Blog

 

10.07.2026

Córka grabarza

Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”

George Wilhelm Friedrich Hegel


„Oto zagadka warta Zenona [z Elei – przyp. aut.]:

że w historii mogą się dziać rzeczy,

których historia, całość czasu,

 nie jest w stanie odwrócić.”


„Przymus bycia szczęśliwym tylko komplikuje życie”


„W świecie zwierząt nie ma miejsca dla słabych.

Na tym polega religia: jedyna religia.”


„Śmierć jest snem, w którym zapomnieniu ulega indywidualność.”

Artur Schopenhauer

[…]

W świecie zwierząt nie ma miejsca dla słabych. Od dziesięciu lat nie żył. Od dziesięciu lat jego zmasakrowane szczątki leżały w grobie. Od dziesięciu lat nikt go nie opłakiwał. Myślałbyś, że przez ten czas ona, jego dorosła córka, już żona i matka, wreszcie się go pozbyła. Starała się, do jasnej cholery! Nienawidziła go przecież. Tych oczu koloru nafty, tej gęby jak ugotowany pomidor. Zagryzała wargi do krwi, tak strasznie go nienawidziła. W pracy, gdzie była najbardziej bezbronna. Słyszała go przy taśmie montażowej w Niagara Fiber Tubing, kiedy ukołysana hukiem maszyn wpadała w trans. Słyszała go przy taśmie, która wibrowała tak silnie, że aż dzwoniło jej w zębach. Słyszała go tam, gdzie czuła w ustach smak zeschłego krowiego łajna. Nienawidziła go! Obracała się na ugiętych nogach, myśląc, że to pewnie czyjś kawał, chamski numer, że wrzeszczy jej do ucha któryś z tych drani pracujących razem z nią w fabryce. Z tym uczuciem, że męskie paluchy obmacują jej piersi przez kombinezon albo gmerają jej między nogami; stawała sparaliżowana, niezdolna oderwać uwagi od kawałków przewodów na gumowej taśmie posuwającej się spazmatycznie do przodu, zawsze prędzej, niżby się chciało. Cholerne zaparowane okulary ochronne, które wrzynały się boleśnie w twarz. Przymykała oczy, wciągając śmierdzące, pyliste powietrze do ust, choć doskonale wiedziała, że nie powinna tego robić. Chwila wstydu, uwiądu duszy, tego poczucia „żyjesz albo zdechniesz, jaka to różnica”, które nachodziło ją w momentach wyczerpania albo smutku, i wtedy po omacku szukała na taśmie tego przedmiotu, który w owej chwili nie miał nazwy, tożsamości ani przeznaczenia, ryzykując, że maszyna sztancująca zagarnie jej dłoń i zmiażdży połowę palców, zanim ona zdąży na dobre wytrząsnąć go z głowy, jego, który przemawiał do niej spokojnie, wiedząc, że zostanie usłyszany mimo jazgotania maszyny. Dlatego musisz ukrywać swoją słabość, Rebeko.

[…]

Kurcze, jak ona nie cierpiała, kiedy ktoś za nią szedł! Nie cierpiała, kiedy jakiś facet podążał za nią choćby tylko wzrokiem. Wiele lat wcześniej mama wpoiła jej lęk przed Bogiem. Ty uważaj, żeby coś ci się nie przydarzyło, Rebeko! Dziewczynka bez niczyjej opieki, mężczyźni polują na takie. Nawet chłopcy, których znasz, im też nie wolno ufać. Mama się bała, że nawet starszy brat Rebeki, Herszel, mógłby jej coś zrobić. Biedna mama! Rebece nic się nie stało, wbrew wszelkim obawom mamy. A w każdym razie niczego takiego nie pamiętała. Mama nie miała racji w tylu sprawach… Rebeka uśmiechnęła się, gdy sobie przypomniała swoje dawne życie, kiedy jeszcze była zwykłą dziewczyną i mieszkała w Milburn. Jeszcze nie mężatką. Dziewicą. Teraz w ogóle o tym nie myślała, to już należało do przeszłości. Niles Tignor ją wyratował. Niles Tignor był jej bohaterem. Wywiózł ją z Milburn swoim samochodem, zwiali razem do Niagara Falls. Przyjaciółki jej zazdrościły. Wszystkie dziewczyny z Milburn podziwiały Nilesa Tignora z daleka. A potem wywiózł Rebekę, swoją narzeczoną, na wieś, na wschód i trochę na północ od Chautauqua Falls. Four Corners, tak się nazywało to miejsce. Tam, urodził się ich syn, Niles Tignor Junior. Pod koniec listopada Niley miał skończyć trzy lata. Chlubiła się tym, że jest panią Tignor, i chlubiła się tym, że jest matką. Miała ochotę nawrzeszczeć na mężczyznę w panamie: Nie masz prawa za mną iść! Jakby co, to się obronię!

[…]

Pewnego wrześniowego popołudnia, w 1959 roku, młoda robotnica, która wracała do domu ścieżką holowniczą biegnącą nad Kanałem Erie, na wschód od małej mieściny Chautauqua Falls, zauważyła, że jakieś trzydzieści stóp za nią idzie mężczyzna w kapeluszu panama. Panama! I do tego dziwny, jasny garnitur, z gatunku tych, jakie w Chautauqua Falls widywało się raczej rzadko. Młoda kobieta nazywała się Rebeka Tignor. Była mężatką, straszliwie dumną z nazwiska Tignor otrzymanego po mężu. Tignor. Taka zakochana i taka dziecinna w swojej próżności, choć przecież już nie dziecko, tylko mężatka i matka. Mimo to kilkanaście razy dziennie wymawiała swoje nazwisko na głos. Przyspieszyła kroku. Lepiej niech on za mną nie idzie. Tignorowi to by się nie podobało. Żeby zniechęcić mężczyznę w panamie, wybić mu z głowy pomysł, żeby ją doganiał i zagadywał do niej, jak to czasami, nie często, ale jednak, robili mężczyźni, zaczęła bez wdzięku grzmocić podeszwami swoich roboczych butów po ścieżce. Zresztą i tak była wnerwiona, zeźlona jak koń zadręczany przez gzy. Tego dnia prasa omal nie zmiażdżyła jej dłoni. Psiakrew, ależ się rozkojarzyła! A teraz to. Ten facet! Posłała mu wredne spojrzenie ponad ramieniem, niech sobie nie myśli. Na pewno nikt znajomy? Nie wyglądał na kogoś stąd.

[…]

Rebeka uznała, że to niesprawiedliwe, że przyszedł tu za nią! Tu, gdzie zawsze odczuwała taką ulgę, że wreszcie wyszła z fabryki. Zawsze też podziwiała ten krajobraz, mimo że zaniedbany, taka dzicz. Zawsze myślała o swoim synu, który nie mógł się doczekać, kiedy ją zobaczy. Wiedziała: nie może być słaba. Nie może okazać strachu. Odwróci się i zagada do niego, do mężczyzny w panamie. Odwróci się, z rękoma na biodrach, spiorunuje go wzrokiem w stylu Tignora. Bezdźwięcznie przećwiczyła słowa, którymi zamierzała go poczęstować: „Ej, ty tam! Idziesz za mną, czy jak?” Albo: „Ej, co jest? Czy pan za mną idzie?” Albo – i tu z nienawiści serce zaczęło jej bić szybciej – „Do jasnej cholery, kim ty jesteś, że za mną idziesz?” Nie była nieśmiałą młódką i nie była słaba. Ani fizycznie, ani pod względem instynktów. Była wręcz mało kobieca jak na kobietę. Ani trochę miękka, ustępliwa, rozlazła; uważała się raczej za twardą, mocną. Miała twarz, która przyciągała uwagę, a do tego duże, głęboko osadzone, bardzo ciemne oczy, z ciemnymi brwiami gęstymi jak u mężczyzny, i kiedy rozmawiała z innymi ludźmi, w jej postawie też było coś z mężczyzny. Zasadniczo gardziła kobiecością. Wyjątkiem był jej związek z Tignorem. Nie chciała być Tignorem, ale chciała być kochana przez Tignora, który z kolei nie zaliczał się do zwyczajnych mężczyzn, jej zdaniem. Tak czy owak, w głębi duszy gardziła słabością kobiet. Budziła w niej wstyd, rozwścieczała ją. Ta odwieczna słabość kobiet, słabość jej matki, Anny Schwart. Słabość podbitej rasy.

[…]

Ten spłaszczony horyzont. Budził lęk, bo przez niego nie było, jak wymyślić trasy ucieczki. W krzaki? Tam rosły jeżyny, dzikie róże, kłęby bluszczu. Między drzewa? I jak najdalej od ścieżki holowniczej, na której mogło zdarzyć się wszystko? Most przy Poor Farm Road znajdował się co najmniej milę dalej. Nie potrafiła ocenić, ile to minut: dwadzieścia? Nie dobiegłaby tam. Zastanawiała się, co się zdarzy podczas tych dwudziestu minut. Powierzchnia wody w kanale marszczyła się niczym wielka, drzemiąca bestia, której łeb jest niewidoczny. Tylko sam tułów, ciągnący się po horyzont. Tyle że tam dalej praktycznie nie było żadnego horyzontu. Kanał wtapiał się w cienistą mgłę w oddali. Na podobieństwo torów kolejowych, kiedy to oczy płatają ci figla, wmawiając, że tory się zwężają, że się kurczą i znikają, jakby uciekały z teraźniejszości ku przyszłości, której zobaczyć się nie da. Ukrywaj, że jesteś słaba. Nie możesz całe życie być dzieckiem Ani trochę nie była już dzieckiem. Była mężatką, matką. Miała pracę w Niagara Fiber Tubing, w Chautauqua Falls, w stanie Nowy Jork. Nie była osobą nieletnią, zależną od miłosierdzia dorosłych. Nie była podopieczną hrabstwa zamieszkałą w Milburn. Córką grabarza, nad którą trzeba się litować. To były czasy powojennego boomu w przemyśle amerykańskim. Tak powiadano. Tak się wydawało. W Chautauqua Falls fabryki pracowały pełną parą, podobnie zresztą jak w innych miastach i miasteczkach na północy stanu Nowy Jork, wśród których największym i najlepiej prosperującym było Buffalo. Jak dzień długi niebo nad Doliną Chautauqua było zasnute dwoma odmianami chmur: naturalnymi, poziomymi chmurami i pionowymi chmurami fabrycznego dymu. Miały wyraziste barwy, unosiły się z identycznych kominów. Bez pudla jednak dawało się wyróżnić wśród nich stalowy, pachnący gumą dym, który buchał ku niebu z Niagara Fiber Tubing.

[…]

W przypadku Tignora człowiek nigdy nie wiedział, co taka uwaga może oznaczać. Czy to, że ma prawdziwych wrogów, czy raczej to, że są jacyś ludzie, niezidentyfikowani, nierozsądni, którzy uważają się za jego wrogów. Jeden z tych facetów, co to by chcieli oberżnąć mi jaja. Tignor śmiał się, kiedy mówił takie rzeczy. Był człowiekiem, który miał o sobie wysokie mniemanie, śmiał się ochoczo i z pewnością siebie. Rebeka traciła tylko czas, gdy pytała, co miał na myśli. Tignor nigdy nie odpowiadał na pytanie bezpośrednio, a już zwłaszcza nie wtedy, gdy pytanie zadawała kobieta. Nie masz prawa! Nie masz prawa za mną chodzić! Bydlak. Pogładziła pasek blachy ukryty w prawej kieszeni. Odniosła wrażenie, że nieznajomy mężczyzna uniósł rękę tak, jakby zamierzał uchylić kapelusza.

[…]

Przeskoczyła przez rów odwadniający. Przepchnęła się przez dziurę w rozdartym ogrodzeniu z siatki. Zawsze w tym miejscu, kiedy dochodziła już do kanału i do obrzeży miasta, zaczynała czuć się lepiej. Na ścieżce holowniczej było na ogół pusto, powietrze robiło się chłodniejsze. Woń bijąca od kanału i ziemisty, zbutwiały zapach liści. Wychowała się na wsi, od dziecka przywykła do wędrówek po polach, lasach, wiejskich drogach w okolicach Milburn, dziewięćdziesiąt mil na wschód, dlatego zawsze weselała w takich momentach. Przychodziła do domu pani Meltzer i tam czekał na nią Niley, który krzyczał „Ma-mu-sia!” i biegł do niej z wyrazem tak zbolałej miłości, że ledwie potrafiła to znieść. To właśnie w tym momencie przypadkiem go zauważyła: dziwnego mężczyznę w panamie, mężczyznę, którego nie znała, który szedł chyba w tym samym kierunku co ona. Nie miała podstaw, by uważać, że może iść za nią albo że w ogóle ją zauważył. A jednak zobaczyła go w tym momencie. Zobaczyła i postanowiła zignorować ten fakt. Pokonała kolejny rów, od którego wionęło obrzydliwie smrodem przypominającym siarkę. Nieopodal, na stacji rozczepiali wagony kolejowe: ostry brzęk niczym uderzenia sierpów. Nie zastanawiała się nad tym w jakiś zborny, logiczny sposób, ale była przekonana, że wystrojony mężczyzna w panamie zaraz zawróci. Tacy jak on nie zapuszczali się tutaj, nie korzystali ze ścieżek, które służyły małym chłopcom i włóczęgom.

[…]

Po powrocie do domu, małego, piętrowego farmerskiego domu przy końcu bitej drogi odchodzącej w bok od Poor Farm Road, który wynajął dla nich Tignor, Rebeka napisała drukowanymi literami nowe słowo dla Nileya: TĘŻEC. Odszukała to słowo w słowniku, jeszcze zanim zdjęła przepocone ubranie i zmyła z ciała brud Niagara Tubing. To był sfatygowany Webster, z czasów, kiedy jeszcze mieszkała w Milburn i chodziła do podstawówki; wygrała go w konkursie ortograficznym, sponsorowanym przez miejscową gazetę. Niley był zafascynowany wklejką zamieszczoną w środku:

MISTRZYNI ORTOGRAFII OKRĘGU nr 3 w MILBURN

1946 ROK

REBEKA ESZTERA SCHWART

W tamtym miejscu i w tamtym czasie była córką swoich rodziców, nosiła nazwisko, które jej ojciec przywiózł do Nowego Świata: Schwart. (Rebeka nie chciała poprawiać błędu, z jakim napisano jej drugie imię: „Estera”. Nie chciała niszczyć pięknie wydrukowanej wklejki.)

[…]

Sprawdziła nazwisko Jones w książce telefonicznej Doliny Chautauqua. Znalazła jedenastu Jonesów, z samymi męskimi imionami lub inicjałami, które mogły oznaczać albo mężczyznę, albo kobietę. Ale ani jednego zdecydowanie kobiecego imienia. Żadnej „H. Jones”. To jej nie zdziwiło. Byron Hendricks bez wątpienia sprawdzał wiele razy w książce telefonicznej. Na pewno wydzwaniał do tych Jonesów w poszukiwaniu Hazel Jones. Idiotka! Jak można zrobić coś tak durnego! Obudziła się w samym środku pewnej nocy i zrozumiała, z mocą ciosu zadanego pięścią w brzuch, że jest lekkomyślną matką, złą matką: schowała prowizoryczną broń, siedmiocalowy pasek blachy do szuflady komody, gdzie mógł znaleźć go Niley, który wiecznie buszował w jej rzeczach. Wyjęła pasek blachy i przyjrzała mu się dokładnie. Wyglądał nieprzyjemnie, ale ostatecznie nie był aż taki ostry. Musiałaby dźgać nim wyjątkowo rozpaczliwie, żeby się obronić. Tak czy owak, pomyliła się co do mężczyzny w panamie. Nie chciał jej zrobić nic złego, po prostu pomylił ją z kimś innym. Nie rozumiała, czym się tak zdenerwowała. Ależ była beznadziejna, jaka prymitywna w swoich podejrzeniach. A jednak nie wyrzuciła paska blachy, tylko zawinęła go w stary, podarty sweter, który trzymała na najwyższej półce w szafie, gdzie Niley i Tignor nigdy niczego nie szukali.

[…]

Tylko raz słuchała muzyki klasycznej z radia swego ojca. Tylko raz, w towarzystwie matki. Ojciec o niczym nie wiedział, na pewno by zabronił. To moje radio. Ja jestem ojcem, wszystkie fakty należą do mnie. Mam prawo nie dopuszczać was, moje dzieci, do wszelkiej wiedzy o świecie, który istnieje, poza tym domem płaczu. Tignor nie dopytywał się zbyt nachalnie o rodziców Rebeki. Coś wiedział i raczej nie chciał wiedzieć więcej. Brat Rebeki, Herszel, zwykł mawiać: Jezu, on się wcale nie nazywa Schwart. Żadne z nas zasrane Schwarty. Herszela to wszystko strasznie śmieszyło. Aż obnażał swoje wielkie, zaślinione zęby chwalipięty i osła. W takim razie jak się nazywamy, spytała Rebeka. Jeśli nie Schwart, to jak? Herszel wzruszył ramionami. A kto to wie, gówno tam, komu na tym zależy? Pierdoły ze starego świata, powiedział Herszel. W Ju-Es-Ej wszyscy to mają w dupie, więc ja też. Rebeka błagała, żeby jej zdradził, jak się nazywają naprawdę, skoro nie Schwart, ale Herszel odszedł, wykonawszy chamski gest na jej użytek. Gdyby Jakub Schwart żył, miałby teraz sześćdziesiąt trzy lata. Sześćdziesiąt trzy lata! Stary, ale nie tak naprawdę stary. A jednak w głębi duszy ten człowiek był starcem już wtedy. Pamiętała ojca wyłącznie jako zniszczonego życiem starca.

[…]

Listopad 1936 roku. Do tego małego miasteczka na północy stanu Nowy Jork rodzina Schwartów przyjechała autobusem, z brzuchatymi walizkami, neseserami, torbami. A jednak sprawiali takie wrażenie, jakby pojawili się znikąd. Patrzyli nieprzytomnym wzrokiem. Mieli sfatygowane ubrania, potargane włosy. Rzucało się w oczy, że to cudzoziemcy. Imigranci. Później mówiono o Schwartach, że wyglądali, jakby uciekali przed Führerem (w 1936 roku w takich miejscowościach jak Milburn w stanie Nowy Jork wolno było myśleć o Adolfie Hitlerze, z tym jego wąsikiem, wojskową sylwetką i wytrzeszczonymi oczami, jako o postaci komicznej, wręcz podobnej do Charliego Chaplina), nie zatrzymując się po drodze, żeby coś zjeść, odetchnąć, umyć się. Ależ oni śmierdzieli! Tak później komentował kierowca autobusu i przewracał oczami. Wszyscy uznali, że to jak najbardziej stosowne, gdy Jakub Schwart, głowa rodziny, znalazł pracę w charakterze dozorcy cmentarza miasta Milburn – komunalnego cmentarza urządzonego wśród nieużytków okalających miasto. On i jego rodzina – żona, dwóch synów, córka w powijakach – mieli zamieszkać w zniszczonej, kamiennej chatce zbudowanej obok bramy, przez którą wchodziło się na cmentarz. Za tę chatkę nie płaciło się czynszu, dlatego ta posada była taka atrakcyjna dla człowieka, który rozpaczliwie szukał jakiegoś lokum. Pan Schwart dziękował wylewnie miejskim urzędnikom, którzy go zatrudnili, mimo że nie miał żadnego doświadczenia ani jako dozorca cmentarza, ani nawet jako grabarz. Gorąco ich zapewniał, że potrafi pracować. Zarówno rękami, jak i głową. Łaskawi panowie nie pożałują. Już ja tego dowiodę. W czasie, kiedy się wprowadzali do tej kamiennej chatki, pełnej pajęczyn, byle jak uprzątniętej po poprzednich mieszkańcach, śmierdzącej silnie czymś, co przywodziło na myśl płynny ług, najmłodsze dziecko Schwartów, Rebeka, było chorym, pięciomiesięcznym niemowlęciem, ciasno owiniętym w brudny szal swej matki. Przez większą część jazdy autobusem przez cały stan Nowy Jork ten szal służył za coś w rodzaju pomocniczej pieluchy dla marudzącego dziecka.

[…]

Historia nie istnieje: Istnieją tylko jednostki, a dla nich tylko jednostkowe chwile, tak oderwane od siebie jak potrzaskany kręgosłup. Wypisał te słowa drukowanymi literami, niezdarnie ściskając ołówek w zesztywniałych palcach. Ależ z niego był myśliciel! Na cmentarzu jego głowę atakowały myśli-szerszenie, nad którymi nie był w stanie zapanować. Niezdarnie spisywał te myśli. Zastanawiał się, czy należą do niego. Wpatrywał się w nie i dumał nad nimi, a potem miął kartkę w dłoni i ciskał ją do pieca.

[…]

Grabarz Schwart. Można go było zobaczyć z daleka. Z wyglądu przypominał trolla. Trochę garbaty, z pochyloną głową. Na cmentarzu, wśród nagrobków. Krzywiąc się do siebie, wymachiwał kosą, sierpem albo gracą, pchał zardzewiałą, ręczną kosiarkę zawziętymi, jednostajnymi ruchami przez gęstą dziką trawę, kopał groby i wywoził ziemię na rozklekotanym wózku, zatrzymując się w trakcie, by otrzeć czoło i napić się ze słoika, który nosił w kieszeni kombinezonu. Odchylał głowę, przymykał oczy i pił, głośno chlipiąc jak spragniony pies. Czasami mali chłopcy przyczajali się za okalającym cmentarz, zrujnowanym murkiem, zbudowanym z polnych kamieni zlepionych grudami zaprawy; wzdłuż niego rosły głogi, bluszcz i sumaki. Na cmentarz wchodziło się porytą koleiną, żwirowaną drogą, przez bramę z kutego żelaza, którą zamykało się z wielkim trudem; tuż przy bramie stała kamienna chatka dozorcy, a za nią jakieś budy i szopy. Najstarsze nagrobki praktycznie dochodziły aż do tylnej ściany chatki i do porośniętego trawą placyku, gdzie żona dozorcy wieszała pranie na sznurach rozpiętych między dwoma spróchniałymi palikami. Chłopcom nie zawsze udawało się podejść dostatecznie blisko do pana Schwarta, żeby móc się z niego naśmiewać albo rzucać w niego kasztanami i kamieniami; poprzestawali wtedy na pani Schwart, która pokrzykując z obrazy, bólu i histerycznego strachu, ciskała to, co akurat miała w ręku, na trawę i spanikowana umykała w bardzo śmieszny sposób, żeby się schować za szopą na narzędzia. Zwracano później uwagę, że nękanie dozorcy cmentarza ma długą historię, datującą się od czasów sprzed przybycia Jakuba Schwarta. Jego poprzednik też padał ofiarą prześladowań, podobnie jak jego poprzednik. W Milburn, tak samo jak w innych miasteczkach tej epoki, prześladowanie grabarzy i akty wandalizmu na cmentarzach nie należały do rzadkości.

[…]

W Ameryce. W otoczeniu krzyży. Po to zmusił rodzinę do przeprawy przez Atlantyk, żeby znalazła się tutaj: na cmentarzysku pełnym kamiennych krzyży. Ale heca! Boki zrywać z tego Jakuba. Śmiał się, autentycznie rozbawiony. Drapał się pod pachami, po brzuchu, po kroczu, że Bóg to taki kawalarz. Czasami aż mu się robiło słabo ze śmiechu, parskał z uciechy, wspierając się na szpadlu, aż w końcu łzy spływały mu po zarośniętych policzkach i kapały na zardzewiałą łopatę. Jakub przeciera oczy, to chyba jakiś sen! Posrałem się w gacie, oto mój sen! Ame-ry-ka. I co rano sen się powtarza. Jakub, który jak mara błąka się po tym miejscu i dogląda zmarłych chrześcijan. Gadał do siebie, tam nie było nikogo innego. Nie mógł rozmawiać z Anną. Nie mógł rozmawiać z dziećmi. Widział w ich oczach, jak się go boją. Widział w oczach „tych innych”, jak się nad nim litują. Ale jeszcze była malutka. Nie chciał jej pokochać, bo myślał, że umrze. A jednak nie umarła na zapalenie oskrzeli, nie umarła na różyczkę. Rebeka. Uczył się wymawiać to imię powoli. Przez długi czas nie miał na to odwagi. Pewnego dnia Rebeka była już dostatecznie duża, by chodzić bez niczyjej pomocy! Dostatecznie duża, żeby się bawić w „nie-widzę-cię” ze swoim ojcem. Najpierw w domu, a potem poza domem, na cmentarzu.

[…]

Rodzice Rebeki w życiu by jej nie powiedzieli. Nigdy przenigdy! Nie opowiadaliby o czymś takim, podobnie jak nigdy by się nie rozebrali do naga na oczach swoich zdębiałych dzieci. Dlatego padło na Herszela. Właśnie on opowiedział o tym, jak to było, kiedy się urodziła, malusieńkie, ruchliwe stworzenie, na statku, który przypłynął z Europy do portu w Nowym Jorku. Na statku, rozumiesz? Na wodzie. Jako jedyna z całej cholernej rodziny, dodał Herszel, urodziła się po tej stronie Atlantyku, gdzie nie trzeba mieć zasranej wizy, w ogóle żadnych papierów. Zdumiona Rebeka chłonęła jego słowa. Nikt na całym świecie nie mówił jej takich rzeczy jak starszy brat Herszel. Można się było zestrachać, jak się słuchało słów, które wylatywały z ust Herszela jak jakieś nietoperze. Bo tu, na cmentarzu w Milburn, pośród krzyży, pogrzebów, żałobników i grobów przystrojonych kwiatami w donicach, w małej mieścinie o nazwie Milburn, gdzie chłopcy wołali na niego „Grabarz! Szwab”, Herszel wyrastał prędko na brutalnego, wulgarnego chłopaka. Miał małe, pozbawione rzęs oczy, dziwnie straszne, bo osadzone po bokach czaszki jak u ryby. Jego twarz była kanciasta, z wypukłym czołem i szerokimi szczękami drapieżnika. Do tego szorstka, plamista cera, usiana znamionami i pryszczami, które robiły się czerwone, gdy ich właściciel się zdenerwował albo zeźlił, do czego zresztą dochodziło nader często. Tak jak ich ojciec miał mięsiste, glizdowate wargi, zazwyczaj wykrzywione z pogardą, a jego przebarwione zęby przypominały kształtem łopaty. W dwunastym roku życia Herszel dorównywał już wzrostem Jakubowi i nawet wydawał się wyższy, bo Jakub wiecznie się garbił i pochylał głowę. Ponadto od częstego pomagania ojcu na cmentarzu nabawił się byczego karku, a jego plecy i ramiona wypełniły się mięśniami; stopniowo coraz bardziej przypominał Jakuba Schwarta, tyle że rozmazanego, zniekształconego, pogrubionego: stał się karłowatą wersją dorosłego mężczyzny. I gorzko rozczarował swego ojca, bo nie radził sobie w szkole, aż dwa razy repetował.

[…]

Schwart! To żydowskie nazwisko, prawda? Czy raczej – hebrajskie? Nie, niemieckie. On i jego rodzina byli niemieckimi protestantami. Ich chrześcijańska wiara wywodziła się od protestanckiej sekty założonej przez człowieka, który żył w tych samych czasach co Marcin Luter, w szesnastym wieku. Bardzo mała sekta, z nielicznymi wyznawcami w Ameryce.

[…]

I jeszcze rzeka Chautauqua, która płynęła w odległości ćwierci mili na północ od cmentarza, za granicami miasta: nazwana tak przez Indian. „Cza-taa-kua”. Tyle razy starał się wymówić tę nazwę, a jednak nie potrafił, czuł, że jego język robi się gruby i niezdarny. Region, w którym zamieszkał z rodziną, miejsce, w którym znaleźli tymczasowe schronienie, nosił nazwę Doliny Chautauqua. U podnóża gór Chautauqua. Piękny krajobraz, rolnicze ziemie, lasy, otwarte pola. Jeśli z tym przetrąconym grzbietem, oczyma zamazanymi ziemią i nierówno bijącym sercem trolla miałeś ochotę tak na to patrzeć. I jeszcze było USA – Ju-Es-Ej. Nie mamrotało się ani nie połykało tych słów, tylko wypowiadało się je stanowczo, z dumą. Nie mówiło się Ameryka, bo to było słowo, którym posługiwali się tylko imigranci. Ju-Es-Ej – tak brzmiała właściwa nazwa tego kraju. Tak jak kiedyś tam nauczył się posługiwać terminem alianci. Wojska alianckie. Wojska alianckie, które pewnego dnia wyzwoliły Europę od państw Osi. „Faszyści”. Z tym brzydkim słowem Jakub Schwart nie miał trudności, choć nie wypowiadał go publicznie. Ani też ze słowem „Naziści”. To słowo też dobrze znał, choć nigdy go nie wypowiadał.

[…]

Papiery miał w porządku. Wizę, którą po sporej zwłoce, udręce i dzięki łapówkom dla najważniejszych osób dostał od konsula amerykańskiego w Marsylii. Dokumenty ze stemplem amerykańskiego urzędu imigracyjnego na Ellis Island. A oto, do czego nie mógł się przyznać: że w Monachium był nauczycielem matematyki w szkole dla chłopców, a oprócz tego trenerem piłki nożnej, że potem, kiedy już go zwolniono ze szkoły, został pomocnikiem drukarza w drukarni specjalizującej się w tekstach naukowych. Jego umiejętności korektorskie wychwalano pod niebiosa. Jego cierpliwość, dokładność. Nie płacono mu aż tyle, ile by mu płacono w innych okolicznościach, ale to były niezłe pobory i razem z rodziną posiadali dom, z własnymi meblami, a nawet z pianinem żony, pod dobrym adresem, blisko rodziców i krewnych żony. Nie powiedział tym ludziom, których uznał za swoich adwersarzy już na początku 1936 roku, że jest wykształconym człowiekiem, bo się połapał, że żaden z nich nie odebrał wykształcenia wyższego niż szkoła średnia, połapał się, że ze swoim dyplomem uniwersyteckim, ze swoją inteligencją stanie się jeszcze większym dziwadłem w ich oczach i że na dodatek wzbudzi ich podejrzenia.

[…]

Rodzina Schwartów, w norze grabarza. Coraz częściej zwracał uwagę na fakt, że cmentarz jest położony na stromiźnie. Oczywiście zauważył to na samym początku, ale wtedy jeszcze nie chciał tego widzieć. Teren cmentarza wznosił się stopniowo do góry. Na jego tyłach płynęła rzeka, a cmentarz był położony w kotlinie. Przy drodze, przy głównym wejściu, gdzie został zbudowany ich dom, teren był bardziej wyrównany. Tu ścieka śmierć. Kiedy się starał o tę posadę, wypytywał o wodę w studni, z wahaniem, bo nie chciał obrazić urzędników. Było oczywiste, że robią mu przysługę, tak? Że w ogóle z nim rozmawiają, że wytrzymują tę jego powolną, boleśnie łamaną angielszczyznę, tak? Zapewniali go, że to głębinowa studnia z czystą wodą, do której nic nie przecieka z grobów. Na twarzach mieli uśmieszki samozadowolenia. Tak, z całą pewnością. Woda została sprawdzona przez władze hrabstwa. Wszystkie studnie w Chautauqua Falls były sprawdzane w „regularnych odstępach czasu”. Oczywiście! Jakub Schwart słuchał i przytakiwał.

[…]

Z czasem ten zapach stał się zapachem Jakuba Schwarta. Przesiąknął jego starą skórę i osadził się na zmierzwionych włosach. Na wszystkich jego ubraniach, których niebawem nie dawało się oczyścić nawet boraksem. Oczywiście wiedział, że jego dzieci będą musiały wytrzymywać durne docinki w szkole. Herszel dostatecznie już wyrósł, by móc się obronić, ale August był bojaźliwym dzieckiem, kolejnym rozczarowaniem dla swego ojca, mało wygadanym i słabym. I jeszcze ta zupełnie bezbronna Rebeka. Aż mu się robiło mdło na myśl, że jego córka, której nie mógł ochronić, będzie kiedyś wyśmiewana przez dzieci z klasy albo nawet głupich nauczycieli. Córka grabarza! Mówił jej, uroczystym tonem, jakby już była w wieku, w którym się rozumie takie słowa: Musisz zrozumieć, że ludzie boją się śmierci. Dlatego sobie z niej żartują. We mnie widzą sługę śmierci. W tobie córkę takiego sługi. Ale oni nas nie znają, Rebeko. Nie znają ani ciebie, ani mnie. Ukrywaj przed nimi swoją słabość, któregoś dnia im się odpłacimy! Odpłacimy się naszym wrogom, którzy się z nas naśmiewają.

[…]

Na samym początku ich miłości to właśnie powiedziała Anna Jakubowi, z oczyma lśniącymi uwielbieniem. Opowiadał jej z pasją o swoich socjalistycznych zapatrywaniach, oszołomił ją, a nawet lekko oburzył swoim głębokim przekonaniem. Żadnej religii? Żadnego Boga? Nic? Anna wywodziła się z podobnego środowiska, jej rodzina mocno przypominała jego rodzinę, bardzo dumną ze swojego zasymilowania z kulturą niemieckiej klasy średniej. W jego obecności wierzyła w to, w co on wierzył, uczyła się powtarzać niektóre jego słowa. Przyszłość. Ludzkość. Ci, którzy kształtują nasz los. Teraz rzadko rozmawiali. Dzieliła ich ciężka, materialna cisza. Kamienie zakłopotania i głazy milczenia. Poruszali się w intymnej bliskości jak jakieś bezokie podmorskie stwory, choć każde doskonale wiedziało, że to drugie tam jest, i czasem rozmawiali albo nawet się dotykali, ale między nimi zapanowała martwota. Anna znała go jak nikt: był złamanym człowiekiem, tchórzem. Został odczłowieczony. Szczury wyjadły mu też sumienie. Musiał walczyć, żeby uratować siebie i swoją młodą rodzinę, zdradził wielu krewnych, którzy mu zaufali, Annę również; gdyby miał sposobność, być może zrobiłby coś jeszcze gorszego. Anna go nie oskarżała, bo była jego wspólniczką, bo była matką jego synów. Nie pytała, jak zdobył tę zawrotną kwotę potrzebną na ucieczkę z Monachium, na eskapadę przez Francję i miejsce na statku odpływającym z Marsylii. Była wtedy w ciąży z ich trzecim dzieckiem, wcześniej urodziła dwóch synów, Herszela i Augusta. Z czasem zrozumiała, że nic się dla niej nie liczy prócz jej dzieci, prócz tego, żeby jej dzieci nie umarły.

[…]

Jakub oczywiście kupił radio, nic nie mówiąc Annie. Już w ogóle nie tłumaczył się swej żonie z tego, co robił. Z niejasnych powodów oboje zaczęli czuć do siebie obrzydzenie. Ich kamienne milczenie potrafiło się utrzymywać przez wiele godzin. Cały dzień, całą noc. Kto kogo zranił? Kiedy to się zaczęło? Niczym głupie, ślepe, podmorskie stworzenia mieszkali razem w swej ciemnej jaskini, ledwie zdając sobie sprawę z obecności tego drugiego. Jakub nauczył się wyrażać swoje życzenia poprzez pochrząkiwanie, pokazywanie palcem, krzywienie się, wzruszanie ramionami, nagłe poprawianie się na krześle, zerkanie w stronę Anny. Była jego żoną, jego służką. Musiała okazywać mu posłuszeństwo. Kontrolował ich finanse, wszelkie transakcje z zewnętrznym światem należały do niego. Odkąd zakazał tej zastraszonej kobiecie mówić ich ojczystym językiem, nawet wtedy, gdy byli sami w ich sypialni, nawet w łóżku, w ciemnościach, Anna znalazła się w niekorzystnym położeniu i nabawiła się odrazy do mówienia po angielsku. Ona też była głęboko zszokowana impulsywnym zakupem męża i zinterpretowała ten akt jako nie tylko nietypową rozrzutność, ale także małżeńską niewierność. To szaleniec. Tak to się właśnie zaczyna. Przecież mieli tak mało pieniędzy, dzieci potrzebowały ubrań i musiały chodzić do dentysty. A jeszcze te ceny węgla i jedzenia… Była wstrząśnięta i nie potrafiła o tym mówić, nie jąkając się. Jakub jej przerywał. Radio jest używane, Anno. Wytargowałem je. I to jest Motorola.

[…]

Dlaczego ten świat to taka kloaka! Spytaj tego, który rzuca kości! Bo człowiek to nic więcej jak kości. Człowiek to tylko cień, który przemyka po dnie oceanu. – Przesadnym gestem przyłożył pobliźnioną, spierzchniętą dłoń do ucha. – Słyszysz to? Hę? Ten łomot skrzydeł? „Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”. Uśmiechnęła się blado. Tak, papo. Tak. Zastanawiała się: Naprawdę jest jakaś sowa? Rzeczywiście, nocami wśród koron najwyższych drzew rozlegało się czasem pohukiwanie sów: przenikliwy, upiorny krzyk złożony z gwałtownie opadających nut, który sygnalizował obecność sów. Nie miała jednak pojęcia, co to takiego ta Minerwa. Oddech papy, cuchnący alkoholem i czymś jakby rozmokłym, słodkawo-zgniłym, też przyprawiał ją o mdłości. Jego zesztywniałe od brudu ubranie, niemyte ciało. Tłuste włosy, niechlujne wąsiska. A jednak nie potrafiła od niego uciec. Nie odważyła się od niego uciec. Bo z wszystkich jego dzieci właśnie ona, malutka, ta niechciana powoli stawała się ulubienicą Jakuba Schwarta. Synowie go rozczarowali, często nie mógł ścierpieć ich widoku. Herszel był ponurym brudasem, który nie znosił pomagać ojcu na cmentarzu za darmo; Gus wyrastał na chuderlawego chłopaka o patykowatych rękach i nogach, wiecznie mrużącego oczy, jakby się bał, że skądś spadnie na niego cios. (Kiedy ich matka zamknęła się w sypialni, Gus przestał o niej mówić i wiele tygodni później, kiedy stamtąd wyszła, odwracał oczy na jej widok, jakby poryta zmarszczkami twarz Anny Schwart go denerwowała, zawstydzała.) I w takie wieczory papa zwracał się do niej, do malutkiej, brał ją za ręce i przyciągał do siebie, śmiejąc się, przekomarzając, szepcząc do niej takie dziwne, wydumane rzeczy, których nie rozumiała, więc jak miała stawić opór, jak miała przed nim uciec, och, nie mogła!

[…]

A jednak podczas tych wszystkich lat (szykowania posiłków, sprzątania po posiłkach, prania, odkurzania, szorowania i trzepania dywanów) nigdy nie rozmawiały o poważnych rzeczach. Nigdy o rzeczach, które miały zasadnicze znaczenie. Matka Rebeki ożywiała się, w jej głosie brzmiała nuta zainteresowania tylko wtedy, gdy przestrzegała Rebekę przed niebezpieczeństwem. Nie włócz się po drodze! Trzymaj się z daleka od ludzi, których nie znasz! A nawet jeśli ich znasz, nie wsiadaj do ich samochodów albo ciężarówek! I nie chodź nad kanał! Tam rybacy łowią ryby, tam są mężczyźni, którzy pływają na łodziach. Zrozum, nie chcę, żeby coś ci się stało, Rebeko. Sama będziesz sobie winna, jeśli coś ci się stanie. Zrozum, jesteś dziewczynką. Uważaj w tej swojej szkole, dziewczynkom w szkole dzieją się najróżniejsze rzeczy. Wiele rzeczy. Okropnych rzeczy. Jeśli chłopcy będą cię chcieli zwabić na przykład do piwnicy czy w jakieś inne miejsce albo zaczają się w rowie, to bierz nogi za pas, zrozum, jesteś dziewczynką. Mama rozpędzała się, wpadała w pasję, kiedy mówiła tak długo. W żadnych innych sytuacjach nie mówiła tak długo. Ostrzegała też, by Rebeka nie popełniła tego błędu i nie włóczyła się za braćmi, bo to są chłopcy; mogą uciec i zostawić ją gdzieś, a przecież jest dziewczynką. Rebeka z czasem zaczęła uważać, że to coś w rodzaju rany. Bycie dziewczynką.

[…]

Był oburzony, obrażony. Rebeka rzadko widywała go podobnie wytrąconego z równowagi. A zdenerwował się, bo na grupowej fotografii, zamieszczonej na pierwszej stronie gazety wypatrzył „Rebekę Esterę Schwart, z okręgu szkolnego nr 3 w Milburn”. Fotografia przedstawiała „Laureatów konkursu ortograficznego na ceremonii rozdania nagród w szkole średniej w Milburn”. Papa przywlókł Rebekę do stołu, żeby popatrzyła na siebie, na pomniejszony i przestraszony wizerunek samej siebie, pośród grupy uśmiechniętych, obcych ludzi. Zapomniała o tamtej sytuacji, w ogóle się nie spodziewała, że z tego błyskania i żartobliwego, komicznego „Uśmiech, proszę!” naprawdę coś wyniknie. A teraz jej ojciec chciał wiedzieć, co to jest! Co to znaczy! W ogóle o niczym nie wiedziałem! Do jasnej cholery, nie podoba mi się, że moje własne dziecko robi coś za moimi piecami – mówił, ocierając usta. Rebeka wyjąkała, że przecież mu mówiła, że próbowała mu powiedzieć, ale papa dalej się wściekał. Wpadł w jeden z tych ataków szału, który karmił się sam sobą, wprawiał go w ekstazę. Podstawiał gazetę do światła, pod różnymi kątami, żeby obejrzeć inkryminującą stronę jak najdokładniej. Wreszcie spojrzał wprost na Rebekę, z wyraźnym niedowierzaniem. To przecież ty! A niech to jasny szlag! Moja własna córka, za moimi plecami. M-mówiłam ci o tym, papo. O konkursie ortograficznym. Jakim znowu konkursie? Ortograficznym. Dyktowali nam słowa. W szkole. Słowa! Już ja ci powiem, co to są słowa: pierdoły i tyle. Wszystkie słowa kiedykolwiek wypowiedziane przez ludzkość to same pierdoły.

[…]

Pogrzeb na cmentarzu miasta Milburn oznaczał, że poprzedniego dnia Jakub Schwart przygotował grób. Większość nowszych grobów powstawała na pagórkowatym terenie na tyłach cmentarza, gdzie rosły wysokie dęby i wiązy, z korzeniami wrośniętymi w kamienistą glebę. Praca grabarza była tutaj zadaniem morderczym. Jakub Schwart musiał kopać groby szpadlem, od czego łamało go potem w krzyżu; nie mógł sobie pomagać mechanicznymi narzędziami. Rebeka osłoniła oczy ręką, przyglądając się ojcu na tyłach cmentarza. Jakub Schwart był człowiekiem podobnym do trolla. Niczym stworzenie, które wypełzło z ziemi, lekko przygarbiony, wykrzywiony, z głową wykręconą pod nienaturalnym kątem, przez co zawsze sprawiał takie wrażenie, jakby przyglądał się światu z podejrzliwością, z boku. Kiedyś zerwał sobie ścięgno w kolanie i teraz utykał, a jedno z jego ramion sterczało nieco wyżej niż drugie. Zawsze w roboczym ubraniu, na głowie nieodmiennie czapka z sukna. Znał swoje miejsce pośród dyrektorów domów pogrzebowych i żałobników, do których zwracał się per „proszę pana” i „proszę pani”, zawsze z uniżeniem. Herszel opowiadał, że raz widział ojca idącego po Main Street, w stronę First Bank of Chautauqua, ależ to był widok, stary w swoich łachach i buciorach grabarza, który idzie z pochyloną głową, nie widząc, że się na niego gapią, mając gdzieś, że włazi na kogoś, kto nie zszedł mu w porę z drogi.

[…]

Matka Rebeki zerknęła na nią takim wzrokiem, jakby chciała się upewnić, że to nie Jakub Schwart, że nic jej nie grozi. Jej powieki zatrzepotały. Była skupiona i nie chciała, by coś ją rozpraszało. Palec przyłożony do ust sygnalizował: Nie odzywaj się! Bądź cicho! Dlatego Rebeka usiadła przy nogach matki i potem tylko słuchała, zupełnie się nie ruszając. Nie istniało nic oprócz tej Motoroli, oprócz mrocznego, śmierdzącego grzybem saloniku w starej, kamiennej chatce na cmentarzu. Nie istniał nikt oprócz mamy, która pochylała się w stronę radia, potakiwała i uśmiechała się do muzyki fortepianowej. Nie istniało nic poza szczęściem, które przepełniało tę chwilę. Kiedy w muzyce nastąpiła przerwa, najkrótsza z możliwych przerw między poszczególnymi częściami sonaty, matka Rebeki szepnęła: To Artur Schnabel. Gra Beethovena. Ten utwór nazywa się Appassionata. Rebeka słuchała skwapliwie, nie rozumiejąc większości słów matki. Kiedyś tylko słyszała o Beethovenie – to było wszystko, o czym miała pojęcie. Widziała porytą miękkimi zmarszczkami dziewczęcą twarz matki, lśniącą od łez, które nie były łzami urazy, smutku ani upokorzenia. I oczy jej matki stały się piękne, ciemne, lśniące, pełne zaskakującej siły, oczy, które z tak bliska budziły niepokój.

[…]

Herszel prowadził. Papa szedł tuż za nim, chwiejąc się jak pijak, wytrzeszczając oczy. Noc poprzedzającą Halloween nazywano Diabelską Nocą. Wiele wskazywało na to, że w Dolinie Chautauqua nadzwyczaj sobie ceniono tę starą tradycję, która polegała na tym, że grupki anonimowych chuliganów nawiedzały ukradkiem, po ciemku różne miejsca i „psociły”. Rzekomo były to śmieszne psoty, należało się z nich śmiać. Cmentarz od niepamiętnych czasów padał ofiarą chuligańskich wybryków Diabelskiej Nocy, zanim jeszcze Jakub Schwart został tam dozorcą. Tak w każdym razie mu mówiono, tak go zapewniano. Pewnie myślą, że ja nie wiem, kto to zrobił. A właśnie, że wiem. Domyśliłem się! Herszel mówił to z obrzydzeniem, trzęsącym się głosem, jednak Jakub Schwart ledwie słuchał syna. Poprzedniej nocy zatrzasnął i zabezpieczył łańcuchem żelazną bramę w głównym wejściu, oczywiście wiedział, co to jest Diabelska Noc, bo w minionych latach nieraz dochodziło do aktów wandalizmu na cmentarzu. Próbował nie spać, żeby w razie czego przystąpić do obrony cmentarza, ale (był wyczerpany ze zmęczenia i wcześniej pił) zasnął o północy, a zresztą nie miał żadnej broni, niczego, z czego mógłby strzelać. Mężczyźni, a nawet dwunastoletni chłopcy mieli strzelby, dubeltówki, tymczasem Jakub Schwart do tej pory nie zdołał się uzbroić. Śmiertelnie się bał broni palnej, nie był myśliwym. Coś go od dawna przestrzegało przed tym nieodwołalnym krokiem. Uzbrój się! Któregoś dnia będzie za późno. Coś mu mówiło, że ani nie chce zostać zabity, ani nie chce sam zabijać, ale ostatecznie jego wrogowie nie pozostawiali mu wyboru.

[…]

Co do brata, to wiedział, że Gus sam zadba o siebie. Z Gusem wszystko grało. Gus też porzucił szkołę w szesnaste urodziny, bo ojciec koniecznie chciał, żeby mu pomagał na cmentarzu niczym najzwyklejszy robotnik fizyczny, na pełen etat. Ale Herszel był na coś takiego zbyt sprytny. Sam Herszel nie umiałby powiedzieć, jak do tego doszło, że będąc najstarszym synem niemieckich imigrantów, zaczął być uważany za ćwierć-krwi Irokeza. Z pewnością nigdy o sobie tak nie mówił. Nigdy też się tego nie wypierał. Miał rzadkie, ciemne włosy, wiecznie potargane i bez połysku, zmętniałe, piwne oczy, też bez połysku, krewki temperament i ekscentryczne nawyki językowe, które sugerowały jakieś egzotyczne pochodzenie, być może nie dające się rozpoznać. Gdyby miał bystrzejszy umysł, to pewnie by się uśmiechał na myśl: Lepszy Irokez niż Szwab. W wieku osiemnastu lat jego kanciasta, końska twarz była już pokryta siatką blizn wokół ust, oczu i uszu, pamiątek po walkach na gołe pięści. W wieku dwudziestu lat został raniony przez innego młodego człowieka rozbitą butelką od piwa i na jego czole pojawiło się dwanaście nieudolnie wykonanych szwów. (Małomówny i uparty Herszel nie powiedział zastępcom szeryfa, kto go zranił. Z czasem zemścił się na tamtym młodym człowieku.) Zęby mu się psuły od najmłodszych lat; brakowało mu kilku z tyłu i z przodu. Kiedy się uśmiechał, jego usta zdawały się mrugać. Nos miał złamany i rozpłaszczony. Budził strach u większości dziewcząt z Milburn, a jednak zdarzały się starsze kobiety po rozwodzie albo w separacji, które doceniały to, co było wyjątkowe w Herszelu Schwarcie. Im jego twarz się podobała, podobnie jak dobroduszna, choć wybuchowa i nieprzewidywalna natura. Jego głośny, chełpliwy śmiech, ruchliwe, muskularne ciało, od którego biło ciepłem jak od konia. Jego żylasty penis, który nie przestawał zachwycać nawet wtedy, gdy jego właściciel był spity jak bela albo znajdował się w stanie głębokiego uśpienia. Bywały takie kobiety, które z fascynacją wodziły czubkami palców po jego ciele – po piersi, plecach, bokach, brzuchu, udach, nogach – które było w dotyku jak niewyprawiona, zwierzęca skóra, porośnięte zjeżonymi włosami i upstrzone znamionami i pryszczami.

[…]

Jak bardzo Rebeka chciała uwierzyć w słowa swej dawnej nauczycielki, panny Lutter! Ale to było takie trudne. Równie trudne jak próba wspinania się na zasmołowany dach szopy narzędziowej za pomocą samych rąk, przecież była tylko małą dziewczynką naśladującą swych braci. Bracia, którzy się śmiali, gdy ich młodsza siostra usiłowała wejść tam za nimi, choć miała zbyt słabe ręce, zbyt chude nogi, brakowało jej mięśni. Oni wdrapywali się na ten dach zwinnie jak koty, ona zaś zsuwała się bezradnie na ziemię. Czasami któryś z nich pochylał się nad nią, podawał jej rękę i wciągał ją na dach. A czasami nie. W każdym z nas tli się płomyczek. Rebeko, uwierz! Jakub Schwart drwił z tych ludzi, że mienią się chrześcijanami. Słowo „chrześcijanin” specjalnie zniekształcał, komicznie posykując. Mówił, że Jezus Chrystus był obłąkanym żydowskim Mesjaszem, który nie potrafił wskrzesić ani siebie samego, ani nikogo innego z grobu, i tylko Bóg jeden wie, po co ten hałas wokół Jego osoby, prawie dwa tysiące lat po Jego śmierci!

[…]

Przez jakiś czas był wściekły na Augusta za to, że zachował się tak beztrosko i głupio, za to, że uciekł, a on nie mógł go znaleźć, żeby przemówić mu do rozumu, ale wtedy to mu się wydawało logiczne. August też został mu zabrany, by uczynić Jakuba Schwarta całkiem bezradnym. Przecież pobili tego chłopaka, krew płynęła strumieniem z paskudnej rany na twarzy… Gamoniowaty, ale dobry pracownik. Dobry syn. I August przynajmniej umiał czytać. August radził sobie z arytmetyką ze szkoły podstawowej. Nie będę bezbronny… Nie będę potulny. Dziwne i straszne: ten paraliż, który ogarnął zdeklarowanych wrogów niemieckiej Rzeszy. Niczym zwierzęta zahipnotyzowane widokiem zbliżającego się drapieżnika. Hitler nie dał się wymazać. Hitler był bezpośredni, mówił prosto z mostu. Jakub zmusił się, żeby przeczytać Mein Kampf. I w końcu wczytał się w Mein Kampf. To obłąkańcze przekonanie! Ta pasja! Moja bitwa, moja kampania. Moja walka. Moja wojna. W zestawieniu z tyradami Hitlera, z upiorną logiką Hitlera, jakże ulotne, jakże słabe były wielkie dzieła filozofów, tylko słowa i nic więcej! Marzenie ludzkości o bogu to były tylko słowa! Osaczony przez wrogów, tu, w Dolinie Chautauqua, Jakub Schwart nie zamierzał dać się zahipnotyzować. Nie zamierzał dać się zaskoczyć, nie zamierzał być bezbronny. Historia się nie powtórzy.

[…]

Był taki rozgoryczony, bo nie został mu już żaden syn. Został wykastrowany, pozbawiony męskości. Jego hańba. Tylko ta dziewczyna. Musiał kochać tę nieszczęsną dziewczynę, nie miał nikogo innego. I tak oto w niektóre wieczory mówił jej, wpadł w taki nawyk i nawet nie mógł sobie przypomnieć, co już jej kiedyś powiedział albo od kiedy właściwie tak ją naucza, że w Europie ich wrogowie chcieli nie tylko zabić jego i jemu podobnych „jak podczas działań wojennych”, ale wręcz zgładzić ich wszystkich. Bo uważano ich za „czynniki zanieczyszczające”, za „toksyny”. I dlatego to nie była zwykła wojna, która stanowi akt polityczny, tylko ludobójstwo, które jest aktem moralnym, można wręcz powiedzieć metafizycznym. Ludobójstwo bowiem, jeśli już zostanie dokonane, jest aktem, którego czas nie jest w stanie odwrócić. Oto zagadka warta Zenona: że w historii mogą się dziać rzeczy, których historia, całość czasu, nie jest w stanie odwrócić. Głęboka myśl. A jednak dziewczyna tylko gapiła się na niego.

[…]

To nie była miłość, może raczej litość. Bo Rebeka bez cienia wątpliwości była córką Jakuba. Przypominała go bardziej niż jego synowie. Odziedziczyła jego ostre kości policzkowe i takiego samego szpaka we włosach, jakiego on kiedyś miał (kiedy miał więcej włosów). Odziedziczyła też jego niespokojne, głodne oczy. Była inteligentna tak jak on i nieufna. Taka zupełnie inna od swojej matki, ślicznej w młodości, z tą słodką buzią, jasną karnacją, jedwabistymi, jasnymi włosami, i śmiała się tak zachwycająco, że człowiek, chcąc nie chcąc, śmiał się razem z nią z najzwyklejszych rzeczy. W zamierzchłej przeszłości, kiedy Anna się śmiała… Ale Rebeka, ich córka, nie była z tych, które się śmieją. Może jako dziecko wyczuła, że mało co, a byłaby nie zaistniała. Miała melancholijnego ducha i była uparta. Jak ojciec. Poważna w sercu. Nikt by nigdy nie nazwał jej śliczną, zwłaszcza z tymi gęstymi, sterczącymi brwiami jak u mężczyzny. Jakub nie ufał kobietom. Schopenhauer wiedział o tym bardzo dobrze: kobieta to tylko ciało, płodność. Kobieta nakłania (słabego, rozkochanego) mężczyznę, żeby skojarzył się z nią w parę i żeby stał się monogamiczny wbrew temu, do czego nakłania go żądza. Przynajmniej w teorii. Rezultat jest zawsze ten sam: przedłużenie gatunku. Zawsze żądza, kojarzenie się w pary, zawsze następne pokolenie, zawsze gatunek! Ślepa, bezmózga, nienasycona wola. Z ich niewinnej, radosnej miłości w zamierzchłych czasach wziął się ich pierworodny, Herszel: urodzony w 1927 roku. A potem pojawił się August i wreszcie mała Rebeka. Każde z nich było odrębną jednostką, a jednak jednostka w zasadzie się nie liczy, liczy się tylko gatunek. W służbie ślepej woli, sekretnej, kobiecej miękkości, wilgotnych woni; stulone, różowe wnętrza kobiety, które mężczyzna może penetrować nieskończenie wiele razy, a jednak nie jest w stanie ani ich zobaczyć, ani zrozumieć. Z kobiecego ciała rodził się labirynt, gmatwanina dróg. Plaster miodu z tylko jednym wejściem i bez żadnego wyjścia.

[…]

Dozorca nadal jakby go nie słyszał, nawet mimo tego sarkazmu. Niemniej po raz ostatni pociągnął sierpem po trawie, a potem, nie oglądając się, oddalił bez pośpiechu. Dokuśtykał do szopy przylegającej do kamiennej chatki, zniknął w środku i krótko potem wynurzył się z powrotem, kuśtykając teraz zdecydowanie w kierunku braci Simcoe, w głąb cmentarza i tym razem – a to co znowu! – toczył przed sobą po trawie, z towarzyszeniem hałaśliwego bum-bum-bum, wózek nakryty płócienną płachtą! I już nie odwracał się do nich tyłem! Wiedział, co trzeba zrobić. Jego wrogowie przypuścili atak tym razem nie cichaczem, tylko otwarcie. Jakub Schwart zbliżał się do braci Simcoe, a oni tymczasem stali w miejscu i obserwowali go, jak pcha wózek najwyraźniej w ich kierunku, obserwowali tego osobliwego człowieka-trolla, z minami wyrażającymi rozbawienie i irytację; niewykluczone, że doszło do jakiejś ostrej wymiany zdań. Elroy Simcoe, ten z braci, który przeżył, oraz ich wiekowa ciotka zeznali potem, że to Jakub Schwart odezwał się pierwszy, z twarzą wykrzywioną wściekłością: Nazistowscy mordercy! Dosyć tego! W tym momencie obaj bracia zaczęli do niego krzyczeć, bo już widzieli, że ten człowiek jest szalony, kiedy nagle, bez ostrzeżenia, Schwart zatrzymał wózek w odległości dwunastu stóp od Willisa Simcoe, odciągnął płótno, wyjął dubeltówkę, która wydawała się ogromna w jego drobnych dłoniach, wycelował ją w Willisa i zasadniczo w tym samym momencie pociągnął za spust.

[…]

Przysłuchiwała się z kamiennym sercem, bez wzruszenia, jak wielebny Deegan wygłaszał swoje kazanie w Wielki Piątek. Rebeka słyszała je już kiedyś wcześniej i to nie raz. Podobna do buldoga twarz, zawodzący, pompatyczny głos. Zdrada Judasza, obłuda Żydów. Poncjusz Piłat, który umywał ręce i znajdował sobie wymówkę: Czym jest prawda? A potem miała ochotę uciec z domu, ale nie mogła, bo panna Lutter chciała koniecznie czytać na głos z Ewangelii świętego Jana, jakby Rebeka nie była w stanie sama sobie tego czytać. Panna Lutter potrząsała głową, wzdychała. A Rebekę naszła okrutna myśl: Robisz to dla siebie, litujesz się nad sobą, nie nad Nim. I usłyszała własny głos, kiedy spytała z dziecięcą logiką: Dlaczego Jezus pozwolił, żeby oni Go ukrzyżowali, panno Lutter? Przecież nie musiał, prawda? Przecież był Synem Bożym. Rose Lutter czujnie uniosła wzrok znad Biblii i spojrzała krzywo na Rebekę przez okulary w srebrnych oprawkach, jakby po raz kolejny, ku jej obrzydzeniu, Rebeka wymruczała pod nosem jakieś bluźnierstwo. Dlaczego? Ja tylko pytam, panno Lutter. Nienawidziła tego, że starsza pani ostatnimi czasy patrzyła na nią takim urażonym wzrokiem, nie czując tak naprawdę urazy, tylko gniew. Gniew szkolnej nauczycielki, której autorytet został podważony. Jeśli Jezus naprawdę był Bogiem – upierała się Rebeka – to w takim razie mógł robić, co chciał. A skoro nie robił, co chciał, to jak mógł być Bogiem? Tak dyktowała bezczelna, nastoletnia logika. Niepodważalna logika, zdaniem Rebeki. Rose Lutter wydała rzężący, zbolały okrzyk. Wstała z godnością, zamknęła swoją drogocenną, oprawioną w cienką skórę Biblię i wyszła z pokoju, mrucząc tak głośno, że Rebeka to usłyszała: Wybacz jej, Ojcze. Ona nie wie, co mówi.

[…]

Sama nie do końca wierzyła w te bzdury. Tak jak przed laty nie uwierzyła, że Jezus Chrystus to jej zbawca: że Jezus Chrystus w ogóle wie o istnieniu Rebeki Schwart. Nie chciała się zakochać w Nilesie Tignorze ani w żadnym mężczyźnie. Miłość to przynęta, która może cię otruć! Miłość związana z seksem, zmysłami. Nie umiała sobie przypomnieć, by jej rodzice kiedykolwiek dotykali się z czułością, a jednak podejrzewała, że kiedyś tam byli w sobie zakochani. Byli młodzi, zakochali się i pobrali. Dawno temu, w starym kraju, by użyć słów Anny Schwart. Pamiętała wciąż zdumiewającą opowieść Herszela: Papa coś śpiewał, mama mu śpiewała w odpowiedzi z drugiego pokoju i potem oboje się śmiali. Herszel zdradził jej też, że tato go raz pocałował! Miłość jest pułapką, wciąga cię do jaskini. A jak już jesteś w tej jaskini, to nie masz drogi ucieczki. Seksualna miłość, za którą się kryje pożądanie. Pożądanie tak straszne, że aż od niego boli między nogami. Rebeka wiedziała, co to takiego (czy raczej zgadywała), i wiedziała, że to coś jest silniejsze u mężczyzn, że lepiej z tym nie żartować. Wciąż pamiętała, jak jej brat Herszel stawał nad nią, głucho stękając i skamląc, chcąc się o nią ocierać od tyłu; pamiętała oczy tego chłopaka, wilgotne, przepełnione zwierzęcą żądzą, pamiętała udrękę na jego twarzy, którą można wręcz było pomylić (kiedy się zobaczyło jego twarz, te wzniesione do góry, rozjarzone oczy) z duchowym pragnieniem. Wielki, niezgrabny w ruchach Herszel, którego mama musiała odciągać od młodszej siostry i bić po głowie.

[…]

Kiedy Tignor zobaczył ją na schodach, jego uśmiech zbladł, a w jego twarzy coś jakby zaczęło pękać. Zaczął mówić, wyraźnie zamierzał być wesołkowaty w swoim zwykłym, zawadiackim stylu, ale zawiódł go głos. Podszedł prędko do Rebeki i ujął ją za rękę, silnie, niezdarnie. Rebeka. O Jezu… Rebeka spod spuszczonych rzęs oszacowała mężczyznę, który był jej kochankiem i który miał zostać jej mężem: rumianego, zmysłowego mężczyznę, który ją uwiódł i chciał ją złamać, wykorzystać i odrzucić, jakby liczyła się tyle co zużyta chusteczka: zobaczyła go, w tym momencie obnażonego, nagiego. Z tą dobroduszną, towarzyską fasadą, pod którą krył się ponury nihilizm, chaos. Z tą duszą jak głęboka, kamienna studnia o stromych, zdradzieckich ścianach, w której wybrano prawie całą wodę. Rebeka przyswoiła tę wiedzę i aż zadygotała. A jednak nadstawiła twarz, dała się pocałować. Bo istnieją takie rytuały, które po prostu trzeba uprawiać. To nie był z jej strony żaden podstęp, że przysunęła swoją młodą, ochoczą twarz do jego twarzy, te wilgotne, czerwone usta, które go tak podniecały. Bo chciała go przekonać o swoim całkowitym zaufaniu, by dzięki temu jej nie skrzywdził.

[…]

W hotelu Generał Waszyngton Rebeka nie widziała ani jednego takiego wnętrza, które by przypominało ich apartament dla nowożeńców w hotelu Niagara Falls. Dwa spore pokoje: sypialnia, w której stało łoże z baldachimem, oraz salon z aksamitną sofą, krzesłami, telewizorem marki Motorola, srebrnym wiaderkiem na lód i tacą zastawioną kryształowymi kieliszkami. Tignor dla żartu przeniósł swoją młodą żonę przez próg, padł razem z nią na łóżko, już zrywając z niej ubranie, miętosząc jej wyrywające się ciało niczym zapaśnik, a Rebeka musiała zamknąć powieki, żeby nie widzieć sufitu, który zawirował nad baldachimem, och, och, och! Ściskała ramiona Tignora z desperacją człowieka, który chwyta się kurczowo parapetu, gdy tymczasem Tignor po omacku starał się rozpiąć rozporek, po omacku starał się wepchnąć w nią, bardziej jednak ostrożnie niż to zrobił w Beardstown, mrucząc stłumionym głosem imię Rebeki, być może, a wtedy zacisnęła powieki jeszcze mocniej, bo jej myśli rozpierzchły się niczym spanikowane ptaki uciekające przed gniewem myśliwych i nagle powietrze przeszyły eksplozje wystrzałów, ptaki pomknęły ku niebu, ratując życie, a ona znowu zobaczyła twarz swojego ojca i zrozumiała, że to skóro-maska, maska ze skóry, a nie twarz, zobaczyła jego szalone oczy, które były jej własnymi oczyma, zobaczyła jego rozdygotane dłonie i po raz pierwszy ją naszło: Muszę ją wziąć od niego, on tego ode mnie chce, po to mnie do siebie przywołał, żebym, zabrała od niego jego śmierć. A jednak tego nie zrobiła. Była sparaliżowana, nie mogła się ruszać. Przyglądała się, jak manewrował swoją wielką dubeltówką w ciasnej przestrzeni, by ją wycelować w siebie i pociągnąć za spust.

[…]

Wiedziała, że jej nie wybaczył, mimo że się z nią ożenił. Tego, że go znieważyła, twierdząc, że on, Niles Tignor, to człowiek, który musi płacić kobietom za seks. Któregoś dnia miała pożałować za tę zniewagę. Wiecznie go dokądś gnało! To była niemalże reakcja fizyczna, jak wysypka, od której strasznie swędzi. Kilka dni w jednym miejscu. Czasami tylko jedna noc. Najgorzej było pod koniec roku, podczas tak zwanego okresu świątecznego. Od połowy grudnia aż do pierwszych dni po Nowym Roku interesy Tignora zasadniczo stały w miejscu. Dużo się piło i Tignor załatwił pobyt w hotelu Statler w Buffalo, bo miał znajomych w okolicach Buffalo i Niagara Falls, z którymi mógł pić i grać w karty, a mimo to z „nudów dostawał na łeb”. Rebeka wiedziała, że lepiej go nie irytować; starała się nie mówić tego, czego nie trzeba, albo nie wchodzić mu w drogę. Piła razem z nim po nocach, kiedy nie mógł zasnąć. Czasami dotykała go delikatnie. Tak ostrożnie jak ktoś, kto dotyka rannego psa, wiedząc, że ten pies może się na niego rzucić z warkotem. Gładziła go po ciepłym czole, po sztywnych włosach, delikatnie się z nim drocząc, tak jak Tignor to lubił, sprawiając, że on sam dla siebie stawał się zagadką. Tignor, jesteś człowiekiem, który cały czas podróżuje, bo nie umie usiedzieć na miejscu, czy stałeś się człowiekiem, który nie może usiedzieć na miejscu, bo cały czas podróżujesz?

[…]

Był styczeń. Niebo wyglądało jak szkolna tablica, na której ktoś niedbale rozmazał kreski wyrysowane kredą. Śnieg prószył na rzekę, której nazwy Rebeka w swoim zdenerwowaniu nie mogła sobie przypomnieć, podobnie jak nie mogła sobie przypomnieć nazwy miasta, w którym się zatrzymali na te kilka dni. Aż do tamtego ranka wierzyła, że jest w ciąży. Miesiączka w końcu się jednak pojawiła, nie pozostawiając żadnych złudzeń; Rebeka miała skurcze, krwawiła i lekko gorączkowała, więc wiedziała: Nie tym razem. Nie muszę nic mówić Tignorowi. W hotelowym pokoju nie mogła znaleźć sobie miejsca, Tignor miał wrócić dopiero wieczorem. Próbowała czytać jedną ze swoich książek w tanim wydaniu. Miała też słownik. Sprawdziła zapomniane słowa z konkursu ortograficznego: odczynnik, proroctwo, ewentualność, nowo powstały. Ile to czasu minęło! Była wtedy małą dziewczynką, nie miała pojęcia o niczym. A jednak znalazła pocieszenie w tym, że słowa, dla niej teraz bezużyteczne, wciąż się znajdowały w słowniku i miały żyć dłużej niż ona. Siedziała w blasku zimowego słońca, w świetle wpadającym przez okna hotelu, samotna, niespokojna. Pokojówka jeszcze nie przyszła posprzątać, więc sama naciągnęła ciężką narzutę na skłębioną pościel, która pachniała potem, spermą, ochoczym ciałem Tignora.

[…]

Tak było. Dotrzymał słowa. Przez moment nie wątpiła, że dotrzyma. Będziesz tu bezpieczna. Tu jest spokój, inaczej niż w mieście. Inaczej niż w drodze, która nie jest dobra dla kobiety starającej się urodzić dziecko. Sama zobacz, masz sklep spożywczy. Pięć minut piechotą. Jak mnie nie będzie, zawsze będziesz mogła przejść się do miasta, drogą nad kanałem. Lubisz spacerować, prawda? Nie znałem dziewczyny, która by tak lubiła spacerować! Albo ktoś cię podrzuci, tu będziesz miała mnóstwo sąsiadów. Żona Meltzera będzie cię z sobą zabierała. Zapłacę za zainstalowanie telefonu i na pewno będę dzwonił, kiedy wyjadę. Będę sprawdzał, czy masz wszystko, czego ci trzeba. Tym razem musisz bardziej o siebie dbać. Może nie pij już. To moja wina, chyba cię zachęcałem. Taka już moja słabość. I będę przyjeżdżał jak najczęściej. Szczerze mówiąc, już mnie męczy to życie w drodze. Będę szukał jakiejś nieruchomości w mieście, może kupię bar. O właśnie! – Pocałował ją, szczerząc swe wielkie, końskie zęby w uśmiechu. – Wiesz, że za tobą szaleję, dziewczyno, prawda? Wiedziała. Była już w czwartym miesiącu ciąży i tym razem miała urodzić to dziecko.

[…]

Przez jakiś czas Tignor zachowywał się tak, jakby stary farmerski dom był dla niego domem, być może mówił prawdę, twierdząc, że zmęczył się podróżowaniem. Może się zmęczył zbójecką konkurencją. Niemniej nawet wtedy, gdy oficjalnie był w domu, często robił jednodniowe wypady. Wyjeżdżał rankiem, wracał po zmierzchu. Rebeka zaczęła się zastanawiać, czy jej mąż jest rzeczywiście przedstawicielem browaru Black Horse. Był człowiekiem pełnym tajemnic, jak jeden z tych pożarów, które tlą się pod ziemią przez tygodnie, miesiące lata. Wmawiała sobie, że któregoś dnia Tignor zrobi jej niespodziankę, bo kupi dom dla nich obojga, ich własny dom w mieście. Tignor był jak ta ogromna, posiniaczona twarz księżyca na nocnym niebie; człowiek widział go tylko od tej oświetlonej strony, lśniącej jak moneta, ale wiedział, że jest jeszcze ta druga – mroczna i tajemnicza. Istniały jednocześnie dwie strony dziobatego księżyca, ale człowiek wmawiał sobie jak dziecko, że jest tylko ta jasna.

[…]

Miejscowi nazywali go domem starego Wertenbachera. Stał jakieś dwie mile na północ od Chautauqua Falls, na pofałdowanym terenie pełnym małych farm, pastwisk, otwartych pól i bagien. To było podnóże gór Chautauqua, od ich zachodniego skraju. Tak się składało (Rebeka nie wierzyła w zbiegi okoliczności, wierzyła w czysty przypadek), że Chautauqua Falls, położone osiemdziesiąt mil na zachód od Milburn, też było miejscowością pobudowaną dawno na brzegach kanału, tyle że w odróżnieniu od Milburn pozostało raczej małe, miało szesnaście tysięcy ośmiuset mieszkańców. Miało swój przemysł, kilka fabryk, szwalnię i wytwórnię puszek nad rzeką Chautauqua. Po kanale pływały łodzie. Najwięcej zatrudniał Union Carbide, który powiększył swoje tereny w latach 1955 i 1956 – latach boomu gospodarczego. Któregoś dnia Rebeka miała podjąć pracę przy taśmie montażowej w Niagara Tubing, ale na razie Tignor przywiózł ją na wieś, na przedmieściach Chautauqua Falls, do osady zwanej Four Corners. W miejscu, gdzie Poor Farm Road krzyżowała się ze Stuyvesant Road, znajdował się mały budynek poczty, skład węgla, magazyn zboża, sklep spożywczy Ike's z wielką reklamą firmy mleczarskiej Sealtest w oknie wystawowym, warsztat naprawczy Meltzera. Na terenie dawnej ubogiej farmy urządzono dwuizbową szkołę podstawową. I była jeszcze remiza ochotniczej straży pożarnej oraz drewniany kościół metodystów, a za nim cmentarz. Kiedy Rebeka przechodziła czasami obok tego kościoła, słyszała śpiewy dobiegające z wnętrza i czuła ból straty.

[…]

Jesienne dni stawały się coraz krótsze, powietrze coraz ostrzejsze i Rebece się wydawało, że farma jest piękniejsza niż przedtem. Wszędzie widziała zaniedbanie i piękno, gdziekolwiek by poszła, cokolwiek by spenetrowała. Kanał: ciągnęło ją nad kanał, na ścieżkę holowniczą. Lubiła się przyglądać płynącym powoli barkom. Ludziom, którzy do niej machali. Kiedy tak stała na szeroko rozstawionych nogach, przenosząc cały swój ciężar na pięty, brzuchata i uśmiechnięta, zaśmiewając się, że pewnie wygląda idiotycznie, tak mało ponętnie. Anna Schwart już by jej teraz nie ostrzegała, że „coś się z nią stanie”, bo przecież żaden mężczyzna nie zechciałby kobiety w tak widocznej ciąży. I jeszcze niebo tamtej jesieni. Marmurowe chmury, burzowe chmury, wysokie, blade cirrusy, które rozsnuwały się na twoich oczach. Rebeka stała i gapiła się na nie przez długie, marzycielskie minuty, z dłońmi zaplecionymi na brzuchu. To następne już utrzymasz. …w ich łóżku, w starym domu Wertenbachera na Poor Farm Road. Tignor przyciskał twarz do jej twardego, gorącego brzucha. Miętosił jej biodra, pośladki. Miętosił jej piersi. Był zazdrosny o dziecko, które miało ssać te piersi. Kiedy wracał do domu, nie chciał mówić, gdzie był, mówił, że nie po to się z nią ożenił, żeby mogła go spowiadać. Mimo że pytała go tylko o to, jak długo siedział za kierownicą i czy jest głodny. Czuła jego niechęć do siebie, do tego wielkiego brzucha, który im przeszkadzał w uprawianiu miłości. A jednak jej dotykał. Nie umiał utrzymać rąk z daleka. Ugniatał jej miednicę, zjeżone włosy łonowe promieniujące w stronę pępka. Przyciskał ucho do jej brzucha tak mocno, że aż zadawał ból, twierdził, że słyszy bicie serca dziecka.

[…]

Pewnego grudniowego wieczoru, dwanaście dni po tym, jak urodził się jej syn, na progu ich sypialni stanął Tignor. I wytrzeszczył oczy. Rebeka usłyszała cichy, zdyszany szept: „Jezus!” Twarz Tignora była ukryta w cieniu, więc nie widziała, jaki maluje się na niej wyraz. Stał nieruchomo, ostrożny i nieufny. Przez pełną napięcia chwilę Rebeka spodziewała się na poły, że on odwróci się i wyjdzie. Tignor. Chodź tu. Rebeka podsunęła dziecko w stronę Tignora, cała uśmiechnięta. Tignor musiał zrozumieć, że ma przed sobą doskonałe dziecko, które dopiero co obudziło się z drzemki, a teraz mrugało, wpatrując się w nieznajomego człowieka na progu. Zaczęło po swojemu komicznie posapywać, z bańkami śliny na ustach. Wierzgało, majtało maleńkimi piąstkami. Tignor podszedł powoli do łóżka, by odebrać dziecko z rąk Rebeki. Dziecko z niemowlęcym zdumieniem zagapiło się na twarz Tignora, która pewnie wydawała się gigantyczna i świetlista jak księżyc. Tignor ostrożnie wziął dziecko na ręce, a Rebeka zauważyła, że prawidłowo podtrzymał małą główkę na delikatnej szyi. Przed wejściem do domu wyrzucił papierosa, ale nadal pachniał dymem i dziecko zaczęło marudzić. Zaplamionym nikotyną kciukiem pogładził je po czole. Jest moje, prawda?

[…]

Jesteś Żydówką czy nie? Cyganka i Żydówka! Psiakrew, a ostrzegali mnie przecież. Jak to „ostrzegali”? Kto cię ostrzegał? Wszyscy. Wszyscy, którzy znali ciebie i twojego stukniętego starego. Nie byliśmy Żydami! Nie jestem… Nie jesteś? Jesteś, jesteś. Schwart to Żyd. A jeśli nawet to co? Co jest nie tak z Żydami? Tignor zrobił pogardliwą minę i wzruszył ramionami, jakby chciał dać do zrozumienia, że sam jest ponad takimi uprzedzeniami. Ja tego nie mówię, dziecinko, tylko inni ludzie. „Żydowskie brudasy”, wiecznie ktoś tak mówi. A niby czemu tak mówią? Zresztą piszą o tym w gazetach. W książkach. Ludzie nic nie wiedzą. Mówią same głupoty. Żydzi, asfalty. Asfalt to ktoś o krok od małpy, ale za to Żyd jest zbyt szczwany, gdy idzie o jego dobro. Oszwabi cię jak ta lala, sięgnie ci do kieszeni, wbije nóż w plecy i jeszcze cię pozwie do sądu! Niemcy musieli mieć jakiś piekielnie dobry powód, że się chcieli was pozbyć. Niemcy to cholernie cwana rasa. Tignor zarechotał wulgarnie. On tak wcale nie myśli, wmawiała sobie Rebeka. A jednak nie umiał się pohamować, tak samo jak wtedy, kiedy się z nią kochał, kiedy wbrew swojej woli rzucał się i jęczał bezradnie w jej ramionach.

[…]

Trzy dni później, 29 października 1959 roku, znaleziono pontiaca zarejestrowanego na nazwisko Niles Tignor, z prawie pustym bakiem, z kluczykami na podłodze pod przednim siedzeniem, na parkingu w pobliżu dworca autobusowego Greyhound w Rome w stanie Nowy Jork. Było to mniej więcej dwieście mil na północny wschód od Chautauqua Falls. W samochodzie nie znaleziono żadnego listu, tylko kilka zmiętych, zakrwawionych chusteczek na podłodze pod tylnym siedzeniem. W jednej z tych chusteczek znaleziono pierścionek z małym syntetycznym kamykiem przypominającym opal w lekko wytartej, srebrnej oprawie, a w skrytce latarkę z popękanym szkłem, parę brudnych, męskich rękawiczek oraz mocno zmiętą mapę drogową stanu Nowy Jork, w których właściciel samochodu rozpoznał później swoje rzeczy.

[…]

To było granie. A w każdym razie wierzył, że to jest granie. Tak jak śpiewanie, nucenie. Po cichu. W tajemnicy. Sposób, dzięki któremu czuli się szczęśliwi, bo mieli siebie i nie potrzebowali nikogo innego. Mówiła to obcym ludziom spokojnym, dumnym głosem: Ma na imię Zacharias. To imię z Biblii. Ma wrodzony talent do muzyki. Jego ojciec nie żyje, nie rozmawiamy o tym. Uznał, że to musi mieć coś wspólnego z tym „zawsze w drodze”. Tak mu tłumaczyła, że ich życie to teraz „zawsze w drodze”. Stąd wiecznie się zmieniające nazwy miast, gór, rzek, hrabstw. Nigdy dłużej jak kilka dni w jednym miejscu. Jednego dnia w Beardstown, następnego w Tintern Falls. Jednego dnia w Barneveld, następnego w Granite Springs. Rzeka Chautauqua stawała się rzeką Mohawk, a rzeka Mohawk stawała się Susquehanną. Przyglądał się znakom na poboczu autostrady. Chętnie wymawiał te nazwy na głos, bo uwielbiał ich obce brzmienie we własnych ustach, i chętnie też uczył się ich pisowni, ale z kolei nazwy zmieniały się tak często, że nie mógł ich wszystkich spamiętać, a ona jakby nie chciała, żeby on je zapamiętywał, tak jak nie chciała, by wciąż jeszcze pamiętał swoje dawne imię teraz, kiedy miał na imię „Zack” albo nawet „Zack-Zack”, którego tuliła i któremu uwielbiała mówić uroczyście: Teraz nazywasz się Zack. Mój syn, Zacharias.

[…]

„No dalej, mały! Słuchamy!”, a on czuł jej oddech, gorący, pachnący piwem, na swoim karku, czuł, że cała aż drży z podniecenia, kiedy schwyciła jego drobne, spolegliwe dłonie i ułożyła je na klawiaturze, nie zwracając uwagi na to, że czarne klawisze są brudne i wypaczone, że ich ostre krawędzie kaleczą mu palce, nie zwracając uwagi na to, że te czarne klawisze potrafią się zaklinować, że w ogóle całe pianino jest brudne, wypaczone i rozstrojone, ale za to wiedziała, że trzeba ułożyć dłonie syna na środku klawiatury, wiedziała, że trzeba umieścić prawy kciuk na środkowym C, a potem już wszystkie jego palce szukały klawiszy instynktownie, bo z nich czerpały ukojenie. „Ma wrodzony talent, Bóg go wybrał, by stał się kimś wybitnym. Nie zawsze jest taki życzliwy”. Jak zwykle w takich momentach mówiła dziwne rzeczy, z naciskiem, z przekonaniem, z oczyma, w których nie było wahania, z ustami, które układały się w uśmiech pełen głębokiej nadziei, dlatego mimo że jej słowa go raniły, mimo że wyczuwał fałsz ukryty za jej słowami, mimo że domyślał się, jaka stoi za nimi logika (Zlitujcie się nad nami! Pomóżcie nam!), to jednak bał się, nie przez wzgląd na siebie, tylko przez wzgląd na nią, że jednak nie ma żadnego talentu, że jest urodzonym beztalenciem i że żaden bóg nie chciał, by był kimś wybitnym, dla jej dobra bał się, że ci panowie, którzy wydawali się nią zauroczeni jeszcze kilka minut wcześniej, nagle mogliby zacząć się z niej śmiać, ale kiedy uderzył w klawisze, natychmiast przestał słyszeć dowcipy i śmiech tych nieznajomych mężczyzn, przestawał słyszeć cichy, drwiący, wściekły głos ojca w ich głosach, przestawał odczuwać napięcie w ciele matki i bijące od niej gorąco, tylko wciskał klawisze, te, które się nie kleiły, gwałtownym ciągiem, i wygrywał gamę C-dur z dziecięcym entuzjazmem, mimo że nie miał pojęcia, że to gama C-dur, niemal harmonijnie, obiema dłońmi, choć ta lewa spóźniała się względem prawej o ułamek sekundy, i wygrywał też akordy, atakując oporne klawisze, uderzając też w czarne klawisze, dodając krzyżyki, bemole, zupełnie nie mając pojęcia, co robi, bo w końcu to była zabawa, bo gra na pianinie była zabawą, zabawą dla Zacka, dlatego to, co robił, wydawało się słuszne, naturalne, wylewało się z niezgłębionego wnętrza pianina (wyobrażał sobie, że jest tam plątanina drutów i jakaś rozjarzona tuba, jak w radiu), te cudowne dźwięki, które mieszały się z sobą niespodziewanie, jakby stare pianino Knabego wsunięte do wnęki w przydrożnej kawiarni w Apalachin w stanie Nowy Jork milczało tam bardzo długo, nieużywane przez nikogo, z wyjątkiem może jakichś pijaków, i teraz zostało znienacka obudzone, zupełnie bez ostrzeżenia.

[…]

Skoro nas do tej pory nie zabito, to już chyba nigdy nas to nie spotka. Śmiała się, cóż za rozkoszne powiedzonko. Nie oglądała się za siebie podczas ucieczki z dzieckiem. Taka była jej strategia na wiele tygodni, miesięcy, a wreszcie lat. „Zawsze w drodze”, tak to nazywała. Każdy dzień przynosił nową niespodziankę i nagrodę: bo byli „zawsze w drodze”. Z domu na Poor Farm Road zabrała pieniądze, którymi ciskano w jej ciało w pogardzie dla tego ciała i na znak odrzucenia jej miłości jako naiwnej młodej żony, miłości zdefraudowanej w ramach małżeństwa. Miała te pieniądze, te zmięte banknoty o różnych nominałach, miała prawo mówić sobie, że je zarobiła. Z czasem zaczęła je pomnażać pracą: jako kelnerka, sprzątaczka, pokojówka. Jako bileterka w kinie. Jako sprzedawczyni. Hazel Jones klękała z gracją, wsuwała buty na męskie stopy w samych skarpetkach i z olśniewającym uśmiechem młodej Amerykanki pytała: I jak się pan w nich czuje? Mężczyźni często chcieli stawiać jej posiłki, drinki. Jej i jej małemu synkowi. Często chcieli dawać jej pieniądze. Czasami odmawiała, czasami przyjmowała, ale nie dostarczała usług seksualnych za pieniądze: jej purytańska dusza brzydziła się takimi praktykami.

[…]

Ethel z miejsca zatelefonowała do swojego brata Williego. Wiedziała, że Willie ma szczodrą naturę. W Horseheads uchodził za drażliwego; starego drania, który lubi rządzić ludźmi, ale to się odnosiło tylko do takich, którzy z nim zadarli. Był porządnym człowiekiem. Ulitował się nad taką Hazel Jones. I nad chłopczykiem, który sprawiał wrażenie głuchoniemego. Willie Judd jako pracownik archiwów hrabstwa, zajmował się wszelkimi typami dokumentów. Miał dostęp do wszelkich możliwych dokumentów. Do metryk urodzenia, do świadectw ślubów i zgonów. Do pożółkłych testamentów spisanych spłowiałym atramentem dwieście lat wcześniej, do aktów własności jeszcze z osiemnastego wieku, do nadań ziemi Sześciu Narodom Irokezów. Do aktów prawnych, jakich tylko chcesz. Willie był także notariuszem, który miał własną pieczęć wydaną mu przez stan Nowy Jork. I tak oto wiosną 1962 roku Willie Judd ulitował się nad Hazel Jones. Nie był człowiekiem, który czuje się swobodnie przy innych ludziach, i rzadko czuł litość czy współczucie. To musiała być tajemnica. Zaprosił młodą kobietę do swego gabinetu urządzonego w suterenie budynku sądu o piątej po południu, w środku tygodnia, by wyjaśniła mu swoją sytuację, co też uczyniła, starannie spisując dla Williego niektóre fakty. Spisywała, co raz przestając, by obetrzeć oczy. Jej nazwisko z urodzenia brzmiało Hazel Jones, ale jako mężatka dorobiła się innego nazwiska, którego nie miała ochoty zdradzać; Zacharias oczywiście nie nazywał się Jones, tylko nosił nazwisko jej męża, ale strasznie się bała, że ten znajdzie chłopca, jeśli nazwisko zostanie ujawnione. Dlatego, wyjaśniła Hazel, są zmuszeni do życia w ciągłym ruchu, bez stałego miejsca zamieszkania, by nikt ich nie rozpoznał. Teraz jednak liczyli, że osiedlą się na stałe w Horseheads. Willie zlekceważył te szczegóły, jakby to był rój komarów, które wystarczy odegnać ruchem ręki. Zarządzał archiwami od trzydziestu ośmiu lat, a oprócz tego był notariuszem. Miał niemalże taką władzę, jaką ma każdy cholerny sędzia w Stanach Zjednoczonych. Mógł sporządzić każdy papier, jaki tylko zechciał i ktokolwiek by na niego spojrzał, zobaczyłby legalny dokument.

[…]

Nie pamiętał, czy przedtem przyglądał się bileterom lub bileterkom w tym miejscowym kinie. Rzadko ktoś robił na nim aż takie wrażenie. Zresztą nie bywał często w kinie. Amerykańska kultura popularna nudziła go piekielnie; z całej muzyki dwudziestego wieku cenił tylko jazz. Miał w sobie wrażliwość jazzmana, czyli kogoś z marginesu. Wrażliwość ukrytą pod skórą białego, który tylko przypadkiem urodził się biały. Tu, w Malin Head Bay, na północnym skraju stanu Nowy Jork, poza sezonem wszystko było miejscowe. Zaledwie garstka letników przeciągała swój pobyt do Święta Pracy. Bileterka musiała być miejscowa, ale była tu od niedawna. Sam Gallagher był nowym miejscowym: on właśnie zaliczał się do tych letników, którzy ociągali się z wyjazdem. Jego rodzina miała domek letniskowy na wyspie Grindstone, jednej z większych w łańcuchu Tysiąca Wysp, położonej kilka mil na zachód od zatoki Malin Head na Rzece Świętego Wawrzyńca. Gallagher prawie od urodzenia przyjeżdżał każdego lata na wyspę; od rozwodu w 1959 roku spędzał coraz więcej czasu w miasteczku Malin Head Bay, samotnie. Kupił mały domek nad rzeką. Grał jazz na fortepianie w Malin Head Inn w dwa albo trzy wieczory tygodniowo. Nadal miał dom w okolicach Albany, w podmiejskiej dzielnicy Ardmoor Park, gdzie mieszkała reszta Gallagherów; pozostał współwłaścicielem domu, w którym mieszkała jego była żona, z nowym mężem i rodziną. Nie myślał o sobie jako o wygnańcu ani jako człowieku skłóconym z Gallagherami, bo dzięki temu jego sytuacja wydawała się bardziej romantyczna, bardziej zindywidualizowana i doniosła, niż była w rzeczywistości.

[…]

Melodramatyczna fabuła Cudotwórczyni poniosła porażkę, bo wcale go nie wciągnęła, ale skądinąd w życiu zdążył się nauczyć, że właśnie porażka jest nieodłącznym elementem kondycji ludzkiej, a nie zwycięstwo wbrew wszystkiemu; na każdą triumfującą Helen Keller przypadały dziesiątki milionów przegranych, głuchoniemych i pozbawionych czucia niczym warzywa ciśnięte na śmieci, by mogły tam spokojnie gnić. Przy takim nastawieniu lśniące obrazy filmowe, czyli zwykłe światła projektorów rzucane na lepiące się z brudu ekrany kinowe, nie są w stanie przemówić swą magią. A jednak każdy pragnie poznać taką cudotwórczynię, by ta go zbawiła. Gallagher poczuł, że uciska go pęcherz. Wypił tego dnia kilka piw. Wstał, poszedł do toalety. Gdzie było tandetnie, brudno i śmierdziało. Znał właściciela i kierownika kina. Zostało wybudowane przed wojną, w minionej epoce. Stąd te dekoracje w stylu art déco i mało przekonujące egipskie motywy typowe dla lat dwudziestych. Młodość, dorastanie jego ojca. Kiedy świat jeszcze potrafił olśniewać przepychem. Chciał znów popatrzeć na kobietę z końskim ogonem. Ale nie zrobił tego. Był za stary: czterdzieści jeden lat. Pewnie miała połowę lat mniej. I była taka naiwna, ufna. To spojrzenie tych pięknych oczu. Jakby nikt nigdy jej nie odtrącił, nie zrobił jej nic złego. Musiała być bardzo młoda. Skoro była taka naiwna.

[…]

Wieczór, podczas którego Gallagher zobaczył ją po raz pierwszy, zaliczał się do tych refleksyjnych. Brnął akurat ostrożnie przez Round About Midnight Theloniousa Monka, utwór minimalistyczny, medytacyjny, którego wykonywanie przypominało przedzieranie się przez cudzy sen, kiedy to nadzwyczaj łatwo jest zgubić drogę. Gallagher uwielbiał Monka. Sam wręcz miał w sobie coś, co było Monkiem. Po trosze rogata dusza, po trosze dziwak. Ekscentryk. Dla niego ten super-chłodny, czarny jazz to była piękna muzyka. I z całej duszy pragnął, by inni słyszeli w nim to samo co on. Żeby podobał im się tak jak jemu. Na tym polegał problem. Jak to zrobić, żeby stać się równie chłodnym, niczym się nie przejmować. Ale Gallagher się przejmował. To ona. To ona? Samotna kobieta w Piano Bar. Każdy by pomyślał, że zaraz przyłączy się do niej jakiś mężczyzna, a jednak tak się nie stało. Olśniewająca, młoda kobieta, w koktajlowej sukni z taniego czerwonego materiału przetykanego srebrną nitką. Miała puszyste włosy, które falowały szczególnie wdzięcznie przy szyi. Uśmiechała się skromnie, udając, że nie dostrzega bezczelnych, męskich spojrzeń, a kiedy podszedł do niej kelner, podniosła na niego wzrok, jakby chciała spytać: Czy dobrze zrobiłam, że tu przyszłam? Mam nadzieję, że jestem tu mile widziana.

[…]

Ta osobliwa faza w życiu Cheta Gallaghera: obudził się któregoś ranka i odkrył, że stał się układnym, małomiasteczkowym dziwakiem, który w środy, czwartki i piątki wieczorami grał jazz w Malin Head Inn. (W soboty występował tam zespół specjalizujący się w muzyce tanecznej w stylu country and western.) Mieszkał w niewielkim, drewnianym domku blisko rzeki, czasami jeździł do rodzinnego domku letniskowego na wyspie Grindstone, pomieszkać kilka dni w odosobnieniu. Dla Tysiąca Wysp nastał okres zastoju, turystów przyjeżdżało niewielu, a z kolei miejscowi, którzy mieszkali na wyspach okrągły rok, nie byli zbyt towarzyscy. Swego czasu, wcale nie tak odległego, Gallagher potrafił sprowadzić na wyspę jakąś przyjaciółkę. We wcześniejszej fazie bywała to jego żona. Ale już nie teraz. Za dużo zachodu z goleniem się co rano. Za dużo zachodu z byciem ciepłym, żartobliwym, „pełnym życia”. Zwłaszcza ten obowiązek udawania „pełnego życia” przeraźliwie męczył. Gallagher wiedział o tym doskonale. Rodzina Gallaghera mieszkała po drugiej stronie stanu, w Albany i w okolicach. We własnym światku bogactwa i władzy, „przeznaczenia” w ramach rodziny. Nie rozmawiał z nikim z nich od miesięcy, a z ojcem od ostatniego czwartego lipca na Grindstone. I tak oto został artystą estradowym zatrudnionym tymczasowo w Malin Head Inn, którego właściciel był dawnym znajomym jego ojca, Thaddeusa, a obecnie przyjaźnił się z Gallagherem. Był to największy hotel w tym rejonie, ale poza sezonem goście zajmowali zaledwie jedną piątą pokoi, nawet w weekendy. Gallagher grał na fortepianie w stylu Hoagy Carmichaela, garbiąc się swobodnie nad klawiaturą, z nieodłącznym papierosem zwisającym z ust; jego długie, zwinne palce biegały po klawiaturze, jakby uprawiały z nią miłość. Nie śpiewał jak Carmichael, ale często nucił, śmiał się z własnych żartów, jak to w jazzie, zawsze pełnym prywatnych żartów. Gallagher był namiętnym interpretatorem muzyki Duke'a Ellingtona, Fatsa Wallera, Monka i kiedy w Piano Bar proszono go o Begin the Beguine, Happy Birthday to You, Battle Hymn of the Republic, Cry, uśmiechał się swym ulotnym, uprzejmym uśmiechem i nadal grał muzykę, którą lubił, czasem tylko wplatając w nią utwory dla mniej wymagających. Był wszechstronny, lubił żartować. Był poczciwy. Z niczego nie drwił i nie zwykł się wyzłośliwiać. Był mężczyzną w średnim wieku, na ogół lubianym przez mężczyzn i bardzo atrakcyjnym dla niektórych kobiet. I rzadko kiedy się upijał.

[…]

Pochylał się nad nią, czując ciepłe, radosne pulsowanie krwi w swoich żyłach. Jaka ona była piękna! Jakże rozpaczliwie był wdzięczny, że wróciła! Mężczyzna, który gra na fortepianie, często ma nadzieję, że swoją grą przywabi kobietę taką jak ona. Powiedział jej, że tak naprawdę to nie bardzo przepada za kinem. Pod tym względem nie jest zbyt amerykański, normalny. Jego rodzina jest związana z mediami – nie z filmem, ale z prasą, radiem, telewizją. Film to handlowanie obrazkami, marzeniami. Celem istnienia przemysłu filmowego była zawsze sprzedaż biletów. Ten, kto ma tego świadomość, nie da się uwieść tak łatwo. Gallagherowi w hollywoodzkich filmach najbardziej nie podobała się muzyka. „Ścieżki dźwiękowe”. Na ogół wręcz działały mu na nerwy. Obrażało go sentymentalne wykorzystywanie muzyki dla rozbudzenia emocji, dla „zbudowania” sceny. Zapożyczenie z niemego kina, kiedy to każdemu seansowi towarzyszył muzyk grający na żywo. Wszystko było przesadzone, wyuzdane. Czasami zatykał sobie uszy, by nie słyszeć tej muzyki. Czasami zamykał oczy, żeby nie widzieć obrazów. Hazel roześmiała się. Gallagher sam teraz przesadzał, chcąc być zabawny. Uwielbiał widzieć ją roześmianą. Domyślał się, że w innych okolicznościach Hazel nie śmiała się często. Na jej twarzy pojawił się ciepły rumieniec. Miała taki jeden nawyk, że nieświadomie odgarniała włosy, unosząc i opuszczając równo przyciętą grzywkę na czoło. Był to dziecinny gest, który ściągał uwagę na jej pogodną twarz, lśniące włosy, palce bez pierścionków i paznokcie pomalowane na czerwono. I stale też poruszała ramionami w opiętej sukni, pochylając się do przodu i odginając do tyłu. Zdawała się nie panować nad swym ciałem, jakby wyrosła zbyt prędko. Lśniąca, czerwona suknia była takim samym kostiumem jak kostium bileterki; Gallagher nie musiał sprawdzać, bo po prostu to wiedział, że Hazel nosi pantofle na bardzo wysokich obcasach.

[…]

Usłyszał samego siebie, jak pyta Hazel, czy lubi kino. Pewnie stale ogląda filmy. Jej odpowiedź zupełnie go nie obchodziła. To jej głos go pociągał, nie słowa. Mimo to zdumiała go, bo wyznała, że ogląda tylko fragmenty filmów w Bay Palace, nigdy niczego w całości. A przed podjęciem pracy w charakterze bileterki nie widziała zbyt wielu filmów – „Moi rodzice nie akceptowali kina”. Tak więc teraz ogląda tylko urywane fragmenty, niektóre wiele razy. Widuje zakończenia różnych scen na wiele godzin przed obejrzeniem ich początków. Widuje początki filmów tuż po zobaczeniu dramatycznych zakończeń. Fabuły się zapętlają. Nikt nie dociera donikąd. Wie z góry, co powiedzą aktorzy, nawet jeśli kamera otwiera się na „nową” scenę. Wie, kiedy widownia będzie się śmiała, mimo że każda widownia jest nowa, a jej śmiech jest spontaniczny. Wie, co zasygnalizują akcenty muzyczne, nawet bez patrzenia na ekran. I wszystko to razem wytwarza w sumie dziwne wrażenie, że nie bardzo wiadomo, czego człowiek powinien się spodziewać w życiu. Bo w życiu nie ma żadnej muzyki, nie ma żadnych akcentów. Większość spraw dzieje się w ciszy. Żyjesz dalej i odtwarzasz wszystko w pamięci. Niczego nie przeżywasz po raz drugi, tylko po prostu zapamiętujesz, i to niedokładnie. Poza tym życie nie jest takie proste jak fabuła filmu, jest za wiele do zapamiętania.

[…]

Z Malin Head Bay przenieśli się czterdzieści mil na południe, do znacznie większego miasta Watertown, gdzie nikogo nie znali. Z zagraconego, cuchnącego mieszkania nad apteką przenieśli się do dwupokojowego mieszkania ze ścianami świeżo pomalowanymi na biało, na pierwszym piętrze kamienicy na Washington Street, w odległości pięciu minut od sklepu. Hazel Jones sama płaciła czynsz. Nie pan Gallagher. Jej pensja u braci Zimmerman była niemal trzy razy wyższa niż pensja bileterki w Bay Palace Theater. Sprzedając muzykę, sprzedajesz piękno. Odtąd będę sprzedawała piękno. Zack miał w końcu pobierać poważne lekcje pianina. Miał dostać własne pianino. Był teraz dzieckiem-nie-dzieckiem. Z podstawówki na Bay Street przeniesiono go do nowej szkoły. I zapisano go do drugiej klasy. Istniała też możliwość, że przeniosą go do jeszcze wyższej klasy, jeśli nadal będzie osiągał takie znakomite wyniki. Któregoś dnia pan Gallagher zawiózł Zacka i jego matkę do szkoły w Watertown, gdzie Zack spędził kilka godzin na testach: z czytania, z pisania, arytmetyki, rozpoznawania figur geometrycznych. Testy nie okazały się trudne, Zack prędko je skończył. Później poszedł na rozmowę z dyrektorem szkoły i tu również poszło mu chyba świetnie.

[…]

Hazel odpowiedziała na to wymijająco: Ależ lubię pana Gallaghera. A jednak dziecko drążyło dalej, błagalno-napastliwym tonem, jak przystało na małego uparciucha: Jest naprawdę miły, prawda? Mamusiu? Mężczyzna może wydawać się miły, Zack. Dopóki z nim nie zamieszkasz. Tu między matką a dzieckiem przemknął cień „tamtego człowieka”. W ich rozmowach „tamten człowiek” nie miał imienia i Hazel, chcąc nie chcąc, zastanawiała się, czy Zack pamięta jeszcze imię swojego ojca. To było imię, którego nie wymawiało się na głos. A jednak nawiedzało ją w chwilach słabości. Niles Tignor. Zastanawiała się, czy Zack pamięta własne pierwsze imię. Tyle razy wymawiane głosem mamusi, z miłością. Niley. Jakby jakimś sposobem Niley był jej pierworodnym. A ten starszy, bardziej trudny i uparty Zacharias, był drugim dzieckiem, którego nie potrafiła kochać równie mocno.

[…]

14

Sprzedając muzykę, sprzedajesz piękno. Hazel Jones nigdy w życiu nie była taka dumna ze swojej pracy. Nigdy się tak często nie uśmiechała, nie egzaltowała. Jej młoda twarz promieniała wewnętrznym światłem niczym lustro, w którym odbija się okruch słońca. Często gwałtownie mrugała, jakby walczyła ze łzami wdzięczności, niedowierzania. Sklep braci Zimmerman był starą firmą, mieszczącą się w eleganckiej, acz podniszczonej kamienicy na South Main Street, w częściowo mieszkalnej, częściowo handlowej dzielnicy pełnej imponujących, starych gmachów i małych sklepików. Każdy, kto podszedł do tego sklepu, zwracał przede wszystkim uwagę na urokliwe wykuszowe okno wystawowe, w którym zawsze stał wielki steinway. O zmierzchu i w mroczne, zimowe dni okno było podświetlone i wtedy fortepian cały lśnił. Hazel zatrzymała się, by popatrzeć. Ten fortepian był taki piękny, że aż zrobiło jej się słabo. Znowu naszła ją myśl: Żaden z nich cię tutaj nie znajdzie. Miała na myśli Milburn. Tamto życie. Była córką grabarza, która miała umrzeć w wieku trzynastu lat, a tymczasem zbliżały się już jej dwudzieste siódme urodziny i wciąż żyła.

[…]

Mysz nie jest cicha, tylko nerwowa.

[…]

McAlsterowi, teraz już sześćdziesięcioletniemu, powierzano opiekę nad letnimi rezydencjami od dziesięcioleci. Od czasów, gdy Gallagher był małym dzieckiem. Gallagher nigdy nie słyszał, by McAlster wypowiadał się z nutą najmniejszej przygany o swoich chlebodawcach, za to sam niejednokrotnie czuł wstyd, wyrzuty sumienia. Jego rodzina miała w posiadaniu dziewięćdziesiąt akrów wyspy Grindstone, z których używała zaledwie pięć czy sześć; reszta była porośnięta lasem, sosnami i brzozami. Byli też właścicielami całej mili niesłychanie pięknego brzegu rzeki. Ojciec Gallaghera, Thaddeus, nabył tę posiadłość i wybudował tam oryginalną chatę myśliwską na początku wieku, dużo wcześniej, zanim rejon Tysiąca Wysp, dziki zakątek na północnym skraju stanu Nowy Jork, został przekształcony w teren turystyczny. Nieliczni stali mieszkańcy wyspy Grindstone mieszkali przeważnie w okolicy portu, w domach z okładziną z asfaltu, w barakach obitych papą, w przyczepach. Prowadzili sklepy wędkarskie, stacje benzynowe i przydrożne restauracje. Byli traperami, przewodnikami, rybakami albo dozorcami takimi jak McAlster, którzy najmowali się u nieobecnych rezydentów jak Gallagherowie. „Masz tam tyle ziemi i tak rzadko tam jeździsz, nie jest ci głupio?” – spytał Gallagher swojego ojca Thaddeusa, gdy jeszcze był młody i lubił prowokować ideologiczne dyskusje, na co Thaddeus odpowiedział mu z żarem, bez chwili wahania: „Ci ludzie są od nas zależni! Dajemy im zatrudnienie. Płacimy podatki gruntowe, z których opłacane są ich drogi, szkoły, urzędy publiczne. W porcie Grindstone jest teraz szpital, a kiedyś go nie było! A dzięki komu? Połowa mieszkańców Tysiąca Wysp poza sezonem jest na zasiłku. A jak ci się wydaje, kto na nich łoży?”

[…]

Domyślała się, na czym mogło polegać mieszkanie z Gallagherem, czyli coś, co jego żona robiła przez osiem lat. Był najlepszym z mężczyzn, dobrym i poczciwym, a jednak potrafił osaczać, narzucać się. Gallagherowi, po serii komicznych niepowodzeń i w kłębach gryzącego dymu, udało się wreszcie podpalić brzozowe kłody na ogromnym, kamiennym kominku w salonie i potem zjedli kolację przy ogniu. Zack był bardzo głodny, jadł za szybko i omal nie zwymiotował. Już wcześniej zdenerwował się posadzką w kuchni, która przyprawiła go o zawroty głowy: była wyłożona płytkami we wzór w czarno-białe romby, przez co zdawała się ruszać, wić. W salonie z kolei bał się, że iskry z kominka wylecą na dywanik, a potem zafascynowały go i zarazem przeraziły wypchane łby zwierząt powieszone na ścianach – czarny niedźwiedź, ryś, jeleń z porożem o dwunastu odrostkach. Gallagher wyjaśnił chłopcu, że ma ignorować te trofea, że one są obrzydliwe, ale Zack wciąż się gapił w milczeniu. Zwłaszcza łeb jelenia przykuł jego uwagę, bo wisiał w centralnym miejscu nad kominkiem i jego szklane oczy sprawiały wrażenie nienaturalnie wielkich, szklistych i ironicznych. Sierść zwierzęcia miała barwę wypolerowanego brązu, była lekko zmierzwiona, jakby skażona. Z najwyższego odrostka poroży zwisała pajęczyna.

[…]

Pośród twarzy obcych ludzi wyszukała znajomą twarz Gallaghera. Nagle zapragnęła go zobaczyć jako członka rodziny Gallagherów, jako młodego syna. O tutaj: zdjęcie dwudziestokilkuletniego Cheta Gallaghera z rodziną, na którym mrużył oczy i uśmiechał jakby wstydliwie, a poza tym miał zaskakująco gęste, ciemne włosy. Był też Gallagher na oko dwunastoletni, chudy chłopiec w białym T-shircie i kąpielówkach, który przykucnął niezdarnie na pokładzie żaglówki; był też Gallagher kilka lat starszy, już umięśniony, ściskający w dłoniach rakietę do tenisa. I znowu dwudziestokilkuletni Gallagher w jasnej sportowej marynarce, sfotografowany z zaskoczenia w trakcie wybuchu śmiechu, obejmujący dwie młode kobiety w letnich sukienkach i pantoflach na obcasach. Ta fotografia została zrobiona na trawniku przed chatą, latem. Jakie piękne były te kobiety! Cokolwiek by Hazel Jones z sobą robiła, w życiu nie dorównałaby im urodą. Zastanawiała się, czy któraś z tych kobiet to może była żona Gallaghera. Miała na imię Veronica. Gallagher rzadko o niej opowiadał, wyjąwszy uwagi, że na szczęście nie mieli dzieci. Hazel wiedziała, że Gallagher był o tym przekonany. Zaliczał się do ludzi, którzy mówią głośno o tym, w co wierzą, w obecności świadków.

[…]

Gallagher całym sercem był po stronie chłopca. Postanowił, że będzie zawsze po stronie tego chłopca. Jego własny ojciec nie bardzo się interesował najmłodszym synem, poza tym, że w istotnych momentach bywał nim „rozczarowany”, i Gallagher nie zamierzał iść w jego ślady. Sprawię, że oboje będziecie mnie potrzebowali, a wtedy mnie pokochacie. Przeżył zaskoczenie, bo Hazel Jones okazała się o wiele silniejsza niż się spodziewał. Szła pod górę ze znacznie mniejszym wysiłkiem niż on, prawie bez zadyszki. Stawiała pewne kroki, ochoczo. Biło od niej szczęściem, zadowoleniem z życia. Kwietniowa odwilż wzbudzała w niej uniesienie, wielkie, rozgorzałe słońce wcale jej nie przytłaczało, tylko zdawało się popychać do przodu. Wcześniej Gallagher chciał z nią porozmawiać. Musiał z nią porozmawiać, sam na sam. Ona oderwała się jednak od niego, jakby ze zniecierpliwieniem. Stale się ślizgała na topniejącym śniegu, co jej wcale nie złościło, tylko śmieszyło. I jakby wcale jej nie przeszkadzało, że gałęzie iglaków uderzają ją po głowie. Szła pewnie i energicznie jak młode zwierzę, właśnie wypuszczone z zamknięcia. Gallagher pocił się pod ubraniem, zaczął zostawać z tyłu. Nie zamierzał wołać za tą kobietą, żeby na niego zaczekała. Serce waliło mu jak miotem.

[…]

Pociągnął ją za rękę i poprowadził w dół szlaku. Od razu ruszyła z miejsca, szła za nim posłusznie. Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu. Hazel powiedziała to swym dziwnym, niezrozumiałym, zagadkowym głosem. Gallagher zerknął na nią ze zdumieniem. Dlaczego to powiedziałaś, Hazel? Te słowa? Zdawała się nie wiedzieć, dlaczego to powiedziała. To spostrzeżenie podszyte smutkiem – stwierdził Gallagher. To cytat z niemieckiego filozofa, Hegla, oznacza bodaj, że mądrość przychodzi do nas wtedy, kiedy jest już za późno. Sowa Minerwy… Ale kto to jest Minerwa? Rzymska bogini mądrości. Mówimy o jakichś dawnych czasach? Bardzo dawnych, Hazel. Gallagher wspominał później tę dziwną rozmowę. Miał ochotę spytać Hazel, po kim ona to powtarza, kto to powiedział przy niej, ale wiedział, że znów zastosowałaby unik, byle tylko nie odpowiedzieć na jego pytanie. Znowu udawałaby naiwną, młodą dziewczynę, a on z jakiegoś powodu nie ufałby jej do końca. Dlaczego twoim zdaniem „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”? Zawsze musi tak być? Hazel, nie mam pojęcia. To tylko takie spostrzeżenie. Była taka odrażająco dosłowna! Gallagher zrozumiał w tym momencie, że musi uważać na to, co jej mówi, że musiałby szczególnie uważać, gdyby została jego żoną. Wtedy naprawdę by mu ufała i nie zadawała żadnych pytań.

 […]

W tych lasach jest pełno sów. Słyszeliśmy je ubiegłej nocy. Skrzeczały. To sowy zabijają inne ptaki? Mniejsze ptaki?  Pytanie było naiwne, wyrażało zdumienie. Hazel zadała je ze zbolałą miną, niemalże się krzywiąc. Cóż, sowy to drapieżniki, kochanie. Muszą coś zabijać. Drapieżniki nie mają wyboru, prawda? Nie mają, bo inaczej zdychałyby z głodu. I ostatecznie, kiedy już są stare, padają z głodu i wtedy zjadają je inne drapieżniki. Gallagher mówił to beztroskim tonem, żeby złagodzić ponury ton Hazel. Jak większość kobiet przesadzała ze znaczeniem małej śmierci. Miała zaróżowioną twarz od wspinaczki, jej oczy były zogromniałe i czujne, lśniły od wilgoci. Wydawała się rozgorączkowana, wciąż podniecona. Biło od niej rozgrzanym ciałem, seksualnością. Gallagher niemalże kulił się przed nią.

[…]

Wyszli z lasu i zaczęli schodzić po zboczu w stronę chaty. Tutaj, w pełnym blasku słońca, Gallagher nic by nie widział, gdyby nie ciemne okulary. Poczuli w nozdrzach woń skunksa, z początku słabą, potem mocniejszą. Prawdopodobnie biła od zagajnika brzozowego albo od któregoś z domków gościnnych. Z pewnej odległości ten zapach był niemal przyjemny, ale z bliska już nie; z bliska ten atramentowo-pajęczynowaty smród mógł wręcz przyprawić o mdłości. Pod budynkami gospodarczymi potrafiły niekiedy zimować całe rodziny skunksów i teraz budziły się, bo nastała cieplejsza aura. Skunksy muszą gdzieś mieszkać. Tak jak my. Hazel powiedziała to żartobliwym tonem i Gallagher się roześmiał. Znowu lubił Hazel Jones, teraz, kiedy nie kazała mu się wspinać na górę, żeby tam dostał zawału. Gallagher naciskał klamki w kolejnych kilku domkach, aż wreszcie znalazł jeden nie zamknięty na klucz. Powietrze w środku było zimne i bardzo nieruchome. Zdaniem Gallaghera przypominało wciągnięty oddech, co sprawiło, że ogarnęło go dziwne podniecenie. Domek został zbudowany z sezonowanych kłód, nad niewielkim, połyskliwym potokiem. Nieopodal rosły brzozy, kłujące bielą w blasku słońca. Wnętrze domku było po części ocienione, po części wypełnione oślepiającym światłem. Tu też czuło się wątły, a jednak smrodliwy zapach skunksa. Na bliźniaczych łóżkach leżały wyraźnie nowe materace nakryte prześcieradłami i poduszki bez poszewek. Podłogę pokrywał dywan utkany z nici. Kiedy stał w tym wnętrzu obok Hazel Jones, czuł tak potężny napływ emocji, że aż zrobiło mu się słabo. Bardzo chciał z nią rozmawiać, tłumaczyć się. Nie rozmawiał z nią na poważnie od przyjazdu na wyspę i ich wspólny czas gwałtownie się kurczył. Następnego dnia miał odwieźć swoją małą rodzinkę do Watertown, do jej własnego życia. Kupił piękny dom dla Hazel i dziecka, ale oni jeszcze tam nie zamieszkali.

[…]

W pewnym sensie to przypominało czasy wojny, to spanie na dworze, w namiocie. Tyle że podczas wojny jesteś tak wyczerpany, że nie masz kłopotów ze snem. Powiedział Hazel, że to jego ojciec wybudował większość tych domków po wojnie. Thaddeus powiększył także chatę, dokupił więcej ziemi nad rzeką. W rzeczy samej Gallagherowie posiadali jeszcze inne ziemie na terenie Tysiąca Wysp i budowali na nich z wielkim zyskiem. Thaddeus Gallagher wzbogacił się podczas wojny i później też wiele zarobił: zdominowane przez republikanów władze ustawodawcze stanu Nowy Jork w latach pięćdziesiątych uchwaliły system podatkowy, który był bardzo korzystny dla Gallagher Media Group. (Dlaczego Gallagher opowiadał o tym Hazel Jones? Chciał zrobić na niej wrażenie? Chciał, żeby się dowiedziała, że jest synem bogacza, który nie dźwiga na sobie grzechu, jakim jest dorabianie się bogactw? Hazel nie miała żadnego dostępu do wiedzy, czy Gallagher ma prawo korzystania z rodzinnych pieniędzy, czy też – być może – został wydziedziczony.) Hazel nigdy nie wypytywała Gallaghera o jego rodzinę, podobnie jak nie pytała o jego małżeństwo. Nie zadawała osobistych pytań. A jednak teraz spytała, z szokującą bezceremonialnością, czy walczył na wojnie.

[…]

Gallagher znów nie miał pewności. Właściwie to naprawdę nic nie wiedział. Mgliście przypominał sobie wstępniaki w gazetach Gallagherów i w innych amerykańskich gazetach, w latach poprzedzających Pearl Harbor, które argumentowały przeciwko amerykańskiej interwencji w Europie. Gazety Gallagherów były bardzo przeciwne Rooseveltowi; oskarżały go na swoich łamach o uleganie wpływom żydowskim, o korupcję. W rubrykach niektórych komentatorów F.D.R. był wręcz identyfikowany jako Żyd, podobnie jak jego sekretarz skarbu, Henry Morgenthau Junior. Przez krótką chwilę zagubienia taśma maskująca obsunęła się z pamięci Gallaghera i zobaczył zaciekawionymi oczyma dziecka napis w hallu pewnego luksusowego hotelu w Miami Beach: UPRASZA SIĘ GOŚCI POCHODZENIA ŻYDOWSKIEGO O NIEWCHODZENIE NA TEN TEREN. Kiedy to było, na początku lat trzydziestych? Zanim Gallagherowie nabyli prywatną rezydencję nad oceanem, w Palm Beach? Dużo spraw przesadnie rozdmuchano, Hazel – odparł z wahaniem. I nie tylko Żydzi umierali, ale również inni ludzie, łącznie z Niemcami. Całe miliony. I jeszcze kolejne miliony umarły z winy Stalina. Dzieci. Niemowlęta. To były wybuchy szaleństwa podobne do erupcji lawy… Kto był kiedyś żołnierzem, ten rozumie, na czym polega anonimowość historii. Czyli ty ich bronisz. „Dużo spraw przesadnie rozdmuchano”. Gallagher wytrzeszczył oczy, kompletnie oszołomiony. Czuł teraz odruchową odrazę do tej kobiety, niemalże się jej bał, znienacka wydała mu się kimś obcym.

[…]

Niemalże z dnia na dzień z człowieka, który chodził spać o czwartej nad ranem i następnego dnia budził się z trudem w południe, Gallagher przeobraził się w człowieka, który kładł się do łóżka o jedenastej wieczorem i wstawał o siódmej rano. Został autorem cyklicznych audycji radiowych (Jazzowa Ameryka, Amerykańskie standardy), pierwotnie nadawanych przez lokalną rozgłośnię w Syracuse, a później na terenie całych stanów Nowy Jork, Ohio i Pensylwania. Zaprzyjaźnił się z redaktorem naczelnym „Syracuse Post-Dispatch”, gazety należącej do imperium Gallagherów, dość jednak niezależnej, i stworzył stałą, autorską rubrykę, w której wypowiadał się na tematy związane z polityką i etyką. Pisał na przykład o prawach obywatelskich, o walce z segregacją rasową w szkołach, o Martinie Lutherze Kingu. O dyskryminacji rasowej w związkach zawodowych. O potrzebie „radykalnych reform” w ramach prawa rozwodowego stanu Nowy Jork. O „moralnie podejrzanej” wojnie w Wietnamie. Były to teksty pełne werwy, nasycone humorem, które prędko przyciągnęły uwagę czytelników, bo Chet Gallagher był postacią kontrowersyjną, jedynym liberalnym głosem dopuszczanym na łamy gazet Gallagherów. Kiedy redaktorzy naczelni wspierali, nieodmiennie zresztą, republikańskich kandydatów na urząd prezydenta, Gallagher kwieciście krytykował, rozbierał na czynniki pierwsze, obnażał. A miarą jego uczciwości było to, że potrafił być równie krytyczny wobec kandydatów demokratycznych. Publikowano gniewne listy od czytelników, w których ci potępiali jego poglądy. Im więcej kontrowersji, tym lepiej sprzedawały się gazety. Gallagher uwielbiał taki rozgłos! (Jego artykuły nie były nigdy cenzurowane w gazecie ukazującej się w Syracuse, ale inne gazety z koncernu Gallagherów czasami nie chciały ich drukować. Te decyzje nie miały nic wspólnego z Thaddeusem Gallagherem, który rzadko się wtrącał do poczynań którejkolwiek z jego gazet, jeśli przynosiły zyski. Thaddeus najprawdopodobniej czytał wszystkie artykuły Cheta Gallaghera, bo był człowiekiem, który bacznie się przyglądał wszelkim aspektom działalności Gallagher Media, nigdy jednak nie komentował artykułów najmłodszego syna, jak Gallagher się orientował, i nigdy nie wykorzystywał swojej władzy, by wpływać na kształt rubryki. Stary znacznie wcześniej przyjął zasadę, że będzie się odcinał od kariery najmłodszego syna, bo w ten sposób mógł demonstrować własną moralną wyższość.) I dlatego właśnie Gallagher był szczęśliwy. Do pewnego stopnia.

[…]

Na szczęście dzwoniła z pustego domu. Gallagher i Zack wyszli. Gdzie on jest, pani Meltzer? On nie żyje, Rebeko. Nie żyje… Tignor umarł w więzieniu w Attice, Rebeko, dwa, może trzy lata temu. W każdym razie Howie tak słyszał. Zamknęli go tam za napaść, za wymuszenie… nie jestem pewna, co to takiego wymuszenie, chyba jakiś szantaż. To nie miało nic wspólnego z Four Corners ani z tym, co ci zrobił, Rebeka. Nie widzieliśmy go więcej po tym, jak przyszedł do naszego domu cały wściekły, chcąc wiedzieć, gdzie jesteś, a my mu powiedzieliśmy, że nie wiemy! Było po nim widać, że chciał zabić ciebie albo każdego, kto mu stanie na drodze. Mówił, że ukradłaś mu syna, że ukradłaś mu samochód. Mówił, że nigdy żadna kobieta tak go nie obraziła jak ty i że zapłacisz mu za to. Zachowywał się jak jakiś dzikus, mówił, że cię zabije gołymi rękoma za to, że go zdradziłaś, i że nas też wymorduje, jeśli się dowie, że cię ukrywamy. Howie ma strzelbę, nie jest taki, żeby się kulić ze strachu, więc mu powiedziałam, żeby odpuścił, żeby nie wkurzał jeszcze bardziej tego człowieka. I potem Tignor gdzieś zniknął. Zostawił w domu prawie wszystko jak było i tyle go widzieli. Pani Meltzer urwała, żeby zaczerpnąć oddechu. Hazel oczyma duszy widziała starszą panią, jak się rozgrzewa, by dalej ciągnąć temat, cała podekscytowana i uśmiechnięta. Jej głos nabierał siły. To już nie był głos staruszki.

[…]

ZAGINIĘCIE DZIEWCZYNY Z NEW FALLS

POLICJA I OCHOTNICY ROZSZERZAJĄ ZAKRES POSZUKIWAŃ

Zaginioną jest Hazel Jones, lat 18

Ta Hazel Jones uczęszczała do liceum w New Falls, ale została relegowana w wieku szesnastu lat. Mieszkała z rodzicami na wsi pod New Falls i zarabiała na życie jako opiekunka do dzieci, kelnerka, sprzątaczka. W czasie bezpośrednio poprzedzającym zniknięcie zatrudniła się właśnie na lato w jednej z lodziarni Dairy Queen. W dniu zniknięcia bardzo wielu ludzi widziało Hazel Jones w lodziarni; wyszła stamtąd o zmierzchu, miała wrócić do domu rowerem, pokonując dystans trzech mil, a jednak nigdy tam nie dotarła. Jej rower znaleziono później w rowie obok drogi, jakieś dwie mile od domu. Nic nie wskazywało, że to porwanie, nikt nie wystąpił z żądaniem okupu. Nie było świadków uprowadzenia. Nikt nie wskazał żadnej osoby, która miałaby powód działać na szkodę Hazel Jones, ponadto Hazel Jones nie miała chłopaka, który by jej zagrażał. Poszukiwania prowadzono przez wiele dni, tygodni i wreszcie lat, a jednak nigdy nie znaleziono ciała. Oniemiała Hazel gapiła się na dziewczynę z fotografii. Bo to była znajoma twarz. Siedemnastoletnia Hazel Jones miała bujne, falujące, czarne włosy sięgające poniżej ramion, z przedziałkiem z boku. Dość gęste brwi i długi nos, nieco szerszy na czubku. Niby nie była ładna, a jednak za sprawą „egzotycznej” urody mogła „wpaść w oko”. Usta miała mięsiste, zmysłowe, ale sprawiała wrażenie nadętej, wręcz ponurej. Patrzyła na świat dużymi oczyma, bardzo ciemnymi i nieufnymi. Próbowała się uśmiechać do aparatu, niezbyt jednak przekonująco. Jaka ta Hazel Jones była podobna do Rebeki Schwart w tym wieku! Strasznie niepokojący widok, który przyprawiał o ból. Dawni koledzy i koleżanki szkolne z New Falls mówili o Hazel Jones, że była „cicha”, że trzymała się na uboczu, „że trudno ją było poznać”.

[…]

Brakowało jej ucha do subtelności pianistycznej interpretacji, dlatego nie byłaby w stanie orzec, czy sonata, której teraz słuchała, ma jakiś głęboki albo choćby tylko powierzchowny związek z nagraniem Artura Schnabla, które słyszała dwadzieścia pięć lat wcześniej w saloniku starej, kamiennej chatki na cmentarzu. Zamknięty w pokoju muzycznym jej pracowity, dokładny syn zaczynał wciąż od nowa i natychmiast się zatrzymywał. Zaczynał i się zatrzymywał. To tylko lewą dłonią, to tylko prawą. Potem obiema dłońmi i znowu od początku, znowu gwałtowna przerwa i powrót do początku w taki sposób, w jaki małe, zalęknione dziecko zaczyna chodzić, potykając się i machając rękoma, by złapać równowagę. Zack mógłby zagrać tę sonatę bez żadnych przerw, gdyby zechciał: mógłby ją zagrać od początku do końca, wygrywając wszystkie nuty. Miał taką umiejętność, mechaniczną zdolność cudownego dziecka. Ale tu była wymagana głębsza czystość brzmienia. Głębsza desperacja. Hazel przypuszczała, że ta desperacja kryje się pod samą muzyką. To była desperacja kompozytora, Beethovena. To była dusza tego człowieka, do której musiał wejść młody pianista. Słuchała, zastanawiając się, czy ta sonata to rzeczywiście dobry wybór. Jej syn był taki młody: to nie była muzyka młodości. Od tego słuchania zrobiła się podekscytowana, niemalże rozgorączkowana. Wyczerpana odeszła chwiejnie, nie chcąc, by Zack wiedział, że podsłuchiwała pod drzwiami pokoju muzycznego, bo to by go rozzłościło i wprawiło w rozdrażnienie, jego, który znał matkę tak dobrze.

[…]

Interesował się historią Europy: drugą wojną światową. Zapisał się na wykłady na uniwersytecie. Interesował się filozofią, religią. W jego głosie pobrzmiewał rozgorączkowany ton, niespokojne drżenie. Jakby tajemnice świata mogły się przed nim otworzyć, gdyby tylko miał do nich klucz. Ku przerażeniu Hazel zaczął wygadywać jakieś idiotyzmy! Jednego dnia były to Upaniszady, innego dziewiętnastowieczny niemiecki filozof Schopenhauer, jeszcze innego hebrajska Biblia. Zaczął się wykłócać, bywał agresywny. Znienacka stwierdzał przy kolacji, jakby to była jakaś istotna kwestia, której dotąd unikali: Czy z wszystkich religii ta najstarsza nie jest najbliższa Boga? I kim jest Bóg? Co to jest Bóg? Czy powinniśmy poznać tego Boga czy tylko siebie wzajem? Czy nasze miejsce jest przy Bogu czy przy sobie na ziemi? Wyraz jego twarzy sugerował, że naprawdę chciałby to wiedzieć. Opierał się łokciami na stole, garbił się. Gallagher próbował rozmawiać z pasierbem, mniej lub bardziej poważnie. No cóż, Zack! Dobrze, że spytałeś. Osobiście uważam, że religia jest sposobem, w jaki ludzkość stara się ogarnąć to, co istnieje poza człowiekiem. Każda religia dysponuje innym zbiorem odpowiedzi narzucanych przez samozwańczą kastę kapłanów i każda religia, możesz być tego pewien, naucza, że jest tą jedyną religią usankcjonowaną przez Boga. Ale to nie znaczy, że któraś z religii nie jest tą prawdziwą. Przyrównaj to do dwunastu rozwiązań jakiegoś zadania z algebry, wśród których jedenaście jest błędnych, a jedno prawdziwe. Ale przecież Bóg to nie jest zadanie matematyczne, które można rozwiązać, Zack. Bóg to pojemny termin, którym opatrujemy naszą ignorancję. – Albo może jest tak – odparł z podnieceniem Zack – że ludzkie wypowiedzi, nawet jeśli są prostackie i mętne, to jednak zasadniczo znaczą to samo, ale z kolei różne języki wprowadzają w nie zamęt. Na przykład to, że Bóg stoi za wszystkimi religiami, ale z Nim jest tak jak ze słońcem, na które nie można patrzeć bezpośrednio, bo inaczej byś oślepł, ale z kolei, gdyby nie było żadnego słońca, to wtedy naprawdę byłbyś ślepy, bo nic byś nie widział. Może tak to jest? O ile Hazel się orientowała, Zack nigdy wcześniej nie wypowiadał się z taką pasją na żaden inny temat z wyjątkiem muzyki. Opierał się chwiejnie na łokciach, wprawiając płomienie świec w migotanie i jego twarz, zniekształcona w tym migotliwym świetle, straszliwie się upodabniała do twarzy Jakuba Schwarta.

[…]

Przyszedł uścisnąć rękę Gallagherowi, poznać panią, ale przede wszystkim po to, by zagadać do młodego Zachariasa. Zbieg okoliczności, co? Zawsze mi się wydaje, że zbiegi okoliczności coś oznaczają, mimo że raczej nic nie znaczą. Ale ty jesteś gość, synu: prawdziwy muzyk. Czytałem o tobie w gazecie. Ja, upadły, stary didżej. Dwadzieścia sześć cholernych lat, kiedy WBEN Radio Wonderful nadawało po nocach najlepszy jazz… Jego głos przycichł do pięknie modulowanego, lekko przedrzeźniającego murzyński akcent głosu radiowego. Te nędzne dranie wyrzuciły mnie z radia. Nie obraź się, Chet: wiem, że nie ty jesteś winny, ty to nie twój stary. Cholerny Thaddeus. Tak naprawdę, synu, nazywam się Alvin Block Junior. I tu pochylił się nad stołem, by móc uścisnąć dłoń kulącego się przed nim chłopca.

[…]

Tracił zainteresowanie Chetem Gallagherem wprost proporcjonalnie do obsesji na punkcie Zachariasa Jonesa. Bo tu chodziło o utalentowanego, młodego pianistę, prawdziwie utalentowanego, młodego pianistę, którego Gallagher osobiście odkrył w Malin Head Bay pewnej pamiętnej, zimowej nocy… Tak się składa, że to mój adoptowany syn. Mój syn. Gallagher musiał przyznać, że był to fenomen, którego odmówiono jego ojcu. Bo sam zawiódł swego ojca. Zawiódł jako wykonawca muzyki klasycznej. Może chciał zrobić na złość ojcu, że zawiódł, ale w każdym razie zawiódł i wszystko się skończyło. Obecnie grał jazz już tylko sporadycznie, na lokalnych imprezach i koncertach charytatywnych, a czasami w telewizji, ale to już nie był poważny jazz, Gallagher stał się białym burżujem, cholernie nudnym mężem w średnim wieku, ojcem i szczęśliwym człowiekiem. Szczęśliwemu człowiekowi brakuje nerwu. W szczęśliwym człowieku nie ma nic jazzowego. Tak bardzo był oddany swojej małej rodzince, że nawet rzucił palenie. Jakie dziwne jest życie! Zamierzał pokierować karierą chłopca, bo czuł na sobie brzemię odpowiedzialności. Oczywiście nie przymuszał, nie ponaglał Zacka do niczego. Od samego początku ostrzegał jego matkę. Będziemy robili to powolutku. Krok po kroku. Trzeba kierować się realizmem. Nawet Andre Watts, po swoim początkowym, fantastycznym sukcesie, wypalił się. Podobnie Van Clibum. Na jakiś czas.

[…]

Hazel zdążyła zapomnieć, jak ona ma na imię. Czuła w sobie dziwne rozdygotanie, jakby pod wpływem paniki, to wszystko dzieje się zbyt prędko. Jak na studentkę konserwatorium dziewczyna była ubrana prowokująco: kanarkowy sweterek, który ciasno opinał biust i równie opięte dżinsy z metalowymi ćwiekami. Miała nawyk nerwowego oblizywania warg, oddychania przez usta. Mimo to nie wydawała się nerwowa, raczej miała skłonności do dramatyzowania na własny temat, do afiszowania się. Była bogata, prawda? Coś w jej zachowaniu sugerowało pochodzenie z bogatego domu. Zawsze ją zapewniano, że jest ukochanym dzieckiem. Że jest przedmiotem podziwu. Na prawym nadgarstku nosiła z wyglądu drogi zegarek. Jej dłonie wcale nie wyglądały niezwykle jak na dłonie wiolonczelistki, były dość drobne, kanciaste. Nie takie smukłe jak dłonie Zacka. Paznokcie miała zwyczajne, opiłowane na krótko. Hazel zerknęła na swoje nienagannie polakierowane paznokcie, których kolor pasował do koralowej szminki… A jednak ta dziewczyna była taka młoda, taka pełna życia! Zafascynowana Hazel nie mogła się na nią napatrzyć.

[…]

Odpowiedziała jej Frieda, bystro i entuzjastycznie jak uczennica: To piękna sonata, pani Gallagher. Ale pewnie jej pani nie słyszała, sonaty Faurégo nie są zbyt znane. Był stary i chory, kiedy ją pisał, w 1921 roku, to jedna z jego ostatnich kompozycji, ale nigdy by pani się nie domyśliła! Fauré był prawdziwym poetą, doskonałym muzykiem. W tej sonacie kryje się niespodzianka, zmiany nastrojów, tak zwany temat pogrzebowy staje czymś, czego nikt się nie spodziewa, jest niemalże eteryczny, radosny. To jest tak, jakby pani była starym i chorym człowiekiem, który niebawem ma umrzeć, mimo to potrafiła się uwolnić od swojego ciała, które zawiodło… Dziewczyna mówiła to wszystko z takim żarem, że Hazel poczuła niepokój.

[…]

Spośród wszystkich wyczynów ludzkości, jaka nieważka, jaka efemeryczna i trywialna wydawała się muzyka! Wygasała w ciszy nawet wtedy, kiedy ją wykonywano. I trzeba było tak strasznie się napracować, żeby ją wykonać, przy czym ostatecznie i tak raczej ci się to nie udawało. Czuł odrazę wobec własnej próżności. Wobec swoich idiotycznych ambicji. Będzie się obnażał na jasno oświetlonej scenie. Będzie grał niczym tresowana małpa. Przed jury złożonym z międzynarodowych sędziów. Sprofanuje muzykę, wystawiając na pokaz własną próżność. Jakby pianiści byli końmi wyścigowymi, które wystawia się przeciwko sobie, żeby inni mogli je obstawiać w zakładach. Nagrodą miała oczywiście być gotówka. Sześć dni przed planowanym lotem do San Francisco poinformował dorosłych, którzy otaczali Zachariasa Jonesa: nie poleci. Ależ zamieszanie! Telefon dzwonił cały dzień, odbierał Gallagher.

[…]

Oddech Boga. Tak było. Nie mogło istnieć inne wyjaśnienie. Że w wieku siedemnastu lat został Zachariasem Jonesem, młodym pianistą, którego fotografię umieszczono w lśniącym programie Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego w San Francisco na rok 1974. I że ona została Hazel Gallagher. W hotelowym apartamencie czekał na nich tuzin czerwonych róż. A także opakowany w celofan wiklinowy kosz pełen delikatesów, butelek z białym i czerwonym winem. Śmialiby się jak wariaci, jak para konspiratorów, gdyby nie to, że w minionych miesiącach zaczęli wystrzegać się siebie. Syn wycelował w serce matki i zadał głęboki, ogłuszający cios. Gallagher stał się nieświadomym mediatorem. Nie uzmysławiał sobie napięcia istniejącego między matką i synem. Trącał Hazel, kiedy oboje słyszeli Zacka pogwizdującego w sąsiednim pokoju. Słuchaj! To dobry znak! Hazel nie wiedziała, czy to dobry znak. Ona też stała się dziwnie szczęśliwa w San Francisco, w tej mgle. To było miasto prawie pionowych ulic połyskujących wilgocią i zgiełkliwych tramwajów. To było miasto całkowicie nowe dla niej i Zacka. Miało w sobie coś pośmiertnego, tętniło od niego spokojem. Oddech Boga ich tam przywiał, równie kapryśny jak wszędzie.

[…]

Znajdowała się w stanie powstrzymywanej paniki. Nie mogła oddychać, serce jej łomotało tak gwałtownie. Powtarzała sobie w duchu, że Zack raczej nie wygra tego konkursu, że już sam fakt, że się zakwalifikował, to dla niego zaszczyt. Mimo to bała się, że popełni jakiś błąd, że pobłądzi, że się upokorzy, że zawiedzie. Wiedziała, że tak nie będzie, wierzyła w niego bezgranicznie, a jednak przeraźliwie się bała katastrofy. Żywe, krystaliczne nuty eksplodowały w powietrzu z bolesną głośnością, a jednak zdawały się natychmiast blednąć, potem rozdymać się i znowu cichnąć, tak bardzo, że przestawała je słyszeć. Była bliska omdlenia, nieświadomie powstrzymywała oddech. Ręka Gallaghera tak bardzo ciążyła na jej kolanach, jego palce tak mocno ściskały jej palce, bała się, że zgruchoczą kości. Muzyka, z którą tak się zdążyła oswoić przez te wszystkie miesiące, znienacka stała się obca, niepokojąca. Nie mogła sobie przypomnieć, co to za utwór, ku czemu zmierza. Słyszała coś obłąkańczego, demonicznego w tej sonacie. Prędkość, z jaką palce pianisty pląsały po klawiaturze… Oczy zaszły jej łzami, nie mogła się zmusić, by patrzeć. Nie mogła zrozumieć, dlaczego taki katorżniczy spektakl miałby być czymś przyjemnym, „rozrywkowym”. To było czyste piekło, nienawidziła tego. Jedynie podczas wolniejszych pasaży, pasaży najsubtelniejszej urody, potrafiła się odprężyć i oddychać normalnie. Jedynie podczas wolniejszych pasaży, które zastępowały wcześniejsze stężenie demonizmu. One były autentycznie piękne, rozdzierały serce. Podczas minionych tygodni Zack zaczął zmieniać swoją interpretację Appassionaty. Teraz w jego wykonaniu było mniej bezpośredniego ciepła, za to więcej precyzji, siły, czegoś w rodzaju okiełznanej furii. Gwałtowne, ostro wybijane nuty działały jej na nerwy. Nauczycielowi Zacka nie podobał się ten nowy kierunek, w jakim zmierzał, Gallagherowi też nie. Hazel słyszała ją teraz, tę furię. Niemalże była w niej pogarda do faktu istnienia samej sonaty. Pogarda do tego efektownego aktu, jakim jest występ artysty. Hazel zauważyła, że Zack z całej siły zaciska szczęki, że dolna połowa jego twarzy jest wykrzywiona, że na jego czole lśni plama tłustej wilgoci. Wzdrygnęła się i odwróciła wzrok. Zobaczyła, że inni widzowie wpatrują się z fascynacją w pianistę. Całe rzędy pochłoniętych słuchaczy. Sala miała pięćset miejsc łącznie z balkonem i wyglądało na to, że wszystkie są zajęte. To była umuzykalniona widownia, obznajomiona z utworami wykonywanymi przez pianistów. Wielu pianistów, nauczycieli muzyki, grupa kibiców z konserwatorium, w tym również Frieda Bruegger: Hazel szukała twarzy dziewczyny, ale nie dała rady jej znaleźć. Tu i ówdzie w tej elegancko urządzonej sali koncertowej, z pluszowymi fotelami i mozaikami na ścianach, zauważała ludzi, którzy ani trochę nie pasowali do tego otoczenia; najprawdopodobniej byli to krewni pianistów, którzy wyraźnie czuli się nieswojo wśród bardziej wyrobionych słuchaczy. W jej pamięci otwarła się szczelina, o brzegach ostrych jak potłuczone szkło. Opowieść Herszela o tym, jak ich rodzice śpiewali arie operowe, w dawnych czasach w Europie. W Monachium. W starym kraju, jak na to mówiła Anna Schwart. Ich twarze, zamazane odległością i czasem, mignęły jej na tyłach sali koncertowej. Schwartowie!

Joyce Carol Oates, Córka Grabarza

Obyczajowa powieść Joyce Carol Oates – znakomitej amerykańskiej pisarki, eseistki, także poetki, autorki horrorów i thrillerów oraz książek dla dzieci przenosi akcję tej interesującej opowieści do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, przede wszystkim do stanu Nowy York i do jego z kolei fikcyjnego miasteczka Milburn na północno-wschodnim wybrzeżu, w czasy z ubiegłego wieku, a retrospektywnie rzecz ujmując w lata począwszy od trzydziestych po siedemdziesiąte. W ogólnym zarysie fabuła stanowi historię amerykańskich losach żydowsko-niemieckiej rodziny Schwartzów - uciekinierów z nazistowskich Niemiec, potem i córki grabarza Rebeki, która sama uciekając przed toksycznym i przemocowym mężem Nilsem Tignorem spełnia swój amerykański sen o szczęściu i dostatku; w tym nowym życiu, gdzie jednak pozory i konformizm udające naiwność mają już pierwszorzędne znaczenie praktyczne. Powieść Oates nade wszystko podkreśla kreatywną rolę strachu i wewnętrznego przymusu w życiu pojedynczego człowieka, gdzie granie przed sobą i innymi wchodzi za bardzo w krew.   



powrót ››