Blog

 

19.06.2026

Prochy w ustach

„…rodzina pogrążyła się w milczeniu,

oddając cześć swoim zmarłym.

Statyczni, nieruchomi,

skazani na zapomnienie

i pogardę pozostałych...”


„Zrozumiałam, że nie istnieją prawdy,

są tylko punkty widzenia.”


„Najokrutniejsi jesteśmy wtedy,

kiedy [czegoś] wcale nie chcemy.”

[…]

Ja tego nie widziałam, ale tak jakbym widziała, bo wwierca mi się w głowę i nie daje spać. Zawsze ten sam obraz: spadający Diego i odgłos jego ciała uderzającego w ziemię. Wtedy się budzę i myślę, że nie zdarzyło się to mnie, nie zdarzyło się Jimenie ani Marinie, ani Eleonorze: zdarzyło się Diegowi; i jeszcze raz, i znowu w mojej głowie ten dźwięk, jakby ktoś wywinął orła, jakby nagle, znienacka, bez ostrzeżenia szyba roztrzaskała się na kawałeczki, które utkwiły w worku z piaskiem. Sucha, głośna kolizja z udziałem żeber, płuc i asfaltu. Tak: bum. Nie, tak: buuum. Nie, tak: krag. Nie, tak: drag, dragut. Nie, tak: baaam, klap, krasz, bruuum, brooom, gruuum, grrr, grooo… I echo. Nie, nie ma takiej onomatopei, żeby opisać odgłos, który się rozległ. Ciało walące w ziemię. Diego pragnący być łoskotem, pragnący przerwać muzykę swego ciała. Diego pozostawiający nas tak, z sobą zawieszonym pomiędzy nami. Diego, gwiazda. Ja tego nie widziałam. Nie widziała też moja mama. Obie byłyśmy daleko. Mama dalej niż ja, bo była daleko od nas, już zanim Diego popełnił samobójstwo. Moja mama, dziewięć lat daleko. Kiedy Diego miał pięć lat, mama była dla niego w niebie, i kiedy przelatywał jakiś samolot, mówił: Zobacz, to mama w niebie. To nie jest mama, głupku, odpowiadałam, ale Diego się upierał, że tak, machał na do widzenia, a potem jej o tym opowiadał, kiedy do nas dzwoniła: Mamo, widziałaś, jak machałem ci wczoraj po południu? A mama: Tak, tak, widziałam. A co robiłaś? Patrzyłam na ciebie, kiedy widzę, że będziemy przelatywali niedaleko domu, podchodzę do okna i ci macham. Widziałeś, że też ci pomachałam? A szczerbaty Diego szczerzył nieliczne zęby i odpowiadał: Tak, tak, widziałem. To co, chcesz zostać pilotem, żeby pracować razem z mamą w niebie? Nie, ja chcę latać zupełnie sam, bez samolotu: ja sam w powietrzu, bez peleryny. Ale tak się nie da. Da się. Nie, nie da się. Właśnie, że się da. Nie, Diego, nie da się latać. A właśnie, że tak. I Diego latał, przez kilka chwil: sześć sekund. Tak przynajmniej twierdził sąsiad z naprzeciwka, że tak wskazał zegar na telefonie, kiedy on odwrócił się zapytać żonę, czy dzwoni już na policję. Sześć sekund. Dałeś radę polecieć, Diego, przez sześć sekund. Z piątego piętra na chodnik. Sześć sekund, braciszku. Możesz wszystko. A myślisz czasem o mnie? Myślisz o mnie? Nie, Diego, nie myślisz o mnie, bo nie żyjesz.

[…]

Wcale nie zgadzałaś się na wszystko, mamo. Zawsze odmawiałaś, kiedy prosiliśmy, żebyś przyjechała do nas na Gwiazdkę. Do nas nie przyjeżdżałaś, ale wyjeżdżać to wyjeżdżałaś, zwiedzać Hiszpanię to zwiedzałaś, kiedy my tu czekaliśmy, żeby Diego zasnął, bo był niespokojny, bo nie zawsze do niego dzwoniłaś. Nie na wszystko się zgadzałaś, mamo, bo często prosiłam, żebyś pozwoliła mi spotkać się z koleżankami, a ty mnie kontrolowałaś na tych wyjściach i pisałaś do mnie, i bez przerwy chciałaś wiedzieć, gdzie jestem, a ja ci mówiłam, żebyś dała mi spokój, że to ponad jedenaście tysięcy kilometrów, a ja nadal czuję twój oddech na karku. A ty mówiłaś, że nie, nie dasz mi spokoju, bo kobiety są mordowane, gwałcone i porywane, dlatego nas tutaj sprowadzisz. I zobacz. I co, zgwałcił cię ktoś, porwał, wyłowili twoje ciało z Remedios, spisali cię? Nie. Wciąż tu jesteś. Tak mówiła, zawsze ta sama śpiewka. I zaczynała płakać w łóżku, jak wtedy, kiedy Diego miał pięć lat, a ja musiałam leżeć za nim, przytulać go i powtarzać, że już, już, niech się uspokoi, musi się wykąpać, a on się rzucał i mówił, że nie jestem jego mamą, i dalej płakał, aż miałam już dość i proponowałam mu słodycze, a wtedy patrzył już na mnie inaczej i mówił, że dobrze, że już w porządku, ale jaki jest sens się myć, skoro i tak się człowiek znowu pobrudzi. Tak samo płakała mama: Jak długo, jak długo? Jak długo tak naprawdę go miałam? A prawda była taka, że krótko: nie miała Diega przy sobie nawet dwa tysiące dni. Trzy lata po urodzeniu i to, co potem przeżył w Madrycie. Tyle miała moja matka: pięć lat z Diegiem. Ale że życie wycięło jej numer, w to nie wierzyłam. Mogłaby być zupełnie dobrą matką, gdyby chciała, najlepszą i najbardziej zaangażowaną z pracowniczek, ale życie nie wycięło jej numeru, ani z Diegiem, ani z Hiszpanią, ani ze mną.

[…]

Sprawiedliwe to życie nigdy nie było. Nie w naszym domu, nie dla mojej mamy jako samotnej matki. W zasadzie to zrobili jej przysługę, że tak od razu zaciążyła, nie? Tak mówiła moja babcia, ewidentnie byli przekonani, że mama zaszła w ciążę po pierwszym razie, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby jej zapłodnić. Co się wydarzyło, kim był mój tata? Tata, tata, twoim tatą jest dziadek, bo to on się tobą opiekuje, on cię karmi, przynosi do domu pieniądze, mówiła mi babcia. Ale nic o moim tacie. Kim jest, kim był, jak do tego doszło? No nie wiem, odpowiadała babcia i zastanawiała się na głos: Ja myślę, że ją zgwałcili, myślę, że tak właśnie było, sama widzisz, jaka jest twoja mama, nic o tym nie mówi, a jak się ją zapyta, to się obraża i nie odpowiada. Ale ja myślę, że ją zgwałcili i biedaczka sądzi, że musi radzić sobie z tym sama, samiutka. Ja bym jej chciała powiedzieć, żeby powiedziała, że to nic złego powiedzieć, że ja jej wysłucham. Ale co byś jej powiedziała? pytałam. No nie wiem, co bym powiedziała, ale coś bym powiedziała, nie? Przytuliłabyś ją, nie? No tak, oczywiście, że bym ją przytuliła, i oczywiście powiedziałabym, że już, już, że jestem przy niej, że nie musi przechodzić przez to sama, że nie musi cię nienawidzić, że nie musi myśleć, że jesteś tym, kto cię spłodził. Może to bym jej powiedziała. I zapytałabyś, czy wie, kim jest mój tata? A babcia się denerwowała i machała rękami, kiedy zadawałam jej to pytanie. Ty głupia dziewucho, mówię ci, że ją zgwałcili, a ciebie interesuje tylko to, kto jest twoim ojcem! I co z tego, że nie masz ojca? Brakuje ci czegoś? Brakuje ci miłości, czułości, zabawek, jedzenia? Po co chcesz wiedzieć, kim jest twój ojciec, po co ci to? A ja spuszczałam głowę, bo nie wiedziałam, ale chciałam wiedzieć. Nie wiem, co chcę wiedzieć, ale chcę wiedzieć, odpowiadałam. A wtedy ona wracała do tematu: Ja myślę, że ją zgwałcili, myślę, że właśnie to się stało, ale sama widzisz, że twoja mama nic nie mówi, nic nie daje po sobie poznać, nie chce i nie zamierza nic powiedzieć. Bo kiedy ja miałam trzynaście lat i mój ojciec pozwolił sąsiadom, żeby mnie zgwałcili, powiedział, że lepiej sąsiedzi niż jacyś inni, nieznajomi, a ja myślałam, że nic się nie stało, ale stało się, bo potem wszystkich się bałam i nie chciałam mieć przy sobie żadnego mężczyzny, ale potem zjawił się twój dziadek i powiedział, że bierze mnie ze sobą, tak po prostu, jak stałam, a mój tata powiedział mu „tak”, a on powiedział mi, że to nic takiego, że wszystko to nic takiego i żebym wbiła sobie do głowy, że życie nie jest sprawiedliwe, i zrobił mi dwie córki i syna. Bez pytania o zgodę, ale z czułością. Kocham cię, mówił, dotykam cię, bo cię kocham, a ja płakałam i mówiłam, że dobrze, że w porządku. Dlatego myślę, że ją zgwałcili, ale twoja mama nic nie mówi i sama widzisz, że się nie otwiera. Nigdy się nie otwiera, a życie takie jest: mamy chcą przytulić swoje skrzywdzone córki, a skrzywdzone córki nie dają się przytulić. A ja myślałam, że babcia ma rację, życie nie jest sprawiedliwe, ale nikomu nie wycięło numeru, a przynajmniej nie mamie, która nigdy nie dawała się przytulić i sama nie przytulała. Numer, może Diego, który odszedł, który się nie pożegnał, który wiedział, że życie nie jest sprawiedliwe, ale nie zaczekał, żebym go przytuliła. Nikt nas nie zgwałcił, braciszku, nie wyrządził żadnej straszliwej krzywdy, takiej, o jakiej mówi się w wiadomościach, nie utonęliśmy na łodziach z uchodźcami, nie bito nas, nie występowaliśmy w wiralowych filmikach, w których ktoś na nas krzyczy, ale zostaliśmy skrzywdzeni, owszem, i w tym najbardziej zbliżyliśmy się do tego, żeby być tacy sami jak ci wszyscy, do których mieliśmy być podobni.

[…]

Mówili na niego Cule. Nie że kibicował Barcelonie [kibiców FC Barcelona określa się mianem culés – przyp. tłum.], tylko Diego na wszystkich mówił culeros [w meksykańskiej odmianie hiszpańskiego wulgarne słowo, które może oznaczać „cykora”, „chujka”, „chama” albo coś bardzo niskiej jakości, nieprzyjemnego, „chujowego” itp.- przyp. tłum.], ale nikt nie rozumiał, aż w końcu zrozumieli i uznali, że to on jest culero, skoro wyzywa ich od culeros. Cule. Tak podobno mówili w jego liceum: Cule się zabił. Jak to Cule? Jak, dlaczego? To dlatego, że Boliwia go dręczył, a może dlatego, że pan od muzyki mu powiedział, żeby nie opierał się o ścianę, bo brudzi ją tłustymi włosami? Dlatego że czasem nie miał pieniędzy i po zjedzeniu kanapki nadal był głodny? Jak to? Dlaczego? pytali, ale nikt nie wiedział i Diego stał się szeptami w minucie ciszy, którą uczcili go w jego klasie, i szmerem poczucia winy, bo chociaż był, jaki był, inny, culero, mrukowaty, obrażalski, to w głębi duszy był dobrym człowiekiem. Cule okazał się dobry i dobrym człowiekiem, ipso facto, a potem został memem… Potem został żartem, potem został śmiechem i kpiną: „Tylko się nie zabij tak jak Cule”, „Ten pedał już beczy jak Cule”. I śmiechy, Diego stał się chamskim śmiechem, i może to było właśnie to, czego chciał.

[…]

Ten twój śmiech, twój i twojej siostry. Wiecznie roześmiani, prawda, synku? mówiła mama do Diega, kiedy jadaliśmy razem kolację. Oboje tacy głośni, próbowaliście nie śmiać się za bardzo, ale i tak śmialiście się skandalicznie głośno. Skandalicznie? Oburzająco! A śmiech Diega był jak muzyka, trochę fałszywa, ale muzyka, bo naprawdę wydawało się, że w piersi ma pudło rezonansowe, przez co w jego śmiechu jakby pobrzmiewało echo. Potężne echo, jakby wewnątrz miał cały zamieszkujący go świat, świat wulkanów albo kopalnię, albo cokolwiek, co czyniło jego śmiech tubalnym i spektakularnym. Twój brat jest jak te instrumenty, pękate, ciężkie, głośne. Jak perkusja? Nie, jak te podobne do skrzypiec, ale wielgachne i nie widać osoby, która gra. Wiesz, o czym mówię? Te, które wydają niski, głęboki dźwięk. Nie wiem które, odparłam, a Diego w śmiech: Nie rozmawiajcie o mnie, jak tutaj jestem, kurde! Diego, a jak powiedziałeś „do jutra” pierwszego dnia szkoły! A mama, która słyszała tę historię sto razy, znów pytała: Co zrobił? Opowiedz, co zrobił? I Diego się śmiał, zasłaniał sobie buzię, i ja też się śmiałam, i opowiadałam jej, jak był taki słodki i niewinny, i wystraszony przed szkolną bramą, i powiedział mi „do jutra”, i znowu w śmiech. Kto wie, czemu aż tak się śmialiśmy z takiego drobiazgu. Ale dużo się śmialiśmy, całą trójką. A twoja siostra co zrobiła? A Diego wzruszał ramionami i mówił, że nie wie: A skąd mam wiedzieć, stresowałem się. I dalej się śmialiśmy, jakbyśmy usłyszeli najśmieszniejszy dowcip świata i go podtrzymali. Mało kto potrafi przekazać dalej dowcipy, mało kto potrafi dobrze je opowiadać, a my byliśmy dowcipem, który śmiał się sam z siebie. Czułam, że wygrywamy podwójnie, i dlatego śmiałam się jeszcze bardziej, ale śmiech Diega zagłuszał wszystkich pozostałych, był skandalicznie głośny.

[…]

W przeciwieństwie do nas mama była w swoim żywiole, jakby Madryt dodawał jej życia, jakby przez cały ten czas, kiedy mieszkała w Meksyku, żyła w letargu, a w Hiszpanii wreszcie ujawniła się kobieta, którą nigdy wcześniej nie była. Z początku tego nie rozumiałam, bo w Meksyku troszczył się o nią mój dziadek, a potem jej mąż, a potem znów jej tata, i zawsze miała dom i jedzenie, i mamę, która się o nią troszczyła, i braci, którzy, chociaż ją lekceważyli i się z niej śmiali, to przecież byli i też się o nią troszczyli. W Hiszpanii nie miała nikogo oprócz Jimeny. Ani przyjaciół, ani wielu dni wolnych; a mimo to widziałam, że czuje się swobodnie, mimo tego jej drobnego ciałka, mimo kościstych ramion, mimo cienkiego głosiku. Widziałam, że czuje się pewnie. Dlaczego? Dlaczego tak ci się podoba w Madrycie? Jesteś dla mnie jak obca osoba, a ona patrzyła na mnie i zaczynała swoje monologi: Bo tutaj jestem sobą i ty jesteś sobą, nie trzeba się nikomu tłumaczyć. Bo tutaj jest się daleko od wszystkiego, jakby się tam nie istniało. Ale tu też się nie istnieje, wypomniałam jej. Jak to jest być tutaj nikim? spytała mnie drwiąco. Oni widzą w tobie opiekunkę, nie człowieka. A kim byłam w Meksyku? Na pewno nie opiekunką! Aha, teraz znowu zaczniesz, że opiekowałaś się Diegiem, a mną moi rodzice. Jakże cię boli, że dorosłaś! Czego tam chciałaś? dopytywała, jakbym mówiła w obcym języku. Nic nie rozumiesz, odpowiadałam z irytacją, bo nie dało się z nią przeprowadzić rozmowy, która nie kończyłaby się krzykiem. I nie, nie rozumieliśmy się: ani ona mnie, ani ja jej, ani ja Madrytu, ani Madryt mnie, ani my obie Diega.

[…]

Kiedy Diego rzucił się z piątego piętra, ja mieszkałam w Barcelonie. Mieszkałam tam już od jakiegoś czasu. Odebrałam telefon na wpół przytomna, leżałam w łóżku i w pierwszej chwili uznałam, że to sen: bzyczenie wibracji wzięłam za bzyczenie komarów, takich jak te bezczelne, które latem pojawiały się w domu babci. Takich jak te, które można sobie odganiać do woli, a one i tak siadają na skórze, kąsają mocno, zostawiają czerwony bąbel. Nawet jak zapali się światło i rzuci się w nie klapkiem, one drażnią się bezczelnie: Ugryzę cię, i gryzą. No i tak było z tym telefonem: raz, dwa, trzy, cztery, pięć razy zawibrował, zanim odzyskałam świadomość i zorientowałam się, że nie jestem w Meksyku, tylko w Barcelonie. Że umarł, że umarł, powiedziała mi mama, kiedy zdołałam się z nią skontaktować, a ja słuchałam bez słowa i myślałam, że wolałabym tysiąc bąbli niż to. Rozłączyłam się najszybciej, jak się dało i siedziałam ze spojrzeniem wbitym w ścianę, myśląc o wszystkim, co przeżyliśmy po przyjeździe do Madrytu: dwa zdesperowane dzieciaki, łypiące na wszystkich spode łba, ale zbyt przerażone, żeby ich zabić. Potem kupiłam bilet na pociąg do Madrytu, powinnam jak najszybciej się tam dostać, ale chciałam opóźnić przyjazd, więc najpierw pojechałam na plażę, i kiedy jechałam autobusem w kierunku portu, na ekranie telefonu bez przerwy wyświetlało się „Mama”, bez dźwięku, tylko bzyczenie z tym słowem, które raz po raz pojawiało się i znikało, a ja patrzyłam tak, jakby mama tkwiła w jakimś czasie i miejscu, do których nie miałam dostępu, więc schowałam telefon, i chociaż wibrował i czułam to w łokciu, nie chciałam odbierać, znowu odganiać wyimaginowanych komarów.

[…]

Czekałam na Passeig de Sant Joan do pory obiadu. Umówiona byłam na wpół do dwunastej, ale kobieta, z którą miałam mieć rozmowę o pracę, żeby zostać opiekunką jej dzieci, nie przyszła. Umierałam z głodu, ale nadal nie mogłam się przyzwyczaić, że za śniadanie złożone z kawy i grzanki z pomidorami płaci się prawie cztery euro. Czułam się samotna. Zawiodły mnie już trzy osoby z polecenia, które twierdziły, że są bardzo blisko z Martiną i obiecywały mi pracę. Nie miałam tyle pieniędzy. Tęskniłam za domem, ale nie chciałam wracać. Doszłam aż do rogu, na którym stał Casa Batlló. Lubiłam ten budynek i chociaż tabuny turystów zasłaniały wejście, zadowoliłam się widokiem okien. Napisałam drugą wiadomość do Martiny, po czym wpadłam na zakochaną parę facetów, którzy nawet w kolejce do kasy musieli się trzymać za ręce. Jakby z wysokości tych swoich dwóch metrów wzrostu nie mogli mnie zauważyć. A może właśnie mnie zauważyli i umyślnie zignorowali. Co za chujki, pomyślałam. Culeros. Pozostaje ci tylko zgodzić się na mieszkanie przy rodzinie, odpisała Martina. Wszystko naraz, pomyślałam. Wszystkie komplikacje zawsze przychodzą naraz, jakby chciały rywalizować między sobą, która z nich wreszcie doprowadzi nas do postradania zmysłów. Niziutki schodek, kawałeczek dywanu i znowu się potknęłam, tym razem zderzając się z grupą kobiet na zakupach, które szły całą szerokością chodnika. Udałam, że staję w kolejce po bilety do muzeum, żeby nie wyjść na taką niezdarną, tak nie na miejscu. Zgodziłam się. Zgodziłam się na pracę opiekunki przy rodzinie za czterysta pięćdziesiąt euro miesięcznie. Na czarno, doprecyzowała Martina. Niedziele masz wolne i ciesz się, bo to wielki luksus. Jakoś to przełknęłam. Zgodziłam się. Z zachmurzonego nieba, białego, nabierającego barwy ołowiu, zaczął na mnie padać deszcz. Wyszłam z kolejki i ruszyłam na stację metra. Najbardziej pamiętam z Barcelony właśnie to białe niebo.

[…]

Tego wieczora jak zwykle szykowałyśmy się z panią do spania, odprawiwszy rytuał: trochę gazpacho, trochę tosta z oliwą, trochę gotowanego jabłka. Skończyła już pani? Tak, już skończyłam. Chodź ze mną umyć zęby. Więc pomagałam jej wyszczotkować sztuczną szczękę i włożyć ją z powrotem do ust. Pani nie lubiła spać bez zębów, choć córka mówiła jej, że to niebezpieczne. Potem czesałam jej włosy przed lustrem i prosiłam, żeby zrobiła siusiu. Proszę zrobić siusiu! Ona zawsze się zgadzała, sadzałam ją, potem brałam zwilżony ręczniczek, a ona prosiła, żebym nie patrzyła. Nie patrz na mnie, proszę, nie patrz. A ja mówiłam, że nic nie widzę, zbliżałam twarz do jej twarzy i mówiłam: Nic nie widzę, pani zobaczy, oczy mam zamknięte, a ona się na mnie opierała i myłam ją po omacku. Ale tego dnia powiedziała: Nie chcę, żebyś na mnie patrzyła, nie patrz już na mnie. Idź stąd. Idź z tej łazienki. Zostaw mnie, potrafię sama, poradzę sobie sama. I trochę się posprzeczałyśmy, że nie, że tak, aż w końcu się poddałam i wyszłam, zostawiłam jej resztkę godności i pozwoliłam się wysikać samej. Potem już sama poprosiła, żebym umyła jej ręce, zaplotła warkocz na noc i przebrała w czystą koszulę. Włóż mi tę białą koszulę, którą mam w szafie, weź klucz, daj mi białą koszulę. Więc wyjęłam klucz, który trzymała na szafce nocnej, otworzyłam szafę, wyjęłam białą koszulę i pomogłam jej się ubrać. Spójrz, tę koszulę podarował mi mój mąż i wkładałam ją w każdy piątek, kiedy wracaliśmy z plaży, braliśmy prysznic i siadaliśmy w salonie, żeby posłuchać radia. Widziałaś mój salon i moje obrazy? To wszystko oryginały. Wszystkie od przyjaciół z dzieciństwa. Wszystkie stąd. A widziałaś tę otomanę, którą mam w salonie? Piękne ma pani meble, powiedziałam, podczas gdy ona próbowała się podnieść. A widziałaś, jakie piękne mam portrety? Ten w korytarzu to mój brat. Pracował dla Generalitat [władze regionu autonomicznego Katalonii – przyp. tłum.]. I portret został dla mnie. Otomanę też od niego dostałam. Widziałaś już? Tak, oczywiście, że widziałam. Miałam tu już takie jak ty, opiekowały się mną w dzieciństwie. Ale były z Andaluzji, wiesz? A ty skąd jesteś? Z Meksyku, proszę pani. Och, Meksyk, wspaniałe miejsce! Te piosenki. Ci mariachi [tradycyjna meksykańska muzyka i orkiestra – przyp. aut.]. Prawda? Tak, proszę pani. No, kładziemy się, już jest późno, a jutro przychodzi pani córka. Idziemy spać, powiedziałam. A ona uparcie: Ale przecież nie pokazałam ci jeszcze otomany! I wstała, poszłam za nią do salonu, gdzie stała otomana, a ona powiedziała: Spójrz, jakie obicie, to antyk, z osiemnastego wieku. Jak w Pałacu Królewskim. Spójrz, wyciągnęła do mnie rękę, a ja ją chwyciłam, ona usiadła na otomanie i nagle obie w tej samej chwili, w tej samej sekundzie, spojrzałyśmy na siebie, bo pani zaczęła sikać. Proszę pani, nie! I mocz zbierał się w kałużę, i wsiąkał w cały mebel, a pani próbowała zejść na podłogę i wyzywała mnie od głupich, tępych. Miotała się wściekle na podłodze, mokra, podczas gdy ja próbowałam ją podnieść, a ona wrzeszczała, żebym ją zostawiła, żebym dała jej spokój. Zostaw mnie, beznadziejna, głupia dzikusko! Więc ją puściłam, pozwoliłam, żeby cała się zmoczyła, ona nadal mnie obrażała, a ja zaczęłam pisać do Jimeny, próbując jej wytłumaczyć, co zaszło. Dzikuska, kretynka, kretynka! wrzeszczała. Zniszczyłaś mi meble, wynoś się stąd, wynocha! I dalej krzyczała, ile sił w płucach, a ja miałam ochotę uciec stamtąd w te pędy, ale nie wiedziałam, co robić, aż w końcu zadzwoniła moja mama, punkt o północy, i powiedziała: Uciekaj stamtąd. Uciekaj. A ja, z płaczem, ledwie nad sobą panując, powiedziałam, że dobrze, wysmarkałam nos, powiedziałam „tak”, a ona powtórzyła: Uciekaj stamtąd i nie bierz już od nich ani euro. Jutro ci przeleję pieniądze, żebyś miała, dopóki nie znajdziesz nowej pracy. A ja tylko przytakiwałam z płaczem i jednocześnie szukałam wiadra, żeby umyć podłogę i mebel, i przygotowywałam wannę, żeby wykąpać panią, która dwie minuty później tym swoim słabym głosem poprosiła, żeby ją wykąpać, uczesać i nakarmić. Zrobiłam to wszystko, a ona mi się poddała i mówiła tylko, żeby delikatniej, żebym obchodziła się z nią delikatniej, a ja traktowałam ją delikatniej, ale jeszcze delikatniej już nie mogłam, bo w głębi duszy nic mnie nie obchodziła ta otomana, nic mnie nie obchodziło, że nazwała mnie dzikuską, ale bolało mnie, że muszę się uspokoić i ją obsługiwać, jakby parę minut wcześniej nie odsądzała mnie od czci i wiary. Obeszłam się z nią bardzo delikatnie, położyłam ją z powrotem do łóżka, umyłam podłogę i wyniosłam otomanę na balkon, żeby nie śmierdziało moczem. Potem wysłałam jej córce wiadomość, że to moja ostatnia noc, ona ją odczytała, ale nie dostałam odpowiedzi. Nazajutrz o dziewiątej rano wyszłam z budynku, miałam tylko swój plecak. Zanim narzeczony córki zamknął za mną drzwi, powiedział: Powinnaś wracać do siebie, Indianko. Pierwszy i ostatni raz odezwał się do mnie po hiszpańsku, a nie po katalońsku.

[…]

I poszłam poznać kuzynki. Kuzynki? Tak, bo żeby kolejne z nas dostawały pracę, polecałyśmy się wzajemnie jako kuzynki. To bardzo dobra dziewczyna, bardzo pracowita, moja kuzynka! Kiedy tak się mówiło pracodawczyniom, od razu zmieniały nastawienie. No dobrze, skoro to twoja kuzynka, to ją przyprowadź, na swoją odpowiedzialność. I choćby pochodziły z Ekwadoru, Dominikany czy Boliwii, zawsze były kuzynkami. Dopóki mówią po hiszpańsku, to w porządku, nie chcemy tu mieć obozu uchodźców, mówili im podobno w hotelach. Kuzynek było niewiele, ale wszystkie miały oficjalne pozwolenia na pracę. Nie mogą nas już szantażować donosem, więc nareszcie możemy domagać się praw. Jakich? Wszystkich. Nie płacą nam za nadgodziny, bo podobno jesteśmy za wolne. Wcześniej przydzielali nam po dziesięć pokojów, teraz dwa razy więcej. Życia na to nie starczy. A problemy ze zdrowiem? Wszystkie możliwe: jedną bolały plecy, druga miała artretyzm. I nic, nie mamy chorobowego. Musimy dalej pracować. Albo przyjadą nowe kuzynki. Zawsze są jakieś kuzynki, rozumiesz? Tak. Rozumiem. Nigdy nie zabraknie kuzynek, ale zamiast się z nimi konfliktować, wolimy naprawdę być dla siebie jak rodzina, rozumiesz? Pomagać sobie wzajemnie, domagać się swoich praw. Tak, swoich praw. Jakie ja miałam prawa? Nie miałam żadnych, nie miałam nawet pracy. Niedługo będziesz jedną z kuzynek, poczekaj tylko, sama się przekonasz. Więc zaczęłam chodzić na spotkania, w każdą środę o osiemnastej.

[…]

Za czym w Meksyku najbardziej tęsknisz? pytał mnie Tom-Tomás. Tęsknię za moim bratem. Przecież twój brat mieszka w Madrycie. Ale tęsknię za moim bratem z Meksyku, za tym słodkim maluchem. Ale przecież masz go w Madrycie! Mhm, ale tęsknię za nim z Meksyku, nie z Madrytu, bo w Madrycie zrobił się z niego beznadziejny nastolatek, uparty, ironiczny, głupi i bezczelny. A Tom-Tomás się śmiał. Nigdy nie jesteś zadowolona! I gładził jakąś część mojego ciała, mapował moje ciało, jakby szukał złota w mych piaskach. Koncentrował się na jednym punkcie, a potem na innym; w sposób nie tyle erotyczny, ile raczej jak eksplorator zafascynowany nowym światem, który lubił postrzegać przez kontrast: zestawiał biel swojej skóry z brązem mojej. Taki właśnie był, dotykał mnie, a potem dokładał drugą rękę i patrzył na siebie, i patrzył na nas, i nigdy nie miał dość powtarzania, że nigdy nie jestem zadowolona. Ale ja zawsze go oszukiwałam, nie dlatego, że taka ze mnie kłamczucha, ale dlatego, że chciałam być przy nim inną osobą. Dlatego mówiłam o Diegu, a nie o tym, za czym naprawdę tęskniłam, a było tego dużo, to było wszystko, to była moja babcia szykująca mi obiad, chociaż czasem trochę jej odwalało i nie szło z nią wytrzymać, i dziadek zabierający mnie do kina. I zapach pleśni w pokoju babci, bo lepiej się truć niż wyrzucić obrazy i inne przedpotopowe graty. Tęskniłam za ulicznym zgiełkiem i muzyką, za rykiem samochodów i napięciem. Zwłaszcza za tym napięciem, ciągłym poczuciem zagrożenia, bezbronności, za patrzeniem na wszystkich tak samo bezbronnych ludzi ze świadomością, że to pieprzone ssanie w żołądku i bezsenność nie wynikają z tego, że jest mi bardzo smutno, tylko z tego, że wszyscy żyjemy w samym smutku. Wszyscy byliśmy pieprzonymi smutasami, sami nie wiedząc czemu, chociaż powodów nam nie brakowało, wręcz przeciwnie, tyle śmierci i zaginięć w wiadomościach, tylu debili straszących człowieka na ulicy, bo sami byli wystraszeni, niedożywieni, niedoruchani i niedokochani. Tęskniłam za tym poczuciem wspólnoty świadomości, że jesteśmy żałosne robaki, bezużyteczne, aroganckie, pełne pasji. Tak, pełne pasji, bo żeby przeżyć, potrzebowaliśmy dużo pasji, pasji, jaką dają głód, zmęczenie, poczucie, że mamy już dość. To pasja sprawiała, że wstawaliśmy o szóstej rano i nienawidziliśmy dwóch godzin w korkach, hałasu busów, smrodu jednego pasażera z sąsiedniego siedzenia, wkurwu drugiego, burczenia w brzuchu, takiego samego u wszystkich. Za tym właśnie tęskniłam, ale nie z masochizmu, lecz dlatego, że w łóżku Toma czy w domu mojej matki oddychało się swego rodzaju spokojem, który był może raczej nudą. Europa wydawała mi się nudna, stara i samotna. Tylu Europejczyków naraz, podróżują, kupują, mówią nam, co mamy robić i jak mamy to robić, a wszyscy starzy na duszy i ciele i samotni, zupełnie samotni. Nigdy nie jestem zadowolona, Tom! I dotykałam jego fiuta, dick, kutasa, i szukałam w nim krzyku, przyśpieszonego pulsu, ważnej chwili, żeby zapomnieć, że mimo tego wszystkiego, mimo całego tego spokoju i możliwości samotnego chodzenia po ulicy, mimo ruchania się z białym, co mogłoby mi pomóc uregulować status migracyjny, byłam tylko podcieraczką dorosłych i dziecięcych tyłków. Sprzątaczką, która zostawiała im błyszczącą łazienkę.

[…]

Nie chciałam się zagłębiać we wszystkie kłamstwa, ale Tom-Tomás się uparł. Wszystko. Chcę wiedzieć wszystko, powiedział. A ja bardziej niż ze skruchy płakałam ze wstydu. Jak pięciolatka, która się przewróciła i to kolano nawet jej tak bardzo nie boli, ale nie chce, żeby wszyscy się na nią gapili, i dlatego płacze. Co ja ci zrobiłem, że tak mnie okłamywałaś? I miał rację. Ale co miałam mu powiedzieć? Kłamałam, bo kiedy powie się jedno kłamstwo, trzeba kłamać dalej, żeby je podtrzymać. Powiedziałam mu prawdę, zupełnie szczerze, ale Tom-Tomás walnął pięścią w ścianę w przypływie furii. Ty też mnie oszukałeś, wcale nie jesteś weganinem! A tyle razy mnie jebałeś, jak miałam ochotę na tacosy! Hipokryta! odparowałam. A on walił i walił w tę ścianę, i krzyczał chuj wie co, różne rzeczy po angielsku na poziomie C2, bardzo zaawansowanym. Nie chcę z tobą rozmawiać, nie mogę się z tobą dogadać, powiedział po hiszpańsku, a potem przeszedł na angielski i krzyczał jakieś rzeczy, zbliżał twarz do mojej twarzy i krzyczał tak zapamiętale, że pryskał na mnie śliną. Ciągle od ciebie czuć cebulą z tego hamburgera! powiedziałam, jakby te nonsensy same wychodziły mi z ust, jakbym nie potrafiła tego opanować. I pomyśleć, że chciałem cię przedstawić rodzinie. Bullshit. A kto by chciał poznawać twoją rodzinę, powiedziałam. Kto by chciał się uczyć angielskiego i upodabniać do was. Jakbym nie widziała, że dziwnie na mnie patrzysz, że masz mnie za biedną Indianeczkę, której udało się wybić. Pendejo. Asshole, dickhead. A on nadal się darł po angielsku, że mam się wynosić, i wyjął wszystkie moje rzeczy, których nie było dużo, i rzucił je na łóżko, i poszedł do kuchni, i wziął trzy reklamówki z El Corte Inglés, i zaczął je w nich upychać. A ja nadal bezczelnie: Pierdolony ekoświr za dychę, wyrzucasz mnie z domu w plastikowych siatkach! Poza tym wiem, że płacisz za ten pokój trzysta pięćdziesiąt euro, a ode mnie bierzesz dwieście! Nie myśl sobie, że nie wiem! I jego biała skóra zrobiła się czerwona, zaczerwieniły mu się uszy i żylaste ramiona. Shut up, shut up! Nie obchodziło mnie, co robisz. Obchodziłaś mnie ty. I cared about you! Seriously. A ja pomagałam mu pakować moje ciuchy i się śmiałam. Och, jakże się śmiałam. A ty ciągle sobie śpiewasz Vampire Weekend, rockmeniku za dychę. Vampire! Jak na jebanego hipstera przystało! Taki niby z ciebie antyimperialista, tak się niby wstydzisz swoich przodków, a ciągle powtarzasz kłamstwa, jak wtedy, kiedy mówiłeś mojemu bratu, że znałeś jednego typa, który zaprosił do siebie Vampire Weekend, oczywiście, że to prawda, widziałeś ich, byli u twojego kumpla, grali tam koncert, zaprosił ich. Po co to powiedziałeś mojemu bratu? Żeby mu się przypodobać, żeby się popisać? Po co? Wszyscy kłamiemy, Tomás, wszyscy! Ale Tom-Tomás już nie chciał, żebym mu się spowiadała. Tomás, uuu, uuu, Tomás, ale jesteś brzydki! Prowadził mnie do drzwi, jakbym mu coś zrobiła, jakbym zrobiła cokolwiek poza ukrywaniem, że jestem biedna. Spojrzałbyś na mnie w ogóle, Tomás? Chciałbyś mnie ruchać, gdybyś wiedział, że rozwożę żarcie i podcieram tyłki staruszkom i bachorom? Chciałbyś? Chciałbyś mnie przedstawić znajomym? Chciałbyś? I Tomás się zawahał. Ja też. Ale zabrałam reklamówki, otworzyłam drzwi i wyszłam.

[…]

Laura nie była jak moja babcia ani jak moja mama. Miała w sobie jakiś taki spokój, którego nie znałam. Ale to nie był dobry spokój, tylko spokój zmęczony. Jakby jej własne ciało ją więziło, otumaniało, nie dawało jej być. Co chcesz robić w życiu, Lauro, oprócz tego, że mówić mi, dokąd mam cię zabierać na popołudniowy spacer? Ja już niczego nie chcę, bóg o mnie zapomniał. Nie mów tak. Bóg pewnie myśli, że już umarłam, już mnie schował do trumny, myśli, że już nie żyję. Czego ci brakuje? Niczego ci nie brakuje, Lauro. Umrzeć, dziewczyno, umrzeć. Nie mów tak, Lauro. Patrzcie tylko na mnie, lituje się nade mną dziewczyna, która nie wie, co zrobić ze swoim życiem. Ty też nie wiesz, Lauro. Jak chcesz umrzeć? Bo gdybyś naprawdę chciała umrzeć, to już byś umarła. Tak, pewnego razu, kiedy byłam dużo młodsza, ciebie jeszcze nie było na świecie, bardzo się pokłóciliśmy z moim mężem, tutaj, w tym salonie, moich dzieci już nie było, już się wyprowadziły, a on powiedział, że jestem dla niego ciężarem, że zawsze go męczyłam, że drenowałam go z pieniędzy, a ja zaprotestowałam, powiedziałam, żeby mi tak nie mówił, i od tamtej pory, jakby zauważył, że sprawiło mi to ból, powtarzał mi to coraz częściej i częściej, a mnie ogarniała potężna desperacja, bo wierzyłam w to, ale nie mogłam się wynieść z tego domu, bo nie miałam domu; nie mogłam się wynieść z tego życia, bo miałam tylko to życie, i wiele razy faktycznie rozważałam rzucenie się z balkonu, jeśli do tego pijesz, oczywiście, że to rozważałam, wiele razy. Z jaką stratą będzie się wiązała moja śmierć? Z żadną, po prostu przestanę wydawać pieniądze mojego męża. Ale nie chciałam, żeby moje dzieci myślały, że ich nie kocham, dlatego nie skoczyłam, dlatego nie dałam mu wygrać. Rozumiesz? Gdybym umarła, on by wygrał. A ja nie zamierzałam dać mu wygrać. Kiedy indziej myślałam, że gdybym skoczyła, to z tabliczką z napisem: to wszystko wina Jordiego, to Jordi tak naprawdę, chociaż niebezpośrednio, mnie zabił, chciałam to sobie powiesić na piersi, ale zawierzyłam bogu, w bogu złożyłam swe życie i oto teraz nie mogę umrzeć. Jak dobrze, że nie umarłaś, Lauro. Nie mów tak, nie mów mi tak, bo codziennie kładę się spać z myślą, że to będzie ostatnia noc, i codziennie budzę się starsza, bardziej zmęczona i w tym samym życiu co zawsze. Gdzie chcesz, żebym cię zabrała na spacer, Lauro? Do Ciutadelli. I tak codziennie, Roger de Flor, Consell de Cent, Tetuan, Passeig de Sant Joan, Ciutadella, i codziennie prośby Laury, żebym zawiozła ją gdzie indziej, z dala od Pakistańczyków. Zawieź mnie tam, mówiła, tam, a ja ją zabierałam jak najdalej, chociaż zawsze wracałyśmy do domu o tej samej porze, żeby zjadła podwieczorek.

[…]

Laura nie zmarła po sześciu miesiącach, zgodnie z naszym paktem; zmarła po ośmiu. Nie opracowałyśmy planu, ale od tamtego dnia już nigdy nie żegnałyśmy się wieczorem, jak gdyby nigdy nic. No, opowiedz mi jakiś sen, mówiłam, a ona kładła się do łóżka, gasiłyśmy światło i mówiła: Chodź, połóż się tu obok mnie, i zaczynała opowiadać mi swoje sny. Oczywiście to wcale nie były sny, wszystko zmyślała, bo w gruncie rzeczy ja troszczyłam się o jej ciało, a ona troszczyła się, żebym nie była samotna. Śniło mi się, że odeszłaś gdzieś daleko, że już tu nie mieszkałaś, że miałaś inną pracę i nie potrzebowałaś nikogo, i nigdy nie chciałaś umrzeć. A tobie? A mi się śniło, że znałam cię dawniej, Lauro, kiedy byłaś jeszcze silna, kiedy wierzyłaś, że świat nie będzie taki, że twoje życie ma jakąś wartość. Ach, jaki piękny sen, mówiła. I co jeszcze? I że byłyśmy przyjaciółkami, a nie panią i służącą. Że byłyśmy przyjaciółkami i chodziłam z tobą do El Corte Inglés kupować ci sukienki i pończochy, i razem szłyśmy na dział makijażu, i obu nam malowali rumieńce na policzkach, a potem siadałyśmy gdzieś na kawę. Krem kataloński [popularny hiszpański deser, podobny do crème brûlée (ale przyrządzany na mleku, a nie na śmietanie): cynamonowo-cytrusowy budyń ze skorupką z karmelizowanego cukru – przyp. tłum.], tost, piwo. Kawa. No dobra, krem kataloński, tost, dwa piwa. A Laura dopowiadała: Lepiej trzy, trzy piwa. A tobie co jeszcze się śniło? Śniło mi się, że byłyśmy młode i mieszkałyśmy we Francji, i pieprzyłyśmy się z dwoma Francuzami. I się śmiała. Pieprzysz się z kimś? Nie, Lauro, jak mam się z kimś pieprzyć, skoro ciągle jestem z tobą. Ech, taka młoda i taka głupia! a potem zasypiała, bo z każdym kolejnym snem słabły jej i głos, i siły, aż zostawał już tylko cichutki szept, ledwie dosłyszalny, tak że zawsze zasypiałam z lękiem, że to właśnie ta noc będzie tą, której Laura najbardziej pragnęła.

[…]

Jak leci? Dobrze, powiedział. Dobrze. No dobrze, kurwa. No ja mam nadzieję, że dobrze. Zamknij się, zjebie, po to mnie tu zaprosiłaś? A ja przeczesałam mu włosy dłonią. Obciąłbyś sobie te włosy. Jak wy marudzicie obie z mamą, a może nie chcę obcinać? Przecież są wakacje. No właśnie, jest lato, chłodniej by ci było. Nie chcę. Pamiętasz, jak sypaliśmy babcię piaskiem, a ona się wnerwiła i powiedziała, że wracamy do hotelu? I śmiech, dużo się śmialiśmy podczas jego wizyty. Pamiętasz, jak w hotelu leciała jakaś telenowela, a ona: „Ten mówi tamtemu, że jest autotematyczny, ale przecież nie mówi ciągle o samochodach!”. I znowu w śmiech. Śmialiśmy się z babci, ale też ze wszystkiego, co nam akurat przyszło do głowy, grzebaliśmy się we wspomnieniach, jakbyśmy oboje wiedzieli, że musimy wykorzystać ten czas, żeby jak najwięcej się śmiać, bo sami, to znaczy osobno od siebie, byliśmy raczej przygaszeni, nie mieliśmy ochoty żartować, nie mieliśmy ochoty być sobą, tymi, którzy śmiali się jak pojebani tylko dlatego, że byli razem.

[…]

Kiedy Diego był mały, razem z babcią uszyłyśmy mu kolorowy kocyk. Diego chciał wziąć go ze sobą do samolotu do Madrytu, ale musiałyśmy mu wytłumaczyć, że nie można. Upierał się, że będzie mu zimno. Powiedziałam, że w samolotach dostaje się koce. Pozbawiłam go argumentów. Umówiliśmy się, że weźmiemy go, kiedy wrócimy do Meksyku odwiedzić dziadków. Gdy przyjechałam do domu babci z prochami Diega w foliowej torebce, kocyk leżał tam, w jego pokoju, jak wtedy, kiedy ostatni raz tam spaliśmy. Były nawet szpilki do przytwierdzenia zdjęć, które chcieliśmy do niego poprzyczepiać, laminowane czy coś w tym rodzaju. Przełknęłam ślinę. To wszystko było realne. Diego nie żył. Mama i Jimena zajmowały się załatwianiem rzeczy, papierów, nieporozumień, podejmowały decyzje o rozmaitych pierdołach: W Meksyku czy tutaj, w trumnie czy w urnie z prochami? Jak, których papierów brakuje, których jest za dużo? A ja tymczasem siedziałam w pokoju Diega, jakbym szukała jego zapachu. Wszystko spokojne, nietknięte, brudne, poplamione biurko, zakurzone wezgłowie łóżka, skarpetki wrzucone do kosza na brudy. I garderoba w nieładzie, jakby mój brat miał zaraz przyjść i zmienić koszulkę, tak porozkładane były ubrania. Rozumiałam Diega. Od czasu przyjazdu do Hiszpanii byliśmy jak amputanci, ale niezdiagnozowani. Jakby czegoś nam brakowało, ale wszyscy temu zaprzeczali. Że nam niby czegoś brakuje? Przeciwnie! Zdobyliśmy wszystko: dom, papiery, mamę! Co niby nam amputowali? No, Meksyk, myślałam. Amputowali nam Meksyk. Ale nie Meksyk jako kraj, tylko to, co Portugalczycy nazywają saudade. Czujesz saudade, cierpisz tęsknotę, trochę umierasz. Jak miałabym nie rozumieć Diega?

[…]

Przez te dziewięć dni modlitw różańcowych za Diega sąsiadki wypytywały mnie o Madryt. Jak tam Madryt? Jak wam się żyje w Madrycie? Masz już chłopaka? Wszystko dobrze, dziękuję. Wszystko dobrze: tutaj to oznacza, że wolałabym, żeby ktoś mnie przywiązał do torów kolejowych, niż być tu z paniami; wszystko wyśmienicie, drogie panie, a panie jak się miewają? A nie miewały się dobrze. Nie musiały mi nawet tego mówić, sama wiedziałam. Mówiły za nas nasze znoszone ubrania. Nigdy nie widziałam nas takimi biednymi jak wtedy. Czemu by mieli nie nazywać nas dzikuskami, skoro nimi byłyśmy? Biedne dzikuski. Co u Joany? spytałam jej mamę, sąsiadkę babci, która znała nas wszystkich od maleńkości. U Joany? odparła, jakbym zagadnęła ją o coś nieistniejącego. Chodź, pomóż mi wyjmować tamales! zawołała mnie babcia. Posłusznie poszłam do kuchni pomóc jej z tamales na słodko. Babcia dała mi na migi znać, żebym się zamknęła. No co, co się stało z Joaną? Ćśś, cicho bądź powiedziała, szczypiąc mnie głosem. No co? O nic nie można spytać? Joany nie ma, od twojego wyjazdu dużo się wydarzyło. Gdzie teraz jest? Nie wiemy, na razie nie wiemy, ale się dowiemy. Myślisz, że od twojego wyjazdu nikt się nie ruszał? Tu nadal toczy się życie, nie pytaj o rzeczy, których nie chcesz wiedzieć.

[…]

Umarnąć jest gorzej niż się utopić, prawda? spytał Diego, kiedy pierwszy raz wszedł do morza i ze wszystkich stron zalała go woda. Nasza babcia umierała ze śmiechu. Ja umierałam ze śmiechu, wujkowie i ciocie umierali ze śmiechu. Mama nie, bo już mieszkała w Hiszpanii. Diego lubił morze najbardziej na świecie, dlatego ciocia zafundowała mu lekcje pływania, bo wyraźnie było widać, że sprawia mu to wielką przyjemność. Biedaczek, bez taty i mamy. Niech sobie pochodzi na pływalnię, nie kosztuje to znów tak dużo. I dziadek zawoził go we wtorki i czwartki, od piątej do szóstej po południu; ja siedziałam wtedy w domu, żeby odrobić lekcje, żeby zdążyć, zanim wróci i będzie chciał robić rzeczy, którymi będę musiała się zająć. Umarnąć jest gorzej niż się utopić? pytałam, kiedy go kąpałam, kiedy się z nim drażniłam albo dawałam mu kolację. A Diego się śmiał i mówił, że tak: Nie przestanę pływać tylko dlatego, że się utopię. Będę latał w wodzie. Tylko uważaj, żebyś nie umarnął, mówiłam. Nie, na pewno nie umarnę, zapewniał i pożerał czekoladowe ciastko z mlekiem. Myślisz, że jak umieramy, to idziemy do nieba? Nie, nie sądzę, odparłam. Myślisz, że twój tata jest w niebie? Nie, mój tata jest w ziemi, tam go wsadzili. I my też tam będziemy. Żadnego nieba. Polecimy i gleba? Tak, właśnie, polecimy i gleba. Wierzysz w niebo? Nie, nie wierzę w niebo, Diego, jedzże to ciastko. A w co wierzysz? W nic nie wierzę, umieramy i tyle. Umieramy i tyle, a ja mam nadzieję, że wcześniej polatam. Tak, Diego, jeśli tak sobie postanowisz, to polatasz. Mama wierzy w niebo czy też nie? Nie, też nie wierzy, nie jesteśmy wierzący. A ja tam wierzę, powiedział z wielką dumą, bo widzę je codziennie oczami, swoimi, a nie twoimi. Oby Diego w chwili śmierci wciąż wierzył w niebo. Oby. Po madryckim Diegu zabrałam do Meksyku tylko prochy, na wpół zepsuty telefon i jego koszulkę, z którą zaczęłam codziennie spać. W pierwszych dniach pisałam do mamy, żeby się dowiedzieć, jak się czuje, ale odpisywała zdawkowo, więc przestałam się odzywać. Kto by kochał moją mamę? Ona była do niczego! Za to Jimena się o mnie martwiła, powiedziała, że przelała mi trochę więcej pieniędzy, gdybym czegoś potrzebowała w Meksyku. Kiedy wracasz? pytała mnie przy każdej rozmowie. Niedługo, odpowiadałam. Niedługo. Ale nie chciałam wracać, bo nagle miałam wszystko, czego pragnęłam, kiedy byłam w Madrycie: jedzenie, dziadków, uwagę. Normalność. Żadnych tyłków, żadnych pieluch, żadnych cudzych płaczów. Po co miałam wracać do Madrytu? A po co zostajesz w Meksyku? pytała retorycznie Jimena, powiedz po co. Zobaczymy. Jeszcze zobaczę. Tylko mi nie mów, dziewczyno, że ja się urabiałam po łokcie, żeby ci zapłacić za bilet, a ty mi teraz wyskoczysz z tym, że nie wracasz! Nie, nie, dam ci znać. Zanim skończyły się różańce, rozpytałam się o Ricarda i szybko mi powiedzieli, że go nie ma, że wyjechał na północ. Po co? spytałam. To nie wiesz? O czym? Ech, ty się w ogóle nie orientujesz, zupełnie jakbyś nie była stąd. Co się stało z Ricardem? Pamiętasz, że miał psa? Tak, pamiętam. No to zabił tym psem ochroniarza. Że co?

[…]

Miałam wrażenie, że moja babcia potraktowała sytuację z Diegiem jako zupełnie normalną, jakby to od zawsze było jego przeznaczeniem. Czego się spodziewałaś, że w tym domu urodzi się laureat Nobla z fizyki? Nie, ale jednak czegoś innego. Rodzisz się, gdzie się rodzisz, i jesteś, czym jesteś, nieważne, jak bardzo twoja matka chciałaby wierzyć, że jest inaczej. Nagle moja babcia nie była już moją babcią, nie była już uosobieniem ogniska domowego, ale kolejną kobietą stojącą na czele rodziny. Moja babcia nie była już starowinką, o której sobie przypominałam, kiedy kąpałam Laurę w jej domu w Barcelonie, ale twardą, niemal nieprzeniknioną kobietą, taką jak mama. Jakby śmierć Diega zrobiła z niej inną osobę albo jakby odejście mojego brata, upływ czasu, wyprowadzka z jej domu, mieszkanie daleko, to wszystko sprawiło, że dotarło do mnie, jaka jest naprawdę. Czym ja jestem, ty będziesz, powiedziała mi. Nie wiedziałam, co dokładnie ma na myśli, ale mnie wkurzyła. Czego ona chciała, żebyśmy przeszli do porządku dziennego nad śmiercią Diega? Wiesz już o Joanie i wiesz wiele o tej rodzinie. Skoro Diego postawił się bogu, to zderzył się z jego potęgą. Ach, aż mnie świerzbiło, żeby się na nią rzucić z pięściami. Ty nie wiesz, jak to jest mieszkać w Madrycie, babciu. Nie, ale wiem, że życiu trzeba stawiać czoło, a nie uciekać. Wyobrażasz sobie, jak się czuję, kiedy muszę powiedzieć mamie Joany albo mamie Ruth, że mój wnuk popełnił samobójstwo? One oddałyby wszystko, żeby ich córki miały szansę żyć! Diego był niewdzięcznikiem. Zawsze go rozpuszczałaś. I w tym ostatnim zdaniu wybrzmiała cała jej nienawiść i uraza do mnie. Nic nie powiedziałam, nie żebym wierzyła, że to przeze mnie Diego się zabił, ale poczułam, że w tej chwili otworzyła się między nami potężna przepaść. Nie byłyśmy już babcią i wnuczką, prysła cała ta fantazja o rodzinie, którą snułam w Hiszpanii.

[…]

Dziadek wyjął dużą garść prochów Diega z pudełka, wsypał ją do foliowej torebki i podał mi ją. Znowu dotknęłam Diega, miękkiego, drobniutkiego, niemal niewyczuwalnego pod palcami. Poszliśmy odebrać urnę, w której miały spocząć szczątki mojego brata. Wyglądała bardzo poważnie, ciemnozielona i lakierowana na wysoki połysk. Potem pojechaliśmy w kierunku lotniska i wysiedliśmy z taksówki między stacjami metra Hangares i Terminal Aérea. Dziadek znalazł najbliższą kładkę dla pieszych i już na górze poprosił, żebym podała mu torebkę, a potem, spuszczając wzrok, jakby z pewną wątpliwością, zapytał: Jaką piosenkę moglibyśmy zaśpiewać Diegowi? Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, ale też ze strachem, że stanę się tak bezradna, jak on mi się teraz przedstawiał. To znaczy, jaka jest jego ulubiona piosenka? upewniłam się. Tak, z tych, których słuchaliście razem. A ja z totalną pustką w głowie: Nie wiem, dziadku, wszystkie były po angielsku. No to niech będzie po angielsku, powiedział wyczekująco, jakby on był gotów rozpocząć rytuał, a ja bym w tym przeszkadzała: I feel it in my bones, I feel it in my bones, I’m stronger now, I’m ready for the house, Such a modest mouse, I can’t do it alone, I can’t do it alone, zaczęłam śpiewać odruchowo, jak automat, żeby już nie zakłócać tej chwili. A on wyjął prochy Diega i rozsypał je nad miastem Meksyk. Tam, gdzie urodził się Diego, gdzie urodziłam się ja, gdzie urodziła się moja matka i gdzie urodzili się moi dziadkowie. To był nasz pogrzeb, najbardziej godny mojego brata, a przynajmniej tak chcę myśleć. Zanim stamtąd odeszliśmy, dziadek zostawił jeszcze na kładce kwiaty. To stamtąd patrzył, jak odlatujemy do Madrytu. To tam dziadek chciał iść opłakać Diega, nie mówiąc nic babci, bo najwyraźniej się kopiujemy i powtarzamy te same schematy, widocznie właśnie to oznacza być rodziną. Albo tego się chwytam, kiedy myślę o rodzinie, której częścią byłam.

[…]

Gdyby ktoś mnie zapytał, co zrobił albo co zrobił mnie, to powiedziałabym, że nagle i niespodziewanie mi dorósł. Wziął mnie z zaskoczenia, jednego dnia był grzecznym, posłusznym dzieckiem, a następnego nieznośnym łobuzem. Coś było albo czarne, albo białe, trudno było się z nim dogadać. Nigdy nie zapomnę tego, jak pierwszy raz uciekł z domu, przypominam to sobie i od razu chce mi się płakać: pokłócił się z nami o coś, zaczął krzyczeć na mamę, chciałam go zatrzymać, ale mnie odepchnął i prawie przewrócił na ziemię. Potem próbowałam mu zabrać klucze, ale był już bardzo wysoki, większy ode mnie i nie dałam rady. Zostawił mnie, żebym gadała do siebie. Pamiętam, że gdy tylko usłyszałam, jak zamyka drzwi, żołądek podszedł mi do gardła. Zobaczyłam, jak Diego wychodzi, traci do nas szacunek i chciało mi się wymiotować. Jakby zrobił coś najgorszego na świecie, jakby jego bunt stanowił przekroczenie czegoś bardzo głębokiego. I tak to przeżyłam, położyłam się do łóżka, żeby pomyśleć, co zrobić, i czułam, że coś mi odebrano, jakby Diego pozbawił mnie Diega. Potem mama przyszła do mnie z jakimiś pretensjami, nie pamiętam już nawet, o co chodziło, ale nigdy nie zapomnę jej niebieskiej sukienki z niebieskimi guzikami, w odcieniu smerfowym, wygadywała mi, że oboje jesteśmy tacy sami, że zawsze tylko robimy problemy, a nigdy nie przynosimy rozwiązań, i domagała się ode mnie działania. Idź go szukać, przyprowadź go z powrotem, odeślę was dwoje do Meksyku! A ja prawie nigdy mamie nie odpowiadałam, bo wiedziałam, że cokolwiek jej powiem, ona zawsze będzie potrafiła odwrócić kota ogonem i zrobić z wszystkiego swój problem, tak jakbyśmy oddychali, rodzili się, żyli, jedli, srali, wszystko, wszystko to robili jej na przekór, żeby ją zranić, jakbyśmy byli źli do szpiku kości i jej nienawidzili. Nie powiedziała mi nic oprócz krzyków, a ja włożyłam płaszcz i poszłam szukać Diega w La Vaguadzie, w parku, w Pirámide, na całej alei Monforte de Lemos, ale nic, nie spotkałam Diega. Potem zadzwoniłam do mamy Mariny, a mama Mariny do innych mam i wszystkie rozpytywały o Diega, a potem koleżanki Mariny pododawały mnie do grup na WhatsAppie i pisały tam, że jeśli ktoś coś wie o Diegu, to niech powie, bo się martwimy, ale nikt nic nie powiedział, nikt nic nie wiedział. W końcu wybiła północ, a Diego nie odbierał telefonu, nie dawał znaku życia. Poprosiłam Marinę, żeby sprawdziła w mediach społecznościowych, czy Diego niczego nie zapostował, ale powiedziała, że nie widzi jego profilu, że musiał ją zablokować. A ja się bałam, że Diego włóczy się sam po ulicach, bo już ze dwa czy trzy razy się zdarzyło, że policja go zatrzymała i chciała wylegitymować, a Diego, którego bardzo łatwo było zdenerwować, odmówił pokazania karty pobytu, więc policjanci wsadzili go do radiowozu i zaczęli grozić deportacją, ale potem sprawdzili dokładnie i zobaczyli, że jest nieletni, więc zadzwonili po mnie, ale powiedzieli mi wtedy, żebyśmy uważali, bo bardzo łatwo mogliśmy przerobić papiery tak, żeby Diego był niby nieletni, ale jeśli następnym razem mój brat będzie się stawiał, to zrobią mu testy biologiczne, żeby ustalić jego prawdziwy wiek. Tutaj nie jest tak jak w waszym kraju, u nas przestrzega się zasad.

[…]

Myślałam, że babcia przestała kochać Diega za to, co zrobił, a teraz widziałam, jak trzyma jego prochy, śpiewając to, co tam się śpiewa na mszy, widziałam, jak klęka i prosi, żebym uklękła obok niej, widziałam łzy na jej twarzy, na policzkach, w worach pod oczami, na nosie, w smarkach. Wszystkimi porami wychodził z niej brak Diega i przypomniałam sobie swoją podróż pociągiem do Madrytu, i myślałam, jak bardzo opłakiwałam Diega, tego kłamczucha, okrutnika, egoistę. Ale teraz, przy babci, w kolejnym etapie żałoby, pomyślałam już inaczej: Bądź sobie taki, jaki chcesz, Diego, bądź tym, na co przyjdzie ci ochota, śnij o powrocie do morza i zostań tutaj, w morzu łez naszej babci. Bądź martwym, skoro chciałeś nim być. I nie płakałam, nawet nie chciało mi się płakać. Nagle, tutaj, w towarzystwie, usprawiedliwiłam Diega, zaakceptowałam jego decyzję. Nie miał całego życia przed sobą, przeciwnie: okruszki, luźne fragmenty układanki, tykający zegar i serię poobijanych zdarzeń, nakładających się na siebie bez ustalonego kierunku. Żadnego życia przed sobą ani dla Diega, ani dla mnie. Mój brat przynajmniej miał wystarczającą jasność spojrzenia, żeby to dostrzec i zaryzykować, zostać jedynym, który zadecydował o swoim losie. Chcę wiedzieć, czy obchodzi cię to, co się z nami dzieje, powiedziałam mamie, zanim pojechałam do Meksyku z jej synem. Ona spojrzała na mnie poważnie, spokojnie, z suchą, pozbawioną wyrazu twarzą, ale nic nie powiedziała. To Jimena odprowadziła mnie do taksówki. Córciu, ty zabierz tam swojego brata, przeżywaj swoją żałobę, nie grzeb w cierpieniu innych.

[…]

Skoro nie mogłam wierzyć w Diega, to w kogo mogłam wierzyć? Nie widziałam przyszłości ani odpowiedzi na moje życie, ani na to, dlaczego jest pewne, że rośliny się poruszają, a my, zapatrzeni w siebie, nie zdajemy sobie z tego sprawy i pozwalamy, żeby umarły, wierząc, że służą tylko temu, by przyozdobić samą ideę, że pomagają nam oddychać. Nie wierzyłam już w obietnicę euro ani dolara, ani peso. Skoro nie mogłam wierzyć w Diega, to w kogo mogłam wierzyć? Babcia zawsze uczyła nas szanować rośliny. Wychowaliśmy się w domu pełnym roślin, zwłaszcza pnączy pokrywających wszystkie ściany. Tu jest jak w dżungli, mówił Diego i skakał z sofy na sofę z okrzykiem Tarzana. Ale biada mu, jeśli skoczył źle i wpadł na jedną z doniczek babci, wtedy nawet najsłodszy szczerbaty uśmiech ani wstawiennictwo starszej siostry nie mogły powstrzymać babcinej furii. Tylko nie rośliny, tylko nie rośliny! Babcia do nich mówiła i śpiewała im, tak, jak gdy robiła tamales i rozmawiała z ciastem, żeby się nie zwarzyło i żeby wyszły puszyste. Ostatecznie to przecież kukurydza, czyli roślina, słucha człowieka, wie, po co tu przyszła, mówiła babcia, a my z Diegiem z trudem powstrzymywaliśmy się od śmiechu, ale słuchaliśmy. Rośliny naprawdę się ruszają? pytał mój brat, przyglądając im się uważnie, a ja na to: Tak, pewnie, że się ruszają, i kiedy się tego zupełnie nie spodziewał, przesuwałam jakąś doniczkę i mówiłam: Uważaj, Diego, roślina się ruszyła i teraz cię zje!

[…]

Mój dziadek, chudy, wręcz kościsty, ale wysoki i o stanowczym kroku, szedł zgarbiony i z pochyloną głową. Dokąd idziemy, dziadku? Ale on tylko szedł przed siebie, bardzo mocno mnie trzymając. Ulica była pusta, jakby cały świat się schował, ale w oddali, tuż przy wjeździe na osiedle, było słychać hałasy. Myślałam, że właśnie tam zmierzamy, ale dziadek nagle skręcił i skierowaliśmy się w stronę domu rodziców Ricarda. Nie dotarliśmy do ich mieszkania z numerem 302. Zostaliśmy przy wejściu, gdzie wisiało białe prześcieradło z czerwonym napisem: Jak wyjdziesz, to będziesz wisieć. Chyba krzyknęłam bezgłośnie, jeśli to w ogóle jest możliwe, tak jakbym słysząc swój krzyk, sama zatkała sobie usta, zanim naprawdę się rozległ. Latarnia uliczna stanowiła jedyne źródło światła w okolicy, wszystkie okna w bloku były ciemne, wydawało mi się, że widzę, jak z ostatniego piętra ktoś wygląda i na nas patrzy, ale to tylko dlatego, że zauważyłam ruch zasłony, nic więcej. Dziadek chyba uzyskał swoją odpowiedź, bo tylko znów mnie pociągnął, ale teraz już owszem, w stronę głównej alei. Kierowaliśmy się ku wjazdowi. Po co tu przyszliśmy? spytałam. Skoro tata twojego kolegi Ricarda walczy o teren, to nic dziwnego, że przyszli tutaj. Ale nie sądziłem, że to tak poważna sprawa. Przełknęłam ślinę. Szliśmy dalej, jakby lewitując, spodziewając się czegoś jeszcze. I dostaliśmy to: przy wjeździe na osiedle zebrał się tłum ludzi, którzy patrzyli w stronę alei; żeby wyrazić się precyzyjniej, na kładkę dla pieszych. Nikt nie wychodził, wszyscy kłębili się w ścisku, jedni kontra drudzy, jakby chcieli się chronić i wyznaczać terytorium, dojrzałam tam Eleonorę, moją dawną koleżankę z klasy, razem z mamą, obie jak zahipnotyzowane wpatrywały się w niebo. My z dziadkiem wyszliśmy i zbliżyliśmy się najbardziej jak się dało. Zwróciłam wzrok w górę. Tam, na kładce dla pieszych, wisiało kilkanaście bezgłowych ciał. Dwa radiowozy kierujące ruch na objazdy i niewiele więcej ponad strach. Zadzwoń do cioci, nalegał. Wybrałam numer drżącymi palcami. Powiedz, jeśli odbierze, zażądał. Nie odebrała.

[…]

Prawdę mówiąc, nie miałam nic do mojego wujka jako dziecko bardzo go lubiłam, ale z upływem czasu nasze drogi się rozeszły. Wujka prawie nigdy nie było, w bardzo młodym wieku wyspecjalizował się sama nie wiem w czym i spędzał dużo czasu poza domem. Pamiętam, w dzieciństwie widziałam, jak pakuje sprzęt na te swoje kursy surwiwalu: spędzał długie tygodnie nie wiadomo, gdzie, doskonalił się w sztuce przetrwania i zdobywał medale. Bardzo zapadł mi w pamięć pierwszy raz, kiedy zobaczyłam, jak szykuje racje żywnościowe. To na cały tydzień, więcej nie będzie, mówił, a ja widziałam tylko batony proteinowe i kawałeczek czekolady. Co za poświęcenie, myślałam. Ale on dokonywał inspekcji składanego noża, munduru i innych rzeczy, a babcia tymczasem gotowała mu mole de olla [tradycyjna meksykańska zupa; mięsny wywar z warzywami: kukurydzą, cukinią, ziemniakami, fasolką, dynią i innymi, specjalną mieszanką przypraw i dodatkiem gorzkiej czekolady – przyp. tłum.], jego ulubione danie, którym najadał się do syta, bo wiedział, że potem nie będzie miał tak dobrze. Przez jakiś czas wujek był członkiem straży prezydenta. Dziadek był z niego bardzo dumny, ale babcia nie. Nie opowiadaj, czym się zajmuje wujek, nie mów nikomu, co robi. Nigdy nie wiadomo. Babcia nie chciała, żeby jej synowie poszli do wojska, ale wydawało się to logicznym wyborem. Mój dziadek był wojskowym, więc jego synowie też. Odziedziczyli po nim zawód, mawiała mama mojej przyjaciółki Ruth. Odziedziczyli, ale też wybrali, bo to szybkie pieniądze, pójście na studia i znalezienie dobrej pracy sporo kosztuje, a oni jako żołnierze dostają wszystko na tacy, nawet jak skończyli tylko gimnazjum, odpowiadała mama. Dlatego właśnie wujek wstąpił do armii, chciał się uniezależnić, wyprowadzić z domu; raz, kiedy pokłócił się z moimi dziadkami, pojechał na stację Cuatro Caminos, gdzie żołnierze prowadzili rekrutację i raz-dwa był już w wojsku. Dziadek się zdenerwował, bo chciał, żeby jego synowie byli kadetami, a nie trepami. Będziesz trepem! A wujek: Tak jak ty! A dziadek: No właśnie, no właśnie! Ale najbardziej załamana była babcia, nie chciała ani trepów, ani kadetów, chciała czegoś innego. I czegoś innego chciała także dla Diega i dla mnie. Uczcie się porządnie, znajdźcie sobie coś lepszego. Dlatego cisnęła Diega bardziej niż mnie. Przerażała ją wizja, że Diego mógłby chcieć zostać żołnierzem: Nie, on nie, on niech robi coś innego.

[…]

Gdzieś w internecie przeczytałam, że prochy zmarłych nie są trujące, składają się w zasadzie z celulozy, tanin, soli wapnia i potasu, węglanów i fosforanów. Jedzenie prochów Diega nigdy mi nie zaszkodziło. Tamtego wieczoru, kiedy poszłam zobaczyć jego ołtarzyk w domu wujka, przed wyjazdem na lotnisko, przełożyłam jeszcze garść brata do torebki foliowej, którą schowałam między ubraniami w walizce. Nie wiem, czemu go jadłam, ale uspokajało mnie to. Gdy miałam na języku jego prochy, tak drobne, że niemal niewyczuwalne, ogarniał mnie spokój. Nie potrafię tego wytłumaczyć, nie będę próbować. Jadłam jego prochy? Tak. Dlaczego? Nie wiem. Czy to ważne? Nie. Żałuję? Nie. Dlaczego? Bo tak już jest, robi się rzeczy i już. Robiłabym to dalej, ale skończyły mi się prochy. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, po prostu któregoś razu została już tylko brudna torebka. I tak Diego na zawsze zniknął z Madrytu, bim, bam, bum, najpierw o ziemię, potem w torebce. Tak wszyscy znikamy. Chcesz zobaczyć, gdzie dokładnie spadł Diego? Nie, mamo, nie chcę. Nic z niego nie zostało. Domyślam się. Ale posprzątali. Posprzątali wszystko, jakby chcieli jak najszybciej go wymazać. Widziałaś? spytałam. Powiedzieli mi. Kto ci powiedział? Ludzie. Widziałaś go? Widziałam mojego syna żywego o siódmej rano, kiedy wychodziłam z domu. Ale widziałaś go potem? dopytywałam. Rozmawiałaś z nim w tamtym czasie? spytała, żeby zmienić temat. Powiedziałam, że nie.

[…]

Nie było tylko tak, że Diego zły, zły, ech, jaki zły, tak że stał się najgorszym ze wszystkich złych nastolatków. To nie tak. Jimena opowiedziała mi, że Diego był tutaj tego dnia, kiedy eksmitowali rodzinę z drugiego piętra. Oboje zauważyli, że przyjechały radiowozy, i podeszli do okna. Słyszeli, jak policjanci prosili przez domofon, żeby ich wpuścić, jak tamta rodzina nie chciała im otworzyć i dlatego zaczęli dzwonić do innych. Diego podniósł słuchawkę i kazał im się wynosić. Ale w końcu tamta rodzina sama im otworzyła. Diego i Jimena zeszli razem do innego sąsiada, żeby się dowiedzieć, co się dzieje. Tamci nie stawiali oporu: niecałe dwie godziny później cały ich dobytek był już na ulicy. Jimena dała im wody, nic innego nie przyszło jej do głowy, a Diego zaoferował, że popilnuje dwójki małych dzieci, podczas gdy ich rodzice dzwonili w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, dokąd mogliby się udać. Diego spędził z tymi dzieciakami kawał czasu, bawił się z nimi. Dał im nawet jakieś zabawki, które miał u siebie w pokoju, a kiedy w końcu przyjechali po tę rodzinę i ich rzeczy, stał długo w oknie i patrzył, dopóki nie zniknęli. Jimena mówi, że mój brat się nie rozpłakał, bo potrafił dużo znieść, ale był bardzo przygnębiony. Ech, chłopaku, nie bierz tego tak do siebie, świat już taki jest. Jaki? spytał. Taki chujowy? No tak, tak jak mówisz. Pamiętam, że gdy Diego był mały, płakał, kiedy ciocia Carmela i wujek wychodzili z domu. Ani za mamą, ani za tatą nie płakał tak jak za wujkami. Dlaczego sobie idą? pytał z tymi swoimi czarnymi oczami i zasłoniętą buzią. Hej, Diego, nie płacz, nic im się nie stało, wychodzą, bo mają różne rzeczy do zrobienia. Nie, nie, ja nie chcę, żeby sobie szli. A ja go przytulałam i tłumaczyłam, że nie ma nic złego w tym, że się wychodzi. Ale ja nie chcę, żeby sobie szli, zostawiają swój pokój samiutki i swoje ściany samiutkie. Swoje ściany? Tak, ściany. I wyobrażam sobie, jak Diego myśli o mieszkaniu na drugim piętrze, pustym, ze smutnymi ścianami, o rodzinie, która odeszła, w jakimś sensie zdradzając budynek i całą społeczność, i jak mały Diego, wewnątrz Diega nastoletniego, mówi: Dlaczego sobie idą, dlaczego zostawiają ściany samiutkie? A ja jestem w Barcelonie, nie mogę go przytulić i powiedzieć mu, że wszystko będzie dobrze, chociaż wcale by nie było.

[…]

Ale przy załatwianiu formalności związanych z powrotem Diega do Meksyku już go poznałam i nawet trochę pogadaliśmy. Złożył mi kondolencje i dobrze mówił o mamie. Upomniał mnie tak, jak ja upominałam Diega, żeby doceniać to, co się ma. Przytaknęłam krótko. Uznałam, że to w złym guście udzielać mi lekcji życia, skoro pierwszy raz widzę człowieka na oczy, poczułam się tak, jakby próbował pokazać, że ma nade mną władzę, tylko dlatego, że jego dane widnieją w mojej karcie pobytu. Tak, tak, tak, jak mówisz; tak, tak, cokolwiek chcesz; podpisz i idź sobie. Ale wcale sobie nie poszedł, został tego dnia z mamą i Jimeną. Ja zamknęłam się w swoim pokoju i zaczęłam go szukać w internecie. Niewiele znalazłam, był dyskretny i nie miał profili w mediach społecznościowych, a przynajmniej nie pod własnym nazwiskiem. Co go skłoniło, żeby zgodzić się na ślub z mamą? spytałam Jimenę. Nie wiem, pewnie myślał, że jest dobrym człowiekiem. A nie jest? spytałam. A jest? odparła ona. A skąd ja mam wiedzieć. Przynajmniej nie był taki jak inni, którzy, kiedy słyszeli, jak wasza mama mówi o swojej sytuacji i że jesteście daleko, mówili, że bardzo im przykro, i obiecywali ślub: Skoro naprawdę tak tego potrzebujesz, to naprawdę bym się z tobą ożenił, żeby ci pomóc, mówili. Ale kłamali, nigdy nie dotrzymali obietnicy. Twoja mama pytała wielu z nich, czy mówili poważnie, bo naprawdę tego potrzebowała, ale wszyscy coś zmyślali. Że są na czarnej liście i nie mogą, że ich dziewczyna, że coś tam. To w takim razie po co się oferowaliście? pytała twoja mama, ale oni już podkulali ogon, zaczynali coś kręcić i robili z siebie ofiary. Hiszpanie zaproszą cię do domu, ale nigdy nie podadzą ci adresu. Nie wiedziałam, czy Diego kochał Jimenę. Czasem myślę, że wszystkie nas kochał, ale potem mi przechodzi. Rzecz w tym, że postrzegam jego odejście jako zdradę i myślę sobie, że ten chujek nikogo nie kochał. W jakimś sensie pokrzyżował mi plany, sprawił, że poczułam się, jakbym straciła rękę albo okulała, jakbym całkowicie straciła poczucie, że moje życie może być coś warte, nie przez jego brak, ale dlatego, że unaocznił mi rzeczy, których unikałam, uświadomił mi z hukiem (bach, bum, krasz, Diego roztrzaskuje się na ziemi), że kiedy już zrozumiemy, jakie miejsce zajmujemy na świecie, to ten ból żołądka, który dopadał mnie w stresujących sytuacjach, staje się przewlekły, nigdy nie ustaje. Żyć już na zawsze z tym burk, burk, bo lęk przed życiem unieruchamia. Bo przeszłość można przetrwać, ale co z przyszłością, co zrobić bez przyszłości? Może to samo myślał mój brat i dlatego właśnie skoczył. Jaka przyszłość? To straszne pierdolenie z tym, żeby żyć dla przyszłości, kiedy człowiek czuje się beznadziejny w teraźniejszości i nieszczęśliwy w przeszłości. W którą stronę się kierujesz, jak przeżywasz życie z tym ciężarem na plecach i kłuciem w żołądku? Jak masz to znieść sam, skoro nie ma z kim zadzierzgnąć więzi? Jak w ciszy przeżywać cały ten hałas dookoła?

[…]

Kiedy rozmawiałam z Mariną o Diegu, sprawiała wrażenie smutnej i próbowała mnie przekonać, że wielu ich kolegów i koleżanek czuje to samo. Bardzo nas to dotknęło, powiedziała. Wszyscy uważaliśmy, że jest bardzo inteligentny, że to tylko kwestia czasu, aż się zaadaptuje. Jacy wszyscy? pomyślałam. Wszyscy? Bo te kilka razy, kiedy byłam w liceum Diega, wychodziłam wściekła – wydawało mi się, że większość nauczycieli jest z jakiejś innej epoki. Niczego nie rozumieli: ani nas, ani innych; tkwili w jakimś innym świecie, w którym autorytet jest ważniejszy od szacunku. Czy też szacunek i autorytet to synonimy. Pamiętam, że na jednej z wywiadówek, kiedy rodzice zadawali jakiekolwiek pytanie o prace domowe, o zachowanie, o program nauczania, zawsze padała ta sama odpowiedź: Kto się nie dostosuje, wyleci ze szkoły. I tak ze wszystkim, a jeśli moja córka to: wyleci. A jeśli mój syn tamto: wyleci. A jeśli tamto i siamto: wyleci, wyleci, wyleci. Niby szkoła publiczna, a ciągle mieli lekcje religii. Nie ma żadnej alternatywy? Owszem, etyka, ale tam to samo: Państwo, czcimy nasze Państwo. Naprawdę. Najgorsze, że nie przyjmowali żadnej krytyki. Pamiętam, że raz zapytałam: A nie można by tak spróbować ich zintegrować zamiast wyrzucać? Jesteś jeszcze za młoda, żeby to zrozumieć, odparł wychowawca, ale z grupą nastolatków tak już jest, albo wyrzucimy nieposłusznego, albo zepsuje całą klasę. I nikomu nie przyjdzie do głowy, że może to podejście pedagogiczne tutaj zawodzi albo nauczyciele? Nie. Krótko, zwięźle: nie. Oni są dobrzy, wszyscy inni źli. A kto tego nie akceptuje – winny, winny, do oślej ławki z nim.

[…]

Zrozumiałam, że nie istnieją prawdy, są tylko punkty widzenia. Ja na przykład zauważam niewiele pięknych rzeczy na świecie, jakby ludzie wokół włóczyli się przyjemnie bez celu, a ja byłabym na wszystkich wściekła. Tak sobie to wyobrażam: idę ulicą, w ogródkach lokali siedzą ludzie, a ja walę wszystkich po głowie. Ciebie, bo jesteś rasistą, ciebie, bo jesteś skurwielem, ciebie, bo tak, ciebie, bo za głośno mówisz, ciebie, bo krzywo na mnie patrzysz, ciebie, ciebie, ciebie. Wszystkich dosięga mój wkurw, nikt się nie uratuje, nawet ja. Wkurw, wkurw i wkurw. Ale powiedzieliby, że jestem dzikuską, barbarzynką, Meksykanką. Albo Kolumbijką, i wsadziliby mi palec w dupę, żeby sprawdzić, czy nie przemycam narkotyków. Bo tak właśnie było, kiedy jechałam zostawić Diega w Meksyku, wszyscy w porządku, next, next, ale ciebie zapraszamy na specjalną kontrolę. Dlaczego mnie? Tak wypadło, to losowe. Ale dlaczego akurat ja, jest we mnie coś podejrzanego? Spokojnie, dziewczyno, nie rób problemów. Co takiego dziwnego widać w mojej walizce, czego szukacie? To normalne. Pewnie, że to normalne, super-normalne, dlatego właśnie się z nimi handryczę, żeby ich zdemaskować. Człowiek siedzi cicho, kiedy myśli, że może coś stracić, ale ja już straciłam brata, więc czemu mam się nie odzywać? Nie odzywać się, przejść tam! I odesłali mnie do innego strażnika, który się wydurniał, udawał, że przegląda moje rzeczy. Skoro i tak wracam do swojego kraju, to co im za różnica. Oczy pełne nienawiści. Wkurw na niego w mojej głowie, wkurw na wszystkich. Dlaczego zawsze jesteś taka wkurzona? upominała mnie mama. A dlaczego ty nie jesteś wkurzona? Oto jest pytanie!

[…]

Któregoś dnia Diego wrócił do domu totalnie upalony. Od razu było widać, bo zachowywał się jeszcze bardziej niezgrabnie niż zwykle, a zawsze potykał się o swoje długie kończyny. Teraz wszystko leciało mu z rąk i poruszał się w zwolnionym tempie. Mama się potwornie zdenerwowała. Zjebała go jak łysą kobyłę. Jimeny wtedy nie było. Pieprzony gówniarz! krzyczała na niego mama. A Diego się śmiał, przygryzał zębami wargę i nawet nie mógł mówić. Czy on jest naćpany? spytała mama. Wzruszyłam ramionami. Tylko tego mi brakowało, żeby palił trawę! A ja: Lepiej palić niż dilować. Co ty wygadujesz? naskoczyła na mnie. Ale ja mówiłam poważnie, lepiej, żeby go oskarżyli o konsumpcję niż o sprzedaż. Za dilerkę czekało go pewne więzienie, nie miałam co do tego wątpliwości. Ale mama nie podzielała mojej logiki i powiedziała: Nie mieszaj się do tego, sikso, nie mieszaj się, ten gówniarz musi zrozumieć, że ja nie po to pracuję, żeby on odpierdalał takie historie. Nie mieszałam się. Przynajmniej nie w obecności mamy. Strzeliła nam długaśne kazanie o tym, że jej rodzina od lat żyje w zagrożeniu przez tych skurwysynów. Zastraszają wszystkich, toczy się regularna wojna, a wy sobie myślicie, że narkotyki to zabawa! Diego się roześmiał. Z czego rżysz? A myślisz, że po co twój wujek jeździ do Guerrero albo do Michoacán, na wakacje? Potem chciałam pogadać z Diegiem w cztery oczy, ale podsłuchałam jego rozmowę z nie wiadomo kim. Pytał, czy leży już w łóżku, czy ma na sobie jego bluzę, czy chce się z nim ruchać. Wzięło mnie to z zaskoczenia. Postanowiłam zostawić tę sprawę mamie. W końcu, pomyślałam, ona tu jest matką, niech ona się martwi. Odcięłam się.

[…]

Jakiś czas później postanowiłyśmy się przeprowadzić. Czułyśmy się fatalnie, mieszkając w miejscu, w którym umarł Diego. Długo nie mogłyśmy się zdecydować. Wahałyśmy się z mamą. Z jednej strony myślałyśmy sobie, że tak, tak będzie najlepiej; z drugiej powstrzymywało nas burk, burk w żołądku. Wynieść się z ostatniego miejsca, w którym on był? Byłyśmy jak sparaliżowane, ale na szczęście miałyśmy Jimenę. Zabrała nas na Prospe, powiedziała, że nam się tam spodoba. Nazwa dzielnicy wydała nam się żartem: Prosperidad, pomyślność. W Madrycie. Poza tym Jimenie udało się załatwić mamie pracę w przedszkolu na El Viso. Całkowicie legalną, stałą pracę na etat. Pełen pakiet. Nie widziałam, żeby mama przeżywała żałobę, nawet w dniu mojego przyjazdu z Barcelony nie przestała pracować i opiekować się tymi, którymi wypadło jej się opiekować. Wręcz przeciwnie, od tamtej pory jeszcze bardziej poświęcała się pracy, dawała z siebie wszystko, żeby zająć czymś głowę, dlatego Jimena była tak podekscytowana tą nową posadą. Dobrze jej to zrobi, mówiła, płatny urlop, nigdy tego nie miała, nawet w cukierni. A ty co będziesz robić? Musisz się zdecydować. Mieszkając na Prospe, na pewno będę świetnie prosperować, odparłam. Ale nie spodobał jej się mój żart. Nie chcesz zadowolić matki? nie odpuszczała. Zadowolić? Przecież już dałam jej satysfakcję, że miała rację! I to prawda, bo ona zawsze mówiła jasno i nie przebierając w słowach: A co, chcesz już zawsze tak żyć, w tym pokoju, w tym domu, w tym mieście? Nie chcesz, chociaż wydaje ci się, że chcesz, to nie chcesz. Mama lecąca z Meksyku do Madrytu. Mama lądująca z Pilar na El Viso i Prosperidad, prawie we wraku, ale pewnie. Mama, jak to mama, w swoim monologu wewnętrznym, wychodząca zwycięsko i uciekająca od smrodu, z którego ani ja, ani Diego nie chcieliśmy się wyrwać.

[…]

Co się dzieje z odroczonymi snami, z tymi, które nie nadchodzą, bo w mózgu utkwił nam koszmar, który nie daje spać? Psują się, gniją? Może zostają w środku, w żołądku, jak ciężki posiłek, który powoduje niestrawność. Albo wybuchają i to właśnie ten rumor we flakach o północy. Nieważne, jak wygodna jest poduszka, koszmar nie odpuszcza. Zapętlony. Jak piosenka, która w kółko powtarza się w głowie i nie da się jej wyłączyć. Jak Vampire Weekend w telefonie Diega z tą ich słodziutką muzyką. To muzyka Diega, która wwierca się w mój mózg, i wiem, że przyjdzie taki dzień, gdy już nie usłyszę jej naprawdę. Co się dzieje ze snami, które nie istnieją? Skaczą z okna jeden raz i drugi, i trzeci, i kolejny, aż w końcu sami chcemy skoczyć, ale Ezra Koenig znowu zaczyna śpiewać i wygrywa przyjemna muzyczka. Raz po raz, raz po raz. Ezra, okno, Ezra, okno, aż robi się z tego absurd, ale realny. Gdybyś mogła poznać datę swojej śmierci, powiedziałabyś mi? No co ty, pewnie, że nie, Diego, nie wygłupiaj się. Czemu w ogóle o tym myślisz? Tak tylko z ciekawości, odparł. Załóżmy, że byś wiedziała, powiedziałabyś mi? Po co miałabym ci mówić? spytałam. No a gdybym chciał wiedzieć? naciskał. Nie wiem, Diego, chujowo w ogóle o tym myśleć. Wiesz, że Vampire Weekend przyjeżdża do Meksyku? spytał. Nie gadaj! A tutaj nie będą grali? Nie widziałem nic. Co byś powiedział wokaliście? Nic, odpowiedział. Mła, mła, mła, zaczęłam dla żartu udawać odgłosy całowania. Debilka, powiedział, ale głos mu zadrżał, dosłyszałam to. Co się dzieje, Diego, pokłóciłeś się z mamą? A Diego nie mógł odpowiedzieć, miał gulę w gardle, tak przypuszczam. Płaczesz, bo nie możesz iść na koncert Vampire Weekend? I krótki śmiech mojego brata. Debilka, powiedział, odkaszlnąwszy. Mła, mła, Ezra Koenig, kocham cię. I Diego uśmiechnięty, chcę tak myśleć, chcę myśleć, że się uśmiechnął. Już lecę, zjebie, pożegnał się. Dobra, pogadamy niedługo. Rozłączyliśmy się.

Brenda Navarro, Prochy w ustach

Sfilmowana powieść obyczajowa Brendy Navarro - meksykańskiej pisarki, socjolożki i ekonomistki umiejscawia akcję tej introwertycznej opowieści najpierw retrospektywnie w samym sercu Meksyku, z kolei na bieżąco w europejskiej Hiszpanii w stołecznym Madrycie oraz w katalońskiej Barcelonie, gdzie przetaczają się również życia tysięcy imigrantów, w czasach nam już współczesnych. Ta nowa proza latyno-iberyjska jest przede wszystkim historią młodej meksykańskiej kobiety, która próbuje nie dość, że dociec przyczyn samobójstwa swego nastoletniego brata Diaza cierpiąc przy tym na syndrom Ulissesa, nadto chce wziąć rozrachunek ze swym życiem będącym w powieści wciąż podróżą „na walizkach”. Podskórnie stanowi swego rodzaju opowieść-piew o rdzewiejącym z tęsknoty wykorzenieniu, o osobistej stracie i cierpiętniczej rozłące w połogu przyspieszonego dojrzewania ku dorosłości. To również potężny zastrzyk adrenaliny ze znakiem zapytania – pytajnikiem: czy życie nasze ma jednak swoją cenę, czy i jakikolwiek policzalny potem sens, skoro niespodziewanie zaczęło się nie wiadomo, kiedy, a i że zakończy też niby podobnie w wymiernym chaosie. W dalekim domyśle opowieść Navarro wydaje też ważny głos w sprawie zniesienia palących od zawsze nierówności społecznych i ślepej ksenofobii - narzędziach zniewolenia dryfujących ku niechybnie niskiej samoocenie.       



powrót ››