Blog

 

03.09.2021

Foe

[…]

Z chęcią opowiedziałabym panu teraz historię owego niezwykłego Kruzo [wyimaginowany Robinson Cruzoe – Susan Barton głównej bohaterki powieści – przyp. aut.] , tak jak ją usłyszałam z jego własnych ust. Atoli opowieści jego tak były rozmaite i tak trudne do pogodzenia ze sobą, iż coraz bardziej umacniałam się w przekonaniu, że czas i odosobnienie zebrały już swoje niszczące żniwo w jego pamięci, toteż Kruzo nie wiedział zgoła, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Jednego dnia mawiał, że ojciec jego był bogatym kupcem i że on sam porzucił ojcowski kantor w poszukiwaniu przygody. Aliści już następnego dnia przedstawiał dzieje biednego chłopczyka, zupełnej sieroty, który się zamustrował jako majtek i którego porwali Maurowie (na ramieniu nosił bliznę, ślad, jak twierdził, po żelazie do piętnowania); w końcu im umknął i podążył do Nowego Świata. Niekiedy utrzymywał, że mieszka na wyspie od piętnastu lat, wraz z Piętaszkiem, że tylko oni dwaj ocaleli, gdy ich statek zatonął.

[…]

Czyżby Opatrzność spała? Gdyby Opatrzność miała czuwać nad nami wszystkimi - rzekł Kruzo - któż by pozostał do zbierania bawełny i cięcia trzciny cukrowej ? Gwoli interesów świata, by owe kwitły, Opatrzność musi czasem się budzić, czasem znów spać, na podobieństwo podlejszych stworzeń.

[…]

Przypadek rzucił mnie na tę wyspę, przypadek rzucił mnie w jego ramiona. Czy w świecie przypadku istnieje jakieś „lepiej” i „gorzej”? Poddajemy się uściskowi nieznajomego lub oddajemy fałom; na mgnienie oka czujność nasza przygasa; zasypiamy; a przebudziwszy się, widzimy, że oto życie utraciło kierunek. Czymże są owe okamgnienia, przed którymi chroni nas jeno wieczne i nieludzkie czuwanie? Czy nie szparami i szczelinami, kędy w życiu naszym przemawia inny glos, inne głosy? Jakim prawem zatykamy uszy? Owe pytania odbijały mi się echem w głowie - bez odpowiedzi.

[…]

Proszę, pani, zapamiętaj jedno: nie każdy człowiek naznaczony piętnem rozbitka jest rozbitkiem w głębi serca.

[…]

Spisałam historię owego czasu spędzonego na wyspie - spisałam najlepiej, jak umiałam - i moje zapiski niniejszym załączam. Żałośnie to się przedstawia, kulawo (myślę, historia, nie sam ów czas), „nazajutrz”, brzmi refren, „nazajutrz... nazajutrz”, lecz pan już będzie wiedział, jak rzecz odpowiednio przysposobić. Zapewne pan się zastanawia, jak to się stało, że pana wybrałam, skoro tydzień temu nawet nie znałam pańskiego nazwiska. Przyznaję, gdy po raz pierwszy pana ujrzałam, sądziłam, że jesteś prawnikiem lub też kimś z giełdy. Aliści potem ktoś ze służby mi powiedział: to pan Foe [pisarz, mieszkaniec Londynu, w którym Susan wydawało się, że jest na nowo po powrocie a i po pobycie na bezludnej prawie wyspie – przyp. aut.], autor, który wysłuchał wielu wyznań i cieszy się reputacją człowieka dyskretnego.

[…]

Dzisiejszego ranka usiadłam przy pańskim [Foe - przyp. aut.] sekretarzyku (teraz jest popołudnie, siedzę przy tymże sekretarzyku, siedziałam tu cały dzień), wyjęłam czystą kartkę i umoczyłam pióro w atramencie - pańskie pióro, w pana atramencie, wiem, lecz pióro poniekąd staje się moje, gdy nim piszę, jak gdyby wyrastało mi z dłoni - za czym skreśliłam nagłówek: „Kobieta Rozbitkiem. Prawdziwa Relacja o Roku przeżytym na Wyspie Bezludnej. Z Wieloma osobliwymi Przypadkami nigdy dotąd niepodawany- mi do Wiadomości”. Następnie sporządziłam listę wszystkich osobliwych przypadków owego roku, jakie tylko zapamiętałam: rebelia i mord na portugalskim okręcie, zamek Kruzo, sam Kruzo ze swą lwią grzywą i odzieniem z małpich skór, jego niemy niewolnik Piętaszek, rozległe terasy, które wznieśli i na których nie rosło nic, straszliwa burza, co zerwała dach naszego domu i usłała plaże krociami zdychających ryb. Pełna wątpliwości pomyślałam: Czy doprawdy wystarczy tych osobliwych przypadków, by się złożyły na historię? Jak prędko zacznę, mimo woli, wymyślać nowe i bardziej osobliwe: uratowanie ze statku Kruzo narzędzi oraz muszkietów; budowa łodzi, a przynajmniej łódeczki i próba pożeglowania na stały ląd; nadejście kanibali, następnie potyczka i niejedna krwawa śmierć; a wreszcie przybycie złotowłosego nieznajomego z workiem zboża i obsianie teras? Zaiste, czyż kiedyś zaświta taki dzień, gdy potrafimy układać historie bez osobliwych przypadków? […] A zatem dzisiejszego ranka [również – przyp. aut.] sporządziłam dwa szkice. Jeden przedstawiał mężczyznę odzianego w kaftan, rybaczki i stożkowatą czapkę, mężczyznę z faworytami na kształt sterczących wiechci i z wielkimi kocimi oczyma [postać Kruzo – przyp. aut.]. Przed nim klęczała druga postać – Murzyn [Piętaszek, towarzysz Kruzo na bezludnej wyspie – przyp. aut.], prócz spodni zupełnie nagi, trzymający ręce za plecami (ręce miał związane, tego wszakże nie było widać). W lewej dłoni postać ozdobiona faworytami ściskała żywy język owej klęczącej postaci; w prawej, wzniesionej, dzierżyła nóż.

[…]

- Panie Foe - ciągnęłam, przemawiając z coraz to większym trudem - gdym pomieszkiwała w twoim domu, czasami leżałam bezsennie na piętrze, słuchając pulsowania krwi w uszach i Piętaszkowego milczenia w pokoju poniżej, milczenia, co ulatywało schodami w górę jak dym, jak kłąb czarnego dymu. Niebawem zgoła nie mogłam oddychać, czułam, że się duszę w pościeli. Płuca, serce, głowę wypełniał mi czarny dym. Musiałam prędko wyskoczyć z łóżka, odsunąć zasłony i wytknąć głowę na zewnątrz, odetchnąć świeżym powietrzem i się przekonać, że na niebie nadal są gwiazdy.

[…]

Historia, za której sprawą pragnę być znana, to historia wyspy. Pan [Panie Foe – przyp. aut.] ją nazywa epizodem, ja atoli pełnoprawną historią. Rozpoczyna się ona mym przybyciem tamże, kończy zaś śmiercią Kruzo tudzież powrotem moim i Piętaszka do Anglii, gdyśmy tak znowu pełni byli nadziei. Owa główna historia zawiera kilka pomniejszych: zawiera rzecz o tym, jakim sposobem zostałam rozbitkiem (opowiadaną przeze mnie Kruzo), rzecz o katastrofie okrętu Kruzo i o pierwszych latach na wyspie (opowiadaną przez Kruzo mnie), takoż historię Piętaszka, która właściwie nie tyle jest historią, ile łamigłówką albo też luką w opowieści (wystawiam ją sobie pod postacią dziurki od guzika, starannie obrębionej dookoła, lecz pustej, czekającej na rzeczony guzik). Wziąwszy wszystko razem, w opowieści tej mamy początek i koniec, a też nader zajmujące dygresje, brak jeno treściwego oraz urozmaiconego środka, w miejscu gdzie Kruzo nazbyt wiele czasu trawił na uprawianiu teras, ja zaś na wędrówkach plażą. W swoim czasie poddał pan myśl, by uzupełnić ów środek, wymyślając piratów i kanibali. Na to nie mogłam przystać, albowiem nie była to prawda. Teraz pan podsuwa, iżby sprowadzić wyspę do epizodu w historii traktującej o kobiecie, co poszukuje utraconej córki. To również odrzucam.

[…]

Pewną kobietę (jeszcze jedną kobietę) skazano na śmierć, już nie pomnę za co. Skoro się zbliżał ów fatalny dzień, popadała biedaczka w coraz większą rozpacz, bo nie mogła znaleźć nikogo, kto by się zaopiekował jej córeczką, ledwie niemowlęciem, wraz z nią zamkniętym w celi. Nareszcie jeden ze strażników, użaliwszy się nad nieszczęśliwą, powiedział o wszystkim żonie i pospołu uradzili, że wezmą dziecko jako własne. Gdy skazana ujrzała córeczkę bezpieczną w ramionach przybranej matki, zwróciła się ku swym ciemięzcom i rzekła: „Teraz możecie ze mną uczynić, co wam się żywnie podoba. Uciekłam bowiem z waszego więzienia; wszystko, co teraz tu macie, to tylko moja łuska” (szło jej, wierzę, o ową łuskę, która zostaje po motylu, gdy ten już wyfrunie). To, rzecz jasna, historia z dawnych czasów; dziś już nie traktujemy matek tak po barbarzyńsku. Lecz pomimo to opowieść moja nadal znajduje zastosowanie, a rozumieć je należy tak: Istnieje więcej niźli jeden sposób, by żyć wiecznie.

[…]

Historia twoja nie jest nudna, choć nadto jednostajna - stwiedził Foe. Nudna nie jest dopóty, dopóki pamiętamy, że jest prawdziwa. Aliści traktowana jako przygoda, nudna jest nad wyraz.

[…]

Zrazu mniemałam, iż opowiem ci historię wyspy, a uporawszy się z tym, powrócę do swego dawnego życia. Teraz całe moje życie staje się opowieścią: nie zostało mi już nic własnego. Sądziłam, że jestem sobą, ta dziewczyna zaś istotą z innego rzędu stworzeń, istotą, co wypowiada słowa przez pana dla niej wymyślone. Lecz oto popadłam w zwątpienie. Prócz zwątpienia niczego już nie mam. Ja uosabiam zwątpienie. Kto mnie opowiada? Czy i ja jestem widmem? Do jakiego należę rzędu? A pan: kim pan jesteś?

[…]

...nic ci nie umiem rzec [mówi Pan Foe – przyp. aut.] względem tego, kto spośród nas jest widmem, a kto nie: w tę kwestię możemy się jeno wpatrywać w milczeniu, jako ptak patrzy na węża, żywiąc nadzieję, że nas nie połknie.

[…]

Trawiąc życie na pisaniu książek, nader często, wierz mi, gubiłem się w labiryncie zwątpienia. Wyuczyłem się przeto takiej oto sztuczki: w tym miejscu, gdzie akurat jestem, umieszczam znak albo też sygnał, aby w przyszłych wędrówkach mieć do czego wrócić, aby nie pobłądzić jeszcze bardziej, niż już zbłądziłem. Umieściwszy ów znak, ruszam dalej; im częściej zaś do niego wracam (a znak ten wskazuje mi własną moją ślepotę i nieudolność), z tym większą pewnością wiem, żem się zgubił, tym głębszej nabieram zarazem otuchy, ponieważ udało mi się znaleźć drogę powrotną. Czyś kiedy pomyślała (i na tym też zakończę), że w swych własnych wędrówkach również mogłaś, nic o tym nie wiedząc, pozostawić za sobą podobny jakiś znak; bądź też, jeśli istotnie mniemasz, iżeś nie jest panią swego losu, że takowy znak ktoś pozostawił z myślą o tobie, jako symbol owej ślepoty, o której wspominałem; czyś pomyślała, że z braku lepszego planu twoje poszukiwanie wyjścia z labiryntu (jeżeli istotnie labirynt oplątał cię i omotał) może się rozpocząć z tegoż miejsca i wracać tam tylekroć, ile trzeba, póki wreszcie nie pojmiesz, że nadeszło dla ciebie wybawienie?

[…]

Czasami pytam siebie, jak by to było, gdyby stworzenia Boże nie potrzebowały snu. Jeśliby przez całe życie przyszło nam czuwać, czybyśmy przez to lepszymi byli ludźmi, czy może gorszymi? Na osobliwy ów wstęp nie znalazłam odpowiedzi. Chcę rzec, czy lepsi bylibyśmy, czy też gorsi - ciągnął Foe - gdybyśmy nie musieli już zstępować nocą w głąb siebie samych i napotykać tego, co zwykle tam nas czeka? I cóż to jest takiego? - zapytałam. Ciemne strony naszej jaźni - odrzekł. - Ciemne strony jaźni, a też inne zjawy.

[…]

Pisałaś o tym swoim Piętaszku, jak powiosłował w wodorosty... Takie ogromne kępy wodorostów dają schronienie pewnemu zwierzowi, przez żeglarzy zwanemu krakenem: słyszałaś może o nim? Stwór ten macki ma grubości męskiego uda, a długie na wiele jardów, ma też dziób na kształt orlego. Wyobrażam sobie, jak ów kraken leży na morskim dnie, spoglądając w niebo przez splątany kłąb wodorostów, podkulając liczne swe macki, czekając. I ku tejże upiornej orbicie Piętaszek kieruje swoją kruchą tratwę. Nie potrafiłam odgadnąć, co w takiej chwili skłoniło Foe do opowieści o morskich potworach, ale milczałam. Jeśliby się pojawiła wielka macka, owinęła się wokół Piętaszka, a potem bezgłośnie go wciągnęła w głębinę i więcej się nie pokazała, czyby cię to zdziwiło? - spytał Foe. Potworna macka wyskakująca z głębin... owszem, byłabym zdziwiona. Zdziwiona, a też i pełna niedowierzania.

[…]

Litery to zwierciadło słów. Nawet kiedy zda się, że piszemy w milczeniu, pismo daje świadectwo, że w duchu przemawiamy sami do siebie. Pisanie nie musi z przeznaczenia być cieniem mowy. Wsłuchaj się w siebie, pisząc, a spostrzeżesz, że chwilami słowa składają się na papierze de novo, jak mawiali Rzymianie, przychodzą z najgłębszego milczenia duszy. Zwykliśmy wierzyć, że świat nasz stworzony został przez Boga, gdy ten wypowiedział Słowo. Pytam atoli: Czy raczej takowego nie napisał, czy nie napisał Słowa tak długiego, że jeszcześmy go nie doczytali do końca? Czy być może, że Bóg bez ustanku pisze świat, świat i wszystko, co na nim się znajduje? Odczytać go nie potrafimy, zgoda, o to również mi szło, albowiem jesteśmy tym właśnie, co Bóg pisze. My wszyscy albo też część z nas: możliwe, że niektórzy nie powstają pod Jego piórem, po prostu istnieją; lub też (myślę zwłaszcza o Piętaszku) spisuje ich inny, bardziej tajemniczy autor. Niemniej Boże pisanie to przykład pisma nie wspieranego mową. Mowa jest środkiem wyrażania słowa, nie samym słowem. Piętaszek mową nie włada, aliści ma palce i właśnie palce staną się jego środkiem wyrazu. Nawet gdyby ich nie miał, gdyby handlarze żywym towarem ucięli mu wszystkie, mógłby jeszcze trzymać sztyfcik węgla drzewnego między palcami stóp bądź też w zębach, tak jak żebracy na Strandzie [ulica w Londynie – przyp. aut.]. Nartnik, choć to głupi owad, na powierzchni stawów kreśli imię Boże, jako powiadają Arabowie. Nikt aż tak nie jest ułomny, by nie dał rady pisać.

[…]

Co oznacza wolność, Susan, nie potrzeba nam wiedzieć. Wolność to ledwie słowo, jak każde inne. To podmuch powietrza, siedem liter na tabliczce. To jeno nazwa: tak nazywamy owo pragnienie, o którym mówisz, pragnienie, by żyć jako ludzie wolni. Nas obchodzi pragnienie właśnie, nie nazwa. Jeżeli nawet nie umiemy wyrazić słowami, co to jest jabłko, nie znaczy to wcale, że nie wolno nam jabłka zjeść. Wystarczy, że znamy nazwy swoich potrzeb i potrafimy ich użyć, aby owe potrzeby zaspokoić, jako używamy monet, by kupić strawę, gdy zgłodniejemy. Zaiste skromne to zadanie nauczyć Piętaszka takiego języka, jaki służyć będzie jego potrzebom. Nikt od nas nie wymaga, iżbyśmy zrobili Piętaszka filozofem. Gdy się poświęcimy odnajdywaniu dziur ukształtowanych dokładnie tak, by pomieścić owe wielkie słowa: „wolność”, „honor”, „szczęście”, wówczas zgoda, całe życie będziemy się ślizgać, obsuwać i wciąż poszukiwać, a wszystko na próżno. Słowa to bezdomne, to wędrowcy, niczym planety, i na tym koniec.

John Maxwell Coetzee, Foe

Kolejna powieść Coetzeego próbuje po staro-nowemu, a zatem w hiperboli-grze z czytelnikiem rozprawić się z egzystencjonalistycznym dylematem: czy tak naprawdę cały czas aż do ostatniej chwili śnimy swoje własne życie, a może - i tutaj wcale nie odwrotnie - jesteśmy jedynie znaczącym lub też inaczej mówiąc przypadkowym, choć zawsze przecież podmiotem czyjegoś Wielkiego Snu. Na chwilę przed swą śmiercią w wodach oceanu, a w zasadzie po wyrzuceniu za burtę z portugalskiego statku pirackiego Susan Barton śni swoją "literacką" przyszłość…



powrót ››