16.07.2026

„Chłodna logika skutecznie zabijała magię.”
„Jeśli coś może być wszystkim,
to tak, jakby było
niczym.”
„O co dbać powinni, Nie wiedzą;
w mroku o kości się potykają
Umarłych w tej pustyni.
I choć sami drogi nie znają,
Chcą, żeby za nimi szli inni.”
William Blake
„Właściwie nie był naukowcem,
tylko epistemologiem”
[…]
Miała na imię Magda. Nikt nigdy się nie dowie, kto ją zabił. Nie ja. Tu spoczywają jej zwłoki. Ale nie było żadnych zwłok, żadnej plamy krwi, żadnych pasemek splątanych włosów zaczepionych o szorstką korę leżących gałęzi ani zwilżonego poranną rosą szalika z czerwonej włóczki, rozciągniętego jak feston na krzakach. Była tylko kartka na ziemi, szeleszcząca u moich stóp w łagodnych powiewach majowego wiatru. Natknęłam się na nią w brzozowym lesie podczas porannej przechadzki z Charliem, moim psem. Ścieżkę odkryłam zeszłej wiosny, zaraz po tym, jak przeprowadziliśmy się z Charliem do Levant. Przez całą wiosnę, lato i jesień wydeptaliśmy ją solidnie i zrezygnowaliśmy z niej dopiero zimą. Smukłe białe drzewa wtapiały się prawie idealnie w tło śniegu. Porankami całkowicie rozpływały się we mgle. Odkąd nastała odwilż, Charlie zaczął mnie budzić o świcie. Przecinaliśmy drogę gruntową, pokonywaliśmy łagodny pagórek, a potem wędrowaliśmy w tę i z powrotem pośród brzóz. Tamtego ranka, kiedy znalazłam leżącą na ścieżce kartkę, zdążyliśmy się zapuścić dobry kilometr w las. Charlie nie zwolnił, nie przekrzywił głowy ani nawet nie zbliżył nosa do ziemi, żeby obwąchać kartkę. Uderzyło mnie, że ją zupełnie zignorował – mój Charlie, który kiedyś zerwał się ze smyczy i puścił pędem przez autostradę, żeby mi rzucić do nóg martwego ptaka, taki miał węch do padliny. Tymczasem w ogóle nie zwrócił uwagi na kartkę, która u góry i u dołu była przyciśnięta do ścieżki równo rozmieszczonymi czarnymi kamykami. Schyliłam się, żeby ją przeczytać jeszcze raz. Ziemia w dotyku była prawie ciepła, gdzieniegdzie jasne źdźbła trawy nieśmiało wychylały się spomiędzy grud czarnej gleby. Słońce, do niedawna srebrzystobiałe, zaczynało żółknąć.
[…]
Charlie nawet nie drgnął na dźwięk mojego głosu, zaabsorbowany pościgiem za dryfującymi pośród drzew dmuchawcami. Przez parę minut chodziłam ścieżką w tę i z powrotem, szukając na ziemi czegoś nietypowego, po czym obeszłam okolicę, zataczając coraz mniejsze koła, z nadzieją, że znajdę kolejną kartkę, z dalszymi wskazówkami. Kiedy Charlie znikał z pola widzenia, przywoływałam go gwizdem. Nie znalazłam żadnych świeżo wydeptanych ścieżek między drzewami, choć moja dreptanina w kółko zatarła nieco obraz. Poszukiwania spełzły na niczym. Nie znalazłam choćby niedopałka czy zgniecionej puszki po oranżadzie. Tam, w Monlith, mieliśmy telewizor. Obejrzałam niezliczoną ilość programów kryminalnych. Bez problemu mogłam sobie wyobrazić równoległe bruzdy wyżłobione obcasami wleczonych po ziemi zwłok bądź ślady w miejscu, gdzie przedtem leżały – wygniecioną trawę, przygięte do ziemi wątlutkie sadzonki drzew, rozdeptane grzyby. A potem naturalnie wilgotne czarne grudy na świeżym płytkim grobie. Jednak poszycie lasu zdawało się nietknięte. Nic się nie zmieniło od wczorajszego ranka, przynajmniej na tym obszarze. Przeszukanie całego lasu zajęłoby mi wiele dni, o ile nie tygodni. Biedna Magda, cokolwiek się z nią stało, myślałam, rozglądając się uważnie, czy coś nie sterczy z ziemi – plastikowa spinka do włosów, but... Tekst na kartce sugerował, że zwłoki leżą gdzieś w pobliżu ścieżki, czyż nie tak? Całość miała ton bliższy epitafium niż beletrystyce. Tu leży Magda. Jaki ma sens podobna informacja, brzmiąca trochę jak tytuł czy etykietka, jeśli nigdzie w pobliżu nie ma obiektu, o którym wzmiankuje? Albo nie ma go w ogóle nigdzie? Zdawałam sobie sprawę, że ten teren jest własnością publiczną i każdy może się po nim kręcić.
[…]
Levant nie było szczególnie piękną miejscowością. Nie miało krytych mostów ani dworów w stylu kolonialnym, żadnych muzeów ani zabytkowych budowli, ale było dość ładne w odróżnieniu od sąsiedniego Bethsmane. Nad ocean jechało się dwie godziny. Przez Bethsmane przepływała duża rzeka. Podobno latem zapuszczały się tutaj żaglówki z Maconsett, nie była to więc tak do końca zapadła dziura, ale i nie żadna atrakcja turystyczna. W Bethsmane nie znalazłoby się nic do oglądania. Na głównej ulicy okna pozabijano deskami. Kiedyś była to wybrukowana cegłą osada fabryczna z historycznymi budynkami, które, gdyby dotrwały do dziś, dodawałyby miasteczku uroku. Ale Bethsmane nie miało w sobie ducha przeszłości czy choćby cienia romantyzmu. Mogło się poszczycić tylko tasiemcowatym centrum handlowym, kręgielnią, pubem z oślepiającymi neonami, małą pocztą, która zamykała się już w południe, i kilkoma barami szybkiej obsługi przy autostradzie. Z kolei Levant nie miało nawet własnej poczty (nie żebym często pisała czy odbierała listy). Był tylko sklepik przy stacji benzynowej oferujący artykuły wędkarskie, podstawowe produkty spożywcze, konserwy, słodycze i tanie piwo. Nie orientowałam się, jakim rozrywkom oddawali się nieliczni mieszkańcy Levant oprócz picia i grania w kręgle w Bethsmane. Nie wyglądali na amatorów wycieczek krajoznawczych. Kto zatem mógł zawędrować do mojego ukochanego brzozowego lasu, żeby zakłócać spokój notatką o jakichś zwłokach?
[…]
Czy wystarczyłoby mi odwagi na te czynności, gdybym była w lesie sama, bez psa, czy raczej zostawiłabym kartkę na ścieżce i uciekła, rzuciła się biegiem do domu, żeby wsiąść do samochodu i pojechać na posterunek policji w Bethsmane? „Popełniono morderstwo – powiedziałabym, a potem zaczęłabym się plątać w zeznaniach. – Znalazłam w lesie kartkę z informacją. Ofiarą jest niejaka Magda. Nie, nie widziałam zwłok, tylko kartkę. Oczywiście nie ruszałam jej z miejsca, ale było napisane jak wół, że ktoś ją zabił. Bałam się zatrzeć ślady na miejscu zbrodni. Magda. Tak, Magda. Niestety, nie potrafię podać nazwiska. Nie, nie znałyśmy się. W życiu nie spotkałam żadnej Magdy. Znalazłam kartkę przed chwilą. Błagam, pośpieszcie się. Jedźcie natychmiast”. Wyszłabym na histeryczkę. Silne emocje nigdy mi nie służyły. Walter twierdził, że ekscytacja działa źle na moje serce. „System wczesnego ostrzegania – diagnozował i kazał mi się kłaść do łóżka, zgasić światło, a jeśli rzecz się działa za dnia, zasunąć zasłony. Najlepiej połóż się i nie rób nic, dopóki ci nie przejdzie”. Fakt: kiedy się denerwowałam, traciłam panowanie nad sobą. Robiłam się niezdarna, kręciło mi się w głowie. Nawet idąc do domu, mogłam się z nerwów potknąć i upaść. Stoczywszy się z pagórka na skraju lasu na drogę gruntową, mogłam sobie złamać rękę albo zwichnąć biodro. Ktoś mógłby mnie zobaczyć z samochodu, starszą panią, która, utytłana ziemią, trzęsie się ze strachu z powodu czego – kawałka papieru? Machałabym za nim rękami. „Stój! Doszło do morderstwa! Magda nie żyje!”. Mogłaby być z tego niezła afera. W dodatku straszna żenada.
[…]
Nigdy nie łamałam żadnych reguł, co nie wynikało ani z obywatelskiej prawomyślności, ani z poczucia dumy czy niezłomności moich zasad, po prostu tak zostałam wychowana. Po prawdzie w całym moim życiu zostałam upomniana tylko raz, w przedszkolu. Wyłamałam się z szeregu, kiedy schodziliśmy do sali muzycznej, a nauczycielka spytała podniesionym głosem: „A dokąd to się wybieramy, Vesto? Zdaje ci się, że jesteś królową i możesz robić, co ci się podoba?”. Nigdy sobie tego nie wybaczyłam. Z kolei moja matka bardzo dbała o dyscyplinę. Nie biła mnie ani nie zakazywała mi niczego, ale zaprowadziła stały rygor i karciła mnie, jeśli się z niego wyłamałam. Zresztą mogłam się poślizgnąć na lodzie albo zostać potrącona przez samochód. Czy warto było ryzykować? Bezwzględnie tak, skoro stawką mogła być utrata mojego najdroższego, cudownego psa.
[…]
Prawdę mówiąc, dałam nogę. Po pogrzebie Waltera opróżniłam dom w Monlith, pożegnałam się z tym miejscem i związanymi z nim wspomnieniami. Poczułam wielką ulgę, kiedy się stamtąd wyniosłam, stary dom został sprzedany, a nowy czekał już na mnie w Levant. Na zdjęciach wyglądał jak dom moich marzeń: chata w rustykalnym stylu na brzegu jeziora. Teren wokół domu wymagał pielęgnacji. Parę spróchniałych drzew, jakieś chaszcze i tym podobne. Kupiłam posiadłość od ręki, za grosze. Przez sześć lat była zajęta pod zastaw hipoteczny. Czasy są ciężkie, fakt. Przeprowadziłam się, próbując nie myśleć zbyt wiele o domu w Monlith, o tym, co robią w nim nowi właściciele, jak ganek zniósł ciężką zimę, co mówią dawni sąsiedzi. „Wymknęła się po nocy, jak złodziej...”. Nieprawda. Jestem uczciwą osobą. Zasłużyłam wreszcie na trochę spokoju. Zastanawiałam się przez dłuższą chwilę nad imieniem tego ja. W końcu stanęło na Blake’u. Było to imię, które rodzice w obecnych czasach nagminnie nadawali swoim synom. Trochę pretensjonalne. Blake kojarzył mi się z chłopcem o gęstej jasnej czuprynie, na deskorolce, chłopcem wyjadającym łapczywie lody z pojemnika, chłopcem z pistoletem na wodę. Blake, zrób porządek u siebie w pokoju, Blake, nie spóźnij się na obiad. Jednym słowem: imię pasowało jak ulał do cwanego szczawika, który napisał: Nie ja.
[…]
Czyj umysł pracował teraz, kiedy szłam ścieżką wśród brzóz, rozmyślając o kartce, wytężając wyobraźnię, spierając się ze sobą i snując wspomnienia? Czasami miałam wrażenie, że mój umysł jest tylko zwiewną otoczką z powietrza wokół mnie, wchłaniającą wszystko, co nadlatuje w moją stronę, by odbić to i wysłać z powrotem w eter. Walter zawsze widział w tym dowód na to, że jestem czarodziejką, marzycielką, jego gołąbeczką. Z Walterem dzieliliśmy umysł, co zdarza się parom. Moim zdaniem, ma to coś wspólnego z dzieleniem łoża. We śnie umysł bez przeszkód wysuwa się z ciała, wzbija do góry albo przemieszcza się w poziomie, wnikając niekiedy w osobę śpiącą obok. Rzeczy w snach przenoszą się w czasie. W moich obecnych snach Walter z powrotem był młody. W moim umyśle nadal był młody. Wciąż zdarzało mi się spodziewać, że stanie w drzwiach z bukietem róż, roztaczając słodki zapach ulubionej marki cygar, a jego dłonie wokół skrzypiącego celofanu będą, jak dawniej, zaskakująco mocne i delikatne. „To dla ciebie, gołąbeczko”. A może nie z bukietem, tylko z książką, która jego zdaniem powinna mi przypaść do gustu. Albo z najnowszą płytą czy wyjątkowo dorodną brzoskwinią lub gruszką. Brakowało mi jego starannie przemyślanych podarków, małych niespodzianek wyciąganych z kieszeni płaszcza.
[…]
Jednak nie. To była jawa. Towarzyszył mi Charlie, otaczały mnie ziemia, powietrze, drzewa, niebo nad głową, urocze pączki liści na drżących gałęziach, które tak desperacko rwały się do życia. Znałam te lasy równie dobrze jak moją chatę, jezioro, sosny, drogę. Byłam jedynym człowiekiem regularnie korzystającym z brzozowego lasu. Sąsiedzi mieszkali na tyle daleko, że mieli własne brzozowe zagajniki, własne ścieżki. Po co ktoś miałby się pchać aż tutaj, żeby deptać moją? Jaki interes miał tutaj Blake? To nie był przypadek. Ta kartka to był list. Kto oprócz mnie mógł się na nią natknąć? Ewidentnie byłam adresatką... Równie dobrze mogło być napisane: Droga Vesto. Obserwuję cię od... Czy Blake obserwował mnie także teraz, kiedy pośpiesznie rejterowałam z lasu? Wyobrażałam sobie nastoletniego chłopca, który właśnie zaczynał zrzucać maskę młodzieńczej apatii skrywającą jego perwersję. Czy widok mojego niepokoju sprawiał mu niezdrową przyjemność? Czy jego umysł w jakiś sposób łączył się z moim, prowokując mnie do myślenia, fantazjowania i racjonalizacji? Droga Vesto. Wiem, gdzie mieszkasz. A co, jeśli las nigdy nie był mój? A co, jeśli to ja byłam w nim intruzem, a Blake, doprowadzony do ostateczności, wysłał mi tę wiadomość, żeby mnie odstraszyć, zniszczyć mój świat i odzyskać las? W głowie kłębiły mi się różne hipotezy. W drodze wyjęłam kartkę, żeby ją jeszcze raz przeczytać. Miała na imię Magda. To był jedyny niepodważalny fakt.
[…]
Obok połaci wygrabionej ziemi rósł wielki jawor, jedyny na całej posesji. Z grubej gałęzi zwisały nadgniłe wyliniałe sznury z końskiego włosia, zapewne pozostałości huśtawki z czasów, gdy teren służył latem za obóz harcerski dla dziewcząt. Szopa na łodzie została rozebrana, ale mój domek, kwatera główna, w której dziewczęta jadły posiłki i uczyły się robótek ręcznych, się zachował. Znalazłam zardzewiałe szpilki, naparstki, stopkę od maszyny do szycia, połamane druty i nożyczki dopasowane do dziecięcej ręki, wbite w ziemię, w której roiło się od larw i dżdżownic. Te drobiazgi musiały mieć ze dwadzieścia, trzydzieści lat, jeśli nie więcej. Nie licząc jaworu i paru kikutów spróchniałych dębów, moją działkę porastały wyłącznie wysokie sosny, głównie wejmutki. Wypożyczyłam z biblioteki książkę, żeby zorientować się w okolicznej roślinności, ale okazała się zbyt sucha, naukowa, miała za mało zdjęć, żebym się wciągnęła. Nauka mnie nie interesowała. Walter z tym swoim racjonalizmem i suchą pedanterią nadużył mojej cierpliwości. Odkąd umarł, moje myślenie nabrało polotu. Chłodna logika skutecznie zabijała magię.
[…]
Co dzień sporządzałam harmonogram zajęć i prawie co dzień zarzucałam go w połowie.
Spacer Śniadanie Ogród Lunch Łódka Hamak Wino Puzzle Kąpiel Kolacja Lektura Łóżko
Nie miałam telewizora, który by mnie rozpraszał. Oglądanie telewizji mnie denerwowało. Walter twierdził, że telewizor działa rozstrajająco. Miał rację. Nie mogłam się skupić i chłonąć akcji, bo zawsze czułam, że miałabym lepszy pomysł niż to, co widzę na ekranie, co mnie irytowało. Nie mogłam usiedzieć w miejscu, więc wstawałam i krążyłam po pokoju. Kiedy siedziałam, oglądając cudze pomysły, gorsze od moich, czułam się tak, jakby życie przeciekało mi przez palce. Czytanie to, rzecz jasna, była inna sprawa. Lubię książki. Książki są ciche. Nie wrzeszczą mi w twarz, nie miałyby do mnie żalu, gdybym z nich kiedyś zrezygnowała. Gdyby nie spodobało mi się to, co czytam, mogłam cisnąć książką przez pokój albo ją spalić w kominku. Mogłam wyrwać kartki i wysmarkać się w nie albo się nimi podetrzeć. Rzecz jasna nigdy czegoś takiego nie zrobiłam – większość moich lektur pochodziła z biblioteki. Kiedy coś mi się nie podobało, po prostu zamykałam książkę i kładłam na stoliku przy drzwiach, grzbietem do ściany, żebym nie musiała nawet patrzeć na tytuł. Czułam wielką satysfakcję, przepychając słabą książkę przez szczelinę na zwroty i słuchając, jak łomoce o inne książki w koszu po drugiej stronie biurka bibliotekarki. „Mogła mi ją pani po prostu podać” – zwracała mi uwagę kobieta. Mowy nie ma. Lubiłam je od siebie odpychać. Rozpierało mnie wtedy poczucie mocy. „Przepraszam, nie zauważyłam pani” – bąkałam.
[…]
Stara biblioteka w Bethsmane była małym ceglanym budynkiem, z nowościami czytelniczymi na obrotowych regałach, trochę takich jak u Woolwortha. Mieli tu bardzo ładną czytelnię, z której roztaczał się widok na polanę. Jakiś kongresmen, który tutaj dorastał, podarował miastu sporą kwotę, głosiła plakietka. Pod jedną ze ścian czytelni znajdował się długi stół z rzędem wypasionych komputerów. Zwykle korzystała z nich młodzież. Duże skórzane fotele często były wolne. Miejscowi niezbyt się garnęli do czytania. Ja sama wybierałam książki najczęściej na podstawie okładek i tytułów. Jeśli tytuł brzmiał zbyt ogólnikowo, traktował o wszystkim i o niczym, mogłam się spodziewać, że w środku znajdę stek komunałów i z nudów będę myśleć o niebieskich migdałach. Gorsze były tylko książki oferujące łatwe rozwiązania wszelkich problemów. Zaglądałam do nich tylko po to, żeby się pośmiać z tych banialuk. Jedz to i to, a będziesz szczęśliwy – do tego sprowadzał się ich przekaz. Czasem szukałam książek, których recenzje słyszałam w radiu, choć nie zawsze umiałam potem oddzielić zdanie recenzenta od własnej opinii. Fakt, że przyjemniej mi się czytało książkę, jeśli przyjęłam z góry, że jest dobra, bo byłam wtedy wolna od wewnętrznych rozterek, nawet jeśli lektura niezbyt mnie wciągnęła.
[…]
Jeśli nie liczyć cotygodniowego przeglądu książek, lokalna radiostacja w Levant nadawała głównie kazania oraz pop albo ciężki rock z radiostacji w college’u w jednym z pobliskich miasteczek. Jeśli nie mogłam zasnąć do późna, słuchałam gorącej linii religijnej. Słuchacze prosili o wyjaśnienie cytatów z Pisma Świętego, czasem o wskazówki, jak sobie radzić zgodnie z wiarą w trudnych sytuacjach życiowych. Frapowało mnie to, że obcy ludzie powierzali „pastorowi Jimmy’emu” swoje poważne problemy, bez zahamowań piorąc brudy na falach eteru. Niektórzy podawali nawet swoje nazwisko i miejsce, skąd dzwonili.
[…]
Moje imię także było dziwne. Przez całe życie ludzie pytali mnie: „Vesta Gul? Skąd takie dziwne imię i nazwisko?”. Vesta to imię, które od pokoleń jest w mojej rodzinie. Odziedziczyłam je po matce mojej matki. Znajomi mówią do mnie czasem Vi. Gul to nazwisko mojego męża. „Gul” po turecku znaczy „róża”, ale mój mąż pochodził z Niemiec. „Czy mi się zdaje, czy pani mówi z niemieckim akcentem?” – spytała mnie urzędniczka w banku w Bethsmane. Walter miał niemiecki akcent, ale ja mówiłam bez żadnych naleciałości. Dorastałam w Horseneck. Nie wyróżniałam się niczym. Byłam taka, jak wszyscy wokół. Jeżeli w ogóle miałam jakiś akcent, to był nim brak akcentu. Większość ludzi w Levant zaciągała z wiejska, czasem tak bardzo, że z trudem łapałam sens rozmów podsłuchanych w mieście albo na stacji benzynowej, gdzie napełniałam bak raz na miesiąc. Poniedziałkowe wyprawy do miasta pozwoliły mi nawiązać kontakt z garstką sprzedawców, kasjerkami w spożywczym, dobrotliwym starszym panem w piekarni. „Dzisiaj z lukrem czy bez?” – pytał nieodmiennie. Moje odpowiedzi sprowadzały się do „poproszę bez”, „tak” i „dziękuję”. W bibliotece nie musiałam nic mówić. Komunikowałam się skinięciem głowy albo uśmiechem.
[…]
Niewykluczone, że przyszedł na świat w dniu jego śmierci. Nie policzyłam tego nigdy, ale miałoby to pewien sens – jedno życie znika, drugie się pojawia. Nikt nigdy się nie dowie, kto ją zabił. Wiedziałam, co zabiło Waltera, ale wolałam o tym nie myśleć. Te ostatnie noce na oddziale szpitala w Monlith, gdy pielęgniarki patrzyły na mnie ze współczuciem, a lekarze stali w drzwiach z założonymi rękami. „Jeszcze dzień, dwa” – powtarzali, jakby śmierć Waltera trwała za długo i jakbym zaczynała się niecierpliwić. Jakby śmierć była czymś, na co się czeka. Nie należałam do tego typu kobiet. Nie byłam zdolna wypatrywać śmierci. Trzymałam się kurczowo życia. Dopóki Walter żył, pieściłam jego dłoń, głaskałam go po głowie, całowałam w policzek i w czoło. Nie miałam pojęcia, czy mnie słyszy. Gdy umierał, dużo do niego mówiłam. Uważałam, że tak należy. Spędziliśmy razem prawie cztery dekady w Monlith, czasem całymi dniami nie odzywając się do siebie, nie dlatego że byliśmy poróżnieni, tylko przez to, że nie było takiej potrzeby. Zgadzaliśmy się ze sobą. Znaliśmy się dobrze. Ale potem, nagle, gdy Walter zaczął umierać, okazało się, że mam mu tyle do powiedzenia. Płakałam, prosiłam i modliłam się, choć wcześniej nie odznaczałam się pobożnością. „Błagam, Boże, daj mu jeszcze jeden dzień” – mówiłam, kładąc głowę przy jego głowie na wykrochmalonej białej poduszce.
[…]
Nie sądziłam, że będę przechowywać prochy Waltera tak długo. Przywiozłam je do Levant z myślą, że rozsypię je na jeziorze – moim jeziorze – a one rozpłyną się w wodzie i odtąd już zawsze tam będą, chlupiąc mi u stóp, spowijając mnie, gdy będę pływać, i muskając moje palce, kiedy będę muskać dłońmi taflę wody, podczas wiosłowania na malutką – ale własną – wyspę i z powrotem. Jednak ciągle jeszcze ich nie rozsypałam. Już niedługo, jak się tylko ociepli, tłumaczyłam się przed sobą.
[…]
Prawdziwie amerykańscy rodzice nie nazwaliby tak swojej córki. Wyobrażałam sobie, że – podobnie jak moi rodzice – przybyli z Europy Wschodniej. Oziębli ludzie z chłodnej strefy siarczystych zim, babuszek w chustach i futrzanych papachach, wielkich katedr, wodnistych zup, mocnych domowych trunków, szarych miast lub biedniackich zagród na stromych stokach, wilczych watah siejących postrach w miastach i tak dalej. Być może Levant przypominało Magdzie rodzinne strony. Nie przeszkadzały jej tłuste panie w supermarkecie ani tandetne aluminiowe okładziny domów. Owszem, podobało jej się tutaj, choć smutne wspomnienia z ojczyzny kładły się cieniem na jej losy. Zostać wyrwanym z jednego miejsca i przesadzonym w inne to bardzo stresujące. Traci się korzenie, choćby się nie wiem jak ściśle przestrzegało tradycji. Obserwowałam u moich rodziców stopniowe odchodzenie od niej. Potrawy, święta, sposób ubierania się. Człowiek się asymiluje albo do końca życia jest uchodźcą. Biedna Magda, musiała mieć problemy z asymilacją. Miałyśmy ze sobą coś wspólnego. Ja także byłam w Levant obca. Walter pochodził z Bremy. Kiedy był zmęczony lub chory, jego wymowa się uwsteczniała, mówił „f” zamiast „w”, „sz” zamiast „s”, a kiedy był pijany, seplenił i skracał słowa. „Festa, kładż sze do łószsz”. Czy język ojczysty Magdy doszedł do głosu, kiedy w brzozowym lesie błagała o życie? „Ne! Ne!”. Skąd pochodziła? Z Budapesztu, z Bukaresztu czy z Białorusi? Stambuł był za bardzo orientalny. Warszawa, Praga czy Belgrad? Moi rodzice pochodzili z Valtury, miasteczka nad Adriatykiem. Byli rolnikami, którzy sprzedali ziemię, zanim wojna zaczęła się na dobre, i przypłynęli statkiem bez żadnego pomysłu na życie. Przyszłam na świat, kiedy byli już niemłodzi i dorastałam na płaskowyżu Horseneck, gdzie oprócz nas imigrantami była tylko jedna chińska rodzina. Nie przeszkadzało mi to zbytnio. Nie odstawałam od reszty w szkole. Kiedy wszyscy są biedni, drobne różnice nie mają aż takiego znaczenia. Ludzie byli poczciwi w Horseneck i w Shinscreek, dokąd się przeprowadziliśmy, kiedy byłam już w liceum. Miałam szczęśliwe dzieciństwo. Rodzice stale mi wypominali, jaką jestem szczęściarą. Mieli przede mną synka, który się utopił, jeszcze w Valturze.
[…]
Co za głupi, okrutny świat. Ale to nie był realny świat, świat, w jakim żyłam. Świat Magdy był głupi i okrutny, podczas gdy mój świat, choć nie do końca transparentny, ogólnie był jednak miejscem spokojnym i przyjaznym. Walter opowiadał mi historie o wojnie, jeszcze straszniejsze od opowieści o wampirach, historie, które wydawały się równie nierealne. To głupie i nieludzkie, że każdy musi umrzeć w chwili, kiedy nie jest jeszcze na to gotowy, o ile ma po co żyć. Walter był gotowy na śmierć. Umarł niemal umyślnie. „Nudzi mnie już to wszystko. Miejmy to za sobą”. Taki miał stosunek do życia. Można sobie wyobrazić śmierć tych tępych krów drepcących po Save-Rite, nieszczęsnych matek, które nie miały nic do roboty poza jedzeniem i składaniem prania palcami sterczącymi jak serdelki z monstrualnie rozdętych dłoni. Ich życie musiało być straszliwie czcze i banalne. Czy w ogóle były zdolne do myślenia? Dlaczego wyglądały tak idiotycznie jak udomowione bydło przeżuwające w półśnie zwróconą z żołądka paszę, póki nie skończy w rzeźni? Nie mogłam nie współczuć tym kobietom, gdy wyobrażałam je sobie po kolei, jak leżą w głębi mojego brzozowego lasu uduszone, zatłuczone, porzucone na pastwę wilków. Kobiecie naturalnie przysługuje godny pochówek, bez względu na to, gdzie mieszka i jak ze sobą postępuje. Kiedy umrę, przemknęła mi przez głowę melancholijna myśl, pochowajcie mnie pod jabłonią. Przez chwilę upajałam się nią, zanim dotarło do mnie, że to bez sensu, bo nikt mnie nie słyszy. Zachichotałam, przegarniając palcami siwe włosy.
[…]
Ale co to tak naprawdę znaczy być martwym? Skoro jest się żywym przez pierwszych parę minut po ustaniu pulsu, znaczyłoby to, że bicie serca nie jest konieczne do życia. Bicie serca nie jest wyznacznikiem życia, nawet gdy ustanie, inne organy żyją nadal. Gdzie zatem przebiega granica między życiem a śmiercią? To mózg umiera, gdy serce przestaje bić. Otóż to. Mózg potrzebuje tlenu dostarczanego przez serce i płuca. A bez mózgu nie ma umysłu, twierdzą lekarze: gdy mózg umiera, umiera jego właściciel. Umysł znika. A co, jeśli lekarze się mylą? Co, jeśli umysł nie jest pochodną mózgu i żyje nawet po śmierci? Pozwalałam się ponieść wyobraźni, wymyślając najróżniejsze teorie. Walterze, czy ty to wszystko słyszysz? – pojawiało się w mojej głowie pytanie. Czy wciąż był tam gdzieś, w górze, dzieląc ze mną nasze wspólne pole mentalne? Co by powiedział, gdyby mógł mnie zobaczyć w moim nowym życiu w Levant, samotną w lesie, starszą panią z psem? Walter nie cierpiał psów. Jak mogłam kochać mężczyznę, który nie znosił psów? Każdy ma jakieś dziwactwa i fobie, westchnęłam.
[…]
Poza tym kim ja byłam? Tylko samotną siedemdziesięciodwulatką. Jak to się stało, że byłam już taka stara? Miałam dość własnych kłopotów. Miałam też swoje plany, swoją drogę życiową. Zamierzałam popłynąć na wyspę. Naszykować coś na kolację. Poczytać książkę, pozamiatać, wyszczotkować Charliego i sprawdzić, czy nie ma kleszczy. Nie miałam obowiązku zawracać sobie głowy Magdą i Blakiem. A jednak znalazłam kartkę, w tym cały szkopuł. Stanowiła dowód rzeczowy, który ja przechwyciłam. Gdyby sprawa ruszyła z miejsca, gdyby włączyła się policja, byłabym zobowiązana się zgłosić i złożyć zeznania. „Owszem, była w moim posiadaniu. Przez cały czas leżała pod tą stertą papierów – łgałabym. Cóż, mam swoje lata i pamięć też już nie ta. Przeleciałam ją tylko wzrokiem i wzięłam za jakiś świstek”. Ale nie z nimi te numery. Wsadziliby mnie za kratki. Już samo zatajenie dowodu przestępstwa jest przestępstwem, czyż nie tak? Ta kartka stawiała mnie w roli wspólniczki zbrodni, o ile nie-głównej podejrzanej. „Dziwna figura. Mieszka na wygwizdowie. I jakoś tak śmiesznie się nazywa”.
[…]
Chciałam wejść do internetu i udało mi się za pomocą myszy otworzyć okno przeglądarki. Wpisałam www.askjeeves.com, tak jak uczono mnie na kursie komputerowym. Walter namówił mnie, żebym się zapisała, gdy miał w sobie jeszcze dość życia, żeby mieć dobre pomysły, choć był już ciężko chory. „Musisz myśleć o przyszłości – perswadował. – Wiedzieć, co się dzieje na świecie. Kiedy odejdę, nie czuj się zobowiązana do prowadzenia takiego życia, jak dotąd, z całym jego bagażem. Nie warto się kurczowo trzymać przeszłości. To jednak będzie wymagało trochę wysiłku, Vesto. Samo nie spadnie z nieba”. Kiedy diagnoza została potwierdzona, zrobił się troskliwy i zaczął się o mnie martwić. Wcześniej najwyżej udawał troskę, żeby złagodzić złą opinię, jaką mogłam o nim mieć, jeśli domyślałam się, jak spędza czas poza domem. Wiecznie był poza domem i właśnie dlatego lubiłam, kiedy chorował. Latami się mną nie interesował, a tu nagle zaczął się mnie kurczowo trzymać.
[…]
„Sprawdź, czy czegoś nie zostawiłeś”. Słowa wiły się po ekranie, naigrawając się ze mnie. Kto mógł napisać coś takiego? Sąsiedni monitor był już czarny, zgasło w nim życie. Znów pomyślałam o usuniętym płodzie i zrobiło mi się niedobrze. Musiałam być głodna, pewnie spadł mi poziom cukru we krwi. W dodatku czułam się rozdygotana, jakbym utknęła w jakimś koszmarnym śnie. Słowa ponownie zafalowały. Ręce zaczęły mi się trząść. Co się dzieje? Czyżbym próbowała coś wyprzeć z pamięci? Czy to ty, Magdo? Jakaż to dziwna odpowiedzialność, trzymać czyjąś śmierć w swoich dłoniach. Śmierć wydaje się czymś kruchym, jak pomarszczony pergamin sprzed tysięcy lat. Jeden nieostrożny ruch i rozpada się w rękach. Śmierć jest, jak zetlała ze starości koronka, aplikacja lada chwila odpruje się od tła, zostały żałosne strzępki, wisi na ostatnich nitkach, piękna i misterna, ale już w stadium rozkładu. Co innego życie. Życie jest krzepkie. Uparte. Trzeba się nieźle wysilić, żeby je zgasić, wypędzić z ciała. Nawet zniszczenie zalążka życia w mikroskopijnym zapłodnionym jaju wymaga pieniędzy, specjalisty, urządzeń – podobno są do tego specjalne odkurzacze. Życie jest uparte. Odradza się dzień po dniu. Co rano mnie budzi. Jest głośne i zuchwałe. Tyranizuje mnie. Gwiazda estrady w lśniącej, krzykliwej, migoczącej cekinami sukni. Rozpędzony tir. Młot pneumatyczny. Pożar buszu. Rozprzestrzenia się jak rak. Śmierć jest inna, subtelna i tajemnicza. Czym w ogóle jest śmierć? Dlaczego ktoś w ogóle musiał umrzeć? Walter, Żydzi, setki niewinnych dzieci... Nie mogłam o tym myśleć. Jak ludzie mogli żyć tak, jakby nigdzie dokoła nie było śmierci? Istniało sporo teorii na ten temat – niebo, piekło, reinkarnacja i tak dalej. Ale skąd można wiedzieć, czy są prawdziwe?
[…]
W całym tym zaaferowaniu zapomniałam o otwartej stronie pod stroną z kombinezonami. Teraz wypłynęła na wierzch. „Jak rozwiązać zagadkę morderstwa”. Przewinęłam kawałek dalej.
Jedną z metod wykrycia sprawcy jest zapytać każdego podejrzanego wprost: „Dlaczego zamordowałeś [imię ofiary]?”. Jeśli podejrzany jest niewinny, odpowie po prostu: „Nie zrobiłem tego”, natomiast morderca będzie się imał różnych sztuczek, żeby uniknąć zdemaskowania. Możesz w ten sposób wyeliminować kolejnych podejrzanych. Podstawą twojej strategii powinno być rozpoznanie kłamcy. Więcej informacji znajdziesz... i tak dalej.
Bardzo mnie to zaciekawiło. Jednak ludzie łżą non stop. To podstawa zdrowia psychicznego. Poza tym szczypta kłamstwa jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła. Kłamstwo ustanawia zdrowe granice między dwojgiem ludzi. Oczywiście niektóre relacje wymagają większej uczciwości niż inne. Na przykład mąż i żona powinni unikać oszukiwania się. Zbyt wiele kłamstw zakłócałoby ich wspólne pole mentalne.
[…]
Na ekranie wyskoczył baner SKUTECZNE PORADY DLA POCZĄTKUJĄCYCH AUTORÓW KRYMINAŁÓW! Kliknęłam w napis. Tak jak podejrzewałam, porady miały charakter imperatywów, nie zostawiając pola dla inspiracji, prawdziwej kreatywności, dobrej zabawy.
Po pierwsze: czytaj dużo kryminałów.
Dla mnie ta rada brzmiała idiotycznie. Nie ma nic gorszego od zaśmiecania sobie głowy cudzymi pomysłami, bo to odbiera całą przyjemność. Czy koniecznie trzeba studiować pedagogikę przed stosunkiem z intencją spłodzenia dziecka? Czy analizujemy cudze odchody przed pójściem do ubikacji? Czy wypytujemy ludzi o ich sny, zanim sami pójdziemy spać? Nie. Pisanie kryminału jest aktem twórczym, a nie zimną kalkulacją. Jeśli z góry znasz zakończenie historii, po co ją w ogóle zaczynać? Owszem, autorka powinna wytyczyć pewien kierunek, posiadać jakąś orientację i wiedzę w zakresie zbrodni, którą opisuje, inaczej będzie siedzieć tępo, notując jak leci swoje twory mentalne. Ta metoda wydawała mi się niegodna człowieka pióra; trąciła pychą i arogancją. W moim pojęciu praca pisarza polega na przesiewaniu przez sito cudu stworzenia, wyekstrahowaniu jednej zagadki z morza tajemnic bytu i rozwiązaniu jej w taki sposób, żeby wycisnąć łzy.
[…]
Wyobrażanie sobie nieskończonych wariantów rzeczywistości sprawiało, że wszystkie uciążliwości, które musiałam znosić, stawały się łatwiejsze do przełknięcia. Byłam kimś więcej niż tylko sobą. W równoległych światach istniało nieskończenie wiele Vest Gul przeglądających stronę SKUTECZNE PORADY DLA POCZĄTKUJĄCYCH AUTORÓW KRYMINAŁÓW, które różniły się tylko niuansami: włosy jednej Vesty Gul opadały na czoło w charakterystyczny sposób, inna miała podkładkę pod mysz zieloną, jeszcze inna – niebieską. W jednym z wymiarów przy mojej nodze siedział mały smok, ziejąc ogniem, w innym znów Charlie w samochodzie konał w uścisku dwudziestometrowego boa dusiciela i tak dalej. Zadaniem detektywa było zredukowanie potencjalnych rzeczywistości do jednego z licznych wariantów, co nie znaczy, że prawdziwszego od pozostałych. Czułam, że prawda istniała w czasie przeszłym, a dopiero w przyszłości sprawy zaczęły się komplikować. Opisz krok po kroku, jak popełniono przestępstwo. Wyobraź sobie wszystko z najdrobniejszymi szczegółami.
[…]
Tej zimy nie miałam nawet kiedy się nudzić. Mnóstwo wysiłku wkładałam w to, żebyśmy mieli z Charliem czysto i przytulnie – dorzucałam drewna do pieca, wygarniałam popiół, zamiatałam podłogę, utykałam szpary w oknach ścierkami kuchennymi. Codziennie odśnieżałam ścieżkę prowadzącą do jeziora, nad którym spacerowałam, pozwalając Charliemu biegać po chrzęszczącej lodowej tafli. W domu czekało mnie parzenie herbaty, ponowne rozpalanie ognia. Ani się obejrzeliśmy, jak słońce zaszło, a my byliśmy skonani. Ledwie miałam siłę wypić kieliszek wina i otworzyć książkę, a już zapadałam w drzemkę na kanapie, za oknem kołysały się czarne sosny przyprószone naniesionym w zadymce śniegiem, a potem był już tylko mrok i cichy trzask płomieni, Charlie wybiegał za potrzebą kilka kroków za próg, a kiedy wracał, szliśmy na górę, kładliśmy się do łóżka i dzień się kończył. Od listopada do marca zapadaliśmy w sen zimowy jak niedźwiedzie. W kwietniu, kiedy nadciągnęła odwilż, byliśmy z Charliem w dobrej formie. Wyszliśmy zwycięsko z tej zimy. Ale teraz, gdy miałam do rozwiązania zagadkę Magdy, moje zimowe nawyki wydały mi się płaskie i przyziemne. Jak udawało mi się znosić tę śmiertelną nudę? To cud, że nie zaczęłam sobie wyrywać włosów z głowy, nie nabrałam jakichś dziwnych natręctw, nie zaczęłam mówić do siebie, krążyć nerwowo po pokoju, lepić bałwanów, żeby mieć towarzystwo. Chyba tylko Charliemu zawdzięczałam to, że nie oszalałam. Kiedy robił się senny, mnie też zaczynał morzyć sen. Senność unosiła się w naszym polu mentalnym, jakbyśmy zaraz po zmroku zażywali środki nasenne. Filiżanka herbaty, szybki wypad do lasu i do ubikacji, i już przygasaliśmy jak dwa ogarki.
[…]
Na tym właśnie polegał problem z Levant: brakowało tu niespokojnych duchów. To miejsce było skostniałe. Wszystko, co odbiegało od normy, odrzucano bądź ignorowano. Nikt z mieszkających nad jeziorem nie kwapił się, żeby mnie poznać. Miałam sąsiadów kilkaset metrów dalej. Pomachali mi tylko raz, gdy przepływałam obok nich moją łódką, przy czym machali tak, jakby chcieli powiedzieć: „To nasz teren. Zjeżdżaj. Już cię tu nie ma”. Chciałam tylko trochę pozwiedzać okolicę, spytać, jak sobie radzą. Z tego, co udało mi się zobaczyć, mieli na wpół zatopioną szopę na łodzie wspartą na przegniłych palach. Drzwi były zamknięte na kłódkę, ale miały wywichnięte zawiasy, więc mogłam zajrzeć do środka, tyle że w ciemnościach mało co było widać. Dom, znacznie odsunięty od brzegu, zasłaniały drzewa, czarne sosny. Na posesji znajdował się także niewielki pomost i właśnie na nim stali moi sąsiedzi, oboje w szlafrokach, patrząc z góry na taflę jeziora. Wydawali się zaskoczeni moim widokiem, mogłam to poznać po tym, jak mężczyzna gestem ręki dał kobiecie znak, by milczała, a potem wskazał palcem moją łódkę, którą płynęłam jakieś dwadzieścia metrów od nich. Mężczyzna był nieogolony, kobieta miała gęsty puch na głowie i nie wyglądała zdrowo. Pomachałam im w odpowiedzi, ale oni odwrócili się, zeszli z pomostu i szybko zniknęli wśród sosen. Dziwne obyczaje. Chyba nie mieli dzieci. Parę razy widziałam ich wielką czarną furgonetkę, jak wyjeżdżała na siedemnastkę. Gdyby znali Magdę, nie przypadłaby im do gustu, nie inaczej niż ja.
[…]
Magda nie zabiegała o popularność, zależało jej tylko na mocy, może nie w sensie metafizycznym, lecz seksualnym. Kobieca, subtelna, ale twarda. Było w niej coś męskiego. Mogłam sobie wyobrazić jej męskie barki. Palce miała długie i wytworne, nadgarstki szczupłe. Mogła grać na pianinie. Gdyby nie barki, mogłaby tańczyć w balecie, ale wydawały się za szerokie, bo je specjalnie kuliła. Gdyby chodziła prosto, byłaby piękna i wysoka. Może gdyby została na Białorusi, popracowałaby nad swoją sylwetką, skończyłaby w Moskwie, tańczyłaby teraz w Teatrze Bolszoj, a nie leżała twarzą w ziemi tutaj, w Levant, martwa i zapomniana prawie przez wszystkich. Amerykańskie dzieci były strasznie leniwe. Widywałam maluchy ciągane po supermarkecie w Bethsmane, które ledwie nadążały za swoimi matkami. Najczęściej jednak siedziały w wózku na zakupy, z metalowymi prętami wrzynającymi się w pulchne nóżki, z ustami czerwonymi od lodów na patyku albo z czekoladą rozsmarowaną na rękach i na policzkach. Magda była z zupełnie innej bajki. Nie była gnuśna od dziecka. Była buntowniczką. Ubierała się jak chłopczyca. Lakier łuszczył jej się z paznokci. Nie depilowała brwi, tylko zgoliła je do skóry, a potem narysowała od nowa brązowym eyelinerem, nadając im kształt cienkich, mocno wygiętych, dziwnie ekspresyjnych łuków.
[…]
Nigdy nie zazdrościłam młodym kobietom urody. Patrzyłam na nie z rozczuleniem, z jakim człowiek przygląda się wiewióreczkom. Ta ma wielkie oczy, tamta futerko w urocze prążki i tak dalej. Ale niektóre kobiety patrzą krzywym okiem na młodość i urodę. Szczęśliwie dla siebie Magda była obdarzona tylko pierwszą z tych zalet. Nie żeby była nieatrakcyjna, jestem jednak zdania, że mężczyzn najbardziej pociągał jej temperament. I ta jej skóra – gładka, „biała niczym mleko”, jak w bajce. Wyobraziłam sobie Magdę jako Królewnę Śnieżkę zamiatającą moją chatę, podczas gdy ptaszęta siadają jej na ramionach. Ale Magda nie bardzo się wpasowywała w ten sielski obrazek. Może właśnie to jej ponuractwo trochę jednało Shirley. Świadomość, że Magda siedzi tam na dole, że musi dać się w ten czy inny sposób wykorzystać, żeby opłacić swoją nędzną klitkę w piwnicy, musiała wzbudzać w Shirley lekkie poczucie winy. Bądź co bądź Shirley była matką. Drażniło ją tylko, że Magda tam pali. „Idź na dół i powiedz jej, że wypraszam sobie zasmradzanie domu papierosami” – mogła zażądać od Blake’a, kiedy zszedł na kolację. Stała przy kuchni, mieszając w garnku makaron. Z irytacji miała wypieki na policzkach. „Dobrze, mamo. Mam tam pójść zaraz?”. „Nie, nie, po kolacji. I nie bądź dla niej nieuprzejmy. Po prostu powiedz jej, że proszę, żeby wychodziła z tym na zewnątrz. Powiedz jej też, że palenie jest dla niej niewskazane. Dziewczęta w jej wieku jeszcze rosną”.
[…]
Magdę, podobnie jak jej ojca, bawiły okrucieństwo, głupota, bufonada. Wyśmiewała się z ludzi grubych, brzydkich i niezbyt rozgarniętych. Kipiała złośliwością i arogancją, ochoczo włączała się do obsmarowywania nielubianych osób. U siebie, na Białorusi, uchodziła za zołzę, ale nie miała wyboru. Dorastając w takiej rodzinie, musiała być twarda. Brak jej było dziewczęcej subtelności. Ale wiem, że pod maską twardzielki, pod bezczelnością, przewracaniem oczami, bezbarwnym wyrazem twarzy, który przybierała, żeby nie ściągać na siebie uwagi, kiedy pokazywała się w Save-Rite, żeby kupić zupę w puszce i słodycze, kryła się wrażliwa i dobra osoba. Musiało tak być, inaczej bym jej nie polubiła. Może nawet minęłam ją kiedyś w dziale spożywczym, ale byłam zbyt zaabsorbowana własnym poczuciem wyobcowania – jestem napływową, niemile widzianą stukniętą staruszką, która sfiksowała od samotnego pokutowania w swojej chacie – żeby zauważyć inną outsiderkę, Magdę, zgarbioną, w brudnych tenisówkach, z twarzą zasłoniętą jak tarczą długimi gładkimi włosami, która strzelając gumą balonową, szła do kasy z koszykiem śmieciowych produktów. Zimą pewnie nosiła czarną wełnianą czapkę. Dałabym niemal głowę, że widziałam ją w oświetlonych jarzeniówkami alejkach między półkami i zastanawiałam się, kto w takie chłody chodzi w samych tenisówkach, bez skarpetek. Ech, ta dzisiejsza młodzież.
[…]
Śnił mi się Walter, jego prochy usypane w kopiec rozmiarów mrowiska, a potem wszystko zamieniło się w ruchome piaski i nagle wysunęła się jakaś ręka, która miała na kościstym nadgarstku wysadzany diamentami zegarek. Wskazywał dokładnie wpół do jedenastej. Chciałam ująć kościste palce, ale moja ręka przeszła przez nie na wylot. Potem poczułam dotyk futra. Z oddali dobiegał brzęk kieliszków i sztućców o talerze z porcelany kostnej. Wilst du be meinen [z niem. Chcesz ze mną / u mnie zostać? – przyp. aut.]? To nie do końca był głos Waltera, ale bardzo podobny. Otwarłam oczy i zobaczyłam nad sobą Charliego. Merdał wściekle ogonem, szturchając pyskiem to moją rękę, to podbródek, by w końcu zafundować mi na policzku liźnięcie językiem niczym okład z wilgotnego, ogrzanego ręcznika.
[…]
Jak oceniał moją inteligencję? Nie raczyłam go o to spytać. Zdawał sobie świetnie sprawę, dlaczego jest tak nielubiany. Podczas kilku przyjęć, które wydałam w Monlith, [Walter – przyp. aut.] wychodził z siebie, żeby zaimponować ludziom, którzy mogli sfinansować jego badania, czy dziekanowi, który szukał kandydata na stanowisko wykładowcy. W takich sytuacjach potrafił być czarujący i zachowywał się jak wzorowy mąż, obejmując mnie i dyskretnie całując w rękę, by pochwalić moją aranżację stołu. Szarmancki, przystojny, zabójczo przystojny. Każdy przystojny mężczyzna jest nie lada sadystą, skoro wywołuje taki dyskomfort w swoim otoczeniu. Gdyby Walter był brzydki, byłby obiektem pogardy. Prostaczkowie z Monlith łatwo dawali się zwieść pozorom. Za bardzo bali się oskarżeń o uprzedzenia, żeby zdradzać się z niechęcią do Waltera. „Walter, ten przystojny Niemiec” – mówili, bo tak wypadało. Gdyby widział, jak spłukuję mysie odchody z wgniecionego brzegu puszki odżywki o smaku waniliowym, wytrąciłby mi ją z ręki i podszedł do lodówki, wziął kostkę masła i stek, radząc, bym jadła jak dorosły człowiek, a nie siorbała mleczne szejki jak leniwy nastolatek. Jak to miło robić, co mi się podoba. „Czasy są ciężkie” – zabrzmiały mi w uszach słowa kobiety ze schroniska, która przekazała mi młodziutkiego Charliego. Wytarłam puszkę brzegiem bluzy od piżamy, oderwałam zawleczkę i upiłam łyk. Czułam, jak chłodna ciecz spływa mi do brzucha. Smakowała słodem jęczmiennym, którym w dzieciństwie polewaliśmy biały ser. Miała konsystencję szlamu, ale czułam, że mi służy.
[…]
Nie minęło dziesięć minut, a byliśmy na miejscu. Serce waliło mi mocno. Byłam wstrząśnięta tym, jak szybko znikł mój list. Do tej chwili sądziłam, że to wszystko rozgrywa się w świecie fantazji. Blake nie był istotą z krwi i kości. Tak naprawdę nikt mnie nie obserwował. Wszystko i wszyscy, z Magdą łącznie, to wytwór mojej wyobraźni. „Umysł bywa zwodniczy” – głosił pastor Jimmy. Ale ja nie miałam urojeń. Ktoś na B., ten cały Blake, istniał naprawdę i komunikował się ze mną. A do tego ta Magda. Jakim cudem wyczarowałam ją jak z płatka w karcie postaci, jakby ktoś mi podsuwał właściwe odpowiedzi, jakby ktoś siedział w mojej głowie, dyktując, co mam pisać, tak wyraźnie, jakby to były moje własne myśli. A przecież w żaden sposób nie mogły być moje. W życiu nie spotkałam tej dziewczyny. To wszystko przyprawiało mnie o dreszcze, kazało mi zachodzić w głowę, co tu jest w gruncie rzeczy grane, kim jest ten cały Blake i czego ode mnie chce? I jak mogłam spełnić tę jakąś jego prośbę? Czy naprawdę byłam zdolna rozwiązać tę prościutką zagadkę? Znaleźć rozkładające się zwłoki Magdy? Czy miałam na to ochotę? Nie mógłby zrobić tego za mnie Charlie? To on zawsze zwęszył padlinę i inne obrzydlistwa. Wiem, wiem, współczesny człowiek na pewno zrobił postępy w rozwiązywaniu zagadek naszych ludzkich zbrodni. Zwłoki musiały zostać schowane gdzieś, gdzie ani Charlie, ani ja, ani nikt nie zagląda na co dzień, chyba że ma ważny powód. Nagle spłynęło na mnie olśnienie. Wyspa!
[…]
Czekałam przy końcu regałów, aż zniknie, ale wciąż słyszałam jej rytmiczne kroki, szelest jej obszernego płaszcza. I ten straszliwy smród... Zaczerpnęłam powietrza i zaczęłam się krztusić. Nie wiedzieć czemu jej obrzydliwy zapach sprawiał mi perwersyjną przyjemność. Dotarło do mnie, że marszczę nos już tak długo, że zaczęły mnie boleć policzki. Spróbowałam się rozluźnić i oddychać przez usta. W końcu ruszyłam między półkami w ślad za kloszardką. Wzięłam do rąk książkę, którą podniosła z podłogi. Ku mojemu zdumieniu były to Dzieła zebrane Williama Blake’a. Blake’a. Blake’a. Zamarłam z książką w ręku. Co się, u licha, dzieje? Patrzyłam na wytartą czerwoną okładkę, trzymając książkę jak relikwię, amulet. Otwarłam na stronie tytułowej. W druku użyto staroświeckiej czcionki. Zaczęłam wertować strony z nabożeństwem należnym Biblii. W natłoku słów z jakiegoś powodu nie wiedziałam, na czym oprzeć wzrok – litery migały mi przed oczami. A potem dotarłam do strony, gdzie grzbiet książki musiał być przełamany, bo nagle kartki przestały się przewracać same, jakby ktoś włożył między nie palec i jakiś głos w mojej głowie szepnął: „Tu”.
[…]
Shirley westchnęła. Znów pogrzebała w torebce. Pieniądze też zostały w samochodzie. Musiałam zostawić w środku portfel razem z kluczykami. Podświadomie czułam, do czego zmierza, a jednocześnie coś mi mówiło, że bez względu na to, czy Shirley mówi prawdę, czy nie, i tak steruje tym wszystkim Blake. To on chce, żebym zobaczyła dom, w którym mieszka z Shirley, w którym Magda spędziła tyle miesięcy pod podłogą. To on, naturalnie, zabrał matce kluczyki i portfel. Shirley mogła być również jego wspólniczką. Nie byłam pewna, na czym zasadzała się intryga, czy ona zdawała sobie sprawę, co jest grane, czy nie. Wyglądała na autentycznie zdenerwowaną, niewykluczone, że była po prostu dobrą aktorką. Osoba w jej położeniu być może musiała udawać, w dodatku była znakomicie ucharakteryzowana. Podwiozę panią, jeśli mnie pani pokieruje.
[…]
Ach, Walter. Czy aby na pewno nie żył? Widziałam go po śmierci zaledwie przez parę minut. A może tylko symulował, żeby się mnie pozbyć? Obiecywał, że da mi jakiś znak. Błagałam go o to. „Wrócisz do mnie jakoś po śmierci? Błagam, postaraj się. Jeśli się da, wyślij mi chociaż znak, że tam jesteś. Zostań ze mną, jeśli to tylko możliwe. Nie zostawiaj mnie samej jak palec, dobrze? Przysięgnij, że wrócisz i mnie znajdziesz, choćby to wymagało wysiłku. Obiecujesz? Przysięgnij, błagam”. Więc obiecał, ale mu nie wierzyłam. Wystarczyło przymknąć oczy, żeby się przenieść do Monlith, raz jeszcze przeżyć nasz miodowy miesiąc. Studiować. Mieć znowu siedemnaście lat. Poczuć w ustach gorzki smak pomarańcz, które rosły na drzewku przed naszym domem. Nie były jadalne, ale jadłam je i potem bolał mnie brzuch. A może mi się tylko zdaje? Czy w ogóle kiedykolwiek dorosłam? Czy naprawdę te lata minęły? Gdzie się podziało moje życie, zadumałam się, odruchowo wyciągnęłam dłoń w stronę Charliego, licząc na to, że on przytuli się do niej swoją jedwabistą głową, jednak spotkał mnie zawód. Znów poczułam się zdruzgotana. To, że cała ta sytuacja mogła istnieć tylko teoretycznie, w mojej wyobraźni, nie umniejszało mojego cierpienia. Strata drogiej osoby zawsze jest bolesna.
[…]
Wiem, co znaczy przecięty. Próbuję pani pomóc. Nie przyjechałem tu po to, żeby bawić się z panią w kotka i myszkę. Nie mam żadnego kota – prychnęłabym mu w twarz. Kipiałabym z wściekłości. Kto przeciął kabel? Co to znaczy? To znaczy, że ktoś wziął i przeciął kabel. Mogła to być i pani. Skąd mam wiedzieć, kto to zrobił? Ale po co miałabym przecinać własny przewód? Kto tak robi? Samotni ludzie. Tacy, co dzwonią po karetkę, bo właśnie podcięli sobie żyły. O Boże! Wydaje się pani, że jest pierwsza? Nie jestem ani pierwsza, ani druga. Niczego nie przecięłam ani nie podcięłam. Jak pani uważa. Jestem tu tylko po to, żeby pomóc pani doprowadzić przewody do porządku. Będę panu wdzięczna. Tego się nie da naprawić. Doszło do nieodwracalnego uszkodzenia. Chyba zdajesz sobie sprawę, że życie po śmierci nie istnieje? Wiesz, że to koniec? Nigdzie nie pojedziesz.
[…]
Pokażę pani coś – powiedziała żona, podchodząc do półki, żeby wyjąć książkę. – To jest poradnik pod tytułem Śmierć. Szalenie mi pomógł. Mężczyzna wstał, wypiął pierś, z wyzywającą miną podszedł do żony i wyrwał jej książkę z rąk. Może ją pani sobie wziąć – powiedział, wręczając mi tom. Nie mogłam na niego patrzeć. Powinna pani przynieść ulgę w żałobie. Mąż, a teraz na dobitkę pies. To musi być dla pani trudne. Głos miał świdrujący, ostry, jakby chciał mi wbić nóż w serce. Ale niedoczekanie. Bardzo są państwo hojni – powiedziałam, przykładając książkę, jak kompres, do piersi. Nienawidziłam tego typa. Przypominał mi Waltera, który wytykał mi moje słabe punkty, proponując swój wybitny intelekt i poglądy na otarcie łez. Otworzyłam książkę. Litery latały mi przed oczami. Na pewno mi pomoże. Jestem wdzięczna za każdą pomoc, najdrobniejszą wskazówkę. Zamknęłam książkę. Dałabym wszystko, żeby mój Charlie się znalazł. Tak, ma pani teraz swoją zagadkę do rozwiązania. Ale da pani sobie radę, choć łatwiej znaleźć igłę w stogu siana niż psa w lesie, pani Guul – stwierdziła kobieta. Pewnie miałam markotną minę, bo choć marzyła o tym, żebym już sobie poszła, dodała: Rozwiązując zagadki kryminalne, należy się przyjrzeć poszlakom, a potem złożyć je w całość, która wydaje się najbardziej logiczna. To pozwoli odtworzyć przebieg zbrodni. Jakiej znowu zbrodni? – obruszył się mężczyzna, wydobywając z klawiatury dziwny molowy trójdźwięk. Cóż, tak tylko gdybam. Na przyjęciu, którego motywem przewodnim jest zagadkowe morderstwo, zanim morderca zostanie zdemaskowany, inspektor powinien zarządzić rekonstrukcję zbrodni. Wiem, znam się na zagadkach kryminalnych.
[…]
Zrobiłam parę głębszych wdechów i zwolniłam kroku. Widziałam już w oddali koniec ścieżki prowadzącej między sosnami. Bębniłam palcami o twardą krawędź Śmierci, którą dostałam od tamtej pary. Z wyglądu i w dotyku przypominała książkę, którą Walter dał mi kiedyś, chyba tylko po to, żeby mi zamknąć usta. Nazywała się Uroki fenomenalizmu. Ilekroć na coś narzekałam, zwracał mi uwagę, że rzeczywistość jest percepcją, a moja percepcja jest siłą faktu upośledzona, bo nie dorównuję mu wykształceniem. „A czyja to wina? – pytałam. Na pewno nie moja. Jestem tylko pionkiem na szachownicy życia”. To była metafora, którą mi podkradł i której potem używał, żeby się ze mnie naigrawać. Popełniłam błąd, porównując nasze życie w Monlith do gry w szachy z idiotą. Daremnie czekałam, aż coś się wydarzy, na jakiś ruch, wszystko jedno: groźny czy prosty do rozgryzienia, żeby mieć wreszcie jakieś nowe wyzwanie. Nie przebrnęłam do końca przez Uroki fenomenalizmu. Myślenie o kwestiach egzystencjalnych działało na mnie przygnębiająco. Czułam, że żyję we śnie, i chociaż nie panowałam nad moim umysłem, musiałam na nim polegać w kreowaniu otaczającej mnie rzeczywistości. Kiedy nie podobało mi się to, co się wokół mnie dzieje, obwiniałam siebie. „Wymyśl coś porządnego – nakazywałam sobie. Wyczaruj łoże usłane różami, milion dolarów, rejs statkiem wycieczkowym, melodie z dawnych lat, szampana, wiecznie młodego Waltera i siebie też młodą, tańczących w promieniach zachodzącego słońca, gdy twoje stopy unoszą się nad pokładem w podmuch boskiej bryzy, a ty czujesz się bezwstydnie beztroska”. Zamykałam oczy, a kiedy je otwierałam, widziałam bezkrwistą łysiejącą głowę Waltera na poduszce obok mojej głowy. Wciąż był przystojny, ale nie budził już we mnie romantycznych porywów. Może wyczarowałam, żeby tak się stało. Może miałam zbyt wysokie wymagania, a może byłam zbyt wygodna. Mogłam uciec, ale takie historie zawsze źle się kończą. Kiedy dotarłam na skraj lasu, gdzie droga dojazdowa sąsiadów wychodziła na szosę, słońce zaczynało się chylić ku zachodowi. Jak to możliwe? Ledwie zaczęłam śledztwo, a już pora wracać do domu?
[…]
Idąc w szybko zapadającym zmierzchu szosą, którą nic nie jechało, otworzyłam książkę i przeczytałam pierwszy lepszy akapit.
Nikt nie zna twoich zmartwień i lepiej, żeby tak było, bo okazywanie smutku wzbudza powszechną litość. Co wrażliwsze kobiety i młodzi ludzie często szukają w litości ukojenia, wypaczając swoją skłonność do łez, aż staje się ona maską melancholii, żeby wyłudzić jeszcze więcej współczucia. Niektórzy uzależniają się od tego pozornego pocieszenia i pogrążają w mroku, skazując swoje otoczenie na obowiązek „rozjaśniania” ich myśli. Mówi się na to „depresja”. Pytany, jak sobie radzisz z żałobą, powinieneś twardo wypierać się smutku. Kiedy opłakujesz zmarłych na oczach bliźnich, zmarli odbierają to jako pomniejszanie wagi ich odejścia, wykorzystywanie ich śmierci do zwrócenia na siebie uwagi, której im skrycie zazdrościłeś, gdy umierali. Kiedy publicznie opłakujesz zmarłych, stajesz się ich mordercą. Jeśli już musisz płakać, rób to samotnie w wannie lub nocami w łóżku. Swój smutek zarezerwuj wyłącznie dla zmarłych. Łatwo się w tym pogubić, co jest kolejnym wskazaniem do nieafiszowania się.
Co za bzdury, pomyślałam. Na przekór radom książki postanowiłam być nieszczęśliwa. Idąc, próbowałam wycisnąć łzy z oczu. Zapadający zmrok sprzyjał takim nastrojom. Najpierw pomyślałam o wszystkim, co mnie złościło – bycie notorycznie lekceważoną przez Waltera, lata nudy w Monlith, moje stracone marzenia, namiętność, która gdzieś wyciekła, porwanie psa, kradzież banknotu. To ostatnie przepełniło kielich goryczy. A potem zaczęłam myśleć o swojej samotności, o zbliżającej się śmierci, o tym, że nikt mnie nie zna, nikogo nie obchodzę. Myślałam o moich rodzicach, którzy od dawna nie żyli, i o tym, jak mało miłości od nich dostałam, jak również o Walterze i jego pieszczotach tak delikatnych, że aż mnie mdliło. Nawet kiedy starał się być czuły, był protekcjonalny i władczy. Nigdy nie byłam kochana jak należy. Nikt nigdy nie powiedział: „Jesteś cudowna, nawet to, że jesteś rozgoryczoną neurotyczką, jest urocze, podobnie jak twoja podejrzliwość, zgryźliwość, rzednące siwiejące włosy, pomarszczone uda”. Kiedyś byłam piękna i młoda, ale nawet wtedy nikt mnie nie pocałował, mówiąc: „Jaka jesteś piękna i młoda”, chyba że czegoś ode mnie chciał. To był cały Walter. Wiecznie czegoś ode mnie chciał – uznania, gdy się chełpił, aprobaty dla jego władzy nade mną. Zalewałam się łzami, myśląc o miłości, jaka mnie ominęła, bo spotkałam tego koszmarnego ważniaka, który mnie niszczył. Schyliłam głowę, pozwalając łzom kapać z oczu na pobocze, a one rozpryskiwały się i zostawiały za mną subtelny ślad. Może Charlie pojawi się tu i pójdzie za tym tropem. Biedny Charlie. Był jedyną istotą na świecie, która mnie kochała, ale nawet on mnie opuścił. Poczułam młoty w skroniach. Znów zakręciło mi się w głowie.
[…]
Wyrzuciłam notes do kosza wraz z resztą papierów Waltera, a po odjeździe śmieciarki żałowałam, że nie wystarczyło mi odwagi, żeby spalić cały dom i wysypać siwy popiół do jakiejś kratki ściekowej, żeby całokształt myśli Waltera wsiąkł w mocz i kał według wszelkiego prawdopodobieństwa zalegający w trzewiach naszej zanieczyszczonej Ziemi. Większość moich erotycznych wspomnień pochodziła z okresu dojrzewania, obsesyjnych zadurzeń w chłopcach przypominających mi ojca, którym sypał się wąs i mięśnie prężyły się pod nogawkami spodni. Zawsze podobali mi się mężczyźni z muskularnymi nogami. A potem, pewnego popołudnia na targach, gdzie postawiono budkę do całowania się w ramach zbiórki na ogród społecznościowy w mieście, w którym dorastałam, zobaczyłam, jak młodzi dżentelmeni z dolarowym banknotem w ręku ocierają ze zręcznych ust sos barbecue i podbijają do dziewcząt siedzących za ladą skleconą z desek. Nawet nie patrzyłam na całujących się, tylko na pochylone tyły głów młodzieńców i ich ręce, które tuliły obiekt ich pożądania niczym dziecię. Niestety, zakochawszy się w moim, musiałam zrezygnować z wielu rzeczy. Kiedyś mogłam się poszczycić urodą, ale teraz byłam skończona – starsza pani zaryta twarzą w ziemię. Szalejąc z wściekłości, przetoczyłam się na plecy, spojrzałam w niebo i złapałam oddech, aby zaraz zacząć się znowu dusić z powodu zuchwałości tych wszystkich gwiazd lśniących nade mną, mrugających bezwstydnie. Wiele z nich dawno się wypaliło, tak jak ja, mimo to roztaczały blask. Istniały na przekór wszystkiemu i wisiały tam, w górze, jakby mówiły: „Zapamiętaj mnie! Byłam taka piękna! Niech moje światło świeci beze mnie! Błagam, nie zapomnij o mnie!”. Dotąd wiodłam życie tchórza, ale to się skończyło. Będę niezłomna wbrew moim lękom, mojej naiwności, mojemu zepsuciu, mojej skłonności do wypierania wszystkiego, co sprawia mi ból. Dosyć tego!
[…]
Jak masz na imię? Magda. Dziewczyna odchrząknęła głośno. Magdalena Tanasković – przedstawiła się. Łzy napłynęły mi do oczu. Masz na imię Magdalena? No. Magdaleno, powiedz mi, czy dobrze cię rozumiem. Pytasz, co robić, gdy gniew jest uzasadniony. Kiedy masz, jak to nazwałaś, słuszne powody. Tak. Bo ja myślę, że ja czasem mam prawo. Cóż, Magdaleno, jak już powiedziałem poprzedniemu rozmówcy, słuszny gniew też jest grzechem. Tak, wiem to. Ale jeśli ktoś cię krzywdzi? Przede wszystkim chciałbym, żebyś wiedziała, że Biblia naucza, że Bóg nigdy nie zsyła nam cierpień ponad naszą wytrzymałość. On zna nas lepiej niż my samych siebie. Dasz radę przez to przejść, młoda osobo. List do Filipian cztery, trzynaście mówi: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Nic ci nie będzie. Bóg powiedział Abrahamowi: „Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę”. Nie każdy nosi miłość w sercu, ale ty powinnaś żyć zgodnie ze Słowem Bożym i nie oglądając się na nic. A Jakub, w liście, rozdział pierwszy, rzekł: „Poczytujcie to sobie za radość, gdy was te próby spotykają”. Chodzi o to, że powinniśmy się radować, gdy bliźni nas ranią i chcą nam szkodzić. Traktować to jak szczęście i przywilej, że jest nam dane choć trochę cierpieć w imię Chrystusa, dzięki temu, że spotyka nas krzywda. Rzekłbym, że najczęstszym pretekstem, którym kobiety usprawiedliwiają swój gniew, jest mężowska zdrada. Powiem ci, co im wtedy mówię. Powtarzam im to stale, bo nigdy tych rad za wiele. Pamiętaj, że Bóg wybaczył ci twoje złe uczynki. Nie zapominaj o tym nigdy. Wiele razy zasmuciłaś Boga, prawda, Magdaleno? Nie wiem. Może.
[…]
Po drugie, ludzie cię rozczarują. Musisz pogodzić się z tym, że mogą ci sprawić zawód. Czasami tak bardzo wynosimy bliźnich na piedestał, że nie są w stanie sprostać naszym oczekiwaniom, i wtedy przeżywamy rozczarowanie. Kiedy zdarza im się potknąć, czujemy złość. Twój najlepszy przyjaciel może cię zawieść. Nikt nie jest doskonały. Dawid powiedział w Księdze Psalmów: „Gdybyż to lżył mnie nieprzyjaciel, z pewnością bym to znosił; Lecz jesteś nim ty, równy ze mną, przyjaciel mój zaufany”. Po trzecie zaś przebaczenie jest świadomą decyzją, a nie impulsem. To jest twój wybór. Musisz sobie powiedzieć: „Wybaczam tej osobie”. I musisz trwać przy tym wybaczeniu na przekór wszystkiemu, nawet jeśli ten ktoś cię dalej złości. A po czwarte, musisz do niego pójść i powiedzieć: „Wybaczam ci. Zraniłeś moje uczucia, a mimo to wybaczam ci i kocham cię. Pogódźmy się”. Te właśnie cztery kroki zalecałbym w twojej sytuacji. Więc kiedy ktoś cię krzywdzi, mówisz „dziękuję, wybaczam ci”? Głos Magdy brzmiał właśnie tak, jak go sobie wyobrażałam: ironiczny, kąśliwy, a przy tym ujmujący. Masz myśleć: „Wybacz mi, Boże”, a Bóg na to: „Co mi tam, wybaczę jej. W końcu jest tylko zwykłą kurwą”. A wtedy ty...
[…]
Nie wiem nawet, co się działo w mojej głowie, kiedy rzucił się na mnie, próbując zacisnąć mi zęby na szyi, a moja ręka odskoczyła w bok i z ust wyrwał się piskliwy skrzek, a może wyrwał się z pyska Charliego, dość, że po wszystkim pies zrejterował z głośnym skowytem i zniknął mi z oczu, zostawiając mnie w kuchni zalaną krwią, ze scyzorykiem Magdy w garści. Popchnęło mnie do tego życie we mnie, głód istnienia, instynktowny odruch, żeby zabić to, co zamierzało zabić mnie. Byłam dumna ze swojego szybkiego refleksu. Tamtej nocy uratowałam sobie życie. Nikt nie mógł mnie w tym wyręczyć. Zrobiłam to bez niczyjej pomocy, więc byłam bohaterką. Ale mój biedny Charlie został ranny. Przechodząc do śmiałego kontrataku, zadałam mu cios w szyję, który jednak wylądował bliżej mostka. A może instynktownie skierowałam ostrze w stronę serca? Krew na moich dłoniach miała gorzki, ziemisty zapach. Wrzuciwszy nóż do zlewu, odruchowo polizałam rękę. Potem podeszłam do Charliego. Znalazłam go bez problemu, bo kwilił jak niemowlę. Histerycznie, ale rytmicznie, jakby coś w nim wydawało dźwięki bez jego udziału. Kiedy znowu zajrzałam do niego pod stół, gdzie krew wsiąkała w strzępy papierowego legowiska, zerwał się, posyłając mi nienawistne spojrzenie, pokręcił głową i warknął, znów szczerząc kły. Nie dało się go dotknąć. Zdałam sobie sprawę, że prędzej wykrwawi się pod tym stołem na śmierć, niż mnie do siebie dopuści. Ale nawet gdybym go mogła dosięgnąć, wziąć na ręce, obejrzeć ranę, którą mu zadałam (bez cienia wątpliwości w obronie własnej), jak mogłabym mu pomóc? Nie byłam lekarzem, nie umiałam go zszyć. Nie mogłam nic dla niego zrobić.
[…]
Biegnę teraz ile sił w nogach, twarzą pod wiatr. Bóg mnie ściga, ale wtapiam się w mrok. Może uda mi się zostać w tym lesie na zawsze, przemyka mi przez myśl. Już czuję, jak trujące wyziewy sączą mi się do płuc, ściskają za gardło, no chyba że się duszę od nadmiaru emocji. Nie mogę oddychać, mimo to biegnę. Już wiem, umrę tutaj, ale zrobię to na własnych warunkach. Sama zadecyduję, jak się obrócę w proch. Wiatr porusza się między grubymi konarami zwinnie jak dziewczę w sukni balowej obszytej cekinami, które mżą w świetle księżyca. Przy każdym podmuchu wygina się delikatnie, lecz zdecydowanie. Czując, że słabnę, kładę się na miękkim łożu z wilgotnych liści, chłonąc wzrokiem ten taniec. Sosny się kołyszą, mój duch ulatuje. Przemykam teraz przez pole mentalne. Jaki tu spokój. Staję się częścią ciemności. Wtapiam się idealnie.
Ottessa Moshfegh, Śmierć w jej dłoniach
Psychologiczno-dygresyjna powieść Ottessy Moshfegh – utalentowanej amerykańskiej powieściopisarki pochodzenia irańsko-chorwackiego umiejscawia akcję tej podtekstowej opowieści w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, na jej wschodnim przez co nowo-angielskim wybrzeżu, w fikcyjnej przede wszystkim miejscowości Levant, a tam z kolei na mokrym i zalesionym odludziu wiejskim; ogólnie rzecz ujmując w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Vesta Gul to osamotniona przez zmarłego męża Waltera krzepka staruszka, której jedyną rozrywką w codzienności pozostaje pies Charlie i z nim długie, śródleśne spacery; podczas jednego z nich znajduje na drodze rozpiętą na kamieniach kartkę z krótkim tekstem wskazującym, że w okolicy dokonano zbrodni na nikomu nieznanej Magdzie. To pozornie wcale nie-za-metaforyczne, pisemne przesłanie - niczym zwyczajowy list odnaleziony w butelce - staje się kanwą do wewnętrznych rozważań o kondycji psychicznej, co w strumieniach podświadomości, czasem też w uporczywych wspomnieniach czy też unaocznianych doświadczeniach życiowych prowadzi Vestę wprost, a może raczej na wskroś, w każdym bądź razie nad skraj "przepaściastej" fobii, z tym zawsze nowym, klaustrofobicznym przeświadczeniem o swej „zbawczej roli”, jaką można by jeszcze odegrać w sprawie domniemanego zabójstwa. Niestety, prywatne śledztwo Vesty i postępujące w nim urojenia coraz to słabszej fizycznie osóbki kończą się dla niej nieuniknionym w tym wieku scenariuszem, przed którym jak dotąd nie udało się uciec nikomu-w-niczym. Powieść Moshfegh z pogranicza psychologii i patologii egzystencjalnej intensywnie wnika w sekrety samotności i najciemniejsze zakamarki ludzkiej psychiki aż po śmierć samoświadomości, po niedokładnie zapisaną genach abnegację pojedynczego istnienia, która również temu czytelnikowi wydaje się na koniec opowieści jedynie zaskoczeniem.