzystwo stawało się hałaśliwe, a nawet zaczepne. Jedna z kobiet śmiała się perliście, czym zwracała uwagę wszystkich spacerujących. Bywało, że towarzyszyło im starsze małżeństwo, dobrze ubrane i pełne godności, której widomym znakiem był złoty monokl u obojga małżonków, umieszczony symetrycznie na lewym oku u jednego i prawym u drugiego, jakby używali go na znak swojej wieczystej małżeńskiej więzi zamiast obrączki.
[…]
Nic więc dziwnego, że gdy tylko Wojnicz zauważył, iż się zbliżają i ich drogi mogłyby się przeciąć, skręcał w bok, na najbliższy mostek, i szedł za strumień, w stronę lasu, albo przeciwnie, w drugą stronę, do górnej wsi, albo nawet ryzykował wejście do cukierni czy na pocztę, aby tylko ukryć się przed nimi. Było to najpoważniejsze zagrożenie w czasie jego spacerów. Czego się bał nasz Mieczysław, że przed nimi tak umykał? Że zedrą z niego ów starannie budowany wizerunek człowieka, który jest z sobą za pan brat, który dobrze się z sobą czuje i jest pewny swego? Że sprowadzą go z powrotem do Lwowa, przed oblicze wszystkich tamtejszych prześladowców – w szkole, na ulicy, w gabinetach lekarskich, we własnym domu? Tych wszystkich lekarzy, którzy cmokają nad nim z troską? Że zaciągną go do tych niskich, gorących kuchni, gdzie ciągle gotuje się czernina? Do piwnic, gdzie na stertach kiełkujących w ciemności ziemniaków siedzą ropuchy, a przez okna widać stukające oficerki jego stryja – raz, raz, marszowy krok i jego ręka, która zaciska się na ramieniu małego Mieczysia? Wolał należeć do tego świata, który go jeszcze nie zna i wobec którego ma czas się określić. Wolał ryzykować, że ten świat kiedyś także go rozczaruje i będzie musiał znowu gdzieś uciec, pojechać w jeszcze inne, bardziej oddalone miejsce, aby nie wpaść w ramiona tego dobrze znanego, beznadziejnego stanu, w którym jest się tylko kłopotem dla samego siebie i innych. Prawie już to sobie uświadamiał – że choroba przydarzyła mu się w bardzo dogodnym momencie jego krótkiego młodego życia, dając mu szansę na przeformułowanie siebie, i że powinien być właściwie szczęśliwy, iż się tu znalazł, w tym maleńkim śląskim uzdrowisku, zbudowanym nad wodami podziemnego jeziora.
[…]
Nie ma piękniejszego, bardziej oszałamiającego lasu niż bukowy. O tej porze roku liście były już ciemnoczerwone i rozpościerały nad głową Wojnicza purpurowe sklepienie oddzielające go od szarości jesiennego nieba. Czyste, srebrne pnie drzewa podpierały ten ogrom, tworząc nawy i kaplice. Światło wpadało tu pokolorowane witrażami w koronach drzew, w których każdy liść był szkiełkiem grającym ze światłem według swoich reguł. Wojnicz szedł główną nawą w kierunku jakiegoś ołtarza w oddali, jeszcze niewidocznego, ale przecież wszystko go zapowiadało. Był to wszak kościół pełen labiryntów, bocznych naw, krypt pod kamieniami, tabernakulów ukrytych w dziuplach drzew, zadziwiających ołtarzy, które tworzyły się tymczasowo na omszałych pniach przewróconych buków. Ten kościół nie był wcale oczywisty, tak jak oczywiste bywają ludzkie kościoły, lecz przecież i tutaj dokonywała się nieustająca przemiana: wody w życie, światła w materię. Wszystko tu szeleściło, nabrzmiewało, wzbierało, rosiło się i mnożyło, pączkowało i kląskało. Zielonkawy mech i szare porosty sprawiały wrażenie, że las wyścielono kobiercami – welwetem, baranim futrem, wełnianym filcem, miękką flanelą. Dlaczegóż tu wcześniej nie przychodził?
[…]
Wojnicz cofnął się ostrożnie, patrząc pod stopy, przerażony, że mógłby nadepnąć na coś ż y w e g o. Patrzył z mieszaniną grozy i fascynacji na kukłę starannie zrobioną z tego, co miało się pod ręką w lesie – kamieni i mchu, gałęzi, kory, grzybów, liści, gliniastej ziemi. Słyszał tylko swój przyspieszony oddech, bo wydawało mu się, że las umilkł i patrzy na to spotkanie człowieka z czymś nieludzkim, ale odważnie ludzkie imitującym. Tak, wszystko mu się przyglądało. Czuł wręcz, jak jakiś ultrawzrok przenikał pod materiał filcowej kurtki, pod dziergany ręcznie sweter, koszulę z lnu, bawełniany podkoszulek... Było to bardzo nieprzyjemne, porównywalne do tego momentu, gdy jego ciało egzaminował doktor Semperweis. Cofnął się o krok, gotowy wracać natychmiast do wsi. Lecz przecież jeszcze się nie napatrzył na ów niby-twór natury. Wiadomo – była to sprawka tych węglarzy o usmarowanych twarzach. Wojnicz mimo woli wyobraził sobie, jak spółkują z Puppe, ujrzał w wyobraźni gwałtowność męskiego pożądania, jego niecierpliwość i przemożność. Widział coś podobnego tylko raz, na wsi, w stodole – poruszające się równomiernie pośladki chłopaka ze wsi, bezimiennego, który swoim ciałem przykrywał ich służącą, dojącą u nich krowy. Była to jakaś niejasna zapowiedź przemocy i krwi. Czuł idącą ze środka brzucha gorącą falę strachu, która wkrótce ogarnęła go całego, aż po czubki uszu. Potem wydało mu się, że kształt z leśnego poszycia stęknął i poruszyło się biodro, jakby spod ziemi wypychała je ku górze jakaś siła. Wytrzeszczył oczy, ale złudzenie prysło.
[…]
Oglądali reprodukcje i ryciny. Thilo mówił o swoim przyjacielu, Gyorgyu, za którym tęsknił – tak powiedział: „Tęsknię za nim bardzo”. Pozbawiony praktycznie kontaktu ze swoją rodziną, musiał radzić sobie sam i korzystać z pomocy innych. Gyorgy zadbał też o to, żeby Thilo mógł mieć tutaj swoje albumy i reprodukcje. Bo Thilo pracował nad swoimi tezami doktorskimi o znaczeniu pejzażu w sztuce. Ze szczególnym uwzględnieniem flamandzkiego malarza Herri met de Blesa. Praca była wymagająca i trudna, bo obrazy Blesa były rozproszone po drobnych kolekcjach, a jego autorstwo w wielu przypadkach niepewne. My rzadko dostrzegamy, jaki namalowany pejzaż jest naprawdę. Nastawiamy ostrość naszych oczu na horyzont i oglądamy widoczek. Widzimy wtedy linie pagórków i wzgórz, lasy, drzewa, dachy domów i ciągi dróg, a ponieważ wiemy, czym są, i znamy ich nazwy, widzimy wszystko w takich kategoriach, wszystko osobno. O, mówimy: droga wije się przez dolinę. Albo: las rośnie na stoku. O, nagie szczyty gór. Tak widzimy. Spojrzał na Wojnicza roziskrzonym wzrokiem. Ale powiem ci, że jest jeszcze inny rodzaj patrzenia, ogólny, totalny, pełny, absolutny, ja nazywam to p a t r z e n i e m p r z e z i e r n y m. Powtórzył to słowo dwa razy, jakby chciał, żeby Wojnicz wbił je sobie do głowy na zawsze. Ono przekracza szczegół, wiedzie, jakby powiedział pan August, do fundamentów danego widoku, do podstawowej idei, z pominięciem detali, które wiecznie rozpraszają umysł i wzrok człowieka. Gdyby tak patrzeć - zmrużył oczy, a nawet, jak wydawało się Wojniczowi, zrobił lekkiego zeza – i jeszcze przestawić się tu, tu – puknął się w głowę – ujrzałoby się coś zupełnie innego.
[…]
Obraz przedstawiał ofiarę Abrahama i to wszystko, co przeciętny człowiek wychowany w religii chrześcijańskiej wiedział o tych wydarzeniach z dalekiej mitycznej przeszłości. Oto Bóg na próbę zażądał od swojego wiernego sługi, żeby ten poświęcił mu ukochanego syna. W tym celu Abraham udał się z Izaakiem na pustkowie, w miejsce, gdzie składano ofiary i tam zamierzał nożem pozbawić życia syna. Bóg poczuł się tak bardzo usatysfakcjonowany posłuszeństwem człowieka, że w ostatniej chwili zatrzymał z pomocą swojego anioła i dłoń, i nóż. Obraz, który odsłonił mu teraz Thilo, chwytał moment najbardziej dramatyczny – nóż wiedziony ręką ojca i siłami grawitacji już kieruje się na kark chłopca. Dziecko, zupełnie tego nieświadome, czeka z pokorą na to, co się wydarzy. Anioł, wisząc w powietrzu, z całą swoją anielską siłą stara się zatrzymać rękę ojca. Po pozycji ciała widać, że nie jest to łatwe, bo dłoń Abrahama już nabrała rozpędu i nóż zaraz uderzy z ogromnym impetem w delikatny kark dziecka. Wiele by się można dowiedzieć, spoglądając na twarz anioła, ale ta była schowana za złotymi anielskimi włosami, w jakimś nieoczekiwanym na twarzy niebiańskiej istoty cieniu, można nawet sądzić, że to twarz jakiegoś brodacza, choć przecież anioły nie mają płci, a tym bardziej brody! Za plecami ojca zionęła dziura w zieleni, ta ciemna plama przyciągnęła wzrok Wojnicza, coś się tam działo, coś błyskało, coś się mieniło, patrzyły stamtąd jakieś oczy. Przysunął obraz jeszcze bliżej oczu, zmęczonych, ale skupionych tak, że aż załzawionych od wysiłku – widok lekko się rozmazał, a pejzaż zamienił się w plamy ochry i zieleni, brązu i rozwodnionej szarości. Obraz przekształcił się w to, z czego w swej istocie się składał – plamy i smugi, pociągnięcia pędzla, jakieś drobinki, które formowały się w zgrupowania kształtów niejasnych i nieprecyzyjnych. I gdy uwaga patrzącego została już na dobre uśpiona, wtedy z obrazu wyłonił się nowy widok, dawne kontury uformowały się w coś zupełnie innego, czego przedtem z pozoru tam nie było, ale co przecież musiało być, skoro to teraz widział. Wojnicz krzyknął przestraszony i odwrócił wzrok ku Thilowi. Ten patrzył na niego z satysfakcją.
[…]
Zresztą taka jest prawda – kontynuował Thilo. Abraham zabił swojego pierworodnego syna, bo tego chciał od niego Bóg. W Biblii to jest jasne. Jest napisane, że Abraham sam wracał do domu z góry Moria. Tylko ze służącym, nie ma tam nic o Izaaku. On zabił Izaaka. A ten, który pojawia się potem w Biblii, jest kimś innym, podstawionym. Bóg urzęduje na Górze Morderców. Wciąż bierze zakładników i chętnie przyjmuje ludzkie ofiary. Nam się wydaje, że ofiara jest czymś strasznym i barbarzyńskim, ale to my tak myślimy, współcześni. Ludzie kiedyś potrzebowali ofiary, żeby mieć poczucie własnej sprawczości wobec Boga. Nadal zresztą potrzebują ofiary, więc nieustannie poszukują okazji i uzasadnień, żeby taką ofiarę złożyć. Złożenie ofiary jest przecież wyrazem własnej siły i władzy nad światem. Dzielisz się światem z Bogiem, dajesz mu uszczknąć świata, a tym samym podważasz Bożą wielkość i siłę. Po co Bogu ofiary, skoro sam może sobie wziąć, co chce? Po co ma coś dostawać, skoro on wszystko posiada? A potem zrobiło się jeszcze dziwniej, bo Thilo twierdził, że pejzaż jest w stanie zabić człowieka. Że ma ogromną siłę, bo stanowi koncentrację różnych energii, jest kulminacją geometrii. I tak się dzieje tu, w Gorbersdorfie, że raz w roku pejzaż bierze swoją ofiarę i zabija człowieka. Że to jest wielki błąd, iż wszyscy się tutaj znaleźli, bo w ten sposób stali się potencjalnymi ofiarami tego miejsca. I ciągle są obserwowani przez tutejszy pejzaż.
[…]
Ja raczej traktuję geometrię jako projekt poznawczy, czyli rozważania nad taką wizją świata, która byłaby jego rekonstrukcją na podstawie wszystkich punktów, z jakich świat może być widziany. Wyobraża pan to sobie? To raczej coś mistycznego – powiedział Wojnicz nieśmiało, nie będąc pewny czy takie postawienie sprawy nie obrazi tego surowego mężczyzny. Ale Frommerowi jakby schlebiła ta analogia. Nasze zmysły narzucają nam pewien rodzaj wiedzy o świecie. Są przecież ograniczone. A co, jeżeli świat wokół nas jest zupełnie inny niż próbują nas o tym przekonać nasze niedoskonałe zmysły? Myślał pan o tym?
[…]
Pan jest tu dłużej. Słyszał pan o tej strasznej śmierci w lesie w zeszłym roku? Podobno znaleziono ciało rozszarpane na kawałki. Pociągła twarz Frommera napięła się wyraźnie. To już pan wie. To prawda? – zaniepokoił się Wojnicz. Prawdę mówiąc, zaczął ten temat, by rozluźnić atmosferę i poplotkować. Przecież myślał, że to gorączkowe rojenia biednego Thila. Nie wiem, czy mogę o tym z panem mówić. Nie jestem pewien, jak pan przyjmie to, co powiem. Wychowano mnie w duchu racjonalnym. Że zawsze jest wytłumaczenie nawet najdziwniejszych rzeczy. Frommer rozejrzał się wokół, a potem nagle odezwał się całkiem dobrą polszczyzną: Są rzeczy, których jeszcze nie poznaliśmy. Trudno o nich powiedzieć cokolwiek, a tym bardziej że nie są racjonalne. Skoro istnieją, to muszą jakoś m i e ś c i ć w ratio świata – powiedział bez „się”, jak to często mówią Niemcy, i zamilkł. Wojnicz nie przestawał patrzeć nań z podniesionymi ze zdziwienia brwiami, kompletnie zaskoczony.
[…]
Ale słyszał pan o czwartym wymiarze? – zapytał szybko Frommer, nalewając Augustowi hojnie i nie czekając na odpowiedź, mówił: My żyjemy w trzech wymiarach: długość, szerokość i głębokość. Widać było, że ten breslauerski teozof przygotowuje się do dłuższej przemowy. Ale można sobie łatwo wyobrazić istoty zwane płaszczakami, które żyją w jakiejś Flatlandii, jakby na kartce papieru, dwuwymiarowej, gdzie nie ma głębi. Widzi pan to? Niechże pan uruchomi wyobraźnię. One nie mają o nas, istotach trójwymiarowych, żadnego pojęcia. Jawimy im się tylko wtedy, gdy przecinamy ich dwuwymiarowy świat kartki papieru, a i wtedy widzą nas tylko w przekroju. Wie pan, o czym mówię? Nie widzą całej naszej postaci, ale tylko to, co niejako przecina płaszczyznę tej płaskiej krainy. Lepiej weźmy jakąś figurę trójwymiarową, jak sześcian. Kiedy będzie przecinał płaszczyznę dwuwymiarową, najlepiej niech pan sobie wyobrazi po prostu kartkę papieru, płaszczak zobaczy najpierw jeden punkt, który zacznie się zmieniać w rosnący równoległobok, a w którymś momencie zacznie się z kolei zmniejszać znowu aż do znikającego punktu. Gdyby pan, drogi młodzieńcze, wskoczył na główkę do Flatlandii, płaszczaki najpierw zobaczą nieregularny okrągły krąg obwodu pana głowy, potem jeszcze bardziej nieregularny wydłużony kształt barków, piersi i bioder, a potem to już tylko dwie plamy pańskich nóg. Nikt się nie domyśli, jak pan naprawdę wygląda.
[…]
Chodzi mi o to, że to my możemy być takimi upośledzonymi mieszkańcami świata, który analogicznie składa się z trzech wymiarów, i nie będziemy mieli pojęcia o tym, jak wygląda świat czterowymiarowy. Rozumie pan? Nie mamy narzędzi ani zmysłów, żeby poznać świat z jeszcze jednym dodatkowym wymiarem. A może i piątym, i siódmym, i dwudziestym szóstym. Nasz umysł tego nie pojmuje. Była to bardzo dziwna przemowa, bo jej temat pojawił się znikąd i nikt specjalnie nie był nią zainteresowany. Wojnicz próbował przerwać mówcy, ale Frommer był dziwnie podniecony i nie pozwalał sobie odebrać głosu. August z kolei popijał trunek z przymkniętymi oczami, siedząc w fotelu, jakby wykład Frommera wcale go nie obchodził. Wie pan o wstędze Mobiusa [dziś będąca symbolem recyclingu – przyp. aut.], prawda? To z topologii... Słyszał pan? Słynna wstęga jest płaską taśmą sklejoną dwoma końcami, które przedtem zostały względem siebie skręcone o sto osiemdziesiąt stopni. Płaszczaki, mieszkając na jej powierzchni, żyją de facto w świecie dwuwymiarowym, choć nie zdają sobie z tego sprawy i uważają, że ich świat nie ma kresu. A co, jeżeli ludzie, jak my tutaj, też są zamknięci w swoich trzech wymiarach, zupełnie nieświadomi prawdziwej rzeczywistości, która rozgrywa się w czterech wymiarach?
[…]
Przedstaw pan sobie teraz cylinder, taki jak tutka od papierosa. Oto skleja pan ze sobą końce, ale przedtem znowu okręca je pan przez czwarty wymiar. Powstanie dziwna figura podobna trochę do trąby, a trochę do grzyba. Potrafi pan sobie coś takiego wyobrazić? Wojnicz nie był pewny. Torus [dwuwymiarowa powierzchnia obrotowa zanurzalna w przestrzeni trójwymiarowej – przyp. aut.] – powiedział nagle pan August, jakby odnalazł w swojej przepastnej pamięci jakiś dawno zagubiony skarb. Ucieszyło to Frommera. Wygląda na to, że humaniści znają się na rzeczy – pochwalił go i zwrócił się ponownie do Wojnicza: Nasz świat może być tylko cieniem rzucanym przez zjawiska czterowymiarowe na ekrany naszych zmysłów.
[…]
Tak dzisiaj myśli sztuka – zaczął Thilo – że przedstawiany przedmiot jest tylko projekcją naszego umysłu, tym, co w i e m y o przedmiocie, nie mamy natomiast dostępu do tego, jak naprawdę on wygląda ani czym jest... Czyli nawet tradycyjna przedstawieniowa sztuka raczej tworzy przedmioty, niż oddaje ich prawdę w rzeczywistości. Tym samym zamyka nasz umysł, zamiast go otwierać. Słusznie, młodzieńcze – ożywił się pan August. Czyli nasze uzgodnione projekcje paraliżują nasze poznanie. Ale już sztuka nowoczesna, postępowa, rodem z dwudziestego wieku, ma o wiele większe ambicje. Chce wyjść poza te ograniczenia, dokonać rewolucji w postrzeganiu, pragnie ujrzeć rzeczy na nowo, jednocześnie z wielu punktów widzenia, nawet tych z pozoru niemożliwych. Kubizm, futuryzm. Te prądy nie dochodzą do takich dziur jak ta.
[…]
Tylko Lukas skomentował tę żarliwą przemowę, i to dość ironicznie. To, co niegdyś nazywano postępem, dzisiaj nazywa się dekadencją – powiedział. A potem zaczął swoje: Że musimy mieć jakąś ostoję w tym, co przetrwa tysiące lat – w wierze. Bez wiary jesteśmy jak zwierzęta. Jak bestie (zawsze przy słowie „bestie” Lukas gwałtownie poruszał głową i jego policzki trzęsły się, przez co przypominał zagniewanego gryzonia). Tylko chrześcijaństwo chroni nas przed rzuceniem się sobie do gardeł. Nawet niewierzący, mówił, powinni zrobić pewien wysiłek umysłowy i przynajmniej udawać, że wierzą. Nie siać ateistycznego czy deistycznego fermentu. Człowiek jest istotą z gruntu złą i nieobyczajną. Jest zbudowany z instynktów, amoralny z natury. Chrześcijaństwo uczyniło nas ludźmi i gdy tylko znikną jego normy, zostaniemy z niczym, będzie rządził czysty nihilizm. Mówiąc to wszystko, pomrukiwał z satysfakcją, jakby cieszyła go ta apokaliptyczna wizja. To już się dzieje. Koniec nadchodzi! – wieszczył. I tutaj zabrał głos August, składając przy tym dłonie jak do modlitwy: W jakimś sensie się z panem zgadzam. Uratuje nas wiara w ciągłość kultury, w mit, który jest platformą porozumienia. Ten mit to także chrześcijaństwo, ale oczywiście nie tylko! Krąg cywilizacji Zachodu to coś więcej, drogi panie, to przełamanie egoizmu człowieka i przyznanie, że człowiek jest z gruntu dobry, tylko psuje go świat. Gdyby każdy człowiek dostał szansę na godziwe życie, niepotrzebne byłyby ani policja, ani wojsko. Religię zaś należy traktować tak, jak traktuje się mitologię jako zbiór pouczających opowieści, które pomagają żyć.
[…]
August opowiadał, że rodzina przeniosła się z Braszowa do Wiednia i on, mały August (trudno sobie było wyobrazić Augusta jako dziecko!), poszedł do Theresianum, najlepszego gimnazjum, które zaraziło go na zawsze miłością do starożytności, odsłoniło przed nim te szlachetne światy istniejące gdzieś tu i teraz, ale w innym, lepszym wymiarze, nieustannie wywierające na nas wpływ, choć o tym nie wiemy. Zamyślili się przez chwilę nad istnieniem owych światów nawet tutaj, w tym wilgotnym pensjonacie na Śląsku. Wie pan, Pauzaniasz mówi w Sympozjonie Platona, że są dwie Afrodyty: jedna to ta niebiańska, które matki nie ma, a jej ojcem jest samo Niebo, druga to wszeteczna córka Zeusa i Dione. Kobietą jest i ma żeński pierwiastek tylko ta Afrodyta wszeteczna. Pierwsza, niebiańska, nie ma w sobie nic z kobiety i w swej istocie jest najbardziej męska z mężczyzn, a na dodatek jest miłością najdoskonalszą, mianowicie czyniącą swoim obiektem chłopców... Zamilkł z pełnym oczekiwania uśmiechem, ale po chwili dodał pospiesznie: Nie ja to mówię, tylko Platon. Kiedy jednak Wojnicz nie zareagował na to objawienie, August rzekł: Cywilizacja grecka to uniwersum człowieka wyzwolonego z natury, ze swoich najgorszych instynktów, to, to... - szukał słowa, a potem z oczu pociekły mu łzy.
[…]
Wojnicza zawsze dziwiło, że po wypiciu pewnej ilości tego dziwnie smacznego alkoholu najpierw wszyscy byli bardzo rozgadani, ale potem? Im więcej się go piło, tym bardziej skracały się zdania i tym więcej z nich pozostawało niedokończonych, jakby jakaś siła urywała im końcówki, przez co słowa stawały się niezrozumiałe. Człowieka ogarniało coś w rodzaju stuporu [inaczej: osłupienie – przyp. aut.], jakby wyszedł na najrozleglejsze hale swojego umysłu, skąd widok jest nieprawdopodobny. Wraz z tym zanikała potrzeba słów. Sam Mieczysław miał często wrażenie, że wtedy wszyscy rozumieją się doskonale, że wystarczy porozumiewawcze spojrzenie i wszystko staje się oczywiste. Dochodziło nawet do takich sytuacji, że panowie milkli i tylko patrzyli na siebie, jakby żywa do tej pory dyskusja przeniosła się do jakiegoś zbiorowego ich wnętrza. Ale zdarzało się to tylko po wypiciu większej ilości trunku, powiedzmy, trzeciej butelki, co zresztą wcale nie było takie rzadkie. Wtedy, patrząc na siebie, wzdychali porozumiewawczo i jedynie pan August składał dłonie w modlitewny dziób, jakby chciał im wszystkim o czymś przypomnieć, a oni przez chwilę z trudem koncentrowali się na tym znaku połączonych dłoni, w totalnym bezsłownym przekonaniu, że istnieje w kosmosie coś ważnego, o czym w żadnej chwili nie można zapomnieć, że jest jakiś punkt oparcia wskazywany przez pana Augusta, a ten punkt, w rozciągłości czasu, zamienia się w oś, oś nieskończoną, do bólu wertykalną, i wokół tej osi kręci się karuzela z nimi wszystkimi, szybującymi pod niebo na osobnych krzesełkach. Zdarza się, niestety, że ktoś zerwie się z łańcuchów – wtedy leci samotnie w powietrzu, po czym znika w srebrnej poświacie ziemi. Wydawało mu się też, że Schwärmerei niosła ze sobą także efekty wizualne. Gdy kładł się po trunkowaniu (a obiecywał sobie, że nie będzie pić tyle tej diabelskiej nalewki!), widział pod powiekami rozbłyski albo figury zbudowane jakby z małych luster, które odbijały wszystko wokół z różnych kątów i jeszcze siebie wzajemnie, wprawiając wzrok w prawdziwie męczące opętanie. Jakiś świat szturmował jego ciało, chciał się dostać do jego mózgu, wysyłając najpierw światełka i iluzje.
[…]
Demokracja, mój drogi przyjacielu, lepiej się miewa w systemach politeistycznych – mówił pan August. A to, dlaczego? Nie rozumiem związku. A dlatego, że politeizm przygotowuje nasz umysł do tego, by na świat patrzeć jako na zróżnicowany, pełen różnych energii, które koegzystują ze sobą. Monoteizm odpowiada bardziej feudalizmowi z powodu swojej hierarchicznej struktury bytów nadrzędnych i podrzędnych. Lukas pokiwał z uznaniem głową: Ciekawa myśl, nie da się jej jednak udowodnić. Chyba że sięgniemy do starożytnej Grecji, tam to działało. Augustowi zależało, żeby przeciągnąć przeciwnika na swoje terytorium. Tam był niezwyciężony. Lecz Lukas nie był w ciemię bity. Ja, drogi panie, uważam, że demokracja jest systemem pozornym, zawsze stanowi pewien teatr, a w swojej istocie dąży do wyłonienia silnego przywódcy, który będzie parł do zbudowania jedynowładztwa. Jednostki wybitne i utalentowane zawsze się będą na szczęście rodzić i nie znajdą sobie miejsca w demokracji, co najwyżej wykorzystają jej mechanizmy, by przejąć lwią część władzy i demokratyczną zbiorowość sobie podporządkować. Tak to funkcjonuje, takie jest prawo rozwoju społeczeństw. Demokracja jest więc układem przejściowym, niestałym z natury. Nasz świat jest światem hierarchicznym, takim został ustanowiony przez Boga. Nic nie jest jaśniejszym potwierdzeniem tej hierarchii niż zapis w Genesis.
[…]
Zróbcie eksperyment i kiedy będziecie mieli po temu okazję, wspomnijcie przy kobiecie nazwisko jakiegoś ważnego dla was pisarza, pytając, co o tym twórcy sądzi. Im bardziej wy kogoś cenicie, tym mniej cenić go będą kobiety, a to dlatego, że kobiety poszukują w literaturze pretekstu do rozgrzania swoich afektów, daleko im jednak do posługiwania się ideami. Kobiety mają skłonność do literatury, która niebezpiecznie kręci się wokół spraw międzyludzkich, a najpewniej męsko-damskich – tu przez twarz przemknął mu ćwierćuśmiech, a nawet jedna ósma uśmiechu, z uniesieniem jednego kącika ust, co mogło przypominać jakiś tik nerwowy – skupionych na wymianie uczuciowej i cielesnej. Zawsze bardzo szczegółowo, w detalach opisują sukienki i wzorki tapet. Mają ciągoty do niższych klas i litują się nad zwierzętami. Często ulegają pociągowi do wszelakich niesamowitości: duchów, snów i mar, ale także zbiegów okoliczności i innych przypadków, czym usiłują pokryć niedostatki talentu w prowadzeniu konsekwentnej fabuły. Niech pan poda jakiś przykład – poprosił Frommer. Bardzo pan generalizuje. Trudno o przykłady, bo w ogóle mało kobiet pisze. A jak już piszą, to my tego nie czytamy. Rzeczywiście – zgodził się Frommer. Mężczyzn zajmuje sam język jako najdoskonalsze narzędzie komunikacji, język jako największe osiągnięcie rozwoju gatunku homo sapiens. Cyzelowanie zdania, badanie głębokości znaczeń, zabawa sensami. Dlaczego największymi poetami byli zawsze mężczyźni? – zapytał retorycznie August i opróżnił kieliszek nalewki, przymykając przy tym oczy na znak rozkoszy. Ma pan rację – zgodził się z nim Lukas. Nie ma w historii literatury kobiet, tak jak i nie ma ich w nauce. Pojedyncze są wypadki tych istot kobiecych, które wskutek niezbadanych jeszcze tajników dziedziczenia przejęły od swoich dziadków i ojców pewną dozę męskiej duszy, daru Apollina. […] Tak to trwało – recytacja Augusta, kolejna tyrada o upadku cywilizacji Lukasa, niezrozumiałe aluzje Frommera, aż języki dyskutantów spowolniło działanie Schwärmerei i na powrót ogarnęło ich wszystkich uczucie jakiegoś zgęstnienia, w którym trudno było się poruszać z powodu słabości albo niechęci. Jakby świat był zbudowany z dykty i teraz rozwarstwiał się na ich oczach, wszelkie kontury nieco się rozmazywały, ukazując płynne przejścia między rzeczami. Ten sam proces dotyczył pojęć, toteż dyskusja stawała się coraz mniej rzeczowa, rozmówcy bowiem nagle tracili poczucie pewności i każde słowo do tej pory godne zaufania, teraz obrastało w konteksty, ciągnęło za sobą jakieś ogony aluzji, migotało odległymi asocjacjami. W końcu popadli w okropne znużenie i jeden po drugim ulatniali się do swoich pokojów, dysząc ciężko na schodach.
[…]
Była funkcjonariuszką zakładu leczniczego, agentką kurhausu. Widział kiedyś, jak robiła jakiemuś nieszczęśnikowi zastrzyk – pochylona nad leżącym na brzuchu, sprowadzonym do własnego pośladka. Skojarzyła mu się z drapieżną harpią, która pochyla się nad kawałkiem soczystego mięsa, żeby zaraz zatopić w nim dziób i rozerwać je na strzępy. Znoszę obcowanie duchowe z kobietami jedynie w małych dawkach. Nawet jeśli dziewczyna nie jest tak ograniczona jak sufrażystka i tak pozbawiona smaku jak tak zwana artystka – zgrabną syntezą zakończył ten temat Lukas. Ułomny księżyc schował się zupełnie za ciemną breję jesiennych mokrych chmur. Ta stara historia, którą panom opowiadałem, o kobietach, co uciekły w góry... Podobno niektóre z nich zostawiły dzieci i mężów i opiekowały się nimi z daleka w jakiś magiczny sposób, tak też podrzucały pod drzwi jedzenie czy lekarstwa – odezwał się Frommer. Do tej pory żyją w lesie, ale zupełnie zdziczały, napadają na węglarzy i przypadkowych mężczyzn.
[…]
Jeżeli można ludzi opisać nałogami, jakim ulegają, to w przypadku Waltera Frommera były to papierosy, od których cały zżółkł i wysechł. Palił namiętnie, trzymając cygaretki między palcami dużym a serdecznym i zgniatając długie ustniki w pasek, przez co musiał wciągać dym mocniej, z większą zamaszystością – wtedy jego policzki zapadały się i szlachetna twarz okolona starannie ostrzyżonymi popielatymi włosami nabierała nieoczekiwanie drapieżnych cieni. Ktoś o tak miłym i niepozornym wyglądzie nie powinien palić. W ogóle jego postać przywodziła na myśl jakieś dziwne napięcie między zamaszystością a rezerwą, jakby człowiek ten musiał się nieustannie trzymać w ryzach, bo gdyby tylko sobie pofolgował, coś niewypowiedzianego, szalonego i strasznego uwolniłoby się z jego wyschniętego, otoczonego kłębem dymu ciała, niczym jakiś dżin, który wydobyłby się z jego ust i zaprzeczył wszystkiemu, co Frommer w swoim życiu powiedział i co zrobił.
[…]
Doktor wypuszczał się też ze swoją strzelbą za sanktuarium Humboldta postrzelać do ptaków. Wojnicz raz dołączył do niego i widział, że tamten tylko celuje, kręcąc się na pięcie, żeby lufą dogonić odlatujące ptaki. Nigdy nie słyszał strzału. Czy strzelba jest nabita? – zapytał go ze śmiechem. A, to pan – powiedział doktor i pozwolił mu gestem pójść za sobą. Oczywiście, że nabita. Idę przecież na polowanie. Wie pan, chodzi o to, żeby mieć wybór: strzelić albo nie strzelić. Ptaków zabijać nie chcę, nie jestem głodny. Roześmiał się głośno ze swego dowcipu. Wojnicz pomyślał, że jest to jakaś inna wersja bażanciego dystansu.
[…]
Niech pan weźmie pod uwagę, przewrażliwiony młodzieńcze, że nieustannie trawiąca gorączka gruźlicza przynosi niepokój i podniecenie ciała. Pański kolega nie ma już wiele życia przed sobą, przyjechał tu za późno. Zbyt długo zwlekano, mniemając, że jest młody i chorobę przezwycięży. Ponadto jego przyjaciel i opiekun, wielce znany filozof, ciągle podróżował i nie chciał się z nim rozstawać. Tutaj doktor Semperweis uśmiechnął się jakoś dziwnie, wymownie i przez krótki moment oczekiwał jakiejś reakcji Wojnicza. Tej jednak nie było. Zbyt szybko dziś się żyje – kontynuował. Zbyt wiele rzeczy nęci. Zbyt wiele idei filozoficznych rozpaliło wyobraźnię tego chłopca i jego wrażliwość stała się nadwrażliwością. Mówię to panu w zaufaniu, żeby nie miał pan wobec niego jakichś nadmiernych oczekiwań. Bardzo z nim źle. Tutejszy klimat pomaga, kiedy ciało i duch są silne. Wielu skazuje się na uwięzienie tutaj. Lęk przed śmiercią mąci ludziom w głowach, ulegają fałszywym oczekiwaniom, złudzeniom i iluzjom. To on pana zaprowadził na cmentarz?
[…]
Proszę, niech pan pamięta, że Herr Opitz jest kimś tylko z wierzchu ucywilizowanym. Jest pan na tyle bystry, że pan to na pewno zauważył. Pod spodem to człowiek pierwotny. Możliwe, że to on rozpowszechnia owe ludowe bajki. Sprawa jest prosta: mieszka tutaj niewykształcony, a nawet prymitywny lud. Kiedy węglarze i pasterze kończą sezon, schodzą z gór, piją do nieprzytomności, wszczynają bójki i zawsze jest jakaś ofiara. A to ktoś spadnie z mostku na kamienie, a to zamarznie, bo bywają już mrozy, a to pobiją się o jakąś pannę. To nie pana świat, młody człowieku. Pan tu jest na leczeniu, a nie po to, żeby słuchać bajek. Jeżeli oni wierzą w jakieś leśne duchy, jakieś potwory, które rozszarpują niewinnych młodzieńców, to ich prawo. Tak rozumieją świat. Okoliczni mężczyźni zawsze wiele czerpali z lasu i gór, to biedna okolica. Albo jako pasterze paśli stada na wysokich połoninach, albo jako węglarze pracowali cały sezon w lesie. Spragnieni kobiet, ale i obawiający się kobiet, z którymi nie umieją postępować. Nic dziwnego, że w ich głowach roją się takie opowieści.
[…]
Proszę teraz otworzyć usta... Wyciągnął metalową szpatułkę i długo zaglądał pacjentowi do gardła. Każdy z nas jest potencjalnym wariatem, młodzieńcze. Norma to jest mrzonka. Każdy z nas siedzi okrakiem na granicy między własnym światem wewnętrznym a światem zewnętrznym i niebezpiecznie balansuje. To bardzo niewygodna pozycja i niewielu udaje się utrzymać równowagę.
[…]
A, widzę, żeś pan już uległ indoktrynacji Frommera. To nie jest człowiek niegodny zaufania, ale widzi świat jako system spisków. Szczególny rodzaj niewinnego szaleństwa. Ale racja, szaleństwo kobiet to jeszcze coś innego. Ma zupełnie inną naturę niż szaleństwo mężczyzn. Zostało to zaobserwowane i udowodnione w wielu szpitalach. Mężczyźni popadają w obłęd na skutek różnego typu dolegliwości fizycznych, takich jak uderzenie krwi do mózgu, popsucie krwi nieodpowiednią dietą czy, tak, tak, niestety, syfilis. U kobiet jest zupełnie inaczej. Ponieważ kobieca psychika jest słabsza i niejako cieńszą warstwą przykrywa to, co w niej instynktowne i zwierzęce. Choroba umysłowa, dziurawiąc ową osłonę, powoduje wydobycie się tych wszystkich pierwotnych instynktów na zewnątrz i oddanie im władzy nad kruchą i delikatną psychiką.
[…]
Większość czasu u przyjaciela spędzał z wielką lupą w dłoni, którą przesuwał nad płótnem de Blesa, nie mogąc mu się nadziwić. Jak to jest, że z malutkich pociągnięć pędzla umoczonego w farbie powstaje cały świat o wielu głębiach? Wydawało mu się, że obraz de Blesa jest nieskończony – gdy się go powiększy, widać tam jeszcze więcej szczegółów, drobnych plamek farby, muśnięć, niewyraźnych zacieków, tajemniczych skaz. Wędrował po obłokach, z których wyłaniały się giętkie, krągłe linie przypominające postaci, twarze, skrzydła. Gdy zaś schodził w stronę roślin, widział w liściach oczy i nosy, fragmenty rąk i stóp, ulotne ciała istniejące tylko przez moment, tylko w chwili jedynego niepowtarzalnego muśnięcia ich wzrokiem. W oknach powietrznych zamków dostrzegał fragmenty komnat, a w nich jakieś na wpół przezroczyste stworzenia, przy czym z każdym wiązała się jakaś tragedia, jakiś smutek. Może i tam dokonywała się ofiara Abrahama, tylko w nieco odmiennych ustawieniach i z innymi aktorami. Płótno de Blesa wydawało mu się pełne znaczeń, jak szczegółowa mapa, której językiem są proste znaki niosące z sobą rozwidlające się sensy, na której ciągle odkrywa się coś innego, ponieważ kiedy tylko pójdzie się w głąb, świat okaże się nieskończony. Im słabszy był Thilo, tym bardziej Wojnicza fascynowała czarna plama jaskini. To tam przesuwała się jego wielka lupa, mierząc się z ciemnością. Milkł wtedy i uspokajany przez oddech Thila pochylał się nad obrazem uzbrojony w powiększające szkło. Powoli nauczył się tam dostrzegać kształty, choć trudno było powiedzieć jakie. Dwie słabo świecące iskry. Może oczy, może ślepia wielkiego zwierzęcia albo jakiejś istoty, która przygląda się nam cały czas, a my tego nie wiemy? A może to Bóg, który chce z bliska zobaczyć, czy Abraham wykona jego polecenie?
[…]
W czasie kolacji toczono zwykłe dyskusje, lecz Wojnicz prawie nie zabierał głosu, nawet wtedy, gdy zaczepiał go Lukas albo August. Od kilku dni rozmawiali o schyłku dziejów. Że świat się kończy, o tym był przekonany Lukas – im mniej się odzywali inni, tym większej on nabierał siły w swoich przemowach. Twierdził, że człowiek zachodniej cywilizacji znalazł się u kresu rozwoju. Koniec uwidocznia się w ludzkich chorobach, brakuje nam powietrza. Gruźlica jest również chorobą symboliczną. Wielka epoka człowieka zmierza do kresu, czy naprawdę nikt tego nie widzi?! – wykrzykiwał poprzez serwetkę, którą wycierał pobrudzoną sosem pomidorowym brodę. Na to z końca stołu odzywał się Frommer, powtarzając, że każda kultura jest procesem, który ma swój początek, dojrzewa, osiąga jakieś apogeum, potem więdnie i nigdy już nie powraca. A u schyłku muszą pojawić się duchy, ponieważ walka przenosi się także na granice między światami.
[…]
A pan August na to: Taka natura jesieni. Myśli się o śmierci, a ona zawsze przeraża. Zwłaszcza gwałtowna, jak ta tutaj. Nic dziwnego, że ludzie mają skłonności do bajek i mitologii, kiedy nie rozumieją tego, co się wokół nich dzieje. Rajmund, który przyniósł Schwärmerei, stanął w drzwiach i oparł się o futrynę. Duchy – powiedział krótko, a Opitz spojrzał na niego karcąco. Lukas podchwycił temat z wdzięcznością. Poruszamy się na gruncie demonologii, to jest sposobu myślenia właściwego wczesnym stadiom rozwoju ducha ludzkiego. Kiedy pojawia się transcendentny, jedyny Bóg, wszelka demonologia znika. Rozwiewa się jak dym. Poddajemy ją kontroli i współczesny człowiek musi traktować ją jako swego rodzaju atawizm i dziecinadę, nieprawdaż? – mówił, patrząc na pana Augusta. Demonów nie ma. Odkąd Syn Boży poświęcił się dla nas, demony nie mają już nic do powiedzenia. Nic do powiedzenia – powtórzył za nim pan August w zamyśleniu, z lekka naśladując bałtycki akcent Lukasa. A jednak demony istnieją przez sam fakt, że o nich mówimy i myślimy. Że powstały na ich temat poematy i sztuki teatralne. Że wierzą w nie ludzie, a tutaj we wsi panicznie się ich boją...
[…]
Wszyscy spojrzeli na Lukasa, wiedząc, że jest katolikiem, a więc sprawa jego dotyczy, ale wtedy odezwał się Wojnicz: Czy demony potrafią mówić? Czy wydają głos? Plotyn w Enneadach mówi, że, a jakże! umiały posługiwać się ludzką mową; lecz z czasem ojcowie Kościoła uparli się, że nie. Że demon nie ma władzy słowa. Zabrali im głos, to teraz rozrabiają. Pan August uśmiechnął się pod nosem. A Lukas na to: Uważam, że trzeba rytualnie zaprzeczać rzeczywistości demonów, a gdy się nie da, należy je egzorcyzmować. Istnieje Bóg i świat, nie ma nic pomiędzy. Duch i materia. Filozofia i nauka. Święte i świeckie. Umysł i ciało. Cała nasza cywilizacja jest na tym zbudowana, nasz umysł tak pracuje. To albo to. O, to dosyć radykalny dualizm, azjatycki, powiedziałbym, prosto od Zoroastra – odrzekł na to August. A tymczasem my, wychowani w tradycji greckiej – tu rozejrzał się po wszystkich, jakby chciał się upewnić, że rzeczywiście wszyscy poświadczają bez wyjątku swoją przynależność do tradycji greckiej – musimy powołać się na Platona i idee jego świata pośredniego. Ten trzeci obszar pełni funkcję mediatora między transcendentnym Bogiem a immanentnym człowiekiem. Między duchem a naturą. Między empirią a metafizyką. Paradoksalnie, będąc pośrednikiem, ów świat pomiędzy przyczynia się do zachowania różnic między tymi dwoma. Niech pan o tym pomyśli.
[…]
Postuluję przyznanie racji temu światu pomiędzy albo-albo; byłoby to coś jakby szara strefa między jednym a drugim – powiedział August. Pan jesteś ateistą podobno, a bronisz szarej strefy, gdzie mieszkają demony – zarzucił mu Lukas. Szukam im miejsca, żebyś pan mógł je stamtąd przeganiać i egzorcyzmować. Ja tylko mówię tak, jak gdyby to wszystko miało istnieć, jakby miało istnieć... Istnienie demonów jest nieuchwytne. Demony to armia Proteuszy, zawsze przeobrażają się i powracają w nowych ciałach, w nowych odsłonach. Powiedziałbym, że to raczej nicość, która ma władzę przybierania różnych kształtów, mniej lub bardziej złowrogich – odparował Longin Lukas. Nicość, która kusi i uwodzi, dokonuje przekupstwa, działa zawsze w ten dziwny sposób, jak gdyby będąc i nie będąc w tym samym momencie. Jest zbudowana z naszych projekcji, lęków, chętnie żywi się naszym strachem.
[…]
Od tego dziwacznego, makabrycznego wieczoru, kiedy wyprawili się na królicze serca do gospody nad stawem, Wojnicz postanowił przestać pić Schwärmerei. Coś było nie tak z tą smaczną, gęstą i dziwnie uzależniającą nalewką. Jej gorzka słodycz sprawiała rozkosz, lecz potem ten trunek zaburzał działanie nerwów i uwagę. Wydawało się Wojniczowi, że w jego zwyczajną rzeczywistość pacjenta sanatorium nagle przedostaje się cały system pobocznych odnóg czasu, możliwych jego kieszeni i zakładek. Czas się fałdował, minuty znikały w sekundach albo rozciągały się na kwadranse, przez co łatwo można było stracić w nim orientację. Podobnie działo się z przestrzenią. Właściwie całe poddasze wydawało mu się wciąż niezbadane, jakby ciągle przybywało tam drzwi. Bywało, że i pensjonat nagle stawał się zbyt wielki, jakby spuchł przez noc, jakby wypączkowały w nim inne przestrzenie. Śniło mu się często, że korytarz podwoił swoją długość, że dalej mieszczą się jakieś inne pokoiki, zza których dochodziło go gruchanie albo ryk zakochanego jelenia. Zdarzało się, że po nalewce Wojnicz nie trafiał do swojego pokoju, lecz tkwił na schodach, by tam przyglądać się z uwagą pociemniałym od dymu martwym naturom. Zaczął nosić ze sobą lupę, tę samą, z pomocą, której oglądał de Blesa, dzięki czemu odkrył, że poręcze schodów są mocno zżarte przez kołatka. Wieloletnia praca tych owadów powoli zamieniała poręcze w kruche szkielety, które kiedyś z trzaskiem rozsypią się pod czyjąś dłonią. Próbował przez lupę spojrzeć na kiczowate pejzaże, lecz w pensjonacie było zbyt ciemno, a słabe światło nowomodnych żarówek, rzadkich i brzęczących, tylko drażniło ukryte na tych płótnach widoki, nie odkrywając zbyt wiele. Omijał za to nerwowo obraz z wiszącym zającem, wyciągał nogi i przeskakiwał kilka stopni. Schwärmerei sprawiała, że czuł się tym zającem, że wisiał u stołu jakiegoś giganta, i nawet miał wrażenie, że widzi wszystko do góry nogami. Rano dręczył go nie tyle kac, ile raczej poczucie, że coś stracił, że nie zapamiętał swoich słów, że ma dziury w pamięci, przez które przedostaje się do jego mózgu nieokreślony szum. Postanowił markować picie, raz nawet wylał zawartość kieliszka i uszło mu to płazem.
[…]
Wojnicz miał wtedy czas, żeby pomyśleć. A że nie lubił tego robić w trakcie spacerów, znajdował sobie jakieś przewrócone drzewo albo nawet jedną z ławeczek, siadał tam i patrząc na wieś oraz ogromny, zewsząd widoczny, monstrualny budynek kurhausu – myślał. Ale nie do przodu, o przyszłości. Umiał myśleć tylko do tyłu, jego refleksje były wspomnieniami, ponieważ jego głowa nie była jeszcze wolna, musiał ciągle mierzyć się z tym, co mu się już przydarzyło. Były to jakieś pojedyncze momenty, niezbyt ważne i właściwie nie wiedział, dlaczego je pamięta. Zapach gotowanego obiadu dolatujący z kuchni, który tak złościł zawsze ojca, że w końcu zaczęli zamawiać posiłki z restauracji. Własne przerażenie, kiedy raz zobaczył ojca pijanego i płaczącego, musiał być wtedy mały, bo poczuł wówczas silną rękę Glicerii, która zabrała go z pokoju i sprawiła, że na długi czas zapomniał o tej sytuacji. Albo swoją samotną wyprawę do wsi, kiedy miał pięć lat – do tej pory nie może się nadziwić, co nim kierowało. Wrócił z niej dopiero pod wieczór i wściekły ze strachu o niego ojciec spoliczkował go przy wszystkich.
[…]
Na przykład: „Jak to jest, że umiera się tak młodo, nic jeszcze nie przeżywszy?”. Albo: „Jak to jest, że wobec tej strasznej choroby, gruźlicy, każdy znajduje swoją strategię radzenia sobie z nią?”. Albo jeszcze inaczej: „Jak to jest, że ludzie, którzy patrzą na to samo, widzą co innego?”. Oczywiście nie znajdował na te pytania odpowiedzi. Obiecywał sobie, że zapyta o to wszystko Longina Lukasa albo Augusta, ale oni jakoś zawsze usuwali się w rejony, które tylko ich interesowały, i rzadko pozwalali mu dojść do głosu. Zresztą – to podejrzewał – nie potrafiliby mu udzielić prostych wyjaśnień, bez cytatów, parafraz, bez pouczania, tak żeby zrozumiał.
[…]
Siadał na łóżku i gładził palcami splot narzuty, wypłowiałej i miękkiej. Potem zdejmował swoje podniszczone buty i pewną ręką sięgał pod łóżko, gdzie stały pantofle zmarłej kobiety; wsuwał je zdecydowanym ruchem, a one pasowały na niego jak ulał. Czuł przebiegający go dreszcz, kiedy ściągał z siebie gruby pulower, żeby założyć batystową koszulkę na ramiączkach. Nieporadne początkowo ręce szybko nabrały wprawy w radzeniu sobie z maleńkimi guziczkami i troczkami. Po chwili napięty niczym struna, drżący z zimna, przepasywał się marszczoną śląską spódnicą na halkach i dociskał gorset. Stał wyprostowany, bez ruchu, jakby dawał światu szansę, żeby przyzwyczaił się także do tego wariantu Wojnicza – spódnicowego, Kalkowego. Serce przestawało mu łomotać, czuł się bardzo spokojny i – można by rzec – był zupełnie wolny od myśli. Po takiej cichej, pełnej skupienia, nabrzmiałej sobą chwili rozbierał się i wracał do swojej poprzedniej wersji. Składał starannie części garderoby tam, skąd je wydobył i po cichu schodził na dół.
[…]
Wojnicz wziął do ręki tabliczkę informacyjną z wepchniętą tam kartką, na której notowano temperaturę. Ot, łamana linia, w przypadku Thila wcale nie taka zębata. A teraz patrz tu. Thilo pokazał palcem na linię biegnącą po szczytach wzgórz za oknem. Jego twarz zapłonęła na chwilę, może z wysiłku, bo próbował podnieść się na łokciach. Rumieńce rozlały się aż na czoło. To identyczna linia, widzisz? Taka sama. Jak to możliwe? Wojnicz przenosił wzrok z jednego na drugie i rzeczywiście okazało się, że jakimś cudem obie linie: wykresu gorączki i szczytów gór, były do siebie bardzo podobne, ba, prawie jednakowe. Mówiłem ci: tu krajobraz zabija. To jest takie miejsce, jedno z niewielu na świecie, w których krajobraz zabija - mówił Thilo z wyraźnym trudem. Oni tutaj wcale nie leczą, lecz zabijają, choć o tym nie wiedzą. Jak? Może to miejsce wytwarza jakieś energie, jakieś topograficzne pola siły... Zapytaj Frommera. I przysięgnij, że wyślesz telegram po Gyorgya... Już wysłano. Przyjedzie lada dzień. […] Miał wtedy rację. Od tego dnia Wojnicz ćwiczył to patrzenie, gdy zasypiał i zawsze coś widział w ciemnoszarym świetle, którego źródła nie dało się w żaden sposób rozpoznać – bo pod powiekami wcale nie było ciemno ani czarno, jak by się należało spodziewać tam, gdzie nie ma światła. Skąd brała się owa słaba, rozproszona ciemnoszara poświata, nie miał pojęcia. Pod jego powiekami odtwarzała cały pokój, wszystko było na swoim miejscu: szafa, toaletka, plama zasłon, okna i nawet jego dwa rozrzucone na podłodze buty. Ciekawe, nie wiedział, czy to rzeczywiście widzi, czy wyobraża sobie, że widzi, a może jeszcze gorzej – coś wyobraża mu się samo. A może powieki są w części przezroczyste? Może są filtrem, przez który teraz przesącza się księżycowa natura widzialnego świata, bliźniacza, ale nie ta sama. Skąd tutaj bowiem te cieniutkie smużki światła, które wiją się jak dym ze szpar w podłodze? Zza ramek widoczków gór wiszących na ścianie? Z frędzli dywanika przy drzwiach? Z dziurki od klucza w szafie? Ja widzę, mówi do siebie Wojnicz i pospiesznie wstaje z łóżka, żeby podejść do okna i spojrzeć z zamkniętymi oczami na zewnątrz.
[…]
Ludzie mają swoje fikcje i wierzą w to, co uzgodnili sami ze sobą. Wie pan, to nie musi być prawda, że jest tylko tak albo tak. To po prostu pomaga w nawigacji, w praktyce, gruźlica albo syfilis, jedno albo drugie, ale pan najlepiej wie, że większość naszego doświadczenia nie podlega takim prostym podziałom. Tu spojrzał na Wojnicza przenikliwie. Namawiam pana, żeby stworzył pan swoją własną fikcję, na przykład taką, że to pan jest doskonały. To, co powiedział Semperweis, było przerażające i pociągające zarazem. Czując ciężar tej prawdy, Mieczysław przygarbił się na zajmowanym przez siebie metalowym zydelku, lecz miał też chęć popędzać każde słowo, jakie padało z ust doktora, żeby szybciej trafiało wprost do Wojniczowych uszu. Taaak – powiedział Semperweis, przeciągając słowo. W każdym z nas tkwi poczucie niepełnowartościowości, przekonanie, że czegoś nam brakuje, a wszyscy inni to mają. Przez całe życie musimy się z tym poczuciem niższości układać, przezwyciężać je albo zaprzęgać do wozu naszych ambicji i niszczącego dążenia do doskonałości. A co jest doskonałością, czy ktoś wie? Pan widzi, że ja nie jestem każdy. Jestem anomalią. Wojnicz zdjął z pleców sweter i naciągnął go na siebie. […] Powinien pan traktować ją jak tę małą dolegliwość, którą ma pan w płucach, coś, z czym trzeba nauczyć się żyć i nie dopuścić, by nas zniszczyło. To jest kosmos ciała. Tutaj wszystko może być anomalią, która za chwilę stanie się korzyścią i pozwoli wygrać w wyścigu ewolucji. To tylko kwestia patrzenia. Nauczyłem się to ukrywać. Nikt tego nie zobaczy. Tylko pan. I to jest tajemnica. Panu się ta tajemnica należy, ponieważ pan ratuje mi życie. Ale pan jest zobowiązany do milczenia. Mój ojciec nie może się dowiedzieć, że pan wie. Nikt nie może się dowiedzieć, że pan wie. Doktor oparł się wygodnie na krześle. I złożył ręce jak do modlitwy. Widzi pan, pani... Widzicie... widzisz... – plątał się Semperweis i na jego twarzy pojawił się nagle uśmiech.
[…]
Semperweis powiedział, że on codziennie obcuje z niedoskonałością i że całe to miejsce jest krainą niedoskonałości, gdzie trafiają egzemplarze ułomne, skazane na powolne unicestwienie. Po latach pracy tutaj nauczył się myśleć, że każdy człowiek, każdy ludzki organizm posiada punkt najmniejszej odporności, najsłabszy, to właśnie ta słynna pięta Achillesowa, i tak wygląda prawo perły: podobnie jak u małża uwierające go ziarnko piasku neutralizowane jest perłową masą i w końcu tworzy się cenny dla nas klejnot, tak wszystkie linie rozwojowe naszej psychiki będą się układać wokół tego najsłabszego miejsca. Każda anomalia – twierdził Semperweis (bo zapewne nie chciał użyć słowa „brak”) – stymuluje szczególną aktywność psychiczną, szczególny rozwój, skupia je wokół siebie. Kształtuje nas nie to, co w nas silne, ale anomalia właśnie, to, co słabe i nieakceptowane. Gdyby mnie pan zapytał, młody człowieku, czym jest dusza, powiedziałbym właśnie tak: dusza to jest to, co w nas najsłabsze. W twoich chorobowych symptomach jest twoja dusza. Ale Wojnicz nie chciał tego słuchać. Całe życie uważałem, że trzeba skupiać się na tym, co silne, co zdrowe, mocne. Tak mnie wychowywał ojciec. A pan mi mówi, że dusza to śmietnik. Nie powiedziałem „śmietnik”. Proszę spojrzeć na to z innej strony. Cała nasza kultura wyrosła z poczucia niższości, z tych wszystkich niespełnionych ambicji. A przecież jest odwrotnie: to, co w nas słabe, daje nam siłę. To nieustanne kompensowanie słabości rządzi całym naszym życiem. Demostenes miał wadę wymowy i właśnie dlatego stał się największym mówcą wszech czasów. Nie m i m o to, ale właśnie d l a t e g o . […] Ponieważ jesteśmy niepewni siebie, wymyślamy bardzo stabilny, sztywny system, który mógłby nas trzymać w pionie. Który by upraszczał niepotrzebne, jak nam się wydaje, skomplikowanie. A największym upraszczaniem jest myślenie biało-czarne, oparte na prostych antytezach. Rozumie pan, o czym mówię? Umysł ustala sobie zestaw ostrych przeciwieństw: biały-czarny, dzień-noc, góra-dół, kobieta-mężczyzna, i one determinują całą naszą percepcję. Nie ma nic pośredniego. Świat tak widziany jest o niebo prostszy, łatwo można między tymi biegunami nawigować, łatwo ustalać zasady postępowania, a szczególnie łatwo oceniać innych, często dla siebie samego rezerwując luksus niejasności. Ten rodzaj myślenia chroni od wszelkiej niepewności, ciach, ciach i wszystko jasne, tak albo tak, nie ma trzeciego wyjścia. Arystoteles-złoty cielec. Tu roześmiał się tak radośnie, że Wojnicz prawie do niego dołączył. To chroni nas przed rzeczywistością, która zbudowana jest z mnogości bardzo subtelnych odcieni. Jeżeli ktoś myśli, że świat to zestaw jaskrawych przeciwieństw, jest chory. Wiem, co mówię. To potężna dysfunkcja. A jaki jest świat? Zamazany, nieostry, migoczący, raz taki, innym razem inny, zależny od punktu widzenia.
[…]
Mogę pana tylko pocieszyć, że takich ludzi jak pan jest wielu – powiedział z powagą, jakby zdał sobie sprawę, że dla tego młodego człowieka rozgrywa się tutaj dramat. Wymykacie się temu prymitywnemu, jaskrawemu podziałowi, przypominacie o tym, że obowiązująca wizja świata jest bardzo umowna, że jest zbudowana na własnej niepewności osądzających. Ktoś taki jak pan będzie budził niechęć i nienawiść, bo będzie jasno przypominał, że wizja świata biało-czarnego jest wizją kłamliwą i niszczącą. […] Są dwa filary działania wszelkich społeczeństw: hipokryzja i konformizm – powiedział doktor Semperweis i uniósł palec na wysokość nosa, po czym zaczął poruszać nim w lewo i w prawo. Przy okazji powiem panu, młodzieńcze, niezwykła istoto, że masz lekkiego zeza, nie w takim stopniu, żeby to mogło niepokoić, ale proszę o tym pamiętać. Więc hipokryzja zawsze odnosi się do górnolotnych idei, które budują wspólnotę. Należy w nie wierzyć i okazywać, że się w nie wierzy, ale w gruncie rzeczy nikt nie traktuje tych idei do końca serio. One są dla innych i innych powinny obowiązywać. Konformizm zaś jest trybem poruszania się w tym wyimaginowanym świecie i każe ignorować wszystko, co odstaje i co nie pasuje. A do tego służy niepamięć.
[…]
Wojnicz zamrugał oczami. Nie był pewien, czy dobrze rozumie Frommera. Przez chwilę miał wrażenie, że pije Schwärmerei, nie kawę. Ja... – zaczął i nie dokończył. Tak, tak, dobrze pan zrozumiał. Jest pan inteligentny. Oni też to rozumieją i karmią Tuntschi [ziemne kukły, użytkowane do zaspokajania popędów seksualnych u węglarzy, żyjących samotnie w sudeckich lasach - przyp. aut.] tym, co mają pod ręką, wami, słabymi, chorymi mężczyznami, których tu jest na pęczki. To proste: kiedyś Tuntschi zabierały im członków rodzin, zabijały miejscowych, dlatego ci miejscowi nauczyli się oszukiwać. Od kilkunastu lat giną tylko młodzi kuracjusze, no, chyba że coś nie wyjdzie, jak kilka lat temu, gdy zginął brat Opitza, czasem napatoczy się ktoś nieuważny, jak dwa lata temu jeden węglarz. Ale oni dopracowali tę metodę do perfekcji, sami podsuwają ofiarę Tuntschi. Czego jestem pewny: myśleli, że w tym roku uda się z biednym Thilem, ale umarł zbyt wcześnie. Dlatego teraz głodnym wzrokiem patrzą na ciebie, Mieczysławie. Musisz natychmiast stąd wyjechać. Ale przecież tutaj jest wielu młodych mężczyzn, dlaczego akurat ja? Oczywiście radziłbym wyjechać stąd wszystkim mężczyznom w wieku, że się tak wyrażę, „poborowym”.
[…]
Rajmund odwrócił się do niego z grymasem przymilności, uśmiechem podszytym złością na twarzy. Jeszcze kawałek – powtórzył bez przekonania. Wilhelm chce ci pokazać coś bardzo ważnego. Nigdzie nie idę. Wojnicz przystanął zziajany i prawdę mówiąc, nie wiedział, jak się tu w ogóle znalazł. Było popołudnie. Spał, kiedy przyszedł do niego Rajmund i kazał mu się ubrać. Wojnicz zrozumiał, że Opitz ma dla niego buty, choć to słowo nie padło. A może chodziło o coś innego, coś ważnego, jakby się na to z nim umawiał. Oszołomiony drzemką włożył swoje ledwie żywe pantofle i narzucił kurtkę. W ostatniej chwili chwycił też rękawiczki. I tak poszli. Chciał wiedzieć, dokąd zdążają tak pospiesznie i co takiego Wilhelm Opitz chce mu pokazać. Nie, to był jakiś absurd. Gdzie on się wspinał? Po co? Czy oszalał, żeby lecieć za tym chłopakiem, który opowiadał mu coś żywo w swoim dialekcie, czego Wojnicz nie potrafił zrozumieć. Rozpoznawał tylko imię „Willi”, i cóż, był tak wychowany, żeby być grzecznym i uczynnym, nie sprawiać sobą kłopotu, nie wychylać się, raczej czekać w półcieniu, aż stanie się jasne, na czym sprawy stoją. Co mu przyszło do głowy, żeby wyjść tak lekko ubranym. Znaleźli się już za wsią i wchodzili w las. Zrobiło mu się zimno, nie miał ochoty iść dalej. Niedługo zrobi się ciemno i jak wtedy wracać? […] Węglarze chwycili go mocno pod ramiona, a gdy zaczął wierzgać, dwóch kolejnych chwyciło go za nogi i nieśli go, sapiąc i klnąc. Rajmund szedł obok i wydawał im jakieś polecenia w tym dziwnym dialekcie, który tutaj w lesie brzmiał jak powarkiwania. Wojnicz wierzgał przez chwilę, aż któryś z mężczyzn kopnął go w brzuch – ból był tak straszny, że odtąd chłopak poddał się zupełnie sparaliżowany strachem. Nie, niczym chyba się nie naraził. Nic takiego nie przychodziło mu do głowy. Zachowywał się oględnie i grzecznie. Z nikim nie wszedł w żaden konflikt. Ukrywał emocje. W ogóle ukrywał się, tak jak go zawsze uczył ojciec. „Trzymaj dystans” – mawiał. Reszta sprowadzała się do zaleceń: Gdy się zbliżysz, skrzywdzą cię. Nie spoufalaj się, bo wezmą to za słabość i będą chcieli pozwolić sobie na więcej. Nie rozmawiaj zbyt długo z mężczyznami, mogą być niebezpieczni. Trzymaj się z daleka od kobiet, są nieprzewidywalne. Nigdy nie trać czujności. Tak, jedynym grzechem Wojnicza było chyba to, że stracił czujność. Dlaczego Rajmund? Kim on był?
[…]
Coś schodziło z góry, coś się zsuwało w dół, parło. Biedny Wojnicz gorączkowo rozplątywał przywiązane okrutnie mocno stopy, ale znieruchomiał, gdy nas zobaczył. Ujrzał tuż koło siebie twarz z mchu i błysk wilgotnych oczu, ciemnozielonych jak podziemne jezioro. Patrzył na zwarty korpus z patyczków splątanych z igłami, mchem i mokrą ziemią. Owionęło go cieplejsze powietrze, podobne do oddechu o zapachu pryzmy gnijącego listowia, wielkie ciemne oczy wpatrywały się w niego – z ciekawością, ale nie wyczuwał w niej żadnej myśli, była to ciekawość z pewnością nie-ludzka. Twarz zbliżyła się do niego na odległość kilkunastu centymetrów i penetrowała wzrokiem pory jego skóry, rzęsy, wargi, brwi. Dołączyła do niej druga, a potem jeszcze jedna. Prawie przestał oddychać i patrzył na nas z przerażeniem, które powoli gasło, nie chciałyśmy mu bowiem zrobić nic złego. Czuła to ta biedna ludzka istota i wolną zakrwawioną dłonią dotknęła naszego policzka, i poczuła, że jest żywy, że pod spodem jest tam jakiś rodzaj ciała, nie taki jak jej, bo nasze ciała mają konsystencję próbną, są okazjonalne, zależą od pływów i ciśnienia, od podziemnych nurtów i parowania.
[…]
Rzemienie opadły i Wojnicz z tłumionym łkaniem zaczął chwiejnym krokiem schodzić na dół, chwytając się drzew, bo łzy zalały mu oczy. Miał nagi tors i nieobutą jedną stopę, a jego jasne włosy w nieładzie otaczały głowę popielatą aureolą. W mętniejącym zmierzchu gasły przed nim doliny, lecz mrok nie nabrał jeszcze właściwej mu barwy, bo spektakl dopiero się zaczynał i gdzieś na wschodzie niebo zaczęło jaśnieć inną barwą, niesłoneczną, aż w końcu, na oczach Wojnicza, pojawił się między drzewami jaskrawy obrzynek światła, potem zaś cała kostropata twarz pełnego księżyca. W dole widział Gorbersdorf i maleńkie figurki ludzi. Wybrukowana główna ulica odbijała bowiem księżycowe światło i wydawała się sceną, a na dodatek zapaliły się nowoczesne elektryczne latarnie. Wojnicz parł do domu, przekonany o tym, że najważniejsze, co musi zrobić, to ukryć się pod jakimkolwiek ubraniem. Zakryć swoje obnażone ciało – tylko na tym był skupiony.
[…]
Zobaczył jednak jakiś ruch przy bocznym wejściu do kurhausu. Utykając, wbiegł w podwórko i poruszał się teraz tyłami, równolegle do głównej ulicy. Słychać było z niej coraz głośniejsze rozmowy oraz szuranie nóg. Zupełnie zaskoczony wyjrzał ostrożnie na ulicę i ujrzał tłum pacjentów poganianych przez Sydonię Patek z białą laską w ręku – pielęgniarski fartuch kobiety posrebrzany przez światło księżyca wydawał się zrobiony z metalu. Pierwsi już ruszyli i szli wolnym, spacerowym krokiem pod górę w stronę końca wsi, w stronę lasu i gór, tam, gdzie węglarze mieli swoje obozowisko, ale trudno powiedzieć, że to był marsz czy pochód, bo nie było w tym żadnego porządku – tłumek kłębił się zdezorientowany. Wszyscy byli w dobrych humorach, z wielojęzycznego gwaru wyłaniały się pojedyncze głosy. Usłyszał nawet wykrzyknięte z humorem polskie: „Bynajmniej, drogi panie, nie żartuję!”. Zabrzmiał hejnał z wieży kurhausu, bo była to przecież pora kolacji, ale grany był jakoś niemrawo i przy drugim powtórzeniu nagle się urwał, jak gdyby trębacz doznał chwili zwątpienia i sam zrezygnował z gry. W oddali wśród tłumu zobaczył Lukasa i Augusta, jak zwykle byli zajęci rozmową. Dostrzegł też Frommera, ten stał nieco oddalony od innych, skupiony i zamyślony, z niezapaloną cygaretką w dłoni. Cały ten tłumek szemrał, dyskutował, żartował, spierał się o coś w różnych językach i nagle Wojnicz uświadomił sobie, że oprócz Sydonii Patek zamienionej w niby-pasterkę z laseczką, którą poganiała tę ludzką trzodę, nie ma tam żadnych kobiet.
[…]
Rajmund mnie przywiązał. Ale dlaczego? – próbował się dowiedzieć Wojnicz. Jednocześnie zaczął manipulować przy rzemieniach blokujących ręce więźnia. Były one przypięte podwójnie i to tak mocno, że biednemu Opitzowi posiniały dłonie. Wojnicz szarpał się z zapięciami i zaczął rozglądać się za jakimś narzędziem, którym mógłby sobie pomóc. Przyszło mu do głowy, żeby zejść do kuchni po nóż i pociąć diabelskie więzy. Dlaczego? Dlaczego? – powtarzał. Opitz zabełkotał ze złością: Jak to, dlaczego? Sam mu kazałem. Wojnicz zamarł w bezruchu, a potem coś zaskoczyło w jego głowie i zrozumiał. Cofnął się na kolanach pod ścianę, nagle pobladły; słyszał, jak szumi mu w uszach. Wy się tu przywiązujecie, żeby nie wyjść! Wy się wiążecie, żeby nie ogarnął was ten amok! Odwiąż mnie, głupi. Natychmiast – bełkotał Willi Opitz z obłędem w oczach.
[…]
Dobrze, że nie był świadkiem tego, co działo się, potem, gdy pochód zanurzył się w las. Mgła uwielbiała te miejsca. Jasny, radosny księżyc, który do tej pory oświetlał wszystkie wydarzenia, zamglił się i zalewał teraz las światłem podobnym do rozwodnionego mleka, w którym wszyscy mieli blade, trupie twarze. Idący pogubili się między drzewami i parli teraz naprzód z zaciętymi minami, każdy na swoją rękę, po własny los. Smugi flegmistej mgły jeszcze bardziej dezorientowały, jeszcze większy wprowadzały zamęt w szeregi tej dziwacznej, podupadłej armii, tej chaotycznej nieświętej procesji. Wkrótce jej uczestnicy rozproszyli się po okolicy, każdy samotnie konfrontując się z mgłą, z szelestem patyczków, ze skrzypieniem mchu, z rysunkiem kory na drzewach i z ich rozczapierzonymi gałęziami. Opitz stał samotnie na skraju małej polany, nieco przygarbiony, jakby zamierzał zarzucić sobie na ramiona jakiś ciężar. Dyszał ciężko i każdy oddech oziębiał jego chore płuca – bo przecież on też był chory, jak wszyscy – a potem wydobywał się szarym obłoczkiem w mroźnym powietrzu, wszak pełnia niosła ze sobą zimę. Nie było w tym nic gwałtownego – raczej szybki, prawie niezauważalny ruch, który sprawił, że biedny Opitz zawisł nad ziemią. Na jego twarzy malował się wyraz, jakiego do tej pory nie znałyśmy: żałość. Zapewne wiedział, co się stanie. Pozostali, nieliczni, którzy byli w pobliżu, spomiędzy drzew patrzyli na to wszystko jakby przebudzeni, z wyraźną ulgą: więc to nie ja! – i niewątpliwie było to okrutne z ich strony. Wielu z nich widziało to straszliwe misterium nie pierwszy raz, ale zapewne tak samo jak z porodem u kobiet – upłynęło wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć ból i strach; swoje robiła też Schwärmerei. Tak, to możliwe, zdawały się mówić ich twarze. Tak, to się właśnie dzieje. To, czego się najbardziej obawialiśmy i co próbowaliśmy odsunąć od siebie, oszukać, wykpić i wyprowadzić w pole. To właśnie wróciło w tej samej straszliwej postaci i bierze oto swój łup. Ciało Opitza opadło na ziemię w kawałkach, obsypując mech i gałęzie krzaków krwawymi strzępami.
[…]
W końcu sięgnął po stojące na najniższej półce w szafie skórzane sznurowane trzewiki. Pasowały. Tylko przez chwilę czuł dyskomfort; trzewiki ciasno obejmowały jego stopę, lekko uwierały w podbicie, ale po chwili stopa przystosowała się do nich. Włożył drugi but i począł rozglądać się za resztą ubioru. Zobaczył w swoim umyśle, niczym w oknach ogromnego pokoju, jakie kształty przyjmie jego przyszłość. Było tak wiele możliwości, że poczuł wzbierającą w nim moc. Nie umiał znaleźć słów, do głowy przychodziło mu tylko niemieckie „Ich will” [z niem. – ja, chcę – przyp. aut.], ale było to coś więcej, co wykraczało poza zwykłe ja. Czuł się mnogi, wielokrotny, wielopoziomowy, złożony i skomplikowany jak koralowa rafa, jak grzybnia, której całe prawdziwe istnienie mieści się pod ziemią. O tak, mógłby tu zostać po tym wszystkim, co się stało, a nawet wobec nieodwołalnej nieobecności samego Opitza przejąć teraz jego funkcję – zarządzania pensjonatem na pewno by się nauczył, a w swoim pamiętniku miał zapisane wszystkie kolacje, niezłe menu, które teraz nic tylko ordynować wieczór za wieczorem. Chodziliby z Rajmundem na grzybki kapturowe, zalewali je alkoholem i produkowali Schwärmerei. Doktor Semperweis, zapewne z pewnym oporem, ale musiałby uznać, że choroba minęła, że zdmuchnął ją jak garstkę kurzu oddech Tuntschi. Może też wrócić do Lwowa, do ojca i stryja, i ułożyć tam własną egzystencję w inżynierii wodno-kanalizacyjnej, oddając się ku pokrzepieniu serca jakiemuś kolekcjonerstwu. Wszystko pasowało na niego i bielizna, i suknia. Chwycił swój stary żakiet, który miał teraz posłużyć za płaszczyk. Wszystko zdecydowało się na przestrzeni kilku schodów, kiedy to szedł na dół i ujrzał siebie w jedynym dużym lustrze w tym domu. W gruncie rzeczy pozostał tym samym człowiekiem, tylko inaczej przyrządzonym; można by powiedzieć – inaczej podanym, inaczej ugarnirowanym. Teraz przypominał ową kobietę w kapeluszu, która wzbudzała w nim takie poruszenie i do której tak tęsknił. Paszport znaleziony w pokoiku zmarłej jasno stwierdzał, że będzie odtąd Klarą Opitz, narodowości czeskiej, obywatelką gminy Friedland in Niederschlesien [dziś Mieroszów – przyp. aut.], która spakowawszy swoją walizkę, bez pożegnania udała się na deptak, tam, gdzie zwykle zatrzymywała się dorożka odwożąca kuracjuszy na dworzec w Dittersbach.
Olga Tokarczuk, Empuzjon
Horror przyrodoleczniczy Olgi Tokarczuk – znanej polskiej pisarki, eseistki, poetki i autorki scenariuszy, wreszcie i noblistki za 2018 rok przenosi akcję tej pierwszej po-noblowskiej opowieści do dawnego kurortu uzdrowiskowego w miejscowości Gorbersdorf na Dolnym Śląsku, obecnie polskiego już Sokołowska w powiecie wałbrzyskim, w odległe nam czasy, na niespełna rok przed wybuchem pierwszej wojny światowej. W powieści „przyrodoleczniczej” tytułowy Empuzjon to przede wszystkim metaforyczne określenie lasów z okolic Gorbersdorfu (dziś: Sokołowska), do których w mrocznej przeszłości miały uciekać przed inkwizytorami oskarżone o czary "tutejsze" wiejskie kobiety, ale to też wyimaginowane miejsce, w którym mieszkają czarownice – empuzy, tak jak je nazywał komediopisarz Arystofanes w swoich Żabach. W spokojnej do ostatniego rozdziału narracji Tokarczuk, młody i cherlawy na zdrowiu Mieczysław Wojnicz, student Politechniki Lwowskiej, katolik i polski Lwowianin, przybywa na leczenie do znanego w dziewiętnastym i dwudziestym wieku śląskiego uzdrowiska dla przewlekle chorych na gruźlicę. Na miejscu, w prowadzonym przez zaradnego Wilhelma Opitza Pensjonacie dla Panów, zapoznaje się z szeregiem przypadkowych osób-kuracjuszy, które także próbują zmierzyć się ze swoją „kaszlącą” dolegliwością i w sprzyjającym klimacie śródgórskiej doliny zagiąć parol na zjadliwe prątki Kocha. W przeintelektualizowanej, a czasem i mizoginicznej atmosferze sporów światopoglądowych, kuracjusze ledwie domyślają się, że w tej akurat okolicy, gdzie pomieszkują, licho wcale nie śpi, że czarownice tzw. Tuntschi - co mieszkają w „ustach czarownic”, w śródleśnych dziurach w ziemi zarośniętych mchem i jagodnikiem - na corocznym sabacie pozbawiają życia ludzi płci męskiej. W amoku ostatniego rozdziału dochodzi do kolejnej krwawej rozprawy z zuchwałą „płcią męską”, a z kolei wdzięczny za niemalże cudowne ocalenie Mieczysław porzuca swoje dotychczasowe i niepewne życie oraz daje się poznać innym ludziom jako kobieta - Klara Opitz. W mistycznym i zabobonnym świecie, a może jak kto woli i w czwartym wymiarze, gdzie jak pisze Olga w swym Epilogu My jesteśmy tu zawsze wyrównywanie krzywd się zeruje, a sprawiedliwość zostaje po naszej stronie.