Blog

 

12.06.2026

Ktoś chodzi po twoim grobie

„Nie byli szczęśliwi ani smutni,

ale wydawali się wieczni”


„Lecz jego serce młode już więcej nie zniesie /

w jego żyłach krew staje i lodowacieje /

a duch zagubiony obejmuje wiarę /

ulegając oto pocałunkowi śmierci”

Cinto Verdaguer


„puste oczy:

każdy widzi w nich

przez pryzmat

własnych odniesień”

[…]

Nie wiem, dlaczego Genua znalazła się na naszej trasie. To było w latach dziewięćdziesiątych, moja matka zgromadziła pieniądze na pierwszą podróż do Europy i wzięła mnie ze sobą. Wymogłam na niej kilka przystanków, ale Genui na tej liście nie było. We Włoszech koniecznie chciałam odwiedzić Bomarzo: nie mogłam przegapić opisanego w powieści Mujiki Láineza Parku Potworów. I zobaczyłam go, przeszłam przez ogromną paszczę orka i zabrałam kamyk dla mojego najlepszego przyjaciela. Kolejnym obowiązkowym punktem była Wenecja, przede wszystkim ze względu na Byrona i jego wersy I stood in Venice, on the Bridge of Sighs, / A palace and a prison on each hand („Na moście westchnień, we weneckim grodzie /Stałem, tu pałac mając, tu więzienie”) z Wędrówek Childe Harolda; ze względu na Tadzia i na zarazę, a także na zalane zaułki. Cmentarza Staglieno nie było wśród przystanków, które tak obsesyjnie planowałam. Owszem, wiedziałam o jego istnieniu. Wiedziałam, że jego efektowne grobowce zdobią okładkę płyty Closer i singla Love Will Tear Us Apart grupy Joy Division. Ale nigdy nie lubiłam Joy Division i choć groby na okładkach były przepiękne, to nie czułam potrzeby, by zobaczyć je w trakcie podróży. Kiedy na naszej trasie pojawiła się Genua, Staglieno stało się moją nową obsesją. Nie miałam o nim zbyt wielu informacji. Wtedy jeszcze nie byłam koneserką cmentarzy. Przemierzyłam wzdłuż i wszerz usiany piramidami i sfinksami cmentarz w La Placie (pełno tam masonów), całkiem dobrze poznałam Recoletę, zanim jeszcze stała się atrakcją turystyczną i swego rodzaju opustoszałym miastem szarych grobowców, zanim turyści zakorkowali alejkę, przy której znajduje się grób Evy Duarte, i zanim pojawiły się książki o cmentarnych ciekawostkach, pomnikach i z anegdotami o ludziach pogrzebanych żywcem. Podczas tych spacerów po Recolecie wybrałam grób dla siebie: jako biedaczka z przedmieść nie mam szans, by mnie tam pochowano (nie jestem na tyle wysoko urodzona ani aż tak sławna), ale chciałabym, żeby moi przyjaciele – jeśli jeszcze jacyś zostaną przy mnie do śmierci – rozsypali moje prochy w grobie Mendozy Paza, założyciela Stowarzyszenia Ochrony Zwierząt. Ma kształt ostro zakończonej piramidy, bez krzyży i innych chrześcijańskich symboli. Widnieje na nim napis: „Nic tu nie ma. Tylko kurz i prochy. Nic”. Prowadzą do niego żelazne drzwi z prętami. Rozsypanie prochów nie sprawi tam trudności. To będzie mój grób, jeśli tylko moi przyjaciele będą na tyle odważni, by wypełnić moją wolę.

[…]

Mieszkał z kilkoma chłopakami grywającymi w zespołach oraz z anarchistycznymi bojówkarzami. O muzykach powiedział tylko, że są okropni i że jeśli chciałabym zostać na dłużej w Genui, to nawet niech mi nie przychodzi do głowy się z nimi zapoznawać. Ja na to, że słucham punka. Odparł, że Włosi nie potrafią grać punka. A Argentyńczycy, spytał. Odpowiedziałam, że niektórzy. Po chwili odważyliśmy się sobie wyznać, że jeśli chodzi o rocka i gatunki pokrewne, to zdecydowanie wolimy Anglosasów. Opowiedziałam mu, że jego gra spodobała się mojej matce, i pamiętam wyraźnie, że na jego twarzy odmalowało się rozgoryczenie. Mam talent, przyznał, ale już dawno temu musiałem rzucić szkołę muzyczną. Nie zdradził, dlaczego; zrozumiałam, że nie mogę go o to pytać. W porcie przyparł mnie do ściany i pocałował. Powietrze pachniało czystym morzem; przynajmniej tak to pamiętam, czyste morze bez rujnujących wszelkie doznania na molo domieszek paliwa, ryb i brudu. Jego ciało pod cienką koszulą było chłodne. Chłodne i blade. Był jak wampir, jak posąg. Jak najcudowniejszy chłopiec na świecie. O świcie zaprowadził mnie do hotelu. Byłam w nim zakochana. Na dodatek był zabawny; tego się nie spodziewałam po najcudowniejszym chłopcu na świecie. Spytał, co będę robić następnego dnia; tak naprawdę to za kilka godzin. Nie pamiętam, co mu powiedziałam o planach na poranek. Po południu idę na Staglieno. Na cmentarz? Tak, boisz się? Nie, odparł, po prostu nigdy tam nie byłem; rodzina mojego ojca nie pochodzi z Genui i nikt z bliskich nie jest tam pochowany.  Chcesz zobaczyć groby z Joy Division?  Nie lubię Joy Division.  To świetnie. Ja też nie.  Ale są bardzo ładne, chciałabym je zobaczyć.  Wielu turystów przyjeżdża tu, żeby zobaczyć groby z Joy Division. Tak myślałam. Pójdziesz ze mną? Oczywiście, odpowiedział. Of course.  Prosto z cmentarza miał pójść na uliczne występy. Cmentarz zamykano o zachodzie słońca, gdy zaczynał się dzień roboczy Enza. Obiecał, że przyjdzie po mnie tuż po południu i dotrzymał słowa. Pamiętam niejasno, że matka nie chciała się zgodzić, a jej argumenty wydawały mi się absurdalne. Pojechaliśmy na cmentarz autobusem; tym razem to on płacił. Znów ubrał się w strój romantycznego skrzypka, w czarny garnitur i białą koszulę (inną niż poprzednio, grubszą, jeszcze bardziej zużytą), ale na nogach miał czerwone trampki. Nie rozumiem, dlaczego nikt się za nim nie oglądał, dlaczego nikt nie podszedł, by zaproponować mu pracę modela, by zrobić mu zdjęcie, by go przelecieć.

[…]

Nie wiem, czy zobaczyłam ten grób jako pierwszy, ale z całą pewnością zapamiętałam go najlepiej. Wtedy jeszcze nic o nim nie wiedziałam. Z czasem udało mi się znaleźć jakieś informacje. Należał do rodziny Delmas, a autorem pomnika jest Luigi Orengo, jeden z najważniejszych rzeźbiarzy epoki. To on wykonał na zamówienie znajdującą się na Recolecie rzeźbę stróża Alleno, który zgromadził pieniądze, by jego nagrobek wykonał najlepszy z najlepszych. Chciał spocząć w spokoju na luksusowym cmentarzu, którego pilnował przez całe życie. Na nagrobku z 1909 roku znajduje się inskrypcja po francusku: Et rose, elle a vécu ce que vivent les roses, l’ espace d’ un matin („Będąc różą, przeżyła tyle, co kwiat róży: poranka krótkie mgnienie”) Nieboszczką była dwudziestopięcioletnia Maria Francesca Delmas. Na pomniku jest naga, z odkrytymi przepięknymi i młodziutkimi piersiami, ma zamknięte oczy; mężczyzna lekko ją unosi, jak gdyby spała lub straciła przytomność. On jest młody, całuje jej włosy, jedną ręką ujmuje pod kolanami, jakby chciał ją podnieść. To ich ostatni pocałunek. Tak zresztą nazywa się ten pomnik. Mężczyzna był jej kochankiem. Albo może to śmierć była zakochana.

[…]

Ruszyliśmy dalej. Oglądaliśmy kolejne przejawy cierpienia, tak samo niestosowne, choć już mniej zmysłowe. Zakonnica z umierającym dzieckiem na rękach, wznosząca błagania o ukrócenie jego mąk. Dwóch niewysokich mężczyzn w za dużych marynarkach i bez kapeluszy wymaganych przez żałobną kindersztubę, stojących przy wejściu do grobu i podtrzymujących się nawzajem w cierpieniu. Naturalnej wielkości. Nie rozumiem, dlaczego nie miałem o tym pojęcia, powiedział Enzo. Spytałam: Nikt nie mówi o tym cmentarzu? Jasne, że mówią, odparł, ale nigdy nie zwracałem na to uwagi. Nie wychowałem się w Genui.  Ach, nie? To, gdzie?  W Bolonii. Mój ojciec jest profesorem na uniwersytecie. Rodzice mieszkają w Bolonii. Ja podróżuję.  To wszystko, co chciał mi powiedzieć. Pewnie powiedziałby więcej, ale przecież spędziliśmy ze sobą mniej niż dziesięć godzin, a on nie był szczególnie rozmowny. Albo to ja byłam zbyt gadatliwa. Kolejna naga kobieta, w stylu art nouveau, z włosami ułożonymi jak w latach dwudziestych, skulona, obejmująca się za ramiona, z wzrokiem wbitym w położoną na krzyżu czaszkę. Kucająca kobieta o ogromnym biuście i błyszczących oczach, z liściem laurowym we włosach. Stojąca na grobie baba z piekła rodem. Grób rodziny Canale z prześliczną śpiącą dziewczyną o długich rozrzuconych na poduszce włosach i anielicą śmierci, znów kobietą – z opaską na głowie – która w pośpiechu chce ją zabrać; w jej pełnym litości spojrzeniu kryje się lesbijska ciekawość. A na grobie rodziny Fassio przepiękne, szczupłe i smukłe zwłoki owinięte w całun.

[…]

Nigdy nie spytałam go o wiek. Pewnie miał nieco ponad dwadzieścia lat, jak ja. Wszedł we mnie delikatnie, a potem stał się brutalny; moje plecy ocierały się o kamień, a nieopodal na łożu leżała martwa naga dziewczyna (czy kobiety po śmierci były rozbierane?), z zamkniętymi oczami; na szczęście, bo nie widziała, jak pieprzyliśmy się cicho w poobiednim upale, pod błękitnym niebem. Ona była tak zimna; my byliśmy tacy młodzi. Wyszliśmy ze Staglieno, obejmując się w pasie, jak zakochani w sobie od lat. Odprowadziłam go na miejsce, w którym miał grać koncert, naprzeciwko pałacu. W autobusie pieścił językiem moje zadrapania na plecach; tym razem inni pasażerowie na nas patrzyli. Z przyganą. Z zazdrością. Kiedy skończył występ, powiedziałam mu, że muszę poinformować matkę, że żyję (było to w czasach sprzed telefonów komórkowych) i spytałam, gdzie spotkamy się później. Następnego dnia jechałam pociągiem do Mediolanu. Potem, zaledwie dzień później, miałam lot do Londynu. Nie mogłam zostać dłużej we Włoszech. Enzo nie chciał zjeść ze mną kolacji.

[…]

Jednak najsłynniejszy i najliczniej odwiedzany grób w Trevelin położony jest poza cmentarzem i nie leży w nim żaden człowiek. Znajduje się w muzeum Cartref Taid (Dom Dziadka), kierowanym przez Clery Evans, wnuczkę Johna. To grób konia Malacary. Można go znaleźć na patio muzeum, będącego jednocześnie domem Clery. Wejście jest cokolwiek niepokojące. Na bramie wiszą rozmieszczone z artystycznym zacięciem czaszki zwierząt, koni i owiec. Są tam też drewniane domki dla ptaków, umocowane na szerokich pniach pośród bujnych koron drzew. Wygląda to jak wejście do domu czarownicy z dziecięcych baśni. Podejrzewam, że takie mogło być zamierzenie. Na przykład na jednym z drzew wisi drewniana tabliczka z napisem: „Pomyśl tu życzenie i zawiąż żółtą wstążkę na starym dębie”. I faktycznie, jacyś zwiedzający okręcili wokół pnia kilka żółtych wstążek. Ogród jest bardzo duży, z przystrzyżonym trawnikiem, żółtymi i czerwonymi różami, sosnami i starą studnią. W głębi, pod wierzbami, znajduje się grób Malacary. Zmarł w 1909 roku, przeżywszy trzydzieści jeden lat, a jego właściciel zaplanował to miejsce pochówku już wcześniej. W roku 1927, na prośbę Evansa, hiszpański fryzjer Artemio López, tuż po przeprowadzce do Trevelin, wyrył w kamieniu tablicę nagrobną Malacary. Napis na niej głosi: „Tu leżą szczątki mojego konia Malacary, który 3 kwietnia 1884 roku, gdy wracałem z Kordyliery, uratował mi życie podczas ataku Indian w Dolinie Męczenników. RIP, John D. Evans”. Obecna tabliczka została ufundowana przez władze prowincji Chubut.

[…]

Przy wejściu mocujemy się z kluczem. To normalne: chcemy otworzyć ogromną żelazną bramę. Ktoś przechodzi obok i pyta, co robimy.  Dostaliśmy klucz, żeby wejść na cmentarz – wyjaśnia Lobo.  Ciekawski człowiek odpowiada, że on swój klucz zgubił. Chce wiedzieć, czy może go gdzieś widzieliśmy. Odpowiadamy, że nie.  Istna noc narwańców – kwituje Lobo. Ciemność na Polloe jest dużo głębsza niż na Urgull, być może dlatego że chmury zakryły księżyc, kto wie, ale latarki naprawdę się przydają. Nie boję się, ale coś wyczuwam: w mroku zgaduję kształty grobów, widzę mauzolea, kaplice i krzyże, i robię im zdjęcia z lampą błyskową, rozświetlając je, co pozwala mi na kilka sekund dostrzec detale. Potem przeglądam je w aparacie, a uchwycone kadry albo zaskakują mnie swoim pięknem, albo są rozczarowujące. Za każdym razem jednak myślę: zaraz na zdjęciu pojawi się ktoś przyczajony za nagrobkiem. Albo: zaraz zobaczę, jak ktoś biegnie po alejce w moją stronę. Ktoś bezszelestny. Ktoś bez twarzy. Nie mówię tego moim towarzyszom, ale powstrzymuję swój fotograficzny szał. Nagle z oddali dobiega jakiś dziwny odgłos, a Bego i Lobo mówią, że to śmieciarka. Mieszkają w San Sebastián, więc nie mam powodu, by im nie wierzyć, ale dźwięk jest bardzo osobliwy, brzmi jak nasilony jęk lub szloch. Czy to pierwszy raz, kiedy na cmentarzu czuję strach? Nie jestem przerażona, nie chcę stąd iść. Ale tak, możliwe, że po raz pierwszy czuję tak wyraźny niepokój, po raz pierwszy wyobrażam sobie mroczne postaci kryjące się wśród zmarłych.

[…]

Idziemy w ciszy. Podziwiamy okazałe groby Cyganów, ozdobione kwiatami i ogromnymi zdjęciami, z inskrypcjami zapisanymi złotą czcionką. Wśród bardziej konwencjonalnych grobów napotykamy Grotę z Kafarnaum, dziwaczny grób otwierający się ku dołowi. Lobo mówi, że czasami za dnia wystawiają tu leżaki dla wdów. Sporadycznie naciskam spust migawki: na wpół gotycka kapliczka rodziny Romero-Sein, gargulce wyczekujące czegoś na mauzoleum architekta Ramóna Cortázara, epitafium poety Indalecia Bizcarronda, pseudonim „Bilintx” („My, którzy mogliśmy posłuchać twoich wersów w ukochanym San Sebastián, wierzymy, że odkąd odszedłeś, by śpiewać o miłosierdziu Bożym, w niebie zrobiło się weselej”), figura lamentującej kobiety na grobie Echeverríi, Jezus odsłaniający Najświętsze Serce, wiele poczerniałych mogił. Zbliżamy się w okolice starego krematorium, gdzie znajdują się groby dzieci. Są niezwykle osobliwe, i to w wielu aspektach. Po pierwsze, bardzo szczegółowo podają liczbę dni spędzonych przez dziecko na tym padole (11 dni, 38 dni, 7 dni) i na wszystkich pojawia się wyrażenie „uleciał(-a) do nieba”. Ale są wyjątkowo skromne: na całym świecie, od Peru aż po Niemcy, na grobach dzieci zwykło się zostawiać zabawki, balony, cukierki, lalki, autka, pamiątki, czasem nawet stroje, jak buciki czy spodenki. Tutaj nic podobnego. A groby nie są stare: u dzieci zmarłych w latach dziewięćdziesiątych widać świeże kwiaty, ale nic, poza tym. Nic, co mogłoby je odróżniać od innych ani śladu podszytej tęsknotą radości, charakteryzującej sektory dziecięce.

[…]

Przewodniczka opowiada mi o historii pierwszych kolonizatorów i trudnościach, z jakimi wiąże się zamieszkiwanie tej wyspy bogatej w obficie wydobywaną sól – tak ważną w czasach, gdy nie było lodówek – ale cierpiącej na niedobór słodkiej wody. Dopóki w 1970 roku nie odkryto jej podziemnych zasobów, przywożono ją z kontynentu lub gromadzono deszczówkę. Pierwszą przybyłą na Rottnest rodziną byli Thomsonowie, którzy osiedlili się tu z siódemką dzieci; Thomson Bay, tak na ich cześć nazwano główną zatokę, przy której znajdują się sklepy, piekarnia, muzeum, kaplica, Café Dome, herbaciarnia, Visitor Centre i nieco bardziej w głębi, budka, w której można wypożyczyć rowery. Docieramy na malutki cmentarz pierwszych kolonizatorów, położony naprzeciwko jednego ze słonych jezior. Na tabliczce widnieje informacja, że pochowano tutaj zaledwie trzynaście osób, choć widać przynajmniej dwadzieścia grobów. To słoneczny zakątek otoczony rodzimym gatunkiem sosen, z przesuszoną w tym półpustynnym klimacie trawą, emanujący wrogim pięknem. Thomsonowie na nim nie leżą. W niemal wszystkich grobach pochowane są dzieci. Mary Cody miała siedem miesięcy, kiedy zmarła w 1857 roku. Jest tu kamienny grób przypominający domek, w którym spoczywa Florence Marry Storrs, „pączuszek, który rozkwitnie w niebie, nasze dzieciątko”; zmarła, gdy miała dziesięć i pół miesiąca z powodu „atrofii”, czyli niedożywienia. Queenie Gurney umarła w roku 1893 w wieku sześciu lat. John James O’Donoghue, czteromiesięczny, zmarł w 1891 roku. On i jego dwumiesięczny brat William są pochowani w jednym z najlepiej zachowanych grobów. Emily Shea, dziewięć lat, 1869 rok. Elsie Rickey, pięć miesięcy. Henry Hall, dwadzieścia sześć dni. Jedyni dorośli to dwaj mężczyźni, zmarli w wieku trzydziestu i czterdziestu lat, robotnicy, prawdopodobnie służący, obaj topielcy. Tylko oni pośród dzieci.  Gdzie są ich rodzice? – pytam przewodniczkę.  Nie zmarli tutaj – wyjaśnia. Zmarli na kontynencie. I nie wzięli ze sobą dzieci, myślę. Przed zakończeniem wycieczki przewodniczka radzi mi, żebym wsiadła do objeżdżającego wyspę autobusu i pooglądała jeziora: jedno z nich jest różowe. Poleca mi również odwiedzić latarnię morską; o tam, na wzgórzu, może uda mi się zobaczyć wieloryby.

[…]

Dwa miesiące później grób Bona Scotta przychodzi do mnie pocztą, w postaci amatorskiego nagrania wypalonego na płycie CD. Paul, jego siostra, szwagier i ich dzieci wybrali się tam za mnie. W pewne piekielnie upalne popołudnie. Weszli przez bramę Bona Scotta: to jedno z bocznych wejść na cmentarz we Fremantle, imię rockmana jest wykute w łuku; bramę zbudowano z cegieł, a łuk z metalu. Na filmie siostra mojego chłopaka oznajmia, że jest wpół do siódmej. W tle leci Highway to Hell, potem High Voltage. Pojawia się kilka zdjęć Bona, a następnie widać grób, skromną niewielką tabliczkę z brązu, na której jest napisane: „Ronald (Bon) Scott zmarł 19 lutego 1980 roku w wieku trzydziestu trzech lat. Ukochany syn Isy i Chicka, brat Dereka, Graemego i Valerie. Na zawsze pozostanie w naszych sercach i będziemy pamiętać o nim każdego dnia”. Gdy ujęcie staje się szersze, obnaża prawdę: to jedna z wielu, niczym się niewyróżniająca tabliczka. Jest przy niej więcej kwiatów, ale fakt, że można przejść obok i zupełnie jej nie zauważyć, poraża. Szczególnie mając na uwadze, że jego imieniem nazwano jedną z bram, a na cmentarnych ścieżkach widać metalowe gwiazdy z napisem „Bon” i odbijające światło płyty CD. To wyjaśnia, dlaczego siostra Paula pokazuje zegarek do kamery i mówi: „Jest wpół do ósmej. Szukamy go od godziny!”. Potem Paul, który założył okulary z żółtymi szkłami, wyjaśnia, że przez godzinę błądzili po części chińskiej, po grobach świadków Jehowy, protestantów, żydów i jankesów, a kiedy zrezygnowani i zgrzani zawrócili do wyjścia, natknęli się na Scotta. Tak właściwie to najpierw zobaczyli cementową ławkę, którą rodzina postawiła, by fani mogli sobie usiąść i wypić z nim piwo. Odwrócili się i wtedy zauważyli skromną tabliczkę. Chyba liczyli na coś więcej. Coś bardziej wymownego, jakieś graffiti, tłumy fanów, cokolwiek. Ale nie. Ledwie tabliczka i czerwone róże.

[…]

W uprzywilejowanej lokalizacji, przy placu i blisko wejścia, znajduje się mauzoleum Joségo Menéndeza: nie da się go nie zauważyć, nie tylko dlatego, że jest przepiękne, ale również dlatego, że stoi w miejscu, którego nie da się przeoczyć. Menéndez zwany jest „królem Patagonii”. Taki tytuł nosi również jedna z jego najważniejszych biografii, z 2014 roku; napisał ją hiszpański historyk José Luis Alonso Marchante. Mauzoleum zostało zdewastowane niedługo po mojej wizycie, powody tego incydentu były jednak dużo bardziej oczywiste niż w przypadku ataku na drzewa: w trakcie jednej z wycieczek grupka zwiedzających oblała go czerwoną farbą. Na zdjęciu widać plamy, kolorowe odciski dłoni przywodzące na myśl malowidła naskalne, krwawe kwiaty. To zrozumiałe. Mniej rygorystyczni historycy nazywają Menéndeza kontrowersyjnym pionierem. Inni po prostu ludobójcą. Pozostawiony przez niszczycieli napis, namalowany sprayem na wejściu do mauzoleum, głosi: „Tu spoczywa José Menéndez, oprawca ludu Selk’nam”. Menéndez chciał być pochowany w Patagonii, obok swojej żony Maríi Behety: pozostali członkowie rodziny mają własne spektakularne mauzoleum na Recolecie w Buenos Aires, w Argentynie. Ale José Menéndez zbił ogromną fortunę w Punta Arenas, więc postanowił tu też pozostać. Co prawda białe mauzoleum, z ustawionym na szczycie aniołem, mogłoby być nieco bardziej wystawne, ale jest wystarczająco eleganckie. Wybudował je Tomislav Boric, starszy mistrz robót chorwackiego pochodzenia: nie wydaje się, by to architektoniczne dzieło miało na celu specjalnie się wyróżniać wśród innych, ale Menéndez był człowiekiem osobliwym. Chciwym, chorobliwie ambitnym i w wielu aspektach, głównie towarzyskim, niewychylającym się. Żarliwym konserwatystą i oszustem.

[…]

W czasie, gdy rozgrywały się wydarzenia „tragicznej Patagonii”, María Behety, żona Joségo Menéndeza, już nie żyła. Jej zwłoki zabalsamowano i przeniesiono do mauzoleum na cmentarzu w Punta Arenas w 1908 roku. Małżonek dołączył do niej w 1919 roku: zmarł rok wcześniej w Buenos Aires, na raka, w wieku siedemdziesięciu jeden lat. Jego pogrzeb był ważnym wydarzeniem społecznym: zachowały się fotografie świadczące o ogromnej liczbie osób, które towarzyszyły magnatowi w jego ostatniej drodze. Kilka metrów od mauzoleum rodziny Menéndez znajduje się tak zwany Grób Nieznanego Indianina. To wykonany z brązu pomnik inspirowany zdjęciem jednego z przedstawicieli społeczności Selk’nam. Przed nim leży płyta, również z brązu, na której widnieją słowa pochodzącego z Punta Arenas poety imieniem José Grimaldi Acotto: „Nieznany Indianin wyłonił się z cienia historycznych i geograficznych wątpliwości. I spoczywa tutaj, okryty miłością ojczyzny, chilijskością”. Pomnik przedstawiający bardzo młodego mężczyznę, być może nawet nastolatka, jest otoczony marmurowymi tabliczkami wywieszonymi w podzięce za dokonanie cudu: otoczony w sensie dosłownym, bo stoi tyłem do ściany, a po jego bokach wyrastają dwie kolejne, tworząc coś na kształt zagrody. „Dziękuję ci, Indianinie, za wysłuchanie moich próśb. Twoja oddana Cristina”. „Dziękuję ci, Indianinie, za cud”. „Dziękuję ci, Indianinie, za uzdrowienie mojego syna”. Pomnik zdobią też podarki od czcicieli: koronkowe chusty, krzyże z ogromnymi konającymi Chrystusami, bransoletki, piętrzące się przed nim kwiaty. Ta feeria kolorów i czułości stanowi swego rodzaju prośbę o przebaczenie w miniaturowej skali, a także – jak zwykle w tego typu przypadkach – próbę załagodzenia jakiejkolwiek ewentualnej furii.

[…]

Po prawej stronie, niemal przy samej ścianie cmentarza, w tak zwanej dziewiątej kwaterze, znajduje się mauzoleum Luisa Nogueiry, męża Sary Braun. Po zakupie terenu pod mauzoleum Mauricio Braun opisał siostrze to miejsce jako „najpiękniejsze, jakie można zdobyć, kawałeczek ziemi niemal całkowicie ustronny dzięki otaczającej go naturze”. Budowa grobowca trwała dwa lata; szczątki Nogueiry przeniesiono tam w maju 1896 roku, w trzecią rocznicę śmierci. Sara zmarła 22 kwietnia 1955 roku w swojej posiadłości w Viña del Mar: była kobietą sławną i dość poważaną dzięki zaangażowaniu w działalność filantropijną i akcje charytatywne. Przez długi czas – jeszcze nawet kilka lat temu – uważano, że miała być ostatnią osobą, jaka kiedykolwiek mogła przekroczyć ufundowany przez siebie bajeczny portyk; to nieprawda: bramę zamknięto, bo prowadzi do kaplicy i nie wykorzystuje się jej w trakcie pogrzebów ani do przemarszu konduktów żałobnych. Dużo bardziej makabryczny jest mit, jakoby jej ciało wyciągano raz do roku w celu odświeżenia fryzury, do czego wynajęty pewien argentyński fryzjer. I choć pozagrobowa kokieteria Sary Braun jest zmyślona, to faktem jest, że pewien balwierz z Buenos Aires czesał swoją zmarłą żonę na cmentarzu każdego pierwszego listopada. Na nieszczęście chorobliwie ciekawskich turystów grobowiec sprzedano, a nieboszczka z nieskazitelną fryzurą już tam nie spoczywa (miejsce jej pochówku pozostaje nieznane).

[…]

Zwiedzałam muzeum zafascynowana kośćmi dinozaurów i prawdę mówiąc, jedyne mumie, jakie wtedy mnie interesowały, to te egipskie, zabandażowane, z sarkofagami inkrustowanymi lapis-lazuli. Czy wiedziano o przetrzymywanych w piwnicach szczątkach autochtonów? Muzeum-panteon, muzeum-cmentarz, muzeum-grobowiec. Gdzie teraz spoczywają te kości? Czy nadal tam są? Prześladuje mnie też duch bogatego hulaki i buntownika Matíasa Behety’ego, szwagra Joségo Menéndeza, który przez jakiś czas pełnił rolę swego rodzaju cudownej mumii z La Platy. Ten alkoholik, beznadziejny poeta i okazjonalny dziennikarz zmarł w wieku trzydziestu sześciu lat i został pochowany na niewielkim cmentarzu na przedmieściach Tolosy, który po jakimś czasie został zlikwidowany. Podczas transportu na dzisiejszy cmentarz w La Placie odkryto, że jego ciało zachowało się w idealnym stanie. Ciało (co oczywiste!) zostało wystawione na nowym cmentarzu na początku XX wieku (Behety zmarł w 1885 roku w szpitalu psychiatrycznym w Melchor Romero). Podobno mumia emanowała własnym światłem. Kiedy zarządca José Peralta otworzył trumnę, zakrzyknął z przerażeniem: „Świeci!”. Mumia miała swoich wyznawców, składano jej ofiary, a nawet wznoszono do niej prośby o małe cuda. Jednak wystawka w cmentarnej kaplicy nie trwała długo. W 1923 roku Antonino Lamberti rozpoznał w niej swojego przyjaciela, Matíasa Behety’ego i cała historia trafiła do uszu jego bogatej rodziny. Ta, gdy tylko się o tym dowiedziała, postawiła mu marmurowo-granitowe mauzoleum z popiersiem; stoi na cmentarzu od 1925 roku.

[…]

Brama wejściowa obecnego cmentarza na wyspie Martín García, który znajduje się w tym miejscu od 1899 roku, graniczy z jednej strony z murkiem, a z drugiej z kapliczką. Kapliczka jest bardzo skromna i wydaje się – przynajmniej na moje oko – opuszczona. Nad prostym ołtarzem, obok krzyża, wisi kilka świętych obrazków i starych różańców oraz, co chyba najbardziej niepokojące, splecione ze sobą gałęzie przypominające dziwaczne stroiki-ofiary. Bardzo w stylu Blair Witch Project. Chciałabym znaleźć bardziej eleganckie, bardziej literackie porównania, ale te cieniutkie i mroczne gałązki wyglądają jak żywcem wyjęte z Blair Witch. Na cmentarzu znajduje się około dwustu pięćdziesięciu grobów, w przeważającej mierze białych, kamiennych, o bardzo podobnym kształcie. Na większości, i jest to widok uderzający, poprzeczne ramię krzyża jest przekrzywione. W pierwszym grobie z krzywym krzyżem leży Noel Michel Lefolcavez, zmarły w 1848 roku francuski porucznik, przeniesiony z jednego z zalanych cmentarzy. Niemal naprzeciwko Lefolcaveza został pochowany Nieznany Topielec; jego grób jest zniszczony przez roślinność i nie ma na nim krzyża. Niedaleko spoczywa Karl Krogh, członek załogi niemieckiego krążownika „Cap Trafalgar”, zatopionego przez brytyjski statek u wybrzeży Brazylii w 1914 roku; ponad dwustu członków jego załogi trafiło do Buenos Aires, a stamtąd na Martín García. Umieszczono ich w starym lazarecie i podobno niektórzy w tym odosobnieniu postradali rozum. Być może tak właśnie było z Kroghem, który chciał uciec wpław i, jak można było przewidzieć, utonął w Piekielnym Kanale. Ma pojedynczy nagrobek bez przetrąconego krzyża.

[…]

W pierwszych tak oznaczonych grobach mieliby spoczywać dwaj furieryści, zwolennicy doktryny Charlesa Fouriera, francuskiego filozofa i utopijnego socjalisty, który w opozycji do kapitalizmu stworzył koncepcję wspólnot mieszkających w falansterach; to on również, jako jeden z pierwszych, snuł rozmyślania na temat feminizmu i różnorodności seksualnej. Podobno w latach czterdziestych XIX wieku próbowano przekuć tę teorię w praktykę na brazylijskim półwyspie Saí położonym naprzeciwko wyspy São Francisco do Sul, w stanie Santa Catarina. To właśnie stamtąd mieli przybyć pierwsi wspomniani nieboszczycy, Lefolcavez i d’Oliveira. Potem przerodziło się to w zwyczaj. Teoria Alfonsína ma kilka luk. Pierwszą i najbardziej oczywistą jest brak dokumentacji; druga jest taka, że w jego książce widnieje informacja, iż São Francisco do Sul znajduje się blisko Martín García, podczas gdy tak naprawdę dzieli je półtora tysiąca kilometrów. Nie sposób znaleźć rozwiązania zagadki owych krzyży. Oczywiście istnieją też legendy wzięte z przeróżnych opowieści. Jedna z nich znajduje się w zbiorze Cuentos fantásticos del Delta (Opowiadania fantastyczne z Delty) autorstwa Roberta Vilmaux. Otóż poprzeczka krzyży ma opadać samoistnie w miarę upływu czasu. Autor opowiada historię małżeństwa, które pochowało syna, marynarza, i ze zgrozą obserwowało, jak zwyczajny katolicki krzyż przekrzywiał się z biegiem lat, by w końcu upodobnić się do innych. Powód? „Coś”, co w przeszłości miało połączyć ze sobą wszystkich wykolejeńców. Opowiadanie kończy się następująco: rodzice odwiedzają grób jesienią, wokół pełno jest suchych liści, a na miejscu odkrywają pęknięty nagrobek. Zaglądają do środka, po czym wydają z siebie krzyk. Już nigdy więcej nie wracają na wyspę. Jak na opowiadanie z gatunku fantasy jest trochę niedopracowane. Co zobaczyli rodzice? Nienaruszone ciało? Czy chodzi o to, że groby znaczą miejsce spoczynku wampirów? Czemu nie: tutaj nikt nie umiera.

[…]

Od wielu godzin poszukuję śladów voodoo w Nowym Orleanie. Czegoś więcej niż zwykła laleczka ze sklepu z pamiątkami, historie powtarzane w kółko przez przewodników za cenę dwudziestu dolarów, woreczek intencyjny czy kolorowy eliksir miłosny. Chcę odwiedzić grób Marie Laveau, mieszkającej tu w połowie XIX wieku królowej voodoo, przepięknej kobiety z ogromnymi kolczykami w kształcie koła i włosami schowanymi pod turbanem. Jej grób jest drugim najczęściej odwiedzanym w całych Stanach Zjednoczonych. Pierwszym jest grób Elvisa, w Graceland, przy jego własnym domu (nie został pochowany, a gdzieżby, na zwykłym cmentarzu: tworzyłyby się tam zatory). Zanim złożę ceremonialną, rytualną wizytę na grobie Marie, chciałabym znaleźć coś autentycznego. I to tutaj, w mieście. Nie mam, jak dostać się na luizjańskie bagna, gdzie podobno do dziś w przyczepach mieszkają kapłanki voodoo. Nie mam auta. A w Stanach nie mieć auta to jak nie oddychać. Przy Dumaine Street, o krok od Jackson Square, w jednym z najbardziej turystycznych zakątków w mieście, znajduje się Muzeum Voodoo. Jest malutkie, skromne, biedne. Nie można w nim kupić pocztówek, zwiedzających brak. Siedzący za kontuarem staruszek zdaje się cieszyć z naszej wizyty. Jest Afroamerykaninem, ma białą koszulę, twierdzi, że „praktykuje” i podaje mi broszurkę informacyjną.

[…]

Chyba nie do końca mi wierzy. Tak czy inaczej, nie zdecydowała się na romans z argentyńskim psychiatrą. Wyszła za kanadyjskiego ekologa, który nie ma i nie chce mieć nic wspólnego z voodoo. Jej mężem jest też pochodzący z Belize Oswan, który zmarł w 1995 roku. Jego duch ciągle żyje tutaj, w świątyni. To dość wyczerpujące – przyznaje Miriam – jak gdybym żyła na dwa domy, ale Oswan zawsze był czarujący, bardzo towarzyski. I tak cudownie się śmieje! Stara się nie zajmować zbytnio mojej uwagi. Przyjechaliśmy do Nowego Orleanu razem. Powiedział mi, że będzie żył krótko na tym świecie, bo jest chory. I takim go zaakceptowałam. Na zdjęciach stojących w gabinecie Miriam Oswan wygląda na zabiedzonego. Poznali się w Chicago. Miriam pochodzi z południa. Urodziła się siedemdziesiąt lat temu w Missisipi, w rodzinie pracującej na polach bawełny. Uciekła przed segregacją, kiedy tylko skończyła szkołę średnią, a w Nowym Jorku podjęła pracę pielęgniarki. Niedługo otworzy filię świątyni w Rosji. Jest znana na całym świecie. Z tyłu, obok gabinetu znajduje się ogromny ołtarz kapłanki, na który składają się dwa segmenty napakowane ofiarami; jest tam też pianino i setki dolarów w pieczołowicie zwiniętych banknotach. Kobieta pozwala robić zdjęcia. Nie żąda pieniędzy. Jest skromna. Nie opowiada nawet o tym, że pobłogosławiła krótki związek pomiędzy Lisą Marie Presley a Nicolasem Cage’em – być może dlatego, że to błogosławieństwo nie było szczególnie udane, bo małżeństwo przetrwało zaledwie pięć miesięcy. Poleca za to odwiedzić ogromny grób w kształcie piramidy, który sam Cage, zagorzały wielbiciel tego miasta, kazał postawić na cmentarzu St. Louis No. 1, gdzie spoczywa Marie Laveau.

[…]

St. Louis No. 1 jest najstarszym cmentarzem w mieście. Znajduje się bardzo blisko Congo Square, placu, na którym dwieście lat temu czarnoskórzy niewolnicy spotykali się, by tańczyć, śpiewać, a nawet grać na tamburynie. Tak narodził się jazz. Przez wiele lat groby położone na St. Louis No. 1 kruszyły się, rozpadały, a kości leżały rozrzucone. Cmentarze w mieście były bardzo zaniedbane. Od pewnego czasu działają tu jednak organizacje pozarządowe zajmujące się ich ochroną i odbudową; szczególnie ważną rolę pełni Save our Cemeteries, opiekujące się wszystkimi cmentarzami w Nowym Orleanie. W żadnym innym miejscu na świecie nie ma tylu nekropolii. Tak rodzą się historie o wampirach i zombie: w Nowym Orleanie znajdują się, przypomnę, aż czterdzieści dwa miasta umarłych. Na St. Louis No. 1 praktykuje się tradycyjną dla tego miasta formę pochówku, mającą na celu zaoszczędzić nieco miejsca. Oprócz grobowców rodzinnych można tu spotkać groby współdzielone. Nazywane są „piecami”, bo przypominają ni mniej, ni więcej, tylko wbudowane w ścianę piece chlebowe. Połączenie gorąca i wilgoci przyspiesza proces gnicia. Niecały rok po pogrzebie wyciąga się szczątki z trumny, a kości dawnego lokatora popycha się w głąb, robiąc miejsce dla kolejnego nieboszczyka. W grobowcach rodzinnych zamiast spychać kości głębiej, wrzuca się je do otworu, który zazwyczaj znajduje się w centrum całej struktury. To wyjaśnia, dlaczego cmentarz jest tak malutki: dzięki optymalnemu wykorzystaniu przestrzeni. W 2005 roku w trakcie huraganu Katrina cmentarz został zalany, ale opadające wody nie wymyły grobów.

[…]

Na piramidzie widnieje napis łaciński Omnia ab uno, co oznacza „wszystko z jednego”. Nie wiadomo, ile kosztowało Cage’a wykupienie tej ogromnej przestrzeni na historycznym cmentarzu. Grób jest brzydki, głupi i okrutnie drogi, i nikt nie ma pojęcia, dlaczego aktor chce tu leżeć. Być może zakochał się bezpowrotnie w tym mieście, gdy w 2009 roku wystąpił w filmie Wernera Herzoga Zły porucznik (Bad Lieutenant: Port of Call New Orleans). Do tego tutaj mieszka kapłanka, która pobłogosławiła jego małżeństwo. Kupił tu też posiadłość pisarki Anne Rice stojącą przy Prytania Street w Garden District, jednej z najbardziej eleganckich i ekskluzywnych dzielnic miasta. No i w 2007 roku nabył LaLaurie Mansion, nawiedzony dom w Dzielnicy Francuskiej (za ten zjawiskowy obiekt zapłacił trzy i pół miliona dolarów, ale nie nacieszył się nim zbyt długo). LaLaurie Mansion to najbardziej przeklęty budynek w tym obleganym przez zjawy mieście. Zdarzenia z 1834 roku w pełni wyjaśniają tę sławę. Wtedy właśnie w domu wybuchł pożar, a podczas akcji ratunkowej odkryto prywatną salę tortur pani Delphine LaLaurie, w której katowała i okaleczała niewolników, po czym zamykała ich, ciągle żywych, w jednym z pokoi. Gdy dowiedziano się o tym, Delphine LaLaurie musiała uciekać do Paryża, nie z powodu kłopotów z prawem, ale w obawie przez linczem ze strony niewolników należących do jej sąsiadów i innych zamożnych obywateli miasta. Niedługo później w studni stojącej na patio tej posiadłości znaleziono kilka ciał, w tym jedno niemowlęcia. Nikt nie jest w stanie zatrzymać jej na dłużej: zjawy wyganiają każdego nowego właściciela. Cage również pozbył się domu – stojącego na rogu wspaniałej Royal Street – niecały rok później. W zamian postawił sobie piramidę. Być może chce zostać pochowany na St. Louis No. 1, bo to właśnie tutaj znajduje się grób Marie Laveau, drugi najczęściej odwiedzany w całych Stanach Zjednoczonych i – kto wie – być może siłą inercji któregoś dnia stanie się trzecim najczęściej odwiedzanym nieboszczykiem w kraju, łącząc się w trójcy z Elvisem, ojcem byłej żony aktora i jego niekwestionowanym idolem. Grób Marie jest biały (jak zresztą większość: nie ma tu czarnego marmuru ani szarego kamienia) i pokryty ciągami trzech iksów namalowanych długopisami, szminkami, ołówkami, eyelinerami, kredą czy cegłą. Jak podaje legenda, aby poprosić ją o spełnienie życzenia, należy zapukać trzykrotnie w drzwi – lub w ścianę; chodzi o to, by ją obudzić i się z nią przywitać – następnie okrążyć trzykrotnie grobowiec, po czym pomyśleć życzenie, rysując na nim trzy krzyżyki. Przewodnicy, konserwatorzy, a nawet podręczniki voodoo dają do zrozumienia, że pisanie na grobach nie ma sensu, a poza tym zostawianie śladów w zabytkowych przestrzeniach jest nie lada barbarzyństwem. Krzyżyki mają przywołać ducha zmarłego, ale jak zgodnie podkreślają, nie trzeba ich koniecznie rysować.

[…]

Na niektórych grobach stoją ławeczki; przypominają ławy kościelne, z wyrzeźbionymi rybami i krucyfiksami. Są mogiły ludzi zwanych Coolie czy Plucky. Są też groby tak stare, że stojące na nich krzyże zapadły się i nie można zidentyfikować tu pochowanych. Są też tak nowe, że nadal leżą na nich wielkie kompozycje z kokardkami wykonanymi z papieru prezentowego i kwiatami z plastiku, na których widnieją słowa, imiona i tytuły. Na przykład „Boss”. Albo „Pie”. Papierowe kokardki są tanie; nie uchowają się w silnym deszczu, ale na razie wyglądają uroczo w niepewnych promieniach słońca. Pośród suchych liści znajduje się tabliczka, na którą łatwo nadepnąć. Jest wykonana z metalu i poświęcona Paulowi Patnaude, który w 1957 roku żył przez zaledwie dwa dni. Wisi też afisz z czerwonym napisem „Crime happened here” („Tutaj doszło do zbrodni”), ale historia opisana szczegółowo poniżej jest już nieczytelna. Zatarł ją bezlitosny deszcz. Ktoś zamordował pochowanego tu nastolatka; nie sposób odczytać jednak jego imienia ani danych zabójców, ani nawet daty czy powodów całego zajścia; nie wiadomo też, czy sprawiedliwości stało się zadość. Buddy Bolden leży tu w doborowym towarzystwie, chociaż nie wiadomo, gdzie. Został pochowany pod bezimiennym krzyżem, w grobie, na którym tabliczka dawno już się zatarła. Nikt nie potrafi go odnaleźć. Upamiętnia go duży pomnik stojący przy wejściu: „Tutaj spoczywa w bezimiennym grobie legendarny kornecista, pionier nowoorleańskiego jazzu, pierwszy król jazzu”. Jest też cytat z Jelly Roll Morton: „Nikt tak nie trąbił od czasów archanioła Gabriela”. W chwili śmierci, 4 listopada 1931 roku, Buddy nie dzierżył żadnego z tych tytułów. Był zwykłym szaleńcem umieszczonym w publicznym szpitalu. Nikt nie odebrał jego ciała, nikt nie złożył mu czci. Nikt nie zapłacił za jego grób.

[…]

Ścieżki pomiędzy grobowcami na Lafayette No. 1 są szerokie i wysadzane wapieniem muszlowym. Korony drzew lekko trzęsą się pod wpływem wiatru zwiastującego deszcz, który ostatecznie nie nadchodzi. Niewiele tu koralików z Mardi Gras, widać jakieś złożone w ofierze, pojedyncze papierosy, prawie nie ma tu kwiatów. To poważny cmentarz, bez juju, na dyskretnych tabliczkach często widnieje jedynie napis „Mama”, „Tata” czy „Syn”, a wszędzie widać gipsowe baranki, symbol uległości. Cmentarz Lafayette No. 1 w swojej dyskretnej elegancji i umiarkowanej dekadencji, w otoczeniu imponujących wiktoriańskich willi – jego powierzchnia zajmuje ledwie jeden kwartał – jest perfekcyjny, a dla bladych dżentelmenów to wymarzone miejsce do spacerów w świetle księżyca, pośród białych grobów. Stąd mogą obserwować rozświetlone okna okolicznych domów, w których toczy się życie.

[…]

Wiem tylko co nieco o Dniu Zmarłych. O calacas, ołtarzach, pelonas, alfeñiques, cukrowych czaszkach, o Catrinie, aksamitkach i chlebku pan de muerto. Calacas to ozdobne szkielety wykorzystywane w trakcie obchodów Dnia Zmarłych, które można kupić przez cały rok: ogrom tematycznego rękodzieła jest przytłaczający. Alfeñiques są słodyczami oferowanymi zmarłym i żyjącym; to wykonane z cukru lub pasty migdałowej czaszki, udekorowane imionami zmarłych, aniołki lub trumienki z umrzykiem w środku (często nadziewane miodem). Aksamitki to kwiaty, którymi w Dniu Zmarłych przystraja się ołtarze i groby. Mają intensywny żółty kolor, wpadający w pomarańcz, a ich płatki służą do wyznaczania ścieżek na cmentarzach lub w domach, maleńkich żółtych ścieżek prowadzących dusze z powrotem do domów lub na nekropolie. Pan de muerto to typowy dla tego okresu chlebek wypiekany na różne sposoby w zależności od regionu: może być okrągły lub przybierać jakiś konkretny kształt – na przykład szkieletu – i może być posypany cukrem. Postać Catriny stworzył niezwykły rysownik, José Guadalupe Posada. Wtedy, na początku XX wieku, nazywano ją Calavera Garbancera i była swego rodzaju satyrą na biednych Meksykanów, którzy, pomimo iż chodzili nadzy – czaszki są przecież nagie – ochoczo wkładali kapelusze: satyrą na osoby o rdzennych korzeniach udające Europejczyków i wyrzekające się swojej kultury. Diego Rivera nadał jej imię Catrina w latach czterdziestych, umieszczając ją na swoim muralu Sen o niedzielnym popołudniu w Parku Alameda: elegancka, ubrana na biało Catrina stoi tam obok Fridy Kahlo.

[…]

Jakiś chłopiec pyta go, gdzie znajdowała się część dla biednych, a przewodnik wskazuje w głąb cmentarza. Prawda jest taka, że upiększa historię. Początkowo to miejsce należało do dawnego Szpitala Cywilnego działającego od 1794 roku i było niczym innym, jak zbiorową mogiłą dla zmarłych w wyniku epidemii ospy i cholery. Gdy decyzją biskupa Diega de Arandy y Carpintera zbudowano tu cmentarz – początkowo nosił nazwę Guadalupe, a następnie Santa Paula; teraz, z uwagi na ulicę i pobliski szpital, zwykło się go nazywać Panteón de Belén – przestał być miejscem pochówku nędzników i stał się nekropolią dla cenionych zmarłych. To oznacza, że spacerujemy po ciałach tych biednych nieboszczyków. Są tutaj, pod nami, a nie gdzieś tam daleko. Rozumiem, że przewodnik nie chce się do tego przyznać: wiele osób nachodzi strach, gdy zdają sobie sprawę, że stąpają po czyichś szczątkach. W gruncie rzeczy wszyscy chodzimy po trupach, w większym lub mniejszym stopniu. Zmarłych jest dużo więcej niż żywych, to podstawowa prawda, i wszyscy skończymy kiedyś w ziemi. Renowacja cmentarza rozpoczęła się w 1969 roku. Był zapomniany na blisko sto lat, zarósł roślinnością, został ograbiony; cóż, taki jest zwykle los opuszczonych miejsc, chociaż cmentarze dotyka to w mniejszym stopniu, bo strach i uprzedzenia zniechęcają ludzi; zostawia się je na pastwę losu i w większości przypadków po prostu niszczeją. Panteón de Belén jest malutki, zajmuje powierzchnię kwadratu o bokach długości stu osiemdziesięciu metrów. Ma w sobie pewną kruchość, jak rozbite przedmioty, które ktoś naprawił z czułością. Dwie wypełnione niszami galerie czy też kolumbaria zbudowane z różowego kamienia tworzą otwarte korytarze ze sklepieniami podtrzymywanymi przez kolumny jońskie, a każde ze sklepień liczy pięćdziesiąt łuków. Zaprojektował je słynny architekt Manuel Gómez Ibarra, ten sam, który odpowiada za konstrukcję dwóch wież katedry w Guadalajarze. To tajemniczy ogród położony wzdłuż ciasnej i hałaśliwej ulicy: po przekroczeniu żelaznej bramy nagle wszystko cichnie. Decyzją konserwatorów roślinność wydaje się lekko ujarzmiona, nie porasta grobów ani przepięknych korytarzy o sklepieniach w kolorze cegły. Nie podchodzi też pod stojącą w centrum kaplicę zwieńczoną piramidą w stylu egipskim, wysoką na czterdzieści metrów i udekorowaną niebieskimi i białymi płytkami świecącymi w promieniach słońca; kiedyś w sześćdziesięciu czterech podziemnych kryptach leżały ciała zasłużonych mieszkańców Jalisco, obecnie spoczywające w rotundzie oddalonej od cmentarza o jakiś kilometr.

[…]

Główna alejka jest fenomenalna, z kamiennymi ławeczkami, nagrobkami, majaczącymi na horyzoncie szarymi wzgórzami, pomnikami stojącymi w rządkach, jak gdyby ustawiły się po obu stronach alejki w oczekiwaniu na przemarsz ku czci nowego mieszkańca cmentarza. Na postumentach znajdują się anioły i cierpiące kobiety; niektórym pomnikom brakuje kończyn (głównie rąk). Są dość niepokojące; stoją tu w dość sporych odstępach, bo cmentarz jest bardzo przestronny – nie ma tutaj ciasnoty, tak charakterystycznej choćby dla Recolety – niczym duchy odcinające się na tle szarego nieba. Przechodzę obok mauzoleum rodziny Graña Aramburu: jest na nim zmysłowy anioł, w tunice odsłaniającej ramię i niesamowite nogi, leżący na ciemnym grobie opatrzonym przyprawiającym o gęsią skórkę cytatem ze świętego Łukasza: „Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw, ani nic tajemnego, co by się nie stało wiadome. Lecz mówię wam, przyjaciołom moim: Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a potem nic więcej uczynić nie mogą”. Na grobie rodziny Curletti stoi przepiękny Jezus, skromny i pełen życia; jest wprost wymarzony do praktyki agalmatofilii – pociągu seksualnego do tych wykonanych z marmuru i brązu istot – egzotycznej przyjemności, którą, jak wiadomo, odczuwał Gustave Flaubert. Sam się do tego przyznawał: gdy odwiedził Włochy w 1845 roku i spacerował w okolicach jeziora Como, pośród okolicznych willi, zakochał się w replice rzeźby Psyche i Kupidyna stojącej w Villa Carlotta: „W galerii nie widziałem niczego innego. Nagle zawróciłem i w końcu pocałowałem pachę tej oddanej kobiety, obejmującej Kupidyna swoimi długimi marmurowymi ramionami. Musicie mi wybaczyć! To był mój pierwszy namiętny pocałunek od dłuższego czasu”.

[…]

Prowadzi mnie do niszy, przy której znajduje się jeden żółty plastikowy kwiat. Dekoracja dla Emilii Montañez Torres, zmarłej w wieku siedemnastu lat w 1917 roku, przedstawia zamyśloną Śmierć trzymającą czaszkę w kościstej dłoni. Siedzi na ziemi, kosa leży obok, a tunika – której rozchylone poły odsłaniają żebra i mostek – zakrywa jej nogi. Była wiedźmą, mówi stróż; nic więcej. Czasami ktoś składa jej ofiary. Była bardzo młoda, mówię, a on przytakuje. Chciałabym dowiedzieć się czegoś więcej o tej nastolatce, ale strażnik nie zna jej historii. Niespodziewanie rzuca: Parę dni temu wyrzucili tu Dominikańczyka bez głowy.  Nie rozumiem.  Słucham?  Dominikańczyka ze ściętą głową, señorita. Porachunki dilerów.

[…]

Idziemy obok siebie, słychać skrzypienie roweru, który jest duży i stary, w stylu angielskim. Kiedy pyta, co mnie sprowadza na cmentarz, ponownie kłamię: studentka historii sztuki, architektura żałobna. Na wszelki wypadek, gdyby potem rozmawiał o mnie z tamtym poprzednim. Potem odpowiadam na zwyczajowe pytania: czy to mój pierwszy raz w Limie, czy byłam w Cuzco, czy próbowałam już jedzenia i czy lubię peruwiańską kuchnię. Strażnik jest młody, czarujący i rozmowny. Po drodze pokazuje mi dwa groby. W pierwszym spoczywa José Santos Chocano, poeta, który został pochowany na stojąco. Pozwala mi się przyjrzeć mu z bliska; to otoczony murkiem kwadratowy trawnik, przy którym widnieje tablica z napisem: „Tutaj spoczywa na stojąco, wedle swojej woli, najbardziej kwiecisty poeta języka hiszpańskiego”; poniżej wyryto wers z Alma América, w którym wyrażał swą ostatnią wolę: „Ten metr kwadratowy, tak bardzo wyczekany / moim się stanie, po śmierci go zdobędę. / Oprócz tego metra nic już nie ma dla mnie / a ja w nim postoję, po śmierci nie usiędę”. Nieco dalej strażnik wskazuje na grób, w którym leży Felipe Pinglo Alva, kompozytor, zmarły w wieku trzydziestu sześciu lat na gruźlicę (na tym wystawnym cmentarzu wprost roi się od młodych awangardzistów!). Znajduje się na nim brązowa płaskorzeźba przedstawiająca kobietę, lira i układające się w pentagram kraty. Prawdopodobnie to grób o najbardziej ludowej estetyce spośród wszystkich znajdujących się na tym cmentarzu.

[…]

Jeden z moich najlepszych przyjaciół jest Niemcem i nawet odwiedził mnie podczas mojego krótkiego pobytu we Frankfurcie, ale wrócił już do Kolonii, a poza tym wątpię, by chciał iść ze mną cmentarz: jest trochę przygnębiony. Teraz tęsknię za jego towarzystwem. Mógłby mi wytłumaczyć, na przykład, o co chodzi w tym niezwykle drobiazgowym i dziwacznym spisie grobów położonych na Cmentarzu Głównym (po niemiecku: Hauptfriedhof). Przy wielu z nich wbito w ziemię niewielką tabliczkę z napisami w tym pomylonym języku. Tabliczki mają żółty, niebieski lub czerwony kolor i zdają się wskazywać na stan prac konserwatorskich nagrobków, a może, kto wie, po prostu informują o tym, że grób zostanie niedługo usunięty z powodu nieopłacenia kwatery. Ale nie wierzę w to: Niemcy wydają się odporne na europejski kryzys; w finansowej dzielnicy miasta, ogromnej, bo Frankfurt pełni rolę zagłębia bankowego, protestujący postawili ledwie kilka namiotów obok wielkiego złoto-niebieskiego symbolu euro, niedorzecznej rzeźby symbolizującej dumę i dostatek. „Oburzeni” są bardzo spokojni, jak gdyby uczestniczyli w pikniku, a głoszone przez nich hasła są zdumiewająco naiwne. Wcześniej tego samego dnia przespacerowałam się wśród namiotów, ale z nikim nie rozmawiałam ani tym bardziej nie przyznawałam się, że jestem Argentynką (inni Argentyńczycy, którzy przyjechali do miasta na targi książki, ujawnili się i zostali niemal siłą zmuszeni do pozostania tam, w ogniu pytań, wyniesieni niemal do rangi bohaterów). Problem polega na tym, że María Rosa nie potrafi odczytać napisów na tabliczkach i nie udaje się nam rozwiać naszych wątpliwości. Próbujemy odnaleźć grób Theodora Adorno, który został tu pochowany, ale nic z tego. Nie interesuje mnie zbytnio, szukam go od niechcenia, jak wszystkie groby sław, które ze mną nie rezonują. Trafiamy natomiast na grób Schopenhauera. Nie sprawia nam to trudności, bo wskazuje na niego ustawiony przy alejce zielony znak o treści „Schopenhauer Grab”. Jest granitową płytą, na której wyryto jego imię, położoną w środku przestronnego kwadratowego ligustrowego żywopłotu, na tyle wysokiego, by zniechęcić potencjalnych odwiedzających. Tego popołudnia nikt nie przychodzi do Schopenhauera z wizytą; jesteśmy same, pod niemal letnim słońcem, pośród orzeźwiającej zieleni i gdzieniegdzie zwisających dziwacznych konewek… czyżby w tym dostojnym lesie ich używano? Spędzamy chwilę z Schopenhauerem. Nie wiem, czy stanie przy jego grobie jakkolwiek emocjonuje moją towarzyszkę. Mnie jest wszystko jedno. Znajduje się tu szara tabliczka z niezrozumiałą dla nas treścią. Zaczyna to już być nieco irytujące. A jednak mam ochotę nigdy już nie opuszczać tego cmentarza. Jest coś hipnotyzującego w spacerowaniu pomiędzy grobami, w robieniu zdjęć gotyckim literom, kryjącym się wśród kwiatów półnagim młodzieńcom czy opierającym się o marmur aniołom.

[…]

Oczywiście przede wszystkim chcę odwiedzić cmentarz Bonaventure uznawany za jeden z najpiękniejszych na świecie. Byłam już na wielu cmentarzach zapierających dech w piersiach swoją subtelnością, urokiem i spokojem, ale widziałam fotografie z Bonaventure i myślę, że jego wielbiciele mogą mieć rację. Lepiej, żeby ją mieli, bo wpadłam w obsesję na punkcie Savannah po zobaczeniu zdjęcia z tego cmentarza, zamieszczonego na okładce Północy w ogrodzie dobra i zła. Nosi tytuł Bird Girl i wykonał je w 1993 roku pochodzący z Savannah fotograf Jack Leigh. Wielu uważa, że książka częściowo zawdzięcza swój sukces właśnie jemu. Zgadzam się z nimi bez analizy badań marketingowych, ze zwykłego zdrowego rozsądku: to najbardziej fantasmagoryczne, sugestywne i romantyczne zdjęcie na świecie. Szczupła dziewczynka trzyma w obu rękach poidełka dla ptaków, ma krótką fryzurę, ściętego tuż przy linii karku boba, staromodną prostą sukienkę z krótkim rękawem okrywającą jej płaskie piersi i wąskie biodra; wiek – dziesięć, może jedenaście lat. Jest zrobiona z brązu i stoi na cmentarzu wyglądającym raczej jak las z nagrobkami w tle, niebo jest zakryte gałęziami drzew i zwisającym z nich mchem, i tylko za jej plecami widać bardzo delikatne światło. Oto całe zdjęcie, ale trzeba je zobaczyć. Zobaczyć i zakochać się w nim, a następnie przez lata marzyć o tym, by usiąść naprzeciw dziewczynki, w cieniu dębów, w mieście, którego nazwa pobrzmiewa rzeką i latem. Gdy tylko przyjeżdżam do miasta, orientuję się (jak mogłam o tym wcześniej nie wiedzieć?), że dziewczynkę zabrano z cmentarza z uwagi na zbyt często prześladujących ją turystów. Pojawiły się nawet obawy, że ktoś może ją ukraść. Została przeniesiona do muzeum Telfair (rzeźba jest modernistyczna, wykonana w 1936 roku przez rzeźbiarkę Sylvię Shaw Judson). Dowiaduję się również, że Leigh, geniusz i właściciel galerii Southern Images, zajmującej się sprzedażą kopii nie tylko tego, ale również innych niesamowitych zdjęć dokumentujących głębokie Południe, zmarł w 2004 roku. Galerię zamknięto.

[…]

Nie będzie mi dana wycieczka z Blue Orb ani zwiedzanie Bonaventure. Poddaję się po wykonaniu dziesięciu telefonów, w tym pięciu do jednej osoby, pana Scotta, który nie odbiera ani razu. Mary Shelley zapisała kiedyś w dzienniku: „Jakże łatwo rozkochać się w śmierci z myślą, że można tu być pochowanym”. Miała na myśli cmentarz protestancki w Rzymie, w którym spoczywa jej mąż, Percy Bysshe Shelley, i dwóch synów, choć żaden z tych pogrzebów nie obył się bez kłopotów. Najpierw chciano pochować ojca razem ze zmarłym kilka lat wcześniej Williamem, ale nie odnaleziono jego grobu. Ostatecznie towarzyszy mu drugi z synów, który przeżył ojca. Na nagrobku widnieje błędna informacja, że wszyscy trzej spoczywają razem, ale tak naprawdę pierwszy ze zmarłych Shelleyów nadal się nie odnalazł. W tym samym grobie spoczywa też osobno serce Percy’ego Shelleya, które Mary długo nosiła przy sobie jako relikwię – uratowała je z ognia, gdy wraz z przyjaciółmi, wśród których znajdował się Lord Byron, zorganizowała na włoskiej plaży kremację męża zmarłego przez utonięcie. Równie dobrze mogła napisać tę eulogię do Bonaventure. Cmentarz mieni się srebrem, zielenią i purpurą; światło słoneczne przebija się tam niekiedy między dębami i hiszpańskim mchem, a czasem niebieskie niebo chowa się za czerwoną różą. Bonaventure jest położony daleko od centrum Savannah, na terenie dawnej plantacji i kończy się na rzece Wilmington. Przez cmentarz przepływa rzeka, urocza błękitna rzeka, po której pływają krewetkowce, całkiem cicha, słyszalna tylko wtedy, gdy wiatr potrząsa drzewami i dochodzi szum wody. Bonaventure przypomina starą, acz nieopuszczoną świątynię. Świątynię leśną, odwiedzaną przez nielicznych, lecz oddanych wiernych, którzy czyszczą schody i marmury, sadzą nowe azalie i mrużą oczy w odbijającym się od rzeki świetle.

[…]

Przy Gracie leży kilka drobnych podarków, czerwone róże – w większości sztuczne – i fikuśna biżuteria: błyszcząca, różowa, dziewczyńska, jakieś pierścionki, wisiorki i broszki. Podobno, gdy zabierze się jej którąś z tych rzeczy, pomnik płacze krwawymi łzami. Gracie chyba lubi dramę. Choć hotel jej rodziców już nie istnieje, dziewczynka najwyraźniej lubi krążyć po postawionych na jego miejscu nowych budynkach – jeden z nich to bank; czasem można zauważyć, jak tam przebiega lub się bawi, jest przyjaznym duszkiem. W Savannah roi się od duchów dzieci, a Gracie nie budzi szczególnej grozy. Przy Abercorn Street stoi dom cieszący się szczególnie złą sławą, choć nie ma żadnych, nawet najmniejszych dowodów na to, że którakolwiek z dwóch związanych z nim historii jest prawdziwa: pierwsza opowiada o mężczyźnie, który ukarał swoją córkę, przywiązując ją do krzesła i pozwalając, by zmarła z głodu – oboje pojawiają się w oknie, a druga o trzech dziewczynkach rozczłonkowanych w tym domu przez kogoś w stylu Kuby Rozpruwacza. Nie istnieje nic, nawet najmniejsza wzmianka w kronikach policyjnych, co mogłoby uwiarygodnić te opowieści. Mimo to ludzie mdleją tam w trakcie wycieczek śladami duchów, a fani tego domu – tak, ma fanów; wszystko ma jakichś fanów – codziennie publikują zdjęcia plam przypominających ludzkie twarze: plamy na ścianach, postaci w oknach. Te martwe, mściwe dzieci są dużo bardziej przerażające od małej Gracie. Bidulce po prostu zachorowało się i zmarło. Obok niej znajduje się jeden z najpiękniejszych pomników na cmentarzu, postawiony między bluszczem a różami anioł z wyciągniętą ręką, który zdaje się rozsypywać coś na grób. Nie ma żadnej historii. Ktoś włożył mu w rękę czerwone liście, wygląda, jak gdyby trzymał krwawy kwiat. Daleko od anioła, w pobliżu rzeki, znajduje się grób Conrada Aikena, poety, autora powieści i opowiadań, laureata nagrody Pulitzera w dziedzinie poezji z 1930 roku. Jego grób ma kształt ławki, na której widnieje napis: „Kosmiczny marynarz: cel nieznany”.

[…]

W jego grobie jest coś bezsprzecznie mrocznego: to Aiken odnalazł ciała i słyszał, jak jego ojciec lekarz, który na nielicznych zachowanych zdjęciach ma dziką, wykrzywioną twarz, krzyczy „Raz, dwa, trzy!”, po czym oddaje strzał. Aiken próbował popełnić samobójstwo w 1930 roku. Uratowała go druga żona. Gdy wrócił do Savannah, kupił dom stojący obok tego, który był świadkiem morderstwa i samobójstwa jego ojca. W jednej z książek, będących swego rodzaju autobiografią, pisarz przyznaje, że po odnalezieniu ciał poczuł się „opętany przez nich na zawsze”. Nie mam ochoty przysiadać na ławce, żeby popatrzeć na rzekę i sączyć martini. Nie wiem, dlaczego Aiken chciał być pochowany z rodzicami. Pamiętam jedno z jego opowiadań, cudne Silent snow, secret snow; często pojawia się w antologiach grozy, choć jest to strach subtelny, psychologiczny, na paluszkach. Jego bohaterem jest dwunastoletni chłopiec, który postradał zmysły i zaczął słyszeć niemożliwe: śnieg, bezgłośny śnieg. Ten miękki szum zagłusza wszystkie inne dźwięki, a chłopiec pogrąża się we własnym świecie, w świecie szaleństwa. I to szaleństwo mu się podoba: lubi się w ten sposób odcinać, nie zwracać na nic uwagi, zatracać się w samym sobie. Przyznaje, że śnieg go wabi – nie może przestać o nim myśleć – „mówił spokój, mówił dystans, mówił zimno, mówił sen”. Byłoby to piękne, choć dość niefortunne epitafium.

[…]

Kiedy pozbyliśmy się marudy i mogłam już podnieść wzrok, przed oczami rozciągał się Colón. Mauzolea bogatych rodzin, które w większości wyjechały z Kuby w latach sześćdziesiątych; opuszczone, choć niewiele bardziej niż na jakimkolwiek innym zabytkowym cmentarzu: wszak są już na wyginięciu. Białe groby, kopuły, niektóre gotyckie, a inne klasyczne, pod jasnym błękitnym niebem, o tej godzinie bezchmurnym. Jakże inaczej wyglądałyby w Europie, pod szarym niebem. Tutaj wszystkie są rażąco białe, niczym spalone słońcem, solą i tropikalnym deszczem. Szybciutko, truchtając za moim gospodarzem, dotarłam do pierwszego grobu, jaki chciał mi pokazać, należącym do Aleja Carpentiera. Znajduje się tam otwarta marmurowa księga, zwieńczony krzyżem monolit i napis „Naszym rodzicom”. Nie mogliśmy odnaleźć miejsca pochówku Dulce Maríi Loynaz (potem Albertico zaprowadził mnie do jej domu). Niemal przez przypadek trafiliśmy na grób, w którym leży José Raúl Capablanca, zmarły w 1942 roku szachowy mistrz świata: na niezwykle skromnym nagrobku stoi bardzo, bardzo wysoka figura królowej. José Lezama Lima też spoczywa w niewyróżniającym się grobie, na którym tego dnia nie było kwiatów: to marmurowa przyziemna płyta, z typowymi uchwytami, jakby można ją przesunąć, oraz prosta dedykacja od kolegów z klasy. Na tym zakończył się krótki spacer literacki. Potem Albertico niczym zawodowy przewodnik opowiadał mi anegdoty, zasuwając w pełnym słońcu po pięćdziesięciu sześciu hektarach cmentarza. On, przezornie, założył czapkę z daszkiem; ja prosiłam się o udar. Lubił historie miłosne, a na Colón wprost roi się od romansów. Na przykład ten pomiędzy Modestem a Margaritą. Margarita zmarła w wieku trzydziestu dziewięciu lat. Jej o dwadzieścia lat starszy mąż, wykładowca i muzyk, w 1964 roku wyrzeźbił jej popiersie, a rok później swoje własne.

[…]

Jeszcze przed wejściem na cmentarz idę na Candlemaker Row (uwielbiam nazwy tych ulic: „wytwórców świec”, tuż obok cmentarza), aby zobaczyć (pomnik) najsłynniejszego czworonożnego obywatela miasta, pieska zwanego Greyfriars Bobby. To skye terrier, którego właściciel rzekomo nazywał się John Gray i był stróżem nocnym. Po śmierci Johna Bobby warował przy grobie przyjaciela aż do własnej śmierci w 1872 roku, w wieku szesnastu lat. Jego pomnik to najczęściej fotografowany pomnik w Szkocji. Niezłomna wierność Bobby’ego jest przedmiotem wielu dyskusji i powstały nawet książki reklamowane jako „prawdziwa historia”, mające na celu obalić ten mit. Najgorętszy spór toczy się jednak o Johna Graya, czy rzeczywiście istniał i tak się nazywał, czasami występuje pod zmienionym nazwiskiem, a innym razem nie jest stróżem, tylko rolnikiem. Zresztą pomnik Graya na cmentarzu został ufundowany przez grupę zakochanych w Bobbym Amerykanów: kto wie, gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Johna. Wedle innej wersji Bobby był bezpańskim pieskiem, który przychodził na cmentarz nie z wierności, ale dlatego, że po prostu to lubił. Tak czy inaczej, pomnik jest ładny. Ludzie dotykają go tak często, że niektóre części jego ciała lśnią złotym blaskiem w pojawiających się sporadycznie promieniach słońca. Piesek wskazuje bramę wejściową na Greyfriars, stary i ponury cmentarz porośnięty połyskliwie zielonym brytyjskim trawnikiem, a groby przy Grassmarket Street zdobią czaszki i kości, przerażające, wywracające oczami cherubinki, wyryte w kamieniu i przygniecione kolumnami głowy mitologicznych stworów, tablice z długimi i szczegółowymi opisami zmarłych, ich historii oraz pochowanych z nimi członków rodziny, maski pośmiertne i wszechobecne szkielety. Ten cmentarz był świadkiem koszmarnych czasów: mówi się, że jego teren jest lekko uniesiony z uwagi na liczbę pochowanych w nim ciał. Na jednym z niskich grobów widnieje napis: „Ta żelazna krata została zamontowana, by złodzieje grobów nie mogli odkopać ciała dla celów lekcji anatomii w szkole medycznej.

[…]

Przy pomniku Marksa nie ma ochrony, choć na krótko przed moją wizytą padł ofiarą wandali. I to dwukrotnie. Pierwszy raz w lutym tego roku: napastnik zniszczył młotkiem marmurową tablicę z 1883 roku wkomponowaną w pomnik w roku 1954. Nie zaatakował żadnego innego grobu, a najbardziej ucierpiał fragment z napisem Karol Marks. Ian Dungavell, dyrektor wykonawczy Friends of Highgate Cemetery Trust (organizacji zajmującej się utrzymaniem cmentarza, nieotrzymującej finansowania państwowego), powiedział: „Niezależnie od tego, co uważa się na temat filozofii Marksa, stała się rzecz oburzająca. Z czysto ludzkiego punktu widzenia ten grób należy też do jego żony i innych członków rodziny. A ta forma protestu jest bardzo mało finezyjna”. Nie wiadomo, kiedy dokładnie doszło do tego incydentu, ale podejrzewa się, że w okolicach 4 lutego: zarządcy dowiedzieli się o nim dzięki mediom społecznościowym. Ale 16 lutego doszło do jeszcze gorszego ataku: pojawiły się na nim namalowane czerwonym sprayem napisy „Doktryna nienawiści” i „Architekt ludobójstwa”. Kierownictwo cmentarza było w szoku, choć dużo łatwiej jest zmyć farbę niż pozbyć się pęknięć od uderzeń młotka. Policja otrzymała zgłoszenie około jedenastej, ale nikt nie został aresztowany. Tak samo, jak w przypadku ataku z 4 lutego. Teraz po graffiti nie ma już śladu; myślę sobie, że to bardzo w stylu Manicsów, przypominam sobie ich koszule z namalowanymi sprayem cytatami z Kierkegaarda i wydaje mi się, że to podobny gest, choć o zupełnie odmiennym wydźwięku: świat zmienił się w ciągu tych dwudziestu pięciu lat. Jestem przekonana, że napastnicy są w tym samym wieku, co Manicsi w trakcie tej pamiętnej sesji. Została mi jeszcze godzina do tak długo wyczekiwanej wizyty na Cmentarzu Zachodnim, zwanym też wiktoriańską Walhallą. W tym czasie przechadzam się po skromniejszej części wschodniej. Wiem, skąd częściowo bierze się moja melancholia i nie chcę być tak dziecinna, głupia i niewdzięczna. Dwa dni temu byłam na koncercie Suede w Cambridge. W trakcie ostatniej piosenki wokalista Brett Anderson zaprosił ludzi z pierwszych rzędów na scenę, co było niemałym zaskoczeniem, bo zespół cechuje spory dystans.

[…]

Na mapie zaznaczono fioletowym kolorem dwie opcje długich spacerów. Nie znam zbyt wielu grobów na Cmentarzu Wschodnim, ale chcę zobaczyć miejsce pochówku Anny Mahler, na którym znajduje się reprodukcja jednej z jej przecudnych rzeźb, Vision: przedstawia jej córkę Marinę zasłaniającą twarz, jak gdyby płakała lub nie chciała na coś patrzyć. Anna Mahler bardzo szybko została zupełnie sama: jej ociec Gustav zmarł, gdy miała sześć lat, a wcześniej szkarlatyna zabrała jej siostrę; matka, Alma, oskarżała Gustava o sprowokowanie tej śmierci swoimi Kindertotenlieder, pieśniami dla zmarłych dzieci. Życie z matką było skomplikowane: Alma miała romanse z takimi artystami, jak Walter Gropius i Oskar Kokoschka, a to tylko najsłynniejsi z jej kochanków; było ich wiele więcej. Anna nie znosiła zbyt dobrze tej rozbuchanej seksualnie atmosfery i aby uciec z domu, wyszła za mąż w wieku szesnastu lat. Stojącą na jej grobie rzeźbę otacza przepiękna zieleń. W takich chwilach chciałabym mieć choć blade pojęcie o botanice. Jak nazywają się te żółte, białe i niebieskie kwiaty, które zasadzone w licznych donicach otaczają grób zmarłego w wieku szesnastu lat Michaela Arbaba Zadeha? Tablica jest stylizowana na strzałę upamiętniającą samego chłopca oraz jego młody wiek; donice są przejawem dbałości i miłości. Niedaleko stąd leży Douglas Adams, przy którym fani postawili wcale nieźle wyposażony pojemnik na długopisy; liczyłam na jakiś ręcznik, w stylu tych noszonych 25 maja przez fanatyków Autostopem przez galaktykę. Ale nie: tylko długopisy, ołówki i samotne autko, malutkie, i w sumie nie wiadomo, czy to podarek, czy porzucona zabawka. Najlepsze epitafium znajduje się na grobie Malcolma McLarena, managera grupy Sex Pistols: „Lepsza spektakularna porażka niż umiarkowany sukces”. Jest na nim również maska pośmiertna i rzeźba: to zaskakujące, bo wygląda dość przestarzale, oczekiwałam jakiegoś punkowego szaleństwa, ale nie.

[…]

Zanim przechodzę na stronę zachodnią – przez niemal nieuczęszczaną na tym odcinku Swain’s Lane – przypominam sobie magnetyzującą historię wampira z Highgate, który grasował tu w latach sześćdziesiątych. Nie pozostały po niej żadne ślady i nie wspomina się o niej w żadnych przewodnikach, ale jest wspaniała. I zdarzyła się niedawno! Najpierw były zwidy: na cmentarzu i w jego okolicach ludzie widzieli duchy i zjawy wyglądające jak mroczne postaci z błyszczącymi oczami. Poszła plotka, że niektóre groby zostały otwarte i sprofanowane podczas rytuałów czarnej magii. To była końcówka lat sześćdziesiątych, więc możliwe, że to prawda (z tymi rytuałami). Cmentarz nie był wtedy wychuchaną perełką, jak teraz: był okazem dekadencji, parkiem umarłych, w którym dzieciaki o mrocznych duszach mogły bawić się do woli. Trzeba mieć na uwadze właśnie tę dekadencję: pomalowane sprayem groby, imprezy w kryptach, pęknięcia w nagrobkach pozwalające dostrzec trumny, a nawet ciała – czy też to, co z nich zostało – i wszystko oplecione bluszczem rozrastającym się bez jakiejkolwiek kontroli, a nie dopieszczonym i przyciętym przez ogrodników, jak teraz. Wśród pierwszych osób donoszących o czarnej postaci z błyszczącymi ślepiami, określonej mianem wampira, był pewien księgowy, który zgubił się na cmentarzu. Gdy tylko zobaczył ciemną sylwetkę, poczuł nagły spadek temperatury: spowiła go fala zimna. I wtedy postać zniknęła. David Farrant, amator okultyzmu, postanowił zbadać tę sprawę i prędko natknął się na figurę z zaświatów. Opisał to spotkanie jako mentalny atak, który udało się mu odeprzeć kabalistycznymi zaklęciami stworzonymi w celu walki z siłami Zła. Tuż po tym zdarzeniu napisał list do dzielnicowej gazety „Hampstead and Highgate Express” z pytaniem, czy ktoś jeszcze widział zjawę.

[…]

Do Cmentarza Zachodniego wchodzi się przez anglikańską kaplicę prowadzącą do tzw. The Colonnade. To najdroższe i najbardziej prestiżowe miejsce pochówku, a większość parceli sprzedano około 1870 roku. Jak każde tego typu ekskluzywne miejsce, może się poszczycić całą gamą grobowców o przeróżnych stylach i symbolice: kamienie nagrobne, mauzolea, sarkofagi, skrzynie (chest tombs), płyty wmurowane w ziemię (ledger slab), krypty, nisze, katakumby, obeliski, a także groby zbiorowe. Królują tu alfy i omegi (symbole początku i końca), kotwice dla osób związanych z morzem, anioły stróże i anioły zmartwychwstania, otwarte Biblie wskazujące miejsce pochówku najbardziej pobożnych, ptaszki będące posłańcami Boga, ułamane kolumny wskazujące na przedwcześnie zakończone życie, krzyże celtyckie, winogrona symbolizujące krew Chrystusa, dłonie ściśnięte na znak więzi pomiędzy żywymi i umarłymi, gryzący własny ogon wąż, klepsydry, stojące na dziecięcych grobach baranki jako symbol niewinności, pelikany oznaczające poświęcenie. Kwiaty też mają swoją symbolikę: uwielbiane w epoce wiktoriańskiej lilie to czystość i niewinność; bluszcz oznacza nieśmiertelność; męczennice są zarezerwowane dla duchownych, a maki symbolizują wieczny odpoczynek. Dowiaduję się tego z ulotki: ja ledwie odróżniam poszczególne kwiaty.

[…]

W trakcie spaceru po zachodnim Highgate nie sposób się zgubić lub zboczyć z trasy. Przewodnik, bardzo uważny i inteligentny, ma guzdrały na oku i nie pozwala, by ktoś opóźniał wycieczkę. Aż mam ochotę się zbuntować. Rzucić się biegiem między zakazane groby. Dlaczego ukrywa się je przed ludźmi? Czym różni się część zachodnia od wschodniej? Rozumiem, na przykład, że nie można odwiedzać grobu George’a Michaela, rodzina pewnie sobie tego nie życzy, a byłoby miło zostawić mu jakiś upominek. Ale kto taki jeszcze tu leży? Czy to tylko paranoja spowodowana aktami wandalizmu i obsesją na punkcie wampirów z lat siedemdziesiątych? Parę razy mam ochotę zejść z trasy, zrobić z siebie głupka, mało rozgarniętą Latynoskę, pokręcić się, robiąc zdjęcia, i udawać, że nie rozumiem, o co chodzi. Od kilku dni z nikim nie rozmawiam. Moi sąsiedzi z Forest Hill są wobec mnie podejrzliwi, bo chyba Anne nie powiedziała im, że ktoś tu zamieszka na czas jej nieobecności, i patrzą na mnie z niechęcią, głównie dlatego że zapominam zamykać bramkę; uważam, że to nieistotne, czy jest otwarta, czy zamknięta, bo oddziela ogród od ulicy, jest niziutka i można ją bez problemu przeskoczyć. Być może to jakaś norma grzecznościowa, o której nie mam pojęcia. W pubie naprzeciwko oglądałam jeden z ostatnich odcinków Gry o tron w towarzystwie całej masy ludzi, ale nikt nie powiedział do mnie ani słowa, a ja też się do nikogo nie odzywałam.

[…]

Niedaleko Faradaya znajduje się grób zbiorowy. Ile takich mieści się na Highgate? Pewnie wiele, jak zresztą na wszystkich cmentarzach świata. W tym postawionym w pobliżu Faradaya spoczywają dziewczęta. Jest ich dziesięć, wszystkie poniżej dwudziestego roku życia, w większości nastoletnie prostytutki, oszukane, przybyłe z prowincji za obietnicą pracy w charakterze kucharek lub pokojówek, które – gdy już znalazły się w mieście – trafiały do obskurnych burdeli. W tamtych czasach w Londynie funkcjonowało dwadzieścia dziewięć Houses of Mercy, kościelnych przybytków przyjmujących dziewczęta, którym udało się uciec od alfonsów. Niektóre przeżywały, ale wiele z nich cierpiało na gruźlicę lub choroby przenoszone drogą płciową. Zatrzymywały się w Houses: te, choć były instytucjami zamkniętymi, przypominały bardziej klasztory niż więzienia; panowały w nich surowe zasady, ale dawały bezpieczeństwo. W połowie lat sześćdziesiątych XIX wieku pobliski kościół w Highgate Hill zakupił teren, by pochować wspomniane dziesięć ciał. Znamy historię pierwszej ze złożonych do ziemi dziewcząt, Emmy Jones. Przybyła do Londynu samotnie, nie wiadomo skąd. Miała zaledwie dziesięć lat. I w tym wieku zrobili z niej prostytutkę. Dwa lata później zachorowała na gruźlicę i w krótkim czasie zmarła. To wszystko. Dwanaście lat. Dwa spędzone w chorobie, wśród okrutnych mężczyzn. Nie doczekała się krzyża ani tabliczki, ale opowiada się o niej na wycieczkach, w trakcie których turyści zachowują się godnie, być może przytłoczeni niebywałym oddaniem, z jakim traktuje się sprawy ostateczne na tym wspaniałym cmentarzu, na którym śmierć wydaje się o wiele ciekawsza od życia.

[…]

Stary Cmentarz Żydowski wygląda jak wielka paszcza z przekrzywionymi zębami. Tyle tylko, że wizja otwartej paszczy z rzędami zębów w niewłaściwych miejscach może być obrzydliwa, a tutaj nic nie jest nieprzyjemne. Nie ma kwiatów, bo – oczywiście – żydowskim zmarłym zostawia się w hołdzie kamienie. Płyty dziwacznych nagrobków, drzewa i trawnik stanowią tym samym idealną kombinację kolorów. Najstarsze groby pochodzą z 1439 roku, a pochówki kontynuowano przez ponad trzysta lat, co tłumaczy obecność wykrzywionych, czasem niemal horyzontalnie, tablic nagrobnych: jest ich tu dwanaście tysięcy, wszystkie stateczne, wszystkie niemal identyczne; kto wie, ile tu leży zmarłych, bo wiele grobów liczy dziesięć poziomów. Grzebano jednych na drugich, a także po bokach, gdzie tylko było miejsce. Grób najsłynniejszej persony publicznej należy do projektanta tej dzielnicy, Mordecaia Meisela. Pochodzi z 1601 roku. Jest całkiem spory, ma kształt niewielkiej synagogi i – jak pozostałe – pozostaje poza zasięgiem turystów, bo na Starym Cmentarzu można się poruszać jedynie po wyznaczonych ścieżkach; jest to dość logiczne, każdy bowiem akt samowolki kończy się niechybnie nastąpieniem na jakąś mogiłę, nie ma tu miejsca, trzeba by było skakać przez macewy (a te są całkiem wysokie). Lew zmarł w 1609 roku i został tu pochowany wspólnie z żoną. Wokół niego leży jego trzydziestu trzech najlepszych uczniów. Grób, znajdujący się blisko jednego z murów, jest zabezpieczony taśmą. Czyżby coś się stało? Nie sposób się dowiedzieć. Może to tylko na wszelki wypadek, żeby nikt go nie dotykał, bo faktycznie znajduje się przy jednej ze ścieżek. Lew był mistykiem, filozofem, jednym z najważniejszych badaczy Talmudu, człowiekiem bogatym i jednym z niewielu Żydów, którym udało się spotkać z przedstawicielami władzy tak wysokiej rangi, jak Rudolf II. Ale legenda o Golemie zaczęła krążyć dopiero w połowie XIX wieku, i to w Niemczech: kto wie, dlaczego to właśnie jemu przypisuje się ten mit o oporze wobec antysemityzmu. Być może z uwagi na ogromną wiedzę ezoteryczną albo po prostu jego imię wpisało się w pamięć potomnych. W swoich licznych publikacjach rabin Lew nie wspomina o Golemie ani razu.

[…]

Wejście na cmentarz wygląda jak fasada wiejskiego domu, w kolorze bladego łososia, z jasnozielonymi roletami w drzwiach i oknach. Ułożone pod dachem czarne litery układają się w napis: „AMIA, Basavilbaso Kolonia nr 1, cmentarz żydowski założony w 1895 roku, budynek ufundowała ku pamięci Fidela Jasovicha jego małżonka, 1967”. Aby wejść na jego teren, należy umyć ręce, a mężczyźni muszą założyć jarmułkę. Przewodnik mówi, że cmentarz będzie trwał na tej równinie na wieki, gdyż żydowskich zmarłych nie można wyciągnąć z ziemi, nie można ich przesunąć, aby zrobić miejsce innym, jak robi się to na chrześcijańskich lub komunalnych cmentarzach, ani przetransportować ich bliżej rodzin, które opuściły Basavilbaso i Entre Ríos już dawno temu (żydowskie kolonie położone w środkowej części prowincji pełnią obecnie wyłącznie funkcję zabytków). Mimo to ludzie je odwiedzają. Wycieczki z Izraela, cudzoziemcy szukający przodków, Argentyńczycy poszukujący krewnych, wnuki składające kamienie na grobach dziadków i wujów. Tak, kamienie, bo na żydowskich grobach nie składa się kwiatów; niektórzy zrywają z tą tradycją, ale wciąż kamienie są standardem, bo nie gniją, nie przesuwa ich wiatr, są trwałym śladem, atrybutem pielgrzyma. Jest jeden grób, na którym kwiaty nie są rzadkością, i należy do lekarza Bernarda Uchitela, który – pomimo, że chorował na grypę – bohatersko ruszył na ratunek jednemu z osadników; wystąpiły powikłania, a grypa przekształciła się w zapalenie płuc, które zabiło go w marcu 1938 roku. Macewy z epitafiami w języku hebrajskim są do siebie bardzo podobne: wykonane z ciemnego marmuru, niektóre z wyższymi obeliskami. Ornamenty są niemal nieobecne. Wyjątkiem jest grób Fanny Blank, zmarłej w 1930 roku, prawdopodobnie przy porodzie (na epitafium znajduje się dedykacja od „jej córeczki”); na tablicy widnieje wykonany z brązu przecięty pień, symbol przerwanego młodego życia. Na grobie Jacoba Roskina, zmarłego w 1945 roku sierżanta adiutanta, znajduje się – będące pokłosiem epoki peronizmu – jego własne popiersie w żołnierskiej czapce, które wręcz zgrzyta na tym niezwykle powściągliwym cmentarzu.

[…]

Cmentarz Niewiniątek (po francusku Cimetière des Innocents) istniał od XII wieku. Podobno wzniesiono go na miejscu nekropolii z czasów Merowingów, uświęconego miejsca, w którym odprawiano pogańskie rytuały. Powiększano go kilka razy, aż pod rządami Filipa II Augusta – rządzącego Francją w latach 1180–1223 – został ogrodzony wysokim na trzy metry murem, w którym znajdowało się pięć bram. Bogacze byli chowani w grobach zamkniętych. Pozostałych, czyli biedotę, wrzucano do ciągle otwartych grobów zbiorowych. Ciągle, to znaczy aż do ich zapełnienia. Miały około dziewięciu metrów głębokości, powierzchnię pięciu czy sześciu metrów kwadratowych i mogły pomieścić od tysiąca dwustu do tysiąca pięciuset ciał. Z czasem zaczęto budować tak zwane charniers.  Philippe Ariès w książce Człowiek i śmierć wyjaśniają to tak: Około wieku XIV powstał zwyczaj wykopywania z ziemi mniej lub więcej wyschniętych kości ze starych grobów, aby zrobić miejsce na nowe; wtedy gromadzono kości w pomieszczeniach nad galerią albo w pachach sklepień […]. Nazwę charniers, kostnice, nadawano tym właśnie galeriom i umieszczonym nad nimi ossuariom […]. „Tam, na cmentarzu Niewiniątek – jak pisze Wilhelm Bretończyk w swoim Paris sous Charles VI – jest bardzo wielki cmentarz zamknięty domami zwanymi charniers, gdzie gromadzono kości zmarłych”. Cuchnące groby zbiorowe, rzędy kości na widoku: obsceniczna śmierć, królująca na oczach wszystkich. Nie dziwi, że najsłynniejszy obraz ukazujący danse macabre – średniowieczną alegorię przedstawiającą tańczącą wśród żywych Śmierć, wyraźnie zaznaczającą swoją obecność, swoją egalitarność, swoją nieuchronność – powstał właśnie na tym cmentarzu, na jednym z charniers, w 1424 roku. Znajdowała się tu też niezwykła rzeźba, La Mort Saint-Innocent, która aktualnie stoi w Luwrze. Uważa się, że jej autorem był Germain Pilon. Wiele osób twierdzi, że przedstawia szkielet, ale to nieprawda, a przynajmniej nie do końca: to rozkładające się zwłoki, z fragmentami skóry uczepionymi mostka i żeber, kilkoma zębami i kępkami włosów, z wyraźnie zaznaczonymi na szyi ścięgnami i tętnicami, z dziurą w klatce piersiowej i brzuchu pozwalającą dojrzeć brak organów i kręgosłup. Na stopach widać nawet paznokcie, choć kostki są całkowicie nagie, jak u szkieletu. Bardziej niż samą Śmierć przedstawia zmarłego. Była umieszczona w jednym z charniers, w jednej z czterech galerii kości; najdłuższa, zwana Charnier des Lingères, miała dwadzieścia osiem arkad i to na niej znajdował się wizerunek danse macabre. Przepływ powietrza w tych galeriach sprawiał, że fragmenty ciał rozkładały się bardzo szybko. Smród musiał być nie do zniesienia. Cmentarz Niewiniątek nazywano również mange-chair, „zjadacz ciał”. Był bardzo żarłoczny.

[…]

Niektórzy zgrywają odważnych. Przed wejściem znajdują się zdjęcia, ostatnie ostrzeżenie dla tych, którzy nie są w stanie znieść widoku tak wielu starych kości z tak bliska. Mimo to nikt się nie wycofuje. Jacyś młodzi ludzie wybuchają głośnym śmiechem, w którym pobrzmiewa nutka histerii, właściwej jedynie dla seksu i śmierci. Ja jestem sama. Moja przyjaciółka Victoria, która mieszka w Paryżu od ponad dekady, nigdy nie była w katakumbach. Częściowo dlatego, że irytują ją miejsca skupiające paryskich turystów, a częściowo dlatego, że nie cierpi na żaden rodzaj nekrofilii. Musi też pracować. Gdyby nie to, być może zaakceptowałaby moje zaproszenie. Tak czy inaczej, wolę być sama; mam plan, który dużo trudniej byłoby mi zrealizować w czyimś towarzystwie. Na początkowym odcinku katakumb znajduje się tunel, cichy, jeśli nie liczyć szmeru pozostałych odwiedzających oraz kapiących tu i ówdzie kropli z przeciekającego sufitu, od których moknie posadzka, gdzieniegdzie ułożona z otoczaków. Droga do ossuarium jest długa i dość mroczna, wręcz rozczarowująca lub co najmniej niepokojąca. Ciemne i puste korytarze, z odrapanymi ścianami i wieloma zakrętami. Istny labirynt, z którego nie ma odwrotu. W trakcie spaceru można się natknąć na kilka atrakcji: otwarta przestrzeń z rzeźbą-makietą fortecy Port Mahon, wykonaną przez zatrudnionego przy transporcie kości weterana wojennego, czy Bain de pieds des carriers, zbiornik wodny, w którym robotnicy mogli się obmyć po makabrycznej pracy. Nagle stajemy przed wąskimi drzwiami, nad którymi widnieje napis: Arrête! C’ est ici L’ Empire de la Mort („Stój! Oto Imperium Śmierci”).

[…]

Macam znajdujące się w tym bardzo ciemnym zakątku kości i znajduję jedną, cienką i twardą, długą na około dwadzieścia centymetrów, w idealnym stanie. Ruchy, ruchy. Wsuwam ją do rękawa kurtki. Jest długości mojego przedramienia, ale – jak sądzę – nie oznacza to, że pochodzi z ręki. Na przekór moim makabrycznym obsesjom znam się nieco na anatomii. Nadaję jej imię François. Na Cmentarzu Niewiniątek spoczywali Rabelais i La Fontaine, ale pochodzenie mojej kości mnie nie obchodzi; po prostu chcę ją mieć i jakoś nazwać. Czuję szorstką kość ocierającą się o moją cienką bluzę. Wiem, że mnie pokaleczy: ma ostre krawędzie. Teraz muszę stąd wyjść. Gdy znajdę się na zewnątrz, François będzie mój. Tutaj mogą mnie nakryć, zabrać mi go, kto wie, co może się zdarzyć. Czy kradzież kości jest przestępstwem? W końcu katakumby mają status muzeum. Mimo to czuję się jak prawdziwe niewiniątko! Zostało mi jeszcze kilka zakątków, ale muszę się już stąd zbierać. Mam przy sobie kto wie jak starą kość. Kradzioną. Pokonuję prowadzące do wyjścia osiemdziesiąt trzy stopnie w niezwykle krótkim czasie. Wcześniej myślałam, że będzie mi się to okropnie dłużyć, ale nie, wszystko poszło gładko i bezboleśnie. Tuż za mną wychodzi młoda para; nie odzywają się do siebie ani słowem. Przy wyjściu dostaję pamiątkę, którą biorę w pośpiechu, starając się nie zdradzić desperackiej chęci opuszczenia budynku. To medal.

[…]

Nie mam czasu: chcę odwiedzić Julia Cortázara. Na szczęście leży blisko Serge’a. Muszę tylko przejść przez rondko. Niełatwo znaleźć jego grób (znajduje się w malutkiej alejce), ale od razu można go rozpoznać. To prostokąt z białego marmuru, z wygrawerowanym nazwiskiem Carol Dunlop, pod którym w kroplach deszczu rozmywają się wiadomości napisane po hiszpańsku, w stylu „Dzięki, Julio”, daty, złożone karteczki i listy, których nie dotykam. Przede wszystkim jednak są tu kamyki, jakieś pięćdziesiąt niewielkich kamyczków do gry w klasy. No i dziwaczna rzeźba Luisa Tomasellego i Julia Silvy, nakładające się na siebie okręgi tworzące coś w rodzaju cofniętej szyi zwieńczonej białą twarzą: przypomina robaka lub księżyc. Obok, przy bukiecie zasuszonych kwiatów, widać starą paczkę yerba mate marki Taragüi. Oby nikt nie zabrał stąd Cortázara, oby nie padł ofiarą argentyńskiej manii odkopywania zmarłych i odsyłania ich do domu. Grób jest przecudny, a cmentarz szarozielony, z elementami z czystego brązu, zadbany, odwiedzany. Oby nikt nie wpadł na głupi pomysł przeniesienia go na Recoletę i ozdobienia grobu grą w klasy, żelazną autostradą lub rzeźbą kronopii (u Cortázara – fikcyjna postać symbolizująca pewien typ osobowościowy człowieka – przyp. aut.]. Dobrze mu na tym cmentarzu, Paryż mu służy. Nie mam czasu. Beckett, Tristan Tzara, Brassaï, Moebius i Man Ray muszą poczekać do następnej wizyty. Leje jak z cebra i zaraz będą zamykać.

[…]

Gdy kieruję się już do wyjścia, przeskakując przez groby, żeby dotrzeć do bramy – nie zamkną mnie tutaj, ale boję się, że popełnię jakieś wykroczenie, przeszukają mnie i odkryją François – napotykam niecodzienny grób. Znajduje się na nim rzeźba ogromnego, wysokiego na ponad półtora metra kota; to biały mozaikowy kot z czerwono-zieloną obróżką i różnokolorowymi łapami (żółte, niebieskie, czerwone i zielone); mozaiki na jego ciele układają się w serca, kwiaty i niebieskie linie przypominające żyły. To rozkoszny, gruby i absolutnie radosny kot, z ułożonym na brzuchu imieniem Ricardo. Na skromnej, przypominającej raczej ogłoszenie tabliczce widnieje napis, po francusku: „Naszemu wielkiemu przyjacielowi Ricardowi, który zmarł zbyt młodo, kochany i piękny. 10 czerwca 1952 – 21 września 1989”. Łzy napływają mi do oczu. Podejrzewam, że Ricardo był gejem; każdy, kto zmarł młody i piękny w 1989 roku w Paryżu, musiał umrzeć na AIDS. Ale to nie dlatego przy nim płaczę: te rozbuchane kolory, ta miłość, z jaką go wykonano, ta odmienność i prowokacyjność modernistycznej mozaiki na statecznym cmentarzu Montparnasse mówią wiele o tym nieco ponad trzydziestoletnim mężczyźnie, tak uwielbianym, że nie potrzeba dodawać nazwiska, a jego nagrobek nie wymaga opisu.

[…]

Czekam na swoją przyjaciółkę M. przy stacji metra położonej o rzut beretem od cmentarza i jednej z najwspanialszych rzeźb na świecie, której wciąż nie udało mi się poznać. Perspektywa, że w końcu ją zobaczę, że po tylu latach przestanę ją sobie tylko wyobrażać, sprawia, że jestem lekko poddenerwowana, jak przed umówioną dekady temu randką. Wiedziałam o niej już podczas mojej pierwszej wizyty w Barcelonie, w 1997 roku, tym samym, w którym zwiedziłam cmentarz Staglieno i bezpowrotnie zakochałam się w spacerach śladami śmierci. Jednak wtedy tu nie przyjechałam. Miałam dość innych atrakcji. Zostawiłam śpiącą matkę w mieszkaniu przy ulicy Escudellers, pierwszym, jakie wynajęli moi znajomi po ucieczce z Argentyny na długo przed katastrofą z końca lat dziewięćdziesiątych i przeskakiwałam nad nieprzytomnymi ćpunami, na mocnym haju lub martwymi, kto wie, udając się w stronę El Born, w stronę imprezy. Po drodze proponowano mi co dusza zapragnie: kokainę, heroinę, extasy, tabsy. Nie kupiłam nic tylko dlatego, że nie miałam kasy: wtedy jeszcze nie zastanawiałam się nad pochodzeniem tych substancji. Heroiny nie chciałam kupować ze strachu: w Argentynie w ogóle nie występowała albo była zarezerwowana dla najtwardszych wyjadaczy. Mogłam jej spróbować na imprezie, ale się nie odważyłam. Pamiętam całą trasę z El Raval do El Born prowadzącą przez zadaszone uliczki. Nie wszystkie takie są, ale i tak nie mogę sobie przypomnieć nocnego nieba, pamiętam jedynie galerie, jak gdybym przemierzała pasaże. Do dzisiaj, gdy opisuję El Born – choć nie znam tej dzielnicy zbyt dobrze, wystarczająco, by się nie zgubić – mówię, że ulice mają „dachy”, choć to nieprawda. Wspomnienia z toksycznych lat aż nadto lubią się przyklejać. Następnego dnia robiłam typowo turystyczne rzeczy: Parc Güell był wtedy jeszcze darmowy i niemal zupełnie pusty, co widać na moich zdjęciach. Sagrada Familia wywarła na nas wrażenie swoją brzydotą, a wtedy łatwiej było oglądać jej fasadę, bo nie była ogrodzona, jak dziś. Pojechałyśmy nawet do Tossa de Mar, by dołączyć do innych osób preferujących spokojne miasteczka. Nie odwiedziłam wtedy cmentarza w Poblenou. Pamiętam, że wydawało mi się, że jest daleko: pomyliłam go z Portbou, w którym popełnił samobójstwo i został pochowany Walter Benjamin. Tam też znajduje się upamiętniający go pomnik, Pasaże.

[…]

Takich jak grób rodziny Nadal. Nad kamiennym blokiem widnieje hiperrealistyczny wizerunek leżącej na swoim łożu, martwej Josefy Garcíi Cubrery, wdowy po Antonim Nadalu. Pomnik został wykonany na zlecenie jej córek, a rodzina odnawia go zawsze, gdy zachodzi taka potrzeba. Doña Josefa jest teraz w idealnym stanie, siedzi dość prosto, z nakrytą, pochyloną przez śmierć głową, pod kocem przymarszczonym z renesansową finezją. Za nią znajduje się rząd nisz, więc nie można jej pominąć: przypomina strażniczkę śpiącą na końcu korytarza. Nieopodal jest bezimienny grób – opatrzony numerem 61 – na którym anioł „porywa” młodą kobietę: to dość śmiała alegoria śmierci. Inne bezimienne mauzoleum stanowi jeden z nielicznych przykładów modernizmu na Poblenou: jego autorem jest Mariano de Thós de Bofarull i widać na nim anioła o twarzy kobiety, z rozpostartymi skrzydłami i palmą w dłoni. Nad kolumnami z różowego marmuru widnieją modernistyczne napisy. Na Poblenou leżą również rodziny Dalego i Picassa, ale oni sami spoczywają gdzie indziej: ten pierwszy w swoim domu w Figueras, a drugi we Francji, na terenie Château de Vauvenargues. Pocałunku śmierci (El petó) nie da się nie zauważyć. Widać go nawet wtedy, gdy poszukuje się innych skarbów. Wyróżnia się nie z powodu rozmiaru – a ten jest dość znaczący – ale dlatego, że przykuwa uwagę z siłą właściwą mitom. Jest piękny i mroczny zarazem, a jego nazwa wszystko wyjaśnia: pozbawiona kaptura i kosy trupia Śmierć, z nagą czaszką i skrzydłami czarnego anioła, całuje młodego półnagiego mężczyznę o umięśnionych ramionach i wspaniałym torsie, który oddaje jej się na kolanach. Przedstawia erotyczne oddanie i opuszczenie. Śmierć bierze go czule pod ramię: jest matką, kochanką i złodziejką jednocześnie. Rzeźba została wykonana w pracowni artysty Jaumego Barby około 1930 roku, ale uważa się, że wykonał ją jeden z jego uczniów, Joan Fontbernat, ponieważ Barba w chwili otrzymania zlecenia miał już ponad sześćdziesiąt lat. Zamówiła ją rodzina Llaudet, dla uczczenia pamięci zmarłego przedwcześnie syna (choć nigdzie nie zdradza się tożsamości jego bohatera, pojawia się natomiast nazwisko Josepa Llaudeta Solera, handlarza tekstyliami, być może jego ojca). Na epitafium znajduje się fragment wiersza Cinto Verdaguera: „Lecz jego serce młode już więcej nie zniesie /w jego żyłach krew staje i lodowacieje / a duch zagubiony obejmuje wiarę /ulegając oto pocałunkowi śmierci”. Ten obowiązkowy punkt nekroturystyki obrósł już w legendy. Najbardziej oczywista z nich głosi, że zainspirował Ingmara Bergmana do nakręcenia Siódmej pieczęci, ale trąci to komunałem, a poza tym filmowa Śmierć z krwi i kości, spowita czarną szatą i wyposażona w twarz aktora, ma niewiele wspólnego z tym szkieletem o nagich żebrach ściskającym mięśnie konającego kościstymi palcami i o niezwykłej ekspresji pustych oczodołów.

[…]

Ten obowiązkowy punkt nekroturystyki obrósł już w legendy. Najbardziej oczywista z nich głosi, że zainspirował Ingmara Bergmana do nakręcenia Siódmej pieczęci, ale trąci to komunałem, a poza tym filmowa Śmierć z krwi i kości, spowita czarną szatą i wyposażona w twarz aktora, ma niewiele wspólnego z tym szkieletem o nagich żebrach ściskającym mięśnie konającego kościstymi palcami i o niezwykłej ekspresji pustych oczodołów. Niektórzy badacze odwołują się do ezoterycznej tradycji zwanej Mors Osculi, wedle której Śmierć nie jawi się jako ponury żniwiarz, lecz jako towarzyszka i przewodniczka. To tylko spekulacje. Rzeźba przywodzi na myśl Śmierć i Dziewczynę, koncept zapożyczony ze średniowiecznego danse macabre. Najczęściej przedstawia się ją jako dwie postaci, młodą kobietę i obejmujący ją, nierzadko z dozą zmysłowości, szkielet. Ponętna dziewczyna zazwyczaj jest naga. Chyba najsłynniejszym obrazem wykorzystującym ten motyw jest pochodzący z 1517 roku Der Tod und das Mädchen, autorstwa Hansa Baldunga: Śmierć ma tu postać zasuszonego, ewidentnie męskiego ciała, wyglądającego trochę jak mumia, a trochę jak starzec, ciągnącego za włosy dorodną i bladą kobietę. Przedstawiający porwanie obraz ma w sobie coś brutalnego: dziewczyna może wyrazić swój sprzeciw wyłącznie za pomocą przerażonej miny. Motyw ten doczekał się tysięcy wersji, również w muzyce czy literaturze, ale prawie nigdy do przedstawienia życia nie wykorzystuje młodego mężczyzny. Ponadto w Pocałunku Śmierć nie ma określonej płci, jest szkieletem, więc równie dobrze może być mężczyzną, jak i kobietą. Słynna katalońska rzeźba cmentarna jest dziełem homoerotycznym, a jego zmysłowy smutek trafia w nowoczesną wrażliwość; oczekuje samotnie na tle nieba, w pobliżu morza, w geście niecodziennego powitania.

[…]

W Azul panuje zima, ale świeci słońce, a architekci, fani i miłośnicy Francisca Salamonego biegają pomiędzy Teatrem Hiszpańskim a hotelem i barami. Właśnie odbywają się pierwsze w historii Dni Salamonego, zorganizowane – a jakże – w mieście, w którym architekt pozostawił po sobie najbardziej rozpasane dzieło: wysoką na dwadzieścia metrów cmentarną bramę. W środkowej części wiszą gigantyczne tablice z czarnego marmuru układające się w napis RIP, a przed nimi znajduje się jego najsłynniejsza rzeźba, fenomenalny betonowy anioł, arcydzieło art déco o przeklętej fizjonomii. W Azul nazywają go Aniołem Zagłady lub Aniołem Odwetu. Podobno, gdy w latach trzydziestych Salamone pokazał go burmistrzowi, biedny urzędnik wymamrotał, że to dzieło złowieszcze, dzieło samego Diabła. Na to wygląda. Tak czy inaczej, Anioł nie dodaje otuchy w kwestii śmierci, nie przynosi ukojenia ani nie pomaga w przejściu na drugą stronę, lecz wygląda jak surowy sędzia, jak egipskie bóstwo gotowe wyrwać i zważyć twoje serce. Rzeźba jest ogromna i przeistacza się w promieniach światła: jej fasetowane skrzydła i ostre kanty malują cienie, dające iluzję metamorfozy. Do tego wyrasta znienacka, wyłania się zza rogu w tym położonym nad wilgotną pampą mieście pełnym niskich, nierzadko luksusowych domów. Pojawia się nagle i niezapowiedzianie, zupełnie bez związku z otaczającą go dzielnicą, i wygląda, jakby ktoś go tam postawił i opuścił niczym artefakt z innego świata. Matka mojej koleżanki Maio mieszka w pobliżu. Na podwórko jej domu wpada blask z rozświetlonej z nie wiedzieć jakiego powodu bramy. Kobieta przygląda mu się razem z nami i wspomina męża.  Zawsze powtarzał, że ten skrót wcale nie oznacza requiescat in pace, że tak naprawdę to „rozpacz i pieniądze”, bo jego wykonanie było koszmarnie drogie.

[…]

Teraz w Buenos Aires jest lato, a na niebie – w przepysznym kolorze ciemnego marcowego błękitu, odcinającym się na tle białych niezacienionych grobów – nie ma ani jednej chmury. Przyszłam tu ze znajomymi z Brazylii i Kolumbii. Chcą zobaczyć grób Evity, a ja nigdy nie pamiętam, jak go znaleźć: zazwyczaj idę za zorganizowanymi wycieczkami. Kiedy docieramy na miejsce, nie mogę uwierzyć, że nie mieli pojęcia, iż Eva Perón została pochowana na głębokości ośmiu metrów i przykryta warstwą cementu. Albo raczej dziwi mnie, że nie wiedzą, dlaczego tak jest. Chodzi o to, żeby nie ukradli ciała. Albo go nie rozczłonkowali. Po co mieliby to robić?  Cóż, już to zrobili – wyjaśniam. W Brazylii i Kolumbii przemoc nie jest czymś szczególnie poruszającym, ale majstrowanie przy ciałach budzi strach. Szybko tłumaczę im, że taki sam los spotkał Juana Dominga Peróna, którego pochowano na cmentarzu La Chacarita: ktoś zakradł się tam nocą, naruszył siedem zamków w trumnie (oraz system zabezpieczający cały grobowiec) i odciął mu obie ręce, zabrawszy również prezydenckie atrybuty, takie jak szabla i coś tam jeszcze, czego już nie pamiętam.  I gdzie są teraz te ręce? – pyta Brazylijczyk numer 1.   Tego nie wie nikt – odpowiadam. To prawda (powstały na ten temat książki, ale żadna nie rozstrzyga tej kwestii: tak czy inaczej, po rękach ani śladu). Potem mówię im, że Perón nie leży już na Chacaricie, tylko w swojej rezydencji letniskowej w San Vicente, w konurbacji prowincji Buenos Aires.

[…]

Oto fakty: Eva Perón zmarła na raka w 1952 roku, w wieku trzydziestu trzech lat, na krótko po tym, jak zrezygnowała z ubiegania się o wiceprezydenturę. Jej pogrzeby były legendarne i trwały po kilka dni, a opłakiwała ją większość kraju. Niektórzy tu wtrącą: ale była też znienawidzona. To prawda: nienawiść była równie silna, na pewnej ścianie pojawił się nawet napis „Niech żyje rak”. Jednak prawda jest taka, że nienawistników było zdecydowanie mniej. Żałoba po Evie była powszechna. Postanowiono, że jej ciałem zajmie się Ara, w laboratorium urządzonym w ogromnym budynku CGT, Generalnej Konfederacji Pracy, położonym w centrum Buenos Aires. Ara sprzeciwiał się tej lokalizacji, bo bał się z jednej strony konfliktów – które mogły zakłócić pracę i narazić ciało na szwank – a z drugiej ciekawskich mających się tam gromadzić po upublicznieniu tej informacji. Jednak informacja o miejscu przebywania zwłok Evy tak czy inaczej musiała się przedostać do wiadomości publicznej, a budynek był odpowiednio zabezpieczony i można było liczyć na lojalność pracujących tam osób, niezbędną w tak szybko zmieniającym się klimacie politycznym epoki: ogromna większość robotników uwielbiała Evę Perón. Laboratorium znajdowało się na drugim piętrze. Rok później Ara zakończył proces balsamowania zwłok, już gotowych do przenosin, ale prace przy budowie mauzoleum w parku 3 Lutego były wstrzymane lub opóźnione.

[…]

Herby rodowe z kości. Girlandy. Kielichy. Dzwony. Korony. Ossuarium jest już zniszczone: odwiedza je dwieście tysięcy osób rocznie (to drugie, po Pradze, najczęściej odwiedzane miejsce w kraju), a mimo to chcę je zobaczyć. Dlaczego w tym małym kościele jest tyle kości? Najwyraźniej w 1278 roku pewien opat udał się do Palestyny, skąd zabrał ziemię z samej Golgoty, a po powrocie umieścił ją w kościele. Z tego powodu stał się on ulubionym miejscem pogrzebów, a w XIV wieku, po przejściu zarazy, zyskał ogromną popularność. Autorem tej pięknej aranżacji kości jest František Rint, stolarz i snycerz, który został zatrudniony przez rodzinę Schwarzenbergów, czeskich książąt, aby wystylizował jakoś całą masę leżących tam szczątków. I to właśnie ten artysta – bo był artystą, a nie zwykłym rzemieślnikiem – stworzył to wielkie dzieło sztuki grozy. Przy okazji mojej jedynej wizyty w Pradze nie mogłam tam dotrzeć ze względu na brak czasu oraz zbieg innych okoliczności […] Ten oddalony o trzydzieści kilometrów od Karaczi islamski cmentarz jest tak wspaniały, że aż nieznośny, ze swoimi wyrastającymi w samym środku pustyni, pochodzącymi z XV i XVI wieku grobowcami z piaskowca, na których wykuto geometryczne kształty, sceny polowań i jeźdźców. Nie wiem zbyt wiele o świecie islamskim, ale przeczytałam, że styl grobowców jest charakterystyczny jedynie dla tego regionu; ponadto mają orientację północno-południową, czyli zupełnie odwrotną do typowych islamskich cmentarzy. Nie trzeba posiadać rozległej wiedzy, żeby zorientować się, że to miejsce wyjątkowe na skalę światową. Groby wyglądają jak wiklinowe pudełeczka, kruche i zostawione na pastwę losu, a mimo to stoją tam – niemal bez opieki – od sześciu wieków, wciąż nieskazitelne. […] Inés de Castro była martwą królową. Królową trupem. W 1340 roku, jeszcze za życia, przybyła do Portugalii jako dama dworu księżnej Konstancji Manuel, świeżo upieczonej żony Pedra, syna króla Alfonsa. Inés i Pedro zakochali się w sobie. Mieli dzieci. Gdy Konstancja zmarła w 1345 roku, mężczyzna chciał ożenić się ze swoją kochanką, ale król się temu sprzeciwił (wchodziły w grę kwestie czystości rodów, tytułów szlacheckich i sukcesji). Pedro uparł się tak bardzo, że jego ojciec podjął ekstremalne środki: nakazał zabić Inés na oczach jej najmłodszego syna (i wnuka Alfonsa). Pedro się nie poddawał. Gdy został królem, dwa lata po tej zbrodni, ogłosił, że wziął z Inés sekretny ślub, polecił wyjąć ją z grobu i posadził na tronie. Dworzanie musieli całować jej trupią dłoń. Zdaje się, że to miłosne szaleństwo króla nie ma oparcia w źródłach historycznych i że to jedynie legenda, ale mnie się podoba i wierzę, że tak było. Minęło tak wiele stuleci! Jak dla mnie brzmi prawdopodobnie. Uważa się, że Pedro odnalazł morderców Inés i pozbawił ich życia, wyrywając im serca. Pedro Pierwszy bardzo mi się podoba, jest w nim coś niezwykle sexy. Ostatecznie, gdy dał upust swojej bezbrzeżnej żałobie, kazał pochować Inés w opactwie w Alcobaça. Grób jest fantastyczny. Wykonano go z marmuru i znajdują się na nim scenki z życia pary – nie wiadomo, kto jest jego autorem – a Pedro spoczywa tam razem z nią, by mogli wspólnie oczekiwać Sądu Ostatecznego. Historia Inés została opisana przez Camõesa w Pieśni Trzeciej Luizjady. […] W XIII wieku na cmentarzu w tej górskiej miejscowości zaczęło brakować miejsca, więc zmarli byli układani na półkach, przy ścianach, właściwie gdziekolwiek. W 1720 roku krewni zmarłych zbuntowali się przeciwko tym bezimiennym stosom kości i zaczęli dekorować czaszki, umieszczając na nich imiona i daty urodzenia lub śmierci, dzięki czemu tworzyli dla nich coś w rodzaju grobów. Zachowało się około sześciuset tak pomalowanych czaszek. Na niektórych widnieją kwiaty, imiona napisane gotycką czcionką (jakie to austriackie!), róże czy krzyże… Ostatnia czaszka należy do kobiety, która zmarła w 1983 roku, i trafiła na Beinhaus (co można przetłumaczyć jako „dom kości”) dwanaście lat później. Jej ostatnią wolą było spocząć właśnie tutaj, z pomalowaną czaszką. Była artystką śmierci, a jakże.

Mariana Enriquez, Ktoś chodzi po twoim grobie

Powieść-przewodnik literacko tchnący grozą Mariany Enriquez – argentyńskiej pisarki i dziennikarki wiedzie tematyczną opowieść po wszystkich kontynentach świata, w ramach swoistej nekro-turystyki do wybranych przez autorkę wyjątkowych miejsc ostatniego czy wiekuistego spoczynku postaci nietuzinkowych, których popularność nie zgasła wraz z odejściem. W tej swoistej wędrówce „cieni” w żywym świetle cmentarzy odnajdujemy tak mogiłę poety pochowanego na stojąco, czy miejsce pochówku prawdziwego w czym wiernego po grób konia wierzchowego jak również zalane cmentarzysko, które oparło się niszczycielskiej sile żywiołu. To również kręte, mroczne katakumby z głęboko ukrytymi pod ziemią szczątkami, co nie rozpadły się w proch, gdzie indziej wolno stojące na uboczu cmentarzyska z precjozami z samych kości ludzkich, tudzież tysiące kilometrów dalej gotyckie i monumentalne mauzolea czy wizerunkowe rzeźby - jednym słowem trofea dla usposobionych oczu, którym czas choć przez jedną chwilę nie pogra znów na nosie.  



powrót ››