10.10.2021

Każdego dnia przesiadywał na pokładzie
godzinami i tak długo obserwował linię
zetknięcia wody i nieba,
aż wyparł ją ze świadomości,
a jego świat stał się jednolitą, ruchomą szarą masą.
[…]
Każdego ranka, kiedy słońce zaczyna ogrzewać namiot, sny Forrestera [ojca głównego bohatera powieści – przyp. aut.] nabierają marszowego tempa. Sny o drzewach. Regimenty himalajskich cedrów, miarowo pnące się w górę i schodzące w doliny niczym angielscy żołnierze, tyle że przystrojone w igły. Nim, sal i palisander. Baniany o mackowatych korzeniach i ciemnym listowiu, przesłaniającym błękit nieba. Pojawiają się nawet angielskie drzewa, których nie widział od lat. Dęby o przedziwnych kształtach i wierzby płaczące mutują w rytmie powolnego kroku paradnego, gdy przewraca się z boku na bok. Przez te sny zlewa go pot, trawi niepokój, chwyta gniew, że lasy, jego lasy, przeobraziły się w coś rozedrganego i głupawego. W widowisko towarzyszące głównemu przedstawieniu. W drzewną komedię muzyczną. Zanim zdoła się ogolić, czerwonawe strużki potu zmieszanego z pyłem zaczną spływać mu z czoła. Forrester wie, że nikogo nie może za to winić. Tylko siebie. Wszyscy naokoło twierdzili, że to nieodpowiedni czas na wyprawę na południe.
[…]
Ogień i woda. Ziemia i powietrze. Medytuj o tych przeciwieństwach i pogódź je. Zwiń ciasno, a potem poślij ruchem spiralnym w głąb mrocznego tunelu, by na nowo połączyły się w jedną całość z innymi przejawami wielkiej jedności rzeczy, nazywanej Bogiem. Myśl może wędrować w ten sposób, prześlizgiwać się od części ku całości, miękko niczym wysmarowana olejkiem ręka masażysty. Amrita [matka głównego bohatera powieści – przyp. aut.] żałuje, że nie może oddać się myśleniu na zawsze. To byłaby prawdziwa słodycz! Ale Amrita jest tylko kobietą i „zawsze” nie będzie jej dane. Z braku nieskończoności rozciągnie czas, który ma, przędąc z niego cieniutką nić.
[…]
Głodny i obszarpany Pran [główny bohater powieści – przyp. aut.] przeprowadza w myślach dogłębną analizę problemu. Jesteś tym, kim się czujesz. A jeśli nie, to powinieneś czuć się tym, kim jesteś. Lecz jeśli jesteś kimś, nie wiedząc, że nim jesteś, to jak się to objawia? Jak czuje się człowiek, nie będąc tym, za kogo się uważa? Jeśli jego matka naprawdę była jego matką, a ojcem był ten obcy Anglik z fotografii, to logiczne, że jest mieszańcem, półbiałym, półczarnym. Nie czuje jednak żadnego związku z tymi ludźmi. Ci ludzie nienawidzą Hindusów. A już na pewno nienawidzą jego. Przypomina sobie unoszenie się i opadanie rakiety do badmintona, twarz tamtego mężczyzny, gdy kopał go i przeklinał. On, Pran, nie jest taki jak ci ludzie. Nie uważa Anglii za swój dom. Dom jest tutaj, po drugiej stronie niebieskich wrót.
[…]
Pran wyjmuje ukrytą w pościeli fotografię swojego angielskiego ojca i wpatruje się w nią uważnie, by rysy twarzy, kształt oczu i ust wryły mu się w pamięć. Na drugiej szali jest mnóstwo wspomnień związanych z jego drugim ojcem (Pran nie przestaje tak nazywać ojczyma Amara Natha): ojciec uważnie ogląda swoje paznokcie, prowadzi pudżę w świątyni, myje się pod pachami, wzywa służącego, by wydać mu polecenie. Niewielki prostokąt sztywnego papieru nic nie znaczy w porównaniu z wagą tych wspomnień. A jednak tego popołudnia je przyćmiewa. Pran dotyka fotografii jak magicznego przedmiotu, którego moc tkwi w poszczególnych składnikach, w chemikaliach i papierze, nasyconych dobrą i złą energią. Obraca ją w dłoniach ciągle i od nowa. Bada każdy szczegół, urzeczony zagięciem w jednym rogu, zafascynowany odkryciem, że pod pewnym kątem połyskliwa powierzchnia fotografii skupia światło, a wtedy brunatno-żółtawy wizerunek twarzy staje się pozbawioną rysów jasnością, snopem światła, bóstwem, na które nie można spojrzeć wprost. Przez tę jedną chwilę połysk przechodzi w biel, oślepiającą obcą biel, którą nowy ojciec dodał do jego wygodnego niegdyś życia. Pran spędza godziny na nieustannym przechylaniu fotografii pod różnym kątem i łapaniu promieni światła. Transformacja dokonująca się na jego oczach za sprawą nieznacznego ruchu dłoni za każdym razem przejmuje go dreszczem i budzi lęk. Pran nabiera rozpędu, siła odśrodkowa wypycha go na zewnątrz. Ktokolwiek sprawuje tu kontrolę, z pewnością nie jest to on. Właściwie jaki „on”? To kwestia sporna. Jak długo przebywał w zamknięciu? Wystarczająco długo, by wszystko się rozpadło. Wystarczająco długo, by zdolność do atrofii (nazwijmy ją „zdolnością perły”, umiejętnością wydzielenia własnego jestestwa i otoczenia nim jakiegoś początkowego ziarnka) pozostawiła jedynie resztki jaźni, rozproszone w morzu wrażeń w oczekiwaniu na wydobycie ich z pierwotnej zupy uczuć i wspomnień dla ponownego zespolenia. Nie ma już spójnej osobowości. Jest tylko nieokreślona forma Bytu; nic, czego można byłoby dotknąć.
[…]
[relacja z polowania u nababa-władcy indyjskiego w Faterpurze – przyp. aut.]
Nadchodzące miesiące przyniosą wiele wersji zdarzeń, które za chwilę nastąpią. Część relacji zostanie podyktowana, część napisana lub zreferowana ustnie przełożonym. Większość z nich będzie różnić się od siebie nawet w kwestiach zasadniczych, lecz biurokratyczna alchemia India Office pogodzi te różnice. W rezultacie powstanie ujednolicona wersja w formie dwustronicowej notatki. Ów dokument, opatrzony ośmioma podpisami (w tym dwóch ministrów) i napisem „Ściśle tajne”, stanie się odtąd dostępny jedynie dla wybrańców, którzy uzyskają stosowne poręczenie ze strony brytyjskiego rządu. Zostanie uznany za oficjalną i ostateczną wersję „Incydentu w Fatehpurze” i nie trzeba chyba dodawać, że rozminie się z prawdą niemal w każdym szczególe. Obecność w lesie uzbrojonych powstańców, polityczny motyw nieudanego zamachu, waleczna i tragiczna w skutkach postawa niektórych brytyjskich oficerów - żadna z tych rzeczy nie odpowiada rzeczywistości. Z wyjątkiem ryku. Wszystkie źródła zgodnie twierdzą, że najpierw było słychać ryk. […] Na jego oczach rozgrywa się sensacyjna akcja, by użyć hollywoodzkiego terminu. Obiektyw wyłapuje nababa, który wyskakuje z zarośli całkiem nagi, jeśli nie liczyć topi na głowie. Jest nabrzmiały i zalany krwią, choć zdaje się, że to krew Minty, która - również naga - biega wokół niego, kurczowo ściskając trafione ramię. Nigdy już nie będzie wiadomo, czy to nabab był źródłem ryku, ponieważ z zarośli wyskakuje też większy z tygrysów. Szybki ruch kamery i już w obiektywie jest książę Firoz, który piszcząc ze strachu, podciąga powalaną bieliznę i zmyka przed ziejącą bestią. Kilka kuł trafia w ziemię obok księcia. Odpowiada im ogień, który - co bardzo dziwne - zdaje się być skierowany w stronę platform. I wtedy zza drzew wyłania się nieobecna dotąd gwiazda filmowa. Major Privett-Clampe [angielski przedstawiciel przy nababie – przyp. aut.] we własnej osobie. Z obłędem w oczach strzela na prawo i lewo niczym Tom Mix osaczony przez Indian. Z platformy na której jest jego żona, sypie się grad kuł. Minty i nabab chronią się przed kolejną serią strzałów. Wygląda na to, że padają one - co chyba zrozumiałe - od strony sir Wyndhama. Ktoś wyje z bólu. Imelda z krzykiem biegnie przed siebie w poszukiwaniu schronienia, zderza się z pniem drzewa i traci przytomność. Ludzi ogarnia panika. I histeria.
[…]
Okazuje się, że dzięki niepodważalnej metodzie kraniometrii [miara wielkości czaszek – przyp. aut.] można wyjaśnić brytyjską dominację imperialną w świecie. Wyniki pomiarów pojemności czaszek wybranych przedstawicieli indyjskich plemion dają, zdaniem wielebnego Macfarlane’a [opiekuna Prana teraz występującym pod nowym imieniem Robert – przyp. aut.], podstawy do wniosków natury bardziej ogólnej: że istnieje ścisły związek między rozmiarem mózgu a stopniem rozwoju cywilizacyjnego i racjonalnym myśleniem w różnych częściach świata. Zajmujący dół drabiny mieszkańcy południowej Jawy czy Hotentoci niewiele różnią się od małp człekokształtnych pod względem pojętności (a także budowy twarzy i szczęki). Grupa hindustańska, do której należała większość właścicieli czaszek z kolekcji wielebnego, plasuje się w górnej połowie drabiny. Na szczycie jest Europejczyk, któremu czaszka o pojemności stu cali sześciennych daje o wiele większe możliwości rozwoju mózgu niż pogrążonym w mrokach barbarzyństwa Peruwiańczykom (dziewięćdziesiąt jeden cali sześciennych) czy dzikusom z Tasmanii (osiemdziesiąt sześć cali sześciennych). Stąd wzięło się Imperium. Wielebny oczywiście przyznaje, że metoda mierzenia pojemności czaszki jest prymitywna i przestarzała, ale teraz doczekał się przyrządów, które wzniosą jego dociekania na wyższy poziom.
[…]
Od tamtego wieczoru, gdy Robert pojawił się na progu misji z pytaniem, czy mógłby pracować w zamian za jedzenie, zmienił się, i to bardzo. Przedstawił się wtedy innym imieniem, twierdził, że jest Anglikiem i potrzebuje pomocy. Elspeth Macfarlane [żona pastora misji anielskiej w Bombaju – przyp. aut.] nie uwierzyła mu. Było jasne, że chłopak jest mieszańcem, bękartem jakiegoś brytyjskiego żołnierza, dorastającym na ulicy. Ale ponieważ był bardzo ładny i miał ogładę, nakarmiła go ryżem i dałem w saloniku, a po półgodzinie przyglądania mu się w trakcie jedzenia przekonała samą siebie, że potrzebuje służącego. Hołdując hinduskim zwyczajom, postanowiła dać mu imię księżyca Czandra, który akurat zaglądał przez okno. Kiedy przybysz umył talerz, powiedziała mu, że może zostać.
[…]
Pojąć tajemniczą doktrynę. Pojąć starożytną mądrość. Nie ona ją wymyśliła. I nie był to czysty hinduizm. Elspeth została przedstawiona grupie innych poszukiwaczy prawdy, ludziom, którzy jak ona wierzyli w cud, w mistyczną syntezę wszechrzeczy. Chodziła na wykłady, które urzekały ją równie mocno, jak przed laty kazania w kościele. Tyle że teraz słuchała opowieści o Wielkim Czystym Braterstwie Himalajskich Mistrzów, Panu Świata, Buddzie, Mahajanie, Manu, Maitreji. Pełen entuzjazmu Anglik w zwykłej białej kurcie i białych spodniach z zapałem mówił o kluczu, który mogą zdobyć adepci tej nauki, kluczu osiągalnym tylko dzięki długiemu ezoterycznemu treningowi i surowej duchowej dyscyplinie. Ów klucz daje nieśmiertelność i szansę wejścia w krąg takich znakomitości, jak Cagliostro, Abraham, Laosy, Mesmer i Platon. Od brzmienia samych imion kręciło się w głowie. Grek Hilarion. Cudowny Serapis i niebieskooki Koot Hoomi. Boehme i Salomon. Konfucjusz i syryjski Jezus. Wydaje się, że przez wieki mężczyźni i kobiety dążyli do poznania świata, uchwycenia tajnych znaczeń i hierarchii rządzących życiem. W dzisiejszych czasach Wschód i Zachód stapiała w jedno teozofia, naukowa duchowość, poszukująca jedynej prawdziwej mądrości, wiedzy o nadprzyrodzonych prawach rządzących wszechświatem.
[…]
Pastor mniej więcej w tym samym czasie zaczął poważnie zastanawiać się nad ideami zwolenników poliginii. Może rzeczywiście na początku istniały jeszcze inne rodziny prócz tworzonej przez Adama i Ewę. Święty autor Genesis nie miał powodu zaprzątać sobie głowy tymi stworzeniami, żyły więc nie opisane i nie upamiętnione przez nikogo. Współczesne niższe rasy wykazywały tak odmienne i zróżnicowane cechy, że wniosek o ich pochodzeniu od tamtych niższych istot i przynależności do odrębnego gatunku nasuwał się niemal samorzutnie. A skoro tak, krzyżowanie się z nimi było w dwójnasób wbrew naturze, nie lepsze niż sodomia.
[…]
[po spaleniu misji bombajskiej Pran-Robert-Czandra przyjmuje imię Jonathan i wraca jako Anglik Brigde-man wcześniej okradając umierającego człowieka o takim nazwisku z dokumentów - do Anglii – przyp. aut.]
Kurs historii [na Oksfordzie – przyp. aut.] byłby dla Jonathana całkiem użyteczny. Pozwoliłby mu uzupełnić synchroniczne zrozumienie istoty angielskości zrozumieniem diachronicznym. Niestety, podczas sennych lekcji pan Fox, namiętny palacz fajki i niedzielny malarz, przedstawia historię nie tyle jako łańcuch zmian, ile wieczną powtarzalność. W jego ujęciu historia ojczystej wyspy to seria patetycznych obrazów, podniosłych momentów pozwalających zrozumieć sedno, zasady i aksjomaty stworzone przez ten naród. Od Drake’a klęczącego przed królową Elżbietą po zgromadzenie na polu Runnymede, od Wolfe’a w Quebecu po koronację Wiktorii na cesarzową Indii, pan Fox maluje przeszłość jako magmę potężnych, lecz nieefektownych sił, które czasem nabierają przejrzystości, zastygając na moment w statycznym układzie połyskliwych twarzy i imponujących draperii. W modelu historii pana Foxa nawet ostatnia wojna, która zabrała jego uczniom wujków i starszych braci, podlega temu dualizmowi. Walka przypominająca sportową rywalizację, przeplatana długimi okresami wyczekiwania w błotnistych okopach. Bitwy i następująca po nich próba cierpliwości. Olejno-werniksowy patos zastygłych w bezruchu ciał. Maki na polach bitewnych Flandrii.
[…]
Sam Jonathan, nieświadom niczego, spędza pod okiem pana Spavina zimne i nudne Boże Narodzenie w Londynie. Czuje, że obawy pierwszych miesięcy są już za nim. Przestaje żyć w ciągłym strachu przed zdemaskowaniem. Staje się kimś, kogo udaje. Prawda jest tak niewiarygodna, że mimo dziwactw i sporadycznych potknięć Jonathana, nikt jej nie odkryje. Jonathan i jego cień zaczynają się schodzić.
[…]
Każde sobotnie popołudnie w semestrze budzi w Jonathanie śmiertelne przerażenie. Ukrywa się wtedy z książką gdzieś pod dachem, symuluje kontuzję ręki albo nagły atak gorączki (tu pomocne okazują się Indie). Jego boiskowe wyczyny są tak żałosne, że wejście do drużyny oczywiście mu nie grozi. Krykiet jest potrzebny, ale dla niego niedostępny. Sytuacja bez wyjścia. Węzeł gordyjski przecina historyk, pan Fox: Kopista, Bridgeman. Mnich w skryptorium. Będziesz uwieczniał wyniki.
[…]
Urozmaiconej działalności Bridgemana przyświeca hasło „konwenans”. W miejscu, gdzie każdy głośno domaga się zauważenia, on robi dokładnie tyle hałasu, ile potrzeba, by się wpasować w otoczenie, i ani odrobiny więcej. W najnowszym wydaniu siebie samego postanowił kłaść nacisk na wszystko, co w jego rozumieniu słuszne, prawdziwe i angielskie. Krzywo patrzy na wszelkie nowinki, boleje nad zanikiem norm społecznych. Ceni poezję z czasów Jerzego V, jest zwolennikiem torysów. O swojej rodzinie mówi niewiele, dając jedynie do zrozumienia, że pochodzi ze starego rodu dzierżawców z Gloucestershire. Pod każdym względem jest przeciętnym studentem. Mimo to niektóre drzwi pozostają dla niego zamknięte. Większość jego kolegów oplata od chwili narodzin sieć symboli i powiązań tak gęsta i rozległa, że prawie niezauważalna. Bridgeman nie zna nikogo. I nikt nie zna Bridgemana.
[…]
Paryż mocno zaznacza się w monologu Astarte [obiekt tajemnych westchnień młodego Jonathana – przyp. aut.]. Jej ojciec chciałby zrobić z niej kosmopolitkę, na co w tradycyjnym angielskim systemie edukacji nie ma miejsca. A dla kosmopolitów Paryż jest centrum świata. W tym roku Astarte spędzi tam całe lato. Oczywiście, była już w Paryżu, ale nigdy tak długo. Paryż, jak dowiaduje się Jonathan, to miejsce, gdzie panuje elan, esprit i parę innych rzeczy mających coś wspólnego z żywiołowością i siłą witalną. By żyć pełnią życia, nie można istnieć w oderwaniu od tej siły, którą współczesność trwoni i marnuje. Dzisiejszy człowiek jest zdegenerowany (wszystko przez podróże koleją i ilustrowane czasopisma), w związku z czym przywrócenie siły witalnej stało się zadaniem najwyższej rangi. W świetle tych faktów lato w Paryżu wydaje się szczególnie potrzebne. Astarte nazywa to swoją estetyką. Jonathan nigdy przedtem nie spotkał dziewczyny z estetyką stworzoną na własny użytek. Wszyscy nazywają ją Star. Jonathan też nazywa ją Star. Star lubi szokować. Ale Jonathana nie szokuje pistacjowy cień na powiekach czy bransoletki (zrobione przez lud Fotse w Afryce; prezent od ojca), lecz jej idee o degeneracji Europy. Nie pojmuje, jak ktoś o takim wyglądzie może mieć takie przekonania.
[…]
Okoliczności (w głównej mierze brak głowy do matematyki) przeszkodziły dorastającemu Henry’emu [ojcu Astarte – przyp. aut.] w realizacji planów. Nie został fizykiem. Zainteresował się różnymi kulturami i ludami. Wobec społeczeństw stosował tę samą zasadę sztywnej klasyfikacji, jaką miał nadzieję stosować w badaniach gwiazd albo cząstek elementarnych. Właściwie nie robiło mu to różnicy. Przyjemność dopasowywania bogactwa przejawów życia do jasno sformułowanych teorii była taka sama bez względu na obiekt badań.
[…]
Star, posłuchaj. Gdybym ci powiedział, że nie jestem tym, za kogo mnie uważasz? Że ja też dorastałem na ulicy. Że też robiłem różne rzeczy. Ale to nie byłaby prawda. Wiem, że twoi rodzice mieszkali w koloniach. Wiem, że tam bywa trudno, ale to i tak się nie liczy. Nie o to mi chodzi. Nie nazywam się Jonathan Bridgeman. Nie jestem nawet... Star, kochałabyś mnie bardziej, gdybym był taki jak Sweets? Ale nie jesteś. Johnny, nie wiem, o czym mówisz. Gdybym nie był taki angielski. Taki biały. Ale jesteś, Johnny. Nie, nie jestem, Star. Kocham cię. I chociaż nie jestem taki czarny jak on, jestem czarniejszy, niż ci się zdaje. Naprawdę. Mam ducha, Star. Mam. Nie masz. Robisz z siebie głupka. Twoje gierki niczego już nie zmienią. Przykro mi. Podjęłam decyzję. Nie chciałam cię zranić, ale stało się. Najlepiej będzie, jeśli sobie pójdziesz. Sweets jest porywczy. […] „Jesteś najbardziej angielski ze wszystkich, których znam”. A to dobre. Jonathan wybucha niepohamowanym śmiechem.
[…]
Jonathan nie rozumie, o czym mowa, ale nie może oderwać oczu od człowieczka na scenie. Postacie zmieniają się jak w kalejdoskopie. Jedna mówi barytonem. Druga ma na głowie małą czapkę i udaje zawadiakę. Każda z nich istnieje przez kilka chwil, przez minutę. Z pojawieniem się nowej znika poprzednia. Człowieczek stapia się z tymi postaciami tak doskonale, że jego indywidualność jest niedostrzegalna. Mimo wypitej wódki Jonathan czuje dojmujący chłód. Patrzy z przejęciem na kolejne wcielenia i modli się w duchu, żeby to nie była prawda, żeby się okazało, że coś przeoczył. Ale od tego nie da się uciec. Pomiędzy kolejnymi wcieleniami, w momencie, w którym jedna postać znika, ustępując miejsca drugiej, twarz imitatora jest martwa niczym pozbawiona wyrazu maska.
[…]
Kiedy Gregg [kapitan parowca rzecznego w Afryce – przyp. aut.] postępuje krok naprzód i znajduje się w kręgu światła rzucanego przez lampy oliwne, Jonathan widzi jego oczy: przenikliwe, kalkulujące oczy celowniczego, nawykłe do kalibrowania cudzych ust i rąk.
[…]
[o niepraktycznym ludzie Fotse w Afryce Brytyjskiej, gdzie Jonathan wybrał się na ekspedycję antropologiczną z Henrym, ojcem Astarte – przyp. aut.]
Może to misjonarz przywidzi z sobą przeszłość i przyszłość w skórzanych torbach przy siodle, kiedy przejeżdżał przez ich krainę i mówił o wzniosłym bogu, o martwym bogu i końcu czasu. Nie zostawił po sobie prawie nic więcej prócz idei początku i nieuchronnego końca. Kazał ludziom myśleć o własnym końcu i gdzie się znajdą, gdy czas przestanie istnieć. Zamiast pytać przodków: „Co powinniśmy robić?”, ludzie zaczęli pytać: „Co jest dla mnie dobre? Co się ze mną teraz stanie?”.
[…]
Są Fotse, którzy myślą o czarach inaczej. Świat poza granicami ich krainy jest całkiem pogmatwany. Czary są tam na porządku dziennym, złe jest dobre, a ludzie chodzą do góry nogami. Że w świecie zewnętrznym panuje zło, o tym wiedziało się od zawsze. Teraz podróżujący Fotse potwierdzają, że im dalej jedziesz, tym jest gorzej, aż docierasz do zimnego kraju, gdzie żyjący tłoczą się na kupie, a martwi leżą na otwartych przestrzeniach. Kto przybywa z dalekiego świata, by zabierać mężczyzn Fotse? Czyje uprzykrzone duchy tak kierują kobietami przy wielkim bębnie, że nawet gdy w desperacji tańczą przed jaskiniami zmarłych, przodkowie niezmiernie rzadko zabierają je z sobą, zostawiając we władaniu tupiącego Sahjata i Massa-Missi [bogowie Fotse – przyp. aut.]? Kto mógłby być bardziej przewrotny niż biali ludzie?
[…]
W sposób najłagodniejszy z możliwych starzec [czarownik-szaman wśród ludu Fotse – przyp. aut.] uświadamia Jonathanowi, że został opętany przez ducha Europejczyka. Już niedługo stowarzyszenie igły [ramię zbrojne Fotse – przyp. aut.] wyrośnie spod ziemi, zabije tamtych białych i zmiele ich kości na proszek, ale w jego wypadku nie będzie to konieczne. Zamiast tego starzec wygoni z niego ducha (co, niestety, będzie bolesne). Jonathana ogrania strach. Błaga starca, by tego nie robił. „Proszę... Nie jestem zły. Nie jestem czarownikiem. Jeśli wygonisz ze mnie tego ducha, nic nie zostanie”. Stary człowiek klepie go uspokajająco po plecach i podaje tykwę z gęstym, gorzkim napojem.
Hari Kunzru, Impresjonista
Historia „mieszańca” angielsko-hinduskiego Prana w powieści Hariego Kunzru jest tak bardzo groteskowa, że aż lśni w swej ciągłej dychotomii pomiędzy kolejno nabywanymi osobowościami. W tym jednak właśnie paradoksalnie jest skrycie fałszywa i jawnie kłamliwa jak otoczenie ku któremu nasz bohater nieustannie wzdycha. A czy zatem i jak długo można nie krakać na żerdzi skoro się twierdzi…